OSTATNIA RODZINA

.

Karykaturalny portret rodzinny we wnętrzu - Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik i Aleksandra Konieczna w Ostatniej rodzinie

Karykaturalny portret rodzinny we wnętrzu – Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik i Aleksandra Konieczna w Ostatniej rodzinie

.

      Robert Bolesto, autor scenariusza Ostatniej rodziny w jednym z wywiadów powiedział: „Zanurzyłem się w ich życiu, wszedłem do ich domu i pomyślałem: ‘Kurczę, to byli pogodni ludzie, a nie żadne potwory’. Mieli niezwykłe poczucie humoru, rozmawiali ze sobą szczerze i o wszystkim. Wyjątkowość tej rodziny nie polega na tym, że była bardzo dziwna, tylko na tym, że tak bardzo się kochała. Znam naprawdę niewiele podobnych domów – nie wyłączając własnego – w których rodzice poświęcaliby dzieciom tyle uwagi.”
A ja się teraz zastanawiam: dlaczego więc pokazał nam portret takiej rodziny w sposób tak bardzo karykaturalny, czyniąc z niej panopticum dziwaków – z postaciami ojca i syna, którzy rywalizowali ze sobą w psychicznym pokręceniu, bo na pewno nie we wzajemnej miłości.
No i gdzie się podziała ta pogoda? Bo na pewno nie było jej w neurotycznych konwulsjach filmowego Tomasza opętanego obsesją śmierci, ani na topornym, znaczonym grymasami obliczu nękanego fobiami Zdzisława (o jego mrocznym, apokaliptycznym malarstwie nie wspominając); ani tym bardziej we frasobliwości Zofii – ich żony i matki, jedynej „normalnie” zachowującej się postaci w filmie.

      Byłoby mi znacznie łatwiej ocenić ten film, gdyby nie jednoznaczne odwołanie się jego twórców do rodziny Beksińskich i zaznaczenie, iż opiera się on na wydarzeniach rzeczywistych. Siłą rzeczy nie można w takim przypadku uniknąć odniesienia do konkretnych ludzi, którzy stali się osobami publicznymi a na dodatek pozostawili po sobie wiele śladów – również świadectwa tych, którzy Beksińskich znali osobiście.
Gdyż abstrahując od rzeczywistych postaci, Ostatnia rodzina Jana P. Matuszyńskiego jest filmem naprawdę dobrym, świetnie zrealizowanym (nie będę tu powtarzał tych wszystkich peanów ani powielał entuzjazmu krytyków zachwyconych filmem, który nota bene zdobył Złote Lwy na ostatnim Festiwalu w Gdyni) i znakomicie zagranym (zwłaszcza Andrzejowi Sewerynowi należał się ten deszcz pochwał, jaki spadł na niego w związku z jego wystąpieniem w roli malarza). Jako karykatura, a nawet groteska, film ten sprawdza się przykładnie, ale jako obraz biograficzny – to już nie za bardzo.
I nie mam tu na myśli tego, że dziedziny, w których spełniali się obaj Beksińscy – dla Zdzisława było to malarstwo, dla Tomka translatorstwo i muzyka rockowa – zostały niejako w filmie odsunięte na plan dalszy. Bo to była chyba dość rozumna i sensowna decyzja, jeśli chciało się pokazać tych ludzi przede wszystkim w ich relacjach rodzinnych (sam to wyraziłem na spotkaniu z Sewerynem, które odbyło się po projekcji – i aktor mi przytaknął). Jednakże sposób ukazania tych relacji – i sama karykaturyzacja postaci – były już moim zdaniem mniej fortunne i zasadne są chyba stwierdzenia tych, którzy Beksińskich znali i uznali, że film jest dla nich – a zwłaszcza dla Tomka – krzywdzący.

      Kreacja Seweryna – sama w sobie rewelacyjna, bo wypracowana autonomicznie (ekranowy Zdzisław staje się nowym, spójnym charakterologicznie człowiekiem) – nie oddaje według mnie tego, co siedziało w głowie prawdziwego Beksińskiego – wraz z jego intelektualną kulturą, wiedzą i osobowością par excellence twórczą. Niestety, ja na ekranie zobaczyłem lekko zbzikowanego safandułę i zupełnie nieprawdopodobne wydało mi się, by taki człowiek stworzył obrazy, które znałem – z ich niesamowitością, wyrafinowaniem i estetyczną znakomitością. Więcej czasu twórcy filmu poświęcili jego maniakalnemu i dziwacznemu hobby filmowania wszystkiego, co się rusza (i nie rusza), niż temu co stanowiło jednak jądro jego artystycznej osobowości – a było nim malarstwo. Może to właśnie dlatego, równie nieprzekonujące wydały mi się jego zachowania rodzinne – zwłaszcza w kontekście odtworzenia rzeczywistej postaci i zakorzenienia w realnym świecie rodziny Beksińskich. (Jednakże, nie obwiniałbym za to aktora, tylko ewentualnie scenariusz.)

      W jeszcze większym stopniu raził mnie pod tym względem ekranowy Tomek, choć paradoksalnie grę Ogrodnika uznać można za wybitną – więc z drugiej strony dostarczyła mi ona pewnej satysfakcji. Jako neurotyk i histeryk Ogrodnik był świetny, jednak jego przerysowanie i nadmierna ekspresja pozbawiały postać Tomka tego, co było jednym z głównych rysów jego osobowości, a mianowicie poczucie humoru i pewien romantyzm. Poza tym mało wiarygodne wydało mi się to, że ktoś tak niezrównoważony, może prowadzić na żywo audycje radiowe, stając się jednym z najbardziej lubianych prezenterów muzycznych – i zjednując sobie przy tym całe rzesze znajomych, fanów i przyjaciół.

      Szerokim echem odbiła się opinia znanego dziennikarza muzycznego Wiesława Weissa, którą pozwolę sobie tutaj (we fragmentach) przytoczyć: „Znałem Tomka dwadzieścia lat, ale nigdy nie widziałem takiego Tomka, jakiego pokazali (w filmie) NIGDY! Tomek nie wyrzucał telewizorów przez okno, nie rozwalał szafek kuchennych, nie rozbijał butelek o ściany. Tomek nie bił nikogo pejczem i sam nie był przez nikogo bity pejczem. Tomek nie był żałosnym samotnikiem skazanym tylko na rodziców i przypadkowe panny, których nie potrafił zadowolić. Tomek nie był człowiekiem jednowymiarowym, którego można zagrać na jednej nucie. Tomek nie był świrem i półgłówkiem, a taką postać WYMYŚLILI panowie Bolesto, Matuszyński i Ogrodnik i nazwali ją Tomasz Beksiński. Bo co? Bo jeśli ktoś nie żyje, można wszystko? (…) Poznałem Dawida Ogrodnika, kiedy pracował nad Ostatnią rodziną. Opowiadał mi ciekawie, jak zbierał informacje o Tomku. A w pewnej chwili zaczął nienachalnie go podgrywać, co było naprawdę wzruszające. Zapewniał, że film pokaże go uczciwie. Kłamał. Film nie pokazał go uczciwie. Także dlatego, że Dawid Ogrodnik nie zagrał w nim Tomka. Nawet nie próbował w jakiś sposób zniuansować swojego bohatera. W najbardziej prymitywny sposób go zmałpował. Przerysował jego gesty, tworząc żałosną karykaturę. (…) Ktoś powie: Tomek był przecież cholerykiem. Wybuchał. Wściekał się. Owszem, ale naprawdę nie wybuchał w tak malowniczy sposób. I nie składał się z prawie samych wybuchów – jak w filmie Ostatnia rodzina. Był delikatnym, subtelnym, wrażliwym człowiekiem. Ale żeby pokazać delikatnego, subtelnego, wrażliwego człowieka, trzeba samemu mieć w sobie choć odrobinę wrażliwości.”
Daruję sobie tutaj epitety w rodzaju „podły”, „nikczemny”, „nieuczciwy” – jakimi obdzielił film i jego twórców Weiss – bo uważam że są przesadzone i niesprawiedliwe. Jednakże jest coś na rzeczy, bo na podobne opinie trafiłem kilkakrotnie – a ich wyrazicielami były osoby, które Tomasza Beksińskiego osobiście znały. (Nieprawdą więc jest – jak stwierdził na spotkaniu z publicznością Seweryn – że głos Weissa był odosobniony.) Był on również dobrym znajomym mojego przyjaciela – z okresu jego studiów w Rzeszowie. Dzięki temu pewnego razu sam zetknąłem się z Tomkiem, jednak nie było to chyba dla mnie jakieś wielkie przeżycie, bo niewiele z tego spotkania pamiętam. Pamiętam jednak audycje Tomka w trójce – bo sam byłem wówczas fanem zarówno tej stacji, jak i rocka, który prezentował tam z pasją i fantazją Beksiński. I lubiłem tych audycji słuchać.

      Oczywiście można się tutaj przerzucać argumentami, że przecież twórcom filmu przysługuje licentia poetica – że mogą interpretować fakty zgodnie z własną koncepcją artystyczną dzieła, jednakże w przypadku, gdy na kanwę biorą realne postaci, muszą się liczyć z odniesieniem tego do rzeczywistości – do wiedzy, oczekiwań i wyobrażeń tych, których obchodzi tzw. „prawda” o konkretnym człowieku, zwłaszcza o człowieku, który nie jest (nie był) im obojętny. I bynajmniej nie chodzi to idealizowanie, lukier i czołobitność, a o uczciwe zadośćuczynienie temu, co stanowiło istotę człowieka – w całej jego złożoności. W przeciwnym razie pozostanie tylko karton i karykatura – krzywe zwierciadło rzeczywistości – obraz, który może razić.

      Wiem, że dla równowagi powinienem teraz napisać coś o zaletach Ostatniej rodziny – o tym, co w tym filmie mnie się spodobało, a miejscami wręcz porwało – jednak, jak już wspomniałem, zebrał on już tyle pochlebnych opinii tudzież tak wielkie splendory na niego spłynęły – że doprawdy moje superlatywy niewiele więcej do tego obrazu chwały by wniosły.

*  *  *

Nota: film zaprezentowany w ramach rozpoczętego właśnie w Chicago 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

Reklamy

MIŁOŚĆ W CZASACH DONOSÓW („Różyczka”)

*

Miłość, zdrada i polityka. (Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn w filmie Jana Kidawy-Błońskiego "Różyczka".)

*
*  *  *
Czy od filmu Kidawy-Błońskiego można oczekiwać tego, by oddawał tzw. prawdę (zarówno tę „namacalną” – fizyczną, jak i psychologiczną) o rzeczywistych ludziach, do których życia nawiązuje? (A należy tu wspomnieć, że scenariusz dość dokładnie opiera się na autentycznej historii Pawła Jasienicy i jego żony Zofii Beynar-O’Bretenny, agentki Służby Bezpieczeństwa, którą to panią sama „bezpieka” wepchała do łóżka pisarza, a która jeszcze z pogrzebu swego męża napisała gorliwy raport dla SB.)
Cóż… mam co do tego pewne wątpliwości. I to nie dlatego, że odtwórcy głównych ról, czyli Magdalena Boczarska i Andrzej Seweryn zupełnie nie przypominają aparycją tamtej pary, a obraz jest bardziej żywy i kolorowy, niż ówczesne peerelowskie scenerie. Głównym powodem jest to, że „Różyczka” to po prostu serwujący nam fikcję film rozrywkowy, należący do głównego nurtu kina popularnego. Wydaje mi się, że Kidawa-Błoński doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nalega (tak, jak to zrobił po projekcji, na spotkaniu z chicagowską publicznością), by jego filmowej opowieści nie wiązać raczej z osobami Jasienicy i jego żony.
Napisawszy, że „Różyczka” to kino popularne i w zasadzie nic więcej, muszę przyznać zarazem, iż jest to film zrealizowany bardzo sprawnie, by nie napisać znakomicie, a tym samym mogący dostarczyć widzowi sporej satysfakcji.
A jednak zastrzeżenia twórców filmu by nie widzieć w „Różyczce” historii konkretnych, znanych z imienia i nazwiska ludzi, którzy istnieli naprawdę, brzmią dwuznacznie, ponieważ – z drugiej strony – roszczą sobie oni pretensje do tego, by „Różyczkę” traktować jako studium odzwierciedlające „prawdę” o czasach, do których film nawiązuje (a więc PRL-owską rzeczywistość drugiej połowy lat 60-tych, ze szczególnym nawiązaniem do Marca ’68) – co np. widoczne jest w wykorzystaniu zdjęć i dokumentalnych „migawek” z tamtego okresu.
Niewątpliwie ich intencją było również to, abyśmy i na filmowych bohaterów, mimo iż fikcyjnych, patrzyli jak na ludzi z krwi i kości, dostrzegając przy tym całą ich psychologiczną złożoność.
Być może ta ambiwalencja wynika już z samej istoty każdego dzieła sztuki (w tym i dzieła filmowego), które za pomocą „kłamstwa” fikcji, chce przedstawić „prawdę” rzeczywistości?
Ale, ale… zostawmy tu tak wielkie słowa, jak „sztuka” i „dzieło” i zajmijmy się bliżej „Różyczką”.
*  *  *

Czy esbek może mieć duszę? Robert Więckiewicz w roli "prowadzącego" TW "Różyczkę" kapitana SB.

Trzeba przyznać, że film ten żyje dzięki bardzo dobrej reżyserii, świetnie napisanemu scenariuszowi, ale przede wszystkim – dzięki wyrazistej grze aktorskiej, zwłaszcza Roberta Więckiewicza (odtwarzającego rolę oficera „bezpieki” Romana Rożka), który niejako „kradnie” cały ten filmowy show.
W centrum uwagi leży jednak sama Kamila (pseudonim „Różyczka”) i jej związek z pisarzem Adamem Warczewskim, którego ma ona za zadanie uwieść, inwigilować i oczywiście składać na niego raporty do SB. Problem w tym, że mimo iż Kamila jest dziewczyną Rożka, (może się wydawać, że jednak wiąże go z nią coś więcej niż seks) to wchodzi ona w coraz bardziej intymny związek z Warczewskim, który z czasem staje się dla niej nie tylko mentorem, ale i kochankiem, a wreszcie i mężem.
To prawda, że Kamila na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia wybitnie sprawnej intelektualistki, zdającej sobie sprawę z politycznej gry jaka wokół niej się rozgrywa. Ma ona jednak tę zaletę, że obdarzona jest niezwykle ponętnym ciałem, któremu nie może się oprzeć nawet taki tytan erudycji, myśli i społecznego morale, jak Warczewski. Powiedzieć jednak, że Kamila jest pustą idiotką a nawet zwykłą k…ą (jak co poniektórzy ją w filmie nazywają) byłoby mimo wszystko zbyt daleko idącym uproszczeniem. Bo „Różyczka” z czasem zdobywa także i naszą przychylność, a nawet sympatię. Widzimy jak dziewczyna coraz bardziej przywiązuje się do (starszego przecież od niej o całe pokolenie) mężczyzny, jak stopniowo uświadamia sobie wagę – tak, nie bójmy się tego jakże niemodnego dziś słowa – ideałów, które on reprezentuje i wyznaje… jak staje się ona po prostu pełniejszym i bardziej świadomym (siebie i innych ludzi) człowiekiem.
Także w samym Warczewskim, mimo że uroda Kamili jest dla niego punktem wyjścia do nawiązania z nią bliższych (hm…) stosunków, zaczyna się rodzić głębsze uczucie, w które nawet jesteśmy skłonni uwierzyć (również za sprawą świetnej, jak zwykle zresztą, kreacji Seweryna). Koniec końców dostrzegamy, że… tak, tak, nie zżymajmy się na tę konstatację – zaczyna w tym wszystkim chodzić o prawdziwą miłość.
*  *  *

Polityka wchodząca ludziom do łóżka - jeden z wielu perfidnych tricków sytemu totalnej kontroli

No ale co z tym Rożkiem?
To prawda, biorąc pod uwagę sposób, w jaki przedstawia go scenariusz, wydać się on nam może zwykłym palantem, gburem, brutalem i służalczym wobec systemu pionkiem, to w interpretacji Więckiewicza postać ta nabiera niespodziewanej głębi. Może właśnie dlatego odczułem naturalny odruch sprzeciwu, kiedy sam Kidawa-Błoński nazwał Rożka „prymitywem”. Być może Rożek to prymityw, ale dzięki Więckiewiczowi zaczynamy wierzyć w to, że „zdrada” Kamili staje się dla niego osobistą tragedią.
Mimo tego, że lata 60-te kojarzą się większości pamiętających je Polaków z peerelowską siermiężnością i szarością, to „Różyczka” ową szarość przełamuje okazując się filmem (dosłownie i w przenośni) barwnym, przykuwającym uwagę i mimo swojej skłonności do melodramatyzmu, zasługującym na bardziej pogłębioną analizę. To, po „Rewersie” Lankosza, drugi ważny w polskim kinie obraz ukazujący rzeczywistość nie tak dawnego okresu w historii naszego kraju, bez świadomości której niemożliwe wydaje się być zrozumienie tego wszystkiego, co dzieje się obecnie w Polsce .
* * *

Fikcja i rzeczywistość: żona Pawła Jasienicy Zofia Beynar-O'Bretenny oraz Magda Boczarska jako filmowa "Różyczka"

Przy okazji tego filmu odżyła w naszym kraju bulwersująca sprawa Pawła Jasienicy i donoszącej na niego żony. Wielu z nas nie mogło się pomieścić w głowie, jak można pisać donosy na kogoś, z kim dzieli się najbardziej intymne momenty swojego życia, kto jest tą naszą „drugą połówką”; wreszcie po kimś, kto  jest ostatnią osobą, po której moglibyśmy się spodziewać, że będzie naszym politycznym wrogiem, wydającym nas na pastwę represyjnego systemu.
Zostawiając na boku fikcję, zastanowiłem się nad tym, jak to jest możliwe z psychologicznego punktu widzenia. Siłą rzeczy, aby temu podołać, należało zwrócić uwagę na samą „bohaterkę” naszego skandalu, czyli żonę Jasienicy, Zofię Beynar-O’Bretenny. A tutaj możemy tylko polegać na świadectwach ludzi, którzy ją znali, a i tak nie do końca, bo przecież to, kim jesteśmy naprawdę, nie pokrywa się raczej z tym, jak nas widzą inni. Czyżby więc pozostawały tylko domysły?
Cezary Łazarewicz w swoim, opublikowanym w „Polityce” artykule pt. „Nesia doniesie wszystko. Podwójne życie żony Jasienicy”, przytacza opinie tych, którzy się z tą kobietą zetknęli osobiście.
Oto, co pisał o niej np. Stefan Kisielewski: Jest to osoba wyszczekana, inteligentna, bywała, jeszcze »akówka«, ale coś mi za mądra.
Wydaje mi się, że owo „coś mi za mądra” należy brać jednak z przekąsem, bo szczególnej bystrości w Nesi raczej nikt nie zauważał. Ot, choćby jej znajoma Marta Miklaszewska: Miała bardzo dużo wdzięku i była niezwykle towarzyska. Ale żaden intelekt to nie był. Po półgodzinnej rozmowie stawała się już bardzo nudna, bo okazywało się, że nic nie wie i niczym się nie interesuje, poza sukienkami, zagranicznymi wycieczkami i ploteczkami.
Natomiast „prowadzący” ją, (jako TW „Ewa-Max”) kapitan SB Adam G. wyraził się o niej bez ogródek: O Ewie myślałem: a to kurwa, i jednocześnie zacierałem ręce. Ona robiła więcej, niż do niej należało. Pokazywała mi prywatne listy, zanim ją o to poprosiłem.
Należy dodać, że to właśnie jemu Zofia Beynar-O’Bretenny zadedykowała swoją, wydaną (pod pseudonimem Zofia Darowska) w 1970 roku książkę zatytułowaną „Tajemnica piastowskich orłów”, napisaną niewątpliwie przy wydatnej pomocy Pawła Jasienicy, u boku którego w końcu ją pochowano.
No cóż… trudno jest jednak połapać się w tej love story alla polacca.
*  *  *

Pogrzeb Pawła Jasienicy w 1969 roku (Zofia Beynar-O'Bretenny stoi pierwsza z prawej). U góry: Paweł Jasienica w swojej bibliotece oraz Zofia Beynar-O'Bretenny (zdjęcie zrobione podczas pogrzebu męża).

*