KANION ANTYLOPY

piękno wyrzeźbione przez piasek i wodę na pustyni

.

Kształty i kolory – jak spod ręki artysty (Kanion Antylopy)

Kształty i kolory – jak spod ręki artysty (Kanion Antylopy)

.

Jakże zestroić się z tym dziwem Natury, który można by nazwać cudem, gdyby nie nasza bałwochwalcza skłonność przypisywania cudu jedynie metafizycznej sferze zawłaszczonej przez religie? Sferze, której doświadczyć można jedynie w objawieniu i tylko wtedy, kiedy jest się wybranym lub oddanym bóstwu – a przy tym kimś dążącym do iluminacji? A może to tylko ciekawostka, przyrodnicza anomalia – ot, siły naturalne stworzyły na ślepo coś, co jest pewnym zaburzeniem spetryfikowanej kosmicznej monotonii Wszechświata, jaką jest skała, góra, pustynia, rozpadlina w ziemi…? Coś, co także rozwiewa naszą egzystencjalną nudę wynikającą z powtarzania tych samych, podtrzymujących nasze życie czynności w środowisku nam znanym i przewidywalnym – w dużej mierze stworzonym i przekształconym przez nas samych tak, by zaspakajało nasze potrzeby i byśmy się mogli w nim zadomowić?

Otóż zestroić można się dość łatwo – wystarczy tylko otworzyć się na barwy i kształty. Zachwyt przyjdzie sam, a jeśli nie zachwyt, to zadziwienie kreatywnością sił jakim poddana jest materia urabiana przez rzekę czasu w sposób poruszający naszą sensoryczną wrażliwość, dzięki której patrzymy i nazywamy coś pięknem. Pięknem, które przynosi nam radość i świadomość tego, że warto tego piękna szukać – i dostrzegać je wokół nas – bo w pewien tajemniczy sposób afirmuje ono i dostarcza sensu naszemu uczestnictwu w tym kosmicznym eksperymencie zwanym życiem. Materia, jaką ponoć jesteśmy, (z tym że ożywioną, bo uduchowioną) zderza się z materią martwą, (inercyjną, bo pozbawioną ducha) choć przecież zmieniającą swoją postać i formę. Rezultatem jest konfirmacja istnienia, które jest tego wszystkiego świadome, a przede wszystkim… czujące.

Nie wiem, czy piękno jest sprawą boską czy tylko ludzką. Ale wiem, że człowiek jest zdolny piękno odczuwać. Być może zdolność człowieka do doświadczenia piękna, to piękno dopiero stwarza? Czy też, dopiero wtedy – dzięki tej naszej zdolności – coś, co niewątpliwie istnieje niezależnie od nas, nabiera estetycznego – a nawet etycznego – sensu, dzięki czemu powstaje nowa we Wszechświecie jakość, której sprawcami jesteśmy my sami? Czyżby więc ludzie jak bogowie? Czy może tylko zagubione – szukające sensu i celu – wszechświatowe sieroty?

Ale poezja ziemi… Czy istnieje poezja skały, kamienia, piasku i żwiru? Czy to tylko nasze nerwy i chmura elektrycznych wyładowań w ludzkim mózgu? Ale czy tak naprawdę może to mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro czegoś, co nazwaliśmy poezją, doświadczamy? A nawet próbujemy się tym podzielić z innymi?

* * *

Kruk

Kruk

.

Kanion Antylopy leży na terytorium rezerwatu Indian Nawaho w Arizonie. Byłem w tym niezwykłym miejscu wielokrotnie, choć nie zawsze okoliczności i warunki pozwalały mi na dłuższe z nim obcowanie. Pewnego razu jednak (było to bodajże w 2007 roku), zaopatrzony w sprzęt fotograficzny, dysponując niemal całym dniem na zwiedzanie okolic miasteczka Page, nieopodal którego znajduje się kanion, zjawiłem się rankiem u zarządzających tym miejscem Nawahów, wykupiłem od nich specjalne pozwolenie „fotograficzne” i zagłębiłem się na parę godzin w tę pomarańczową skalną rozpadlinę (a właściwie w dwie rozpadliny: wpierw był to Kanion Antylopy Górny, a następnie Kanion Antylopy Dolny, oddalony od tego pierwszego o dobrych kilka kilometrów). Nie niepokojony prawie przez nikogo, nie licząc sporadycznych grupek, które szły posłusznie za lokalnym indiańskim  przewodnikiem, przypatrywałem się jego niebywałym kształtom. Rezultatem tej wizyty był plik fotografii, z których jestem średnio zadowolony (popełniałem pewien błąd w ustawieniu aparatu, dzięki czemu spora część tych zdjęć się popsuła), niemniej jednak mały ich wybór postanowiłem tutaj zaprezentować.

Jak powstał Kanion Antylopy? Otóż przed milionami lat była w tym miejscu piaszczysta pustynia, której wydmy z czasem uległy zeskaleniu i dzisiaj zwane są przez geologów piaskowcem Nawaho. To właśnie w tej skale przed tysiącami lat woda zaczęła rzeźbić szczelinę, która z czasem stawała się coraz większa i głębsza, głównie wskutek tzw. powodzi błyskawicznych, jakie nawiedzają ten rejon w porze deszczy monsunowych. Gwałtowne strumienie wody niosą ze sobą żwir, kamienie i piasek, które wymywają podatny na plastyczne zmiany piaskowiec, rzeźbiąc w nim charakterystyczne, opływowe „fale”, zakola i jaskinie. Materiał skalny jest wypłukiwany i znoszony do rzeki Kolorado, tej samej, która nieco dalej rzeźbi najbardziej znaną skalną dziurę świata, jaką jest Grand Canyon. Kanion Antylopy leży na pustyni, więc niemal zawsze jest suchy, niewiele jest w jego najbliższej okolicy deszczów, jednak co jakiś czas wypełnia go z niezwykłą szybkością szalejąca woda, pochodząca z opadów burzowych, które mogą występować w odległości wielu kilometrów od Kanionu. Dlatego powodzie błyskawiczne są niespodziewane i niebezpieczne. Nie tak dawno, bo w 1997 roku, w jednej z takich powodzi śmieć poniosło 11 osób, wśród których większość stanowili turyści z Europy (7 Francuzów, Szwed, Anglik i dwóch Amerykanów) – uratował się jedynie przewodnik tej grupy, który do dzisiaj z poczuciem winy szuka dwóch ciał nieodnalezionych wówczas ciał.

Kanion Antylopy jest kanionem szczelinowym, więc jego rozmiary nie są duże (średnia szerokość to ok. 4 metry, głębokość – do 30 m). Jak już wspomniałem, pod względem spektakularności wyróżniają się dwie jego sekcje, z których każda ma swój odmienny charakter. Aby docenić całe to zjawisko koniecznie należy zwiedzić obie te części, jednak najliczniej odwiedzany jest Kanion Antylopy Górny, zwany przez Nawahów Tsé bighánílíní (czyli „miejsce gdzie woda biegnie przez skały”), jednak Kanion Antylopy Dolny (temu Indianie nadali nazwę Hazdistazí co znaczy „kamienne spiralne łuki”) wcale nie ustępuje mu pięknem i niezwykłością kształtów (dzięki podobieństwu do litery V i pokrętnej aparycji, szczeliną dolną nazywają też niektórzy The Corcscrew, czyli „Korkociągiem”).

Mimo swej niezwykłej fotogeniczności Kanion Antylopy fotografować jest trudno, głównie ze względu na skąpość docierającego wgłąb niego światła. Najlepiej pod tym względem jest w miesiącach letnich, zwłaszcza w godzinach porannych, choć charakterystyczne smugi pojawiają się dopiero kilka godzin po wschodzie słońca. Jesienią i zimą jest w kanionie dość ciemnawo, więc bez statywu nie ma się tam co wybierać, jeśli chce się zrobić w miarę czytelne, nierozmyte fotki. Zresztą statyw wydaje się być niezbędny również o każdej innej porze dnia i roku, bo bez dłuższego czasu naświetlania nie można utrwalić falistych ściennych wyżłobień i ostrych krawędzi skał. Trzeba się też mocno nagimnastykować, by uniknąć tzw. przepaleń, czyli jaskrawych plam bez koloru, które na zdjęciu wyglądają jak białe, wypalone w pomarańczowej skale, dziury. Często kilka minut robi różnicę ze względu na szybko przesuwające się promienie słońca. Najlepiej jest jednak słońca w głębi kanionu nie łapać i skupić się na jego fantastycznych kształtach oraz szerokiej gamie nasycenia barwy i jej odcieni – przy świetle rozproszonym i odbitym. Zawrotu głowy można dostać od całej tej różnorodności form i kształtów napierających na nas z każdej strony – a lekkie przesunięcie perspektywy – miejsca, z którego fotografujemy – potrafi zmienić cały obrazek nie do poznania, dostarczając nam przy okazji wielkiej frajdy w rejestracji tego, zmieniającego się jak w kalejdoskopie, spektaklu. Oj, nie chce się człowiekowi wychodzić z tej pięknej dziury.

PS. Tego lata dostałem od jednego z moich przyjaciół obieżyświatów przykrą wiadomość: Kanion Antylopy jest obecnie zadeptywany przez hordy turystów. Oczywiście nie zmienia to jego struktury – te tłumy go nie niszczą, ale zdecydowanie obniżają jakość doświadczenia jakim jest zetknięcie się z kanionem, które jednak wymaga wyhamowania zapędów, pewnego skupienia się, może nawet rewerencji – bowiem tylko wtedy możemy docenić wyjątkowość i estetyczną wielkość tego miejsca. A tak, ludzie są popędzani – byle tylko przepuścić przez kanion jak największą ich ilość, bo to przekłada się na intratność biznesowego przedsięwzięcia, jakim dla władz rezerwatu jest obsługa coraz większej rzeszy turystów opanowujących coraz to nowe zakątki naszej planety, która przez tę masową turystykę robi się coraz mniejsza, ciaśniejsza – pospolita i banalna.Szkopuł w tym, że pęd turystyczny staje się aktywnością coraz bardziej masową – ze szkodą dla tych podróżnych bardziej uważnych.

* * *

UWAGA: kliknij na zdjęcie by zobaczyć go w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

WIELKI KANION

(Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

.

Wielki Kanion w promieniach zachodzącego słońca (zdjęcie własne)

*
Jeden z siedmiu naturalnych cudów świata owiany legendą wyjątkowości, wspaniałości i monumentalizmu. Jedno z tych miejsc, które każdy z nas przynajmniej raz w swoim życiu chciałby zobaczyć. Zetknąć się bezpośrednio z Kanionem, doświadczyć go własnymi zmysłami, napawać się wzrokiem, uchem wyłowić jego naturalne tętno, poczuć go na własnej skórze…
To w takich momentach człowieka ogarnia pycha, jaką jest poczucie, że ta cała cudowność została stworzona specjalnie dla niego, przebierając miarę jego zachwytu. Albo uczucie zgoła pysze przeciwne – wrażenie ludzkiej znikomości wobec nieskończoności czasu, niewzruszoności Ziemi i potęgi jej żywiołów.

*

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Wielki Kanion, był już kwiecień, lecz zima na południowej krawędzi gigantycznego wąwozu usadowiona była jeszcze na dobre. Tłumne szaleństwo sezonu turystycznego jeszcze się nie zaczęło – drogi zamknięte dla prywatnych samochodów latem, teraz były dostępne. Czas nas gonił jednak, więc chcieliśmy utrwalić to, co widzieliśmy, kamerą. Tym bardziej, że – jak myśleliśmy – była to nasza pierwsza i ostatnia wizyta nad Kanionem.
Samo ustawianie sprzętu wymagało sporo uwagi, pochłaniała nas technika, a na Kanion patrzyliśmy w zasadzie przez obiektyw kamery. Oczywiście cierpiała na tym spontaniczność doświadczenia Kanionu, który tym sposobem potraktowany został dość instrumentalnie. Kiedy jednak, będąc już w Chicago, oglądałem nakręcony wówczas materiał, uświadomiłem sobie, jak bogato mimo wszystko zaprezentował się nam Kanion, jak znakomicie trafiliśmy z aurą – niebo się kotłowało, biel śniegu silniej kontrastowała z kolorami skał. Przebijające się przez biało-sine chmury słońce wspaniale oświetlało rzeźbę Kanionu. Tu i ówdzie wyłaniał się błękit nieba rozweselając pejzaż.
Na szczęście tak się złożyło, że byłem później nad Kanionem jeszcze wielokrotnie. Za każdym razem zawierałem z tym miejscem coraz bliższą znajomość – i im więcej wiedziałem o Kanionie, tym bardziej otwierały mi się nań zmysły. Sukcesywnie zmieniał się odbiór tego miejsca i doszedłem do przekonania, że bez głębszej wiedzy o Kanionie – geologicznej, przyrodniczej, historycznej – człowiek może stanąć na krawędzi tej rozpadliny, gapiąc się tylko na niepojęty dlań twór natury, niewiele z tego rozumiejąc. I w zależności od wrażliwości na piękno Ziemi, jego zachwyt trwać może parę minut lub może nie trwać wcale. Zresztą, czasami nie jest to zachwyt, a wręcz obojętność czy – w najlepszym razie – niedosyt.
I konsternacja… Konsternacja wynikająca po prostu z niedoskonałości naszych zmysłów, które nie są przygotowane na właściwą percepcję czegoś takiego, jak Grand Canyon. Przyzwyczajeni jesteśmy do innych odległości, wielkości, proporcji…  Brakuje nam w tym miejscu punktów odniesienia, by pojąć i uzmysłowić sobie prawdziwą potęgę i wspaniałość Kanionu.

HERBATKA  MARSZAŁKA  FOCHA

Trzeba naprawdę dobrego pióra i pewnej literackiej klasy, by opisując Kanion nie popaść w megalomanię słów, jaka bierze się z naiwnego przeświadczenia o tym, że wielkie słowa mogą oddać wielkość tego, do czego się odnoszą. Monumentalizm Kanionu wymusza niejako patos i dzięki tej oczywistości wzniosłość tanieje a boskie atrybuty łatwo obracane są w tandetę.
Te dwa aspekty – równowagę między pompą a powściągliwością – znakomicie oddaje następująca anegdota. Otóż po I wojnie światowej słynny marszałek francuski Ferdynand Foch przebywał w Arizonie na zaproszenie tubylczego magnata. Z wizyty tej uczyniono wielkie wydarzenie publiczne, więc w miejscu spotkania marszałka z Kanionem zgromadziło się sporo dziennikarzy i reporterów. Podprowadzono gościa nad krawędź, oczekując jego reakcji. Ten przez chwilę przyglądał się widokowi, a następnie nachylił się do ucha magnata i coś powiedział po francusku. Wszyscy z zaciekawieniem i niecierpliwością czekali, aż Arizończyk przekaże im słowa Francuza. Wreszcie magnat odwrócił się do dziennikarzy i powiedział: „Marszałek Foch właśnie stwierdził, że ten kanion jest najpiękniejszą manifestacją Boga na całej Ziemi.” To zdanie, zgodne zresztą z oczekiwaniami na taką okazję, zostało zanotowane i poszło w świat. Ciekawe jest zaś, co naprawdę powiedział marszałek. Otóż zaproponował on: „Let’s have a cup of tea” („Chodźmy napić się herbaty”).

Grand Canyon Skywalk

Niekoniecznie jednak musimy wyciągać tu wniosek o doskonałej obojętności marszałka na przymioty kanionu, tudzież o jego żołdackiej gruboskórności. Równie dobrze owa reakcja może świadczyć o jednym, bardzo powszechnym aspekcie w percepcji takiego zjawiska, jakim jest Grand Canyon. Bowiem nie sposób na pierwszy rzut oka ogarnąć czym właściwie jest ten spektakl, który roztacza się przed naszymi oczami.

Odbiór Kanionu – podobnie zresztą jak uwrażliwienie na przyrodę, naturę – jest kwestią osobniczą, indywidualną, bardzo subiektywną. To oczywiste i zrozumiałe, że każdy człowiek reaguje odmiennie, a jego reakcje zależą od wielu, wielu różnych czynników, mieszcząc się pomiędzy doskonałą obojętnością a zachwytem.
Względne jest więc ludzkie uczulenie na piękno (lub brzydotę) natury, na krajobraz, na przyrodę. Przy czym należałoby się tu oprzeć pokusie wartościowania i krytykować człowieka obojętnego pod tym względem, wystawiając mu przy tym dezaprobujące cezurki. Każdy więc ma prawo do obojętności, ale zaiste mnie samemu obojętność wobec kanionu wydaje się niepojęta.

Kiedyś Loepold Tyrmand umieścił w swoich “Zapiskach dyletanta” co następuje: „Pojechałem zobaczyć Wielki Kanion, dotarłem tam po całodziennej podróży samochodem i samolotem. Mówi się, że Wielki Kanion jest główną atrakcją turystyczną Phoenix. (?! – przyp. LA) Zgoda, to ładna rozpadlina, ale generalnie rzecz biorąc, natura sama w sobie mnie nie interesuje. Przed największym cudem przyrody wystarczy dziesięć minut zachwytu; poza tym natura może być ciekawa tylko jako tło”. Chciałoby się tu dopisać: jako tło dla Tyrmanda, bowiem są pasjonaci przyrody – już nawet nie wspominam o biologach, przyrodoznawcach, ekologach, często pasjonatach, ludziach zawodowo zajmujących się przyrodą ożywioną lub nieożywioną – dla których jest ona czymś najistotniejszym, najprawdziwszym, zaś wszystko inne ledwie dodatkiem, łącznie z ludzką kulturą. Lecz ja rozumiem Tyrmanda, który zresztą jest na tyle szczery, by stwierdzić, że jemu natura sama w sobie jest obojętna. A jednak i tak ten zimny (w Ameryce przynajmniej) intelektualista – literat wspomina o zachwycie, co pod jego lekko-cynicznym, chłodno-sceptycznym piórem jest pewnym zaskoczeniem.
Jeśli dobrze sobie przypominam, to podobną rezerwę wobec przyrodniczych fenomenów amerykańskiego Zachodu przejawiał Czesław Miłosz (choćby w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco”).

Przeciwwagą dla obojętnych jest świadectwo ludzi przyrodą zafascynowanych. Abe poznać ten sposób widzenia świata przez człowieka, warto przytoczyć tu np. relację Johna Muira z jego spotkań z sekwojami, polodowcowymi dolinami Kalifornii, górami Montany, Idaho, Wyoming, czy Colorado, wreszcie z samym Wielkim Kanionem. Przykładów mogą dostarczyć nie tylko poeci i myśliciele tacy, jak Ralph Waldo Emerson, Henry Wadsworth Longfellow, czy Walt Whitman; malarze (Thomas Moran) i fotografowie (Ansel Adams); również pisarze tej klasy co Rudyard Kipling czy nawet błyskotliwy prześmiewca i humorysta Mark Twain, którego opisy przyrody – choćby hawajskich wulkanów – pozostają niedościgłym mistrzostwem.
Myślę, że warto w tym miejscu przytoczyć także słowa Dalaj Lamy: „Góry, doliny, wodospady, lasy… Będąc przy nich czuję się ich bratem. Kocham to wszystko, w takich chwilach uświadamiam sobie bliskość świętości”. Trzeba posiadać autorytet i pozycję przywódcy Tybetu, by odważyć się na taką konstatację i nie być posądzonym o przesadne uduchowienie czy nietrzeźwy mistycyzm.
Mimo wszystko więc sądzę, że potrzebna byłaby spora doza złej woli lub zwyczajna ślepota, by zaprzeczyć słowom najsłynniejszego amerykańskiego naturalisty Johna Muira: „Bez względu na to jak daleko i długo dotąd wędrowałeś, albo jak wiele słynnych dolin i wąwozów widziałeś, ten właśnie – Wielki Kanion Rzeki Colorado – wyda ci się czymś zupełnie nowym: tak nieziemski w kolorze i okazałości, o tak wspaniałej architekturze – jak gdybyś go odnalazł gdzieś po śmierci, na jakiejś innej planecie… “

Mocowanie się z żywiołem w głębi Kanionu (Photo: Phil G.)

ŻYWIOŁ

Ogromu kanionu nie sposób objąć jednym spojrzeniem. Nawet stojąc na jego krawędzi, przy dobrej widoczności, z pewnych punktów widokowych możemy sięgnąć wzrokiem do ok. 80 km w jedną stronę. Ogarnięcie wzrokiem całego Kanionu nie jest możliwe nawet wtedy, kiedy lecimy samolotem. Dopiero z pozycji satelity, będąc na orbicie okołoziemskiej, moglibyśmy zobaczyć cały Kanion, tyle że z takiej odległości przypominałby on ledwie grafikę mapy, trącąc abstrakcją, tracąc swoją przyrodzoną fizyczność.
Te kłopoty z objęciem rzeczywistego ogromu wąwozu tłumaczą jego rozmiary: długość – 277 mil (450 km, mierząc drogę, jaką wije się rzeka Kolorado – spadek poziomu rzeki na tym odcinku wynosi ok. 650 m), szerokość przeciętna, czyli odległość między krawędziami – 10 mil (16 km). Oczywiście ta ostatnia wielkość zależy od miejsca pomiaru: na początku kanionu, w zwężeniu zwanym Lees Ferry, parę mil na północ od Navajo Bridge, wynosi 0.5 mili (800 m), by w niektórych miejscach rozszerzyć się do 18 mil (ponad 28 km). Wielki Kanion kończy się w Pearce Ferry, koło Grand Wash Cliffs. Dalej jest już Jezioro Mead, powstałe wskutek spiętrzenia rzeki Kolorado przez tamę Hoovera, nieopodal Las Vegas.
Głębokość Wielkiego Kanionu, liczona w pionie od krawędzi do lustra rzeki, wynosi przeciętnie 1 milę (czyli 1600 m), w najgłębszych miejscach sięgając 1800 m.

Sama rzeka Kolorado to potężny żywioł. Jakby nie było to właśnie dzięki niej cały materiał wypełniający Wielki Kanion jeszcze 6 mln. lat temu – czyli piaskowce, wapienie, łupki i inne skały, które dzięki erozji zamieniły się w piasek, żwir, kamienie, glinę…  – został zniesiony do Zatoki Kalifornijskiej. Przeciętna szerokość rzeki w Wielkim Kanionie wynosi ok. 100 m; przeciętna głębokość – ok. 10 m. Tak jest! Ta wydawałoby się niepozorna rzeczka, widziana z krawędzi jako dość leniwa i wąska wstążeczka, ma głębokość 10 metrów, która w pewnych miejscach zwiększa się do trzydziestu paru metrów. Rzeka Kolorado – jako taka, niekoniecznie związana z Kanionem – jest jedną z najważniejszych najciekawszych rzek amerykańskich, mając swoje źródła w Parku Narodowym Gór Skalistych. Płynie przez prawie 1,5 tys. mil w kierunku południowo-zachodnim, wraz ze swoimi dopływami stanowiąc 1/12 część wszystkich zlewisk wód kontynentalnych Ameryki Północnej.
Trochę nieporozumień narosło wokół ilości osadów znoszonych przez rzekę. Różne źródła podają różne wielkości. Opierając się jednak na ostatnich i najbardziej pewnych danych naukowych, materiał zabierany przez Kolorado w centralnym wschodnim punkcie Kanionu (czyli w okolicach Phantom Ranch), to od 40 do 80 tys. ton dziennie. Z tym, że jeszcze nie tak dawno, bo przed 1963 rokiem, kiedy to wybudowano zaporę w Glen Canyon (powstało wówczas ogromne Jezioro Powella), tego materiału było 10 razy więcej, czyli ok. 400 tys. ton. Tutaj do wyobraźni naszej efektownie przemówić może następujący przykład: gdybyśmy musieli 5-tonowymi ciężarówkami wywozić zabierany przez rzekę muł, błoto i żwir, to tych ciężarówek musiałoby w ciągu doby przejechać 80 tysięcy, jedna za drugą – co sekundę.
Oczywiście wiosną każda rzeka, zwłaszcza górska, robi się jeszcze bardziej wściekle rwąca. Kolorado np. przybywa kilkadziesiąt metrów głębokości. Rekord zanotowano w 1921 roku, kiedy to w ciągu doby wody rzeki przeniosły koło Phantom Ranch 27 mln. ton (!) sedymentów.
Zapora w Glen Canyon poskromiła więc znacznie żywioł rzeki Kolorado, wywołując tym zresztą nad wyraz dramatyczne zmiany ekologiczne w obrębie Wielkiego Kanionu. Niemniej jednak Colorado River nadal wywiera wielkie wrażenie, zwłaszcza na tych, którzy mają odwagę popłynąć z jej nurtem.

MŁODY  KANION

Wielki Kanion nie ma więcej jak 6 mln. lat. (W skali geologicznej jest więc młodzikiem – cóż to jest te parę milionów lat w porównaniu z 4 miliardami lat istnienia Ziemi?) Tyle czasu potrzebowała rzeka, by wyrzeźbić w Płaskowyżu Kolorado kanion głęboki na półtora kilometra. Dzięki temu odsłoniła się nam tak pięknie historia Ziemi, jak w żadnym innym miejscu na świecie. Toż stojąc nad Wielkim Kanionem można czytać z tych warstw obnażonych przez rzekę jak z kart księgi zawierających opowieść o tym, co działo się na powierzchni naszej planety przez ostatnie setki milionów lat… Z małą pomocą geologów, oczywiście.
Najgłębsze warstwy do jakich dożłobiła się rzeka mają blisko 2 miliardy lat. Pochodzą więc z ery prekambryjskiej i są niczym innym, jak podstawą olbrzymich ongiś gór, które uległy erozji, czyli po prostu wytarły się w ciągu kilkuset milionów lat. Ta skała metamorficzna (fachowcy mówią o łupkach i gnejsach prekambryjskich) jest znana pod nazwą Vishnu Schist. W wielu miejscach tworzy ona koryto rzeki.
Powyżej Vishnu Schist mamy 1 miliard 200 milionów lat historii geologicznej, odkładania się sedymentów, głównie w morzach, jeziorach i bagnach (wapienie i łupki), z małym wyjątkiem, gdzieś w okresie od 270 mln. do 260 mln. lat temu, kiedy to obszar ten był pustynią (pozostałością jest warstwa piaskowca). Później znowu były morza, a ostatnia warstwa, na której stoimy dziś oglądając Kanion, pochodzi z Mezozoiku, ma więc ok. 250 mln. lat i składa się z tzw. wapienia Kaibab. Warstwy młodsze, które niegdyś wznosiły się ponad nią, uległy zwietrzeniu.

Jest kilka teorii, które starają się tłumaczyć sposób powstania Wielkiego Kanionu. Wszystkie zgodne są co do tego, że główną sprawczynią była rzeka. Oczywiście to, co teraz widzimy – całą tę wspaniałą niepowtarzalną rzeźbę Kanionu, z ostańcami, z kanionami bocznymi, porwaną i poszarpaną skałą – to nie tylko skutek działania rzeki samej, a wielu czynników atmosferycznych: wiatru, słońca, deszczu, śniegu, lodu, zmian temperatur, spływającej ze zboczy wody, innych, często okresowych dopływów. Ta rzeźba Kanionu zmienia się nieustannie. Niestety, żyjemy zbyt krótko, by zmiany te zauważyć… no, chyba że będziemy tak ingerować w przyrodę, jak przy budowie tamy Hoovera czy Glen, o zanieczyszczeniach wyziewami, spalinami czy ściekami nie wspominając.
Jedna zwłaszcza sprawa intryguje badaczy Kanionu. Otóż gdybyśmy tak ulecieli parę kilometrów ponad Płaskowyż Kolorado, to zauważylibyśmy, że jest on wybrzuszony dokładnie w miejscu, gdzie leży Wielki Kanion. Jakim więc sposobem rzeka zaczęła rzeźbić kanion prze środek wzgórka? Niektórzy tłumaczą to tym, że kiedy rzeka rzeźbiła teren, ten się równocześnie podnosił do góry. Ale przecież wyniesienie się Płaskowyżu Kolorado miało miejsce ok. 60 – 70 mln. lat temu. a Kanion jest 10 razu młodszy. Cóż, “timing” się nie zgadza. Zgoda, krawędzie Kanionu podnoszą się i dziś, ale tempo tego wzrostu jest nad wyraz znikome i nie tłumaczy naszego dylematu. Odpowiedź na to próbuje dać hipoteza, wedle której rzeka Kolorado płynęła ongiś w innym kierunku (korytem tzw. Małej Rzeki Kolorado). W pewnym zaś momencie doszło do takiego obniżenia poziomu innych rzek na zachodzie płaskowyżu, że Kolorado zmieniła swój bieg i popłynęła właśnie na zachód, a później na południe do Zatoki Kalifornijskiej. I tak już zostało do dzisiaj.

*  *  *

Kanion, jak widzimy, może być fascynujący nie tylko ze względu na swe niezwykłe walory krajobrazowe, dzięki którym garną się do niego milionowe rzesze turystów. Kryje w sobie wiele innych tajemnic i atrakcji. Inspiruje i prowokuje do eksploracji. A im więcej o Kanionie wiemy, tym bardziej potrafi on nas intrygować i zdumiewać.

Miliony ludzi przybywa każdego roku do Arizony, by na własne oczy zobaczyć najsłynniejszy kanion świata (zdjęcie własne)

*

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*