AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W DRODZE

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. II

.

Krajobraz nieskażony cywilizacją - taki sam jak przed tysiącami lat (Dolina Monumentów w Arizonie, ziemia Indian Navaho)

Krajobraz nieskażony cywilizacją – niezmienny od tysięcy lat (Dolina Monumentów w Arizonie, ziemia Indian Navaho)

.

Widok z górskiego szczytu ma często w sobie coś z małej nirvany. Podobnie jak wtedy, kiedy stajemy na krawędzi wielkiego kanionu: oto pod nami rozciąga się topograficzna otchłań bezkresna, roztacza widowisko zapierające nam dech w piersiach – a ma to wszystko w sobie cień euforii i triumfu podobnego temu, jaki odczuwają alpiniści po zdobyciu góry. Świat ściele się u naszych stóp, pokonaliśmy w jakimś sensie naszą własną maluczkość, wyróżniliśmy się z anonimowego tłumu mrówek, które drepczą gdzieś tam w dole, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo zacieśniony jest ich własny horyzont.
Ma się też poczucie pewnej egzotyki, bo takich widoków na co dzień się nie widuje: perspektywa spojrzenia z wysokiej góry, czy z krawędzi kanionu, jest zupełnie inna niż z dołu – szersza, bogatsza. Dopiero z takiej perspektywy możemy zobaczyć teatr nasz ogromny, jakim jest świat, w którym żyjemy, jak również to, jaki jest on piękny, niezwykły i kolorowy – pełen decorum, o które zadbała ślepa ponoć Natura.
Takich punktów widokowych na kontynencie Ameryki Północnej jest wiele i nie sposób ich tutaj, nawet pobieżnie, wymienić: poczynając od atlantyckiego wybrzeża (góra Cadillaca w Parku Narodowym Acadia, z której szczytu zobaczyć można pierwsze promienie wschodzącego Słońca w Ameryce); przez największe pasmo górskie amerykańskiego Wschodu, jakim są Apallachy; ponad cztero-kilometrowe szczyty Gór Skalistych, które niczym kręgosłup kontynentu, ciągną się przez tysiące mil od rzeki Rio Grande w Teksasie i wzgórz Sangre de Christo w Nowym Meksyku po samą niemalże Alaskę; krawędzie bajecznych kanionów Płaskowyżu Kolorado (wliczając to punkty widokowe po obu brzegach najbardziej spektakularnej dziury świata, jaką jest bez wątpienia Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie); czy wreszcie, będące częścią Kordylierów, pasma górskie: Sierra Nevada, Góry Kaskadowe (niesamowite czapy lodowe wulkanów: ot, choćby w rodzaju waszyngtońskiej Mt. Rainier), Nabrzeżne w Kanadzie oraz te, znajdujące się już na Alasce, z najwyższą górą Ameryki Północnej McKinley’em na czele. A kiedy powietrze jest czyste i przejrzyste, z tych punktów wysokich widać potęgę amerykańskiej ziemi, olbrzymie przestrzenie, niezwykłe ukształtowanie terenu, geologiczne osobliwości i rozmaitości okolicznego toposu: niekiedy widok rozciąga się przed nami na odległość dalszą niż stu kilkadziesięciu mil.

Pisałem już o drogach, tzw. „scenic drives”, ale nie wspomniałem o kilku z nich, które są dla Ameryki Północnej wręcz definitywne, jeśli chodzi o krajobrazową widowiskowość. Taką drogą jest słynna, biegnąca pacyficznym wybrzeżem, kalifornijska „Jedynka”, czyli Highway 1 – zwłaszcza na odcinku San Louis ObispoCarmel, który obejmuje porośnięte krasnoborem (sekwoje Redwood) wzgórza i klifowe urwiska Big Sur (przez długie lata będącego domem dla Henry’ego Millera), wijąc się niezliczonymi zakrętami nad przepaściami skalnego wybrzeża, przekraczając wysokie na dziesiątki metrów mosty i oferując po drodze niezwykłe widoki na spieniony, falujący Ocean, tudzież większe lub mniejsze zatoki, w których lubią się pluskać i wygrzewać morskie zwierzęta – foki, lwy morskie, fretki, mewy, pelikany…

Jedną z najpiękniejszych górskich dróg świata jest wspomniana już wcześniej przeze mnie Going-to the-Sun Road w Montanie, lecz na północ od niej – nadal w obrębie Gór Skalistych, choć  już na terenie Kanady – znajduje się legendarna Icefield Parkway: trasa jeszcze bardziej chyba imponująca, niż jej siostra w Parku Narodowym Lodowców, bo znacznie dłuższa, biegnąca wzdłuż grzbietów Canadian Rockies i kontynentalnego wododziału, łącząca ze sobą przepiękne, leżące na terenie Parku Narodowego Banff Jezioro Louise z Parkiem Narodowym Jasper; muskająca po drodze znany Lodowiec Kolumbia i obejmująca na dodatek jeszcze jeden kanadyjski park narodowy: Yoho, gdzie podziwiać można fantastyczne kolorystycznie Jezioro Szmaragdowe.

*

Kręgosłup kontynentu: Icefield Parkway w Kanadzie wiedzie przez najbardziej spektakularne rejony Gór Skalistych Kanady

Kręgosłup kontynentu: Icefield Parkway wiedzie przez najbardziej spektakularne rejony Gór Skalistych Kanady

.

Osobne miejsce w tym szkicu należy się amerykańskim autostradom, których przemyślana sieć przecina Stany Zjednoczone południkowo (czyli z południa na północ) i równoleżnikowo (ze wschodu na zachód). Przebyłem je niemal wszystkie na całej długości, co zazwyczaj wymagało kilku czy nawet kilkunastu dni jazdy. Tą samą autostradą można bowiem przejechać w poprzek całego, szerokiego na pięć tysięcy kilometrów, kontynentu: 10-ką (I-10) z Jacksonville na Florydzie do Los Angeles w Kalifornii; 80-ką z Nowego Jorku do San Francisco; 90-ką z Bostonu w Maine do Seattle w stanie Waszyngton – by wymienić tylko tych kilka najważniejszych. Podobnie jest z kierunkiem południe-północ: biegnącą wzdłuż zachodniego wybrzeża 5-ką można dotrzeć ze znajdującego się na granicy z Meksykiem San Diego, aż do położonego w Brytyjskiej Kolumbii kanadyjskiego Vancouver; na wschodnim wybrzeżu zaś, 95-ką z Miami leżącego na samym południu Florydy, przez Waszyngton, Filadelfię, Nowy Jork i Boston, można dojechać aż po granicę z Nowym Brunszwikiem w Kanadzie.

Autostrady – arterie cywilizacyjnego organizmu, bez których najprawdopodobniej nie mógłby on żyć i funkcjonować. Setki tysięcy ciężarówek przewożących nimi miliony ton towarów – zaspakajające głód masowej konsumpcji, podtrzymującej przy życiu i karmiącej gigantyczne imperium, dla którego nieustanny przepływ „dóbr”, surowców, produktów i towarów stanowi warunek sine qua non nie tylko ekonomicznej prosperity, ale i samej egzystencji zaludniającego go społeczeństwa.
Miliony samochodów osobowych na autostradach. Ludzie zamknięci w tych metalowych pudłach na kółkach, stają się przez to doskonale anonimowi, podporządkowując się tym samym regułom, bez przestrzegania których wszystko by stanęło lub zamieniło się w chaos. A przecież często staje: to owe straszne, zwłaszcza w wielkich metropoliach, korki – tzw. „traffic jams”, przez które ludzie tracą całe lata swojego życia, gapiąc się bezmyślnie w zderzaki samochodów sunących przed nimi,  a prowadzonych przez podobnych do nich nieszczęśników, „tekstując” błahe „mesydże”, rozmawiając przez telefon komórkowy lub słuchając po raz tysięczny tego samego popowego kawałka.

Z reguły autostrady, w swej homogeniczności są zjawiskiem nudnym, tym bardziej, że prowadzą zazwyczaj przez tereny wyrównane, zniwelowane, topograficzne obłaskawione – i biegną zwykle na wprost: stąd minimalna ilość zakrętów, które skutecznie wymuszają zmniejszenie prędkości. Lecz nie wszędzie mogło się to sprawdzić. Np. w Górach Skalistych, nad bagnami Luizjany, czy w niektórych kanionach Południowego Zachodu: tam wiadukty, tarasy, podwieszone półki – wszystkie te majstersztyki sztuki inżynierskiej i konstruktorskiej tworzą niewiarygodną strukturę, która zmusza do podziwu, przeszkadzając w bezpiecznym (prze)prowadzeniu przez nią samochodu.
Podobnie wielkie wrażenie wywierają wielopoziomowe skrzyżowania autostrad: wiszący w powietrzu galimatias z betonu, przez który jakimś cudem przebijają się wehikuły w wiadomym tylko sobie, pożądanym kierunku. I co najbardziej zdumiewające: ta nieustanna cyrkulacja ruchu odbywa się płynnie – potoki aut łączą się na wjazdach z autostradą-rzeką, ponownie rozdzielając się na zjazdach tworząc nowe strumienie, a cały ten prąd regulowany jest nie znoszącymi sprzeciwu znakami typu: right (left) line must exit, strzałkami ze stanowczym „only”; wyraźnie rozdzielone pasma ruchu, które tworzą regularne stróżki posuwających się jeden za drugim pojazdów. Przypomina to paradoks amerykańskiej wolności: wszyscy mają wrażenie, że własnowolnie wybierają swój cel i kierunek, a tak naprawdę zmuszeni są do podporządkowania się regułom ruchu – posłuszni znakom, radykalnym przecież w swej jednoznaczności.

To nie przypadek więc, że amerykańscy rebelianci swój bunt często wyrażali w drodze – i na drodze. Pełna takich osobników jest tutejsza ikonografia literacka i filmowa: począwszy od bitnikowskiej manifestacji wolności i swobody, kojarzonej głównie z amerykańską odyseją włóczęgowską Kerouraca, przez straceńczą ucieczkę samochodową Kowalskiego przed amerykańskim establishmentem w „Znikającym punkcie” (w wersji soft i bardziej rozrywkowej był to „Mistrz kierownicy ucieka” z Burtem Raynoldsem); dalej: prący do przodu, pokonujący po drodze wszystkie przeszkody oraz łamiący wszelkie reguły „Konwój” z Krisem Kristoffersonem; Thelmę i Luizę rzucające się swym samochodem w otchłań Wielkiego Kanionu, wybierające śmierć, zamiast poddania się policyjnej obławie; po morderczy bunt bandyckiej pary Bonnie i Clyde’a, krwawe szaleństwo „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a, czy psychopatyczny romantyzm wolnościowy Martina Sheena w „Badlands” Malicka – wszyscy ci łamiący (w imię indywidualnej wolności, ale i powodowani suicydalnym, czy nawet morderczym instynktem) prawo, desperaci i straceńcy, byli „w drodze” – i już choćby ostentacyjne i gwałtowne łamanie przepisów drogowych było u nich symboliczną niezgodą na podporządkowanie się stadnym regułom społecznym, radykalną odmową uczestnictwa w „wyścigu szczurów”. Bycie w drodze – i na drodze – było dla nich synonimem wolności. I swoją wymowę ma fakt, że wolność tę musieli okupić w tak brutalny, krwawy i tragiczny sposób. Niestety, jak widać: to także jest jednym z atrybutów „american way”.

Jednakże, kiedy tymi samymi drogami jadą osobnicy nam podobni – łagodniejsi nieco w swych atawistycznych odruchach, podporządkowujący się w miarę ruchowi prawostronnemu, z grubsza przestrzegający znaków i ogólnych przepisów drogowych, bez większych morderczych skłonności i uzbrojeni tylko w fotograficzny aparat – to również mogą odczuwać ów powiew wolności, czy choćby cząstkę anarchicznej skłonności do brawury i pędu, zew swobody wołający na nich z mijanej po drodze pustyni czy puszczy… Patrzą oni na te same co w tamtych filmach scenerie, używają samochodów tych samych marek, tankują przy zupełnie podobnych stacjach benzynowych i nocują w takich samych jak nasi drogowi buntownicy filmowi, motelach. Krajobraz jest ten sam, i ludzie są ci sami – inny jest tylko scenariusz, mniejsza intensywność czynów, mniej radykalny sposób zachowania i wcześniejsza pora zasypiania w motelowym łóżku.

.

Zbliżenia z niezwykłością: krótki odpoczynek przy drodze - w Parku narodowym Drzewek Jozuego w Kalifornii.

Zbliżenia z niezwykłością: krótki odpoczynek przy drodze – w Parku Narodowym Drzewek Jozuego w Kalifornii.

.

Amerykańskie drogi wydają się nie burzyć naturalnej architektury pejzażu. Trakt biegnący tu przez pustynię tej pustyni nie narusza – może ją przybliżyć naszym oczom, lecz nie ingeruje w samą istotę „pustynności”. Bowiem pustynia swoim ogromem wydaje się pochłaniać wszelkie cywilizacyjne próby jej „odpustynnienia”. Nawet autostrady biegnące szerokim pasem przez Wielkie Równiny (dawnej prerii), sprawiają wrażenie, jakby tu były od zawsze – zlewają się z lekko pofałdowanym terenem, stykają bezkonfliktowo z zielono-żółtą szachownicą kukurydzianych pól. Drogi i autostrady są więc tu żywą i ruchliwą ewidencją zwycięstwa ludzkiej cywilizacji nad osobnością przyrodzoną Ziemi. Stanowią naoczny dowód tego, że alienacji wobec natury może podlegać ze swoją kulturą człowiek, ale niekoniecznie jego cywilizacyjne materialne twory, które – raz powstałe – stają się integralną częścią naturalnego atelier.
Takie odnoszę wrażenie w Ameryce, bo jeśli chodzi o Europę, to tam wydaje mi się, że konstrukcje i budowle stworzone człowieka przytłoczyły Naturę, dokonały na niej – rozłożonego wprawdzie na tysiąclecia, ale jednak – gwałtu, sztucznie wtłaczając w niepokalaną zrazu przyrodę cywilizacyjne rekwizyty i dekoracje, które cały kontynent zamieniły w scenę dla dziejącej się Historii i kulturowej psychodramy. Co jest powodem tej różnicy w innym postrzeganiu relacji między cywilizacją a Naturą na Starym i Nowym Kontynencie? Może tylko inne proporcje? Topograficzna, obszarowa potęga Ameryki i kameralność zatłoczonej przez Homo sapiens Europy? Bez wątpienia znaczenie ma tutaj przestrzeń: eksplodująca na wszystkie strony w Ameryce i stłamszona jakby na stosunkowo małej obszarowo Europie? Ot, weźmy choćby niebo: nad Europą wydaje się być ono małe, jakby nisko zawieszone, często zachmurzone lub blade; natomiast w Ameryce jest ogromne jak sam ten kontynent – kosmicznie przestrzenne, szerokie i wysokie, nasycone intensywną barwą, z widocznymi często na nim, odgrywanym przez Naturę spektaklem.

Wróćmy jednak na ziemię, a konkretnie – na drogę. Amerykańska droga to nie tylko ekonomiczno-społeczny utylitaryzm. Amerykańska droga to także – dla mnie przede wszystkim – możliwość podróży. Dzięki niej można bowiem dotrzeć do miejsc szczególnych, osobliwych, intrygujących i … tak, tak… pięknych – obcując ponadto w czasie tej podróży z niezwykłym pejzażem „po drodze”. Czesław Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” widział to nieco inaczej:  „Ale treścią samochodowych wędrówek po Ameryce jest przede wszystkim ciągły podziw dla człowieka i litość. Ogrom tego kontynentu, jego skalne spiętrzenia, jego piaski, jego dna wyschniętych słonych jezior, cała jego wroga uroda po dniu jazdy zostawiają nieco zażenowany triumf. Bo ja przecie mogłem być tym mężczyzną, tą kobietą, którzy przebywali – w ile dni czy tygodni? – zobaczone przeze mnie skały i pustynie, idąc obok wozu zaprzężonego w woły albo jadąc konno. Wartość czegokolwiek na ziemi mierzy się ostatecznie oporem. Pierwotna, nietknięta Natura – to śliczne, ale nie dla kogoś, kto kona z pragnienia albo wlecze, podpierając się kijem, złamaną nogę. Choć widzę, nie mogę uwierzyć, że ludzie potrafili geologicznego potwora ujarzmić i oswoić, pętając jego ciało sznurami szos i jakich szos.”
Litość? Dla ludzi, którzy musieli z Naturą i „geologicznym potworem” walczyć i do których rzadko raczej docierał estetyczny walor wszechmocnego przeciwnika – jego uroda skryta była za zasłoną z bezwzględnych żywiołów zagrażających ich życiu. Ale czy także dla nas? My jesteśmy w zasadzie od tego zwolnieni, poruszając się klimatyzowanym autem, z żywnością, wodą i benzyną oferowaną przy każdym niemal zjeździe… I nie czujemy już tego oporu materii nieożywionej – środowiska, które bez naszych cywilizacyjnych gadżetów, środków, narzędzi i protez, zapewne w ciągu paru dni by nas zabiło. Nie, nasze życie jest teraz niezagrożone. I dlatego dostępne jest nam to objawiające się nam w czasie drogi ziemskie-nieziemskie piękno.

(c.d.n.)

Nota: część pierwszą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ, część trzeciąTUTAJ.

 

Nie wszystek krasnobór wycięto: wśród strzelistych sekwoi Redwood, przy drodze Avenue of the Giants w Kalifornii

Nie wszystek krasnobór wycięto: wśród strzelistych sekwoi Redwood, przy drodze Avenue of the Giants w Kalifornii

.

.    © ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

Reklamy