JAK SIĘ WIDZĄ, TAK SIĘ MALUJĄ – AUTOPORTRET W MALARSTWIE

*

*

1.

Na ile nasza skóra jest zrośnięta z naszą tożsamością?
Kim byśmy się stali gdyby przeszczepiono nam twarz innego człowieka? (O ile dobrze sobie przypominam, podobnej operacji dokonano niedawno we Francji… lecz chodziło chyba tylko o nos i podbródek).

Nasze przywiązanie do zewnętrznej powłoki jest totalne. Wręcz utożsamiamy z nią całe nasze jestestwo. Stąd niewątpliwy szok jaki wywołałaby podobna transformacja, gdybyśmy nagle obudzili się z inną twarzą.
Czy możemy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ludzie mogli zmieniać twarze jak rękawiczki?
Jaki to miałoby wpływ na ich osobowość? Na międzyludzkie relacje?
Trudno byłoby uniknąć dezorientacji związanej z rozchwianiem się tożsamości, jakie niewątpliwie by to za sobą pociągnęło.

* * *
Bez wstrząsu możemy akceptować tylko te zmiany w naszej aparycji (sylwetka, twarz), do których przyzwyczajamy się stopniowo. Wtedy nasza psychika może nadążyć za zmieniającą się fizycznością ciała – mamy czas na przebudowanie naszej, sprzężonej niejako z wiekiem, tożsamości.
Wyobraźmy sobie jednak, że idziemy spać z obliczem 20-latka, a kiedy się budzimy następnego dnia rano, w lustrze widzimy twarz 80-letniego człowieka.
Powodem doświadczonego przez nas wówczas horrendum nie byłby stracony czas, a zmiana, jakiej uległoby nasze oblicze i ciało.
Całe nasze życie przygotowuje nas do tej przemiany. Każda zmarszczka na naszym czole ma swoje miejsce w harmonogramie naszego trwania i przemijania.

* * *
Twarz dziecka jest obietnicą, nadzieją, prawdą, szczerością, spontanicznością, zapowiedzią nowego życia… Dlatego wzbudza w nas przeważnie pozytywne uczucia – często czułość, a nawet radość. Nie ma jeszcze na niej znamion mijającego czasu. Zmiany bardziej przypominają rozkwitanie.

Twarz wieku dojrzałego jest chyba najbliższa temu naszemu kardynalnemu „Ja” – naszej pełnej tożsamości, istotności, w pełni ukształtowanej już osobowości. Z satysfakcją jeszcze spoglądamy w lustro – jesteśmy w pełni sił, świat ciągle należy do nas.

Starość patrzy już na siebie częściej z melancholią, lecz słabnięcie sił życiowych może rekompensować sobie własną mądrością, doświadczeniem, a jeśli ma się za sobą udane życie – poczuciem spełnienia.
Czas jednak dokonuje gwałtu na naszych ciałach – skóra wiotczeje, marszczy się, zanikają mięśnie, kości stają się kruche; ciało człowieka jakby rozpada się za życia – przychodzi niedołężność, drżenie, zmęczenie…

Kiedy byłem dzieckiem, stare twarze wydawały mi się brzydkie, patrzyłem na nie tak, jakby należały do ludzi innego rodzaju – z jakiegoś innego świata.
Teraz jednak widzę je inaczej. Bardzo często wydają mi się piękne, mimo zmarszczek i deformacji… Mam wrażenie, iż w tych twarzach jakby zwielokrotnia się człowieczeństwo, coś się intensyfikuje, dopełnia się ludzka kondycja.

* * *
Obserwuję dziwne i zastanawiające zjawisko: otacza mnie coraz więcej młodszych ode mnie ludzi ;)

* * *

2.

Witkacy - demoniczne spojrzenie metafizyczne?

*

Przeglądam właśnie galerię autoportretów malarzy bardziej lub mniej znanych, którzy na przestrzeni wieków utrwalali na płótnie obraz samego siebie.
Co za fascynujące bogactwo interpretacji własnego ego!

W tych wizerunkach nawet to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być negacją, zyskuje jakąś wielką moc afirmacji.

Patrząc na te obrazy, przypomina mi się zdanie, jakie znajdujemy w jednej ze sztuk Szekspira: „Jesteśmy z takiej samej materii, z jakiej zbudowane są sny”. Wydawać by się zatem mogło, że nawet najbardziej realistyczny portret człowieka jest ledwie widmowym odbiciem prawdziwej osoby z krwi i kości.
Ale czymże są teraz nasze wyobrażenia o tym, jak wyglądali Da Vinci, Rembrandt, Rafael, Tycjan, Rubens… jak nie obrazem jaki utrwalili oni w swoich autoportretach?
Co bowiem zostało z ich cielesnej powłoki?

Oszołomić nas może różnorodność z jaką w malarstwie przedstawia się ludzką postać. Malarz, w chwili kiedy staje przy sztalugach, ma przed sobą nieskończone pole możliwości. Również wtedy, kiedy maluje samego siebie. Aż dziw bierze, że taka świadomość nie jest paraliżująca.
Wbrew obiegowej opinii o próżności artystów, większość z tych autoportretów przedstawia obraz dość brutalny – widzimy na nich człowieka z całą jego fizyczną przypadłością, często nawet podkreśloną.
Emfaza własnej ułomności…
Czym ją można tłumaczyć? Gorzkim buntem przeciw zamknięciu w klatce ciała, w którą nas wepchnięto? Melancholijnym jękiem wobec przemijania cielesnej urody? Manifestacją wewnętrznych demonów artysty?

* * *
Są również autoportrety pełne narcyzmu – bardziej lub mniej niewinnego. Wtedy ktoś się maluje tak, jak chce, aby go widzieli inni – co nie zawsze jest jednoznaczne z upiększaniem, czy też idealizowaniem samego siebie, choć najczęściej narcyz widzi siebie piękniejszego, niż jest w rzeczywistości.

Leonardo da Vinci

Piękne twarze nie potrzebują jednak autoafirmacji. Kiedy mamy do czynienia z rzeczywiście piękną fizis przeniesioną wiernie na płótno, nie czujemy w tym narcyzmu. Leonardo da Vinci naszkicował własną twarz kiedy był już starcem, ale nawet w takim wizerunku uderza nas szlachetność rysów, która nie wymaga żadnej idealizacji.

Albrecht Dürer  przedstawiał siebie jako dandysa (autoportret, który wisi teraz w Prado, jest jednym z najwspanialszych tego rodzaju płócien w dziejach europejskiego malarstwa). Choć niezwykle przystojny, podkreślał swoją urodę strojąc się w piórka modnisia. Ale stworzył też Dürer  autoportret wręcz szokujący: zakreślony czarnym tuszem akt, z którego bije nagi naturalizm z siłą, na jaką trzeba było czekać w europejskiej sztuce ponad 400 lat – aż do ostrych i brutalnych w swym drapieżnym ekshibicjonizmie aktów Egona Schiele. (Swoją drogą warto się zastanowić: dlaczego męskie genitalia wydaja się tak dramatyczne?)

* * *
Rembrandt namalował ponad 200 obrazów, na których rejestrował swoją zmieniającą się z wiekiem twarz – od pełnego obietnic młodzieńca, przez hedonistycznego bon vivanta, po sponiewieranego życiem starca. Wydaje się, że najważniejsza była dla niego prawda. Stąd ich wielki autentyzm.

Najbardziej rozpaczliwe podobizny samego siebie zostawił nam Vincent Van Gogh. Te jego niebiesko-zielone oblicza ze schwytanym weń koszmarem obłędu i cierpienia prześladują nas tym bardziej, że jest to malarstwo, które zrywa z całą swoją dotychczasową obrazkową tradycją.
Portrety Van Gogha przestają być malunkami, które po prostu kogoś (lub coś) przedstawia a są bardziej piętnem, jakie wyciska na płótnie żywa postać – czujący człowiek.

* * *
W naprawdę dobrym portrecie najważniejszy jest człowiek a nie estetyka. Sprawą drugorzędną są użyte środki – cały ten plastyczny sztafaż.
Bardziej niż styl, liczy się ludzka treść.

*  * *
Wydaje się, że nasze JA wyziera głównie z naszych oczu. To dlatego, chcąc ukryć czyjąś tożsamość na zdjęciu, zasłania się tej postaci oczy czarnym paskiem lub „rozmywa” w tym miejscu obraz.
Trudno doprawdy znaleźć autoportret, na którym nie byłyby widoczne oczy malarza. Note bene, zazwyczaj patrzą one na nas, przez co konfrontacja między patrzącym a oglądanym się potęguje. (Bowiem całe malarstwo jest, według mnie, jedną wielką konfrontacją między malarzem a odbiorcą.)

Autoportret zaś, to dodatkowo konfrontacja artysty z samym sobą.

* * *
A jednak moja twarz – to nie jestem JA. To, kim jestem, tak naprawdę skrywa się za moją twarzą, która jest dla mnie zaledwie środkiem…  zarówno ekspresji samego siebie, jak i porozumienia z Tobą.

Czy ktoś, tworząc autoportret, pragnie wyrazić siebie, czy też raczej chce z samym sobą się porozumieć? A może chce porozumieć się z nami?
Fakt, że w te relacje zamieszany jest jeszcze widz, czyli ktoś postronny, czyni z autoportretu coś niezwykle intensywnego i szczególnego.

* * *
Fenomen autoportretu polega jeszcze na czymś innym, a mianowicie na możliwości zdystansowania się do samego siebie.
Patrzcie: oto ja a jednak nie ja. Widzicie? Ja to wyrzuciłem z siebie!
Ile mnie jeszcze w tym zostało?
Możecie traktować tę podobiznę jak lalkę voodoo, ale i tak mnie nie dotkniecie!
Ja to sprawiłem – pozbyłem się obrazu samego siebie.
Czyż nie mam władzy nad samym sobą?

Albo: nie mogę się tego pozbyć. To „coś” – ten „ktoś” mną zawładnął. Jestem schwytany w takiej oto klatce – pułapce z ciała, życia, charakteru i okoliczności!
Cóż mnie może obchodzić to, czy się wam ona spodoba, czy też wyda się odrażająca!? A nawet jeśliby mnie obchodziło, to jakie to miałoby znaczenie?
Przeznaczenie jest jedno. Zmieniający się obraz nas samych.

Ecce Homo.

* * *

Albrecht Dürer

*

Rembrandt

*

Van Gogh

*

Egon Schiele

*

Élisabeth-Louise Vigée Le Brun

*

Jenny Saville

*

Jacek Malczewski

Ilustracje: U góry (pod tytułem) – fragment obwoluty książki „500 Self-Portraits” (wyboru obrazów dokonał Julian Bell) oraz, poniżej artykułu – pary autoportretów (kompliacja autorska) odnalezionych w zasobach internetowych i własnych.

 Kolekcję najsłynniejszych autoportretów w historii malarstwa obejrzeć można TUTAJ.