POWRÓT KARMAZYNOWEGO KRÓLA („King Crimson” w Chicago)

(The Vic Theatre, 25 września, 2014)

King Cromson line-up AD 2014     (fot. M. Appleton)

King Crimson lineup AD 2014. Od lewej: Mel Collins, Pat Mastelotto, Tony Levin, Jakko Jakszyk, Bill Reiflin, Robert Fripp, Gavin Harrison. (fot. M. Appleton)

.

Muzyka „King Crimson” jest – i zawsze była – jednym wielkim paradoksem (ale może tak jest z każdym rodzajem awangardy?), podobnie jak jej lider, gitarzysta Robert Fripp – nota bene jedyny członek zespołu, który jest w jego składzie od samego początku, czyli od 1968 roku (choć on sam wzbrania się przed nazywaniem go liderem – nie wiadomo – z namysłu, przekonania czy fałszywej skromności?).

Zacznijmy od paradoksu – człowieka.

Fripp co najmniej od 57 lat (kiedy to, w wieku 11 lat zaczął grać na gitarze) uprawia muzykę, ale nie jest pewny, czy jest muzykiem; mówi że gitara „jest dość słabym instrumentem, właściwie nic mnie w gitarze nie intryguje”, a niemal całe swoje życie oparł na tym instrumencie (ściślej: na grze na nim i tworzeniu przy jego pomocy muzyki), natomiast w przeróżnych zestawieniach „największych gitarzystów wszechczasów” zawsze plasuje się w czołówce. Mówi, że pozbawiony był słuchu muzycznego i wyczucia rytmu, a jednak postanowił poświęcić się muzyce, tworząc – i prowadząc – jeden z najbardziej znanych (by nie powiedzieć – kultowych) zespołów w historii światowego rocka. Nie mógł być ani gitarzystą jazzowym, ani klasycznym, ani rockowym (przynajmniej on sam za takiego się nie uważa), więc musiał stworzyć swój własny (i niepowtarzalny) styl grania na tym instrumencie (i rzeczywiście – nie można mu tutaj odmówić racji – gra Frippa jest unikalna). Być może wszystko to było możliwe dzięki temu, że jego dewizą życiową jest następująca sentencja (wymyślona, oczywiście, przez niego samego): „Staraj się przekształcić to, co niekorzystne, w to, co korzystne, wady w zalety, słabości w atuty”. I trudno nie zauważyć, że Frippowi udało się to znakomicie zrealizować.

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Są jeszcze inne paradoksy, choć bardziej chyba jednak małostkowe. Oto Fripp obrusza się (w wywiadzie udzielonym gazecie „Financial Times”) na posądzenie, że gra dla pieniędzy („Czy wierzysz w to, że Rostropowicz grał na wiolonczeli tylko po to, żeby się utrzymać? Czy wierzysz w to, że Hendrix grał tylko dla pieniędzy?”), ale – jak sam przyznaje – zmarnował cztery lata życia procesując się ze swoją (żeby było ciekawiej) własną wytwórnią płytową o tantiemy, nic w tym samym czasie nie tworząc, wykosztowując się przy tym na pazernych adwokatów.
Inny drobiazg: Fripp jest chyba jedynym gitarzystą rockowym na świecie, który 100% swojego czasu grania koncertowego przesiedział na stołku (mimo, że już na samym początku istnienia „KC”, Greg Lake robił mu wyrzuty, że przecież nie można siedzieć na scenie „jak ten grzyb”). Ale Fripp do dzisiaj siedzi, zachowując na dodatek podczas grania kamienną (beznamiętną?) twarz, na której trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek emocji. (Na marginesie: aparycją, stylem bycia ubierania się i mówienia Fripp bardziej przypomina urzędnika w nałokciownikach, niż rockowego muzyka – ale do chwili, kiedy nie zaczną docierać do nas jego słowa, przesiąknięte błyskotliwą ironią i szelmowskim humorem – choć nie pozbawione przy tym pewnej elegancji, ciepła, życzliwości, spokoju i łagodności.)
I na koniec – zaledwie 2 lata temu, w sierpniu 2012 roku, Fripp oświadcza we wspomnianym już wywiadzie dla „Financial Times” (tutaj zresztą wybór pisma, któremu zgodził się Fripp na wywiad, też jest symptomatyczny), że nie może się już skoncentrować na twórczości, więc postanowił zrezygnować z kariery muzyka „pierwszej linii frontu”, by zająć się biznesem („I made the choice to give up my career as a musician in the frontline to deal with the business.”) To oświadczenie dało pewnie asumpt temu, by gazeta zatytułowała cały tekst dramatycznym i niewątpliwie pretensjonalnym „The Day the Music Died”. Lecz najgłośniejszych echem odbiło się jednak stwierdzenie Frippa, że „jego życie, jako profesjonalnego muzyka”, stało się „smutnym ćwiczeniem w daremności” („a joyless excercise in futility”).
Tym bardziej może cieszyć fakt, że Fripp „dowlókł się” się w tej (domniemanej) depresji nie tak dawno do Chicago i wraz z kolejnym wcieleniem (tym razem najliczniejszym, bo siedmioosobowym) „King Crimson” dał koncert, który wielu – mający to szczęście w nim uczestniczyć – popamięta sobie do końca życia.

Paradoks – zespół.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że paradoks-zespół („KC”) wyrasta bezpośrednio z paradoksu-człowieka (Roberta F.) Rock, który nie jest rockiem; dyscyplina, która nie może istnieć bez chaosu (bo jest sposobem jego kontrolowania); z „cichego terroru” (autorskie określenie Frippa) wyłania się subtelne piękno dźwięków i spokój; z dysharmonii i dysonansu – harmonia; z polifonii – jasna, wyraźna fraza; z polirytmii – synkopa (zbliżająca się czasem do funku lub przechodząca w mocny, jednoznacznie określony beat); z nietaktu – takt… etc. Z jednej strony „King Crimson” (Fripp) zmuszał grających z nim muzyków do myślenia (większość pomysłów kompozycyjnych Frippa jest po prostu muzyką konceptualną – w tym sensie, że ma źródło bardziej intelektualne, niż intuicyjne), z drugiej – pozwalał im (a przy tym sam sobie) na sporą dozę improwizacji, która ma do siebie to, że bardziej jest fantazją, niż myśleniem, więc często zamieniała się we wspomniany już – a przy tym spontaniczny – chaos. Ten z kolei musiał być okiełznany, by nie dopuścić do anarchii, która na pewno nie leży w naturze pedantycznego Roberta. Tym sposobem krąg się zamykał – a w nim muzycy, tworzący dzięki temu muzykę niepowtarzalną, nie dającą się skopiować, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, unikalną… Otwartą, bo zmienną; zamkniętą, bo mimo wszystko zintegrowaną. Gatekeeperem tego wszystkiego był niewątpliwie Fripp, choć bardziej, moim zdaniem, pasowałoby tu do niego określenie soulkeeper, bowiem, jak sam kiedyś powiedział, ciało „Karmazynowego Króla” się zmieniało, jednak dusza pozostawała ta sama. I myślę, że było to możliwe tylko dzięki temu, że Fripp wiedział jak zastosować w zespole ów „cichy terror”: „cichy” – bo delikatny acz stanowczy, „terror” – bo apodyktyczny i niedopuszczający żadnego sprzeciwu, ale mimo wszystko perswazyjnie inspirujący. Bez tego duchowego „terroryzmu” nie byłoby takiego „King Crimson”, jakiego znamy.

Lider – nie lider?

Czy Fripp jest wobec tego geniuszem? A może „tylko” kompilatorem – i katalizatorem, czy też generatorem – cudzej kreatywności? Czy jedyną rzeczą większą od jego talentu jest jego Ego? Czy komplikacja jego charakteru, złożona osobowość grawitująca ku osobliwości – wszystkie te ambiwalencje i sprzeczności – czy to nie było antycypowane w jednej z największych i najsłynniejszych kompozycji „King Crimson” już na pierwszym, kultowym jak żaden inny albumie „In the Court of the Crimson King”? (Chodzi oczywiście o „21st Century Schizoid Man”: Fripp jednym z najbardziej twórczych schizofreników XXI wieku?)
Tenże Fripp powiedział kiedyś, że to był dla niego zaszczyt – granie z innymi muzykami, którzy przewinęli się w długiej, bo liczącej już 46 lat, historii zespołu (a było ich ponad dwudziestu); i że to nie on ich uczył, ale że on sam uczył się od nich. To może wyglądać na krygowanie się i pretensjonalne mydlenie nam oczu, ale ja skłonny jestem tutaj Robertowi wierzyć. Tak więc, jego apodyktyczność była niczym innym, jak konsekwentnym wyciskaniem z kolejnych członków zespołów tych najlepszych soków, na jakie ich było stać. I właśnie stąd brała się siła, różnorodność, kreatywność i potencja „Karmazynowego Króla” – potężnego demona, (którego domorośli symboliści wiążą z samym Belzebubem) z duszą o niebo (piekło?) większą, niż wszystkie jego cielesne członki razem wzięte.

Koncert – at last

Niebo nad Vic było pogodne, ale zbliżał się schyłek dnia, więc purpurowy a migotliwy napis „King Crimson” na szyldzie „teatru” wydawał się jarzyć coraz mocniej, i mimo że każdy miał już przypisane i zarezerwowane miejsce na sali, kolejka przed wejściem wydłużała się coraz bardziej, choć od rozpoczęcia koncertu pozostawała dobra godzina z hakiem. Była więc okazja rzucić okiem na zebrane tu towarzystwo: przeważali oczywiście dżentelmeni czterdziesto- i pięćdziesięcio-letni, choć nie brakowało też trzydziesto-latków (bardziej młodocianych z zasady do Vic się nie wpuszcza, a to z powodu lejących się tam czasami strumieni alkoholu… i nie tylko). Kobiety były w zdecydowanej mniejszości (i tutaj można by się zastanowić: dlaczego?) Podsłuchane rozmowy świadczyły o niebywałym „otrzaskaniu” fanów zespołu z jego dyskografią, muzyką, składami, triviami… Mnie samemu również przypomniały to i owo, były także niezłym źródłem informacji, tym bardziej, że sam nigdy nie zaliczałem siebie do zagorzałych fanów (dajhardów) „King Crimson”.
Pseudo-barokowa sala Vic Theatre nie jest wielką salą i pewnie dlatego została zaakceptowana przez Frippa, który nie lubi dużego audytorium (dlatego z wielką niechęcią wspomina swój występ w warszawskiej Sali Kongresowej w latach 90-tych); mówiąc, że tysiąc – półtora tysiąca słuchaczy to góra, reszta jest zbyteczna, bo ani dobrze nie słyszy, ani dobrze nie widzi, przez co on czuje pewien dyskomfort. I to akurat świadczy dobrze o Frippie, że – jeśli chodzi o efekt koncertu na słuchaczach (i widzach) – to myśli także o tych z najdalszych rzędów, a nie tylko o dodatkowej kasie, jaką ci ostatni generują.

King Crimson (part of it)) in Concert (fot. Sid Smith)

King Crimson (part of it) in concert (fot. Sid Smith)

Zajmijmy się jednak sceną. A na niej przywitało nas nie byle co: niesamowite góry sprzętu muzyków z trzema perkusjami (czy też raczej zestawami perkusyjnymi) w pierwszym rzędzie i całą resztą (przygotowaną dla pozostałej czwórki obecnego „KC”) ustawioną na podwyższonym piedestale na drugim planie. Oj, będzie się działo – pomyślałem sobie i pewnie nie byłem w tej myśli odosobniony.
No dobrze, dosyć już tych przydługich występów. Pora napisać, co się rzeczywiście na koncercie działo – co się widziało, a przede wszystkim – co się słyszało.
Trochę się obawiałem, że ta rozbudowana bateria perkusji zdominuje muzykę całego zespołu (tak jak zdominowała go wizualnie), ale nie była to jednak dominacja przytłaczająca – w końcu gitara Frippa nigdy nie dała się zepchnąć do roli tylko li wypełniacza tła, w przeciwieństwie do niego samego, który zwyczajowo chował się w jakimś słabo oświetlonym kącie estrady.
Zaczęło się od lekkich uderzeń w gary Pata Mastelotto (skrajna perkusja po lewej), podjętych przez pozostałych pałkarzy (Billa Rieflina w centrum i Gavina Harrisona z prawej), do których dołączyła się sukcesywnie cała reszta: Mel Collins (flety i saksofony), Tony Levin (basy), Jakko Jakszyk i Robert Fripp (gitary i nie tylko). Dość szybko stało się jasne, że będzie nie tylko głośno, ale i historycznie, bo na pierwszy ogień poszła najbardziej chyba znana kompozycja prog-rocka, której już sam tytuł brzmi jak najczystsza awangarda: „Larks’ Tongues in Aspic, Part 1”, co od biedy można tłumaczyć, jako „Języczki skowronków w galarecie”. (Przy okazji zaświtało mi w głowie pytanie: czy coś, co jest awangardą, może się po jakimś czasie stać klasyką?) Języczki języczkami, ale już po kilku minutach stało się oczywiste, że oto mamy przed sobą jeden z najmocniejszych lineupów (i to nie tylko dlatego, że jest to skład w historii zespołu najliczniejszy – gdyż septetem „King Crimson” stał się po raz pierwszy), nie pozbawionym wszak swoich słabszych punktów (ale o tym później – i nie za dużo – by nie popsuć wrażenia całości, która okazała się jednak czymś wyjątkowym).
Na koncercie zespół odwiedził właściwie każdą z pięciu dekad swojej aktywności, z wyjątkiem jednej – lat 80-tych ubiegłego wieku, które chyba jednak zostały zdominowane silną osobowością muzyczną Belewa. Najwidoczniej, ten okres Fripp chce uważać za zamknięty, tym bardziej, że nakoncertował się on już z tą muzyką wcześniej – podczas kilku ostatnich światowych tournée „King Crimson”.
A przecież jest do czego wracać. I zaskoczyło mnie to, jak nowocześnie i dynamicznie mogą te kompozycje brzmieć po latach. Ot, choćby „Sailor’s Tale” i „The Letters” z płyty „Islands” (1971) – to być może ukłon w stronę Mela Collinsa, który był wówczas w składzie „KC”. Obecność „Red” i „One More Red Nightmare” z uwielbianego m.in. przez Kurta Cobaina albumu „Red”, (które to  uwielbienie, nota bene, przyczyniło się do małego renesansu „KC” w Ameryce) nie dziwiła, bo jest to materiał mający w sobie niebywały potencjał na lata, no i jednak pożądany do dzisiaj przez amerykańską publiczność. Dziwiła mnie jednak obecność takich, lekko smętnych, przynudzonych „ballad” jak „A Scarcity of Miracles” i „The Light of Day” – dość świeżych kawałków z płyty z 2011 roku, firmowanej wtedy przez trio Fripp-Collins-Jakszak – moim zdaniem nie przystająca zbyt dobrze do muzycznego „mięsa”, jakie serwuje najnowsze wcielenie „King Crimson” (sentymentalizm Jakszaka niezbyt tu na miejscu – zanadto miękkie to według mnie, no i wokal Jakko pozostawia momentami dużo do życzenia).
Spodobały mi się „The KonstruKction of Light” i „Vroom” – efekt poszukiwań Frippa w latach 90-tych (dużo funky w tym – używanie mieli więc nie tylko bębniarze, ale i szalejący ze swoim basowym STICK-iem na scenie Tony Levin). Druga część „Języczków” też była niczego sobie – w ogóle kompozycja ta jest doskonałą okazją do ujawnienia całego spectrum możliwości brzmieniowych „King Crimson” – począwszy od instrumentalnej delikatności melodyjnej po niemalże heavy-metalową kanonadę gitarowych pasaży Frippa i apokaliptycznych bębnów. (Bez tych ostatnich przymiotów „KC” nigdy by nie powstała tak mroczna, dramatyczna i ciężka rzecz, jak „Red”). Nie wykonywany od 40 lat (!!!) „Starless” dosłownie zmiótł publikę z siedzeń, doprawioną na bis monumentalnym, bombastycznym (na dobre i na złe), desperacko-hard-rockowym, kosmicznie odlotowym i psychodelicznie odrealnionym „21st Century Schizoid Man”. To był nie tyle strzał w dziesiątkę, co eksplozja, która o mało nie rozniosła „Vica” – z jego rozszalałym tłumem podstarzałych schizoidów – po okolicznych Sheffieldach i Belmontach.

Nie koniec z przygodą

No cóż, lepiej słuchać jest koncertu, niż o nim pisać (a jak tu jest z czytaniem, to jeszcze inna śpiewka). Znalazłem się na nim dość przypadkowo (w tym miejscu specjalne podziękowania dla Simply’ego, dzięki któremu nie tylko zobaczyłem i wysłuchałem wskrzeszonego „Karmazynowego Króla”, ale i dzięki któremu zaistniał – pośrednio – ten tekst) i dobrze się stało, bo wróciło do mnie sporo muzyki z mojej młodości, odświeżyłem sobie znajomość z jedną z najważniejszych grup w historii rocka (i to nie tylko tego progresywnego); a może nawet wszedłem w pewną zażyłość z tym, co reprezentuje ta kapela obecnie (choć w zasadzie kroją oni teraz i zszywają stare „szaty” Króla – na podwójnym CD „The Elements”, który przyniosłem z koncertu, znajduje się ledwie kilkuminutowa próbka nowego materiału, i to tylko perkusyjna). Poza tym, znaleźli się na tym koncercie ludzie, którzy przylecieli nań specjalnie z tak odległych miejsc jak Meksyk, Peru i Kolumbia (o wielogodzinnej jeździe samochodem z okolicznych stanów nie wspominając), więc chyba mogłem pokonać te kilkanaście mil jakie dzieli „Vic” od miejsca, gdzie mieszkam i zjawić się w tysięcznym tłumie rozentuzjazmowanych melomanów starszego (już niestety) pokolenia.
Sukces „Mark VIII” (jak nazywa obecny lineup kapeli Fripp) polega na tym, że nie tylko scala on, ale i ożywia to, co w przeszłości stworzył Fripp ze swoimi towarzyszami – i że to brzmi teraz wspaniale. Wprawdzie chciałbym posłuchać wreszcie czegoś nowego, zamiast trzech perkusistów wolałbym jednego Bruforda (najlepszy z obecnego tria jest niewątpliwie Mastelotto, Riefllin według mnie dodany tak trochę od parady – ale przynajmniej nie bruździ, Harrison ledwie poprawny – choć z pewnymi przebłyskami), to jednak Frippa, jak słychać, nadal stać na dobrą formę i mobilizację ludzi. Z weterana Collinsa wyciągnął na stare lata to, co najlepsze (nieźle jazzujący sax) i nawet Jakszyk, na którego kręcę trochę nosem, potrafi się ze swoimi instrumentami wpisać w mocne, zdecydowane, pełne życia muzycznego i wigoru brzmienie nowego-starego „King Crimson” (właściwie, z całego składu, to tylko Rieflin jest zupełnym newcomerem). Czy jednak Fripp et consortes są jeszcze w stanie stworzyć coś, czego jeszcze nie znamy? Tegoroczną trasę koncertową na początku obwieszczano (cokolwiek złowieszczo to brzmiało) jako „farewell tour”, ale pewnie Fripp poszedł po rozum do głowy (po prawdzie długo tam nie musiał go szukać, bo jednak swoim życiem – i to nie tylko muzycznym – potwierdził, że całkiem „łebski” z niego facet) i do Chicago „KC” trafił już z tytułem trasy przemianowanej na „Elements tour”. Bo niby dlaczego zamykać sobie drogę do dalszych przygód, skoro nadal stać jest na nie 50-cio, a nawet blisko 70-cio letnich panów? Choćby miały to być już tylko przygody muzyczne…

greydot

APENDYKS. O muzyce rockowej piszę na mojej stronie stosunkowo rzadko, a przecież towarzyszy mi ona (wraz z innymi rodzajami muzyki) niemalże od dzieciństwa i – co tu kryć – była dość ważną częścią mojego życia (zwłaszcza emocjonalnego ;) ) A przecież – jeśli chodzi o pisanie o rocku – robiłem to swego czasu często, prowadząc na początku lat 90-tych ubiegłego wieku (jak to brzmi!) na łamach prasy polonijnej rubrykę „ROCK I OKOLICE”, gdzie zamieszczałem teksty muzyczne, zwłaszcza recenzje z koncertów (po przybyciu do Stanów miałem wreszcie okazję – na żywo! – uczestniczyć w występach zespołów, które dla fanów rocka na całym świecie były już wtedy legendą). Opisany powyżej niedawny koncert ‚King Crimson” w Vic Theatre przypomniał mi inny, w którym uczestniczyłem w tym samym miejscu… 22 lata temu, i który upamiętniłem w artykule zamieszczonym poniżej.

.

STRATOCASTER WE FRAKU
(Yngwie Malmsteen w Vic Theatre, 16 V 1992)

.

W jednym z niedawnych wywiadów Krystyna Prońko, która zajmuje się teraz w Polsce m. in. prowadzeniem własnej audycji radiowej, opowiedziała o eksperymencie, jaki pewnego razu przeprowadziła na antenie. Otóż w jednym z programów zaprezentowała obok siebie Stevego Vai’a, Joe Satrianiego i Yngwiego Malmsteena, (czyli światową czołówkę gitarzystów rockowych) i… Vivaldiego. Zestawienie – szokujące jeśli chodzi o porównanie choćby ilości decybeli – nie do końca jednak tak absurdalne. Szczególnie w przypadku Yngwiego Malmsteena, który stara się żenić ogień z wodą, czyli muzykę klasyczną z hard-rockiem. Czyli: ba-roque & roll! Na ostatnim koncercie, gdzie szalał wirtuoz metalu, nie brakło ni wody, ni ognia.

***

Zaiste wielkie jest wszelkiej materii pomieszanie we współczesnym rocku. Już nawet nie piszę ogólnie – w muzyce, sztuce… To błogosławieństwo i przekleństwo eklektyzmu: różnorodność ociera się z jednej strony o bogactwo, tętni nieskrępowaną inwencją; z drugiej – napiszmy to wprost – o dowolność i dziwactwo. Silny musi być twórca i zdyscyplinowany, by nie wypaść przy tym poza nawias artyzmu. Czyż Szwed Malmsteen, grający w stolicy bluesa, Chicago, Bacha na Stratocasterze Fendera, ubrany we frak i występujący na scenie neoklasycznego (?) teatru, w którym roznegliżowane kelnerki roznoszą po sali piwo i inne trunki, nie jest swoistym fenomenem, znakiem naszych czasów?

Yngwie Malmsteen

Yngwie Malmsteen

Nie mogłem się oprzeć chęci zobaczenia tego widowiska i pewnego sobotniego wieczoru stanąłem u wrót chicagowskiego Vic Theatre.
Zdołałem jakoś przeżyć poprzedzający Malmsteena występ heavy-trash-speed-metalowej kanadyjskiej grupy z Toronto. Z totalnego hałasu dotarło do mnie ledwie parę słów: fuck, death, hate, devil, blood... A jednak chłopcy nie do końca okazali się zdegenerowani, jako że na finał zaserwowali utwór będący chyba jednak przestrogą przed narkotykami: „White Lies, Black Truth”. To oczywiście, rzecz o koksie. Jest więc nadzieja, że wyrosną z tego skatologicznego nihilizmu, jaki reprezentują dzisiaj.

***

„Gdyby Jan Seabastian Bach grał na Fenderze, brzmiałby właśnie tak, jak Malmsteen” – powiedziano kiedyś o Yngwiem. „A tak, to tylko przewraca sie w grobie, słysząc swoją fugę wymiataną na wiośle” (tj. graną na gitarze – przyp. StB) – mógłby dodać jakiś złośliwiec.
Oba zgrabne powiedzonka są oczywiście przesadą. Po pierwsze: mistrza Jana Sebastiana zabiłby już pewnie pierwszy przesterowany i nagłośniony „normalnie” (tj. do granicy bólu) scream na „Stracie”; a po drugie – kupka prochu może się już raczej tylko przesypać, nie przewrócić.

Yngwie Malmsteen jest oczywiście jednym z tych, którzy – obok Eddiego Van Halen, Stevego Vai’a, Vinniego Moore’a – dokonali ekspansji heavy-metalowego stylu gry na gitarze, wprowadzając go na obszary dotychczas dziewicze, wzbogacając w nieznane dotąd techniki, używając nowych skal… Mimo tego, tysiące naśladowców rozmyło pojęcie heavy-metalu, degradując go często do poziomu pop-music. Właśnie, ze względów komercyjnych „metal”, z różnymi dopiskami, stał się jednym z najlepiej sprzedających się rodzajów muzyki lat 80-tych, jako spadkobierca (w pierwszej linii) wymierającego na przełomie lat 70-tych i 80-tych hard-rocka. (Znikanie takich grup, jak np. „Led Zeppelin”, „Deep Purple”, „Uriah Heap”, „Black Sabbath”, „Thin Lizzy”, „Nazareth”
Z początku zapowiadało się wymarcie bezpotomne, a to za sprawą eksplozji i zalania rynku przez disco i punk-rocka, lecz już wkrótce przekonano się, jak w rzeczywistości ciężki rock jest żywotny. I to niekoniecznie tam, gdzie wypuścił on pączki i rozrósł się najbujniej, czyli w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach. W Niemczech np., obok miałkiego „Bonney M”, potrafił wyrosnąć znakomity gitarzysta Michael Schenker; w Szwecji – obok cukierkowej „Abby” – właśnie Yngwie Malmsteen.

***

Nie ma co kryć – koncert w Vic Theatre to był jeden wielki nokaut. Nie łagodziła gigantycznego impaktu decybeli ani klasyka, ani frak artysty, ani też pewnego rodzaju „nobliwość” beczkowatej sali teatralnej, na której zresztą postawiono stoliki z trunkami. Ze wzmacniaczy zwaliła się na nas lawina dźwięku. Yngwie uwijał się jak w ukropie, nie zaprzestając nawet swych drgawek przy padaniu na kolana, czy też bezpośrednio na glebę (tj. na deski teatru). To, że spod jego światłoszybkich palców wydobywały się wtedy dźwięki artykułowane, zakrawało na cud. Oto co może zrobić profesjonalizm i lata praktyki – grania i padania. Trzeba jeszcze dodać, że były to dźwięki w konfiguracjach często zdumiewających, choć osobiście wolę nuty dłuższe i bardziej akcentowane, bliższe artykulacji bluesowej, niż kaskady drobnych nutek, zlewających się często w jedną, wielką… sorry za niedobre skojarzenia – plamę. Muszę przyznać, że zawsze patrzyłem na speed-metal bardziej jak na ciekawostkę, niż muzykę, którą można się delektować.

Program występu Malmsteena zdominowany był oczywiście utworami z jego najnowszego albumu, zatytułowanego, nomen-omen „Fire and Ice”, z którego promocją wybrał się Yngwie w świat, zahaczając o Wietrzne Miasto.
„Fire and Ice”: nie bez kozery wspomniałem na początku u „ogniu i wodzie”. Mariaż ten miał miejsce na kilku poziomach. Z różnym zresztą powodzeniem. Mniej fortunny moim zdaniem był ten, który starał się łączyć mocno wypracowane, zorkiestrowane brzmienie z banalną pop-rockową melodyką i takimże banalnym wokalem (utwory: „Fire and Ice”, „Cry No More”). Jeżeli natomiast chodzi o niezwykłą, rzec można śmiało fenomenalną manualną wirtuozerię Malmsteena, to niewątpliwie jest mu ona niezbędna do wygrywania karkołomnych, barokowych pasaży. Stąd monumentalna podniosłość (bo nie napisać: bombastyczność) przesiąkniętych Bachem kompozycji, jak np. „Dragonfly” czy „Leviathan”.

Kariera Malmsteena to 10 lat grania solowego, jak również z takimi grupami, jak „Rising Force Band”, „Steeler”, „Alcatrazz” (nota bene, z tej ostatniej formacji wyparty on został przez Steviego Vai’a). Kilka utworów z tego okresu (klasycznych już w heavy-metalu ) także znalazło się w programie koncertu: „Makin’ Love”, „Black Star”, „Heaven Tonight”, „Lier”… Nie mogły w tym wszystkim pozostać niezauważone piękne motywy ze słynnego „Adaggio” Albinoniego, stanowiąc uderzający kontrast dla rockowej ekspresji.
Oprócz setek tysięcy nutek sypiących się spod palców Yngwiego, inne jeszcze liczby były na tym koncercie niezwyczajne: ilość wypalonych przez niego papierosów (kilkanaście) oraz kostek rzuconych przez gitarzystę na pożarcie tłumu (kilkaset!). („Kostka” – jak sama nazwa wskazuje – to płaski trójkącik, służący do szarpania drutów.)
Nie mogło się rzecz jasna obyć bez hołdu temu, któremu gitara rockowa zawdzięcza najwięcej. Podczas gorącego (dosłownie) finału, duch Jimmiego zdał się opętać Malmsteena. Objawiło się to podczas grania hendriksowskiej „Purple Haze”. Najpierw rozgorzało na Stratocasterze ognisko, a gdy nieco przygasło, Yngwie zaatakował nim z furią okoliczne „piece” i klamoty, rozbijając w drzazgi instrument, którego szczątki zostały natychmiast rozchwytane przez kotłującą się tłuszczę. Różne są wszak przejawy miłości!

***

Z wyłączonym radiem, wróciłem uśpionymi ulicami Chicago do domu.

greydot

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie "King Crimson" w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levine)

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie „King Crimson” w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levin)

„POST TENEBRAS LUX” i „HOLY MOTORS” – czyli co jest grane?

festival.banner.wl

W repertuarze zakończonego niedawno Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazły się także dwa filmy, które wzbudziły wcześniej kontrowersje na innych festiwalach: „Post Tenebras Lux” Meksykanina Carlosa Reygadasa (Złota Palma za reżyserię na ostatnim festiwalu w Cannes), oraz „Holy Motors” francuskiego reżysera Leosa Caraxa (ten film z kolei zdobył główną nagrodę – czyli  Złotego Hugo – na festiwalu w Chicago). Bez wątpienia oba te obrazy są niezwykłe, oba można zaliczyć do pewnego rodzaju kina „eksperymentalnego”, oba też wymykają się racjonalnym objaśnieniom ale jednak różnią się między sobą zdecydowanie. Na czym ta różnica polega? Z czego wynikał mój diametralnie odmienny odbiór tych filmów?

*

Tak się złożyło, że tego samego dnia, w którym obejrzałem „Post Tenebras Lux”, zderzyłem się też z „Holy Motors”. Nadarzyła się więc okazja porównania obu filmów, które w oczach „zwykłego” widza wyglądają „dziwnie”, „niezrozumiale” – wprowadzając go zwykle w bardziej lub mniej okazywaną konsternację spowodowaną brakiem linearnej narracji, natłokiem dziwnych (dziwacznych?) obrazów, irracjonalnością zdarzeń, niejasnością intencji, eksperymentalną stylistyką, nieczytelnością symboli i metafor… czyli tym wszystkim, co obficie serwuje nam już od dawna kino tzw. „eksperymentalne”, podlewając swoje produkty postmodernistycznym sosem, w którym anything goes. To artystyczne (czasami niestety również pseudo-artystyczne) rozbestwienie doskonale potrafi podzielić kinową widownię: o tym samym utworze jedni mówią „bzdura”, inni zaś „arcydzieło”, jedni wzruszają tylko ramionami, podczas gdy inni sadzą przemądrzałe dysertacje, piejąc przy tym często z zachwytu.

Co jest grane!? – mógłby ktoś zapytać.
W sumie – nic wielkiego się nie dzieje: jedni udają, drudzy się zastanawiają, jedni wymyślają, drugim się nie chce, jedni się podniecają, jeszcze inni ziewają; jednych to kręci, innym zaś zwisa, jedni przeżywają, drudzy sprawdzają „mesydże” na „ajfonach” … itp. Czasem ma to z wiązek z ludzką wrażliwością, zawsze z psychiką, choć już niekoniecznie z inteligencją. Ważne wydaje się być nastawienie (sugestia, autosugestia). A przecież decydujące w tym wszystkim winno być jednak autentyczne doświadczenie danego działa sztuki czyli to, co NAPRAWDĘ odczuwamy stykając się z nim (np. oglądając film).

Czy każdy obraz musimy rozumieć? Może tylko wystarczy go czuć? („Post Tenebras Lux”)

Chciałbym się tu zastanowić nad tym, co tak naprawdę spowodowało, że za „Post Tenebras Lux” szło mi się jak po grudzie (bez przerwy miałem świadomość reżyserskich kombinacji), natomiast oglądanie „Holy Motors” mnie porwało, rozbawiło, podekscytowało – nie ukrywam, że to, co pokazywano na kinowym ekranie, sprawiło mi niezłą frajdę. Wprawdzie na tym stwierdzeniu mógłbym poprzestać, to jednak spróbuję mój odbiór jakoś zracjonalizować i zwerbalizować. I choć racjonalizacja, tak naprawdę, wcale nie jest tu potrzebna (z czym zapewne zgodziliby się reżyserzy obu filmów), to jednak zastosowanie pewnych rozumowych i ogólnie przyswajalnych argumentów wydaje się przy tym nie tylko pomocne, ale chyba i niezbędne.

Forma i styl. Pierwsza z brzegu różnica: „Post Tenebras Lux” Reygadasa jest filmem pasywnym, powolnym, niezbornym, a-chronologicznym, nielogicznym, zmąconym… pozbawionym wyraźnej struktury, zrealizowanym jakby od niechcenia – z wielką artystyczną dezynwolturą i reżyserską nonszalancją, która czasami razić może pretensjonalnością (np. większość scen kręcona jest jakby ktoś zamoczył obiektyw, przez co obrzeża kadru są rozmyte, a pojawiające się przedmioty ulegają zwielokrotnieniu). W przeciwieństwie do niego, „Holy Motors” Caraxa jest ekspansywny, ostry, dynamiczny, jasno określony, wyrazisty i wbrew pozorom (anarchizująca, surrealna treść) formalnie zdyscyplinowany. Wygląda na to, że francuski reżyser doskonale wiedział czego chce i co chce pokazać, podczas gdy meksykański – sądząc zarówno z ekranowej ewidencji, jak i z tego co sam mówił w wywiadach – zdawał się na intuicję, przypadek, umieszczając na ekranie to, co mu właśnie w głowie zaświtało, w wyobraźni zagrało (nie zważając przy tym na fakt, jakie to może mieć dla widza – i jego odbioru – konsekwencje.)
Biorąc to pod uwagę, wydaje mi się, że jednak bardziej widza szanuje Carax niż Reygadas. Podobny zresztą jest ich stosunek do samej sztuki kina: podejście Francuza to niemal hołd złożony filmowej tradycji i legendzie kina, (co bynajmniej nie ograniczyło jego wolności – wręcz przeciwnie: pozwoliło mu przebierać w tych skarbach jak w ulęgałkach); Meksykanin zaś traktuje kino jak swój własny folwark, w którym mu wszystko wolno – bez zważania na nikogo i na nic (co można pomylić z poczuciem totalnej wolności, ale tak naprawdę jest ograniczeniem wyboru do własnego widzimisię, przez co wolność zamienia się w dowolność).

Treść. W „Post Tenebras Lux” jest minimalna, jakby przypadkowa, może nawet i szczątkowa, (choć nie tak znowu nieistotna); w „Holy Motors” – wręcz eksploduje z iście barokowo-surrealnym rozpasaniem, (choć rzeczywiście racjonalne jej ogarnięcie i wyjaśnienie mogłoby sprawić nam niejaki kłopot). Ale oczywiście: treściowy niedomiar „Post Tenebras Lux” wcale nie musi filmu dyskredytować, podobnie jak nadmiar treści w „Holy Motors” filmu nobilitować. Cezurą jest tu chyba opozycja banał – oryginalność: w „Post Tenebras Lux”, mimo onirycznych wstawek i sugestii Reygadasa, wszystko wydaje się być down to earth, łącznie z pojawiającym się w domu bohaterów widmem różowego czorta (nota bene zadziwiająco podobnego do Różowej Pantery) a nawet z człowiekiem urywającym sobie własną głowę; w „Holy Motors” natomiast oryginalność goni oryginalność – inwencja obrazów jest zdumiewająca, a ich skuteczność w działaniu na wyobraźnię widza powalająca, mimo nieustannych odniesień i cytatów czerpanych pełnymi garściami z filmowej i literackiej klasyki.

Anarchia, surrealizm, komizm i melancholia – wszystko w jednym szalonym filmie („Holy Motors”)

Ale żeby do końca być sprawiedliwym, muszę przyznać, że filmowi Reygadasa nie brakuje hipnotycznych ujęć (tak na mnie oddziałały choćby pierwsze sceny z dziewczynką, która pod wieczór i przed burzą biega po łące otoczona psami, bydłem i końmi); natomiast w obrazie Caraxa pobrzmiewa niekiedy absurd zbyt daleko idący i nieprzebierający w środkach szok za wszelką cenę,  ponadto można odnieść wrażenie, że całość wiąże ze sobą zbyt wiele przypadkowych wątków – bo takie akurat znalazły się pod ręką reżysera. Jednakże, jeśli chodzi o „Święte motory” czułem się tak, jakbym jechał na nich bez trzymanki – i szalona to była jazda, i ekscytująca, i chciałbym jeszcze raz – tak dla zwykłego „fanu”. Zaś „Po ciemności jasność” nie za bardzo mnie oświeciła – zbyt często czułem się jednak niewyraźnie, jak to dziecko we mgle, i nie chciałbym już tego doświadczenia powtarzać – no bo po co się drugi raz męczyć?

Dziwna sprawa: tak naprawdę nie mam zbytnio ochoty, by tłumaczyć się z przychylności dla filmu Caraxa (bo zabawa jego „Świętymi motorami” w kinie mi wystarczyła), ale już z niechęcią do obrazu Reygadasa jest inaczej: nurtuje mnie coś w rodzaju poczucia winy i związanych z tym wyrzutów sumienia. Odczuwam więc potrzebę, by ową idiosynkrazję w jakiś sposób wyjaśnić. I myślę, że ma one swoje głębsze źródło w mojej niechęci do sposobu, w jaki do sztuki podchodzi wielu twórców współczesnych, i to nie tylko tych, mieszczących się w post-modernistycznych szufladkach.

Aby sprawę nieco lepiej naświetlić, zacytuję tu fragment wywiadu, jakiego Carlos Reygadas udzielił po premierze swojego filmu w Cannes (gdzie, jak już wspomniałem,  przyznano mu Złotą Palmę dla najlepszego reżysera). Na zarzut, że jego filmy są hermetyczne i niejasne, że trudno zrozumieć ich sens, przez co spotykają się ze skrajnymi ocenami i miewają bardzo złe recenzje, nawet u renomowanych krytyków, Reygadas odpowiada: „Większość filmów, które lubię, ma złe recenzje. Pozytywne opinie zarezerwowane są dla filmów, które mi się nie podobają. Jeśli wielu żurnalistów je nienawidzi, to dla mnie tylko oznacza, że jest szansa, że taki film stanie się pewnego dnia wartościowy. Z drugiej strony smuci mnie to, bo widzę jak głupi może być ludzki gatunek.” I nieco dalej: „Nie możesz określić o czym jest mój film? To wspaniale!”
A mimo to Reygadas wymaga by przed jego filmem uklęknąć w pokorze i przyjąć go takim, jaki jest. Bo jeśli tak go nie przyjmiesz, to nie możesz go osądzać. (Reygadas wyraził się dosłownie: „to be able to receive, one has to get down on his knees and accept. (…) But if you don’t accept, you can’t judge”.)

Przenikanie się świata realnego z fikcją, widzialnego z wyobrażonym; ekranowa rzeczywistość jako sen – i sen jak rzeczywistość… („Post Tenebras Lux”)

Nie podoba mi się takie podejście do kina i taki stosunek do widza: jeśli nie akceptujesz tego, co robię, to… spadaj! Wtedy nie masz nawet prawa tego oceniać! Czy jest w tym wszystkim poszanowanie dla publiczności, które reżyser skądinąd tak deklaruje? Ja w to nie wierzę. Bo wydaje mi się, że dla niego najważniejsza jest jednak jego własna wizja – nieważne zaś to, jak zostanie przyjęta.
Oczywiście, że nie musimy w kinie wszystkiego rozumieć – czasami poddajemy się tylko poetyckiej aurze obrazu. Ale nawet obraz poetycki nie może się opierać na zupełnej dezynwolturze artystycznej twórcy i powinien posługiwać się pewnego rodzaju kulturowym (stylistycznym, formalnym, językowym) kodem, bo bez niego odbiorca zwykle czuje się zdezorientowany i zagubiony. Mało tego: przestaje cokolwiek odczuwać (oprócz konfuzji), albo odczuwa coś zupełnie przypadkowego, nieadekwatnego… Bowiem warunkiem dotarcia do naszej wrażliwości jest jakiś – rozpoznawalny przez nas bardziej lub mniej świadomie – znak. Bez tych znaków porozumienie – ale także i odczucie czegokolwiek – staje się niemożliwe. Ponadto: nie można dyskutować o tym, co jest nieweryfikowalne – taka rozmowa nie ma sensu (jest wtedy monologiem lub… milczeniem).
Jeden przykład: Reygadas się dziwi, że na scenę, w której jego bohater sam urywa sobie głowę, część publiczności reagowała śmiechem. Ale dlaczego się dziwi, skoro wcześniej nie poddał widzowi żadnego clue – tropu, który by mu choć zasugerował, że chodzi o te wszystkie ścięte głowy, jakie spadają teraz w Meksyku w wojnach narkotykowych gangów? To dlatego widz nie widzi tragedii, tylko groteskę – i z tego się śmieje. (Swoją drogą to zdziwienie Reygadasa niezbyt dobrze świadczy o jego reżyserskiej kompetencji – bo skoro nie potrafi on przewidzieć tak oczywistej ludzkiej reakcji na pewne obrazy, to jak tu mówić o porozumieniu z odbiorcą? Przecież filmu nie powinno się robić tylko dla siebie – jest on przede wszystkim komunikacją z drugim człowiekiem.)

To mnie właśnie w podejściu do kina twórców „eksperymentalnych” (bardzo często wyżywających się w formule tzw. „slow cinema”) wkurza: oto przez dwa kwadransy pokazują nam jazdę na motorze, albo przechadzającą się po łące kozę, albo to, jak sobie rośnie drzewo… i oczekują od widza artystycznych wzruszeń. Ale skąd biedny widz ma wiedzieć o tym, że Wielki Reżyser, kręcąc tę scenę, przepełniony był geniuszem – skoro nie dostarczono mu na ekranie żadnych po temu przesłanek, a nawet sugestii? Przecież normalny, zwykły… właściwie każdy widz potrzebuje jakiegoś znaku, aluzji, sugestii, przesłanki – czegoś, co można zweryfikować odwołując się do sztuki kina i pewnych jej kanonów albo do samego życia i ludzkiego doświadczania świata. A żeby sztuka kina była rzeczywiście sztuką, to nie powinno się w niej robić wszystkiego co się żywnie podoba – tylko dlatego, że ktoś kogoś nazwał artystą wybitnym i pokazuje się jego działa na festiwalach. Oczywiście, że znajdą się w tym wszystkim lekko ogłupiałe snoby, które będą się w te banalne i ciągnące się jak flaki z olejem ujęcia wpatrywały jak sroka w kość, ale moim zdaniem taka reakcja winna być bardziej domeną psychiatrii, niż percepcji sztuki.

Zaskakujące kontrasty – uroda splatająca się z brzydotą, oczywistość z tajemniczością, dosłowność z parabolą… („Holy Motors”)

Jeszcze bardziej szalonym filmem niż „Post Tenebras Lux” są „Holy Motors”, tyle że to szaleństwo mi się spodobało. Opisując ten obraz, na upartego moglibyśmy snuć jakieś paralele z literackimi dziełami (np. z „Ulissesem” Joyce’a – bo główny bohater „Motorów”, wcielający się co chwila w inną postać Monsieur Oscar krąży po Paryżu niczym Odys, a to że jest to Paryż, a nie Dublin, nie ma przecież żadnego znaczenia – bo Paryż to jak świat cały, a wędrówka Oscara to jak samo życie), albo z filmowymi (tu odwołań znaleźć by można bez liku), ale byłoby to chyba zbyt pretensjonalne, może nawet nudne, bo radość patrzenia na to co się wyprawia na ekranie w „Świętych motorach” jest uczuciem czystym, doświadczanym tu i teraz, bez uświadamiania sobie jego źródeł. Co wcale nie musi oznaczać bezmyślnym: film ma w sobie tyle treści, że starczyłoby jej na tony analiz i rozpraw. Jeśli jednak ktoś chciałby koniecznie racjonalnej egzegezy całej tej surrealistycznej maskarady odprawianej w filmie, to proszę bardzo – przydaje się tu trop wskazany przez samego Caraxa: limuzyna wożąca Oscara to coś w rodzaju wirtualnego wehikułu-bańki, do której pakuje się człowiek, by odegrać kolejną rolę w swoim życiu, udając za każdym razem kogoś innego. A jest to w dobie internetu i ekshibicjonistycznych mediów znak czasów, w których ludzie usilnie poszukują tożsamości, albo równie mocno chcą tę swoją tożsamość zatuszować (zatracić?) – co w obu wypadkach wymaga gry, kamuflażu i innych wybiegów. (To tylko jedna – i wcale nikogo nie zobowiązująca – interpretacja.)

Grający Oscara Denis Lavant jest fenomenalny – wchodzi dosłownie w skórę swoich postaci (a jest ich niemal tuzin) niczym w jakimś transie, co w zestawieniu z niezwykle wybujałą inwencją budowania scen i wizualną ekstrawagancją obrazu, robi często piorunujące wrażenie. Całe to filmowe bogactwo byłoby może przeładowanym ekscesem, gdyby nie doskonałe opanowanie przez reżysera sztuki wpływania na emocje widza (a w „Holy Motors” równie skutecznie targają nami paroksyzmy śmiechu, co dojmujący smutek i melancholia).
I choćby tutaj podejście Caraxa jest diametralnie różne od podejścia Reygadasa, który mówi że nie jest żadnym „mistrzem ceremonii” i nie chce nigdzie widza prowadzić. A moim zdaniem reżyser powinien być właśnie takim „mistrzem ceremonii” (tyle że w miarę dyskretnym) popchnąć niejako widza w odpowiednim kierunku, a to jak się z twego zadania wywiązuje świadczy o tym, czy jest prawdziwym artystą kina, czy tylko przypadkowym wypełniaczem kinowego obrazu (często robiącym to dla swojej przyjemności, próżności, terapii… you name it), którego nie za bardzo obchodzi, jak zareaguje na to wszystko widz.
Tu zresztą wyłania się jeszcze jedna ciekawa sprawa: paradoksalnie, mimo że Reygadas deklaruje, że nie chce być „mistrzem ceremonii” to odnosimy wrażenie, że po ekranie rozpycha się głównie jego własne EGO. Natomiast oglądając film Caraxa nie uświadamiamy sobie wcale obecności reżysera – wydaje się że na ekranie każdy (i wszystko) jest na równych prawach i że pierwsze skrzypce oddaje francuski reżyser komuś (czemuś) innemu: aktorom, kamerze, obrazowi, scenie, wątkowi… innymi słowy – samemu filmowi. I tak jest chyba lepiej.

Piękno leży już w samym akcie działania… („Holy Motors”)

„Post Tenebras Lux” 5/10
„Holy Motors”9/10
*