ŹRÓDŁO (rzecz o twórczej udręce)

*

Jestem więc cierpię. Cierpię więc tworzę. Czyli cierpienie jako źródło wszelkiej twórczości? Czy jednak do takiego stwierdzenia można by się posunąć, jakkolwiek brzmiałoby ono zgrabnie i kusząco? Pamiętam, że pewien sprzeciw wywołały kiedyś we mnie słowa Jana Pawła II, który stwierdził, że “człowiek narodził się po to, by cierpieć”. Jakiż to Bóg Ojciec – Stwórca byłby tak złośliwy i okrutny, by powoływać do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały?
A wołanie to dobiega czasami z dna naszej Hiobowej nędzy, żalu i rozpaczy. Cóż, taka jest niekiedy ludzka perspektywa – bo jednak cierpienie jest nierozłącznie wpisane w naszą ludzką egzystencję. Cierpienie towarzyszy również prawie wszystkim artystom – jest na porządku dziennym w życiu wielu twórców.

*

Stanisław Wyspiański, „Tetyda i Achilles”

WYJŚĆ POZA CIERPIENIE (Stanisław Wyspiański)

Kiedy Stasiu miał 7 lat umarła mu matka. Później piętnem na jego psychice odcisnęła się nieuleczalna choroba. I właśnie w ciągu tych kilku lat po tym, jak Wyspiański uświadomił sobie, że jest śmiertelnie chory, nastąpiła eksplozja jego twórczości. To dlatego wiele z jej motywów uwikłanych jest w śmierć, która dla Wyspiańskiego była swoistą inicjacją w kulturę, mitologię, egzystencję, w siebie samego wreszcie… Tej inicjacji nieodłącznie towarzyszyło cierpienie, które zdominowało Wyspiańskiego na tyle, że ośmielił się on w jednym ze swoich listów napisać coś zaiste szokującego:
„… tylko człowiek cierpiący zdolny jest do tworzenia czegoś. Jest to myśl moja, aby ludzi z talentem właśnie w ten sposób przymuszać do jakiś cierpień. Ja bym im zabił i wytruł całą rodzinę, aby się w nich zbudził duch twórczości, ja bym ich umieścił na odludnej skale, aby tam męki przechodzili, bo wtedy zacząłby żyć ich ogień i płomień święty, ocknęłaby się poezja i melodia rozpierała im piersi – poczęliby tworzyć poemata i dramat.”

Oczywiście stwierdzeń takich nie należy brać dosłownie. One służą jedynie emfazie, z jaką chce nam ktoś przekazać swoje przeświadczenie o twórczej sile, jaką dla człowieka może mieć cierpienie, również to wynikające ze świadomości przemijania i śmierci. Człowiek twórczy jest tu w tej lepszej sytuacji, że może te swoje traumy przetransponować w coś, co jest cenne dla innych ludzi, dla kultury. W tym sensie cierpienie jest czymś pozytywnym. Są jednak sytuacje, kiedy cierpienie człowieka przytłacza, dławi i niszczy. Wtedy jest bezsensem, tragedią i wydaje się absurdalne.
Wyspiański zdołał „przepisać” siebie poza śmierć i cierpienie – dokonać swoistej transgresji – dzięki temu możemy się przyjrzeć bliżej temu, co nam zostawił: pięknu i bogactwu swojej sztuki.

Pablo Picasso, „Obłąkany”

WARIAT I LITERATURA  (Jerzy Krzysztoń)

To była jedna z tych wielu książek, które od lat czekają na półce w kolejce, bym wreszcie zajął się ich lekturą. W końcu udało mi się ją przeczytać. Odkładam ją z mieszanymi uczuciami, aczkolwiek nie uważam, że czas, który jej poświęciłem, był czasem straconym.

Moim zdaniem „Obłęd” wykracza daleko poza literaturę, jak wszystko co pisane jest własną „krwią” – wszystko co zlepione jest z osoczem egzystencji człowieka, który nie zmyśla, nie fantazjuje, a daje świadectwo własnemu istnieniu – poprzez wszystkie swoje udręki i ekstazy, agonie i olśnienia, przerażenia i ukojenia.  Żyje w horrorze i cudowności własnego świata… I bez znaczenia jest to, czy świat ten urojony jest czy też realny, gdyż dla doświadczającego go człowieka prawdziwy jest zarówno jeden jak i drugi.

A jednak książka Krzysztonia jest również literaturą – i jako taka może być poddana zwykłej literackiej krytyce. Lecz wtedy niejako zaciera się jej wyjątkowość – staje się ona bardziej tworem sztuki niż egzystencjalnym fenomenem. Tak dzieje się również wtedy, kiedy autor zamienia się w literata – dla potrzeb formy, kompozycji, stylu, treści… za pomocą tych wszystkich warsztatowych sztafaży zaczyna kalkulować, konfabulować, świadomie tworzyć fikcje… Chociaż w „Obłędzie” trudno jest nam  uchwycić ową granicę, to jednak intuicyjnie wyczuwamy, kiedy mamy do czynienia z autentycznym przeżyciem, a kiedy z gawędą pro fabula bono. I bywa niestety tak, że owe fantazje stają się nużące – spoza literackości zaczyna wyzierać ich jałowość. Nie to jednak zdominowało moją percepcję „Obłędu”. Najważniejsze stało się dla mnie utrwalone tam ludzkie doświadczenie szaleństwa.

Nasz mózg jest niewiarygodnym i niepojętym tworem Wszechświata. Jego cudowność powinna być koronnym argumentem przeciw twierdzeniom o przypadkowości życia na ziemi. Zresztą, w sferze Najwyższego Porządku, nie ma, moim zdaniem, miejsca na coś takiego jak przypadek. (Ale to temat do innych rozważań.) Bywa, że w tak fascynującym organie rodzi się coś równie fascynującego, a mianowicie obłęd.

Caravaggio, „Niewierność Św. Tomasza”

SMĘTNY CICERONE (Gustaw Herling-Grudziński)

„Opowiadania” Herlinga-Grudzińskiego. Wraz z „Dziennikiem pisanym nocą” – to swoista repetycja ćwiczeń w melancholii. Pisarz, który wydaje się dźwigać na sobie całe brzemię okrutnego XX wieku. Ocalony z sowieckich obozów zagłady, przygnieciony okrucieństwem dwóch potwornych totalitaryzmów, Herling-Grudziński odprawia rekolekcje nad ludzkim losem.
Jego pisarstwo to ciągłe leczenie ran odniesionych w „innym świecie”, na „nieludzkiej ziemi”. Rekonwalescencja okazuje się niezwykle trudna, wręcz niemożliwa… dlatego, że ów „inny świat” jest po prostu również „tym” (naszym) światem, a „nieludzka ziemia” – ziemią, planetą ludzi czyli realnym miejscem gdzie żyjemy i gdzie rozgrywają się wszystkie nasze dramaty, okrucieństwa i zbrodnie. Gułagi i obozy koncentracyjne nie były umiejscowione na jakiejś odizolowanej wyspie w kosmosie. Bomby spadające na Warszawę, Hiroszimę czy Drezno nie były żadną fikcją wymyśloną w powieściach science-fiction. To fakty, z którymi porać się muszą nasze mniemania o nas samych.

Tak, to prawda – z jednej strony to, co pisze Herling-Grudziński może pociągać, z drugiej zaś – odpychać. Brakuje bowiem w jego ciemnej palecie jaśniejszych tonów, przytłacza powaga, żałoba i fatalizm, nie ma humoru ani ironii. Jeśli już pisarz decyduje się na dystans do świata, w którym żyje, to za pomocą zobojętnienia, może nawet pogardy wobec tej rzeczywistości, która nie wpisuje się w obraz świata widziany przez niego.
To jest oczywiście pewna forma alienacji powiązana z ucieczką w coś, co można nazwać świecką tęsknotą za świętością. Stąd tajemnice, które nie muszą być tajemnicami; cuda, które niekoniecznie są cudami; sacrum, któremu być może bliżej do profanum

Sam Herling-Grudziński przytacza słowa pewnego „bardzo bliskiego przyjaciela”, który mu powiedział: „Czy ty przypadkiem nie kochasz się w każdym ludzkim cierpieniu?” Patrząc na bohaterów jego opowiadań, nie sposób temu zaprzeczyć. To męczennicy, ludzie wyobcowani, chorzy, przeklęci, skazani na nieszczęście, tragiczni… I traktowani są przez pisarza jak dobrzy znajomi, wręcz jako osoby bliskie.

Co powoduje, że potrafimy się rozmiłować w naszej melancholii? Czy można pragnąć cierpienia nie będąc masochistą? Każdy normalny człowiek ucieka przed cierpieniem. Melancholia zaś, w momencie kiedy staje się słodka, przestaje być cierpieniem. W ten właśnie sposób człowiek ją rozbraja, obłaskawia, wręcz hołubi.

Krajobrazowe piękno Włoch, łagodność klimatu, jasność i malowniczość włoskiego pejzażu, wspaniałości architektury, wszechobecność dzieł sztuki i ukochanego malarstwa. W takim środowisku Herling – Grudziński pozostaje sobą, czyli dość ponurym mędrcem, obrońcą prawdy i sprawiedliwości, sumieniem Europy, która w XX wieku się wykoleiła. Piękno nie może być dla niego substytutem tragedii, estetyka nie może konkurować z etyką.
Kiedy człowiek cierpi, piękno świata może go nawet ranić.

Ktoś o nim kiedyś napisał: „Pisarz nie żywi złudzeń i nic, nawet kraj, w którym mieszka, nie przerobi go w estetę. Nie ma złudzeń, że literatura nie jest bedekerem, tylko penetracją i naświetleniem dramatu, jaki bez przerwy wybucha między człowiekiem a światem”.
A jednak dosyć często Herling-Grudziński ulega pokusie bycia cicerone. Pełno w jego opowiadaniach odniesień do historii, włoskiej sztuki i zabytków, a zwłaszcza do malarstwa, któremu poświęcił sporo miejsca także w swojej eseistyce. Może właśnie dlatego ciągle mamy wrażenie, że wszystko co pisze Grudziński pochłonięte jest przez przeszłość. Czy jednak można się od tej przeszłości tak do końca wyzwolić? Pisarz nawet tego nie próbuje. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że świat przeszły jest dla niego bardziej realny niż teraźniejszość. To nic, że to świat bardziej okrutny, pełen trupów i upiorów. Ale to świat, w którym uwięziona została jego pamięć, dominująca świadomość.
Nikt nie wybiera sobie własnego piętna.

Nagrobek na starym cmentarzu w Genui

ZAPISKI NA MARGINESIE

Swego czasu Herling-Grudziński towarzyszył mi przez kilka miesięcy – było to wtedy, kiedy czytałem jego 7-tomowy „Dziennik pisany nocą”, gdzie poddawał diagnozie cywilizacyjną katastrofę – załamanie się europejskiej kultury XX wieku, analizował systemy totalitarne i filozoficzne utopie, które do tego się przyczyniły. Akurat twórczości Herlinga – Grudzińskiego nigdy nie widziałem w kontekście jakiejkolwiek depresji, domniemanej czy prawdziwej. Dlatego, kiedy pewnego razu zderzyłem się ze stwierdzeniem: „pan Gustaw Herling-Grudziński miał po prostu depresję”, to podziałało to na mnie – delikatnie mówiąc – rozbrajająco. Moje wrażenie jest wprost przeciwne: Herling zawsze zawsze był dla mnie kimś w rodzaju zrównoważonego mędrca – eremity, z żelazną logiczną konsekwencją wyprowadzającego swe niezbyt optymistyczne wnioski na temat Historii, kultury i ludzkości.

Człowiek chory zawsze pozostaje człowiekiem, karykaturą zaś może się stać tylko to, co stworzy pod wpływem patologicznych bodźców. Choroba nigdy nie jest czymś twórczym, wprost przeciwnie: jest dla człowieka czymś destrukcyjnym (dla jego psychiki lub ciała). Jest patologią, zaburzeniem, wykolejeniem ze zdrowia. Jest zagrożeniem. Czasem wydaje się nam, że dzięki chorobie człowiek staje się twórczy, ale jest to złudzenie. To co jest twórcze, nigdy nie może być zdiagnozowane jako choroba. Dla mnie są to wręcz antynomie. Jeśli człowiek w chorobie tworzy – to nie dzięki patologii, ale właśnie dzięki tym zbawiennym często, terapeutycznym, konstruktywnym, heurystycznym i dobrym siłom, które się w nim wówczas odzywają, choć oczywiście zdarza się, że choroba i związane z nią cierpienie go w końcu zabija (także jego własnymi rękami). Takich „galerników wrażliwości” (jak ich kiedyś nazwała prof. Janion) było wielu – dość przypomnieć Van Gogha, Strindberga, Witkacego, Wojaczka, Wata, Stachurę, Grochowiaka, Sylvię Plath, Virginię Woolf, Nietzschego…

W pewnym sensie – w opozycji do (słusznej skądinąd) tezy Freuda, że kultura jest źródłem cierpienia – samo cierpienie uznać można za jedno ze źródeł kultury. Bo wszystko wskazuje na to, że bez nerwów człowiek niczego by nie stworzył ani nie dokonał. A jednak wyczuwamy, nieraz instynktownie, gdzie kończy się nerwowa inspiracja, a zaczyna paraliżująca wolę i kreatywność choroba – chociaż ta granica jest płynna i trudno uchwytna. Mianowicie chore jest to, co jest nietwórcze, zrezygnowane, zorientowane na rozkład; skierowane w pustkę i nicość.

To prawda, że pełno neurozy w kulturze (ale i w polityce czy życiu społecznym również), jednak kiedy jest ona czymś inspirującym i dzięki artystycznej dyscyplinie zdolna jest przyoblec ideę twórczą w jakąś zborną formę, to sprawą drugorzędną staje się kwestionowanie sensu jej istnienia, ustalanie wzajemnych powiązań, nawet dla człowieka cierpiącego na nerwicę. W gruncie rzeczy artysta dość często spoufala się z szarpiącymi go nerwami, zaś chwilowy spokój odczuwa bardziej jako wypalenie i pustkę, niż relaks i ukojenie.

W zasadzie zgodzić się można z tym, ze choroba zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje być kreatywny. Oczywiście i w chorobie można tworzyć (tak jak w zdrowiu być jałowym), tyle że akt twórczy staje się od niej jakby odseparowany, a wtedy sam człowiek na swą chorobę patrzy jak na coś obcego. Poza tym, choroba zawsze jest w pewnym sensie karykaturą ludzkiej egzystencji, mimo że jest także jednym z jej nieodłącznych elementów. Jest karykaturą zdrowych – fizycznych i duchowych – przejawów życia człowieka. Nawet Zygmunt Freud widzący świat jako jeden wielki neurotyczny tygiel, w którym mieszają wszystkim nieuświadomione popędy, zwracał uwagę na to zasadnicze rozróżnienie mówiąc, że histeria jest karykaturą artystycznej kreacji, nerwica natręctw karykaturą religii, a paranoiczne złudzenia karykaturą filozoficznych systemów. Tak właśnie: neuroza staje się chorobą w momencie, kiedy wszystko zaczyna przemieniać w karykaturę… nawet ludzkie cierpienie.

Jednakże temat choroby i cierpienia w kulturze nastawionej na gloryfikację (czyt. reklamę) sukcesu, zdrowia, młodości i szczęścia, tudzież pozytywnego nastawienia do świata i życia, wydaje się… nie tyle passé, co nie na miejscu, może nawet być odebrane jako coś w rodzaju faux pas. To pewnie dlatego na tzw. społecznościowych platformach – np. w blogach, czy też na Facebooku – zazwyczaj kreujemy swój image wiecznie szczęśliwego, zadowolonego z życia, uśmiechniętego szczęściarza/szczęściarki. Tak, jakby to, że czasami dotyka nas cierpienie, było czymś w rodzaju naszego defektu, czy nawet fiaska, bankructwa i kompromitacji.  Tak, jakby ciemna strona życia nas nie dotyczyła. Tak, jakby bolesne doświadczenie było czymś wstydliwym. Ale tu przecież nie chodzi o nasze nieudacznictwo, ani też o umartwianie się i lament, lecz o pewną świadomość nieodłącznego jednak elementu ludzkiej egzystencji, z którym wszyscy ludzie – chcąc nie chcąc, prędzej czy później – muszą się zmierzyć. Sztuką jest jednak w tym oceanie mizerii, jaka zalewa świat, nie zagubić możliwości poczucia szczęścia i chwil radości; także świadomości istnienia piękna, które zawsze można dostrzec ponad brzydotą – jeśli tylko będziemy tego chcieli i umieli patrzeć. Kto wie, może nawet udręka jest tym, dzięki czemu potrafimy odczuwać zachwyt?

*

ARTYSTA – niemy, bezbarwny i… piękny

*

Miłość w stylu retro (Bérénice Bejo zakochana w Artyście)

Film doprawdy niezwykły. I to bynajmniej nie dlatego, że jest to obraz czarno-biały, a na dodatek… niemy. Bowiem to, co wydawać by się mogło czysto technicznym chwytem, nowalijką (???), udziwnieniem, chęcią wyróżnienia się z tłumu, tak naprawdę jest – jeśli nie genialnie, to w każdym razie mistrzowsko wyegzekwowanym – pomysłem, który z wielką siłą, acz wcale nie nachalnie ewokuje czar dawno minionej epoki, łącząc to z miłością do samego kina, zwłaszcza kina „starego”. (Być może starsze pokolenia przypomną sobie tutaj niezapomniany telewizyjny cykl Stanisława Janickiego zatytułowany właśnie „W starym kinie”?)
Przyznam się, że twórca „Artysty”, Francuz Michel Hazanavicius wyskoczył dla mnie z filmowego ekranu jak – nie przymierzając – Filip z konopi, bowiem wcześniej nie wiedziałem o nim (wstyd się przyznać?) zgoła nic (znają go być może fani wyreżyserowanych przez niego parodii filmów szpiegowskich „Kair – gniazdo szpiegów”). A tu od razu taka klasa! Jednak, kiedy zaznajomiłem się bliżej z jego dotychczasową karierą i dokonaniami, wiele rzeczy przestało mnie dziwić. Choćby znakomita wiedza Hazanaviciusa (będę się jednak musiał nauczyć wymawiania tego nazwiska bez zająknięcia) z zakresu historii kina i to nie tylko epoki kina niemego (jeden z jego utworów opowiada pewną historię posługując się jedynie fragmentami innych filmów). Jest to o tyle istotne, że w „Artyście” aż roi się od – nie tyle zapożyczeń, co – nawiązań do słynnych obrazów, gwiazd i ludzi dawnego kina. Lecz, trzeba to sobie jasno powiedzieć, nie ma w tym ani krzty plagiatu, wtórności czy też konieczności posługiwania się cudzym materiałem z braku własnej inwencji. Wręcz przeciwnie: podane jest to w taki sposób, że budzi jedynie podziw dla pomysłowości, płynności i skuteczności  reżyserskiej narracji. Film niby to jest zlepkiem znanych motywów, scen a nawet gagów ujętych w formę, która – wydawać by się mogło – dawno odeszła już do lamusa, a mimo to sprawia wrażenie mocno integralnej, autonomicznej całości, utworu jedynego w swoim rodzaju. Dzięki temu „Artystę” trudno nawet nazwać pastiszem, (który zawsze ma w sobie jakąś dozę prześmiewczości, może nawet zjadliwości), ani tym bardziej parodią, (bo ta zawsze pociąga za sobą pewną karykaturalność). Nic z tego. „Artysta” to film jak najbardziej oryginalny i współczesny, który cały swój błyskotliwy sztafaż warsztatowy zaprzęga do tego, by przekazać widzowi coś w sumie prostego, niby to naiwnego i infantylnego, ale niezwykle skutecznego w oddziaływaniu na emocje i uczucia widza. Może właśnie dzięki temu film ten okazał się być takim fenomenem – bo zadowala zarówno odbiorcę wyrafinowanego, jak i tego… hm… wyrafinowanego nieco mniej albo zgoła przypadkowego (a to koalicja i zbieżność krytyczna w kinie raczej rzadko spotykana).

Może jednak zaniecham tych analitycznych dywagacji i napisać po prostu, że oglądanie filmu Hazanaviciusa jest jedną wielką przyjemnością, jaką dać może tylko obcowanie z czymś na wskroś doskonałym, trafionym, szczerym i bezpretensjonalnym? Przy czym użycie słowa „doskonały” nie implikuje tu wcale jakiegoś wiekopomnego arcydzieła, czy też dzieła filmowego na miarę wielkiego „Obywatela Kane’a”. Nie – „Artysta” nie ma wcale takiej ambicji. I może właśnie dzięki temu wzbudza taką sympatię?  I może właśnie dzięki temu nazwać go można (mimo wszystko) wielkim małym filmem (to chyba nieprzypadkowe, że takim samym określeniem obdarzyłem niedawno irańskie „Rozstanie”, choć są to filmy skrajnie się od siebie – formalnie i treściowo – różniące).

Artysta to film bardzo ciekawy jeszcze z innego względu: otóż zrobili go Europejczycy (a konkretnie Francuzi i Belgowie) w samej jaskini lwa (skojarzenie z ryczącymi bestiami wytwórni MGM jak najbardziej na miejscu), czyli w Los Angeles i to w czasie, kiedy Hollywood przestało być w świecie nie tylko modne, ale i wręcz niepożądane, a zachwyt nad hollywoodzkimi produkcjami jest już niczym innym jak tylko obciachem. Dlaczego? Może dlatego, by pokazać światu, co jednak ten świat stracił? Ale przecież nie można za to obwiniać świata, a samo Hollywood, które swoją cnotę straciło chyba właśnie wtedy, kiedy zaczęło mówić – a później psuło się już coraz bardziej, stając się często gadatliwe, szpanerskie, pretensjonalne, próżne i zarozumiałe. A może jednak winę w tym wszystkim ponosimy także my – widownia?

Epoka kina niemego była epoką niewinności – film był chyba wówczas medium najbardziej czystym, bo operował prawie wyłącznie obrazem (wspomaganym wszak muzyką), i to na poziomie najprostszych (a tym samym najmocniejszych) ludzkich uczuć, opierając się przy tym prostactwu, mimo swej jarmarcznej proweniencji (mówimy oczywiście o tym, co w latach 10-tych i 20-tych XX wieku było w kinie najlepsze). I wydaje się, że to właśnie dlatego Hazanavicius nawiązał swoim filmem do tamtej epoki. Zatęskniwszy do jej niewinności, wymusił niejako tę samą niewinność na współczesnym widzu, który nota bene poddał się temu dość ochoczo (bo któż nie chce być znowu – przynajmniej od czasu do czasu – czysty?)

Fabuła jest prosta i jako żywo przypomina hybrydę „Deszczowej piosenki” z „Narodzinami gwiazdy”:  George Valentin (znakomicie zagrany przez Jeana Dujardena, który dostał za to wystąpienie nominację do tegorocznego Oscara) to gwiazdor kina niemego (wyglądającego niczym skrzyżowanie Dauglasa Fairbanksa z Mauricem Chevalierem, z dodatkiem Rudolfa Valentino i odrobiną Chaplina), którego sława nagle gaśnie, kiedy wytwórnie filmowe decydują się na kręcenie już wyłącznie filmów dźwiękowych. W tym samym czasie gwiazdą pierwszej wielkości staje się Peppa Miller (w tej roli świetna i pełna wdzięku Bérénice Bejo – prywatnie żona Hazanaviciusa). Peppa w dość niezwykłych okolicznościach spotyka Valentina, kiedy on jest jeszcze bożyszczem, a ona właściwie nikim – ledwie girlsą, która zdołała się załapać na statystkę filmu, w którym grał też nasz gwiazdor. Między nimi iskrzy, ale rozbieżność kolei losów coraz bardziej ich od siebie oddala.  Valentin wybity z orbity celebryty pogrąża się w alkoholizmie i stacza na samo dno – traci cały majątek, a w końcu puszcza z dymem wszystkie swoje filmy… z wyjątkiem taśmy, na której utrwalono jego epizodyczny taniec z Peppą (cudem ratuje się go z pożaru – nieprzytomnego, ale przyciskającego do piersi rolkę wspomnianej taśmy). Jednak nie zapomina o nim także Peppa. Czy jednak jej niegasnąca (jak się okazuje) miłość potrafi przezwyciężyć dumę i opór Valentina, ratując go od totalnej katastrofy, a nawet przywrócić kinu?
Cóż, pozostawię to pytanie bez odpowiedzi, bo jakoś nie wypada mi zdradzać happy-endu ;)

Jakkolwiek by ten szkic fabuły nie wyglądał trywialnie, „Artysta”, mimo swojej naiwności i (pozornej jednak) prostoty, jest naprawdę cudownym dzieckiem kinematograficznej błyskotliwości – i to od reżysera (będącego jednocześnie scenarzystą) i aktorów począwszy, przez autora zdjęć, projektantów kostiumów, kompozytora muzyki, montażystów, inżynierów dźwięki, dekoratorów i choreografów… wszystkich tych, o których zazwyczaj w recenzjach się milczy, a bez których jednak nie byłoby czego oglądać.

*  *  *

Dawnego kina czar.... Bérénice Bejo i Jean Dujarden w filmie Michela Hazanaviciusa "Artysta"

*

PS. Nieprzypadkowo wpis o „Artyście” ukazuje się na kilka dni przed rozdaniem Oscarów (nota bene film ten uzyskał aż 10 nominacji i jest całkiem prawdopodobne, że zdobędzie najważniejszego Oscara, czyli wygra w kategorii „Best Picture”). Jak co roku, większość z nas zwróci uwagę na filmy, które dostały nominację, a zwłaszcza na te, które złotą statuetkę zdobyły. W oskarowej puli znalazło się 10 filmów, którym poświęciłem miejsce na moim blogu. Oto one (tytuł filmu jest jednocześnie linkiem do recenzji): „Rozstanie”, „W ciemności”, „Spadkobiercy”, „Drzewo życia”, „Pina”, „Dziewczyna z tatuażem”, „Szpieg”, „Mój tydzień z Marilyn”, „Czas wojny”, „Hugo i jego wynalazek”. Zainteresowanych zapraszam do ich przeczytania.

CO WOLNO ARTYŚCIE?

*

Andres Serrano, „Piss Christ” (fotografia plastikowego krucyfiksu zanurzonego w urynie artysty uszkodzona przez oburzoną publiczność we Francji na początku tego roku)

*

W jednym ze swoich komentarzy na moim blogu, Defendo nawiązała do tematu wolności artysty, co pozwalam sobie przedstawić jako punkt wyjścia do niniejszego tekstu: Wielokrotnie stawałam w obronie prawa artystów do naruszania norm, przekraczania granic. Papież przygnieciony kamieniem, który spadł z nieba, ukrzyżowana żaba, powieszenie krzyża, obok umieszczenie gwoździ, młotka, figurki Jezusa i napisu „Zrób to sam” – to prowokacje artystyczne, a sztuka powinna prowokować, artysta jest twórcą, ale i wytworem kultury, funkcjonuje tu i teraz, w określonej sytuacji społeczno-historycznej; a że z założenia jest wrażliwszy od innych ludzi, więc widzi więcej. Ma prawo o tym mówić poprzez swoje dzieła. Kiedy jedna z awangardowych grup austriackich zaczęła „używać” w swoich działaniach wydzielin ciała (krwi, potu, spermy) otrząsnęłam się ze wstrętem. Potem przyszła refleksja, zaczęłam uważniej się przyglądać, pokonując odrazę. Oni po prostu o wiele wcześniej, niż socjolodzy czy etnolodzy, odkryli (może raczej przeczuli), że ciało człowieka stało się towarem, że tak je dzisiaj traktujemy. Zaprotestowali – po swojemu. To ja okazałam się mniej wyczulona, mniej wrażliwa, widziałam obsceniczność tylko, a powinnam spojrzeć uważniej. Uderzyli mocno – fakt, ale celnie. Artystom wolno.

*  *  *

WOLNOŚĆ CZY ROZWOLNIENIE?

Wiek XX-ty przewrócił nie tylko sztukę, ale i całą kulturę Zachodu do góry nogami. Zaczęto kwestionować wszelkie autorytety, rozbito w drebiezgi wszystkie kanony, zaprzeczono powszechnie przyjętym dotychczas wartościom, złamano obowiązujące reguły, przekroczono normy…
Próbowano odrzucić paradygmaty, często myląc je z dogmatami.
Oczywiście robiono to najczęściej w imię tzw. indywidualnej wolności, niczym nieskrępowanej ekspresji – także w imię nowej wyzwolonej sztuki. Rozbito tym samym dotychczasowy porządek, często jednak nie mając do zaoferowania niczego (konstruktywnego) w zamian.
Burzono skwapliwie i ochoczo, ale z budowaniem czegoś było już gorzej. Analiza wychodziła wszystkim dość łatwo, ale syntezy dokonywano już topornie.
Dlatego, moim zdaniem, wiek XX można nazwać wiekiem dezintegracji.

Skupmy się jednak na sztuce. To, co miało być porywem wolności, często kończyło się jakimś rozwolnieniem, albo – nazywając rzecz mniej elegancko – artystyczną „sraczką” (vide: „Merda d’artisa” Manzoniego i inne skatologiczne wybryki). Skutkiem czego, do dzisiaj tzw. “salony” sztuki współczesnej, galerie i muzea są wypełnione tego rodzaju twórczością.

Wolność “totalna” pozbawiona jakichkolwiek norm, reguł, dyscypliny, zamienia się w chaos. Stąd wynika dezorientacja nie tylko twórców, ale – przede wszystkim – publiczności.

DNO I MALINY

Nie jest dobrze, jeśli do opisania wystawionego “dzieła” w postaci np. gwoździa, nożyczek, dętki czy kibla, trzeba spisywać pięć tomów objaśnień, które często przypominają jakiś pseudo-intelektualny bełkot. Każda bzdura może się w takich warunkach doczekać swojej teorii. Tym sposobem sztuka zostaje wyprowadzona w aksjologiczne maliny.

Nie ma wolności absolutnej i w naszym (ludzkim) świecie jej być nie może. Wolność absolutna to mrzonka idealistycznego umysłu.
Kiedy ktoś (w swoim mniemaniu) funduje sobie “wolność” totalną, staje się niewolnikiem dowolności. Świat pozbawiony paradygmatów staje się miejscem, gdzie nie ma żadnego punktu odniesienia i wszystko wydaje się zawisać w próżni.
Nie ma nawet czegoś takiego jak dno, które przecież też ma swoją wartość i znaczenie (a przydaje się choćby tylko dla orientacji, albo do tego, aby się można było od niego odbić).

NA POCZĄTKU BYŁ ZAKAZ

Z czasem naruszono w sztuce wszelkie możliwe tabu. Już od dawna nie funkcjonują w nieje żadne kryteria moralne, a odrzucenie wszelkich względów estetycznych spowodowało powszechny wysyp śmieci, złomu, obrzydlistwa i szkaradnej tandety, na które często „wpadamy”, odwiedzając najbardziej nawet „prestiżowe” muzea i galerie.
Dobry smak i zdrowy rozsądek to dla większości arbitrów sztuki nowoczesnej pojęcia naiwnej i ograniczonej ramoty, i jako takie w ogóle nie są przez nich brane pod uwagę. Nadużywa się przy tym oskarżeń pod adresem „kołtunerii”, „kruchty” i „zaścianka”, dyskredytując jakikolwiek głos sprzeciwu.

Wszyscy zapominają, że źródłem całej ludzkiej kultury był zakaz. Na początku człowiek powiedział sobie (a może nawet tylko pomyślał) „nie wolno” i tak oto zaczął odchodzić od swojej zwierzęcości, tworząc i rozwijając swoją kulturę, która przecież bez systemu etycznego nie może istnieć. Odrzucenie wszelkich zakazów cofa nas więc do tamtego „dzikiego” punktu wyjścia.

Wolność człowieka, tak naprawdę, nie polega na tym, że może on robić to, co mu się żywnie podoba, ale na tym, że ma on swobodę dokonywania wyboru spośród różnych opcji zachowania, w tym – co jest tu chyba najistotniejsze – swoich własnych ograniczeń, (bo dopiero te ostatnie czynią z niego istotę ludzką, umożliwiając mu przy tym tworzenie kultury i życie wśród innych ludzi).

CZY JESTEŚ FASZYSTĄ?

Ale przecież faszyści…
Oni też naznaczyli to, co jest sztuką „zdegenerowaną”, używając podobnych argumentów o „zdrowiu”, estetycznej „czystości” czy „dobrym smaku”.
A jednak, wobec tych paralel i pozornych (jednak) konotacji, zarzucanie komuś dzisiaj, że krytykując pewne zjawiska we współczesnej sztuce staje się podobny do faszystów, jest nie tylko zniewagą, ale i absurdem. Nie można przecież zapominać o czymś tak oczywistym jak to, że żyjemy obecnie w innym (mimo wszystko) świecie, w innym momencie historycznym, w innych warunkach i układach: i że ani w Polsce, ani w Europie, ani w Ameryce nie istnieje de facto żaden doktrynalny totalitaryzm. Z innej więc pozycji krytykowali sztukę nazistowscy prominenci, z innej pozycji protestują wobec niej dzisiejsi jej krytycy, choć ich argumenty mogą brzmieć – i brzmią – podobnie. Przytaczanie tych podobieństw jest więc swoistym szantażem. To niedopuszczalne, aby stawiać tutaj jakikolwiek znak równości.

Oto jeden z przykładów.
Na otwarciu monachijskiej wystawy „Entartete Kunst” („sztuki zdegenerowanej”), Adolf Ziegler, przewodniczący rady artystycznej Trzeciej Rzeszy powiedział: „Tu, co widzimy tu dookoła, jest monstrualnym wytworem obłędu, bezczelności, niedorzeczności i oczywistej degeneracji. To horror. Po oglądnięciu tego wszystkiego pozostaje w nas jedynie niesmak”.
Dokładnie to samo mogłoby wyrazić wielu z nas po zetknięciu się z niektórymi prezentacjami współczesnego sado-kiczu, obsceny i trafiającej do galerii skatologii.
Czy uczyniłoby to z nas faszystów?
Pan Ziegler, jako osoba prywatna, człowiek o pewnych ustalonych gustach estetycznych i artystycznych preferencjach (o ile takie w ogóle posiadał) miał jak najbardziej prawo do wyrażenia swojej opinii na temat tego rodzaju sztuki, lecz jako człowiek prywatny, a nie z pozycji decydenta i kierownika państwowej instytucji, bo to oznaczało nic innego, jak prawną, oficjalną dyskryminację i ograniczenie swobody artystycznej wypowiedzi przez państwo. Do czego to doprowadziło to wiemy. Wiemy również to, kim się okazali prawdziwi degeneraci.

CENZURA I SŁUSZNOŚĆ

Po strasznych doświadczeniach z XX-wiecznym totalitaryzmem, zdecydowana większość z nas ma awersję do jakiejkolwiek  cenzury. Bowiem, jak pamiętamy, to właśnie za pomocą m.in. cenzury wymuszano na całych społeczeństwach podporządkowanie się „jedynie słusznej” ideologii. Podobnie niebezpiecznie byłoby przyjąć, że istnieje „jedynie słuszna” moralność czy religia, a już katastrofę oznaczałoby prawne tego sankcjonowanie i konstytuowanie. W krajach demokratycznych (zwłaszcza Zachodu) skończyłoby się to niezłym tumultem. Fundamentalizm w społeczeństwach otwartych jest absolutną niemożliwością, choćby już z tego względu, że jest takiego społeczeństwa zaprzeczeniem, wręcz antonimem (akurat tutaj mamy do czynienia z sytuacją albo-albo).

Podobnie jest z kanonami w kulturze i sztuce. Nie są one – i nie mogą być, aby sztuka mogła się rozwijać – sztywne. Przemianę konwencji wymusza tutaj zmieniający się świat, i działają chyba przy tym siły od woli pojedynczych ludzi niezależne.

MAŁA I WIELKA APOKALIPSA

Jednak, trudno tego nie przyznać, że muszą istnieć jakieś granice estetyczne, a tym bardziej etyczne, aby człowiek w ogóle był zdolny do funkcjonowania w społeczeństwie. Każdy z nas musi się godzić na pewnego rodzaju cenzurę, każdy z nas nosi też pewną autocenzurę w sobie. Zaprzeczanie temu byłoby hipokryzją, choć o hipokryzję najczęściej oskarża się tych, co stoją na przeciwnych do liberałów pozycjach (czyli tzw. „obrońców moralności”).

Swoista cenzura istnieje więc wszędzie, nawet jeśli nie jest zinstytucjonalizowana.
Człowiek podlega pewnym normom, (które nota bene są przez niego samego ustalane) – każdy system etyczny jest więc czymś w rodzaju umowy społecznej, bez której społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować. Mówiąc wprost: bez norm, nakazów i zakazów nie da się w społeczeństwie żyć. Jest to oczywistością, z którą muszą się zgodzić nawet najbardziej liberalnie nastawieni obrońcy wszelkich swobód (o anarchistach nie wspominam, bo nie zajmujemy się tu utopiami ani skłonnościami do totalnej rozpierduchy państwa, ani społeczeństwa.)

Można więc powtórzyć jeszcze raz: w życiu, a tym samym i w kulturze, wolność totalna nie istnieje (bo istnieć nie może). Przyzwolenie absolutne oznaczałoby nasz cywilizacyjny koniec – a ta nasza mała apokalipsa zamieniła by się rychło w apokalipsę wielką, w eschatologiczny finał o wymiarze zgoła biblijnym.

A może niektórym o to chodzi?

BEZ DEKRETÓW

Napisawszy to wszystko (o konieczności istnienia pewnych etycznych norm i reguł społecznego zachowania), muszę wyraźnie podkreślić to, że jestem przeciwny urzędowej cenzurze, a zwłaszcza stosowaniu policyjnych metod w „porządkowaniu” tego, co dzieje się w kulturze. Artysta sam powinien mieć w sobie tyle uczciwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, by cenzurować się sam. Także mądrość tutaj byłaby nie do pogardzenia.
Wolność słowa uznaję za wartość bardzo wysoką, doceniam również swobodę artystycznej wypowiedzi. I pocieszam się, że być może ten ekstremalny margines kultury nie stanie się jej głównym nurtem, a sztuka – nie tylko ta tradycyjna, ale i współczesna, poszukująca – pozostanie odkrywcza, mądra i naprawdę ciekawa.

Może więc, gwoli jasności, powtórzę raz jeszcze: nie jestem zwolennikiem stosowania w muzeach czy galeriach metod policyjnych – takich jak np. usuwanie siłą eksponatów, które obrażają (lub mogą obrazić) „uczucia religijne” pewnych osób; tych, które szokują, albo też budzą wstręt i odrazę (jedynymi restrykcjami, jakie powinny obowiązywać to te, które biorą pod uwagę ochronę dzieci).

Moja niechęć do pewnych aspektów sztuki współczesnej oparta jest bardziej na przesłankach estetycznych, niż etycznych, to raczej sprawa gustu, niż moralności – pewne wytwory tej sztuki bardziej mnie zniesmaczają, niż gorszą; bardziej widzę ich pustkę i jałowość, niż czuję zatrute treści… etc.

Nie w głowie mi żądanie wydawania jakichś państwowych dekretów, wielkich cenzorskich regulacji, protesty pełne świętego oburzenia (z powodu domniemanego „szargania świętości”); tudzież odwalanie głazów (z kukły przedstawiającej papieża), albo też rzucanie się z szablą na obrazki (bo akurat komuś się uroiło, że są jego obrazą).
Po co miałbym się wygłupiać bardziej, niż sami twórcy, którzy się wygłupili kreując swoje „dzieło”?

O ŚWIĘTYCH KROWACH, BŁAZNACH I DEMONACH

No i na koniec chciałbym jeszcze nawiązać bezpośrednio do tego, co napisała Defendo (szkoda, że już nie może mi ona odpowiedzieć… w żadnym ze znanych mi języków).
A Defendo stwierdziła: „Artyście wolno”.
Ale co wolno? I czy jednak artyście wolno wszystko?
Mam nadzieję, że powyższa rozprawka rzuca choć odrobinę światła na tę zawiłą przecież kwestię.

Kiedy Defendo zamieściła swój komentarz (pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na blogu „Brain Graffiti”), odpisałem jej mniej więcej tak: „według mnie, fakt przyznania artyście prawa do swobody ekspresji wcale nie musi oznaczać, że takiego artysty nie można krytykować. Nie należy z niego robić „świętej krowy”.
Zresztą, kogo możemy nazwać artystą a kogo nie? To nie jest takie oczywiste. Moim zdaniem, muszą istnieć jakieś kryteria, aby można było uznać kogoś za artystę. (…) Jeśli jednak mówimy już o wolności wypowiedzi, to także musimy przyznać innym ludziom prawo do wygłoszenia własnej opinii na temat sztuki, z którą się stykają, albo którą im się wpycha… niekiedy na siłę.”

To wymaga jednak uzupełnienia.
Artysta (nie wdając się tu w skomplikowane dywagację, kogo można nazwać „artystą”), bywa jednak często takim „rzadkim ptakiem”, a tym samym warto mu chyba przyznać coś w rodzaju statusu „świętej krowy”, której „wolno więcej” (ale na którą można się np. wkurzać, kiedy stoi na skrzyżowaniu). Zwykle jest to człowiek o dużej wrażliwości i oryginalnym spojrzeniu na świat – dostrzegający (i zwracający nam uwagę) na rzeczy, których nie dostrzegają „zwykli śmiertelnicy”.

Krytykując sztukę współczesną, czy też pewne zachowania artystów, dobrze jest też widzieć wszystko we właściwych proporcjach. I zdawać sobie sprawę, kto tak naprawdę stanowi dla nas – i dla naszej kultury – zagrożenie. Myślę, że na rzeczy będzie, jeśli przytoczę tutaj fragment mojego wpisu pt. „Błazny i demony”:

„Jedno wydaje się być pewne: do społecznych katastrof nie prowadzą występki bohemy, dziwactwa artystów, wybryki odmieńców, wygłupy błaznów, sztuczki kuglarzy, rozwiązłość erotomanów, wrzaskliwość rockmanów, eksperymenty pacykarzy, dziwaczne instalacje pseudo-artystów, ani jakieś tam świntuszenia. Nie ta osobliwa i w sumie niegroźna w skali społecznej menażeria będzie odpowiedzialna za następne holocausty, (do których oby nie doszło).

Cała demoniczność tego niebezpieczeństwa polega na tym, że kryje się ono w gabinetach skądinąd ułożonych, ustawionych, zasadniczych i z pozoru nawet przyzwoitych gości w czystych koszulach, pod krawatem i w garniturach, ewentualnie w mundurach. Politycy z chorymi ambicjami, zakadzeni ideologią, pozbawieni skrupułów, przedkładający własny, albo zgoła abstrakcyjny interes ponad dobro indywidualnego człowieka z krwi i kości; święcie przekonani, że jedynie machiawelizm może zapewnić im skuteczność.
Pod tym względem bardziej groźny jest amoralizm polityczny niż obyczajowy.
Przy współczesnych zagrożeniach globalnych, stary dobry dekalog zaczyna przypominać jakiś przykurzony eksponat z lamusa. Kto dziś zagląda do wytartych kamiennych tablic, mając przed sobą lśniący ekran nowoczesnego komputera z wykazem giełdowych drgań, skaczących kursów walut, krzywych wzrostu i perspektyw zysku  – całą tę domenę globalnych korporacji, megalomańskich imperiów, szemranych konsorcjów, aroganckich bankierów i wirtualnych a nieludzkich sił?”

*  *  *

Tracy Emin, „Moje łóżko” (Galeria Saatchie)

„KONCEPT” W SZTUCE WSPÓŁCZESNEJ – PRZYKŁADY


Długi nos sztuki współczesnej – Musée d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

*

Dopóki w sztuce panowały określone kryteria jej tworzenia i odbioru, dopóty była ona w miarę spójna i dość łatwo można było określić co jest dziełem sztuki, a co nim nie jest. Kiedy po kolei zaczęto wszystkie te kryteria kwestionować, lekceważyć, ignorować i pomijać, taka klasyfikacja stawała się coraz bardziej trudna, aż wreszcie – czego doświadczamy obecnie – wręcz niemożliwa.
Z czasem naruszono wszelkie możliwe tabu i dziś za sztukę uznaje się wszystko, przez co samo pojęcie „sztuka” czy „artyzm” straciło swój sens. Nie wyróżnia już bowiem niczego.

To, co się dzieje we współczesnych galeriach sztuki, przechodzi niekiedy ludzkie pojęcie. „Artyści” przebijają się w swoich szokujących i absurdalnych pomysłach. W ich kontekście, nawet nieśmiałe wspomnienie o takich wartościach, jak dobro czy piękno, grozić może jedynie ośmieszeniem.

Wymiotująca głowa. Nathaniel Mellors – „The Object (Ourhouse)”, British Art Show 7

KILKA POMYSŁÓW NA WYSTAWĘ W GALERII

Grzegorz Klaman chciał w Gdańsku wystawić na pokaz prawdziwe ludzkie płody, lecz spotkały go niejakie trudności z uzyskaniem embrionów ze szpitali, więc zaprezentował jedynie ich zdjęcia.. Wcześniej wykreował eksponat z ludzkich jelit.
Tracy Amin w Brytyjskiej Akademii Królewskiej rozbiła namiot, na jego płótnie powypisywała imiona swoich licznych kochanków, a na środku umieściła embrion, który był rezultatem aborcji po jednej z jej seksualnych przygód.
Bracia Chapman wykreowali grupkę małych dziewczynek, którym z nosów wyrastały męskie członki w stanie erekcji. Inne ich dzieło w postaci wykastrowanych i poćwiartowanych ciał, jest już bardziej konwencjonalne.
– Na oczach publiczności, rozebrany do naga polski artysta, tarza się po leżącym na podłodze krucyfiksie (praca dyplomowa w warszawskiej ASP).
Chris Ofili używa zwierzęcego łajna do dekoracji swych obrazów, a Andres Serrano wsadza krzyż do moczu i fotografuje w locie swoją spermę podczas wytrysku.
Katarzyna Kozyra ustawiła piramidę z wypchanych zwierząt, co w jej deklaracji było protestem przeciw ich zabijaniu i konsumpcji. Artystka chciała nam w ten sposób uświadomić, że zjadamy martwe zwierzęta. (Ja przyznaję się tylko do koguta – przyp. LA.) Kozyra wspomina, że płakała, gdy przyszło do zabicia – co było konieczne do stworzenia tej pracy – konia, który „miał tak samo na imię, jak ja – Kasia”. Mimo to, moment uboju, jak również ćwiartowania mięsa nagrała na taśmie video, co również uznała za sztukę – część swojej pracy dyplomowej. Innym jej artystycznym pomysłem było nakręcenie w łaźni (oczywiście bez wiedzy i przyzwolenia ukazanych osób) filmu, który ukazywał stare kobiece nagie ciała. Zachęcona sławą jaką jej to przyniosło, przyprawiła sobie sztuczny członek i wybrała się do łaźni męskiej, gdzie stworzyła równie wymowne i (nomen omen) odkrywcze video.
– Kariera holenderskiej artystki Tinkebell zaczęła się od tego, że złamała ona kark swojemu (choremu podobno) kotu, obdarła go ze skóry i wystawiła w galerii jako „torebkę”. Rozgłos jaki jej to przyniosło spowodował, że Tinkabell poszła „za ciosem” i zaczęła wypychać inne zwierzęta „domowe”, takie jak świnka morska (zrobiła z niej zdalnie sterowaną zabawkę), psy (jednemu ze szczeniaków przykręciła kółka, inny znów pies służył jako „ozdoba” do powieszenia na ścianie), koty (zszywając je np. z psami w dziwaczną hybrydę)… Wszystkie zwierzęta zabija własnoręcznie, a cały proces przerabiania ich w przedmioty nagrywa na video. Kupców na owe „dzieła sztuki” nie brakuje, także właścicieli galerii, gdzie są one wystawiane na widok publiczny.
–   …etc.

Kilka z powyższych przykładów, (z których większość podlega chyba bardziej domenie psychiatrii niż sztuki) wymienił podczas jednego z polskich kongresów kultury, znany krytyk sztuki Andrzej Osęka, który stwierdził przy tej okazji, że „do muzeów i salonów artystycznych weszła sensacja – ta sama, którą sprzedaje się w  telewizji i kolorowych pismach: trupy ludzkie i zwierzęce w kałużach krwi, fotografie morderców i ich ofiar oraz wywalone na wierzch wnętrzności; ponadto rozmaite substancje, które przedstawia się jako ślinę, kał, mocz, spermę.” A swoją wypowiedź skonkludował następująco: „W kręgu sztuki dzisiejszej wszystko da się powiedzieć. Wszystkie komentarze są w jednakowym stopniu niemożliwe do zweryfikowania. Wszystko może być dziełem sztuki, (do którego) można dołączyć dowolne hasła i słowa, a i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia.”

Nihilizm w sztuce współczesnej nie ma wymiaru nietzscheańskiego. Rzadko kiedy przybiera wartość konsekwentnej negacji porządku świata, (co kiedyś było udziałem prawdziwych buntowników przeżywających autentyczny dramat). Wyraża się zwykle nie przez bunt czy gniew, lecz poprzez beznadziejną, przygnębiającą jałowość, świecąc (?) przy tym pustką.

Złom jako sztuka – uchwycone w Los Angeles County Museum of Arts, Kalifornia (zdjęcie własne)

*

KLUB WTAJEMNICZONYCH

Wiele nurtów sztuki współczesnej powstało w opozycji do istniejących dotychczas wartości estetycznych, często zwalczając przy tym „elitarność” sztuki tradycyjnej, klasycznej – tej o ustalonych kanonach, „uświęconych” umieszczeniem ich w muzeach, czy w innych (salonowych) galeriach świata. Była to walka o własną estetyczną „Lebensraum”, która zawsze – bardziej lub mniej świadomie – łączyła się z dążeniem do zastąpienia elit istniejących elitą własną (za taką elitę uważała się np. grupka ludzi skupiona wokół Warhola w jego „Factory”).
A wiadomo, że za każdą elitą cięgnie się „ogon”, czyli dwór i świta wyznawców oraz apologetów, którzy się snobują mając wrażenie, iż elitarność ta udziela się także im samym.

Lecz za poczuciem (pragnieniem) wyjątkowości, (czy też swoiście pojmowanego „arystokratyzmu”) kryje się jeszcze coś innego. Krzysztof Zanussi napisał kiedyś: „Rynek sygnowanych dzieł sztuki interesuje rzeczywiście inwestorów i krytyków, dwie kategorie pasożytów obsługuje się nawzajem (…). (Publiczność) zastępują ‚wtajemniczeni’ – kategoria z natury rzeczy podejrzana, bo zupełnie nie tożsama z elitą. Wtajemniczeni to członkowie klubu, którzy zmówią się na jakiś temat i tworzą na własny użytek wewnętrzną skalę wartości (…) – przypominają klub hobbystów. Kiedy oglądam publiczność na pokazach ewidentnie niedorzecznych ‚instalacji’ czy równie pustych ‚performances’, poza wrażeniem hibernacji (bo to samo widziałem już w Nowym Jorku przed dwudziestu laty) mam wrażenie, że wśród widzów dominuje potrzeba uczestnictwa w ekskluzywnym klubie, którego znakiem rozpoznawczym jest obecność na artystycznym obrzędzie. To, jak ten obrzęd czy dzieło opisuje świat, stało się sprawą, podejrzewam, drugorzędną, a tymczasem prawdziwe życie sztuki na takim oddziaływaniu się powinno zasadzać (…).
Czemu służą różne instalacje i ‚performances’ w sztuce współczesnej i jakie wyższe wartości reprezentuje malarstwo, o którym zmowa przekupnych krytyków orzekła, że jest wybitna a nikt nie chce z nim obcować na co dzień? Oskarżenie o przekupność (może w końcu troszkę przesadzone), wysnuwam z faktu, że współczesny obraz służy najczęściej jako lokata pieniędzy i często spoczywa w sejfie, a więc służy raczej do operacji handlowych, a nie dostarczaniu estetycznych wzruszeń.”

WIRTULANDIA I ERZACIARNIA

Wiek XX spustoszył Europę nie tylko materialnie (dwie wojny światowe, masowe ludobójstwo, totalitaryzm – katastrofy i szaleństwa mające na swym koncie blisko 200 mln. ofiar i anihilację całych miast), ale i „duchowo”, powodując ogromną aksjologiczną wyrwę i ogólną dehumanizację człowieka. Zakwestionowanie (i rażąca nieskuteczność) uznawanych dotychczas wartości (jakie niosła ze sobą nie tylko religia, ale i systemy filozoficzne usiłujące na swój sposób porządkować społeczeństwa – jak choćby marksizm) wywołało dezorientację, zamieszanie i pustkę, którą usiłowano wypełnić tworzonymi ad hoc i dość chaotycznie ersatzami, albo też nie tworząc zgoła nic, a nurzając się tylko w ekscesie, jałowości, absurdzie i nonsensie. I tak oto obudziliśmy się z ręką w postmodernistycznym nocniku.

Co ciekawe (ale i konsekwentne) pierwsi w sens dotychczasowych (w tym także konserwatywnie „tradycyjnych”) wartości zwątpili artyści, kwestionując nie tylko dorobek całego dziedzictwa europejskiej sztuki, ale i stworzonego przez śródziemnomorską cywilizację systemu etycznego. Stąd np. prowokacje i granie na nerwach „burżujom” uskuteczniane przez surrealistów, stąd absurd i infantylne gaworzenie tudzież wyplatanie bzdur i głupstw przez ruch da-da, stąd dramatyczne szukanie „niezbrukanego” przez cywilizację konkretu w prymitywizmie albo w fowizmie, stąd zanurzenie w konceptualnej pustce minimalizmu, stąd uczepienie się nadziei na „nowy wspaniały świat” w maszynie przez futurystów, stąd próby składania na nowo rzeczywistości z „klocków lego” przez konstruktywistów czy kubistów… etc.
Wszystko to uznano za awangardę, nie zauważając przy tym, że tak naprawdę są to tylko odpryski (i często śmietnik) europejskiej kulturalnej ruiny – taki chocholi taniec wśród rozkładających się trupów, „robiących” dotychczas za podporę cywilizacji.

Jednak warto przy tym pamiętać, że wszystko to było (naszego bankructwa kulturowego) skutkiem a nie przyczyną.
Nie przeceniałbym więc roli, znaczenia i rzeczywistego wpływu sztuki modernistycznej na tzw. rzeczywistość społeczną i kondycję współczesnego świata.
Jeśli już mamy do czynienia z jakąś maligną, to artyści są wtedy bardziej symptomami cywilizacyjnych chorób, niż ich zarazkami.

Całą tę pustkę (i wynikającą stąd bezbrzeżną nudę) usiłuje do dziś wypełnić kultura masowa (nota bene uciekając od wszelkiej głębszej refleksji), jak również naznaczona mocno nihilizmem sztuka współczesna, która błądzi po manowcach, (bo jak tu zbudować coś wartościowego i solidniejszego na „fundamentach” z niczego?) Powstają nowe kulty (mody, trendy, prądy, kierunki…) co niekiedy przypomina tworzenie się jakiejś pseudo-religii.
Wyobraźnia (ciągle wrażliwego przecież) człowieka buja więc we mgle, wymyślając coraz to inne wirtualne światy (vide: internet) – bałamucona przez innych i bałamucąc się sama. Współczesny Homo sapiens myśli o czymś coraz to innym, ale często po to, aby tak naprawdę nie myśleć. Gdy czuje ból – sięga po pierwszy lepszy z brzegu anestetyk (zwykle wątpliwej jakości); zaś gdy nie czuje już nic – stymuluje się (także często byle czym), niczym ów szczurek, który tak namiętnie i kompulsywnie naciskał dźwigienkę serwującą mu przyjemność, aż zaprzyjemnił się na śmierć i zdechł.

Również i my bywamy ofiarami tego stanu rzeczy. Ciągle zapominamy, że ersatz jest tylko i wyłącznie namiastką, i że nie możemy bez końca hasać radośnie i beztrosko w wirtulandii. A dzieje się tak dopóty, dopóki tzw. „twarda” rzeczywistość nie sprowadzi nas na ziemię. Lepiej jest jeśli stawia nas wtedy do pionu, gorzej – jeśli powala tak, że nie możemy się już więcej podnieść.

*  *  *

Sztuka współczesna jako śmietnik – jeden z eksponatów w Muzeum Sztuki Współczesnej Powiatu Los Angeles (LACMA), wraz z notką opisową pełną patronów (zdjęcie własne)

ANDY WARHOL – NICOŚĆ UOSOBIONA

Andy Warhol – biznesmen sztuki czy artysta biznesu?

*

1.

O Andym Warholu przypomniała mi ostatnio* nie tylko „Rzeczpospolita” (jego postać pojawiała się w takich filmach, jak np. „The Doors”, „Basqiuat”, „I Shot Andy Warhol”…), choć związany z 10-tą rocznicą śmierci gwiazdy pop-artu artykuł Moniki Małkowskiej pt. „Warhol od A do B” mógł bulwersować pewnymi stwierdzeniami, wśród których znalazło się m. in. i takie: „[Warhol] to najpopularniejszy na świecie artysta, z którego sławą można porównać tylko sławę Picassa”.**

Dlaczego zajął mnie ten temat?
Otóż dlatego, że interesuje mnie to co się dzieje we współczesnej sztuce, a ponadto w przeszłości twórczości Warhola dość blisko się przyjrzałem, do czego doszło zresztą w sposób przypadkowy, gdyż do pasjonowania się sztuką pop-artu zawsze było mi daleko.
Wkrótce po śmierci artysty w 1987 roku, redakcja krakowskiego magazynu kulturalno-filmowego „Powiększenie”, poprosiła mnie o napisanie szkicu o twórczości plastycznej i filmowej Warhola, co też uczyniłem.***
Przypadek drugi: parę lat temu, podczas mojego pobytu w Phoenix w Arizonie, trafiłem na wielką retrospektywną wystawę produkcji Warhola, zorganizowaną przez uniwersytecki Instytut Sztuki – i uzupełnioną wykładami. Oprócz tego, z pracami Warhola spotykałem się w niemal wszystkich większych muzeach nie tylko amerykańskich, ale i europejskich. Miałem więc możliwość pewnych konfrontacji.
Ponadto, Warhol jak nikt inny nadaje się do naszego tematu**** „końca heroizmu”, czyli współczesnej skłonności człowieka do wybierania sobie bohaterów kontrowersyjnych – urobionych z materiału dość wątpliwej jakości.

Przypomnijmy sobie pokrótce fenomen „papieża pop-artu”.
Kim był Warhol? Co sobą reprezentował? Co jest kluczem do jego twórczości – i czy taki klucz w ogóle istnienie?

2.

W zasadzie wszyscy są zgodni co do tego, że przedmioty pop-artu (za sprawą takich artystów, jak m.in. – obok Warhola – Oldenburg, Lichtenstein, Paolozzi, Segal…) wyrosły wprost z kultury konsumpcyjnej społeczeństwa amerykańskiego. Wyrosły z pustki i powierzchowności tej kultury, urastając jednocześnie do rangi dzieł sztuki. Było to możliwe dzięki potraktowaniu ich całkiem serio z estetycznego punktu widzenia. Jednak istnieje podejrzenie (wątpliwość) czy jest to faktycznie sztuka, czy też patrzeć na to mamy jedynie jak na swoiste signum temporis – jak na przedmioty, które po prostu są tym, czym są, bez odwoływania się do ich wartości artystycznej (czy też jej braku).

Z początku świat sztuki „tradycyjnej” był przerażony tymi puszkami zupy, etykietkami, komiksami, opakowaniami, butelkami Coca-Coli, banknotami… czyli tym wszystkim, od czego sam uciekał. Pop-art był tej sztuki przeciwieństwem, zaprzeczeniem, antytezą. Dla wielu był to szok i zniesmaczenie, mimo że pamiętano przecież o sedesach i suszarkach Duchampa, czy innych szalonych pomysłach – choćby dadaistów – sprzed kilkudziesięciu już lat. Nie wszyscy byli tym jednak zbulwersowani. Wprost przeciwnie! Zaczęło się od zaprezentowania przez Warhola zwykłej odbitki zdęciowej jako dzieła sztuki. Ale zdaniem niektórych nie było to jeszcze takie złe. Najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy została ona potraktowana zupełnie serio przez tzw. „poważnych” krytyków sztuki. Skutkiem tego w połowie lat 60-tych wśród dzieł sztuki znalazły się najbanalniejsze pod słońcem przedmioty.

Warhol w sposób oczywisty pozbawił swoją sztukę wszelkiej refleksyjności – jego rzeczywistość stała się rzeczywistością poznawaną przez filtry środków masowego przekazu. „Twórczość” ta z zasady „ślizgała się” po powierzchni zjawisk i rzeczy, była odintelektualizowana na podobieństwo obrazkowej wizji współczesnego świata – redukowała rzeczywistość do beznamiętnego obrazka. Same jej tematy, dzięki swojej przypadkowości, niewiele wyjaśniają, bo tematem mogło być dosłownie wszystko: zwielokrotnione portrety Marylin Monroe, Elvisa Presley’a, Jacqueline Kennedy, czy nawet samego Mao Zedonga; poddane plastycznej, ale mechanicznej, przeróbce zdjęcia katastrof, samobójstw, morderstw; wreszcie zwykłe puszki zupy czy opakowania różnych artykułów przemysłowych.

Jednak, już w pierwszej połowie lat 60-tych Warhol ogłosił się „emerytowanym artystą” i oświadczył, że odtąd… poświęca się całkowicie kinu.

3.

Było to jednak kino szczególne, także czysto mechaniczne („chciałbym być maszyną” – mówił Warhol)), a głównymi występującymi w nim „gwiazdami”, byli przedstawiciele słynnej „Factory”, pracowni artysty na Manhattanie, o której ktoś „wtajemniczony” powiedział, że przypomina „jedną wielką melinę dla narkomanów, alkoholików, pederastów i lesbijek”. (Jedna z bywalczyń „Factory” zwierzyła się kiedyś: „Zaczęło tam wiać grozą. W ‚Factory’ zaczęli zjawiać się całkiem zwariowani ludzie, którzy pili na umór, ćpali… Wszystko to odstraszało mnie i uprzytomniłam sobie, że robi się to wszystko coraz bardziej narkotyczne, chorobliwe i męczące”.)
Dla niektórych pracownia Warhola stała się niczym innym, jak „fuck-tory”.

Tak więc, cóż to było za „kino”, które zaczął tworzyć Warhol?
Oto np. „reżyser” ustawiał kamerę i filmował, jak komuś obcinają włosy (film pt. „Haircut”, 33 min.); jak ktoś je grzyby („Eat”, 55 minut); dalej: mogliśmy podziwiać przez 5 minut ramię tancerki („Shoulder”), czy trwające ponad godzinę zbliżenie kobiecej twarzy („Face”). Jednak najsłynniejszym dziełem Warhola stał „Empire” ukazujący manhattański wieżowiec Empire State Building filmowany nieruchomą kamerą z okna stojącego na przeciwko budynku i trwający… 8 godzin.
Daruję sobie opis dalszej twórczości filmowej Warhola. Dość wspomnieć, że stawała się ona coraz bardziej bezsensowna, wulgarna, a nawet otwarcie pornograficzna („Blow-Job”). Sam twórca mówił o jednym ze swoich (u)tworów w sposób rozbrajający: „Jest to film alogiczny, bez motywacji bohatera, no i zupełnie absurdalny. Jednym słowem, bardzo przypomina życie”. Jeden ze „scenarzystów” Warhola wspomina także, że jego praca polegała głównie na „dbaniu o to, żeby wszystko było bez znaczenia”.

Sarkastycznie zareagowano na to w „Cahier du Cinema”: „Z braku i niedbałości robi się prawdziwą sztukę” – pisano. „Time” skwitował całość słowami: „brudne, sprośne, plugawe, głupie”. Sugerowano, by takie filmy pozostały jednak na zawsze tam, gdzie ich miejsce: w podziemiu, blisko rynsztoka.
Jednak stało się inaczej.
Podobnie jak plastyczną twórczość Warhola, wpisano je w historię prawdziwej sztuki, powstały setki monografii, wydawnictw albumowych; tworzono kolekcje, brano masowo dzieła Warhola do muzeów, analizowano w uczonych rozprawach… i to zwykle bez cienia krytycyzmu.

4.

Mając wzgląd na to wszystko z uwagą przeczytałem wspomniany już artykuł w „Rzeczypospolitej”, w której pisze się o Warholu, jako o najpopularniejszym – obok Picassa – artyście na świecie.
Autorka pisze wprawdzie, że „wszystko co masowe, kiczowate i pospolite stało się znakiem firmowym Warhola”, że „zniósł on podział między twórczością wzniosłą i banalną”; lecz zaraz potem zaznacza jaki to „odkrywczy” był Warhol (film!) i że „nie zawiódł” on także w innych dziedzinach; wreszcie, że „dotarł on na szczyt sławy, potwierdzonej sukcesem finansowym i przynależnością do elity.

Właśnie: sukces finansowy. Warhol stał się milionerem.
Nie bez kozery funkcjonuje od dawna mądrość niemal już ludowa, głosząca że kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Tym sposobem wkraczamy na obszar grząski i rozległy, jaki stanowią manipulacje i rozgrywki toczące się w świecie dealerów i handlarzy sztuką. Wiadomo, że zazwyczaj głównym motywem ich działania jest zysk – i to niekoniecznie powiązany z rzeczywistą wartością sztuki, którą handlują. Chodzi o sztuczne wykreowanie mody (szumnie zwanej wtedy „prądem” lub „kierunkiem”), o wylansowanie nazwiska. Bez znaczenia właściwie jest to, co się za tym kryje: bzdet, wygłup czy beztalencie. Robi się jak najbardziej cynicznie sztuczną zadymę, zazwyczaj jest to prowokacja (najczęściej dla zdrowego rozsądku), najlepiej jeśli obrazi się przy tym jak  największą liczbę ludzi, postawi na głowie powszechnie uznawane w społeczeństwie wartości… etc. Umieszcza się to w galerii, doczepia metkę z astronomiczną ceną, ogłaszając, że jest to głębokie, prekursorskie, odważne i piękne… jednym słowem – genialne.

I, rzeczywiście, prekursorem tego „nurtu” był Andy Warhol. Uczynił on z tego wszystkiego „prawdziwą” sztukę – światek artystyczny, snobistyczny (i nie tylko) przełknął to gładko… Nieważne – z bezmyślności, głupoty, nieświadomości, czy też z wyrachowania.

5.

Z największą powagą pani Małkowska pisze: „… odszedł artysta, który zrównał sztukę z biznesem. Komu poza nim to się udało?”; a „Rzeczpospolita” pod zdjęciem Warhola zdobywa się na podpis: „Z upływem czasu magia najsłynniejszego artysty-biznesmena działa coraz mocniej”. (sic!)

Cóż, sztukę z biznesem równa się dziś nagminnie i namiętnie, a czynią to – częstokroć z wielkim powodzeniem – tysiące marszandów. I nie ma w tym w zasadzie nic złego; problem zaczyna się, kiedy żąda się ogromnych cen za buble i wyroby o bardzo wątpliwej jakości – wmawiając przy tym wszystkim, że ma to wielką artystyczną wartość, że to nic innego jak arcydzieło.

Czy ci, którzy zachwyceni są Warholem, rzeczywiście świadomi są tego, co tak naprawdę reprezentował sobą ten artysta – czy też może bezkrytycznie ulegli obiegowej sugestii, że Andy Warhol Wielkim Artystą był? Czy kryła się za nim jakaś godna uwagi, oryginalna i budząca podziw wartość – czy też może kryła się za nim jałowość i pustka?
On sam, zwany „nicością uosobioną”, tak o sobie – i o tym co robi – powiedział: „Jeżeli chcecie wiedzieć wszystko o Andym Warholu, to wystarczy spojrzeć tylko na powierzchnię moich obrazów, moich filmów i moją własną – oto gdzie jestem. Pod spodem nie ma absolutnie nic.”

Trudno o lepszą definicję płycizny.

Art goes bananas (banan… sorry – banał staje się sztuką)

*

* artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (11 kwietnia, 1997 r.) oraz w „Dzienniku Związkowym” (2-4 luty, 2001 r.)
** Monika Małkowska, „Warhol od A do B”,  („Rzeczpospolita” Nr 45, 22-23 luty, 1997 r.)
*** „Powiększenie” Nr 3, 1988 r. (Kraków)
****  Cykl pt. „Manowce współczesności – koniec heroizmu” ukazywał się w latach 1999 – 2003 na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego”

CZYM JEST SZTUKA?

Oto fragmenty listu do jednego z moich przyjaciół, dotyczące ogólnych zagadnień związanych ze sztuką i jej odbiorem. Zdecydowałem się na ich publikację z nadzieją, że znajdzie to zainteresowanie również wśród czytelników tego bloga.

*

Przezwyciężając opór materii – rzeźby w Muzeum d’Orsay, Paryż (zdjęcie własne)

*

CZĘŚĆ I: KLASYKA, CHAOS, SZTUKA  A  RZECZYWISTOŚĆ

Mój Drogi W.
na spieraniu się o to czym jest sztuka można życie strawić, a wszystkich książek na ten temat spisanych nie pomieściłaby pewnie żadna normalna biblioteka (już nie wspominam o ich przeczytaniu). Ale na swój własny pożytek mamy zapewne jakieś pojęcie o tym, czym jest sztuka – coś tam sobie o niej mniemamy, coś przedstawiamy.
A nieporozumień co do istoty sztuki było przez wieki co niemiara (mistrzem zamętu był pod tym względem wiek XX), także współcześnie ich nie brakuje. Dość wspomnieć, że jeszcze w Średniowieczu nie zaliczano do sztuki ani rzeźby ani nawet malarstwa! Żeby było śmieszniej, dzisiejsze historie sztuki zajmują się prawie wyłącznie dziejami malarstwa, rzeźby i architektury.

Moje rozumienie sztuki zbliżone jest chyba do tego jakie wyszło z Oświecenia, które to wprowadziło pojęcie sztuk pięknych.
Sztuka wyrosła w prehistorii z obrzędów magicznych – i coś z tej magii dotrwało do naszych czasów. Może właśnie dlatego, zawsze, kiedy mam do czynienia z wielkim dziełem sztuki, odnoszę wrażenie, iż dotyka ono czegoś metafizycznego, nienazwanego, nieosiągalnego w żaden inny sposób (stąd artyści, wg mnie, stanowią coś w rodzaju antropologicznej elity, są kastą wybraną, obdarzoną talentem, zdolną do natchnienia i tworzenia czegoś wyjątkowego). To dlatego m. in. uważam, że pogląd Platona o wygnaniu poetów (zazwyczaj zresztą trywializowany) należy do historii ludzkiej głupoty, a nie mądrości.

Podchodzę do sztuki dość egocentrycznie, ale za to wprowadza to do mojej głowy pewien ład : w moich oczach sztuką jest to, co mnie porusza (głównie są to doznania estetyczne, choć nie tylko takie – mogą być one również etyczne, poznawcze, emocjonalne, zmysłowe… etc.); albo to, co jest mnie w stanie poruszyć (w innych okolicznościach np.). Jest to bowiem jedyny sprawdzalny dla mnie probierz.
Nie roszczę sobie pretensji, aby była to jakaś wiążąca kogokolwiek definicja sztuki. Jest to jedynie pojęcie, jakie sobie stwarzam na swój własny, prywatny użytek.
Oczywiście są wytwory sztuki, które działają na innych, ale nie za bardzo na mnie, ale wtedy podchodzę do nich sceptycznie. Godzę się z tym, że może to być dzieło sztuki, ale dla mnie jest to dzieło sztuki cokolwiek nominalne, czyli tylko tak nazwane. Tym sposobem w moim najgłębszym doznaniu odmawiam uznania za sztukę różnych zlewów na wystawie, gówien w muzeum, krwi miesięcznej na płótnie, wszelkich dziwacznych instalacji… etc. Oczywiście i one mogą mnie poruszyć, ale to poruszenie jest dla mnie czymś negatywnym (obrzydzeniem np.), czasem jakąś konstatacją pustki, pomieszania, manipulacji, nieszczerości, pozerstwa… Niczego mi nie dają, nie wnoszą niczego konstruktywnego do mojej wizji świata – nie oddziaływają na mnie pozytywnie. I właśnie dlatego odmawiam zgody na taką sztukę – ja przynajmniej nie chcę mieć z nią nic do czynienia.
Odkrywam także u siebie jakiś wewnętrzny, instynktowny wręcz sprzeciw wobec uznania za sztukę czegoś co wydaje mi się nieestetyczne, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że dzieło sztuki wcale nie musi posługiwać się estetyką, którą akceptujemy, i która się nam po prostu „podoba”, bowiem w sztuce nie wszystko musi nam się wydawać „ładne”.
Poza tym, sztuka „lekka, łatwa i przyjemna” to ledwie margines twórczości artystycznej – i to ten najbardziej (jeśli chodzi o kreatywność) konformistyczny.
*

Jan Vermeer, „Ważąca perły”, Galeria Narodowa w Waszyngtonie (zdjęcie własne)

*

Nie wiem W. skąd ta Twoja niechęć do klasyki (zresztą nie jestem pewien jak Ty definiujesz klasykę?)
Czy nie powiesiłbyś na ścianie rysunku Leonarda czy Rafaela?
To są wszak szczyty ludzkiego geniuszu – i tego przecież nikt o zdrowych zmysłach nie może kwestionować.
Wg mnie to właśnie klasyka stanowiła wyraźne i bardzo czytelne kanony sztuki – dziś wiemy, że arcydziełem jest i nigdy nie przestanie być np. „Pieta” Michała Anioła, Bazylika Św. Piotra, rzeźby Canovy, Carpeaux, płótna Rubensa, Caravaggia, Vermeera czy Ingresa.
(Nota bene, dzięki tym kanonom możliwe było ongiś dość precyzyjne ustalenie definicji artyzmu i piękna.)

Tam zresztą podoba mi się też jeszcze coś innego: aby stworzyć takie rzeczy, trzeba było mieć ogromny talent i niesamowite zdolności twórcze; także wiedzę, warsztat, technikę, manualną i mentalną biegłość; często być tytanem pracy i wysiłku… To choćby (bagatela!) różni twórców klasycznych od wszelkiej maści współczesnych „artystów” – samozwańców, błaznów i cwaniaków, którzy srają do słoików (nie ważne – czy robią to z głupoty, z wyrachowania, z chęci wywołania skandalu czy też prowokacji) i sprzedają to jako dzieła sztuki (a inni kombinatorzy i idioci to kupują).
Tak więc nominalnie – te kible Duchampa, czy nawet fekalia Manzoniego – są uznawane za sztukę (gdyż jakby nie było mówi się o nich w kontekście historii sztuki), to jednak wg mnie są tej sztuki upadkiem, wpisują się raczej do historii ludzkiej głupoty i zdezorientowania, a nie artyzmu.
(Wystarczy dogłębniej prześledzić właśnie casus pisuaru Duchampa – nota bene uznanego przez wielu krytyków sztuki za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku – by uświadomić sobie dezorientację i hucpę jaka zapanowała w sztuce współczesnej.)

Nie jestem też do końca pewien o co Ci chodzi z tym chaosem. Piszesz, że w sztuce musi być jakiś czynnik chaosu.
Czy jednak nie pojmujesz go tak jakoś metafizycznie? Czy aby zbytnio go nie nobilitujesz?
Dla mnie sztuka jest właśnie czymś przeciwnym: swoiście ludzkim wysiłkiem uporządkowania tego chaosu – wyodrębnieniem zeń (czy też uformowaniem), czynnika ludzkiego.
Nie wahałbym się nawet nazwać rzecz drastyczniej: sztuka to walka człowieka z nieludzkością chaosu (a  ściślej: z tym co się nam chaosem wydaje); oswajanie przygniatającego nas, bezkresnego i niezrozumiałego, nieogarnionego myślą i niedostępnego zmysłom Wszechświata (brzmi to być może trochę mętnie, nieco patetycznie i nazbyt metafizycznie, ale coś w tym chyba jest, bo ten Wszechświat to również skała, drewno, farba… urabiana przez artystę materia).
Jeśli więc taki Francis Bacon (niewątpliwie wybitny artysta i znakomity wg mnie malarz) twierdzi, że jemu chaos jest potrzebny, to jest mu on potrzebny tylko po to, by móc ten chaos ujarzmić w procesie twórczym i kontrolować. I choć ta jego (widoczna na płótnach) figuratywność do grzyba nie jest podobna, to ma w sobie właściwość skończonego dzieła sztuki – właśnie poprzez swoje formalne uporządkowanie, wyodrębnienie z chaosu.
(Takim wyodrębnieniem, wbrew pozorom, jest również abstrakcja.)
*

Francis Bacon, „Three Studies For Figures at Base of Crucifixion”, Tate Gallery, Londyn (zdjęcie własne)

*

I wracając jeszcze do tego co piszesz o Platonie: pomstujesz na klasyków, by następnie powyrzucać ich z państwa jako naśladowców natury (bo tak ich widział ponoć Platon). Otóż (faszyzujący przy tym) Platon nie dlatego chciał ich (a ściślej poetów – trzymajmy się klasyki) wyrzucić, że usiłowali naśladować naturę, ale za to, że za bardzo niby to mieszali ludziom w głowach, odwodząc ich właśnie od rzeczywistego oglądu świata.
Jest to wszak pewne pojęć pomieszanie, więc nie rozwódźmy się już nad tym.

Te odwieczne spory – jaki jest stosunek sztuki do tzw. rzeczywistości? – chyba już teraz (w dobie wszelkich „izmów” – z postmodernizmem na czele) ucichły, bowiem zgoda nastąpiła co do tego, że sztuka może być i taka i taka i taka…
Tak więc może zarówno naśladować rzeczywistość, jak i ją odzwierciedlać; może przemawiać symbolami, metaforą, budować mity i fantazje – odnosząc się jednak do rzeczywistości; jak również – i to jest jedno z naszych ostatnich odkryć – budować światy autonomiczne. (Niestety, pod to ostatnie podciągnąć można zarówno wszelką sztukę bezprzedmiotową – np. abstrakcję – jak i muzykę Bacha… coś mi więc tutaj nie pasuje i będę się musiał nad tym zastanowić).

CZĘŚĆ II: DE GUSTIBUS…

*

Czy rzeczywiście o gustach nie można dyskutować?
W jaki sposób nasz gust wpływa na wartościowanie przez nas sztuki?
Walka na śmierć i życie – w salonach, galeriach i poza nimi…

*

Jak patrzymy na sztukę? Scenka z Luwru, Paryż (zdjęcie własne)

*

De gustibus non est disputandum – jak głosi znana, stara łacińska sentencja. Czyli, mój Drogi W. o upodobania nie ma się co spierać. Ale ludzie i tak się spierają. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że z kilku przyczyn, ale głównie dlatego, że chcą udowodnić, iż ich gust jest coś wart (to jest bardziej szlachetne), albo że jest lepszy od innych (to już jest szlachetne mniej).
Czasem chcą po prostu pokazać, że górują nad kimś innym (to taki stary atawistyczny instynkt, jak również zakamuflowany sposób wywyższenia samego siebie). Jednak odrobina mądrości i tolerancji pomaga w konstatacji, że zwykle warto jednak unikać wartościowania w sferze naszych gustów – bowiem są one względne i jak najbardziej subiektywne.

Ależ W., oczywiście że można usprawiedliwiać własny smak, objaśniając dlaczego coś podoba nam się bardziej a coś innego mniej, ale dobrze mieć świadomość, że to jest tylko nasze zdanie, niekoniecznie lepsze czy też gorsze od innych – po prostu inne.
Tak więc zazwyczaj sąd nad smakiem jest czymś zbyt arbitralnym – lepiej i rozsądniej jest jednak wyrabiać sobie ten smak na własny użytek i niekoniecznie zbywać pogardą smaki innych. Bo i po co? Wcale to nie pomaga delektować się własnymi upodobaniami, a wręcz przeciwnie – człowiek najczęściej stawia się tylko w całkiem niepotrzebnej opozycji, która wysysa z niego jakąś pozytywną energię.

Z tychże (m.in.) względów nie potępiam w sztuce niczego „w czambuł”, nawet zielonej żaby na krzyżu, czy rekina w formalinie. Może wydawać mi się to głupie, albo po prostu nie podobać się, ale się z tego powodu nie oburzam, nie grzmię, nie protestuję… Dlatego też nigdy nie wzywałbym do tego aby coś tam usunąć siłą z muzeów, nie rzucałbym się z szablą na obrazy (jak Olbrychski w Zachęcie), tudzież nie próbowałbym usunąć kamienia, którym przygnieciona była figura papieża (jak to usiłował zrobić jakiś polski parlamentarzysta w tym samym muzeum).

Louis-Léopold Boilly, „A trompe-l’oeil” (fragm.) Luwr (zdjęcie własne)

Koniec końców: a propos sztuki i estetyki trzeba mieć własne zdanie, ale raczej nie narzucać je siłą innym. Bowiem różnice między naszymi gustami są – na szczęście! – nie do uniknięcia. Gdyby nagle wszystkie stały się takie same – wtedy niechybnie nastąpiłby definitywny upadek całej sztuki.

Nota bene cała rzeczywistość istnieje dzięki wzajemnej relacji różniących się elementów. Całkowita zgodność, zerowa entropia, to byłby tylko punkt bez czasu i przestrzeni, czyli absolutna nicość. A coś takiego jest po prostu niemożliwe – czego dowodem jest choćby to, że ja piszę te słowa a Ty je czytasz, czyli – jednym słowem – że istniejemy. Nie wierzę bowiem, że z niczego mogłoby powstać coś, jak również, że coś może się zupełnie unicestwić.

Gusta są różne, dlatego Ty W. lubisz Renoira, ja wolę Degasa, Ty powiesiłbyś na ścianie Pollocka a ja raczej Constable’a a nawet Repina… etc.
Już Demokryt parę tysięcy lat temu zauważył, że to co my nazywamy kolorem, smakiem, ciepłem nie jest w zasadzie żadnego przedmiotu właściwością, tylko sposobem w jaki postrzegają go nasze zmysły, w przeciwieństwie np. do ciężaru czy gęstości, które są już rzeczywistymi tego przedmiotu własnościami. To tłumaczy, dlaczego to samo dzieło sztuki tak różnie postrzegamy: bo nasze zmysły się różnią! Jest to tak oczywiste, że aż szokujące – gdyż wygląda na to, że wszyscy w swoich sporach wartościujących sztukę o tym zapominają. A to jest przecież od wieków zapisane w ludzkiej mądrości: de gustibus non est disputandum! Moje zmysły nie są twoimi zmysłami! Czy trzeba bardziej oczywistego dowodu?
Smak macintosha jest dla kogoś lepszy niż jabłek jonagold. Nie można obiektywnie stwierdzić, które z tych jabłek są smakowo lepsze, gdyż w ocenie takiej zawsze uczestniczy subiektywny zmysł.

Jednak z drugiej strony (ach ten Tewie Mleczarz!), pisząc o sztuce (czy choćby tylko obcując z nią) nie sposób jest wartościowania uniknąć. To jest przecież oczywiste: jedne obrazy (piosenki, książki, filmy… ) uznajemy za lepsze od innych (nawet jeśli chodzi o utwory tych samych autorów).
Zgodzimy się chyba z tym, że Strawiński jest lepszy od Rubika, Maria Callas od Dody, Marlon Brando od Pazury, Rubens od malującego jelenie na rykowisku pana Mietka, Dąbrowska od Mniszkówny, Stephane Grappelli (jeśli chodzi o grę na skrzypcach) od Zbigniewa Wodeckiego… etc.

Są osoby, które – chcąc być lojalne wobec własnych liberalnych zapatrywań – starają się (publicznie) nie wartościować artystów, ale przecież trudno ukryć nieszczerość, jaka spod takiej postawy wyziera. Zwłaszcza, jeśli takie osoby uważają, że o gustach warto dyskutować.
Ale czy jest to możliwe bez wartościowania?

Również uważam, że dyskusja na temat naszych upodobań, gustów, smaków, preferencji może mieć sens, ale jedynie w tym przypadku, jeśli prowadzona jest w dobrej wierze (przede wszystkim: bez wywyższania się i wzajemnej pogardy!); jeśli ma służyć wzbogaceniu naszej wiedzy, rozszerzeniu horyzontów, umożliwiając nam spojrzenie na coś z innej perspektywy; and last but not the least: jeśli służy wzajemnemu porozumieniu, a nie budowaniu niepotrzebnych barier i kreowaniu sztucznych podziałów.
Bardzo ważne są jednak intencje i ton, w jakim ten dyskurs się odbywa.
*

Obrażone uczucia, urażone gusta… czyli starcie w paryskim salonie sztuki. (Obraz znajduje się w Musée d’Orsay, jednakże autor umknął mojej uwadze.) *

O tym jak koresponduje smak z wartościowaniem sztuki – i to na tle przemian historycznych i społecznych – mogłem się przekonać niedawno w paryskim Musée d’Orsay, które wydało mi się zresztą jednym z najbardziej fascynujących miejsc, jakie widziałem w swoim życiu. Nigdzie indziej tak namacalnie wręcz – i obrazowo! – nie spotkałem się z możliwością prześledzenia jednego z najbardziej burzliwych i rewolucyjnych okresów w historii – i to nie tylko sztuki.

Wyobraź sobie Paryż drugiej połowy XIX-go wieku i początku wieku XX-go, kiedy niemalże równolegle istniały (teraz uznajemy, że równoprawne pod względem artystycznym) takie kierunki w sztuce, jak realizm, symbolizm, romantyzm, impresjonizm, akademizm, naturalizm, post-impresjonizm, fowizm, nabizm, kubizm, orientalizm… a wszystkie powiązane z przemianami w świadomości nie tylko społecznej, ale i tej wśród pisarzy, filozofów, architektów, pedagogów – wszelkiej maści liderów tamtej epoki, (przy tym działo się to w czasach, które widziały choćby Wiosnę Ludów, wojnę francusko-pruską, paryską komunę i zaranie I wojny światowej).
W d’Orsay cały ten ferment można prześledzić na podstawie zgromadzonej tam arcy-ciekawej i niezwykle bogatej kolekcji dzieł sztuki, które w owym okresie powstały.

Pozwól, że wspomnę tylko o jednym moim wrażeniu.
Dotyczy ono dwóch słynnych – bardzo odmiennych w stylu, ale przy tym niewątpliwie arcydzielnych – obrazów: „Narodzin Wenus” Cabanela oraz „Olympii” Maneta.
Oba przedstawiają nagie kobiety, ale w jakże odmienny sposób.
Wenus Cabanela to uosobienie wyidealizowanego erotyzmu – kobiece ciało gładkie niczym pupa niemowlęcia i delikatne w kolorze jak najsmaczniejsza brzoskwinka (zignorujmy tu tymczasem owe fruwające nad nią nieszczęsne amorki).
Olympia Maneta to kobieta z krwi i kości, blada na ciele, ale dość przeciętna na twarzy, obdarzona niezłym biustem (choć zbyt dużą głową i nieco przykrótkimi nogami), próżna i znudzona – z czarną wstążeczką na szyi, niczym erotyczny towar czekający na swojego klienta.

Alexandre Cabanel „Narodziny Wenus” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Olympia” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

W przeciwieństwie do ludzi, którzy w 1863 roku toczyli boje o to, która (malarska) wersja kobiecości jest lepsza (Cabanela sławiono w elitarnych salonach i w Akademii, obdarzano tłustymi apanażami; Maneta zaś z Salonu wyrzucono – poszło oczywiście nie tylko o „Olympię”, ale zwłaszcza o „Śniadanie na trawie”), ja mam dzisiaj ten komfort, że mogę z wielką przyjemnością patrzeć na oba obrazy i na każdym cieszyć oczy czym innym (i wcale się nie przejmować tym, że na pierwszym z nich przeciąga się laska nieziemska, a z drugiego patrzy na mnie prostytutka.)
Wprawdzie nie mogę stwierdzić, jak Łysiak (który w przedmowie do „Malarstwa białego człowieka” napisał, że kiedy widzi przed sobą piękny obraz to mu „staje”), to jednak lubię zarówno szmaragdowo-różową „ładność” i roztkliwiającą seksowność Wenus wymuskanej przez Cabanela, jak i cielesny realizm metresy rzuconej dość bezczelnie na płótno przez Maneta.
Zola, który pisał o obu obrazach, nie mógł sobie na taką wspaniałomyślność pozwolić… i to nie tylko dlatego, że był przyjacielem Maneta. Bowiem wówczas walka na śmierć i życie zaczęła się toczyć nie tylko na polu artystycznym, ale i humanistycznym: chodziło o stosunek do człowieka, który uwzględniał nie tylko jego sublimację, ale i naturalizm – wszystko to powodowało społeczne reperkusje, doprowadziło wkrótce do Komuny Paryskiej, a Marksa skłoniło wcześniej do zajęcia się klasą robotniczą, denuncjacją wyzysku oraz analizą stosunków produkcji.

Tak więc „smak” Maneta, (podobnie jak członków Akademii, tudzież reprezentantów sztuki tradycyjnej, klasycyzującej) determinowany był nie tylko czystą estetyką czy też moralnością, ale i czymś w rodzaju… światopoglądowego partykularyzmu (związanego także z pozycją społeczną i statusem).
Podobnie zresztą z tym „smakiem” bywa do dzisiaj, ale ja przynajmniej staram się temu nie poddawać.
*

Tycjan, „Scena pastoralna” (Luwr, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Śniadanie na trawie” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Teraz chyba wiem dlaczego wychyliłeś się z tymi klasykami. Wydaje mi się, że utożsamiasz klasykę z pewnym skostnieniem, jakiemu uległ np. klasycyzm, gdzie coraz mniej było miejsca właśnie na ten element nieprzewidywalności, nieokreśloności, (który kojarzysz z chaosem).
Ja za klasyków uważam gości, którzy w jakimś kierunku sztuki osiągnęli największą biegłość – stali się najwybitniejszymi reprezentantami jakiegoś prądu. Tak więc są klasycy renesansu, baroku, romantyzmu… etc.
(Dałby Bóg, żebyśmy mogli sobie na ścianie powiesić obraz któregokolwiek z nich – nawet tych z rokoka – gdyż bylibyśmy wtedy milionerami. Ale to raczej nam nie grozi…)
*

CZĘŚĆ III: MAGIA, GENIUSZ, INDYWIDUALIZM A KOLEKTYWIZM W SZTUCE

*

Zmienność w sztuce.
Czy w sztuce pozostało coś z magii?
W jakim stopniu arcydzieło jest tworem geniusza, a na ile produktem swojego czasu?

Tworzyć – razem czy osobno?

*

Ależ W., ja nie napisałem, że sztuka to magia, tylko że sztuka wyrosła z magii – w czasach prehistorycznych. I że mam czasem wrażenie, że w prawdziwych dziełach sztuki coś z tej magii dotrwało do naszych czasów.
Również uważam, że dzieło sztuki wymyka się jakby tworzącemu go artyście (w jakimś sensie go przerasta), bowiem staje się czymś autonomicznym i uniwersalnym (być może tylko na tej podstawie możemy się zgodzić, że jest to prawdziwe dzieło sztuki; wszystko inne to wspomniany już subiektywizm.)

Piszesz, że rysunki anatomiczne Leonarda nie są odkrywcze… Nie zgadzam się z tym. Oczywiście, że były odkrywcze, ale… dla jego epoki, a nie dla studenta medycyny XX wieku, którym byłeś. Podobnie, nie patrzę z jakimś estetycznym uwielbieniem na jego sztychy inżynierskie – te skądinąd niezmiernie ciekawe, choć dość fantastyczne (czytaj: fantazyjne) rysunki techniczne. Ale już szkice do jego obrazów, zwłaszcza ludzkie postacie czy fizjonomie – to co innego.
Jednakże chyba jeszcze lepszym rysownikiem był Rafael. W jednym z mediolańskich muzeów widziałem jego szkice do fresków, które namalował później w Rzymie (muszę przyznać, że zrobiły na mnie większe wrażenie, niż gotowe malunki, czyli słynne stanze z Muzeum Watykańskiego – być może właśnie dlatego, że były jeszcze nie dokończone i zostawiały więcej miejsca dla wyobraźni, przez co bardziej były otwarte na interpretacje).
Gdybym miał u siebie jakiś rysuneczek Rafaela, to na pewno sprawiałby mi on radość nie tylko z tego powodu, że wart byłby ileś tam milionów dolarów, ale po prostu dlatego, że bardzo by mi się podobał.
Bałbym się jednak wieszać go na ścianie.
*

Pablo Picasso, „Plażowicze”, Musée Picasso, Paryż (zdjęcie własne)

Francis Picabia, „Sphinx”, Musée National d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

W., to Ty deklarujesz się jako zwolennik sztuki współczesnej (ja podchodzę do niej z większym krytycyzmem), chcesz wieszać u siebie jakieś abstrakcje, malujesz coś à la Kandynski, więc nie wymagaj ode mnie abym Ci wskazał coś, co w tej sztuce jest dziś – jak piszesz – „metafizyczne, magiczne i nieosiągalne” (czy zresztą zauważasz tę sprzeczność: coś, co dałoby się osiągnąć, przestałoby być nieosiągalne… oczekiwałbyś więc czegoś, co jest niemożliwe.)

Współczesna sztuka zbytnio mnie nie pasjonuje. (Co nie oznacza, że czasem coś nie zwróci mojej uwagi.  Muszę np. przyznać, że ostatnia wizyta w Muzeum Sztuki Współczesnej w paryskim Centrum Pompidou była dla mnie samego niespodzianką – niby wiedziałem czego się tam spodziewać, a jednak z zainteresowaniem spędziłem w tej galerii prawie pół dnia.)

Ogólnie rzecz biorąc, nie widzę jednak aby powstawały teraz jakieś oszałamiające, znakomite dzieła sztuki.
Może to sprawa braku odpowiedniego dystansu? Może niemożność spojrzenia z perspektywy innej epoki?
Nie wiem.
Natomiast w przeszłości człowiekowi zdarzyło się stworzyć tak wiele wspaniałych rzeczy, że starczy tego dla kontemplacji na całe nasze życie.
I na pewno nie jest to… chark Picassa.
(Przypis: ten – za przeproszeniem – „chark” to należy jednak wyjaśnić. W. wspomniał w swoim liście o Picassie, który zniecierpliwiony bezkrytycznym i merkantylnym traktowaniem jego twórczości, dość sarkastycznie stwierdził, że wystarczyłoby, gdyby napluł na płótno i oprawił to w ramki, a i tak znalazłby się klient, który gotów byłby zapłacić za owo „dzieło” kilkadziesiąt tysięcy dolarów.)
*

Misterne wnętrze gotyckiego arcydzieła: Sainte-Chapelle, Paryż (zdjęcie własne)

Fragment fasady katedry Notre Dame w Paryżu (zdjęcie własne)

Pytasz się o kolektywizm w sztuce.
Wydaje mi się, że my trochę jesteśmy zaślepieni jednak tym indywidualizmem. Skupiamy uwagę na poszczególnych indywiduach bo tak łatwiej jest nam pojąć pierwiastek ludzki w rozwoju sztuki.
Analogicznie zresztą postępujemy z całą naszą historią.
Posłużę się przykładami skrajnymi: Ghandi i Hitler.
To nieprawda, że byli oni jakimiś gigantami ludzkiego geniuszu, którzy samodzielnie wzięli za pysk Historię. Po prostu trafili ze swoimi obsesjami (czy też determinacją) w czas, w którym mogło to zmobilizować tysiące, a nawet miliony ludzi (te ich idee były niejako w ludzkich masach potencjalnie gotowe, czekając tylko na inicjację, uświadomienie, zwerbalizowanie, organizację i wprawienie w ruch.)
Podobnie mówimy: Sokrates, Platon, Arystoteles… ależ to byli kolosalni myśliciele! Ale kiedy się tak im bliżej przyjrzeć, to można dojść do wniosku, że byli to wybitni, znakomici (oczywiście nie pozbawieni pewnego geniuszu) kompilatorzy, którzy wykorzystali do kreślenia swoich poglądów myśli setek innych, poprzedzających ich, ludzi.
Nie było jednego Homera – tylko wielu wierszokletów.
Tak samo jest ze sztuką: pewni artyści w sposób genialny wyrazili dążenia swojej epoki, wykorzystując sztafaż, który już istniał wcześniej dzięki innym twórcom, bardziej lub mniej anonimowym.
Nic nie rodzi się w próżni.
Oczywiście to wszystko nie przeszkadza nam czcić artystyczną wielkość takiego Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Szekspira, Bacha, Mozarta… i innych, bo to byli ludzie obdarzeni niewątpliwie olbrzymim talentem, który można nawet nazwać boskim (gdyż wydaje się pochodzić z głębin przez nas niepojętych i do końca nieuświadomionych).
Prawdą bowiem jest, że to właśnie w mózgu konkretnego człowieka przeskakuje niekiedy ta boża iskra, która może następnie zmienić cały świat. Wtedy rzeczywiście taki człowiek zasługuje na miano geniusza.
I wart jest ludzkiej chwały (lub nienawiści).

Nie bez znaczenia jest również w tym naszym kulcie indywidualizmu jakaś atawistyczna potrzeba herosa – musimy mieć jakiś wzorzec, który ucieleśnia nasze najgłębsze dążenia, osiągnięcia, zachowania, aspiracje… który porządkuje nasz ludzki świat – składamy to na barki konkretnych ludzi.
Wszyscy ci nasi bohaterowie (włączając w to herosów sztuki) są częścią naszej mitologii, pozwalającej nam oswoić otaczający nas świat, znaleźć w nim swoje miejsce, nadać mu pewien sens i kierunek…
W tworzeniu kultury bierze udział wielu ludzi. Kiedy więc patrzymy na jakąś piękną katedrę, to przecież musimy sobie zdawać sprawę, że nie zbudował jej jeden tylko genialny człowiek (choć często przypisuje się to tylko jej architektowi). Ta budowla powstała dzięki wspólnemu wysiłkowi kolektywu – dzięki wielu artystom, z których niejeden nie pozbawiony był geniuszu. Wydaje mi się to oczywiste.
Myślę więc, że kolektywizm w sztuce jest równie ważny jak indywidualizm, tylko my skłonni jesteśmy skupiać uwagę na konkretnym człowieku. (Powody? – patrz to co napisałem powyżej i jeszcze parę innych, o których nie chcę się już jednak rozpisywać.)
Tym co determinuje ilość ludzi biorących udział w powstawaniu dzieła sztuki, jest jego specyfika. Wiadomo, że najlepiej jest malować (czy rzeźbić) samemu, choć przecież znane są przypadki grupowego rzeźbienia (np. Crazy Horse w Dakocie Południowej.), czy malowania (freski, panoramy; wielkie „płótna mistrzów” malowało niekiedy w warsztatach wielu ich uczniów i pomocników…).
Ale już teatr, opera, balet, film… nie sposób jest tego robić bez teamu.
* * *

André Derain, „Arlequin et Pierrot”, L’Orangerie, Paryż (zdjęcie własne)

*

MEFISTO I RIEFENSTAHL – ŻYWOTY RÓWNOLEGŁE?

Artyści na usługach zbrodniczego systemu. Czy można sztukę odseparować od polityki? (Kadr z filmu Istvána Szabó „Mefisto” – adaptacji powieści Klausa Manna pod tym samym tytułem.)

*  * *
Każdy człowiek ma swojego Mefista.
Wewnętrzny głos, który podszeptuje mu wybór Zła – najczęściej pod przybraniem Dobra. Choć niekoniecznie… bywa i tak, że ktoś, mając nawet świadomość tego, że zaprzedaje się Złu, wybiera to w zamian za korzyści, jakie dzięki temu mogą spłynąć na niego tu i teraz, czyli na scenie życia naszego powszedniego, w sztuce, do której główne wątki snuje zazwyczaj ktoś inny, a tło stanowią dekoracje epoki. Dzięki temu nawet statysta może czasem zagrać jedną z głównych ról. Ale nie może się wtedy łudzić, że zwolniony zostanie z cenzury, jaką jemu i całej tej tragi-farsie w jakiej bierze udział, wystawi zmieniający się czas i ludzie.
Dobro, Zło… i to pisane z dużej litery! Każdy szanujący się postmodernista może w tym momencie ziewnąć. I trudno się temu dziwić – tak zdewaluowały się wszystkie te nasze moralizatorskie ględzenia, które zwykle psu na buty się zdają, kiedy przychodzi do konfrontacji morałów-ideałów z konkretem sytuacji i okoliczności, czyli, mówiąc po prostu – z życiem.
Porzucając więc ową patetyczną retorykę i teatr, zajmijmy się dwoma przypadkami, które mimo pretensji do związku z  motywem faustowskim, ujawniają dość prozaiczną (by nie napisać pospolitą) ludzką skłonność do konformizmu i powiązanego z nim oportunizmu. Tyle że przybraną tu dla niepoznaki w artystowskie szatki, łudzącą się nobilitacją, jaką rzekomo daje przynależność do świata kultury i sztuki.

Mefisto i Leni – na ile podobni, na ile różni?

Dwa przypadki – dwoje ludzi. Dwie postaci, z których jedna jest fikcyjna, druga zaś jak najbardziej prawdziwa (choć ta fikcyjna zdaje się czasem być bardziej prawdziwą, a ta prawdziwa – fikcyjną). Chodzi o bohatera filmu Istvána Szabó „Mefisto” oraz o jedną z najsłynniejszych reżyserek kina XX wieku – Leni Riefenstahl. Oboje uznani zostali za tych, co zaprzedali duszę Diabłu (jakim niewątpliwie był niemiecki faszyzm), by zrobić karierę, mamiąc się przy tym, że nie jest to służba Lucyferowi, a Sztuce.
*  *  *
Bomba wybuchła kilka lat temu, kiedy okazało się, że Szabó, jeden z najbardziej uznanych reżyserów europejskich ostatnich lat, był w latach 50-tych agentem służb specjalnych węgierskiego komunistycznego reżimu Kadara (zachowało się blisko pól setki pisanych przez niego „raportów”, w których donosił on na swoich kolegów). W tym momencie wielu z admiratorów reżysera wróciło pamięcią do jego najsłynniejszego filmu „Mefisto”, adaptacji głośnej swego czasu powieści Klausa Manna, opartej na życiorysie autentycznej postaci, jaką był Gustav Gründgens, najbardziej prominentny aktor (i zarazem dyrektor Teatru Państwowego) nie tylko III Rzeszy, ale i powojennych Niemiec. (Nota bene, jego kreację Mefista z 1955 r. uważa się za najwybitniejszą w dziejach teatru.) Sława Gründgensa polegała również na tym, że był on dla wielu – głównie dzięki książce Manna – synonimem człowieka, który by dopiąć swych ambicji, poświęca własne sumienie, oddając się służbie zbrodniczego w swej istocie systemu.
W takim oto świetle obraz Istvána Szabó nabrał nowych odcieni i jeszcze głębszych tonów – okazało się, że rozterki Mefista mogły nie być obce także samemu jego twórcy.
Mimo, że film Szabó pamiętałem dość dobrze (dwadzieścia kilka lat temu zrobił on na mnie, jako na młodym jeszcze wówczas człowieku, ogromne wrażenie), parę dni temu obejrzałem go ponownie. Bodźcem do tego okazała się dla mnie dyskusja, jaka wywiązała się pod moim ostatnim wpisem „Winni czy niewinni”, gdzie rozważana była kwestia odpowiedzialności twórcy za swoje dzieło (w kontekście kolaboracji takich nietuzinkowych artystów, jak np. Ernst Jünger, Ezra Pound, Ferdinand Céline i Leni Riefenstahl z faszystami). Sporo miejsca poświęciliśmy tam zwłaszcza tej ostatniej.

Gustav Gründgens w jednej ze swoich szekspirowskich ról

Uderzyły mnie wówczas pewne analogie i porównania, a wszystko to spowodowało, że zacząłem zastanawiać się nad równoległością żywotów Leni i Mefista (a właściwie Hendrika Hoefgena, głównego bohatera filmu Szabó, wzorowanego na postaci Gründgensa) – nad tym, co ich łączyło, a co dzieliło, do czego dążyli, jak się samooszukiwali, na ile byli świadomi istoty i prawdziwego charakteru sił jakim zaczęli się wysługiwać. Dla mnie był to jeszcze jeden asumpt do nieustającego zainteresowania źródłami cywilizacyjnej katastrofy, jaką okazały się systemy totalitarne Europy XX wieku i spowodowane przezeń masowe ludobójstwa.
Aby więc tej komparatystyce Leni i Mefista podołać, przyjrzałem się także bliżej samej Riefenstahl, która zawsze mnie intrygowała, ale informacje o niej docierały do mnie zwykle „z drugiej ręki”, przefiltrowane już zazwyczaj przez sympatie (lub antypatie) tych, którzy o tej nader kontrowersyjnej postaci się wypowiadali.
Zależało mi zwłaszcza na spojrzeniu „świeżym” i „nieuprzedzonym” okiem na jej najsłynniejsze dzieło, jakim był „Triumf woli”, które dotychczas znałem jedynie z fragmentów i opinii niektórych krytyków kina. Tak oto doszło do tego, że zapoznałem się nie tylko z kompletnym „Triumfem woli”, ale i z pozostałymi filmami dokumentalnymi Leni, (których nota bene zbyt wiele nie ma, raptem… 4 lub 5), jak również z ponad 3-godzinnym filmem dokumentalnym poświęcony reżyserce („The Wonderful, Horrible Life of Leni Riefenstahl”). Przejrzałem także inne materiały na jej temat, m.in. głośny esej Susan Sontag pt. „The Fascinating Fascism” opublikowany przed wieloma już laty w „The New York Review of Books”.
I cóż się okazało? Otóż choćby to, że moje dotychczasowe wyobrażenia na ten temat muszę poddać dość ostrej rewizji: bowiem obraz Leni Riefenstahl, jaki się z tego wszystkiego wyłonił, dość mocno z nimi kolidował.
*   *   *
Jaka cecha łącząca obie te postaci uderzyła mnie najbardziej?
Bez wątpienia niepohamowana ambicja, która u obojga z nich nabrała znamion obsesji, dzięki której zaczęli oni tracić kontakt z rzeczywistością. Oboje bowiem poddali się iluzji – z jednej strony okłamując samych siebie, że tak naprawdę służą sztuce i pięknu; z drugiej zaś – że to co dzieje się wokół za sprawą ich panów i sponsorów, tak naprawdę nie dotyczy ich samych.
Co zaś różniło?
Nazwałbym to… strukturą charakteru: Leni sprawiała wrażenie monolitu, Hendrik pełen był rys i pęknięć (w pierwszej chwili pomyślałem, że w porównaniu z Leni był po prostu człowiekiem słabym, ale to nieprawda: oboje byli ludźmi o silnej osobowości, być może właśnie za sprawą obsesji, której ulegli).
Co jednak najmocniej mnie uderzyło?
To, że – wbrew moim dotychczasowym skłonnościom – Hendrik wydał mi się postacią bardziej ludzką, powiedziałbym nawet – choć pewnie zabrzmi to dwuznacznie – sympatyczną, w przeciwieństwie do Leni, która jednak wszelką moją sympatię utraciła. Zdałem sobie sprawę, że właściwie podziw, jaki dla niej do tej pory miałem, był odbiciem podziwu, jaki dość bezmyślnie powielany jest w setkach publikacji na jej temat.

Leni Riefenstahl – dla Hitlera była ideałem aryjskiej kobiety

*
Trochę mi jest za to wstyd, bo nagle dotarło do mnie, że to, co było źródłem tego podziwu, ma zdecydowanie atawistyczny charakter: Leni to uosobienie heroicznej superwoman, pięknej, silnej, zdrowej, mitycznej samicy – archetypu, do którego podświadomie lgnie… nie tylko wielu mężczyzn, ale i kobiet. (Teraz widzę, że dokładnie to samo było źródłem atrakcji, jaką do Leni odczuwał Hitler, która była w jego oczach uosobieniem aryjskiego ideału kobiety.)
Jednak co w tym wszystkim okazało się być najważniejsze?
Otóż uświadomiłem sobie z całą oczywistością to, że nazwanie Leni Riefenstahl „największą dokumentalistkę w dziejach kina” jest nie tyle kolosalnym nieporozumieniem, co skandalem. Jeśli już uznać „Triumf woli” za arcydzieło (a powtarzają to wszyscy jak papugi), to jest to arcydzieło pustoty i nikczemności (innymi słowy: trudno w historii kina znaleźć dzieło równie bezrefleksyjne i haniebne).
*  *  *
Pamiętajmy, że Mefisto w przypowieści o doktorze Fauście był nie tyle samym diabłem wcielonym, co posłannikiem Piekieł, a konkretnie, jego szefa – Lucyfera. To Faust zaprzedawał duszę diabłu w zamian za władzę, wiedzę i przyjemności życia.
Biorąc to pod uwagę, Faustem bardziej była Leni, a nie Hendrik. Z tym, że zdobyła ona dzięki paktowi z Lucyferem (Hitlerem) władzę i przyjemności (środki zabezpieczające jej egzystencję i oddanie swojej sztuce) – ale raczej nie wiedzę, a tym bardziej mądrość. Hendrik na zawsze pozostał „pośrodku” – rozdarty między udręką a ekstazą, między poczuciem mocy a zupełną bezsiłą, spełniony i niespełniony zarazem. Dzięki temu jest postacią bardziej złożoną, głębszą i pełniejszą, niż Leni; bardziej też tragiczną, choć – w rzeczywistości – to tej ostatniej podwinęła się noga, a  nie Hendrikowi -Gründgensowi.
Hendrik Hoefgen zostaje Mefistem jakby na ironię – rozdarty, niepewny i rozedrgany; Leni jest silna i skupiona, ale nazbyt zamknięta w swojej obsesji, by stać się świadomą wysłanniczką (posłanką, rzeczniczką) hitlerowskiego piekła.

Gigantomania i patos – dwie zasadnicze cechy faszystowskiej estetyki (Leni pod germańskim orłem)

Kto był większym artystą?
Należy przyznać, że oboje sprawiali wrażenie, iż całym swoim jestestwem oddają się sztuce, ale dla mnie większym artystą był Hendrik. Riefenstahl była wielka swoją pasją, wytrwałością, pracowitością i silną wolą, tyle że ostateczny, artystyczny efekt jej pracy został pochłonięty przez potwora ideologii, legł w cieniu propagandy i partii, której tak spektakularnie uległa. Riefenstahl została porwana przez ducha (a raczej upiora) czasu, natomiast prawdziwy geniusz temu nie ulega – on raczej tego ducha czasu kreuje. Bardziej już niezależny pod tym względem był Hendrik – jego szekspirowskie aspiracje i osiągnięcia miały bardziej uniwersalny charakter, nie poddając się bankructwu i doraźności swojej epoki.
*  *  *
Niestety (a może jednak „stety”?) nie byłem świadkiem osiągnięć, sztuki i artyzmu Gustava Gründgensa. W filmie Szabó mogę podziwiać kunszt i fantastyczną kreację Klausa Marii Brandauera – a za jego pośrednictwem mistrzostwo ekranowego Mefista, ale koniec końców wszystko to jest gra i fikcja – nie wiadomo w jakim stopniu odzwierciedlająca talent pierwowzoru, którym był Gründgens. Natomiast efekt Pracy Leni Riefenstahl widoczny jest wszem i wobec, rzec można – czarno na białym.
Zasiadłem więc przed ekranem monitora, otworzyłem plik z „Triumfem woli”, kliknąłem „Play” i co zobaczyłem?
Coś niesłychanie interesującego, tyle że… interesującego inaczej.

„Triumf woli” to bardziej kreacja hitlerowskiego mitu niż dokument

*
Przede wszystkim to, że „Triumf woli” wcale – w swojej najgłębszej istocie – dokumentem nie jest. Jest on natomiast potężną i niesłychanie efektywną kreacją fikcji, której dominującą siłą napędową jest mit Mesjasza i Wybawcy, jakim już wówczas jawił się Leni Riefenstahl Hitler.
W tym świetle twierdzenie, że Riefenstahl tylko „dokumentowała” pewien historyczny moment, jest totalnym nieporozumieniem. Ona była jedną z najbardziej efektywnych kreatorek tego momentu (w tym konkretnym przypadku – do spółki z architektem III Rzeszy, Speerem, któremu cały ten bombastyczny teatr zjazdu nazistów w Norymberce pomogła zainscenizować i wyreżyserować).
„Triumf woli” jest dokumentem o tyle, że rejestruje (w sensie fizycznym) fakty, które w rzeczywistości miały miejsce. Np. przemówienia nazistowskich prominentów, militaryzm (i para-militaryzm) ruchu narodowych socjalistów, konkretnych ludzi i konkretne sceny historii… – i właśnie w tym sensie film jest czymś niesłychanie interesującym.
A co z samą estetyką obrazu? (Tutaj należy zwrócić uwagę, że właśnie za ów – domniemany lub prawdziwy – „artyzm” obwołano Riefenstahl geniuszem kina.)
Nie wątpię, że obrazy „wygenerowane” przez Riefenstahl mogą – nawet i dzisiaj – robić kolosalne wrażenie. Ich hipnotyczny wręcz potencjał jest niezaprzeczalny. Także od strony technicznej (i innowacyjnej) film jest niewątpliwym majstersztykiem. Wszystkie te elementy decydują o tym, że Riefenstahl uznano za „wielką” artystkę.
Tylko czy dzieło sztuki można rozważać w jego oderwaniu od treści? Czy można się zachwycać formą ignorując jej (myślową, aksjologiczną, ideową, intencjonalną) zawartość? Czy ten zachwyt nad czystą estetyką nie powoduje tego, że dzieło sztuki staje się czymś… nieludzkim? Czyli: czy można tak – bezkarnie i bez konsekwencji – zastąpić etykę estetyką?
Ale… nawet jeśli spojrzymy na ten film od strony czysto estetycznej (tzn. weźmiemy pod uwagę jego „artyzm”), to przecież nie może to zwolnić go od ewentualnych zarzutów.
A moje są następujące: obsesyjna repetycja (powielanie) tych samych elementów, dłużące się ujęcia, sztuczność, teatralność, manipulacja, czy wreszcie… nieznośny patos tego wszystkiego, gigantomania na niespotykaną dotychczas skalę, poddanie się topornej (przecież), megalomańskiej i przesiąkniętej ideologią estetyce, która stała się znakiem firmowym faszystowskiej sztuki.
Czy zachwycając się „Triumfem woli” nie zachwycamy się aby przypadkiem tym samym, czym zachwycili się naziści?
*  *  *

Fascynacja Führerem zaczęła się dla Riefenstahl od zachwytu nad „Mein Kampf”

To, że Leni Riefenstahl jest osobą z krwi i kości, która uwikłała się w fascynację dla sił, jakie w końcu położyły trupem dziesiątki milionów ludzi i obróciły w perzynę pół Europy, przysłania nieco drugiego „bohatera” naszych rozważań – Mefista-Gründgensa. Zostawmy go więc w tym cieniu i zwróćmy jeszcze uwagę na jedną, nieuniknioną przy tym temacie kwestię „winy” tej artystki.
Ona sama, konsekwentnie, do końca swojego długiego (bo ponad 100-letniego) życia, wypierała się zdecydowanie jakiejkolwiek winy („Za co mnie można winić?” „Co ja takiego zrobiłam?” „Ja się oddałam tylko sztuce”. „Przecież należy oddzielać politykę od sztuki!”… takie i podobne stwierdzenia po stokroć wychodziły z jej ust.
Kiedy teraz oglądałem materiały związane z Leni Riefenstahl, przytłoczyły mnie jej kłamstwa. Kłamała, kłamała, ciągle kłamała… i to w najbardziej istotnych kwestiach. Zacierała ślady, wypierała się, grała komedię zupełnej ignorantki… mało tego – sama zrobiła z siebie ofiarę przeszłości.
Kłamała, że nigdy nie zrobiła filmu gloryfikującego Wehrmacht (dopóki nie odnaleziono go 30 lat po wojnie). Kłamała, że Goebbels jej nienawidził i że bez przerwy rzucał jej kłody pod nogi. Kłamała, że nic nie wiedziała o obozach koncentracyjnych. Kłamała, że dystansowała się do faszystowskiej ideologii i że nic nie miała z nią nic wspólnego (a to właśnie jej zachwyt nad „Mein Kampf” Hitlera spowodował, że napisała do niego list i zaoferowała mu swoje usługi). Kłamała, że nie „używała” do realizacji jednego ze swoich filmów Cyganów, „wypożyczonych” z obozu, gdzie czekali na transport do Auschwitz. Tę litanię kłamstw można ciągnąć dalej, tak jak i dowody, które te jej kłamstwa demaskują, tyle że nie chcę, aby ten tekst upodobnił się do jakiegoś (sądowego) aktu oskarżenia.
Gwoli ścisłości, należy tu, tak á propos dodać, że sąd jaki odbył się po wojnie nad Riefenstahl „oczyścił” ją z zarzutów „aktywnego” wspierania nazistów, uznając ją zaledwie za „sympatyzującą” z reżimem. (Jednakże jeszcze wtedy nie wiedziano o wielu faktach, które dopiero ujrzały światło dzienne wiele lat później, kiedy to otwarto radzieckie archiwa.)

Wrzesień 1939 r. Umundurowana i uzbrojona Leni wyrusza na front by za pomocą kamery dokumentować początki aryjskiego podboju świata

Teraz, kiedy wiem o Leni Riefenstahl nieporównanie więcej, niż dotychczas, zdumiewa mnie, ale także – nie będę tego krył – do pewnego stopnia oburza i niepokoi jej renesans jako „wielkiej artystki kina”, „najlepszej dokumentalistki wszechczasów” – co jest efektem nie tylko procesu wybielania tej kobiety i „przebaczania”, ale i zwykłej bezmyślności, tudzież zbiorowej amnezji.
Leni Riefenstahl chciała najwidoczniej, byśmy uwierzyli w jej ignorancję i polityczną „ślepotę”. Jednym słowem – robiła z siebie (przepraszam za ten kolokwializm) idiotkę. Wszak wszystko wskazuje na to, że idiotką jednak nie była. Była natomiast wyrachowaną, pochłoniętą przez ambicję i „artystyczną” obsesję, nieprzeciętnie utalentowaną indywidualistką, pełną wigoru i życiowej energii piękną (jeśli chodzi o aparycję) kobietą, która zatraciła zwykły, ludzki zmysł humanistycznej przyzwoitości. Bez wątpienia uległa zafascynowaniu totalitarną ideologią, której pozostawała tak naprawdę wierna aż do momentu, kiedy klęska Hitlera stała się nieunikniona, czyli właściwie do samego końca wojny.
Nie przekonują mnie zupełnie argumenty, że wówczas, kiedy kręciła swoje słynne dokumenty w hitlerowskich Niemczech, nie wiedziano jeszcze o tym, co przyniosą rządy nazistów. Doprawdy!?
„Triumf woli” Riefenstahl realizowała dosłownie w kilka miesięcy po „Nocy długich noży”, kiedy to Hitler i jego partyjni poplecznicy zamordowali kilkaset swoich – domniemanych i rzeczywistych – „przeciwników” (na czele z głównym rywalem Hitlera, Röhmem). Tylko głuchy, ślepy i pozbawiony przytomności człowiek mógł tego nie wiedzieć. Riefenstahl wiedziała o tym doskonale, co nie przeszkodziło jej wcale z mordercy i kryminalisty (jakim de facto był już wówczas Hitler), zrobić heroicznego pół-boga, Wyzwoliciela i Zbawcę najlepszego (i najczystszego rasowo) narodu na świecie.
*  *  *


*