CZYJA WINA? – o zderzeniu cywilizacji i samozachowawczym instynkcie

.

Islam - cywilizacja, która zagraża światu?

Islam – cywilizacja, która zagraża światu?

.

1.

CZYJA WINA?

Jak widać militaryzacja Bliskiego Wschodu (bojownicy Państwa Islamskiego walczą przecież “bronią”, jaką USA wyposażyła Irak, jak i islamskich rebeliantów w Syrii) i destabilizacja kolejnych państw rejonu przez Zachód (głównie przez Stany Zjednoczone) doprowadziła do sytuacji, w której rośnie siła skrajnie agresywnych islamistów, usiłujących opanować coraz to większe obszary świata arabskiego. I to właśnie – rozgrywanie własnych partykularnych interesów w rejonie, post-kolonialna arogancja, polityka mająca za nic kulturę arabską i zupełnie nielicząca się z realiami tamtego świata i mentalnością jego mieszkańców, a tym samym poddająca tych ludzi permanentnemu upokorzeniu – to właśnie, a nie pełne agresji i szowinizmu wersety z Koranu, są przyczyną zbrodni ludobójstwa popełnianych obecnie z niewyobrażalnym okrucieństwem przez dżihadystów w północnym Iraku.

Czy amerykańskie drony zabijające przypadkowych ludzi są bardziej humanitarne, niż muzułmańskie noże podcinające gardła chrześcijan i jazydów? Zło jakie wyrządzają jest dokładnie to samo – jedno i drugie jest zbrodnią, tylko nasze plemienne przywiązanie do zachodniej cywilizacji – i benefity, jakie czerpiemy mieszkając na Zachodzie – powoduje, iż łudzimy się, że postępujemy bardziej “humanitarnie”, że jesteśmy bardziej “cywilizowani” i w końcu – a jakże! – “lepsi” od muzułmanów.

A wystarczy tylko spojrzeć przez moment z perspektywy, z jakiej widzi hipokryzję i arogancję Zachodu świat arabski, by zrozumieć, dlaczego wśród muzułmanów tyle nienawiści do Zachodu i dlaczego niektórzy z nich zdecydowani są walczyć z “niewiernymi” z największą desperacją i stosując wszelkie dostępne im środki.

greydot

2.

Powyższa krótka impresja wywołana doniesieniami z Iraku, w którym dżihadyści dokonują obecnie czystek etnicznych, proklamując własne Państwo Islamskie (nota bene nieuznawane przez żadne państwo arabskie) sprowokowała dyskusję na mojej stronie Facebookowej, która rozwinęła się z czasem do słusznych rozmiarów, poruszając kilka istotnych kwestii. Nie jest to rozmowa „gładka”, ani grzeczna, nie jest łatwa ani przyjemna – wyczuć w niej można wzajemne poirytowanie i pewną uszczypliwą niechęć do adwersarza –  niemniej jednak myślę, że warto ją tu przytoczyć, bo dotyczy problemu, który ostatnimi czasy bardzo nabrzmiewa: zaogniające się zbrojne konflikty w kilku rejonach świata, które bynajmniej nie są powrotem do zimnej wojny, wręcz przeciwnie: grawitują w kierunku wojny jak najbardziej gorącej, w której po jednej stronie są Stany Zjednoczone i Zachód, po drugiej zaś kraje arabskie wraz z zimnowojennym reliktem, jakim okazała się Rosja dokonująca rewizji swoich post-sowieckich granic.

.

  • Marian Mario Ponanta: Czyja wina? A Koran czytał??
  • Stanisław Błaszczyna: Wpierw proszę sformułować swoje pytanie poprawnie, w języku polskim (ewentualnie angielskim), wtedy możemy podyskutować. (Rozumiem, że ty sam jesteś znawcą Koranu.)
  • MMP: Skrót myślowy rodem z Krakowa… brakuje słowa „pan”. Ale z wielu względów okazało się to trafne… a Koran przeczytałem, czego życzę każdemu, kto chce dyskutować sprawy dotyczące islamu. Czytając ten tekst nie sposób się nie roześmiać.
  • StB: „Czytając ten tekst nie sposób się nie roześmiać.” Chodzi Panu o mój tekst, czy o Koran? Powiem tak: może po tym, jak zapozna się pan np. z historią Iraku (począwszy np. od brytyjskiej inwazji na ten kraj, przez amerykańskie kłamstwo o broni chemicznej masowego rażenia, które była powodem wojny i trwającej po dzień dzisiejszy destabilizacji tego kraju, po zupełne zdominowanie i represjonowanie sunitów przez szyitów, gigantyczną korupcję i ruinę kraju…), to być może wtedy byłby sens dyskutowania z Panem. Lecz zamiast odniesienia się do kwestii poruszonej w moim wpisie, wyjeżdża mi Pan z tym Koranem. A dlaczego by w takim razie nie zacząć od Starego Testamentu? I przerzucania się na podstawie cytatów z tychże ksiąg, która to cywilizacja jest bardziej krwawa i agresywna? Ja staram się trzymać historycznych faktów, a nie świętych ksiąg w próbach zrozumienia tego, co się dzieje na świecie. Pan, widzę, woli trzymać się ideologii i literackiej fikcji.
  • MMP: Nie mam za bardzo czasu na prowadzenie dyskusji. Powiem więc krótko. To, co Pan raczył napisać, skomentuję szybko: nie życzę Panu mieszkać w środowisku zdominowanym przez muzułmanów. Tu, gdzie Pan jest, nikt nie utnie Panu głowy za te wypociny. Zabierz Pan Biblię w podróż do Arabii Saudyjskiej to pogadamy.
  • StB: To nie są żadne argumenty, proszę Pana. Pan na mój wpis o amerykańskiej polityce na Bliskim Wschodzie, wyciągnął Koran (w domyśle: żebym zapoznał się jaka to jest okropna i krwiożercza religia wyznawana przez tych dzikusów w turbanach), a w ogólne nie odniósł się do sytuacji wykreowanej przez tę politykę (o wcześniejszej – kolonialnej państw europejskich – nie wspominając). Co z tym wszystkim ma wspólnego wyższość, czy też niższość jednej cywilizacji – czy też religii – na drugą?
    Podejrzewam, że wśród muzułmanów w ich kraju czułbym się obco i nie chciałbym tam mieszkać dłużej. Moją kulturą jest kultura judeo-chrześcijańska – w Polsce, Europie czy w Stanach czuję się wiec jak u siebie, ale staram się nie wartościować narodów, kultur i ras (wtedy zawsze wychodzi z nas suprematyzm: my jesteśmy wyżej, cała reszta niżej). Jestem przeciwny militaryzmowi (choć nie uważam się za pacyfistę), zawłaszczaniu terytoriów innego kraju (tak jak zrobił to np. Izrael), ludobójstwu pod każdą formą… etc. Bez względu na to, czy robi to cywilizacja, z którą się identyfikuję, czy też cywilizacja mi obca. (Zresztą, bardziej mnie zawsze boli ten pierwszy przypadek, bo czuję, że w pewnym sensie hańbi to mnie samego; vide: amerykańskie zbrodnie wojenne w Indochinach w latach 60-tych i 70-tych, wspieranie krwawych dyktatur w Ameryce Centralnej i Południowej, korumpowanie rządów w Iraku czy Afganistanie, bezprawie Guantanamo, stosowanie tortur, Abu Ghraib… etc.) A Pan mi każe Koran czytać (nota bene wiem, jakie treści on zawiera). Pański „argument” jest rasistowskiej natury: na dzień dobry chce mi Pan udowodnić, że muzułmanie są gorsi od nas (podrzędni) – a żeby było śmieszniej, chce mi Pan to udowodnić podtykając mi pod nos książkę napisaną kilkanaście wieków temu.
  • MMP:Za Koran gotowe są zginąć miliony ludzi, za Biblię tysiące. Niestety, są wyższe i niższe cywilizacje. Polityka USA to zupełnie odrębna sprawa; z Islamem Pana kultura walczy praktycznie od jego powstania. Gdyby nie wygrała kilku ważnych bitew, wystawiał by Pan portki do słońca kilka razy dziennie. Obecnie w 95% światowych konfliktach zbrojnych jedna ze stron walczących są islamiści. Ma Pan prawo do swoich poglądów, ale niech Pan nie oczekuje, że jak wygaduje Pan bzdury w przestrzeni publicznej, to ludzie nie zostawią tych bredni bez komentarza.
  • StB:Rzeczywiście, nazywając moje poglądy „bzdurą” i „brednią”, używa Pan tym samym niepodważalnych argumentów. Niestety, jest to „argumentacja” prymitywna, a raczej żadna. Widzę, że jest Pan typowym przedstawicielem „cywilizacyjnego” szowinisty. Powodzenia zatem w dozgonnej walce z islamem. Zresztą, Pan jako przedstawiciel rasy wyższej, nie powinien się niczego obawiać – darwinizm zapewni Panu zwycięstwo i dominację nad gorszym umysłowo – podrzędnym cywilizacyjnie i rasowo – wrogiem. Poza tym: powtarzam, mój wpis dotyczył polityki Stanów Zjednoczonej na Bliskim Wschodzie i jej skutków w postaci destabilizacji tamtego rejonu i krwawych wojen jakie tam cały czas trwają. Moim zdaniem to właśnie ta polityka jest za to głównie odpowiedzialna, a nie Koran.
  • MMP:Proszę Pana… ta dyskusja przypomina już granie w szachy z gołębiem. Ma Pan swoją racje. A o moich poglądach – i o tym kim jestem – wie Pan tyle co o islamie. Powodzenia.
  • StB:Nie muszę wiedzieć kim Pan jest, ani też nie muszę znać wszystkich Pańskich poglądów. Dyskutuję tu tylko z tym, co Pan napisał pod moim wpisem. A napisał Pan już w pierwszym komentarzu: „Czyja wina? A Koran czytał?”. Rzeczywiście bardzo to rzeczowa riposta, bardzo inteligentne rozpoczęcie dyskusji. Rozumiem, że uważa się Pan za wytrawnego szachistę, zaś mnie uważa Pan za durnego gołębia. W porządku – na Pański argument: „Pan nie wiem, kto ja jestem” (wyrażony przed chwilą explicite przez Pana) wypada mi tylko przyjąć do wiadomości, że jest Pan wybitnym politykiem i wielkim znawcą islamu.
  • MMP:Przesada. Ale nie wygłaszam tez, których nie da się obronić. A islam radzę zostawić w spokoju, bo narazi się Pan na komentarze, przy których moje docinki będą brzmieć jak przyjemne dzwoneczki.
  • StB:Niestety, Pan jest nielogiczny: w pierwszym, komentarzu pisze Pan: „A Koran zna?„, a w ostatnim: „islam radzę zostawić w spokoju”. I ma Pan rację, nie znam Pana – bo prawdę mówiąc spodziewałem się, że można z Panem prowadzić inteligentniejszą rozmowę. Żadnych komentarzy się nie boję, na moim blogu jest już ich ponad 10 tysięcy i jakoś mnie nie zastraszyły i nie złamały.
  • MMP:Sprowadził mnie Pan do swojego poziomu dyskusji, za co przepraszam. A islamu bez Koranu Pan nie zrozumie. To tak jakby chciał Pan analizować działania Hitlera bez czytania Mein Kampf. A jeżeli chodzi o komentarze, to nie widzę tutaj burzy mózgów. Tylko ja poświęcam Panu swój czas, co z mojej strony nie jest zbyt mądre. A inteligencję rozmówcy poznaje się po tym, jak snuje przypuszczenia na temat braku inteligencji u innych. Jeszcze raz pozdrawiam. Powodzenia.
  • StB:Działania Hitlera powinno się analizować na podstawie jego działań, a nie na podstawie jego książki.
  • MMP:Polecam książki Oriany Fallaci na temat islamu. Po przeczytaniu nie będzie Pan może już wypisywać takich farmazonów.
  • StB:„Farmazony” – to jest właśnie Pański styl i poziom argumentacji. Książki Oriany Fallaci znam. Jej wizji islamu nie podzielam, miejscami wydaje mi się wręcz rasistowska. Znam też książki Terzaniego i bliskie jest mi to, co ten słynny dziennikarz, znawca wielu kultur, napisał o poglądach (zbytnio nawiedzonej i przewrażliwionej, moim zdaniem) Oriany Fallaci. Przypomina mi się również to, co na ten temat (poglądy Fallaci vs. poglądy Terzaniego) napisał Ryszard Kapuściński: „Każde z nich reprezentowało inny stosunek do świata. Ten świat wielokulturowy Orianę Fallaci przerażał. Nie wiedziała jak się odnaleźć w tym świecie, który znała, wielokulturowym. Ponieważ widziała jedyne wyjście z tego wszystkiego – rozdzielić. Tiziano Terzani był odwrotnego zdania. Uważał, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zbliżyć się, zrozumieć, próbować się porozumieć.” Mógłbym tu zacytować fragment książki Terzaniego „Listy przeciw wojnie”, który przybliżyłby jego opinię, ale nie widzę w tym większego sensu, bo i tak jest Pan na mur beton przekonany co do swojej racji i nic już nie jest w stanie tego zmienić. A z zagrożeń jakie niesie islam – mam na myśli zwłaszcza tę jego fanatyczną i agresywną stronę – bardzo dobrze zdaję sobie sprawę.
  • MMP:Jeżeli chce Pan mówić o faktach, to proszę zwrócić uwagę, że za posiadanie Biblii w Arabii Saudyjskiej grozi kara śmierci. Do Mekki nie mogą wejść innowiercy, w Iraku za bycie chrześcijaninem obcinają nożem głowę. W Rzymie są meczety, a muzułmanie sikają na zabytkowe kościoły, a Pan i Panu podobni kajają się w pro-islamskiej, anty-Zachodniej retoryce. Wstyd.
  • StB:Czy to wszystko (np. sikanie muzułmanów na zabytkowe kościoły) ma być usprawiedliwieniem ludobójstwa Palestyńczyków, jakie odbywa się w Gazie, albo katastrofalnej polityki amerykańskiej w Iraku, (która doprowadziła do śmierci setek tysięcy ludzi, zrujnowała kraj i której konsekwencją jest teraz wojna między szyitami i sunitami), destabilizacji Libii… ? etc.. Nie jestem ani antyzachodni, ani antyamerykański, ani tym bardziej proislamski. Mam prawo krytykować np. politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych (i to, że mogę to robić jest właśnie jedną ze zdobyczy Zachodu). Byłbym głupcem, ślepcem i niewdzięcznikiem, gdybym nie doceniał naszych osiągnięć cywilizacyjnych i swego rodzaju przywileju życia na Zachodzie. Ale to nie znaczy, że mam położyć uszy po sobie, udawać, że Amerykanie i Zachód rozsiewają po świecie samo Dobro, i broń Boże nie krytykować naszych wspaniałych polityków i „przywódców” (jak np. ewidentnej głupoty G.W. Busha, czy niektórych posunięć Obamy, idącego na pasku tych, którzy posiadają Wielkie Pieniądze i często działają wbrew interesowi amerykańskiego społeczeństwa en masse).
  • MMP: Może Pan to nazwać, jak Panu wygodnie. Jeżeli ma Pan natomiast instynkt samozachowawczy, to powinien on kształtować Pana oceny tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Jak ocenia Pan to, co robią islamiści z chrześcijanami… ha? To nie ludobójstwo? I może Pan sobie dopowie, co islam by zrobił z nami, gdyby miał odpowiednie środki? Proponuje Panu, żeby nabrał Pan odwagi i wypowiedział się w sprawie tego, co islamiści już wyprawiają u nas. Ta dyskusja to jeszcze większy bezsens, niż to, co Pan wypisuje o ciemiężonych Irakijczykach.
  • StB: Zostawiam Pana z Pańską wizją dostrzegania samego Zła po stronie islamu i samego Dobra po stronie Zachodu. A mój instynkt samozachowawczy mówi mi, że gaszenie pożaru benzyną (a tym jest militarystyczna polityka Zachodu na Bliskim Wschodzie) jest nie tylko głupotą ale i śmiertelnym niebezpieczeństwem. A na początek edukacji: elementarz – coś w rodzaju „Iraqi policy for beginners” – proponuję zapoznanie się z artykułem pt. „The Rise of ISIS: US Invasion of Iraq, Foreign Backing of Syrian Rebels Helped Fuel Jihadis’ Advance” i przeczytanie go ze zrozumieniem. A zderzenie cywilizacji islamu z Zachodem (jeśli tak nazwiemy pewne współczesne konflikty na styku świata arabskiego i zachodniego) jest według mnie przede wszystkim zderzeniem politycznym, a dopiero później religijnym, czy kulturowym (świadczą o tym choćby walki miedzy samymi muzułmanami). Dlatego proszę mi tu Koranem nie wymachiwać, bo to byłoby na tym samym poziomie sensowności, co wymachiwanie również Starym Testamentem. Ja, żyjąc w Stanach, mam za sąsiadów Syryjczyków i jedyną niedogodnością tego sąsiedztwa jest to, że ich dzieciaki czasami trochę dokazują. Tak więc, nie wiem co też takiego strasznego wyprawiają islamiści u nas (do mnie przynajmniej to nie dociera, choć interesuję się sprawami amerykańskiego społeczeństwa). I jak to wszystko się ma do mojego instynktu samozachowawczego, to doprawdy trudno mi pojąć. A już zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego mój instynkt samozachowawczy powinien kształtować ocenę tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Wolę, żeby tę ocenę wyznaczał mój system etyczny, sumienie, a nie jakieś podszyte rasizmem i poczuciem supremacji wyrachowanie.

    greydot

    3.

    Skoro zdecydowałem się na ten wpis, to jednak nawiążę także do wspomnianej książki Terzaniego „Listy przeciw wojnie”, w której przeciwstawia się on konfrontacyjnej i – co tu kryć – agresywnej, nie pozbawionej inwektyw („Pluję na was!”) retoryce Oriany Fallaci, która wkrótce po zamachu na WTC 11 września 2001 roku opublikowała w „Corriere della Sera” artykuł pod wymownym tytułem „Wściekłość i duma”. Tekst ten wywołał burzę i spolaryzował opinie wokół kwestii stosunku Zachodu do islamu i do muzułmańskich imigrantów.
    Aby przybliżyć (a niektórym przypomnieć) treść tego artykułu, jak również retorykę w jakiej był utrzymany, przytoczę tu jego mały fragment:

    „Ludzie, obudźcie się! Zahukani przez strach, nieskłonni płynąć pod prąd, czyli ściągnąć na siebie oskarżenie o rasizm (słowo zresztą niewłaściwe, ponieważ tu nie chodzi o rasę, lecz o religię), nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie się toczy Krucjata, tyle że na odwrót. Przyzwyczajeni do podwójnej gry, zaślepieni krótkowzrocznością nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumieć, że właśnie toczy się wojna religijna. Której chce i którą wypowiada być może tylko odłam tamtej religii, lecz i tak jest to wojna religijna. Wojna, którą oni nazywają dżihad. Święta Wojna. Wojna, której celem być może nie jest zdobycie naszych terytoriów, lecz której celem z pewnością jest podbój naszych dusz. Unicestwienie naszej wolności i naszej cywilizacji. Zniszczenie naszego sposobu życia i śmierci, naszego sposobu modlenia się lub niemodlenia, naszego sposobu jedzenia, picia, ubierania, rozrywki i przekazu informacji… Nie rozumiecie albo nie chcecie zrozumieć, że jeśli się nie przeciwstawimy, jeśli nie będziemy się bronić, walczyć, to dżihad zwycięży. I zniszczy świat, który lepiej lub gorzej udało się nam zbudować, zmienić, ulepszyć, uczynić nieco bardziej inteligentnym, czyli mniej bigoteryjnym lub całkowicie wolnym od bigoterii. I tym samym zniszczy naszą kulturę, naszą sztukę, naukę, moralność, nasze wartości, nasze przyjemności… Jezu! Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie tacy jak Osama ben Laden czują się uprawnieni do tego, żeby zabijać was i wasze dzieci tylko dlatego, że pijecie wino lub piwo, że nie nosicie długiej brody albo czarczafu, chodzicie do teatru i kina, słuchacie muzyki i śpiewacie piosenki, dlatego że tańczycie w dyskotekach albo we własnym domu, bo oglądacie telewizję, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, bo w morzu albo w basenie stoicie nago lub prawie, bo pieprzycie się, kiedy macie ochotę, gdzie macie ochotę i z kim macie ochotę? Nawet to was nie obchodzi, idioci?”

    Mogę zrozumieć emocje Fallaci, która, mieszkając na Manhattanie – będąc na dodatek terminalnie chora – odczuła grozę tego zamachu terrorystycznego bezpośrednio. Nie podzielam jednak jej argumentacji, która moim zdaniem bardziej przypomina nacechowaną szowinizmem tyradę nienawiści do obcej cywilizacji i w konsekwencji – do samych muzułmanów – niż stanowi zachętę do racjonalnego dyskursu.
    Nie chcę jednak sam krytykować tego co napisała Oriana Fallaci w swoim artykule. Oddaję więc głos Tiziano Terzaniemu, który, podobnie jak Fallaci, urodził się we Florencji i podobnie jak ona stał się jednym z najsłynniejszych i najbardziej respektowanych dziennikarzy świata. Oto fragment jednego z jego „listów przeciw wojnie”, skierowany właśnie do swojej krajanki i koleżanki po fachu:

    Tiziano Terzani - Listy przeciwko wojnieOriano, piszę do Ciebie – w dodatku publicznie – także po to, aby ci czytelnicy, którymi może, tak jak mną, Twoje inwektywy wstrząsnęły podobnie jak upadek Wież, nie czuli się zbyt samotni. Tam umierały tysiące ludzi, a wraz z nimi nasze poczucie bezpieczeństwa. W Twoich słowach zaczyna umierać najlepsza część ludzkiego umysłu – rozsądek – i najlepsza część ludzkiego serca – empatia. (…)
    Oriano, czy naprawdę sądzisz, że stając na samym czele krucjaty przeciwko wszystkim tym, którzy nie są tacy jak Ty albo wzbudzając Twoją niechęć, przynosisz nam zbawienie? Nie znajdziemy zbawienia ani w Twej wzburzonej złości, ani w wykalkulowanej wojskowej kampanii nazwanej Trwała Wolność („Enduring Freedom”), żeby było łatwiej nam ją zaakceptować. Czy na pewno myślisz, że przemoc jest najlepszym sposobem pokonania przemocy? Jak świat światem, nie było jeszcze takiej wojny, która położyłaby kres wszystkim wojnom. Ta też nią nie będzie. (…)
    Jeśli na ich przemoc w postaci ataku na Bliźniacze Wieże odpowiemy jeszcze bardziej przerażającą przemocą – najpierw w Afganistanie, potem w Iraku, a potem kto wie gdzie – nieuchronnie nastąpi odpowiedź z ich strony, jeszcze bardziej okrutna, potem znów nasza i tak dalej. (…)
    Dziś, niestety, na scenie świata my, luzie Zachodu, jesteśmy jedynymi bohaterami i jedynymi widzami, tak więc w naszych telewizorach i gazetach widzimy tylko nasze racje, czujemy jedynie nasz ból. Świat innych nigdy nie jest pokazywany. (…)

    Jestem przekonany, że problemu terroryzmu nie rozwiążemy eliminując terrorystów, (bo kiedy zabijemy jednych zaraz na ich miejsce pojawią się nowi) ale powody, które ich stwarzają. Każde zdarzenie, także w naszym życiu, jest wynikiem tysięcy czynników, tworzących obok tego zdarzenia tysiące innych rezultatów, które z kolei są powodem tysięcy innych wyników. Atak na Bliźniacze Wieże jest jednym z takich zdarzeń: rezultatem wielu złożonych wcześniej wypadków. Z pewnością nie jest aktem „wojny religijnej” prowadzonej przez muzułmańskich ekstremistów w walce o nasze dusze, krucjatą a rebours, jak Ty to nazywasz, Oriano. Nie jest też atakiem na „zachodnią wolność i demokrację”, jak wynikałoby to z płytkich formułek używanych dziś przez polityków. (…)

    „11 września samobójcy nie zaatakowali Ameryki – zaatakowali amerykańską politykę zagraniczną” – pisze w „The Nation” profesor z uniwersytetu Berkeley Chalmers Johnson, osoba, której z pewnością nie można podejrzewać o antyamerykanizm ani o sympatie lewicowe. Według niego mamy do czynienia właśnie z kolejnym „przeciwuderzeniem”, jako, że – mimo upadku związku Radzieckiego – Stany Zjednoczone utrzymały nietkniętą imperialistyczną sieć około ośmiuset baz wojskowych na całym świecie.
    W swojej analizie Johnson robi listę oszustw, spisków, zamachów stanu, prześladowań, zabójstw i interwencji na rzecz totalitarnych i skorumpowanych reżimów w Ameryce Łacińskiej, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie, w które Stany Zjednoczone były otwarcie albo potajemnie zamieszane od końca drugiej wojny światowej po chwilę obecną.
    „Przeciwuderzenie”, którym był atak na Bliźniacze Wieże i Pentagon, byłoby więc powiązane z całą serią takich faktów, od inspirowanego przez CIA zamachu stanu na Mosaddegha w 1953 roku i następujące po nim osadzenie szacha w Iranie, po wojnę w Zatoce i wynikające z niej umieszczenie amerykańskich wojsk na Półwyspie Arabskim, zwłaszcza w Arabii Saudyjskiej, gdzie znajdują się święte miejsca islamu. Według Johnsona taka polityka amerykańska „przekonała wielu porządnych ludzi w całym muzułmańskim świecie, że Stany Zjednoczone są ich zatwardziałym, wrogiem”. W ten sposób można by wytłumaczyć rozpowszechniony w świecie muzułmańskim jadowity antyamerykanizm, który dziś tak bardzo zaskakuje Stany Zjednoczone i ich sprzymierzeńców.

    Wyraźnie więc widać, że u podstaw wszystkich problemów, jakie mają Amerykanie i my na Bliskim Wschodzie, jest (pomijając kwestię izraelsko-palestyńską), obsesyjne zabieganie o to, aby rezerwy ropy naftowej regiony pozostawały w rękach rządów „przyjaznych”, niezależnie od tego, z kim mamy do czynienia. (…)
    Nawet w samej Ameryce niektórzy intelektualiści zaczynają się obawiać, że połączenie interesów przemysłu naftowego i wojennego – obecnie wyraźnie widoczne w ekipie trzymającej władzę w Waszyngtonie – wytyczy jedyny kierunek przyszłych politycznych wyborów Ameryki w polityce światowej, wewnątrz kraju zaś, powołując się na stan wyjątkowy z powodu zagrożenia terroryzmem, ograniczy prawa obywatelskie, które czynią ten kraj tak niezwykłym. (…)

    Podzielenie świata w sposób – moim zdaniem – „talibski” na tych, którzy są z nami”, i na tych „przeciwko nam”, tworzy klimat polowania na czarownice, panujący w Ameryce w latach pięćdziesiątych w czasach makkartyzmu. (…)
    Żeby się bronić, Oriano, często nie trzeba atakować (myślę o Twojej napastliwości). Dla własnej ochrony nie trzeba zabijać. Chociaż tutaj także bywają uzasadnione wyjątki. (…)

    Rozległe, niespójne przymierze, jakie buduje Waszyngton, przetasowując stare sojusze i przybliżając się do krajów i osób, które wcześniej odstawił do kąta, jedynie dlatego, że teraz mogą być przydatne, to tylko kolejny przykład cynizmu politycznego, którym obecnie karmi się terroryzm w niektórych częściach świata i który zniechęca wielu porządnych ludzi w naszych krajach.
    Amerykański interes państwowy stoi ponad jakimikolwiek innymi zasadami. Dlatego Waszyngton odkrywa teraz przydatność Pakistanu, trzymanego dotychczas z daleka ze względu na militarny reżim i karanego sankcjami ekonomicznymi za eksperymenty nuklearne. Dlatego CIA niedługo znów uzyska uprawnienia do najmowania mafii i gangsterów, którym będzie można zlecać „brudna robotę”, czyli likwidację osób z czarnej listy. Ale pewnego dnia – jeśli chcemy żyć w lepszym świecie: lepszym w Azji i w Afryce, w Timbuktu i we Florencji – polityka będzie musiała na nowo połączyć się z etyką. (…)

    Pozdrawiam Cię, Oriano, i z całego serca życzę odnalezienia pokoju. Bo jeśli nie będzie go w nas, to nie będzie go nigdzie indziej.

    greydot

    4.

    Świat to wielka wieża Babel. Jedna wieża, w której Bóg pomieszał nie tylko języki,
    ale także kulturę i obyczaje, namiętności i interesy, i której mieszkańcem uczynił ambiwalentną istotę
    łączącą w sobie Ja i nie-Ja, siebie i Innego, swojego i obcego.

    Ryszard Kapuściński, „Ten inny”

    .

    Jestem przekonany, że świat w jakim żyjemy będzie lepszy, jeśli nasze myśli uczucia bardziej zestroimy z tym, co o „Innym”, „Obcym” pisał Kapuściński, niż damy się ponieść wrogości, napastliwości i pogardzie, jakie dla obcego nam świata islamskiego żywiła Oriana Fallaci. I nie ma to moim zdaniem nic wspólnego z naiwnym idealizmem – jest natomiast jedyną postawą, która na dłuższą metę może doprowadzić do powszechnego pokoju na świecie. Jest to według mnie jedyna droga, by świat cywilizacji Zachodu mógł się pozbyć syndromu oblężonej twierdzy – poczucia (bardziej lub mniej uzasadnionego), że obce, sąsiadujące z nami cywilizacje, dążą do naszego unicestwienia.
    Na życie z „innymi”, jesteśmy w zasadzie skazani. Mam tu głównie na myśli kraje Zachodu, bo np. w Polsce – czyli w kraju bardziej homogenicznym kulturowo i etnicznie – ten problem nie rysuje się już tak ostro, mimo pewnych incydentów, jak np. awantura o budowę meczetu (bo chyba nawet nie chodziło o minaret) w Warszawie.

    Daleki jestem od bagatelizowania pewnych zjawisk, które świadczą o napięciu między ludźmi wywodzącymi się z różnych kręgów kulturowych, a „zmuszonych” do życia w swoim sąsiedztwie na terenie tego samego kraju. Mam tu na względzie przede wszystkim Europę, która od kilkudziesięciu lat mierzy się z falą napływową imigrantów z różnych kontynentów, starając się zasymilować „obcych”, którzy zarazem zawsze – przynajmniej na początku – są „innymi”. Nie jest to łatwe, niektórzy – można tu za przykład podać głośną wypowiedź Angeli Merkel – oświadczyli wprost, że polityka „wielokulturowości” poniosła w Europie fiasko. Jednak przykład Stanów Zjednoczonych – kraju należącego przecież to tego samego bloku cywilizacyjnego, co Europa – pokazuje, że pokojowe współistnienie obok siebie różnych grup etnicznych, wyznawców różnych religii – ludzi posiadających korzenie w różnych kulturach – jest możliwe bez większych społecznych perturbacji.

    Nie sądzę, że to co piszę jest uleganiem tzw. politycznej poprawności, albo jakąś naiwną wiarą w utopię powszechnej szczęśliwości, która wyniknie z harmonijnego współżycia między ludźmi odmiennymi rasowo, religijnie, kulturowo – jakie niewątpliwie nastąpi, kiedy wszyscy pokochamy bliźniego swego, staniemy się wyrozumiali i tolerancyjni, zamieniając się przy tym w łagodne gołąbki. Nie, jagnię i lew mogą leżeć obok siebie błogo w mitycznym raju – ewentualnie na filmiku, jaki przekazują sobie ludzie z nudów na Facebooku – lecz w rzeczywistości nigdy nie wyeliminuje się z życia instynktu rywalizacji, pędu do władzy i gromadzenia bogactw, prób zaspokajania swoich potrzeb cudzym kosztem… Chodzi jednak o to, by te wszystkie atawizmy, namiętności i dążenia, które odziedziczyliśmy po naszych przodkach, ująć w jakieś cywilizacyjne ramy, dzięki którym będziemy właśnie bardziej przypominać ludzi, a nie zwierzęta poddane darwinistycznej presji popędów i instynktów, nad którymi nie mają one przecież żadnej rozumnej kontroli.

    Przyznaję, iż jest coś w hipokryzji w tym, że reprezentując konkretną kulturę i przyjmując wartości osiągnięte przez cywilizację, z którą się utożsamiamy, deklarujemy przy tym  równość wszystkich kultur i uznajemy, że nie można wartościować cywilizacji mówiąc, że jedna jest lepsza od drugiej. Już bowiem to, że żyjemy w obrębie „naszej” cywilizacji, akceptujemy ją i nie chcemy tak naprawdę zamienić jej na żadną inną, świadczy o tym, że w praktyce uważamy ją za lepszą. Konsekwencją tego jest, że – przynajmniej w skrytości ducha, choć wielu z nas wyraża to nieskrępowanie i jawnie – uznajemy się za kogoś lepszego, niż Arab, Murzyn, Hindus, Wietnamczyk, Chińczyk… Oczywiście, obok próby racjonalnego usprawiedliwienia tego stanu rzeczy, dochodzi tu do głosu nasz plemienny atawizm – w rozwoju cywilizacyjnym gatunku Homo sapiens każde plemię (później: naród, a w szerszej perspektywie – ludzie należący do danej kultury czy cywilizacji) zawsze uważało się za lepsze, niż każde inne. 
    Jednakże, bardziej niż poczucie własnej wyższości (które jednak jest problematyczne, stwarzając ponadto niebezpieczeństwo suprematyzmu), powinno się liczyć wzajemne poszanowanie, próba zrozumienia innej kultury (co zwykle można osiągnąć poprzez jej poznanie) – przyjęcie faktu, że różnorodność kulturowa jest czymś zupełnie normalnym i że nie da się uniknąć dywersyfikacji świata, w którym żyjemy. I że lepiej jest dostrzegać w Innym jego lepsze strony (a przy tym je wzmacniać), niż te gorsze, ponieważ wszystkim (również i nam) wyjdzie to na dobre.

    Jednak problemu jaki Europa ma z muzułmanami, czy w ogóle z tzw. „ludnością napływową”, nie można bagatelizować. Faktem jest, że coraz powszechniej społeczności europejskie zaczynają postrzegać obecność „obcych” kulturowo imigrantów jako problem właśnie. I niewątpliwie dochodzi tu do głosu stary jak świat ludzkiej cywilizacji atawizm walki o dominację (w tym przypadku: jednej kultury nad drugą). Bądź co bądź jest to fakt historyczny: zawsze w przeszłości silniejsza kultura wypierała słabszą. Przy czym nie zawsze chodziło o podbój za pomocą siły zbrojnej, ale także przy pomocy pewnych wartości, które dana kultura reprezentowała i aplikowała innym (ustrój społeczny, technika, sztuka, obyczaje…). Niekiedy przyczyniała się do tego po prostu demografia. Jeśli więc cenimy kulturę i cywilizację, z której się wywodzimy i w której żyjemy, to należy ją chronić, bo jeśli my nie zadbamy o naszą kulturę, to – pisząc brutalnie – inna kultura „zadba” o nas, a my stracimy nie tylko naszą tożsamość, ale i to, czego dorobiliśmy się cywilizacyjnie. Nie wiem, może jest to konstatacja zbyt daleko posunięta, ale tak to rozumiem – istnieją pewne granice, których nie powinno się przekroczyć, a nasza postawa winna być logiczna i konsekwentna:  jeśli cenimy takie wartości, jak demokracja, tolerancja, wolność słowa, poszanowanie innych… etc. (a wartości te są produktami Zachodu), to powinniśmy się przeciwstawić tym, którzy owych wartości nie przestrzegają (i to bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry, religię, narodowość…), a którzy zaczynają (chcą, zamierzają) wpływać na rzeczywistość (państwową, społeczną, kulturową) w jakiej żyjemy. Nasza tolerancja winna się więc kończyć tam, gdzie zderza się ona z czyjąś nietolerancją. Nie łudźmy się, że jesteśmy w stanie poszanować wartości, jakie wyznają inni, jeśli kłócą się one – albo wręcz zaprzeczają – wartościom, które przyjęliśmy my sami.

    Jak by na to nie patrzeć kraje zachodnie udzielają gościny tym, których przyjmują jako imigrantów. Nie tylko grzeczność, ale i uczciwość oraz sprawiedliwość wymagają tego, aby w domu, w którym jesteśmy gośćmi, zachowywać się tak, by nie burzyć jego spokoju, nie obrażać gospodarzy, nie lekceważyć wartości, które on ceni.* Zgadzam się, ten postulat trąci demagogią i może się wydawać trywialny, ale myślę, że dotyka on sedna imigracyjnego problemu.

    Oczywiście sprawa jest znacznie bardziej złożona, i nawet pisząc książkę nie można byłoby wyczerpać wszystkich wątków, jakie się z nią wiążą. Dość powiedzieć, że „Obcy” czy też „Inny” wcale nie musi być dla nas zagrożeniem, że warto się bronić przed ksenofobią, że trzeba zaakceptować obecność „innego”, a przede wszystkim: zawsze dostrzegać w nim człowieka.
    Nie bójmy się wpływu obcych kultur. W każdej z nich jest coś, co może nas wzbogacić. Niedobrze byłoby, gdybyśmy na imigrację zaczęli patrzeć jak na zło wcielone, a każdego imigranta traktowali jak wroga – w każdym Hindusie widzieli tylko brudasa, w każdym żydzie fałszywego kłamcę, w każdym „polaczku” złodzieja, w każdym czarnym „czarnucha”, w każdym muzułmaninie potencjalnego terrorystę… Myślę, że stać nas na coś więcej, niż mnożenie sobie bardziej lub mniej urojonych wrogów.

    Tak oto sprawa zbrodni dokonywanych przez dżihadystów w Iraku doprowadziła nas do dyskusji o zasadach naszego współżycia z „innymi”, którzy wcale nie muszą być wrogimi nam „obcymi”. To świadczy o tym, że świat w którym żyjemy przypomina system naczyń połączonych – wydarzenie w odległym zakątku globu, wzbudza w nas rezonans polemiczny, który warto zamienić w poznawczy. Bo warunkiem zrozumienia jest przecież poznanie. A im więcej wiemy, tym mniej ulegamy stereotypom i uprzedzeniom. Zwłaszcza jeśli powściągniemy przy tym nasze złe emocje i wrogość.

    I jeszcze jedno: nie zawsze winny jest „Inny”, a tym bardziej: nie zawsze „Inny” jest winny. Zwykle trudno się nam do tego przyznać, ale czasami większa wina leży po naszej stronie.

    greydot

    * Nasz lęk przed obcymi cywilizacyjnie i kulturowo „innymi” powinno temperować choćby to, że zobowiązani są oni do przestrzegania prawa i wartości konstytucyjnych (wliczając w to zasadę rozdziału religii od państwa), jakie obowiązują każdego w kraju, który ich przyjmuje. Tutaj nie ma zmiłuj, żadne tam zasłanianie się polityczną poprawnością, doraźne kalkulacje polityków czy umiłowanie „multi-kulti” nie powinno powstrzymywać nas od egzekwowania tej w sumie prostej reguły. W przeciwnym razie rzeczywiście może dojść do „rozsadzenia” naszej (zachodniej) cywilizacji od wewnątrz. A ta, które po niej nastanie, na pewno nie będzie bliższą naszemu ciału koszulą.

    .

CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?

Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski. Ostatnio, tematyka ta powróciła na prasowe łamy w związku z mającym się odbyć na najbliższej, wrześniowej sesji Zgromadzenia Ogólnego NZ, głosowaniem nad uznaniem Autonomii Palestyńskiej jako suwerennego państwa. Choć najprawdopodobniej wynik samego głosowanie w praktyce niczego istotnego nie zmieni, to jednak może się stać symbolicznym gestem zwracającym uwagę na mizerię tego, co się na Bliskim Wschodzie dzieje – na tragiczną sytuację pozbawionych swojego państwa Palestyńczyków i gordyjski węzeł z jakim próbują się uporać Izraelczycy. Na wszelki wypadek w samym Izraelu ogłoszono stan podwyższonej gotowości – jeśli nie bojowej, to takiej, która zdolna byłaby dać sobie radę z masowymi protestami i demonstracjami mogącymi przerodzić się w kolejną intifadę. Miejmy nadzieję, że do rozlewu krwi jednak nie dojdzie. A tymczasem dobrze byłoby przypomnieć sobie o co i dlaczego od ponad 60 lat walczą ze sobą Arabowie i Żydzi.

*

Żydzi i Palestyńczycy walczący ze sobą na Bliskim Wschodzie znaleźli się w tym ślepym zaułku, do którego nazbyt często wydaje się zapędzać ludzi ich atawistyczny instynkt agresji – popęd śmierci i zniszczenia. Także wola dominacji i żądza podboju, którą zawsze usprawiedliwia się własnym „żywotnym” interesem. Agresję, zwłaszcza w zderzeniu dwóch różnych kultur i religii, najmocniej wspiera fanatyzm.
Jest to tragiczną ironią, a zarazem fatalnym świadectwem wystawionym ludzkości, że właśnie w miejscu, które dla wyznawców trzech wielkich światowych religii jest święte – jako że podług nich symbolizuje ono przymierze z Bogiem i kontakt ze Stwórcą – odbywa się od tysięcy lat wzajemne mordowanie.

Nie wdając się jednak w metafizyczne dywagacje, spójrzmy trzeźwo na obecną sytuację w Izraelu i okupowanej Palestynie.
Jakie są rzeczywiste źródła toczącej się tam nieprzerwanie od wielu lat wojny? Czy istnieją jakieś perspektywy wyjścia z błędnego koła wzajemnej wendety? Kiedy skończy się nienawiść, zabijanie i odwet?

PROBLEMY Z GŁOWĄ

Jestem przekonany, iż fundamentalne przyczyny nie kończącej się wojny między Palestyńczykami a Żydami nie leżą w sporze o ziemię, a w umysłach tworzących te narody ludzi. By ustał konflikt na Bliskim Wschodzie, musi się zmienić sposób myślenia adwersarzy i zniknąć mur, jaki pojawił się w ich głowach.
Możemy więc sobie teraz wyobrazić skalę trudności w dążeniu do zaprzestania walki i wyplenienia nienawiści: wygląda to tak, jak byśmy chcieli zmienić ludzką mentalność. To dlatego niektórzy, mówiąc o szansach pokoju, wskazują na konieczność wymiany całego pokolenia, a może nawet i kilku pokoleń. Zgodnie z tą prognozą, obecna generacja pokoju na Bliskim Wschodzie się nie doczeka. Być może doczekają się jej dzieci, ewentualnie dopiero wnuki.

Niektórzy sądzą, iż wyjściem z kryzysu byłoby utworzenie niezależnego państwa palestyńskiego, przy równoczesnym zlikwidowaniu problemu milionów palestyńskich uchodźców. Lecz tego – jak pokazuje rzeczywistość – nie można dziś osiągnąć ani pokojowo, ani zbrojnie. Istny gordyjski węzeł poplątany jak zwoje mózgowe fanatycznych Żydów i Arabów.
Zakładnikami tej sytuacji są obecni liderzy obu stron. Mimo swych zdecydowanie pokojowych deklaracji, w głębi duszy w pokój nie wierzą, więc tak naprawdę do niego nie dążą. (Bowiem jak można dążyć do czegoś, w co się nie wierzy?) Jeszcze o Jaserze Arafacie mówiono, że nie chce on ani pokoju ani wojny, co tylko tę supozycję potwierdza.

Wszystko wskazuje na to, że Arabowie i Żydzi są na egzystencję obok siebie skazani. Jedynym logicznym rozwiązaniem w takiej sytuacji byłoby więc utworzenie dwu-narodowego państwa. W tej chwili jest to niemożliwe, bowiem obie strony zachowują się tak, jakby chciały zaprzeczyć racji istnienia narodu przeciwnika.
Czy będzie to możliwe w przyszłości?

UKĄSZENIE MAŁPY

W poszukiwaniu przyczyn wojny między Arabami a Żydami moglibyśmy zawędrować aż do człowieka pierwotnego, zadając pytanie: skąd mord i agresja wśród ludzi? I niewykluczone, że uświadomienie sobie tych pierwotnych źródeł podziałałoby na nas zbawiennie i oczyszczająco, bowiem racjonalizacja często bywa ulgą dla targanej sprzecznościami, pełnej nierozwiązanych konfliktów, ludzkiej psyche.
Racjonalizacją jest też spojrzenie na arabsko-żydowski kryzys z perspektywy najnowszej historii. Według tej opcji, przyczyny wojny są proste i oczywiste: podział Palestyny po wycofaniu mandatu brytyjskiego, po którym w 1948 roku doszło do proklamowania przez Żydów państwa Izrael. Państwo palestyńskie przestało istnieć, a 2/3 jego społeczeństwa zostało wykorzenione z ojczyzny. Wojsko izraelskie zajęło 94% ziemi palestyńskiej, ponad 400 wiosek arabskich zostało zrównanych z ziemią, a na miejsce wygnanych Palestyńczyków wprowadzili się Żydzi tworząc kibuce. Każde więc osiedle żydowskie powstałe po 1948 roku, zostało zbudowane na ziemi, która do tej pory była własnością Palestyńczyków.
Wsparcie jakie otrzymał (i nadal otrzymuje) Izrael od diaspory, Syjonistów, a zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych, umożliwił nie tylko przetrwanie nowego państwa (przy okazji Żydzi zdobyli nawet broń atomową), ale i wzmocnienie jego ambicji ekspansjonistycznych. Młode państwo izraelskie nie unikało agresywnej, zaborczej i nie przebierającej w środkach polityki, która zrodziła nienawiść świata arabskiego, i to zarówno do Żydów, jak i do Amerykanów.
Aktem brutalnym i łamiącym międzynarodowe prawo, było zajęcie w 1967 roku przez Izrael Zachodniego Brzegu Jordanu, Strefy Gazy i Jerozolimy. Okupacja tych terenów – wbrew rezolucji ONZ – trwa po dzień dzisiejszy a rozwój wypadków w ostatnim czasie nie wskazuje raczej na zmianę tej sytuacji.
Setki tysięcy ludzi zostało wyzutych z ziemi, wypędzonych z własnych domów. Liczba palestyńskich uchodźców rozproszonych po całym Bliskim Wschodzie sięga dziś 4 milionów. Są to społeczności pozbawione bezpieczeństwa, godnego bytu, podstawowych praw, w tym wolności.

Na jakich podstawach może więc zaistnieć stabilizacja? Dziwne wręcz byłoby, gdyby w takich warunkach istniała.
Biorąc to pod uwagę, wszelkie akcje Palestyńczyków uznać można za opór przeciw okupantowi. W takim kontekście, Żydzi mogą się wydawać nie tyle ofiarami – jak się zazwyczaj przedstawiają światu – a agresorami.
Mając to wszystko na względzie, szukanie bezpośredniego powodu wybuchu ostatniej intifady rzeczywiście nie ma większego sensu. Czy były to kamienie palestyńskich chłopców, albo może kule izraelskich żołnierzy… i kto zaatakował pierwszy? – to wszystko w istocie swej nie ma znaczenia, będąc w zasadzie tylko manifestacją nierozwiązanego konfliktu, pretekstem ujawniającym głębsze, stale obecne i rozległe przyczyny.
Ten problem inicjacji tragedii przypomina owo śmiertelne ukąszenie pewnego króla przez jego małpkę. Wówczas – a jest to fakt historyczny – zgon władcy pociągnął za sobą wojnę, w której zginęło ćwierć miliona ludzi. (Pisał o tym w swoich pamiętnikach Winston Churchill, a przypomniał jeden z numerów „The New York Review of Books”.)

Scena uchwycona przez francuskiego kamerzystę Talala Abu Rahama 30 września 2000 r. w ogarniętej drugą intifadą okupowanej strefie Gazy: podczas jednego z palestyńskich protestów, Jamal Al-Durrah wraz ze swoim 12-letni Muhammadem usiłują ukryć się przed ogniem izraelskich żołnierzy. Mimo, że byli nieuzbrojeni, nie stanowiąc żadnego zagrożenia dla strzelających żołnierzy, i mimo wołania ojca o przerwanie ognia, chłopiec został zabity a jego ojciec postrzelony w rękę, nogę, udo, miednicę i brzuch. Izraelscy żołnierze zabili też wtedy kierowcę ambulansu, który usiłował udzielić im pomocy.

BOMBA W SYNAGODZE, KARABIN W MECZECIE

Biblię nazwano najbardziej krwawą księgą świata – tyle w niej opisów wojen, morderstw, zdrad i nikczemności. Sam Jahwe z początku był nawet bogiem wojny. Koran został przekazany Muzułmanom przez proroka Mahometa – pośrednika Allaha – który zdobył Medynę środkami bynajmniej nie pokojowymi.
Ludy semickie, do jakich nota bene zaliczają się nie tylko Żydzi ale i Arabowie, od tysięcy lat żyły w rzeczywistości krwawej i brutalnej. I ten gwałt musiał znaleźć odbicie w wyznawanych przez nich religiach.

Jaką rolę w konflikcie na Bliskim Wschodzie odgrywają kwestie wyznaniowe? I czy uwikłani weń ludzie czerpią agresywną bojowość ze swoich religii?
Otóż nie przeceniałbym tego.
Owszem, w niektórych przypadkach inspiracja religijna ma wielkie znaczenie podsycając ogień walki. Lecz generalnie nie jest ona czymś decydującym. (Również mahometanie zobowiązani są przez Koran do przestrzegania takich cnót, jak np. dobroć, uczciwość i pracowitość.)

Zresztą, prawdziwa religijność w zasadzie nigdy nie jest destrukcyjna. Bardzo destrukcyjny jest natomiast fanatyzm. A ten po obu stronach przejawia się często, lecz raczej pełni on rolę instrumentalną (zagrzewając np. do walki), a nie źródłową, tzn. bywa środkiem a nie przyczyną.
To oczywiste, że linia frontu wojny między Arabami a Żydami przebiega na styku islamu i judaizmu, przez co polem bitwy stają się niekiedy synagogi i meczety. Miejscem najbardziej spornym i kluczowym, jest Świątynne Wzgórze, zwane przez Arabów Haram al-Sharif, gdzie stały kiedyś najświętsze dla żydowskich ortodoksów Pierwsza i Druga Świątynia, i skąd Mahomet został, według wierzeń muzułmańskich, zabrany na latającym rumaku do nieba.
Nie sądzę jednak, że religia jest rdzeniem tej wojny. Miejsca święte i fenomeny związane z kultem są raczej symbolami, poprzez które manifestują się antagonizmy osadzone na innych podstawach. Oczywiście, że wpisana immanentnie w islam wiara w Allaha, który rozkazuje Muzułmanom „świadczyć przeciw reszcie ludzkości” (jak to jest zapisane w samym Koranie), a nawet brać udział w dżihad, czyli Świętej Wojnie przeciw giaurom (niewiernym), nie przyczynia się raczej do pokojowej inspiracji Arabów, lecz poza fanatykami i terrorystami nie znajduje ona chyba większego odzewu.
Zaznaczmy jeszcze na koniec, że prawdziwie dobry Stwórca nie może żądać od ludzi jakiejkolwiek okrutnej ofiary. Powtarzane czasem przekonanie, że bogowie łakną krwi jest szaleńczym wymysłem biednego i ograniczonego człowieka, który poddaje się swoim atawizmom i agresywnym instynktom.

ZDERZENIE CYWILIZACJI

Palestyńczycy się buntują, ponieważ są nieszczęśliwi. Są nieszczęśliwi, ponieważ nie są wolni, tudzież mają mocne poczucie dziejącej się im krzywdy i niesprawiedliwości. Odczuwają niesprawiedliwość, jako że w każdym bliskowschodnim kraju, w którym żyją – a więc nie tylko w Izraelu, ale i we wszystkich ościennych państwach arabskich, gdzie znajdują się obozy uchodźców – są traktowani jak ludzie drugiej kategorii. Ich status państwowy jest tam nieokreślony.
Tzw. Autonomia Palestyńska jest fikcją, bowiem pod kontrolą Izraela pozostają wszystkie kluczowe sfery: od granic i dróg po zasoby wodne i energię. Nie bez znaczenia jest również korupcja jaka rozpanoszyła się w wyższych sferach palestyńskich instytucji.
Zażegnać bunty Palestyńczyków mogłaby tylko zmiana ich obecnego położenia, która zdołała by usunąć wszystkie zasadnicze przyczyny ich nieszczęścia.

Jednym z warunków pokoju – i nie odnosi się to tylko do sytuacji na Bliskim Wschodzie – jest to, by żadna grupa nie czuła się zagrożona ani zdominowana przez inne. A także to, by ludzie posiadali materialne podstawy do życia w godności; by mieli możliwość realizowania samego siebie; by chciwość nie dominowała ludzkich dążeń; wreszcie – by odrzucić przemoc jako środek służący rozwiązywaniu konfliktów.
Żaden z tych warunków nie jest na Bliskim Wschodzie spełniony.

Palestyńczycy znajdują się w fatalnej sytuacji ekonomicznej, nie mogą zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, bezrobocie jest ogromne… Mówiąc wprost: żyją oni w opłakanej nędzy, która ostro kontrastuje z położeniem materialnym większości obywateli Izraela. (Bez znaczenia w tej sytuacji jest to, czemu Żydzi zawdzięczają swój dobrobyt – pomocy z zewnątrz, czy też własnym zdolnościom oraz przemyślności w urządzaniu państwa i gospodarki.)
Wystarczy porównać dochód narodowy Izraela z tym, jaki uzyskują Palestyńczycy. Jest to odpowiednio: $100 miliardów i $4 miliardy. Roczny dochód narodowy na jednego mieszkañca wynosi więc $17 tysięcy w Izraelu i tylko $1,3 tysiąca w Palestynie. Olbrzymia jest też dysproporcja w liczebności obu armii: 135 tysięcy żołnierzy w wojsku izraelskim i 35 tysięcy w policji (bo nie jest to regularna armia) palestyńskiej. Jeśli zaś chodzi o ilość i jakość uzbrojenia – to jest to poza wszelkim porównaniem. Jakie są więc podstawy do równowagi obu sił?

Wielką szansą byłby równomierny rozwój ekonomiczny regionu. Oby tak ludzie zajęli się handlem, przemysłem i gospodarką, a nie sporami terytorialno-granicznymi; gdyby tak powstrzymali się od odwetu i wyzbyli nienawiści, prowadząc równorzędny dialog. Tylko jak to osiągnąć bez żadnych ustępstw, gdy nie ma równości i gdy króluje zaciekłość?
Prezydent Szymon Peres, (również wieloletni minister spraw zagranicznych Izraela) – człowiek, z którego opinią wszyscy się liczą – stwierdził swego czasu, że konflikt palestyńsko-izraelski jest zderzeniem cywilizacji, ale bynajmniej nie religijnych, a raczej świata biednego i zacofanego ze światem bogatym i rozwiniętym. Proponował on skoncentrowanie się na reformach rynkowych, rozwoju technologicznym, gospodarczym postępie. Lecz to słowa, które jak na razie pozostają bez konsekwencji; słowa, które niczego nie rozwiązują… No i łatwo je wypowiadać, bo nic nie kosztują. A w świecie arabskim wzbudzają nawet pewien niepokój, gdyż odbierane są jako dążenie do ekonomicznej hegemonii Izraela na Bliskim Wschodzie; dominacji, która oznacza wyzysk, a więc pogłębianie się materialnej nierówności.
Kolejne błędne koło.

KIEDY GINĄ DZIECI

Palestyńczycy mają prawo do własnego suwerennego państwa, a więc i do walki o niepodległość. Jednak prawdziwą hańbą i antyhumanitarnym skandalem jest uwikłanie w ten morderczy konflikt dzieci, których od wybuchu ostatniego powstania zginęło parę tysięcy. Arabowie ten udział nieletnich w wojnie usprawiedliwiają, a sam Arafat nazwał ponoć walczących chłopców „małymi generałami”.
Młodzież arabska nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, stąd ich desperacja, która w ekstremalnych przypadkach sprowadza się do poświęcania własnego życia – do pragnienia zostania „męczennikiem”. W ten sposób karmi się fanatyzm. A ten jest niczym innym jak odbiciem narcyzmu grupy, która czuje się zdegradowana, prześladowana i poniżona.
Warto w tym miejscu podkreślić, że niedopuszczalne jest tu także usprawiedliwianie terroryzmu – zamachów, w których giną niewinni i przypadkowi ludzie; wysadzanie w powietrze autobusów z cywilami i tym podobne zbrodnicze akty.

Gwoli historycznej ścisłości, trzeba tu zaznaczyć, że terroryzm był zapoczątkowany w Palestynie w latach 20. i 30. XX wieku przez Syjonistów, którzy urządzali masakry na arabskich rynkach i podkładaniem bomb nękali Brytyjczyków, by przyśpieszyć ich wycofanie się z Palestyny.
Dzisiaj, dla Palestyńczyków, wymierzone w Żydów zamachy bombowe wydają się być jedyną dostępną bronią słabych i uciśnionych. Samobójcza desperacja postrzegana jest jako środek mogący dorównać skuteczności zniszczeń dokonywanych przez uzbrojoną po zęby izraelską armię – czołgi, helikoptery czy też używane do morderczych ataków amerykańskie myśliwce F-16.

Jest sporo prawdy w słowach Goldy Meir, która zapytana o to, kiedy między dwoma narodami nastanie pokój, odpowiedziała: „Kiedy będą bardziej swoje dzieci kochać, niż nas nienawidzić”. To samo można powiedzieć Żydom: nie zapanuje u was pokój, dopóki interesy własne i zaborczość będzie stawiana wyżej niż życie człowieka i uznanie ludzkiej godności waszych sąsiadów.

Ciała Izraelczyków zabitych przez bojowników Hamasu we wrześniu 2010 roku na Zachodnim Brzegu Jordanu (Photo: Baz Ratner/Reuters)

*

SAMI TWORZYMY RZECZYWISTOŚĆ

Lobby żydowskie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, usilnie propaguje pro-izraelski punkt widzenia. Stąd wynika stronniczość wielu amerykańskich środków masowego przekazu w przedstawianiu konfliktu między Arabami a Żydami. Docenia się tu znaczenie „drugiej władzy”: wygrana bitwa w mediach oznaczać może wygraną wojnę na Bliskim Wschodzie.
Mimo, że zdecydowana większość z nas nie ma żadnego wpływu na tę sytuację, to jednak warto jest określić naszą wobec niej postawę. Jeśli bowiem uznamy i zgodzimy się z tym, że światem rządzi przede wszystkim siła i pieniądz – to nie mamy żadnych moralnych podstaw do krytykowania Izraela, jego dążeń i poczynań.
Czy chcielibyśmy przystać na dyktaturę siły i pieniądza? Czy nie powinny ponad tym wszystkim stanąć wartości wyższe, takie choćby jak wolność, sprawiedliwość czy ludzkie życie? Warto sobie uzmysłowić, iż to co się wybierze, ma jednak ogromne znaczenie, gdyż zdolne jest konstytuować naszą rzeczywistość.
Taki mamy świat i taką cywilizację, na jaką sobie zasługujemy… tworząc własną hierarchię wartości.

MEMENTO (PO PROSTU I BEZ PATOSU)

Jeśli istnieć ma cywilizacyjny postęp wyrażający dążenie człowieka do nieagresywnego rozwiązywania międzynarodowych sporów i konfliktów, musi dojść do consensusu wysoko rozwiniętych państw świata, polegającego na konsekwentnym przestrzeganiu międzynarodowych umów i norm odrzucających przemoc. W imię tego postępu powojenny świat Zachodu nie może dziś – mimo swej agresywnej przeszłości i kolonizacyjnych grzechów – akceptować siłowej ekspansji terytorialnej jakiegokolwiek państwa, gdyż oznaczałoby to legitymizację przemocy, jako funkcjonującego do dzisiaj sposobu podporządkowywania sobie słabszych przez silniejszych, czyli przyzwolenie na dominację wykorzystującą gwałt i przemoc.
A na to, w XXI wieku, cywilizowana i dysponująca nieograniczonymi środkami zniszczenia ludzkość, nie może sobie pozwolić… Jeśli oczywiście chcemy jeszcze przez jakiś czas egzystować na tej planecie.

*  *  *

Powyższy artykuł napisałem w czasie, kiedy w Palestynie trwała tzw. druga intifada. Opublikowany on został na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego” w dniu 8 czerwca 2001 r. Tu warto wspomnieć o pewnym znaczącym incydencie, kiedy to w „Dz. Zw.” pojawił się mój tekst o Arielu Sharonie („Jastrząb z gałązką oliwną w dziobie”), krytykujący ówczesne (i wcześniejsze), graniczące ze zbrodnią wojenną, poczynania tego polityka i wojskowego, którego laureat nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez określił kiedyś mianem „zawodowego mordercy”. Wydawcą „Dz. Zw.” jest Związek Narodowy Polski, którego prezesem był wówczas Edward Moskal. Otóż Moskal, pełniący także funkcję prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, mając zaproszenie do Waszyngtonu na jedną z sesji amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa, po przybyciu na miejsce został powiadomiony, że jednak jest personą non grata. Było oczywiste, że przyczyną zamknięcia waszyngtońskich drzwi przed nosem Moskala, był wspomniany artykuł o Sharonie, który ukazał się w wydaniu weekendowym „Dz. Zw.” dzień wcześniej.

Konflikt na Bliskim Wschodzie jest tematem, który zawsze mnie bulwersował i obok którego nigdy nie mogłem przejść obojętnie (jak zresztą obok wszystkiego, co dotyczy ludzkiej agresji i ludobójstwa). Tak więc, kiedy podczas mojego pobytu na Kostaryce parę lat temu dotarły do mnie wieści o akcji izraelskiej armii „Płynny Ołów” w strefie Gazy, to musiałem wyrzucić z siebie myśli, które wówczas cisnęły mi się do głowy. Część notatek, jakie wtedy powstały, pozwalam sobie przedstawić poniżej.

*

Podczas trwającej trzy tygodnie operacji wojska izraelskiego w Gazie zwanej „Płynny Ołów”, zabito około 1400 Palestyńczyków (Photo: NBI)

*

SZOK NAD PACUARE

Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce – w bez wątpienia jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dolegliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.

REFLEKSJE W DŻUNGLI

Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie „Jądra ciemności”, „Czasu Apokalipsy”, obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko – metaforycznych czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów.
Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.

ZBRODNIA

Nie mam wątpliwości co do tego, że w Gazie odbywa się właśnie – i to na naszych oczach – zbiorowy mord.
Jest to tragiczne w kilku wymiarach.
Po pierwsze – w wymiarze humanitarnym i eschatologicznym: to niewyobrażalne cierpienie umierających w tej chwili ludzi. Ludzi umierających najgorszym rodzajem śmierci – w bólu, opuszczeniu i braku godności.
Po drugie – dzieje się to wszystko przy obojętności (choć również i bezsilności) tzw. cywilizowanego świata, chlubiącego się wartościami kultury judeo-chrześcijańskiej, który, niestety, czasem wydaje się być również jakimś (po)tworem z gębą pełną humanitarnych frazesów.
Po trzecie – wszystko to oddala pokój na Bliskim Wschodzie, będąc kolejną kontrybucją składaną, wymyślonym zresztą przez nas, bogom wojny.
A wyrażając się inaczej: te akty gwałtu cofają nas w ewolucyjnym postępie ludzkości dążącej ku rzeczywistości bez wojen i masowego ludobójstwa – ku cywilizacji, w której brutalna przemoc będzie niczym innym jak szczątkowym, niemalże kopalnym, atawizmem. (Ale czy taka kiedykolwiek nastąpi?)

OKO ZA OKO ?

Uderza mnie pewna oczywistość, która, jak widzę, nie jest oczywistością w zachodnim świecie mediów, zwłaszcza amerykańskich: agresja Izraela, impet uderzenia i użyte środki w ataku na Gazę są niewspółmierne zarówno do odniesionych przez Izrael strat, jak i do rzeczywistego zagrożenia ze strony Palestyńczyków, a konkretnie – w tym przypadku – organizacji Hamas.
Weźmy tylko pod uwagę to jedno zestawienie: w ciągu 8 lat palestyńskie rakiety spowodowały śmierć około 18 Żydów. W tym czasie izraelskie naloty bombowe zabiły około 1290 Palestyńczyków. Do tej ostatniej liczby trzeba jeszcze teraz dodać ponad 900 śmiertelnych ofiar, jakie ponieśli Palestyńczycy tylko w ciągu ostatnich paru tygodni po rozpoczęciu bombardowań i wkroczeniu wojsk izraelskich do Gazy. (Avi Shlaim, jeden z profesorów Oxfordu, sam będący Żydem, który w latach 60-tych służył w izraelskiej armii, uznał to za korupcję biblijnej zasady, używając określenia: „oko za rzęsę” .)
Już nie piszę o dysproporcji użytej broni: chałupniczo wyprodukowane rakiety Hamasu vs. super nowoczesny sprzęt izraelskiej armii.

CYNIZM I UROJENIA

Nie znoszę wszelkiej propagandy, zaś szczególnie obrzydliwa jest dla mnie propaganda wojenna – te wszystkie kłamstwa i manipulacje w rzeczywistości, w której usprawiedliwia się gwałt i zabijanie.
Dzięki temu żadna ze stron nie ma prawdziwego obrazu wydarzeń; dzięki temu każda ze stron może działać według własnego planu, posiłkując się bardziej lub mniej urojonymi przesłankami.
Dzięki temu istnieje przyzwolenie na mord.

(Całość można przeczytać TUTAJ.)

*  *  *

Gwoli uzupełnienia, pozwolę sobie jeszcze dodać kilka zdań, które napisałem w styczniu 2009 roku, kiedy napad wojsk izraelskich na Palestynę był w toku:

– Prawdziwy obraz tego, co się dzieje teraz w Gazie jest zakryty, nie tylko ze względu na blokadę, jaką zastosował Izrael wobec zagranicznych dziennikarzy i korespondentów, ale również na manipulacje jakie stosują media i politycy poszczególnych krajów.
Swoją drogą to skandal: jakim prawem można zabronić komuś wstępu na terytorium obcego państwa?
Jak myślicie: dlaczego Izrael nie chce mieć świadków tego, co się dzieje obecnie w Gazie?

– Cel, jaki sobie postawili (oficjalnie) izraelscy wojskowi (przerwać obstrzał terytorium Izraela przez rakiety Hamas, fizyczna likwidacja członków organizacji), jest nierealny do wykonania. Skutek będzie przeciwny do zamierzonego: agresja izraelska w strefie Gazy doprowadzi jedynie do eskalacji przemocy w rejonie – do wzrostu nienawiści w świecie arabskim wobec Żydów. Nie mogę tego tłumaczyć inaczej, jak militarystyczną głupotą. (…)

– Bush zachował się tak, jak przewidywałem, racząc wszystkich nic nie mówiącym frazesem, że „rakiety muszą przestać spadać na Izrael” i że „wszystko zależy od Hamasu”. (Nieraz się zastanawiałem: ile w podobnych wypowiedziach Busha jest cynizmu, a na ile wynikają one z niemożliwości ogarnięcia przez niego prawdziwego obrazu rzeczywistości i w konsekwencji – pławienia się w świecie urojonym.) Obama wypowiada się ostrożnie (…).

*  *  *

Ofiary izraelskiej agresji na Gazę w styczniu 2009 r. (Photo: NBI)

*