ROZSTANIE – SKROMNE ARCYDZIEŁO Z IRANU

*

Asghar Farhadi napisał genialny scenariusz. Następnie nakręcił film, który nie wahałbym się nazwać arcydziełem. Nie wiem, może jest w tym spora doza autosugestii (sugestii?), nastawienia i pewnej porywczości implikującej przesadę, ale „Rozstanie” jest filmem, który mnie totalnie zachwycił – rozbroił krytycznie, znokautował intelektualnie, zmiażdżył emocjonalnie… (Przy czym określenia: rozbroił, znokautował, zmiażdżył – należy odebrać tu jako przynależne do kategorii najwyższych superlatyw.)

*

Małżeństwo na rozdrożu - kiedy separacja zamienia się w katastrofę? (Leila Hatami i Peyman Haadi w "Rozstaniu")

Muszę podkreślić, że wcale się owej egzaltacji nie wstydzę, bo film Farhadiego to jest pierwszy od wielu, wielu lat obraz, w którym nie mogę (a może nawet wcale nie chcę) doszukać się żadnej skazy – jego egzekucja jest dla mnie doskonała, w stu procentach satysfakcjonująca.
I na dodatek jest to film zrealizowany bardzo prostymi środkami, zajmujący się zwykłymi ludźmi, ukazujący prozaiczne (choć nie pozbawione tragicznego rysu – jak to jest chyba w życiu każdego człowieka) sytuacje i perypetie; bez technicznych fajerwerków, „artystycznych” pretensji, żadnych snobistycznych ciągot, bez wielkiej filozofii, zagmatwanej psychologii i karkołomnej intelektualizacji… Z zaskoczeniem konstatuję, że są to wszystko atrybuty filmu „małego”. Ale z tej „małości” – paradoksalnie – wyrasta właśnie jeszcze wyraźniej jego wielkość.

MAŁY WIELKI FILM

Zastanawiam się teraz, dlaczego ten „mały” i „skromny” film wydaje mi się tak znakomity i wybitny. (Bo przecież nie wynika to z jego „małości” i „skromności”, które to cechy zwykle sprawiają, że coś pozostaje w cieniu, w tle albo w tyle.) Innymi słowy: na czym polega owa (zaanonsowana już na samym początku) genialność scenariusza, tudzież (też już prze mnie podkreślona) świetność jego reżyserskiej egzekucji?
Oczywiście: scenariusz ten jest napisany nad wyraz precyzyjnie. Ale to jeszcze nie wyjaśnia, dlaczego jest on tak efektywny w ukazaniu tego, co było zamiarem autora. Moim zdaniem kluczem do zrozumienia jest tu… zrównoważenie – doskonale zachowany balans w ukazywaniu racji postępowania poszczególnych bohaterów; następnie – po aptekarsku i szalenie konsekwentnie dozowana dramaturgia; i wreszcie – niezwykła psychologiczna kompetencja i trafność emocjonalna, która jednocześnie nie eliminuje możliwości racjonalnej (może nawet intelektualnie zaawansowanej) eksplikacji zachowania bohaterów.
To prawda, że konstrukcja scenariusza Farhadiego jest bardzo złożona (choć przy tym misterna i nie pozbawiona finezji – przy całej swej fantastycznej pomysłowości), ale ta złożoność po prostu nie rzuca się w oczy i nie niweluje poczucia płynności, a nawet pewnej lekkości koniecznej do tego, byśmy dotrzymali kroku narracji, rezonowali uczuciowo, wybrzmiewali się emocjonalnie i nie gubili w czymś, co przy cięższym pisaniu odbiera się zwykle jako komplikację, (a tutaj jest niczym innym jak wzbogacającym i pogłębiającym całość niuansem).

Asghar Farhadi

To od strony formalnej. A jeśli chodzi o merytoryczność, (którą jest tu dla mnie przedstawienie duchowej materii sprawy „ludzkiej”)? Cóż, ten „wkład” humanistyczny – będący nota bene treścią każdego dobrze skrojonego i zszytego dramatu – został przez tę doskonałą formę bez zarzutu zaadoptowany. Farhadi podchodzi do swoich bohaterów bardzo „demokratycznie” (mimo – a może właśnie dlatego? – że sam przecież pochodzi z na wskroś teokratycznego i rządzonego autorytarnie kraju). Wszystkich traktuje z odpowiednią uwagą, nie opowiada się po stronie żadnego z nich, nie osądza ich i nie ocenia, nie moralizuje i nie diagnozuje. Wydawać by się mogło, że jest wręcz neutralny, ale jest to jednak złudzenie. Farhadi w stosunku do swoich postaci nie jest neutralny, ani nawet tolerancyjny (co jak wiemy często skrywa zwykłą obojętność). Nie, on traktuje stworzonych przez siebie ludzi tak, jakby byli z jego krwi i jego kości – z pełnym nerwem, z wyczuciem, zrozumieniem i empatią. To przecież jego dzieci (choć na filmowym planie wystąpiła tylko jedna „rodzona” córka Farhadiego, Sarina Farhadi  – grając 11-letnią dziewczynkę, która, jak się wydaje, stanowiła dla całego filmu coś w rodzaju moralnej osi).

DRZWI, KTÓRE NIE OTWIERAJĄ SIĘ NA OŚCIEŻ

O jakim z aspektów „Rozstania” bym nie pomyślał, zawsze uderzy mnie doskonałość, z jaką opanował go Farhadi.
Weźmy choćby pod uwagę to, w jakiej przestrzeni umieszcza on swoich bohaterów.

Farhadi jako rasowy człowiek teatru (w szkole filmowej studiował na wydziale dramaturgicznym, napisał kilka sztuk teatralnych… ) ma doskonałe wyczucie sceny – czyli miejsca jakie zajmuje dana postać, jak również relacji wynikających ze wzajemnego stosunku ludzi do tego miejsca – i do samych siebie. W „Separacji” (tytuł angielski zdecydowanie lepiej oddaje charakter filmu) tę przestrzeń budują ściany, okna, drzwi, korytarze… wszystko, co ludzi (w środowisku urbanistycznym) dzieli w sposób niejako oczywisty, (czy wręcz już „naturalny”), jest w filmie Farhadiego jednocześnie tym, co dzieli ich w sposób bardziej metaforyczny i symboliczny – w przestrzeni mentalnej i duchowej. Wszyscy bohaterowie Farhadiego są więc wobec siebie w „separacji”: żona jest „oddzielona” od męża, córka od ojca, dziecko od starca, mężczyzna od kobiety, sędzia od oskarżonego, klasa wyższa od klasy niższej, człowiek bogatszy od biedniejszego… Przy czym, każdy z każdym jest w pewnej relacji (do czego zmusza ich samo życie). I wszyscy próbują jakoś radzić sobie z tą separacją, zwłaszcza wtedy, kiedy zderza ich ze sobą „los” –  kiedy muszą się liczyć z okolicznościami od nich niezależnymi (jak np. rzeczywistość społeczno-polityczna kraju, w którym żyją). Jest to swego rodzaju labirynt, w którym ludzie usiłują się – z różnym skutkiem – znaleźć i (mimo wszystko) do siebie zbliżyć. Choć doprawdy nie jest to łatwe. Także dla nas: widzów. Być może właśnie dlatego kamera w filmie Farhadiego jest tak niestabilna, na linii wzroku między nami a postaciami widnieje często jakaś (rozmyta i nieostra) przeszkoda. Zwykle jednak jest to mur, ściana albo szyba, ale też i drzwi – które wszak częściej są tu przeszkodą, niż drogą prowadzącą do drugiego człowieka.
W tym kontekście niezwykle ważna (i moim zdaniem bardzo skuteczna) staje się inscenizacja (lokalizacja) ostatniej sceny filmu – w swej prostocie genialna, potęgująca tylko niesłychane napięcie u widza, którego na dodatek „obciąża” się tym sposobem koniecznością wyboru zakończenia i konkluzji.

Jak pokonać bariery, które nas dzielą?

PRAWDA, KŁAMSTWO I GRANICE

„Rozstanie” Farhadiego odnosi się do najważniejszych aspektów życia każdego człowieka, ukazując je przy tym uniwersalnie.   Zapewne dlatego film ten jest tak intensywnie odbierany na całym świecie – rozumieją go i „czują” widzowie osadzeni w różnych rzeczywistościach społeczno-politycznych, żyjących w tak wydawałoby się odmiennych środowiskach, jakie stanowią choćby zachodnia „demokracja” i islamski fundamentalizm. Może właśnie dlatego, że człowiek zawsze jest (pozostaje) taki sam, a zmienne są tylko okoliczności i systemy – czyli warunki, do których ten człowiek musi się w jakiś sposób dostosować?
Konstatacja z pozoru banalna, ale być może jednak zaskakująca dla obywatela  „cywilizowanego” Zachodu, odczuwającego (często nieuświadomioną) wyższość nad człowiekiem pochodzącym z Azji, czy Afryki. Co oczywiście jest odruchem par excellence rasistowskim – i wynikającym m.in. z odwiecznego, historycznego poczucia supremacji rasy „białej” nad rasami „kolorowymi”.
Nie bez powodu Farhadi, przyjmując niedawno amerykańską nagrodę Złotego Globu za „Rozstanie”, zamiast rozbudowanej oracji dziękczynnej, podkreślił tylko: „Chcę powiedzieć, że przychodzę od ludzi, którzy kochają pokój” – co jest oczywistym zaprzeczeniem stereotypu, jaki w amerykańskim (i nie tylko amerykańskim) społeczeństwie zaszczepia ostatnio anty-irańska propaganda mediów, idąca ręka w rękę z interesem służb specjalnych (CIA, Mossad?), które najprawdopodobniej stały za ostatnimi zabójstwami irańskich naukowców, zajmujących się fizyką jądrową (co jest wg mnie ewidentną zbrodnią – na arenie międzynarodowej niestety przemilczaną).

Jednak ostatnią rzeczą na jakiej zależało by Farhadiemu, jest „upolitycznianie” jego filmu.
Na czym więc zależało mu najbardziej?
Myślę, że na ukazaniu moralnych dylematów człowieka, który w każdej ważniejszej chwili swojego życia, zmuszony jest do dokonywania wyborów, co wiąże się z koniecznością kompromisu – zarówno wobec wyznawanego (obranego, narzuconego – prawnie, obyczajowo lub religijnie) systemu etycznego, jak i rzeczywistości polityczno-społecznej. Stąd kluczowa rola prawdy i kłamstwa w opowieści Farhadiego. A więc prawda – jako coś, co jest głęboko przed każdym człowiekiem skryte, co jeden człowiek zasłania przed drugim człowiekiem (więc może dlatego zastępuje ją „prawdą” własną? – co może wynikać zarówno z chęci manipulacji, uzyskania własnej korzyści, ale i bezradności).
Czy jednak ta „prawda własna” zawsze jest kłamstwem? I czy konieczność kompromisu z jakimkolwiek systemem etycznym nie jest przyznaniem się do tego, że coś, co nazywamy moralnością, jest – i musi być – względne? I że tym, co może ów relatywizm znieść, jest tylko… no właśnie… jakiś rodzaj fundamentalizmu (najczęściej religijnego)?

Irańskie kraty - symboliczne i rzeczywiste

Nawet jeśli podobne wnioski można wyciągnąć oglądając „Rozstanie”, to bynajmniej nie dlatego, że tak nam to podpowiada Farhadi, ale… że taką logikę wymusza na ludziach samo życie – czyli specyfika egzystencji, jaką Homo sapiens prowadzi na planecie Ziemia, usiłując przystosować się do uwarunkowań, które go niestety przerastają (choćby poprzez nierozwiązywalną konfliktowość antynomii, jaką stanowi tworzona przez ludzi Kultura przeciwstawiona przyrodzonej człowiekowi Naturze).
Sam Farhadi obsesyjnie wręcz powstrzymuje się przed jakimkolwiek sądem, przed zajmowaniem jasno określonego stanowiska, przed dokonywaniem jednoznacznego wyboru… Mam wrażenie, że powstrzymuje się nawet przed sugestią. I to bynajmniej nie ze strachu, czy z wygodnictwa.

Z tą „obsesją” Farhadiego to jednak nie przesada, skoro świadomie i z premedytacją wyeliminował on ze swego filmu niemal zupełnie muzykę, bo – jak sam to określił – muzyka zawsze wprowadza do sceny pewien „reżyserski osąd” („Music contains a director’s emotional judgment of the scene and that, I always try to avoid.”) To powoduje, że oglądając film Farhadiego, może nas uderzyć pewien paradoks – bo z jednej strony reżyser wydaje się totalnie panować nad obrazem (jego strukturą, treścią, narracją, sekwencjami…), a z drugiej pozostawia on jak gdyby wszystko otwarte. A działa ten paradoks niezwykle skutecznie: zupełna kontrola (doskonałe opanowanie) filmowej materii powoduje, że widz z niezwykłą intensywnością może odbierać dosłownie każdy kadr i moment filmu (to jest ten rodzaj niemal magicznego działania kina, którego czasami doświadczam – zdarza mi się tak kiedy oglądam np. filmy A. G. Iñárritu). Natomiast pozostawienie widzowi otwartej furtki, jeśli chodzi o interpretację, nie powoduje u niego żadnej konsternacji, a wręcz przeciwnie: pewną (podskórną?) wdzięczność i satysfakcję, że oto traktuje się go poważnie i szanuje jego wybór. (Tak było przynajmniej w moim przypadku.) Niewątpliwie jest to jeden z koronnych powodów, dla których widzowie są Farhadim – a konkretnie jego filmem – zachwyceni.

IRAŃSKA CZYSTKA

Sytuacja jest co najmniej dziwna: oto Iran przedstawia się ostatnio amerykańskiemu społeczeństwu jako największe obecnie zagrożenie Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie produkt irańskiej kultury wydaje się szturmem zdobywać serca i umysły amerykańskich widzów, (oczywiście tym, którym udało się film obejrzeć – a to nie jest bynajmniej takie proste) w tym również artystów i innych ludzi kina (i to mi się akurat w Hollywood podoba – to pójście pod włos intencjom amerykańskiej administracji).
Ale jest jeszcze jedna osobliwość: w Iranie, w ostatnich miesiącach, państwo zmiotło dosłownie niemal całe środowisko filmowe. Tak znani i poważani na świecie reżyserzy, jak Abbas Kiarostami czy Jafar Panahi (również Mohammad Rasoulof, o którego filmie „Bé Omid é Dida” pisałem TUTAJ), otrzymali wieloletnie wyroki więzienia, zlikwidowano Dom Kina – główną organizację skupiającą twórców kina), a Asghar Farhadi jeździ sobie po całym świecie, przyjmuje wszelkie honory i oznaki uwielbienia, ściska rękę Angelinie Jolie (za co spotkał się z reprymendą w swoim ultra-religijnym kraju, bo przecież coś takiego nie przystoi żonatemu mężczyźnie – dlatego Madonnie się już tylko ukłonił), odbiera złote trofea (oprócz Złotego Globu – Złotego Niedźwiedzia, czyli główną nagrodę, jaką dostał za „Rozstanie” na ostatnim Festiwalu w Berlinie), i być może zjawi się na najbliższej uroczystości rozdania Oskarów, gdzie najprawdopodobniej odbierze statuetkę za najlepszy film nieanglojęzyczny (film Agnieszki Holland miał jednak pecha, że trafił na „Rozstanie”), a może nawet także i za scenariusz…

I bardzo dobrze, że Farhadi może być z nami.
Wydaje się bowiem, że jest to możliwe tylko dzięki wielkiej powściągliwości reżysera jeśli chodzi o krytykę irańskiej rzeczywistości: niemal zupełnie powstrzymuje się on w swoich wypowiedziach od komentowania polityki irańskiego rządu i sytuacji w kraju. Jest to niewątpliwie bolesna dla niego cena, jaką musi płacić za swobodę prezentacji swojej twórczości i dotarcia ze swoim przesłaniem – i swoją sztuką – do szerszej, światowej publiczności.
A co jest tym przesłaniem?
Jest ono w sumie bardzo proste: traktować Irańczyków jak ludzi, bo w gruncie rzeczy są oni – ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami – tacy sami jak my. A jako że sam jest wielkim artystą, którego głos można usłyszeć w różnych zakątkach naszego globu, to tym większą to przesłanie może mieć moc.

*  *  *

Życie to mgła i labirynt, w którym błądzimy - dzielą nas zasłony utkane z kłamstw i nieporozumień (Leila Hatami w "Rozstaniu")

*

PS. Międzynarodową karierę i filmy Asghara Farhadiego śledzę już od kilku lat, a konkretnie od 2006 roku, kiedy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago obejrzałem jego świetny „Perski Nowy Rok” („Chaharshanbe-soori”/„Fireworks Wednesday”) – film, który wówczas zdobył główną nagrodę Golden Hugo. Później był dramat społeczny „Co wiesz o Elly?”  („Darbareye Elly„) – o którym pisałem TUTAJ (był to zresztą pierwszy wpis na moim blogu). Farhadi powinien być też znany polskim kinomanom, choćby dzięki temu, że jego film „Piękne miasto”  („Shahr-e ziba„/„Beautiful City”) zdobył Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Warszawie w 2004 roku.