SANDY HOOK

*

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że pewną część winy za takie tragedie, jaką jest to ostatnie masowe zabójstwo w Connecticut, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar – jak również wnikająca z tego wszystkiego orgia informacji i wiadomości, którymi główne media katują nas non stop od wielu już godzin. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają i w wielu wypadkach jak – nie przymierzając – hieny rzucają się na ochłapy jakichkolwiek informacji, byle tylko zaspokoić głód żerowania na sensacji. Kto wie, czy ta ostatnia tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie tak dawna strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdy” masowego mordu. Kto wie czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem, którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi na całym świecie? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości jakie zapewne żywi wobec siebie zabójca. Być może ten okrutny akt to także wykrzyczenie wobec całego świata własnej desperacji, czy też krzywdy, jaką według niego wyrządził mu ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się wobec tego mniej medialnej burzy a więcej powściągliwości? Może też lepiej byłoby zachować anonimowość mordercy – albo po prostu mniej rozbierać go na czynniki pierwsze i nie czynić kimś wyjątkowym – bo i tak to, co w nim znajdziemy, to będzie rozpacz, gniew, agresja i nienawiść, pokrętne albo wręcz patologiczne relacje rodzinne, a w najlepszym razie psychiczna choroba?
No i – last but not the least – może wreszcie zrobi ktoś porządek z tą tzw. „bronią”, czyli z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy i desperaci, będący w stanie zgromadzić z nich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (Bo tu przecież nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ, ewentualnie o idiotyczne hobby. Najwyższy więc czas by przegonić na cztery wiatry tych wszystkich hipokrytów i cyników z National Rifle Association – jak również wspierające je lobby.)
Jest jeszcze nasz prezydent. Wzruszył się, załamywał mu się głos, ocierał ukradkiem łzy jakie mu się zakręciły w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie, Pakistanie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie w tym także i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Czy on, albo ktokolwiek z jego administracji zająknął się choćby słowem o śmierci kilkudziesięciu palestyńskich dzieci zabitych parę tygodni temu przez izraelskie wojsko – czy ktoś w tych kręgach przejął się tym i wyraził to publicznie? Wbrew pozorom życie afgańskiego, palestyńskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam. Ale i tak to do nich nie dotrze.
*

„CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?” – ROZMOWA Z KARTKĄ

*

Niestety, ponownie aktualne stały się słowa, które napisałem przed rokiem: Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski.” Na Bliskim Wschodzie znowu na ludzkie głowy spadają bomby, pociski i rakiety – a w powietrzu wisi kolejna izraelska agresja na Strefę Gazy. We wrześniu ubiegłego roku podjąłem ten temat we wpisie „Czy bogowie domagają się krwi?” w związku z nadchodzącą wówczas sesją zgromadzenie ogólnego Narodów Zjednoczonych, na której miało się odbyć głosowanie nad przyjęciem uznaniem Palestyny za państwo nieczłonkowskie o statusie obserwatora. Wśród ponad 100 komentarzy, które się pod tym tekstem wówczas ukazały, znalazła się także moja rozmowa z Kartką z Podróży, jednym z moich blogowych znajomych. Zdecydowałem się na zamieszczenie jej tutaj z kilku względów – m.in. dlatego, że wydaje mi się ona szczególnie cenna, zwłaszcza w dobie jakże powierzchownych i lakonicznych kontaktów wirtualno-emailowo-fejsbukowych, w których ślizgamy się jedynie po powierzchni naszego świata. Myślę, że ta nasza wymiana słów jest niczym powrót do czasów, kiedy pisało się do siebie długie, niezdawkowe i poruszające ważne sprawy listy. Kto dzisiaj tak robi?

*

KARTKA Z PODRÓŻY: Czasem gdy pali się las nie warto próbować go gasić, bo to nic nie przyniesie. Strażacy wręcz rozniecają nowe ogniska pożaru równocześnie oddzielając płonący teren od świata. W Europie takim płonącym terenem jeszcze niedawno były Bałkany – to też przeklęta ziemia. Wiele mówiono o bezradności Europy wobec tamtejszej wojny ale myślę, że na tę bezczynność wpływ miało europejskie doświadczenie. Myślę, że przywódcy wiedzieli, że wojna na Bałkanach się musi wypalić a spokój wszystkich zaangażowanych w konflikt stron może zapewnić tylko traumatyczne doświadczenie tragedii.
Chyba podobnie jest z Palestyną i Izraelem. Ten konflikt musi się tragicznie wypalić. Musi na tyle doświadczyć Żydów i Palestyńczyków, by zaczęli inaczej myśleć. Jak widać jeszcze do tego nie doszło. Mam wrażenie, że mimo wstrząsających relacji (zdjęcia!) świat wobec tego konfliktu nie ma nic do powiedzenia. I to nie jest postawa bezradna, tylko takie są realia. Sytuacja tam jeszcze nie dojrzała do rozwiązania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: No tak, ale gdy płoną lasy, to jednak nie to samo, kiedy zabijani są ludzie. To jest obrazowa metafora, tylko że w dzisiejszym świecie wszystko ze sobą jest połączone, i trudno jest zachować pełną neutralność. To, że kwestia uznania Palestyny trafia teraz na wokandę ONZ, mówi samo za siebie. To nie jest tylko sprawa między Palestyńczykami a Żydami.
Co rozumiesz Kartko, pisząc, że “świat wobec tego konfliktu nie ma nic do powiedzenia”?
Świat nie jest obojętny wobec tego konfliktu od jego zarania. I każdy ma na jego temat coś do powiedzenia. Stąd choćby np. ta ostatnia polemika w “Polityce”, która zaczęła się od bardzo kontrowersyjnego wywiadu z profesorem Baumanem. Stąd obecność tego tematu w mediach na całym świecie.
Bowiem świat – a przynajmniej ludzie świadomi tego, co jest dla tego świata ważne – jak najbardziej jest zainteresowany rozwojem sytuacji na Bliskim Wschodzie. Gdyby nie ten konflikt, to najprawdopodobniej nie byłoby ataków na Amerykę 11 września, ani wojny w Iraku i w Afganistanie.
Kartko, faktycznie – nie starcza nam wyobraźni. Na szczęście. Bowiem gdybyśmy zdołali sobie tak naprawdę wyobrazić potworności, jakie działy się podczas wojen – nie tylko na Bliskim Wschodzie – to nie dałoby się dłużej żyć. Majaczymy tylko. I tylko dzięki temu, możemy żyć dalej, unikając losu tych, którzy zwariowali albo strzelili sobie w łeb.

KATRTKA: Przyznaję, że metafora o płonących lasach nie oddaje bólu ludzkiego, ale trudno to inaczej ująć. Mam wyobraźnie więc potrafię to wewnętrznie przeżyć ale nie potrafię opisać.
Nie pierwszy raz sprawa Palestyny trafia pod obrady ONZ. No ale ONZ może pomóc tylko wtedy gdy jest elementarna wola stron do porozumienia. A tej woli nie ma – sam o tym piszesz. Ani Bauman ani ktokolwiek inny nie pomoże radykalnie zanim ten konflikt sam nie zacznie się wypalać. Myślę, że najtrudniejsze chwile przed nami (świat powiązany), bo w pewnym sensie żywiołowo zmienia się sytuacja na Bliskim Wschodzie. Jak zauważam rośnie również dystans USA i jego sojuszników wobec polityki izraelskiej. Mam pewność, że ruch jest po stronie Izraela. To Żydzi muszą podjąć decyzję o zmianie swej polityki. Muszą tę zmianę sobie przekalkulować. To brzydkie słowo w kontekście tego konfliktu ale piszemy o zimnej polityce.
Bez względu na straszliwe ludzkie doświadczenia i nacisk świata, ten konflikt musi sam dojrzeć do rozwiązania. Tak jak przed laty konflikt w RPA (“płynny ołów” – “płonące na szyjach opony”) czy na Bałkanach, o których wspomniałem nocą. Ważne by zachować kontrolę nad tym ogniem.

StB: Kartko, tam właściwie nie ma pożaru. Są natomiast bez przerwy rozpalane jakieś ogniska – zarówno przez jedną, jak i drugą stronę. Zawsze jednak istniało (istnieje?) niebezpieczeństwo, że ten ogień przeniesie się na inne kraje – nie tylko ościenne, ale i dalsze (w pewnym sensie to zarzewie dotarło nawet do Ameryki, kiedy zapłonęły wieże WTC). Dlatego ważnie jest stanowisko (i zachowanie) świata wobec tego konfliktu.
NZ są organizacją zbyt słabą, by cokolwiek istotnego zmienić (w zasadzie większość rezolucji ONZ była przez uczestników obu stron ignorowana). Także to najbliższe głosowanie nad uznaniem Palestyny za państwo, (któremu nota bene sprzeciwia się Hamas) jest właściwie tylko symbolicznym gestem.
Masz rację pisząc, że tylko strona silniejsza (a więc Izrael) jest zdolna do radykalnej zmiany sytuacji – i w końcu do zażegnania tego konfliktu. Dlatego Izrael powinien odczuwać presję (a to oznacza, że świat nie może pozostawać wobec tego problemu obojętny.)

KARTKA: Problemem tego eseju jest to, że dotyczy zarówno polityki, czyli zimnej gry interesów, jak i gorącego cierpienia – i tych rozszarpywanych czy wysadzanych w autobusach przez dzieciaki, jak i tych atakowanych rakietami z modeli infantylnych samolocików. Mimo, że mogę pisać o jednym i o drugim to jednak wolę te sprawy rozdzielać. Nie mam ochoty wdawać się w dyskusje, że ktoś bardziej cierpi bo jakaś polityczna racja jest po jego stronie. Albo, że rozwalone zwłoki atakowanych na zdjęciach są prawdziwsze od zwłok agresorów… . Tak więc powtórzę – jeśli chodzi o polityczna stronę konfliktu to myślę, że wygaśnie gdy życie ludzi – Żydów i Palestyńczyków – na tym skrawku ziemi stanie się naprawdę nie do zniesienia – gdy zamienią swoje życie w piekło. Wtedy gdy nie pozostanie im nic innego, niż lizanie ran.
Jeśli zaś chodzi o cierpienie, to ma ono charakter uniwersalny. Tak samo cierpi Palestyńczyk i Żyd. W tym przypadku mówmy więc o ludzkim, egzystencjalnym cierpieniu, a nie o polityce.
Nie stanę więc po żadnej stronie tego konfliktu. Nie chcę nawet komentarzami tego rozgrzewać.

StB: Ale czy można rozdzielać “zimną grę interesów” od “gorącego cierpienia”, skoro zimna gra interesów powoduje to cierpienie? Moim zdaniem należy to widzieć w pełnym wymiarze.
Piszesz Kartko: “nie stanę po żadnej stronie tego konfliktu”.
Ale czy już nie staniesz po stronie tych żydowskich dzieci, których zabiła bomba zdetonowana przez palestyńskiego fanatyka? Albo po stronie tych palestyńskich dzieci, które zostały spalone lub poparzone przez izraelski biały fosfor?
Tu przecież nie chodzi o zadeklarowanie się po czyjejkolwiek stronie (i ja takiego sporu nie chcę prowadzić). Tu chodzi o uświadomienie sobie nieludzkich skutków właśnie owej zimnej gry interesów i polityki. Czy o tym też nie chcesz rozmawiać? Czy raczej nie chcesz, żeby do Twojej świadomości dotarły pewne okrutne prawdy o wzajemnym traktowaniu się ludzi?

KARTKA: Logosie, ale ja rozumiem te cierpienia, choć nie mam na nie wpływu. Ci ludzie chcą cierpieć. Oni nie dojrzeli jeszcze do tego by się z tej tragedii wywikłać. Może sobie w końcu jasno powiemy, że zarówno Żydzi jak Palestyńczycy nie chcą pokoju i normalnego życia. To co do nas dociera to puste deklaracje. Oni ugrzęźli w beznadziejnej sytuacji, którą chyba traktują już jak normalną. Zaadaptowali się do okrucieństwa tej niekończącej się wojny. Ludzie to też potrafią.
Czuję w tych komentarzach chęć opowiedzenia się po którejś stronie konfliktu albo uszczęśliwienia ich na siłę pokojem. To zrozumiałe, bo wszyscy szukamy w takich sytuacjach jakiegoś znanego nam porządku. Ale tym konfliktem rządzi inna logika. Tam pokój się nie uda póki nie będą go chcieli. To dla mnie jest oczywiste.

StB: Zgadzam się w pełni z Twoim ostatnim zdaniem: jeśli ktoś nie chce pokoju, to go nie będzie miał.
Niestety, wcześniej piszesz tak: “Może sobie w końcu jasno powiemy, że zarówno Żydzi jak Palestyńczycy nie chcą pokoju i normalnego życia.” I co gorsza: “Niestety, ci ludzie chcą cierpieć”.
Ale jacy Palestyńczycy, jacy Żydzi?
Jestem głęboko przekonany, że tzw. zwykli (czyli nie związani ani z polityką, ani z organizacjami typu Hamas) ludzie (a takich wg mnie jest zdecydowana większość) chcą pokoju i normalnego życia. I na pewno nie chcą cierpieć (nie wierzę, że większość ludzi to masochiści).
Wydaje mi się, że powtarzasz opinię prof. Baumana o tym, że obie strony chcą wojny, bo bez niej żyć nie mogą. Ale on to powiedział o pewnych (niestety dotychczas decyzyjnych) grupach ludzi: “między ekstremistami izraelskimi i palestyńskimi istnieje sprzężenie zwrotne. Potrzebują się nawzajem dla przetrwania, żyć by bez siebie nie mogli.” A jeśli rozciąga się to na szerokie rzesze ludzi, to ja się z tym nie zgadzam.
Może pora, by poprzeć wreszcie zwykłych ludzi?
Nie chodzi więc o uszczęśliwianie “tych ludzi” na siłę pokojem (jakich ludzi?) Chodzi o to, by zapewnić tym ludziom, którzy chcą żyć w pokoju (a nie mają większego wpływu na to, co się teraz dzieje) – a jestem pewien że takich jest zdecydowana większość – życie w pokoju. Jak? Właśnie poprzez to, by przestać się opowiadać po którejkolwiek stronie (a pisząc “strona” mam na myśli owych polityków i ekstremistów, którzy podniecają ogień tego konfliktu). Wypadałoby ich wszystkich przepędzić na cztery wiatry (może zapowiada to coraz bardziej powściągliwy stosunek Stanów Zjednoczonych do obecnej elity rządzącej w Izraelu?) a jeśli nie to, to przynajmniej nie udawać, że mamy do czynienia z mężami stanu i politykami, którym można ufać i których można popierać.
Stwierdzając, że “ci ludzie nie chcą pokoju” albo że oni “chcą cierpieć”, usprawiedliwiamy naszą obojętność i umywamy niejako ręce (nie chcąc mieć z tym cokolwiek wspólnego).

KARTKA: Logosie przepraszam, ale znów wrócę do wątku infantylizmu. Czy czasem nie robisz z Palestyńczyków i Żydów dzieci jak z “Władcy much” Goldinga? Jakieś upośledzone, niedojrzałe dzieci bawią się w okrutne zabijanie wsparte pierwotną dziką nienawiścią jak ze “Starego Testamentu” więc my, wspólnota międzynarodowa, zmotywowana obrazem rzezi mamy ich do pokoju nakłaniać. No ale po raz kolejny powtarzam, że oni tego nie chcą. Nie dojrzeli jeszcze do pokoju. Wyrazem ich dojrzałości byłoby wpłynięcie na swoje władze by ten pokój zapewniły. Żydzi na większości terytorium Izraela, dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków, mogą żyć spokojnie. Ta wojna ma dla nich wymiar ograniczony. Na ostrzał rakiet Hezbollahu wystawiają się ci, którzy tego pragną – najbardziej fanatyczni. Palestyńczycy w większości żyją podobnie. Ci którzy chcą normalnie egzystować są na emigracji. W strefie wojennej żyją fanatycy i nieszczęśnicy pilnujący tych gruzowisk.
Ten konflikt jest jak cebula. Obieramy go płacząc, warstwa po warstwie. I z tej roboty tylko łzy pozostają – nie ma konkretów i jakiegokolwiek punktu zaczepiania. Za wcześnie jest by pomagać Izraelowi i Palestynie. Jak pisałem oni do tego jeszcze nie dojrzeli.

StB: Dzieci na wyspie z “Władcy much” nie bawiły się w zabijanie. One walczyły o przetrwanie, cofając się coraz bardziej do swoich pierwotnych instynktów, burząc w końcu całą kulturę, wśród której zostali wychowani (co, jak się okazało, na nic się zdało).
Jestem skłonny uważać, że każda wojna cofa nas do takiego pierwotnego stanu, gdzie górę nad nami biorą atawizmy – kultura okazuje się bezsilna, jest niszczona. I jeszcze jedno: problem w tym, że dzieci z “Władcy much” nie były upośledzone (jeśli chodzi o intelekt). I musiały bardzo szybko “dojrzeć”, aby sobie poradzić ze śmiertelnym zagrożeniem.

Kartko, ja nie przyrównuję Palestyńczyków i Żydów do dzieci (zwłaszcza do dzieci “upośledzonych” i “niedojrzałych”). Robisz to Ty, pisząc: “nie dojrzeli jeszcze do pokoju”, “nie dojrzeli jeszcze do tego by się z tej tragedii wywikłać”… etc.
Co to w ogóle znaczy “dojrzeć” w tym przypadku? Przypominam, że Semici (a narodami semickim są zarówno Żydzi, jak i Palestyńczycy) reprezentują cywilizację, która ma już wiele tysięcy lat. Więc jak długo jeszcze mają oni “dojrzewać”? (my, Słowianie, w porównaniu z nimi, jesteśmy jeszcze oseskami).

Wikłasz się w jeszcze inne nielogiczności, Kartko.
Oto piszesz, że “Żydzi na większości terytorium Izraela dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków mogą żyć spokojnie” oraz: “Palestyńczycy w większość żyją podobnie”, by za chwilę (dosłownie w następnym zdaniu) stwierdzić: “Ci, którzy chcą normalnie egzystować są na emigracji. W strefie wojennej żyją fanatycy i nieszczęśnicy pilnujący tych gruzowisk.”

Nie zgadzam się z tym. Myślę, że większość ludzi żyjących w strefie Gazy, to są zwyczajni, zupełnie podobni do nas ludzie – a nazywając ich „fanatykami” czy „nieszczęśnikami pilnującymi gruzowisk”, w pewnym sensie ich odczłowieczamy i stygmatyzujemy. Podobnie: nie uważam, że „dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków, ludzie w Izraelu mogą żyć spokojnie”. Jest wręcz odwrotnie: przemoc rodzi przemoc.
A może wniosek jaki można z całej tej naszej dyskusji wyciągnąć jest taki, że ludzie w ogóle nie zasługują na pokój? Zwłaszcza w rejonie, gdzie walka trwa już od ponad 60 lat? Bo gdyby na ten pokój zasługiwali, to już dawno znaleźliby sposób by zażegnać tę wojnę i żyć w pokoju? Podobnie jak my nie zasługiwaliśmy na pokój w Europie, gdzie rozpętaliśmy w pierwszej połowie XX-go wieku dwie mordercze wojny.

KARTKA: Szukasz nielogiczności w moim komentarzu. Być może używam nieprecyzyjnych określeń ale moje wnioski są jasne. Tam nie ma woli do wygaszenia konfliktu. Dziesiątki inicjatyw pokojowych wspólnoty międzynarodowej (oczywiście ułomnych przez ograniczenia polityczne) torpedowali bądź Żydzi bądź Palestyńczycy. Powtarzam – oni nie dojrzeli do pokoju. Powtarzam, najwyraźniej to czego doświadczyli to było za mało. Druga Wojna o której wspominamy na marginesie tej dyskusji była na tyle silną traumą dla Europy, że od kilkudziesięciu lat nie mieliśmy tu konfliktów zbrojnych – nie licząc Bałkanów, ale to inna sprawa. No ale ponieważ w sposób naturalny wymierają ludzie mający wojnę w pamięci możemy nowej oczekiwać.
W dyskusjach o tym konflikcie zwykle wypowiadają się stronnicy, którejś ze stron – są rzecznicy USA, Izraela, Palestyny. Zwykle nie chodzi im o zamknięcie, wygaszenie tej rzezi, tylko o interesy którejś ze stron – o jej zwycięstwo. To też jest jakaś przesłanka, że nie ma klimatu dla pokoju – nawet zewnętrznego – na tym terenie.
Nie ma czegoś takiego jak “zasłużenie sobie na pokój”. Pokój jest decyzją walczących stron w momencie pojęcia bezsensu dalszej walki. A dla nich ta walka ma sens.
Zatytułowałeś esej “Czy Bogowie domagają się krwi?”. Ja to potwierdzam – Tak domagają się jeszcze krwi. I jak na razie jesteśmy wobec tego bezradni.

StB: W ogólnych zarysach zgadzam się z Twoją opinią – gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie “dojrzała” do tego, by zapanował tam pokój, to ludzie już od dawna żyliby tam w pokoju.
A większość Żydów i Palestyńczyków (nadal twierdzę, że ta większość chce jednak żyć normalnie, bez wojennego stresu, czyli w pokoju) o tyle jest odpowiedzialna za przedłużanie tego konfliktu, że nie odsuwa od władzy tych, którzy teraz rządzą (i są bezpośrednio odpowiedzialni za obecną sytuację) oraz pozwala na nadawanie ogólnego tonu ekstremistom. Bo przecież to oni tak naprawdę są odpowiedzialni za ten konflikt, a nie zwykli, „szeregowi” ludzie
Podoba mi się to, że nie opowiedziałeś się za jakąkolwiek ze stron w tym konflikcie. Ale z drugiej strony, to co pisałeś sprawiało wrażenie, jakbyś nabierał wody w usta i nie chciał komentować zbrodniczych posunięć zarówno z jednej, jak i z drugiej strony (a nie zauważam takiej powściągliwości, kiedy np. krytykujesz… choćby państwo polskie, choć przecież państwo polskie jak na razie nie zrzuca białego fosforu na swoich sąsiadów).
Mój tekst może sprawiać wrażenie, że jestem po stronie Palestyńczyków, ale to dlatego, że poczułem gwałtowny sprzeciw wobec agresywnej, militarystycznej polityce Izraela w stosunku do swoich sąsiadów, skutkującej w posunięciach, które bez wątpienia nazwać można wojennymi zbrodniami. Uderzenia armii izraelskiej stoją przy tym w rażącej dysproporcji wobec środków i możliwości, jakimi dysponują (zarówno jeśli chodzi i o atak, jak i obronę) Palestyńczycy.
Tak jak już wspomniałem, dalszy rozwój sytuacji bardziej zależy od decyzji (postępowania) Izraela (choćby dlatego, że jest w tym konflikcie stroną silniejszą). A za to odpowiedzialna jest obecna izraelska elita rządząca, która rzeczywiście sprawia wrażenie, jakby ten konflikt chciała jeszcze bardziej zaognić (rugując np. Palestyńczyków z ich ziemi i budując coraz to nowe żydowskie osiedla). Ciągle nastawiona jest na konfrontację. Ale to się chyba będzie zmieniać, o czym mogą świadczyć choćby ostatnie manifestacje izraelskiej młodzieży, która zaczyna mieć dosyć obecnej ekipy rządzącej (co, jak podejrzewam, spotyka się z Twoją sympatią ;) Z moją też.
Zgadzam się natomiast w zupełności z Twoim stwierdzeniem: “W dyskusjach o tym konflikcie zwykle wypowiadają się stronnicy, którejś ze stron – są rzecznicy USA, Izraela, Palestyny. Zwykle nie chodzi im o zamknięcie, wygaszenie tej rzezi, tylko o interesy którejś ze stron – o jej zwycięstwo.”
Na tym polega nie tylko głupota reakcji świata, ale i jej niegodziwość.

KARTKA: Krytykuję RP, bo wciąż mam wrażenie, że na państwo polskie mam wpływ. Choć momentami je tracę. Nie ukrywam, że zajadłość konfliktu w Polsce czasem budzi mój lęk. No ale jakoś to wszystko wraca do normy. Na pewno gdybym doszedł do wniosku, że konflikt polityczny w Polsce nabrał już niezależnej ode mnie, własnej dynamiki podszedł bym do niego tak jak do konfliktu Palestyńsko – Izraelskiego. Przestałbym jazgotać alarmistycznie na blogach i czekał aż przyjdzie otrzeźwienie. Czasem tak bywało, że milkłem.
To jest tak jak mieć przyjaciela alkoholika. Chcesz mu pomóc, serce ci pęka gdy patrzysz na jego tragedię, ale on tej pomocy nie chce. Buja cię, zapewnia o trzeźwości ale myśli tylko o piciu. No i rozsądek nakazuje czekać by sięgnął dna i w końcu podjął decyzję by się z tego mentalnego wyzwolił wyzwolił. Wtedy dopiero należy pomóc i to nie jest żadna łaska. To jest racjonalność naszych działań. Można pomagać szukającym wolności ludziom. W przypadku niewolników swych pokręconych np politycznych emocji – idei – to nie ma sensu. To tylko udawanie.
Pozdrawiam

StB: Mam nadzieję, że nie “jazgotałem alarmująco” na moim blogu, nawiązując tu do tego konfliktu.
To prawda, że nasz wpływ na sprawy bliskowschodnie jest prawie żaden. Choć, kiedy publikowałem ten artykuł na łamach polonijnej prasy 10 lat temu, to można to było uznać za dość konkretny głos, usiłujący zachować równowagę zaburzoną wówczas przez gremialne poparcie dla Izraela przez amerykańskie media, w dużej części podległe wpływom żydowskiego lobby – np. jeden z największych dzienników, i to w skali światowej, “Chicago Sun-Times” jest własnością obywatela Izraela. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że stosując taką a nie inną optykę, stanę się “antysemitą”, podobnie jak “antysemitą” stałem się po opublikowaniu mojej recenzji z “Listy Schindlera” w “Polityce”.
Pozdrawiam i dziękuję za ciekawą dyskusję

KARTKA: Logosie, nie szukaj w moich słowach podtekstów. Czasem piszę zmęczony, po nocy i używam uproszczeń. Też nieraz byłem atakowany za rzekomy antysemityzm. Niewiele sobie z tego robiłem bo nie jestem nim. Tak zresztą jak Ty. Po prostu naruszamy pewną poprawność. To wszystko
Również dziękuję za dyskusję.

*  *  *

Rozmowa pochodzi STĄD.

CZAS PRZEMOCY

*

…(drugiemu) jeźdźcowi dano władzę
zabrania pokoju z ziemi, tak żeby
ludzie wzajemnie się mordowali.
I dano mu wielki miecz.
Apokalipsa, VI, 4.

1. GENY, EROS I THANATOS

*

Wojna jest zorganizowana formą agresji, wojsko jej narzędziem. Kulminacją agresji jest mord. Od zarania ludzkości ciągnie się za nami to Kainowe dziedzictwo – nasza historia jest historią wojen.
Edward O. Wilson w książce „O naturze ludzkiej” sięga do źródeł:
„Niektóre nowe społeczeństwa uznały wojnę za narzędzie polityki, a ci, którzy najlepiej umieli się nim posługiwać, odnosili – co jest rzeczą tragiczną – największe sukcesy. Ewolucja wojny była autokatalityczna reakcją. (…) Wraz z tym, jak społeczeństwo staje się coraz bardziej scentralizowane i złożone, rozwija wyrafinowaną organizacje wojskową i technikę wojenną, a czym większe militarne wyrafinowanie  danego społeczeństwa, tym bardziej prawdopodobne jest to, że rozszerzać będzie swoje terytorium i wypierać rywalizujące z nim kultury. Siłą napędową rozwoju cywilizacji było wzajemne pobudzanie się kulturowej ewolucji i zorganizowanej przemocy, co doprowadziło do tego, że obecnie tylko jeden krok dzieli nas od nuklearnej zagłady.”

Często – w jakimś sensie usprawiedliwiając tym samym wojnę – wskazuje się na agresję jako cechę przypisaną i nieodłączną naturze ludzkiej. Bez wątpienia leży ona u podstaw konfliktów i jest motorem walk między ludźmi.
Czy możemy mówić o wrodzonej, genetycznie uwarunkowanej ludzkiej agresji?
Dziedzicznie jest przekazywana nie tyle agresja jako taka, co predyspozycje i skłonności do niej. Może się ona wyzwolić w pewnych okolicznościach nawet u najbardziej pokojowo nastawionych społeczności – u ludzi, wydawałoby się, niezdolnych do walki i zabijania.

Wszystko wskazuje na to, że w kategoriach biologicznych agresja jest jednak niezbędna do zachowania życia. Ale „agresji człowieka nie należy uważać ani za szatańskie piętno, ani za bestialski instynkt” (Wilson). Nie musi ona przybierać najbardziej destruktywnych i brutalnych form. Darwinowska koncepcja struggle for life zapewniająca ewolucyjny rozwój gatunkowy i dominację nad słabszymi, brzmi już dzisiaj nieco anachronicznie, nie wytrzymując do końca konfrontacji z przyrodniczą rzeczywistością. Ponadto, po to przecież tworzymy kulturową nadbudowę, by nie identyfikować się do końca ze światem zwierząt.

Popełniane w czasie wojen potworne okrucieństwa i zbrodnie, których nie można nawet uzasadnić „racjami” strategicznymi i militarnymi (takimi np. jak żądza podboju, zdobywania łupów, narzucanie swojej woli innym i wykorzystywanie ekonomiczne tych, nad którymi zdobywa się władzę), wydają się potwierdzać pesymistyczną teorię Ericha Fromma: ludzka agresja osiąga czasem patologiczny i nieumotywowany racjonalnie poziom, jakiego nie spotykamy nawet u zwierząt, co tłumaczy się istnieniem w człowieku instynktu śmierci (o którym pisał już wcześniej Zygmunt Freud), skłonności do destrukcji. W koncepcji Freuda Thanatos jest stale obecny w ludzkich dążeniach. Agresja występuje tam w stosunku antagonistycznym do Erosa (dwubiegunowa opozycja Eros – Thanatos). Sięgnął on tym samym do filozofii i religii dalekiego Wschodu, według których zmaganie się między miłością a nienawiścią leży u prapoczątków świata. W doktrynie manichejskiej, konflikt między Dobrem a Złem toczy się odwiecznie w kosmicznym wymiarze. Dla chrześcijan jest to walka między Aniołem a Szatanem.
Zdaniem Freuda wojna jest skutkiem niestłumionej agresji, skierowanym przeciw obcym grupom lub jednostkom nie należącym do danej społeczności. Agresja stłumiona prowadzi zaś do autodestrukcji. Wobec takiej alternatywy nie dziwi chyba obfitość wojen.

*

2. ARCHETYP CIENIA

*

Na irracjonalne, skryte motywy ludzkich zachowań wskazywał też Carl Gustav Jung. Twierdził on, że na życie wewnętrzne człowieka (rozumianego nie tylko jako jednostka, ale i gatunek), a w konsekwencji na jego działanie, decydujący wpływ wywiera tzw. „nieświadomość zbiorowa”, tj. leżąca poniżej progu świadomości warstwa psychiki wspólna wszystkim ludziom, w których są nagromadzone doświadczenia poprzednich generacji. Jest ona potężnym dziedzictwem duchowego rozwoju ludzkości, odrodzonym w konstytucji każdej jednostki. Składają się na nią, oprócz instynktów i popędów, tzw. archetypy. Jednym z nich jest archetyp cienia (przynależny jakby do tej ciemniejszej strony jaźni). Archetypy te ujawniają się w sytuacjach dla człowieka ekstremalnych, granicznych, a więc w momentach rzeczywistego lub urojonego zagrożenia, w konfrontacji ze śmiercią, w sytuacjach konfliktowych wreszcie. Archetyp cienia jest przejawem tej niższej, prymitywnej, zwierzęcej części naszej osobowości, gdzie znajdują się skłonności, namiętności i pragnienia, które trudno jest zaakceptować świadomie ze względu na ich amoralność, niezgodność z wyznawaną przez nas (otwarcie) hierarchią kulturowych wartości. W człowieku i w świecie istnieją tuż obok siebie zarówno dobro, jak i zło, które łatwo może się wyzwolić. Wystarczy tylko nagromadzić odpowiedni materiał, a już tkwiące w człowieku „diabelskie” siły, potrafią nim zawładnąć i go wykorzystać: „Wiadomo, że karabiny same zaczynają strzelać, gdy tylko zbierze się ich dostateczną ilość” – pisał Jung.

Dlaczego, mimo postępów cywilizacyjnych, wysoko rozwiniętej kultury, w której szczególnie wyeksponowane są elementy humanistyczne, liczącego dwa tysiące lat chrześcijańskiego dziedzictwa z jego ideałami miłości bliźniego i przykazaniem „nie zabijaj” – stale wybuchają nowe, coraz to okrutniejsze konflikty i cięgle wisi nad nami realna groźba nuklearnej, apokaliptycznej zagłady?
Jeszcze raz Jung – obrazowo i sugestywnie – próbuje dać odpowiedź:
„Spójrzmy tylko na niewiarygodne okrucieństwa naszego tzw. cywilizowanego świata, okrucieństwo, które rodzi się przecież z ludzi i stanu ich ducha! Spójrzmy na diabelskie środki niszczenia! Stworzyli je, wymyślili szanowni obywatele, którzy skądinąd są ludźmi takimi, jakich moglibyśmy sobie życzyć. A kiedy wszystko biorą diabli i na ziemi zaczyna szaleć nie dające się opisać piekło zniszczenia – nie ma wówczas winnych. Po prostu stało się. A wszystko zrobili przecież ludzie. (…) Nikt nie zdaje sobie w pełni sprawy, że ta w pełni zorganizowana masa zwana państwem lub narodem, poruszona jest przez bezosobową i niewidzialną, lecz straszną potęgą, niekontrolowaną przez nikogo i przez nic. Ta przerażającą siłą jest lęk przed sąsiednim narodem, który podejrzewa się, że jest opętany przez złego ducha. Ponieważ nikt nie jest w stanie zrozumieć, jak bardzo sam jest opętany, rzutuje po prostu własny stan na sąsiada i uważa za swój święty obowiązek posiadanie największych armat i najbardziej trujących gazów.”

Podobnie napisał też kiedyś Robert Musil:
„Najbardziej elementarne przykazania moralne, mówiące że nie można łamać umów, pożądać cudzej własności i zabijać, wciąż jeszcze nie obowiązują w stosunkach między państwami, które wobec siebie nawzajem kierują się jedynie prawem własnej korzyści, realizowanym drogą przemocy, podstępów i ekonomicznego nacisku, przy czym każde państwo w oczach drugiego państwa uchodzi naturalną koleją rzeczy za zbrodnicze, natomiast własnym obywatelom wydaje się wcieleniem ich honoru i moralnej dojrzałości.

*

3. OBLĘŻONA TWIERDZA.

*

Najjaskrawszych przykładów na potwierdzenie tezy o tworzeniu w sytuacjach konfliktowych stereotypu wroga, (którego trzeba zniszczyć), budowaniu i wykorzystywaniu syndromu „oblężonej twierdzy”, dostarczają faszystowskie Niemcy, choć jest to nader uniwersalny mechanizm, działający we wszystkich ludzkich zbiorowościach. Funkcjonowanie agresywnej wojennej propagandy III Rzesza doprowadziła do perfekcji, opierając się głównie o prymitywną w sumie „filozofię” nazistowską, której zręby uwidoczniły się wyraźnie już w „Mein Kampf” Hitlera, a zostały rozwinięte wkrótce przez serwilistycznych ideologów faszyzmu. Mistrzem propagandy okazał się Goebbels, a zasady perswazji, jakimi zaczął się on kierować indoktrynując społeczeństwo niemieckie, okazały się niezwykle skuteczne. Było to przed wszystkim odwołanie się do „pierwotnych” instynktów nacjonalistycznych, archetypicznej miłości Matki Germanii, „serca” narodu bijącego najmocniej w podgrzanej emocjonalnie atmosferze odwiecznej tradycji i heroicznych mitów. Wszystko to miało niewiele wspólnego z racjonalną oceną sytuacji, za to pławiło się i nurzało po uszy w gęstej i lepkiej zupie iluzji, przesądów i złudzeń; także w marzeniach o nadludzkiej wręcz potędze i władaniu nad światem. Zaczęła obowiązywać jedna jedyna „prawdziwa” idea, zaczęto bezwzględnie zwalczać wszystkich myślących „inaczej ” – konformizm stał się naczelną zasadą funkcjonowania jednostki w społeczeństwie, dzięki czemu wola propagandystów stawała się coraz bardziej „wolą” całego narodu.

Szczególną wagę propaganda faszystowska przywiązywała do filmu, obwołanego bronią nowoczesnej Europy, i uznanego za  znakomity nośnik dominującej ideologii, „równie skuteczny jak karabin i działo”. Wprzęgnięto więc kino – ale również inne rodzaje sztuki – w masową indoktrynacje i lansowanie nazistowskich „cnót”, tez i ideałów: kult mocy, siły i fizycznej sprawności, pięknego ciała – zachwyt nad urodą aryjskiej rasy i głoszenie konieczności zachowania jej czystości (Rosenberg: „Nordyk staje się synonimem świetlistości, aseksualizmu i niebiańskości”), wiara w „boską” misję führera, monumentalizm i odwołanie się do germańskiej mitologii. Dalej: idealizowanie wojny i śmierci bohaterów, nadawanie temu cech patetycznych; gloryfikacja odwagi, wytrwałości, wyrzeczeń dla narodu i ojczyzny, rozpalanie patriotyzmu, bezgranicznego posłuszeństwa, stosowanie racji opartych jedynie na prawie i dyscyplinie, głoszenie pruskiego ideału żołnierza, masowej solidarności w walce z wrogiem, niezłomny opór aż do końca.

Przygotowanie gruntu pod ekspansywną agresję i jej usprawiedliwienie, wymagało stworzenia w społeczeństwie mitu „oblężonej twierdzy”, mającego z kolei na celu zrodzenie więzi zagrożenia. Dokonywano tego posiłkując się wszystkimi dostępnymi środkami przekazu, głównie za pomocą filmu, radia i prasy. Obcym przypisywano oczywiście wszelkie negatywne cechy – zdemoralizowanie, tchórzostwo, okrucieństwo, zidiocenie, awanturnictwo, warcholstwo, zezwierzęcenie, fizyczną szpetotę… itd.; Niemcom – cechy wyłącznie pozytywne.

*

4. EUFEMIZM I PRZEMILCZANIE

*

Oprócz typowych metod agresywnej propagandy – takich jak: lansowanie własnej ideologii i tworzenia odpowiedniej struktury społeczno-politycznej, podkreślanie własnej wyższości (rasowej, moralnej, intelektualnej, militarnej…), rozpalanie patriotyzmu (czyt. nacjonalizmu), napastliwości i kreowanie urojeniowego obrazu wroga, ideowa „dywersja” i zachowanie pozorów „prawdy” (podkreślanie tej”prawdy”); karykatura, przesada i oczernianie – należy także zwrócić uwagę na szeroko stosowaną i perfidną w swojej istocie metodę eufemizmów. Oto np. w kuriozalnym  „Kolbergu” (dla potrzeb realizacyjnych filmu zaangażowano 185 tys. pełniących czynna służbę żołnierzy – w 1944 roku!), na polecenie Goebbelsa wycięto sceny, jego zdaniem zbyt realistycznie przedstawiające okropności wojny, choć pochłonęły one czwartą część ogromnego budżetu filmu.
W faszystowskich kronikach nie można było ukazywać śmierci niemieckich żołnierzy. Kto zwracał uwagę na straty ponoszone przez Niemców, oskarżany był o defetyzm. Nie było to zjawisko nowe. W czasie I wojny światowej istniał powszechny zakaz przedstawiania w kronikach filmowych trupów, które milionami wówczas zalegały pola bitew; zatrutych gazem żołnierzy wypełniających kilometrowe okopy i transzeje. Ta cenzura obowiązywała po obu stronach frontu.

Eufemizm i przemilczanie ma uniwersalny charakter. W serialu „Wojna i pamięć”, który miał ponoć ambicję ukazania wszelkich okropności II wojny światowej, o zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki wspomniano dyskretnie, i jakby wstydliwie. Pełne pokazanie katastrofy i jej skutków – zmiecione z powierzchni ziemi dwa olbrzymie miasta wraz z setkami tysięcy ich mieszkańców – byłoby nietaktem? Na pewno wprowadzałoby jakąś dyskomfortową dwuznaczność. W filmie Formana „Hair”, bombastyczne, napuszone, grające na patriotyzmie i chwale amerykańskiego oręża przemówienie wyższego rangą oficera, kierowane do odlatujących do Wietnamu żołnierzy, przerywają nagle ogłuszające dźwięki muzyki i nieoczekiwany komentarz o „wnętrznościach zaplątanych w kolczasty drut”, o „rozrywanych granatami ciałach”… Na twarzach dowódców pełna konsternacja, graniczący z paniką popłoch. Rozwiązaniem sprawy okazuje się ostrzelanie megafonu.

*

5. WSPÓLNOTA ZŁA

*

Istnieje mocne i proste w zasadzie, psychologiczne uzasadnienie podtrzymywania syndromu zagrożenia ze strony wroga, zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych, w stanie wojny. Wtedy to integracja grupy jest niezbędna zarówno do ofensywnego, jak i defensywnego skutecznego działania. Wówczas też znaczna część wyobraźni kreująca obraz wroga ma charakter wyraźnie urojeniowy. Rozsądek, poczucie realizmu jest stępione specyfiką sytuacji i okoliczności. Zaczynają tez działać mechanizmy związane z psychologią tłumów (nietolerancja, impulsywność, autorytaryzm, podatność na sugestię, bezkrytyczne uleganie wątpliwym autorytetom…). Pożądane jest wszystko, co umacnia więź grupową i pozwala się z nią identyfikować: przekonanie o własnym posłannictwie, wyjątkowości, bohaterstwie, boskiej opatrzności, a także poczucie krzywdy oraz przydawanie sobie wszelkich możliwych cnót.

Natomiast wizerunek wroga maluje się w najczarniejszych barwach – przypisuje się mu wyłącznie cechy negatywne, staje się on doskonałym przeciwieństwem własnego image. W skrajnych przypadkach odmawia mu się w ogóle cech ludzkich. Łatwo jest wtedy zabijać, mając ponadto satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku – własne sumienie zastępuje wówczas ideologia.
Wszelkie odstępstwa od tych zasad stawiają człowieka poza wspólnotą, grożą wykluczeniem ze zbiorowości, bowiem zdają się kwestionować nienaruszalność wspólnie wyznawanych wartości, podważać bezwzględność i słuszność takich konsolidujących i mobilizujących pojęć jak patriotyzm, honor, ojczyzna, bohaterstwo, żołnierski obowiązek. Erich Maria Remarque musiał uciekać z hitlerowskich Niemiec, gdyż groziła mu tam śmierć. Był przez faszystów znienawidzony. Uważano, że „Na Zachodzie bez zmian” jest paszkwilem na „ducha narodu”, osłabia morale (sic!) młodych żołnierzy. W przedwojennej Polsce pacyfiści też nie byli mile widziani, podobnie jak w innych krajach Europy, która szykowała się wówczas do krwawej jatki, jaka miało już wkrótce nastąpić.
Zresztą także w Ameryce patrzono z potępieniem na tych mało walecznych. Charlie Chaplin kiedyś nie wytrzymał tego „bojowego ducha” i wygarnął: „W obozach ćwiczebnych uczono ludzi walki na bagnety – jak trzeba wrzeszczeć, rzucać się naprzód i wbijać ostrze w bebechu wroga, jeśli utknie w jego pachwinie, to strzelić mu w brzuch, by je uwolnić. (…) Nie lubię, kiedy mi mówią kogo mam zabijać i za co umierać, a wszystko w imię patriotyzmu.”
Oczywiście po tej wypowiedzi prasa odsądziła Chaplina od czci i wiary, właśnie za brak patriotyzmu. Szeroko znana jest nagonka, jaka się rozpętała w Ameryce za jego bezkompromisowość, niezależność w formułowaniu sądów i nonkonformizm.
Podobny los spotkał także Witolda Gombrowicza, który miał odwagę skrytykować napuszono-sztuczną manifestację niektórych naszych narodowych „świętości” (np. w „Transatlantyku”) i otwarcie zamanifestować swoją pacyfistyczną postawę: „Ale ja nie tyle bałem się wojska i wojny, ile tego, że mimo najlepszej woli nie mógłbym im sprostać. Nie jestem do tego stworzony. Dziedzina moja jest inna. Rozwój mój od najwcześniejszych lat w innym poszedł kierunku. Jako żołnierz byłbym katastrofą. Przysporzyłbym wstydu sobie i wam. Czy myślicie, że jeśli patrioci tacy jak Mickiewicz lub Szopen nie wzięli udziału w walce, to jedynie z tchórzostwa?” – pisał Gombrowicz w „Dzienniku”.

*

6. CZY WRÓG TO BRAT?

*
Symptomatyczne są tu dzieje niektórych dzieł literackich, czy filmowych, zakazanych czy też zwalczanych z powodu nie przystającej do oficjalnej wersji patriotyzmu i obowiązków wobec opanowanego przez militaryzm państwa.
W przypadku „Towarzyszy broni” Renoira nastąpił sprzeciw cenzury wobec sposobu przedstawienia żołnierza niemieckiego – ukazanie jego ludzkiego oblicza wzbudzało zbyt wiele sympatii. „Najeźdźcy” Pabsta – dyskomfortowa dla Niemców, rodaków reżysera, (ale i także dla Francuzów) symboliczna scena zbratania się rannego Francuza z umierających Niemcem; „Na Zachodzie bez zmian” Milestone’a – ekranizacja należącej do klasyki pacyfistycznej książki Remarque’a, zawierająca podobne w wymowie epizody, w Niemczech kategorycznie zakazana; „Ścieżki chwały” Kubricka – wstrząsający film, przez kilkanaście lat zakazany we Francji ze względu na ukazanie francuskich oficerów w nader niekorzystnym świetle, obnażający ich bezduszność wobec własnych żołnierzy, traktowanych jak armatnie mięso, poświęcanych „dla dobra sprawy”; wreszcie pamfletyczny obraz Losey’a „Za króla i ojczyznę” – ujawniający bezwzględny mechanizm działania wojskowej machiny „sprawiedliwości” (dla niektórych była to prowokacyjna konfrontacja z obowiązującym dotychczas, bohaterskim i pełnym chwały obrazem angielskiej armii i jej przywódców).
Można jeszcze tu wspomnieć o dwuznacznej moralnie postaci porucznika Diestla (Marlon Brando) z „Młodych lwów”, nakręconych według głośnej książki Irvina Shawa pod tym samym tytułem – spojrzenie na niemieckiego oficera jak na zupełnie podobnego nam człowieka, uświadomienie sobie jego ludzkich uczuć, słabości, wahań, szlachetności, tragizmu wreszcie… podważa przyjęty (i uznany przez naszą stronę) porządek świata. To, że walczymy z takimi samymi jak my ludźmi, nie może bowiem dotrzeć do naszej świadomości, gdyż osłabiłoby to naszą waleczność i determinację, skuteczność w „eliminacji” przeciwnika. Dlatego w wojsku nie mówi się o zabijaniu, ale eufemistycznie o „uszczuplaniu stanu liczebnego jednostek nieprzyjaciela”. Na ćwiczebnych tarczach strzelniczych człowiek zredukowany jest do doskonale anonimowej sylwetki, z „dziesiątką” nieco poniżej zarysu hełmu.

*

7. CZY ŻOŁNIERZ TO PSYCHOPATA?

*
Oto bez mała szokujące stwierdzenie, jakie padło z ust płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”) podczas wywiadu udzielonego „Polityce”:
Wilk: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną” (podkreślenie własne).

Tak więc „psychopatyzacja” jako przystosowywanie (przygotowanie) do pewnych warunków (sytuacji) historycznych, społecznych i kulturowych? Psychopatyzacja, czy też raczej wtłaczanie człowieka w pewne ramy systemu przemocy – wymuszanie na nim zachowania zgodnego z oczekiwaniami grupy, bo przynoszącego jej korzyści? Żołnierz, jak by na niego nie patrzeć, jest także państwowym narzędziem do zabijania. Wszystko wskazuje na to, że nie może się to wszystko obejść bez depersonalizacji, czyli pozbawienia człowieka (do pewnego stopnia) osobowości, tak by lepiej mógł się on znaleźć w nowej, przypisanej mu przez społeczeństwo (państwo)  roli. Ciekawe, że dr Wilk wiąże to także z socjopatią, choć wydaje się, że takie zachowanie jest społecznie pożądane, czyli stanowi niejako socjopatii przeciwieństwo.

Być może użyte tu sformułowania są postawione nieco na wyrost, niemniej jednak jest coś na rzeczy z „wykrzywianiem” psychiki kandydata na żołnierza, a już na pewno istnieje mnóstwo dowodów na traumatyzm doświadczeń frontowych, w wielu przypadkach uniemożliwiających późniejsze, normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jest to chyba cena, jaką musi człowiek zapłacić za to, że brał udział w czynach, które obnażyły przed nim pierwotną okrutność zabijających się wzajem osobników Homo sapiens – wszystkie te momenty, kiedy człowieczeństwo zostaje odarte z kulturowej waty a pozostaje tylko zew krwi – nagi zwierzęcy instynkt.
*

8. SKARCENIE PIOTRA

*
Dopóki wątki pacyfistyczne i antywojenne (w literaturze czy filmie) są przez odbiorców rozpoznawalne i i pozostawiane w sferze wartości ogólnych, wyjęte z kontekstu narodowego i politycznego, dopóty nie budzą oporu i sprzeciwu. Ale jeśli tylko zaczynają dotykać spraw zakodowanych w społecznej świadomości jako nienaruszalne, przedstawiać w nieco inny niż zwyczajowo przyjęty sposób, poddawać w wątpliwość i podważać ustalony system narodowych wartości, wtedy zaczynają się kontrowersje, podnoszą się nawet głosy oburzenia – następuje efekt naruszenia tabu (o czym świadczą podane wyżej przykłady).

Czy na pacyfizm należy patrzeć z wyrozumiałą pobłażliwością jak na utopię? Z ideami pacyfistycznymi spotykamy się na różnych szczeblach rozwoju cywilizacji człowieka, w różnych kulturach i epokach. Były one przeciwległe biegunowo agresji, destrukcyjności, wrogości i nienawiści. Można chyba powiedzieć, że dialektyczne ścieranie się wypływających z nich myśli i wartości, wyznaczało kierunki naszego rozwoju cywilizacyjnego. Pacyfizm ma więc mocne przesłanki: odrzucenie przemocy jako wymóg determinowany czynnikami natury religijnej, filozoficznej czy etycznej, postulat o tolerancji, wzajemnej współpracy i sukcesywnej poprawy stosunków między narodami; łagodzenie napięć i konfliktów, redukcję zbrojeń (lub rozbrojenie), rezygnację ze stosowania siły w rozwiązywaniu międzynarodowych sporów.
Inną sprawą jest jego skuteczność. Tylko w ubiegłym wieku i tylko w Europie wymordowało się wzajemnie i wyniszczyło ponad 100 mln. ludzi, w ogromnej większości deklarujących się chrześcijanami, a więc uważającymi się za naśladowców Jezusa Chrystusa, który skarcił Piotra Kefasa za dobycie i użycie w jego obronie miecza. W takiej rzeczywistości pacyfizm naprawdę  może się wydać jakimś irracjonalnym wyznaniem wiary.

Odrzucenie przemocy i dążenie do osiągnięcia społecznego celu bez gwałtu, było centralnym punktem filozofii duchowego przywódcy Indusów, Mahatmy Gandhiego. Jego postawa, podobnie jak w przypadku Jezusa z Nazaretu, realizowała się w wymiarze archetypicznym, stąd zdolność Ghandiego do porwania za sobą całych rzesz. Wykorzystanie jedynie siły, która rodzi się z prawdy i miłości (satygagraha), działanie negujące przemoc wyniósł on do rangi zasady etycznej (idąc w ślady Lwa Tołstoja, pod którego wielkim wpływem kształtowały się poglądy Gandhiego). Miało to przynieść konkretne, wymierne i praktyczne skutki: „Walka bez gwałtu nie sprowadza się u mnie jedynie do prostej zasady systemu filozoficznego… To nie jest cnota zakonna mająca spowodować spokój wewnętrzny i zapewnić indywidualne zbawienie. Jest to najskuteczniejszy i nieofensywny sposób, aby dać wartość prawom politycznym i ekonomicznym tym wszystkim, którzy są ciemiężeni i wyzyskiwani.”

Max Weber nazwał etykę niestosowania przemocy „etyką pariaską”. Gandhi potraktował ja w innych kategoriach, umieścił w innym obszarze – udowodnił, że może być bronią słabych i bezbronnych. Jednak, jak uważają zwolennicy tej doktryny, ta słabość nie jest słabością ducha. Przeciwnie, wymaga wielkiej siły wypływającej z niezłomnych moralnych zasad. Ten paradygmat jest silnie osadzony w myśli chrześcijańskiej: czerpanie mocy z cierpliwości, łagodności, miłości, współczucia, miłosierdzia,  prawdy i piękna, użycie tego do przemiany świadomości i postępowania adwersarzy. Podobnie jest w filozofii buddyjskiej, której najbardziej znanym na świecie reprezentantem, głosicielem i nauczycielem jest Dalaj Lama.
*

9. CZY ZASŁUGUJEMY NA POKÓJ?

*
Jak wynika z naszych dziejów, przemoc jest siłą, która nieuchronnie i bezpowrotnie niszczy nasze najwyższe, uniwersalne wartości: ludzkie życie, miłość i zaufanie, harmonijną współpracę, wiarę w moralny porządek świata i elementarną sprawiedliwość… Choć jest ona czymś, co można wytłumaczyć, to czy można ją również usprawiedliwić?
Wybór przemocy jako sposobu naszego działania – i to bez względu na intencje i motywacje – wiąże się zawsze z koniecznością ponoszenia odpowiedzialności. Niepostrzeżenie możemy też stać się podobni do naszych wrogów, którym przypisujemy wszelkie zło. Niestety, bardzo rzadko jest ten wybór świadomy. Ale czy nieświadomość może tu kogokolwiek  usprawiedliwić?
Znane jest stwierdzenie Remarque’a, że na wojnie wszystkie ofiary są w jakimś sensie winne. Rozwija tę myśl i uzasadnia Jean-Paul Sartre w swoich żołnierskich wspomnieniach i zapiskach z frontu. Oto fragment jego „Dziwnej wojny” dotykający problemu indywidualnej odpowiedzialność każdego człowieka biorącego udział w wojnie:

„Mówi się, że ludzie nie zasługują na pokój. To prawda. Prawda po prostu w tym sensie, że uczestniczą w wojnie. Nikt z ludzi obecnie zmobilizowanych (siebie naturalnie nie wykluczam) nie zasługuje na pokój dlatego, że gdyby naprawdę zasługiwał, nie byłby tutaj. Ale mógł zostać zmuszony, poddany presji… Nie! – był wolny. Wiem oczywiście, że poszedł na wojnę wierząc, że nie może postąpić inaczej. Ale ta wiara jest złudna. I dlaczego tak zdecydował? Odnajdujemy tu wspólnictwo. Przez inercję, bezwładność, respekt dla siły, strach przed potępieniem… Ponieważ rozważył szanse i wyliczył sobie, że mniej ryzykuje podporządkowując się, niż sprzeciwiając (…) – z pychy, głupoty, naiwności, konformizmu, niedostatku wyobraźni – ze strachu przez samodzielnym myśleniem. Ponieważ jest bojowy jak kogut. Oto dlaczego na wojnie nie ma niewinnych ofiar a ludzie nie zasługują na pokój.”

A Ty – czy zasługujesz na pokój?
*

Albrecht Dürer, „Czterech jeźdźców Apokalipsy” (fragm.)

*

WOJENNA SCHIZOFRENIA

Wojna. Jeśli uznaje się, że zło jest brakiem dobra, to konsekwentnie można uznać, że wojna jest brakiem pokoju. Brzmi to oczywiście i logicznie, jednakże jest to oczywistość cokolwiek zwodnicza. Bo podejrzewamy, że zło nie jest wcale brakiem dobra tylko istnieje autonomicznie, niezależnie od przejawów dobra. Podobnie wojna. Nie jest żadnym brakiem. Jest świadomym działaniem człowieka, choć jest to działanie, które najczęściej wymyka się spod ludzkiej kontroli.
To nieprawda, że kiedy zbierze się dostateczna ilość karabinów, to zaczną one same strzelać – jak mawiał C. G. Jung. Bo przecież musi być ktoś, kto pociągnie za spust, kto naciśnie guzik. Oczywiście nie Bóg, ani nie diabeł, czy jakaś fatalistyczna siła – tylko człowieka. Lecz warto tu jednak sobie uzmysłowić, iż w tym, że sprawcą wojny zawsze jest człowiek, tkwi nie tylko jej tragiczny fatalizm. Tkwi również – co może wydawać się paradoksem – sama nadzieja.

*

Braterstwo walki i obłęd zabijania, "męstwo" i strach, euforia i cierpienie ("Piękna wieś pięknie płonie")

DZIEJE PEWNEGO MOTTA

Swego czasu przygotowywałem dla miesięcznika „Film na Świecie” cykl, który nosił tytuł „Człowiek wojujący” i pod pretekstem omawiania sposobu, w jaki kino ukazywało wojnę, zajmował się samym mechanizmem wojny – jego społeczną, psychologiczną i propagandową stroną.
Potrzebowałem motta.
I oto, całkiem przypadkowo, w książce Egona Naganowskiego o twórczości Roberta Musila znalazłem taki oto kwiatek, który wyszedł spod pióra nie kogo innego, jak Tomasza Manna w 1915 r. (czyli w czasie I wojny światowej). Wielkopisarz stwierdził: „Wszystkie cnoty i cała piękność Niemiec rozkwitają dopiero podczas wojny”.

Wiedziałem, że Mann pisał swoje „Dzienniki” także w okresie II wojny światowej, będąc już na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Byłem więc pewny, że znajdę w nich antytezę do tej szowinistycznej gloryfikacji wojny, ukazując w ten sposób, jak ambiwalentny bywa stosunek ludzi wobec wojny, nawet jeśli chodzi o umysł tego samego człowieka i to umysł powszechnie uznany za wybitny.
No i proszę, na co trafiłem:
„Co zamierza los pozwalając na tryumf czegoś najpodlejszego i najbardziej szatańskiego, co świat widział? Sytuacja jest przerażająca, to tortura dla rozsądku i uczucia” – pisał Mann w 1940 roku.

WSPANIAŁA  MIARA  CZŁOWIEKA

Przykłady świadczące o dwoistym stosunku człowieka do wojny można by mnożyć. Ralph W. Emerson, XIX-to wieczny amerykański piewca wiary w postęp społeczny i moralny na gruncie kapitalizmu, twierdził: „Wojna kształci umysły, pobudza wolę do akcji, doskonali konstytucję fizyczną, przywodzi ludzi w krytycznym momencie do tak nagłego i bliskiego starcia, że można wtedy człowieka mierzyć człowiekiem”.
To, że pochwałę wojny głosił słynny generał Patton, raczej nie dziwi: „Bitwa to najwspanialsze współzawodnictwo, w jakim może człowiek brać udział. Przynosi ze sobą wszystko to, co najlepsze, ujawnia prawdziwą podstawę rzeczy. W czasie bitwy każdy się boi. Tchórz jest tym, kto pozwala, by jego strach przezwyciężył poczucie obowiązku. A ten obowiązek jest istotą męstwa”.

GENERALSKIE WYZNANIA

Dziwi raczej to, że na szczerość wyrażania swojej opinii o wojnie decydują się ludzie, dla których – jak by się wydawało – jest ona żywiołem i racją profesjonalnego bytu.
Generał Robert E. Lee, głównodowodzący wojskami Południa w czasie wojny secesyjnej (1861 -1865), w której zginęło około 600 tysięcy ludzi (liczba jak na ówczesne warunki niewyobrażalna), pisał w jednym ze swoich listów: „Jaką okrutną rzeczą jest wojna, rozdziela i rujnuje rodziny i przyjaciół, niszczy najczystszą radość i szczęście, do jakich Bóg dopuszcza nas na tym świecie; napełnia nasze serca nienawiścią zamiast miłością (dla naszych sąsiadów); dewastuje i szpeci jasne oblicze tego pięknego świata”.

Kiedy podczas tej samej wojny domowej mieszkańcy Atlanty prosili generała Shermana, aby oszczędził ich miasto, ten odpowiedział: „Nie możecie określić wojny w bardziej ostrych słowach, niż ja to robię. Wojna jest okrucieństwem i nie można tego zmienić”.
Kilkanaście lat później, tenże generał w przemówieniu do armii amerykańskiej powiedział: „Wielu z was patrzy na wojnę, jak na coś podobnego glorii; ale – chłopcy – ona jest piekłem. Możecie przekazać to ostrzeżenie przyszłym pokoleniom. Patrzę na wojnę z przerażeniem”.
Tak rzekł generał William Tecumseh Sherman, który spalił w końcu Atlantę a zaraz potem urządził ze swoją 150-tysieczną armią pamiętny marsz 50-milową ławą przez Georgie, zabijając, paląc i niszcząc wszystko, co spotkał na swojej drodze.
Nie mamy więc powodów, by nie wierzyć jego słowom.

KREW I ABSTRAKCJA

Wojna zawsze rozgrywa się jakby na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi polityka: wojskowo-rządowy establishment, na warsztacie którego wojna posiada wymiar teoretyczny, w pewnym sensie abstrakcyjny (plany, cele, plansze, statystyka…) Drugi poziom to front – okopy, czołg, samolot, okręt, przemieszczanie się wojska i walka… – czyli tam gdzie bezpośrednio ścierają się walczący ze sobą ludzie; tam gdzie leje się krew, łamią się kości, umiera się na polu bitwy, dogorywa w polowym szpitalu lub przymiera głodem w jenieckim obozie.

W tej właśnie konkretnej strefie rozgrywa się film Sergieja Bodrowa „Jeniec Kaukazu”. Jego uniwersalizm (nota bene obraz ten powstał na kanwie jednego z opowiadań Lwa Tołstoja) polega m. inn. na tym, że ukazuje on wojnę jako ponadczasową przypowieść o ludzkiej konieczności ciągłego przezwyciężania fatalizmu nadzieją., co wydaje się naiwne, ale jednak niezbywalne.
Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie i wojna rosyjsko-czeczeńska nazwana jest po imieniu („Jeńca Kaukazu” kręcono w górach Dagestanu, 30 km. od Groznego), to polityczna istota tego konfliktu nie odgrywa w nim żadnej roli. Jest to więc obraz wojny zdecydowanie apolityczny i dlatego bardziej wyraziście odmalowują się w nim ludzie z krwi i kości – ich humanizm, intencje, pasje, uczucia i emocje – dokładnie tak, jak napisał to Tołstoj przed 150 laty, po swoich doświadczeniach wojennych na Kaukazie, gdzie służył jako oficer carskiej armii. Jego opowiadanie ma coś z wiecznego mitu, dla którego czas i dekoracje z epoki nie mają znaczenia. Liczy się zakorzenienie w człowieczej duszy.

W wojennym zamęcie ("Jeniec Kaukazu", reż Sergiej Bodrow)

CZY WRÓG JEST CZŁOWIEKIEM?

Napisać, że „Jeniec Kaukazu” to kolejny utwór o wymowie antywojennej, byłoby wobec tego filmu banalnym nietaktem. Bowiem zasadniczą cechą obrazu Sergieja Bodrowa jest jego unikalność, która nie pozwala, by umknął on szybko naszej pamięci.
Choć rzeczywiście – to, że widzimy na ekranie opowieść o prawdziwych ludziach po obu stronach frontu, nie jest w historii opisu wojen czymś nowym. Wystarczy przypomnieć sobie „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, gdzie autor nie staje ani po stronie „swoich”, ani „wroga”, tylko przedstawia nam ludzkie istoty (i ich reakcje), których właściwie tylko przypadek stawia po przeciwnych stronach barykady (frontu), „zmuszając” ich tym samym do wzajemnego mordowania się.

Partyzanci kaukascy biorą do niewoli dwóch młodych rosyjskich żołnierzy. Abdoul, jeden z bardziej znaczących ludzi w wiosce, zamierza wykupić nimi swojego syna, który dostał się do rosyjskiej niewoli. Więźniów pilnuje niemy Hasan i młodziutka, 13-letnia dziewczyna, córka Abdoula. Nagła bliskość tych obcych sobie ludzi zmusza ich do spojrzenia na siebie, jak na człowieka, a nie jak na wroga. To właśnie na tej prostocie elementarnego ludzkiego doświadczenia wydaje się opierać siła przesłania filmu, które w całej pełni ujawnia się nam w jego finale i zakończeniu.

LIRYZM I ROZPASANIE

„Jeniec Kaukazu” –  uznany na jednym z canneńskich festiwali za najlepszy film pokazany poza konkursem – różni się diametralnie od filmu Srdana Dragojevića „Piękna wieś pięknie płonie” zajmującego się wojną na terenach byłej Jugosławii, filmu pełnego okrucieństwa, gwałtu, destrukcji, śmierci, pożarów… Wyglądało na to, że serbscy twórcy chcieli nim odreagować własną traumę, jaką uderzyła w nich wojna domowa szalejąca w ich kraju. Rosjanin Bodrow jest w swoim „Jeńcu Kaukazu” bez porównania bardziej powściągliwy w obrazowym ujawnianiu wojennego gwałtu i okropieństw. Mało tego: jego wizja jest bez mała liryczna – ale tym liryzmem szorstkim, prostym, oszczędnym surowym… niczym góry Kaukazu i ich mieszkańcy (same scenerie, wśród których rozgrywa się akcja filmu, są niebywałe, a na dodatek pięknie sfilmowane).
Tak więc mamy rozpasanie „Piękna wieś pięknie płonie” i oszczędność „Jeńca Kaukazu” – a oba filmu zdecydowanie antywojenne (bynajmniej jednak nie pacyfistyczne).
Który sprzeciw mocniejszy? Czy ma to jakiś związek z temperamentem, sposobem odczuwania, rodzajem wrażliwości?
Na pewno tak, choć można wybrać różne drogi wiodące do tego samego celu. Ważna jest skuteczność… choćby tylko w oddziaływaniu na świadomość widza, bo przecież filmami trudno jest zapobiec jakiejkolwiek wojnie.

 BEZ UROJEŃ

Wojna w Czeczenii postrzegana jest przez niektórych w szerszym kontekście – jako jedno z ognisk zapalnych na granicy ścierania się cywilizacji chrześcijańskiej z islamem. Choć doprawdy armia rosyjska (a właściwie sowiecka) według mnie tyle miała wspólnego z chrześcijaństwem, co miały kiedyś faszystowskie hordy Hitlera. Ponadto uznanie, że pamiętne wypadki w Groznym są przejawem ofensywy cywilizacji islamskiej, byłoby niezbyt poważne, trącące na dodatek jakąś urojoną teorią spiskową – tym razem na globalną skalę.
Film Bodrowa daleki jest od takich dywagacji, choć islam jest w nim widoczny bardzo wyraźnie. Przyczynia się jednak to tego, by uświadomić nam tezę o wspólnocie wszystkich ludzi, bez względu na ich kulturowy czy też polityczny backgroud.
„Jeniec Kaukazu” porusza nas także swoją mądrością – cechą niestety rzadko widywaną nie tylko na ekranach kin, ale i w mediach popularnych czy kulturze masowej. A mądrość ta – jak każda mądrość – jest prosta. Mówi nam, że sztuka życia w dużej mierze polega na umiejętności przebaczania. Wojnę zaś można zakończyć tylko wtedy, kiedy zrezygnuje się ze ślepej nienawiści i krwawej zemsty.
I jeszcze jedno: pokój nie jest wcale brakiem wojny. Jest ciągłym, wymagającym od człowieka nieustannej uwagi, wysiłkiem.

*  *  *

Wojenne upojenie - życie na morderczym "haju" ("Piękna wieś pięknie płonie", reż. Srdan Dragojević)

*