FILMOWISKO („Prawdziwe męstwo”, „127 godzin”, „Niepokonani”)

Czas na anty-bohatera (Jeff Bridges w "True Grit" - westernie à la Coen Brothers)

„PRAWDZIWE MĘSTWO” („TRUE GRIT”, reż. Ethan i Joel Coen)
** * * * * *

Tak się zastanawiam: czy teraz jest coś źle ze mną, czy też z tymi, którzy zachwyceni ubiegłorocznymi produkcjami hollywoodzkimi, pieją z zachwytu nad ledwo ponad-przeciętnymi a pretensjonalnymi filmami, traktując je jak istne arcydzieła?
Doskonałym przykładem jest tu właśnie „True Grit”, który znajduje się w czołówce dosłownie wszystkich podsumowań filmowych ubiegłego roku (nie wspominając o deszczu nominacji do Oscara).
Nie powiem, obraz braci Coen ma kilka swoich momentów, trąci miejscami dobrym, może nawet bardzo dobrym kinem, a pod koniec rozkręca się nawet do tego stopnia, że dostarcza nam paru dreszczy jakich można oczekiwać po pełnokrwistym westernie, lecz, niestety, całość smakuje niczym mętna zupa i wydaje się być taką zabawą w kino à la Coen Brothers, tyle że bez szelmowskiego ekscentryzmu, umowności i ironii, którą (zupełnie zasłużenie zresztą) wzięto za znak firmowy tego filmowego – z lekka dziwacznego, choć wyróżniającego się niewątpliwie inteligencją, a niekiedy i błyskotliwością –  braterskiego dua.

A star is born? (Za rolę młodej mścicielki w "True Grit", 15-letnią Hailee Steinfeld wyróżniono nominacją do Oscara)

Wydawałoby się, iż czasy, kiedy wystarczyło poodwracać kota ogonem, stawiając na głowie tradycyjne wartości klasycznych westernów, by zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować widza pospołu z krytykami, już dawno minęły. Bo przecież anty-western zakrztusił się w końcu swoim manieryzmem, podobnie zresztą jak western klasyczny, który z kolei wykończyła maniera czarno-białych stereotypów, efektownych strzelanin, tudzież naiwny, legendarny, trącący propagandą historyzm i dziecinna psychologia. Mitologia sama w sobie jest żywotna, ale i ją – jak się okazuje – można zużyć i wyświechtać.
Podobnie jak romantyzm Pogranicza, również i jego przeciwieństwo – czyli rewizjonizm i naturalizm filmów (takiego choćby Peckinpaha czy Penna) – okazały się mieć swoje limity i po kilku zrywach, czy też raczej podrygach, kino takie… oklapło i zgasło śmiercią naturalną, a coraz mniej reżyserów kwapiło się do jego rewitalizacji. To co powstawało później zaczynało więc przypominać jakąś hybrydę. Zdarzało się, że w dobrym wydaniu – jak np. w przypadku filmów Clinta Eastwooda, który zmywał w nich z siebie kuriozalne odium spaghetti westernów – ten lepki sos, w którym nurzał się ongiś pod dyrekcją Sergia Leone i przy dźwiękach niesamowicie skądinąd brzmiących kawałków Ennio Morricone.
To wszystko prowadziło do rozmycia westernowego gatunku… z lepszym lub gorszym skutkiem. Doszło do tego, że taki (nota bene znakomity) obraz, jak „There Will Be Blood”, trudno już uznać za western, bo bardziej to ludzka jest psycho-drama, która mogłaby się rozegrać w każdych, nie tylko westernowych, dekoracjach.
Wróćmy jednak do „Prawdziwego męstwa”. (Swoją drogą: polski tytuł jest jednak beznadziejny.)
To prawda, „True Grit”, jak sam tytuł do tego obliguje – zgrzyta (co jest oczywiście efektem zamierzonym, podobnie jak kwestie wybełkotywane przez Bridgesa, który wymawia słowa jakby miał usta pełne błota, piachu i kamieni). Problem w tym, że stylistyka ta średnio mnie zachwyciła, a pisząc wprost – zaczęła mnie lekko nużyć i deczko irytować. Tak wychwalane tu aktorstwo Bridgesa zdało mi się wygrywaniem wszystkiego na jednej nucie, a tytułowe „męstwo” bardziej kojarzyło mi się z pijaństwem, brudem i niechlujstwem (co raczej nie dziwi, bo takie właśnie cechy były czymś powszechnym na Pograniczu, pogrążając w przyziemności romantyczny etos pionierskiego Dzikiego Zachodu, który zresztą dorobiony został później przez literatów, propagandzistów, fantastów i wszelkiej maści  konfabulatorów).

"Prawdziwe męstwo" - prawdziwsze oblicze Dzikiego Zachodu czy wymyślanie kolejnego mitu? (Mat Damon)

No dobrze, powiedzmy sobie szczerze: cała ta zabawa w Oscary (a „True Grit” dostał aż – ho, ho! – 12 nominacji) to jest zabawa dużych dzieci. Podparta dodatkowo interesem przemysłu filmowego. Tak więc Oscary to głównie komercja i „fun„. No i fajnie. Gorzej, jak ktoś się z tej zabawy wyłamuje i patrzy na to z zewnątrz chłodniejszym okiem, dostrzegając całą tę politykę reklamy, promocji, koterii, poparcia, stronniczości, walki i próżności. Na cały ten show Towarzystwa Wzajemnej Adoracji. Gdyby nie moja miłość do „prawdziwego” kina i wyrozumiałość dla gremialnej potrzeby rozrywki, to pewnie dawno bym od tego cyrku uciekł.
Żałuję nieco, że przyszło mi to pisać przy okazji filmu braci Coen, bo nie jest to obraz zły. Lecz z drugiej jednak strony to nie jest on wg mnie wart całego tego „hopla”.

„True Grit” wzbudza entuzjazm, ale czy nie jest to entuzjazm napędzany właśnie (poniekąd stadnym) uczestnictwem w tej wspólnej zabawie? Czymś, co w swojej istocie jest sztucznie podsycane? Na zasadzie: tysiąc zachwyconych krytyków nie może się mylić? Oraz: ja chcę, żeby mi się to podobało i (głównie dlatego) mi się to podoba? Wiem, że ten mój sceptycyzm jest sceptycyzmem dysydenta – kogoś, kto się z tej zabawy wyłamał. A dlaczego się wyłamał? Bo uderzył go kontrast między faktyczną wartością artystyczną (a zwłaszcza intelektualną) filmu, (która jest tu zgoła średnia) a hołdami i zaszczytami, jakimi się go obdarza. Przesada, przesada… moi Drodzy Akademicy Kina.

„127 GODZIN” („127 HOURS”, reż. Danny Boyle)
** * * * * *

Przyznaję się, że mimo iż wiedziałem, że film ten nakręcił Danny Boyle (reżyser m.in. rewelacyjnego „Trainspotting”), to jednak do kina nań mnie nie ciągnęło. Może dlatego, że znałem dobrze tę historię, (o której swego czasu było głośno i która miała wiadome zakończenie); no i może dlatego, że niezbyt pociągało mnie dwugodzinne obcowanie – i to niemalże face to face – z Jamesem Franco – obiektem westchnień egzaltowanych i wygłodzonych już seksualnie nastolatek (bo raczej wygłodzoną seksualnie nastolatką nie jestem).
Ale podskórnie czułem, że Boyle zrobił dobry film i poniekąd utwierdziły mnie w tym napływające stąd i zowąd opinie i „słuchy”. Wszak, niczym ten niedowiarek Tomasz, musiałem sprawdzić rzecz samemu i… tak, tak – moje podejrzenia się sprawdziły: wyszedłem już z kina przeświadczony o tym, że udało się oto zapaleńcom kina stworzyć film znakomity, i że zasługa to nie tylko reżysera, ale i autorów zdjęć, montażu, jak również i… samego Franco, który wypełnił ekran energią, wolą życia i wigorem, nawet wtedy, kiedy – wydawałoby się – mógłby skonać z klaustrofobii wywołanej uwięzieniem w wąskiej szczelinie jednego z tysiąca kanionów skalnej pustyni w Utah.

James Franco w skalnej pułapce

Wiemy o tym chyba wszyscy: w 2003 r. młody skałołaz i wspinacz górski Aron Ralston, podczas jednej ze swoich wypraw do leżącej na Płaskowyżu Kolorado Ziemi Kanionów (nieopodal mormońskiego Moab w Utah), został uwięziony na tej skalnej pustyni przez wielki głaz, który zmiażdżył mu prawą rękę. Ralston, aby wyrwać się z tej śmiertelnej pułapki, zmuszony był amputować sobie przygniecioną kończynę, co pozwoliło mu wrócić na szlak i poszukać pomocy. Udało się – trafił na rodzinę Holendrów i niemal natychmiast został przetransportowany helikopterem do szpitala. Swoje przeżycia opisał w książce pt. „Between Rock and the Hard Place”.

Wiadomo, że Danny Boyle to spec od ukazywania rzeczy mało przyjemnych i dyskomfortowych w sposób wzbudzający wręcz entuzjazm widza (choćby te jego pamiętne i spektakularne nury z kamerą wgłąb szamba – do ubikacji – które zaserwował nam zarówno w „Trainspotting”, jak i w „Slumdog Millionaire”) ale w „127 godzinach” osiągnął w tym prawdziwe mistrzostwo. Myślę, że ta sztuczka mu się znakomicie udała, bo po mistrzowsku skontrastował patowość unieruchomienia głównego bohatera z niezwykłą dynamiką obrazu, która zwala nas już z nóg na samym początku filmu, gdzie widzimy pełną inwencji eksplozję wizualnych „fleszy” – niezwykle ruchliwy montaż złożony z fragmentów widzialnego świata.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to wszystko po to, byśmy jeszcze bardziej dramatycznie mogli odczuć unieruchomienie Arona – martwy ciężar głazu, który tak nagle (i absurdalnie w swojej przypadkowości) pozbawił frenetycznego kinetyzmu jego młode ciało. Ale nie, nie… bo nawet wtedy, kiedy Aron tkwił w skalnej pułapce, (a zaczął on w niej widzieć swój grobowiec) film nie traci dynamiki, głównie za sprawą pełnej życia nerwowości i mentalnej mobilności granego przez Franco Arona, który przechodzi przez wszystkie stadia przystosowania się do zaistniałej sytuacji – zaskoczenie, niedowierzanie, wściekłość, bunt, determinację, pogodzenie się i rezygnację, apatię, stagnację, ale też i przez nadzieję, tudzież związaną z nią euforię. Oczywiście w zachowaniu tego tempa pomagają Boylemu wszelkie realizacyjno-scenariuszowe chwyty: flashbacki, retrospekcje, oniryczność… ukazywanie wszystkiego, co dzieje się w głowie Arona – marzeń, snów, zwid, halucynacji, wspomnień… wybieganie myślą poza horror tego co się stało, oraz tego co jest tu i teraz.
Film nietuzinkowy, niezwykły… może nawet wybitny?

„NIEPOKONANI” („THE WAY BACK”, reż. Peter Weir)
** * * * * *

Wielka ucieczka z Archipelagu Gułag - trekking po nieludzkiej ziemi ("The Way Back" Petera Weira)

„Któż nie chciałby wyruszyć w podróż? Daleko, w nieznane! Niechby to była na przykład Rosja, Mongolia, Chiny, Indie – tak za jednym zamachem.  Zacząć na Syberii, w okolicach Jakucka (jakieś 500 km od koła podbiegunowego), potem cały czas na południe, żeby ostatecznie znaleźć się  w Kalkucie. Jakieś 6,5 tysiąca kilometrów w sumie.
Rozpala wyobraźnię? (Otóż okazuje się), że pewien Polak z sześcioma towarzyszami całą tą trasę przemierzył… pieszo! Trzeba pamiętać, że po drodze mieli pustynię Gobi, Tybet i Himalaje! A maszerowali z jedną siekierką i nożem zaledwie, bez mapy, kompasu, telefonu, radia. Nie mieli też namiotu i przez większą część drogi chowali się przed ludźmi. Bo to byli zbiegowie, uciekający z sowieckiego łagru, wiosną 1941 roku. ‚Trzech polskich żołnierzy wziętych do niewoli po 17 września 1939 roku, Żyd z Ameryki, inżynier komunista, który przybył do ojczyzny proletariatu, aby budować moskiewskie metro, ale został aresztowany za szpiegostwo, Jugosłowianin Zaro i jeden więzień kryminalny. Ukraiński morderca Batko, który miał później sprawić ekipie sporo kłopotów.’ (Piotr Zychowicz, „Rzeczpospolita”). Szli 11 miesięcy.”

Ten początek wpisu na blogu Saliny przypomniał mi o projekcie Petera Weira, który po wielu latach reżyserskiego milczenia zabrał się do sfilmowania tej historii. Tytuł roboczy filmu brzmiał „The Long Walk” i był identyczny z początkiem tytułu książki Sławomira Rawicza, która w latach 50-tych (i późniejszych) stała się największym bestsellerem jaki wyszedł spod polskiego pióra (plasując się zaraz za sienkiewiczowskim „Quo Vadis”). Rawicz opisywał wielką ucieczkę, w której – jak twierdził – sam wziął udział, więc dalsza część tytułu mówiła, że jest to „The True Story of a Trek to Freedom”. Cóż, okazało się, że ta „prawdziwa historia” jest jednak niezupełnie prawdziwa, bo autor… ukradł ją innemu Polakowi nazwiskiem Gliński. Skandal wybuchł całkiem niedawno, kiedy już film Weira był niemal gotowy. Jednakże producenci zmuszeni byli skorygować tytuł filmu (zamieniając go na „The Way Back”) i pisząc w czołówce, że jego scenariusz nie był oparty na książce Rawicza, tylko nią zainspirowany. Lecz dedykacja: tym którzy tę drogę przeszli – pozostała. Pozostało też silne, mimo wszystko, odwoływanie się Weira do „autentyzmu” , a nawet wręcz do historyzmu. Czy uzasadnione?

Nagi instynkt (Colin Farrell wciela się w Ukraińca - bandytę)

Cała ta afera czyni jednak postawę reżysera dwuznaczną, tym bardziej, że Weir nigdy nie wycofał się z zapewnień, że materiał do swojego filmu czerpał u źródeł, rozmawiając z autentycznymi bohaterami opisywanych wydarzeń. Salina pisze, że podczas jednego z wywiadów Weir stwierdził, że „jest mu obojętne kto uciekł z Jakucji”. Ja czegoś takiego nie mogłem znaleźć, choć zapoznałem się z wieloma wypowiedziami reżysera. Dowiedziałem się natomiast, że mimo wszystko nie było Weirowi obojętne to, czy taka ucieczka rzeczywiście miała miejsce i czy ktoś w rzeczywistości takiego niebywałego wyczynu dokonał.
Jaka jest jednak prawda? Czy można się opierać na tym co mówił (stary, bo 87-letni już) Gliński? Skądinąd wiemy już na pewno, że Rawicz nie był tym, który uciekał, bowiem odnalazły się dokumenty gdzie czarno na białym stoi, że został on z gułagu – na mocy amnestii – zwolniony i że w czasie swojej domniemanej ucieczki przebywał on już w Iraku.

Zostawmy jednak te dywagacje na boku a zajmijmy się samym filmem.
Weir to reżyser wśród kinomanów znany. Na tę pamięć zasłużył sobie choćby takimi filmami, jak „Piknik pod wiszącą skałą”, „Stowarzyszenie umarłych poetów” czy „Świadek”. „Niepokonani” rodzili więc pewne nadzieje. Czy te oczekiwania na obraz ponadprzeciętny zostały spełnione? Otóż, moim zdaniem, połowicznie, gdyż film sprawia jednak wrażenie elaboratu. Dlaczego? Bo, niestety, kiedy go oglądałem, zbyt często docierała do mnie świadomość tego, że jest to właśnie, ni mniej, ni więcej, tylko film – sztuczny twór obliczony na wywarcie pewnego efektu. Co gorsza, do roboty tej wciągnięto nawet samą naturę, (która – poniekąd słusznie – miała odgrywać w tej ludzkiej odysei jedną z głównych ról, ale potraktowana została w sposób instrumentalny, więc nawet „zapierające dech w piersiach” pejzaże, zamiast podbudowywać realizm, stawały się czymś w rodzaju sztucznie generowanego tła).
Może ktoś powiedzieć: przecież każdy filmowy obraz jest „sztucznym tworem” obliczonym na jakiś tam efekt. Racja. Ale jeśli formalne szwy filmu stają się dla nas zbyt widoczne, to cała ta jego artystyczna iluzja pryska i niejako wypadamy z fikcji, która – jakby nie było – jest warunkiem tego, żeby przeżyć w kinie coś autentycznego (a właśnie czymś „autentycznym” powinna być właściwa –  czyli skuteczna pod względem artystycznym – percepcja dzieła sztuki).

Jeszcze jedna rzecz w tym filmie mi przeszkadzała: mimo, że jego produkcji patronowała nawet szacowna instytucja National Geographic, to ciągle odnosiłem wrażenie, że – biorąc pod uwagę sposób, w jaki ukazano to na ekranie – ta ucieczka nie mogła się jednak udać, po prostu była niemożliwa. Być może jest to właśnie echo konfabulacji Rawicza (a pamiętajmy, że na jego relacji de facto oparto scenariusz), którego sposób opisu tej eskapady świadczył zwyczajnie o tym, że facet nie miał zielonego pojęcia o czym pisze, i że nigdy w opisywanych przez siebie miejscach (czy też sytuacjach) nie był. Pokonać na piechotę pustynię Gobi w osiem dni, w pełnym słońcu i bez wody?! Come On!

Myśląc o filmie Weira trudno mi nie uśmiechnąć się także na naiwne złudzenia polskich publicystów, że oto – za sprawą wszechpotężnego Hollywood, pana masowej wyobraźni – świat szeroki zobaczy prawdę o gułagach, systemie totalitarnym, gehennie polskich zesłańców, tudzież szaloną odwagę i twardość Polaków w  walce z komunizmem i o przetrwanie na nieludzkiej ziemi. I dodatkowo – że będzie to przeciwwagą i odtrutką na mocno zepsutą, nadszarpniętą opinię, jaką wystawiają Polsce pseudo-historycy pokroju choćby takiego Grossa.
Płonne nadzieje, płonne… A szkoda. Dotarły bowiem do mnie słuchy, że Peter Weir zaczął się do kręcenia „Niepokonanych” przymierzać bardzo ambitnie. Przeczytał (ponoć) kilkanaście książek traktujących o zbrodniach stalinowskich i obozach ( w tym „Inny  świat” Herlinga – Grudzińskiego i „Mój wiek” Wata), za konsultantkę miał nie byle kogo, bo Annę Applebaum, autorkę monumentalnej pracy „Gułag”, zaś przez ten trudny temat prowadził go Zbigniew Stańczyk, historyk z Uniwersytetu Stanforda, zajmujący się losem Polaków zesłanych na Syberię. Niestety, w filmie raczej tego nie widać. Niezła charakteryzacja, dbałość o szczegóły w oddaniu obozowych realiów (choć właściwie chodzi tu tylko o rekwizyty, co jest sprawą drugorzędną) – wszystko to nie jest w stanie załatwić historycznego kontekstu i w żaden sposób nie zbliża do poznania genezy totalitaryzmu, odkrycia źródeł tej zbrodni. Podejrzewam, iż widz po tym wszystkim będzie wiedział to samo, co do tej pory – czyli niewiele ponad nic. Wygląda na to, że Weir całe te pogłębione studia zignorował, dając po prostu nura w kino przygodowe, kłaniając się  tym samym komercji, zadowalając się ukazywaniem spektakularnej – to prawda – szkoły przetrwania grupy ludzi, którzy znaleźli się w warunkach ekstremalnych. Ale równie dobrze mogłoby się to rozgrywać na Marsie, lub jakiejkolwiek innej planecie, gdzie panoszy się jakieś bliżej nieokreślone Imperium Zła.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń nie chciałbym nikogo zniechęcić do wybrania się na film Weira, bo przecież ewidentnym gniotem to też on nie jest i przy odrobinie przychylności widza chcącego popatrzeć sobie na trekkingową przygodę grupki straceńców pakujących się w ekstremalne  warunki, te oczekiwania jest on w stanie spełnić.

Bieg po życie. Rzeki skute lodem, zabójcze góry, pustynie pełne żaru... człowiek w konfrontacji z piękną ale także i bezwzględną Naturą.

*

Tak się złożyło, że wszystkie omówione przeze mnie ostatnio filmy znalazły się w Oscarowej puli tytułów nominowanych w głównych kategoriach. Jakkolwiek mój stosunek do złotych cielców Hollywoodu jest umiarkowanie entuzjastyczny, to jednak z ciekawością będę śledził przebieg imprezy wręczania Oscarów 27 lutego w Los Angeles. Jeśli ktoś jest zainteresowany innymi filmami będącymi w zasięgu tegorocznych Oscarów, to zapraszam: o „Black Swan”, „The King’s Speech”, „The Fighter” i „The Social Network” mowa była TUTAJ, o najnowszym filmie A. G. Iñárritu „Biutiful”TUTAJ, natomiast o „Incepcji”TUTAJ , zaś o „Alicji w Krainie Czarów”TUTAJ. Chciałbym także zwrócić uwagę na niezwykle ciekawy brazylijski dokument pt. „Waste Land” (nominowany w kategorii najlepszych filmów dokumentalnych), o którym pisałem swego czasu TUTAJ. Zapraszam do podzielenia się swoimi opiniami i wrażeniami.

*