FILMOWISKO („Biała wstążka”, „Ostatnia stacja”, „Autor Widmo”, „Alicja w Krainie Czarów”)

festival.banner.wl

„BIAŁA WSTĄŻKA” („Das Weisse Band”, reż. Michael Haneke)

 * * * * * *

Czy tylko w Austrii najistotniejsze sprawy rozstrzygają się w podziemiu? Czy to przypadek, że właśnie tam Zygmunt Freud zaczął sięgać do głębin podświadomości, które decydują (ponoć) o naszych świadomych poczynaniach? A Fritzl? Jak to możliwe, że funkcjonujący normalnie w społeczeństwie człowiek mógł przez prawie ćwierćwiecze trzymać w piwnicy swoją córkę, gwałcić ją i zmuszać do rodzenia całej gromady dzieci?

„Biała wstążka” – Złota Palma w Cannes, 2009

Czy dokonuję tu jakiegoś nadużycia wiążąc to wszystko z twórczością austriackiego reżysera Michaela Haneke, który obsesyjnie wręcz zajmuje się ukrytymi pod powierzchnią ludzkich zachowań ciemnymi siłami zła – instynktami przemocy, perwersji, zabójstwa? A przy tym robi to w sposób niezwykle sugestywny, niekiedy wręcz wstrząsający, o czym można było się przekonać oglądając choćby takie jego filmy, jak „Funny Games”, „Pianistkę”, „Ukryte”… no a teraz „Białą wstążkę” – surowy obraz ukazujący jedną z niemieckich wiosek i jej mieszkańców, w przededniu wybuchu I wojny światowej, oraz większe lub mniejsze potworności, które wyłaniają się spoza fasady tej ich – stworzonej przez protestancką represyjność i kostyczny temperament – powszedniej szarzyzny.

Kiedy więc dowiedziałem się, że Haneke wziął się za temat, dzięki któremu można się było zająć genezą nazizmu – tej „choroby”, która opętała Niemców w XX wieku, i to z potwornym skutkiem, czyniąc z nich jednych z z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości – spodziewałem się wiele. Lecz okazało się, że to co Hanekemu wychodziło nieźle (a niekiedy wręcz znakomicie) w sytuacjach bardziej kameralnych i hipotetycznych, nie sprawdziło się już tak dobrze, kiedy jego ambicją stało się ukazanie podobnej problematyki z szerszej, społecznej perspektywy. Tak, jakby reżyser nie był w stanie zapanować nad większą ilością postaci, a także nad wszystkimi wątkami, które zaczęły mu się trochę wymykać z rąk. Bowiem najsłabszą stroną „Białej wstążki” wydaje mi się być narracja.
A jednak jest to bez wątpienia film ponadprzeciętny i ze wszech miar godny polecenia. W oczy rzuca się jego starannie wykoncypowana i wyegzekwowana estetyka (Haneke wyrzucił z filmu kolory, zastępując je obrazami czarno-białymi), integralnie związana z treścią filmu i budująca odrealnioną nieco atmosferę świata minionego, ale przecież nadal istniejącego w historycznej świadomości wielu ludzi.
Poza tym, poszczególne sceny są wręcz przepełnione hipnotycznym spleenem, wiele z nich ma walor miniaturowych arcydzieł, które mimo ciemnego kolorytu dość ostro wcinają się w naszą świadomość i wdzierają do naszych wnętrz, wywołując tam małą emocjonalną rewolucję. A obrazów o takim uderzeniu się nie zapomina.

Dyscyplina, posłuszeństwo, porządek, czyli Niemcy w przededniu wojny. Czy za protestancką fasadą pozornego ładu czai się widmo faszyzmu? („Biała wstążka” Michaela Haneke)

 

 

„OSTATNIA STACJA” („The Last Station”, reż. Michael Hoffman)

 * * * * * *

Na „Ostatniej stacji” się nie zawiodłem, być może dlatego, że wybierając się na ten film nie spodziewałem się, iż na ekranie zobaczę ów rosyjski (czesto ciemny, niekiedy desperacki) autentyzm. Pamiętałem bowiem o innych filmach Hoffmana, zwłaszcza o „Śnie nocy letniej” – dość lekkiej, swobodnej i bardzo „amerykańskiej” adaptacji Szekspira. Zresztą, już dawno temu przestałem się łudzić, że Amerykanie (i ogólnie – większość reżyserów zachodnich) potrafią autentycznie oddać rosyjskiego ducha – ową „dostojewszczyznę” czy właśnie „tołstojowszczyznę” (z „pasternakowszczyzną” też nie było zachwycająco… trochę lepiej wychodzi im tylko „czechowszczyzna”). Niestety – a może na szczęście? – nikt nie robi tego lepiej od samych Rosjan.

Lew Tołstoj – mędrzec, szaleniec, geniusz, „mały wielki człowiek”?

Mając więc takie nastawienie, łatwiej mi było znieść pewne wtręty lekko sentymentalne i melodramatyczne, czy też inne, dość arbitralne zabiegi tworców usiłujących oddać historyczną czy też charakterologiczną prawdę o czasach i bohaterach, o jakich opowiada film.
Jednym zdaniem: nie nastawiałem się na to, że spotkam się z realistyczną interpretacją tego, co zaszło w ostatnich dniach życia wielkiego pisarza. Jeśli bowiem ktoś chce do tej „prawdy” się zbliżyć, to wg mnie powinien sięgnąć nie tylko po dzienniki samego Tołstoja oraz (oczywiście) Zofii Andrejewny, (które swego czasu wywołaŁy spore zamieszanie) ale i zajrzeć do interpretacji krytycznych tych, którzy na próbach zbadania tego jak to było w rzeczywistości, zęby swoje zjedli.

Jeśli chodzi o mnie, to – abstrahując od tego wszystkiego – dałem się ponieść swoistemu urokowi i niewąpliwej maestrii obrazu (gra aktorów, sposób prowadzenia kamery, montaż… to wszystko dostarczało mi doprawdy wielkiej przyjemności, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu).
Być może zasadny jest zarzut, iż wątek poboczny (romansu/miłości) młodego Walentego (sekretarza Tołstoja) i Maszy (należącej do para-komunistycznej sekty „Tołstojan”) można było sobie darować, bo rozmywał nieco główny temat filmu, jakim był konflikt pisarza z jego żoną (oraz ze swoim, mitycznym już wówczas, wyobrażeniem, jaki miał o nim świat). Lecz wiem, że z kolei inni mogą go potraktować, jako przeciwwagę dla tragikomicznych perypetii małżeńskich hrabiostwa Tołstojów.

Helen Mirren i Christopher Plummer w „Ostatniej stacji”

Ja oczywiście nie za bardzo wierzę w melodramatyzm i sentymentalizm ostatnich momentów życia Tołstoja na Jasnej Polanie – i jego śmierci na stacji Astapowo… Wątpię, iż prawdziwa Zofia Tołstoj miała tak rześki temperament, seksapil, a zwłaszcza wyrafinowanie Helen Mirren… Trudno mi także uwierzyć w to, że pisarz, mając 82 lata, piał (i zachowywał się) jak kogut w swojej sypialni… Ale wszak nie dokumentu spodziewałem się idąc do kina, ani tego, że dzięki temu filmowi objawi mi się wreszcie tajemnica ostatnich dni tego małego wielkiego człowieka, jakim był Tołstoj… Poddałem się konwencji, jaką zaproponowali twórcy tego filmu, zaś jego bohaterów zacząłem traktować jak postacie… w pewnym sensie autonomiczne, żyjące tylko na filmowym ekranie – „wykrojone” na potrzeby tego konkretnego obrazu. Dzięki temu zetknięcie się z filmem sprawiło mi – tego nie kryję – wielką przyjemność. Zresztą, nie tylko mnie, więc tym bardziej – i z czystym sumieniem – mogę ten film polecić każdemu, kto lubi po prostu dobre kino.

 

„AUTOR WIDMO”  („The Ghost Writer”, reż. Roman Polański)

 * * * * * *

Co prawda sam adresat tej skargi nigdy się o niej nie dowie, to ja jednak napiszę, że mam do Romana Polańskiego pretensje, że naprawdę dobre (i. e. wybitne)  filmy przestał kręcić dobrych 30 lat temu („Tess”) i już nigdy nie wzniósł się na wyżyny choćby takiego „Chinatown” (jeden z najlepszych filmów w historii kina) czy „Dziecka Rosmemary”, o prowokacjach typu „Wstręt” czy „Lokator” nie wspominając. Nie chciałbym jednak dociekać przyczyn, bo mógłbym trafić np. na tragedię osobistą reżysera (mord Masona na jego żonie i nienarodzonym dziecku) czy niefortunny wyskok seksualny z niepełnoletnią dziewczyną, (który pociągnął za sobą oskarżenie o gwałt i długoletnią banicję).

Świat wielkiej polityki, kławstwa i zbrodni. Pierce Brosnan i Ewan McGregor w filmie Romana Polańskiego „Autor Widmo”)

Nie ulega wątpliwości, że Roman Polański jest bardzo dobrym reżyserem. Problem w tym, że przez ostatnie trzy dekady kręcił on filmy, które równie dobrze mógłby nakręcić inny… pierwszy lepszy sprawny reżyser.

O co mi chodzi?
O to, że wszystkie filmy Polańskiego z tego okresu są pozbawione czegoś, co można by nazwać osobistym „nerwem”, głębszym rysem charakteru, przejawem specyficznej, niepowtarzalnej autorskiej weny. Innymi słowy: wg mnie stał się on (nie powiem, że nie mistrzowskim ale jednak szeregowym) wyrobnikiem kina. I właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie te (wygórowane?) oczekiwania – tęsknota za kinem par excellence autorskim, wyróżniającym się artystycznie, sprzężonym ściśle z demonami twórcy.
Robert Harris, (którego książka „The Ghost” posłużyła Polańskiemu za kanwę scenariusza) stwierdził po premierze filmu: „Miałem wrażenie, że Polański nigdy nie powiedziałby: ‚Robimy film artystyczny’. On nie lubi kina, które nie wciąga ludzi.”
Coś podobnego! Tak, jakby „kino artystyczne” nie mogło już „wciągać ludzi”!
Chociaż… z drugiej strony to prawda, z jednym wszak zastrzeżeniem – takie kino nie wciągnęłoby już tak wielu widzów, jak kino komercyjne (a takim jest „Autor Widmo”) , które wzbrania się przed posądzeniem o artyzm, bo to tylko może odstraszyć „masowego” widza i pociągnąć za sobą zmniejszenie zysków.

„Autor Widmo”, czyli polityczny thriller w bardzo dobrym gatunku

Jeśli jednak podejdziemy do najnowszego filmu Polańskiego od strony „konsumpcyjnej”, to musimy przyznać, że jest to produkt znakomity – świetnie zagrany i sfotografowany (zdjęcia Marka Edelmana), trzymający w napięciu polityczny thriller, nawiązujący do najlepszych wzorów gatunku (Hitchcock, Schlesinger, Friedkin…) – do sprawdzonej już wielokrotnie tradycji kina sensacyjnego.
Oczywiście w scenariuszu znalazłoby się parę dziur, w zachowaniu głównych postaci kilka absurdów, zaś nad jego wiarygodnością można by postawić spory znak zapytania… lecz wygląda na to, że wszyscy zajęli się tylko jego atrakcyjna powierzchnią, nie zawracając sobie głowy schodzeniem gdzieś głębiej. Co najwyżej robi się aluzje (albo pisze otwarcie) o pewnych analogiach między kryminalnymi nadużyciami głównego bohatera filmu Adama Langa (Pierce Brosnan) a serwilistyczną wobec USA polityką byłego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaire’a, (który miał być ponoć pierwowzorem postaci Langa). Ale to właśnie takie analizy stanowią dowód na dziecinadę niektórych krytyków, którzy zamiast odnieść się do konkretnych poczynań żywych polityków, usiłują dociec prawdy (o politycznym świecie) zajmując się fikcją.

„ALICJA W KRAINIE CZARÓW” („Alice in Wonderland”, reż. Tim Burton)

 * * * * * *   (wizualne szaleństwo Tima Burtona)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Najlepsze bajki pisane są zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Dlaczego?
Może dlatego, że – po pierwsze: sam (dorosły) autor musi poczuć twórczą satysfakcję, bowiem, nawet jeśli tworzy bajkę z myślą o dziecku, to pisze ją także (a może i przede wszystkim) dla siebie i z sobie znanych powodów; po drugie: jeśli sam dorosły nie uzna jakiejś bajki za ciekawą, to nie będzie mu się także chciało czytać jej dziecku.
Wynika z tego, że „Alicja w Krainie Czarów”, stając się jedną z najsłynniejszych bajek świata, spotkała się wręcz z fascynacją dorosłych, (a ta – co tu kryć! – po części była odbiciem fascynacji samego autora, Lewisa Carrolla, swoją nieletnią bohaterką).
Ową fascynację tłumaczy również to, że właściwie wszyscy dorośli nie przestają być dziećmi. Cóż innego bowiem zmusiłoby takiego starego konia jak Burton do poświęcenia paru lat swojego życia dla podobnej fantazji?
Same pieniądze? Eeee… nie przesadzajmy. Gdyby rzeczywiście pieniądze były w Hollywood najważniejsze, to nie byłoby tam żadnego prawdziwego artysty (z jego zanurzeniem w nierzeczywistych światach – własnych twórczych fantazmatach), a jedynie sami handlowcy, manipulatorzy i gracze. A artyści niewątpliwie w Hollywood są. Jednym z nich jest oczywiście Tim Burton.

Alicja (Mia Wasikowska) w Krainie Czarów

Najnowszą „Alicję w Krainie Czarów” – mimo formatu 3D – oglądałem jakby w dwóch wymiarach: pierwszy to sama wizualność obrazu w oderwaniu od treści tej opowieści; drugi – jego myślowa i znaczeniowa zawartość, w tym narracja, akcja i cała ta symboliczna gęstość, zbliżająca się niekiedy do absurdu, nonsensu i halucynacji.
I muszę napisać, że pierwszy wymiar (wizja) zrobił na mnie spore wrażenie (choć przecież nie jest to „moja” estetyka, czyli taka jakiej szukam np. w malarstwie, albo z jaką chciałbym mieć do czynienia na co dzień), zaś drugi (intelektualna zawartość i treść) – już jakby zrobiła na mnie wrażenie nieco mniejsze (mimo, iż Burton dość wiernie trzymał się w swojej ekranowej wersji literackiego pierwowzoru Lewisa Carrolla – z całym tym jego fantastycznym sztafażem, słowną przewrotnością i niewydarzoną menażerią przeróżnych dziwolągów).

Tim Burton to prawdziwy wizjoner kina. W związku z czym, cokolwiek on robi, to spotyka się to z należytą uwagą tych, którym sztuka filmowa jest nieobojętna. Nawet jeśli nie podziela się jego entuzjazmu dla mrocznych, trącących horrorem fantazji o wyobcowanych z normalnego świata groteskowych nieudacznikach, to można zostać weń wciągniętym chociażby dzięki niezwykłej, zaskakująco bogatej – i bez mała szalonej – wyobraźni plastycznej artysty. I ja właśnie tak daję mu się czasem wciągać.

Ale co z tą treścią? – może ktoś zapytać.
Czy oprócz wizualnej karmy dla złaknionych estetycznym głodem zmysłów, znajdzie się tam coś dla tych miliardów neuronów w mózgu, wśród których generują się i wyładowują nasze myśli?
Jak wiadomo, ludzki mózg to taka bestia, że zawsze znajdzie dla siebie pożywkę… nawet jeśli zetknie się tylko z „Białym kwadratem na białym tle”, kropką, przecinkiem, ciszą Cage’a albo zwykłą główką od szpilki. Bo wszystko chce wypełnić znaczeniem. A co dopiero, jeśli zetknie się z takim bogactwem ludzkiej fantazji, jakie zawarł w swojej „Alicji” Carroll? Nic dziwnego, że interpretacja, objaśnianie i roztrząsanie tego pękającego od obrazów i intrygujących słów dziełka zaowocowało niezliczoną ilością analiz – począwszy od Freudyzmu, a na Marksizmie skończywszy.

Lewis Carroll i jego rzeczywista „Alicja”

Także teraz, po premierze filmu Burtona, nie cichną dyskusje na ten temat. Ale jakoś skrzętnie omija się erotykę, jaką tak naprawdę naładowana jest „Alicja” Lewisa Carrolla, który – jak wiemy – miał wszak takie, a nie inne skłonności i upodobania.
Unikom wytwórni Disney’a (tak, tak… tej od landrynkowych słoników Dumbo, sacharynowych jelonków Bambi i kretynkowatego kaczora Donalda) się nie dziwię, ale tym wszystkim krytykom, którzy twierdzą, iż chcą się dokopać do źródeł i genezy Carrollowych fantazji – to już trochę tak… Chociaż nie zachowują się oni przecież inaczej jak całe społeczeństwo, dla którego dziecięcy seksualizm stanowi temat tabu (do tego wyparcia przyczyniły się niewątpliwie liczne skandale z pedofilami).
Któż teraz głośno (w oficjalnych mediach) przyzna, że królicza dziura, w którą wpadła Alicja to nic innego jak symboliczne (i zastępcze) przedstawienie kobiecej pochwy, a wszystkie te przygody Alicji w (pełnej fallicznych grzybów) Krainie Czarów to po prostu mierzenie się dorastającej dziewczynki z własnym, rozkwitającym seksualizmem? I że właściwie nie jest to fantazja dziecka, tylko dorosłego (?) hm…  mężczyzny, który za wszelką cenę pragnął wejść w takiej dziewczynki skórę?

„Alice in Wonderland” – nieokiełznana filmowa fantazja Tima Burtona

„Białą wstążkę” – surowy

*