INDIANIE TAŃCZĄ POLONEZA W MIAMI

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

 

Floryda nie taka znów kolorowa, jak ją malują. A wiadomo, że folder reklamowy zniesie każde egzotyczne kłamstwo. Dobry fotograf i piekło na raj przerobi: wybiórczość kadru, podretuszowane kolorki, papier kredowy i bajer sloganowy potrafią czynić cuda. Obrazki znane nam z reklam telewizyjnych czy prasowych – to słońce, palmy, złoty piasek i laski nieziemskie w bikini – to ledwie cząstka florydzkiej rzeczywistości. Cała reszta to skwar, wilgoć i bagna.* To, co się nam kojarzy z egzotyczną Florydą, to zaledwie wąski pas wybrzeża wzdłuż Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej. Tam rzeczywiście możemy trafić na miejsca, które robią wrażenie i mogą przypominać bajkę; są też niewątpliwie warte zwiedzenia (Key West, St. Augustine, Cape Canaveral, wyspa Sanibel…) ale klimat, zwłaszcza latem, jest fatalny – jeszcze bardziej zwariowany, niż w Chicago. Najbardziej daje w kość wilgoć, częste zmiany ciśnienia i wiatry. Pogoda zmienia się błyskawicznie – w ciągu jednego dnia przeżyć możemy ulewę, huragan, duchotę i rozpalona patelnię. Niekiedy wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, żeby podobnej zmiany doświadczyć. Wysoką temperaturę można by jeszcze znieść, gdyby nie ta cholerna humidity. To pod tym względem można mówić o bezdyskusyjnej wyższości ciepłego, ale suchego klimatu Kalifornii nad subtropikalnym, lepkim piekiełkiem Florydy.
To zdumiewające, co potrafi zrobić sprawna mitotwórcza kampania reklamowa i handel ludzkimi marzeniami. Bowiem, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty Floryda była niemal pusta. Wielu entrepreneurs dostrzegło w tym możliwość fantastycznego zarobku. Rozkręcono więc wielką machinę naganiającą do osiedlenia się we florydzkim raju. Głównym targetem, czyli – mówiąc już po ludzku – celem agentów realnościowych, stali się ludzie starsi, będący już na emeryturze, często zamożni, dysponujący oszczędnościami całego życia. To nic, że klimat Florydy przystawał do zdrowotnych wymogów seniorów jak pięść do nosa: fatalny dla niedomagającego już serca, niewydolnego układu oddechowego, zwiędłej skóry… Wykreowano więc mit Florydy jako sielskiej, ostatniej przystani na zimę życia. A wszystko po to, by dokopać się do żyły złota. Naturalnie, to co teraz tutaj piszę to są uogólnienia – gdyż spotkałem tam również szczęśliwych rezydentów, którzy przenieśli się z chłodnej północy. Ale ogólnie, jeśli już gdzieś uciekać, to lepiej jest wyjechać do Kalifornii (tym bardziej, że nie są to już czasy „Gron gniewu” Steinbecka).

greydot

Głównym powodem, dla którego zacząłem pisać o Florydzie, jest chęć przelania na papier wspomnień związanych z moim kontaktem z Amerykańskim Instytutem Kultury Polskiej w Miami. Warto więc zacząć od wystawnych imprez zwanych balami „Polonaise”, będących w Ameryce prawdziwym ewenementem, jeśli chodzi o kulturalną polsko-amerykańską symbiozę. Rok rocznie wydarzenie to organizuje Blanka Rosenstiel, założycielka Instytutu, inicjatorka Fundacji im. Chopina, milionerka i filantropka, od kilkudziesięciu już lat propagując kulturę polską wśród Amerykanów. Bal „Polonaise” to jej oczko w głowie i perła w koronie – uważa go za jedną ze swoich spektakularnych wizytówek.
Pamiętam pierwszy bal, którego byłem świadkiem. Gdybym miał opowiedzieć o nim językiem tanich reportaży wydawanych w formie paper-back, zacząłbym następująco:
Sobotni wieczór, trzeci tydzień karnawału. Pogoda, jak to w styczniu: osiemdziesiąt kilka stopni, powietrze lepi się od wilgoci, wiatr nie daje ochłody, a tu jeszcze trzeba przedzierać się sposobem bumper-to-bumper w korku samochodów zalewających miamskie downtown. Prawdziwa florydzka zima. Nabrzeżną, wysadzaną strzelistymi palmami arterią, docieram do hotelu Inter-Continental. Szum Atlantyku miesza się z gwarem przybywających gości. Pytam się hotelowego boy‚a o drogę do sali, w której ma się odbyć całe wydarzenie „Oh! I know! Polynesian Ball!” – mówi łamaną angielszczyzną, wskazując nam kierunek. Mogliśmy być pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Pomylić poloneza z Polinezją? Nie będzie to wyglądać tak absurdalnie, jeśli uprzytomnimy sobie, jak egzotycznie dla hotelowych gości z całego świata musiała wyglądać np. niezwykle malownicza postać jegomościa z sarmackimi wąsami, przebranego w efektowny szlachecki strój sprzed kilku stuleci. A tu jeszcze te poczty honorowe, surmy, prezentacje, insygnia, sztandary… Nie wspominając już o tłumie pań w wytwornych sukniach jak nie z tej epoki, panów we frakach i smokingach… „It must be a real big party” – dotarło do moich uszu stwierdzenie ze strony przyglądającej się temu wszystkiemu z ubocza – a będącej pod wielkim wrażeniem – pary Australijczyków.

W podobnym tonie można by ten opis ciągnąć dłużej, tym bardziej, że specyfika fety obfitowała w kurioza i wcale nie wymagała ubarwień. Tak jest zresztą co roku, choć każdy bal ma inny akcent i tematykę, przybierając inne barwy. Wtedy akurat poświęcony był dwusetnej rocznicy ustanowienia przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Orderu Virtuti Militari. Z tej to racji całość trzymał w garści prof. dr Zdzisław Wesołowski, który był głównym inicjatorem obchodów, jako wybitny znawca historii orderu, jak i falerystyki ogólnej. To wówczas miałem okazję zawrzeć z nim znajomość, podobnie jak z Alexandrem Jordanem – Lutosławskim, kończącym wtedy tłumaczenie „Historii Polski” Pawła Jasienicy na język angielski. Znajomości te miały zresztą swoje konsekwencje, ale o nich może wspomnę następnym razem.

Na balu był także obecny Janusz Onyszkiewicz z małżonką Joanną (nawiasem mówiąc: wnuczką marszałka Piłsudskiego), wówczas jeszcze wiceminister obrony narodowej. Złoty Medal „za wybitne osiągnięcia na polu kultury i polityki” odebrał pisarz Stanisław Kuniczak (przetłumaczył na język angielski m.in. trylogię Henryka Sienkiewicza). W poprzednich latach wyróżniono w ten sposób m.in. Krzysztofa Pendereckiego i znanego pisarza amerykańskiego Jamesa Michenera. Była również aktorka Loretta Swit, kilku generałów US Army, państwo Burzyńscy z Teksasu, kawalerowie Virtuti Militari. Odczytano depesze: Busha i Wałęsy, a nawet… generała Schwarzkopfa. No i oczywiście nie zabrakło przeróżnych księżnych i książąt, hrabiów i hrabianek, baronów i baronowych – z Danii, Finlandii, Jugosławii, Francji, Rosji, Anglii… Nie omieszkał też zawitać jakiś król (bliżej mi nie znany). Świat, który – jak widać – jeszcze nie zaginął. I – jak się dowiedziałem – nie tylko, że nie zamierza ginąć, ale i wydaje w Europie własny magazyn for Royalties and Aristocracies zatytułowany „Point De Vue – Images Du Monde”.

greydot

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) - młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) – młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Równie egzotycznie było na balu następnym. Może nawet bardziej egzotycznie, jako że z dźwiękiem poloneza mieszały się melodie indiańskie. Bowiem z okazji 500-nej rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, bal „Polonaise” odbywał się w hołdzie… pierwszym (rdzennym) Amerykanom, czyli Indianom. W wielkiej sali balowej hotelu Fontainbleau w Miami Beach doszło więc do zderzenia dwóch – wydawałoby się odległych o antypody – kultur. „La Grande Polonaise” poprowadziła idąca w pierwszej parze z senatorem Enochem Kelly Haney, Lady Blanka Rosenstiel. Należy zaznaczyć, że senator Haney z Oklahomy jest nikim innym, jak czystej krwi Indianinem ze szczepu Seminoli, oprócz polityki zajmującym się – z równym powodzeniem – malarstwem i działalnością biznesową. Nie brakło też wodzów ze szczepów Cherokee i Mohawków: Jonathana Taylora i Normana Tarbella spotkać można było w towarzystwie Marii Józefy i Marii Christiny, księżnych saksońskich.
Gazeta „Miami Herald” obwieszczając bal, za wzmiankę najbardziej godną uwagi uznała fakt obecności na nim Loretty Swit, znanej powszechnie z roli Hot Lips w serialu „M*A*S*H”. Przyjaciółka Blanki Rosenstiel, aktorka polskiego pochodzenia, której rodzice nosili nazwisko Świt. Chciałem skorzystać z okazji i przeprowadzić z nią wywiad, w czym obiecała pomóc mi Gospodyni balu, przedstawiając mnie aktorce. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że będzie to jeden z największych niewypałów w mojej karierze wywiadowcy. Może dlatego, że było to już późną porą, po paru toastach? A wszystko zaczęło się tak obiecująco. Dowiedziałem się więcej o polskich korzeniach Loretty, zanim rozmowa nie zeszła na nieszczęsny „M*A*S*H”. Wpierw, nieopatrznie wyraziłem zdziwienie, że pani Swit nie widziała filmu Roberta Altmana „M*A*S*H” (nota bene uznanego przez Amerykańską Akademię Filmową najlepszym obrazem 1971 r.), który, bądź co bądź, stanowił pierwowzór dla serialu telewizyjnego. Następnie pogrążyłem się jeszcze bardziej zdradzając, że widziałem tylko jeden odcinek tej mydlanej opery, która przyniosła sławę Lorettcie. Na to artystka odpowiedziała, że z serialem nie ma już nic wspólnego od 20 lat i chciałaby porozmawiać o innych swoich aktorskich osiągnięciach. Na co ja… ani be ani me, jako że nie spotkałem nazwiska pani Swit nawet w drugorzędnych produkcjach kina amerykańskiego, nie mówiąc już o produkcjach pierwszorzędnych. Delikatnie więc poprosiłem o przybliżenie mi tych osiągnięć. Tutaj artystka, (która na balu występowała przecież w charakterze Wielkiej Gwiazdy) zrobiła uwagę, że byłoby lepiej gdybym sam wcześniej zaznajomił się z jej wyczynami. Ja z poruszoną ambicją sumiennego wywiadowcy (gdyż zazwyczaj dość rzetelnie staram się przygotowywać do tego typu spotkań) odparłem, że przed naszą rozmową poszedłem do biblioteki i przewertowałem wszelkie możliwe źródła wiadomości o ludziach estrady, sceny i filmu… i niestety… nawet w najbardziej opasłych księgach, kompendiach wiedzy i przewodnikach typu „Who is Who?” żadnych informacji o Lorettcie Swit nie znalazłem. W tym momencie nastąpił raptowny koniec naszej rozmowy. Może dlatego, że było to już późna porą, po paru toastach?…**

greydot

Kiedy dziś wspominam te bale, doznaję mieszanych uczuć. Z jednej strony imponować mógł rozmach i wystawność tych imprez, z drugiej – można było wyczuć na nim sztuczność i napuszenie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji przejętego własną pozycją i geologicznym drzewem. A przecież żadnego wrażenia nie powinien na nas robić tytuł barona czy hrabiny, dopóki się nie przekonamy co ci ludzie sobą reprezentują, czy przypadkiem nie są nadmuchanym balonem zarozumialstwa i jedyną ich zasługą nie jest aby tytuł odziedziczony po przodkach. Trochę niewyraźnie się więc poczułem, kiedy, rozmawiając o organizacyjnych kulisach balu, usłyszałem od pani Blanki: „Jestem pewna, że wielu ludzi gotowych jest zapłacić nawet kilkaset dolarów, byle tylko doznać tego zaszczytu, by zasiąść przy jednym stole z naszą arystokracją.” A odnosząc się do balu jubileuszowego, który akurat wtedy się zakończył, dodała: „Nasze bale – a było ich już dwadzieścia – mają swoją specyfikę i ulegają po drodze pewnej ewolucji. Ostatnimi laty np. przyjeżdżała na niego głównie arystokracja europejska. Zazwyczaj więcej jest Amerykanów. To nic, że nie przyjechała księżna Bernadotte, państwo Sapiehowie, ani książę Alexander, który zazwyczaj tutaj bywał (prawdopodobnie zostanie teraz królem Serbii). Przysłali nam piękne życzenia i telegramy.”

To jest znakomite, że miamski Instytut usiłuje sprzęgać to, co polskie z tym, co amerykańskie. Ta zasobna w fundusze (zmarły przed kilkudziesięcioma laty mąż Blanki zostawił jej fortunę, dzięki której mogła ona rozwinąć swoją działalność) organizacja, aktywna dzięki energii i wyobraźni Prezeski, tworzy i przechowuje wartości, których brak zubożyłby nie tylko środowisko florydzkie, ale i całej Polonii amerykańskiej. Choć z drugiej strony, Polacy na Florydzie skarżą się na odsunięcie się od ich środowiska pani Blanki, dzięki czemu działalność Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej jest im obca. Skąd my znamy te animozje? Może wynika to właśnie z tego, że Blanka Rosenstiel założyła sobie, iż ma to być przede wszystkim instytucja amerykańska i w zasadzie elitarna? Jedno jest pewne – w oczach Amerykanów przydaje nam chluby i prestiżu, budując obraz Polski i Polaków na jakim powinno nam zależeć.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 3 marca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

* Nieco przesadziłem tutaj z tym opisem Florydy. Zawsze lubiłem ten stan i nawet po przeprowadzce do Chicago wracałem na Florydę z przyjemnością. Dlatego wkrótce postaram się opublikować tekst, który lepiej oddaje sprawiedliwość temu, czym – i jaka naprawdę – jest Floryda.
** To prawda, nie zachowałem się wówczas jak dżentelmen i do dzisiaj jest mi z tego powodu wstyd (nie można przecież wszystkiego zwalać na alkohol). Zresztą Loretta Swit kilka lat później przyjechała do Chicago ze swoim monodramem („Shirley Valentie”), który zaoprezentowała na najbardziej chyba renomowanej scenie Wietrznego Miasta – Chicago Theatre. Kto wie, może nawet przyczyniła się do tego jej ambicja urażona przez moje zachowanie i ignorancję?

© ZDJĘCIA WŁASNE

.