O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

POD RĘKĘ Z SZYMPANSEM

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XIX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

„Świat jako zlepek latających liter” – podoba mi się to określenie. Równie dobrze „litery” można by zamienić „słowami” a słowa zlepić w zdania – i oto mamy naszą tego świata narrację i nasze w tym świecie kulturowe zadomowienie.

Bez słów i języka nie byłoby człowieka. Świat by istniał – ale nienazwany. Odbijający się tylko w oku zwierzęcia, działający mu bezrozumnie na nerwy.

greydot

Wszyscy żyjemy między tym, co rzeczywiste, a nierzeczywiste, bo życie na tych antypodach jest po prostu niemożliwe: nie moglibyśmy znieść rzeczywistości bez tego, co nierzeczywiste i vice versa: życie byłoby niemożliwe w tym, co byłoby tylko nierzeczywiste.

greydot

Znany neurolog i psychofarmakolog – również wykładowca i gawędziarz – profesor nauk przyrodniczych Jerzy Vetulani o wyższości poligamii nad monogamią: „Moim zdaniem poligamia – z punktu widzenia ewolucji – jest bardziej korzystna, bo do rozrodu dopuszczane są tylko bardzo dobre samce. Te, które są słabe, odpadają z procesu reprodukcyjnego, odgrywając role pomocnicze.”

Cóż, nie pierwszy raz słyszę jak prof. Vetulani prowokuje, sprowadzając wszystko do amoralnych impulsów neurologicznych, jakie ponoć poruszają nami niczym marionetkami. Ale przecież człowiek stworzył kulturę i tym się różni od zwierząt, które kierują się jedynie instynktem. Człowiek jest zwierzęciem jedynie z biologicznego punktu widzenia (dlatego ja nie traktuję swojej żony jak samicy, a moja żona nie traktuje mnie jak samca). To kultura decyduje o naszym człowieczeństwie – a ta często stoi w opozycji do natury (a tym samym do czysto mechanicznej, redukcjonistycznej ewolucji).
Celem człowieka jest nie tylko reprodukcja, a tym bardziej ślepe podporządkowanie się instynktom i zwierzęcym impulsom. Nie idziemy pod rękę z szympansem. Nazwa Homo sapiens zobowiązuje: myślenie nie powinno być nam obce. Niestety, dysponowanie najwspanialszym (chyba) tworem Wszechświata, jakim jest ludzki mózg, nie chroni nas przed głupotą, która właśnie bardzo często wynika z naszych zwierzęcych atawizmów.

greydot

Seks i miłość nie są oczywiście antonimami. Dopełniają się nawzajem – m. in. za pomocą erotyzmu. Choć seks może istnieć bez miłości, a miłość bez seksu. Jednak miłość miedzy kobietą a mężczyzną (jeśli nie ma charakteru aseksualnego) zawsze wiąże się z erotyzmem. Innymi słowy: miłość w takim związku jest właściwie tym, co powoduje, że seks „nasiąka” w nim erotyzmem.

Erotyzmu pozbawione są wszelkie zachowania seksualne zwierząt ponieważ erotyzm łączy się ściśle z kulturą, której – ogólnie rzecz biorąc – pozbawione są zwierzęta.
Z tego wynika, że stosunek seksualny też może być sprawą kultury. Innymi słowy, nawet uprawiając seks można zachowywać się kulturalnie.

greydot

Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym bardziej skłonny jest twierdzić, że seks jest przereklamowany. Ale upojenie młodością niekoniecznie musi być tym samym co upojenie seksem. Umysł może dłużej pozostać młody, niż ciało.

greydot

Słyszę jak ktoś mówi o genach dotyczących psyche, genach biologicznych, genach kulturowych… Pada też zgrabne określenie, że „cały człowiek to jeden wielki atawizm” a kultura to „pudrowanie atawizmów”.
Lecz ja mam kłopot ze zrozumieniem czym są geny “dotyczące psyche”, a zwłaszcza geny “kulturowe”. Bo to, jak “materia” (jaką są geny) przekłada się na fenomeny psychiczne człowieka (albo memy kulturowe) nadal jest dla nas (a ściślej: nawet dla naukowców – genetyków, neurologów, psychologów) wielką zagadką.
Sięgamy w Kosmos, roimy sobie jakieś hipotezy dotyczące powstania i ewolucji Wszechświata, a mamy zaledwie mgliste pojęcie o tym, jak funkcjonuje nasz mózg.
Ponadto używanie sformułowania “geny biologiczne” jest masłem maślanym, bo przecież nie ma innych genów, jak geny biologiczne.

Jest dużo prawdy w tym, że całą naszą kulturę można nazwać pudrowaniem atawizmów, jednakże jest ona czymś znacznie więcej, bo tworzy nową jakość funkcjonowania człowieka, konstytuuje jego człowieczeństwo i stanowi jego tożsamość, wyróżniając go ze świata zwierzęcego.
Homo sapiens niekulturalny (bez kultury) zachowuje się jak zwierzę.

greydot

Czytam wspomnienie kogoś, kto odwiedził niedawno Francję i był świadkiem reakcji Francuzów na przelatujące im nad głową samoloty, które wysyłano z jakąś misją post-kolonialną do Afryki. Tą reakcją była duma. I tak się zastanawiam czy bardziej był to relikt dawnej kolonialnej świetności czy może atawistyczna radość z demonstracji siły własnego plemienia.

A jak się rzeczy z armią francuską w Afryce naprawdę mają? Otóż, jak można zauważyć, w pasie saharyjskim wojska francuskie odnoszą same sukcesy (piszę to z sarkazmem, bo w sumie ruchy te nie przynoszą żadnego rezultatu – oprócz niepotrzebnych śmierci francuskich żołnierzy), ale najbardziej udała się ich misja stabilizacyjna w Libii (tu mój sarkazm jest jeszcze większy, bo wiemy czym się skończyła interwencja zbrojna Zachodu w kraju Kadafiego).
Ofiary wśród żołnierzy? Otóż dopóki młodzi ludzie świadomie (bez przymusu) chcą umierać za rudy metali w byłych afrykańskich koloniach, to nie ma co robić z ich głupoty bohaterstwa. Należy bowiem pamiętać, że militarna gestykulacja (jaką de facto są akcje francuskich oddziałów wojskowych w Afryce) może się skończyć zejściem śmiertelnym.

Wojsko moim zdaniem powinno być formacją obronną pilnującą swojego domu – terytorium własnego kraju i zamieszkujących go ludzi – a nie włóczyć się i rozbijać po świecie – dawać się prowadzić na pasku polityków, realizując jakieś polityczne czy ekonomiczne interesy garstki cwaniaków.

greydot

Zasłyszane: “Kontestatorzy nie zmieniają świata, chyba że ich ilość osiągnie masę krytyczną.”
Bardzo trafne spostrzeżenie. Zmiany w świecie możliwe są tylko dzięki zmianom strukturalnym, a nie elementarnym.

greydot
„Samolubny” gen to chwytliwe określenie ale strasznie jednak redukcjonistyczne, bo sprowadzające nas do czegoś w rodzaju bezwolnego naczynia-wehikułu, do którego wsiadły na gapę jakieś pasożyty, by tylko przejechać się nieco dalej. Jesteśmy więc ponoć bezwzględnie przez nie (przez „coś”?) wykorzystywani.
A przecież geny nie są czymś „obcym”, stworzyły nie tylko nasze ciało, ale i współtworzą naszą osobowość i tożsamość – czyli stały się nami.

Czy to, że przydajemy życiu jakąś wartość, jest tylko sprawą samolubnych genów? Czy tylko im zawdzięczamy wszystko co tworzymy – i co stwarza nas samych?

greydotBez dysponowania wolną wolą, nasza tożsamość (podmiotowość, odrębność, autonomiczność) nie miałaby sensu.

A jednak często mam wrażenie, iż nasza wolność jest iluzoryczna – również ta wewnętrzna. Możliwe jest jedynie osiągnięcie kolejnego, wyższego stopnia wolności.
Oczywiście żyjąc na ziemi – tej ziemi – nie jesteśmy w stanie osiągnąć wolności absolutnej. To abstrakt – złudzenie.

greydot

W samym określeniu “intelektualista” czy “inteligent” nie ma nic złego. Problem zaczyna się według mnie wtedy, kiedy ów „intelektualizm” czy „inteligenctwo” obnosimy przed sobą niczym sztandar, uznając to za naszą cechę nadrzędną, z którą każdy powinien się nie tylko liczyć, ale i zgadzać – i oczywiście być pod wrażeniem.

greydot

Idealizm jest wykwitem intelektualizmu (pojęcia te pod pewnymi względami można ze sobą utożsamiać) chociaż idealizm wspiera się niekiedy na czymś w rodzaju duchowości, która nie musi mieć z intelektem wiele wspólnego, będąc domeną „serca”.

greydot

Lewis Carroll do potencjalnego samobójcy: “Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie będziesz różnił od miliardów innych czaszek…”
Czyli: samobójca myśli czasami, że się swoim czynem wyróżnia, ale w rzeczywistości – unicestwiając się – redukuje swoje ciało do martwej materii, upodabniając je do miliarda niczym się nie wyróżniających czaszek (cząstek).

greydot

Z listu od przyjaciela W.: „Co niektórzy (…) uważają, że do tego, by powstał Wszechświat, palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma.”

No właśnie – wszystko rozbija się o to „być może” (to jest znaczące i wymowne, bo określenia tego używasz, uważając się za ateistę). Ponieważ ciągle nie mamy wystarczającej wiedzy, by wykluczyć Nadrzędną Przyczynę Sprawczą (czyli ów „palec boży”), ani by twierdzić, że wszystko zaistniało dzięki aktowi wolicjonalnemu jakiegoś Wyższego Bytu (Boga). Tego (przynajmniej na razie) nie można rozstrzygnąć. Wszystko, co usiłuje ten problem rozwiązać, jest albo hipotezą, albo wiarą – bo wystarczających dowodów nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą.
Nie przeczę teorii ewolucji (a wiem, że są ludzie, którzy – zwykle ze względu na swoją wiarę – nie chcą nawet o niej słyszeć) ale nie uważam, że wszystko (a zwłaszcza pojawienie się życia na ziemi) było dziełem przypadku (długo dochodziłem do tego przekonania – nie pojawiło się ono u mnie tak ad hoc). Nie sądzę więc, że tylko tzw. „przypadek” kieruje ewolucją – co zresztą wydają się potwierdzać pewne ostatnie badania, w których zaobserwowano, że materia/energia zachowuje się czasami tak, jakby ‚wybierała’ najbardziej optymalny kierunek działania, „omijając” niejako te, które by ją prowadziły „na manowce” (sorry, że nie używam terminów „naukowych” ale po prostu chcę przekazać tu pewną ideę tak, aby była ona zrozumiała także przez nas, laików).
Czyli jest jakiś kierunek.
A jeśli coś jest ukierunkowane (do pewnego stopnia zdeterminowane?) to nie wszystko można wyjaśnić za pomocą statystyki, która opiera się na teorii chaosu i traktuje zderzenia losowe, jak zupełnie przypadkowe. Zresztą, nawet Ty, (najprawdopodobniej bezwiednie) zaprzeczasz w swoim komentarzu istnieniu czegoś takiego jak „przypadek”, choć wcześniej (przy innych okazjach) twierdziłeś, że życie na Ziemi powstało „przypadkowo”, i że ten „przypadek” nadal ma wpływ np. na ewolucję.
Według mnie teoria ewolucji nie musi być sprzeczna z tzw. „kreacjonizmem”. Innymi słowy: kreacjonizm wcale nie musi wykluczać prawidłowości teorii ewolucji – w tym sensie, że same prawidła ewolucji zostały zawarte już w planie Stworzenia. Dla mnie, ów plan jest rodzajem kosmicznego programu „komputerowego”, jaki działa i realizuje się we Wszechświecie. Czyli sam Wszechświat można porównać w tym kontekście do pewnego rodzaju komputera.  Piszesz: „Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia.” Trudno mi się z tym zgodzić. Nawet jeśli bylibyśmy przekonani, że takie źródło istnieje (w postaci „boga”), to i tak nie wiedzielibyśmy dokładnie jakie to źródło jest, a więc moglibyśmy dążyć do jego poznania – nota bene wykorzystując metody naukowe, które (jak pewnie mielibyśmy nadzieję) prowadziłyby nas coraz bliżej „kłębka” – czyli początku Wszystkiego.

W innym liście do mnie W. napisał coś, co mnie – w sensie pozytywnym – rozbroiło:
„W życiu chodzi o harmonię, o wzajemne poszanowanie i zrozumienie. (…) Argument uczuciowy, Bóg jest miłością przemawia do mnie najbardziej i na tym chciałbym się chwilę skupić. Ta zależność i potrzeba jest chyba kluczem do zrozumienia ewenementu religii. To jak potrzeba dziecka bycia kochanym. To co powiedział Einstein (‚Wrażenie, że za wszystkim, czego doświadczamy, ukrywa się coś, czego nasz umysł nie może ogarnąć i czego piękno i majestat dosięga nas jedynie pośrednio jako słabe odbicie, to jest religijność. W tym sensie jestem religijny.’) mógłbyś włożyć w usta zakochanego chłopca zachwycającego się urodą swojej dziewczyny. Miłość. W tym sensie jestem też religijny.”
Nie spodziewałem się tych słów po W.

greydot

Osoby zaprzeczające prawdziwości teorii ewolucji odrzucą każdy potwierdzający ją dowód – po prostu nie przyjmą go do wiadomości. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla ich pojęcia Boga i człowieka – równające się zaprzeczeniu ich wiary.
Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować „prawdy” ich wiary, burząc ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.

Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć – zwłaszcza o tym, co kwestionowałoby ich przekonania, co mogłoby „wysadzić” ich z utartych schematów myślenia, zburzyć stereotypy jakimi się posługują i jakim się poddają.

greydot

Ludzie, generalnie rzecz biorąc, unikają (myślowej) konfrontacji z czymś, co mogłoby zburzyć ich poukładany (?) świat wierzeń, przekonań… A jeśli o tym już myślą, to w formie odrzucenia i negacji, a nie porównania i analizy, czy też chęci zrozumienia. Tak więc przedstawiciele Homo sapiens w zdecydowanej większości nie są – użyję tu trochę prowokacyjnego określenia – „wolnomyślicielami”. Wręcz przeciwnie: są w swoim myśleniu zwykle konformistyczni, zachowawczy, poddający się stereotypom, wpływom środowiska… I wiedziano o tym na długo przed tym, jak Fromm opisał tę ludzką cechę w swojej słynnej książce „Ucieczka od wolności”.
Oczywiście, że jest to uogólnienie i są tacy, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni, niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym. Lecz wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało. I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka.
Ale czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
Wydaje mi się jednak, że chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.

greydot
W ostatnich kilkudziesięciu latach nasza (naukowa) wizja świata ulegała rewolucyjnym nieraz przeobrażeniom, ale wiedza na ten temat raczej nie dociera do tzw. szerszego ogółu – ludzie nadal przebywają w swoich bardzo ograniczonych wyobrażeniach o otaczającym nas, „rzeczywistym” świecie.
Nie możemy sobie np. wyobrazić tego, że coś takiego, jak „materia” w rzeczywistości nie istnieje (to tylko nasze określenie czegoś, co „materię” w naszej percepcji zastępuje, co jest tej „materii” odpowiednikiem).
Sądzę jednak, że uświadomienie sobie tego pomogłoby nam w odnalezieniu się w świecie i w życiu. Dzięki tej pogłębionej świadomości łatwiej byłoby nam ten świat „znosić”, rozumieć – może nawet pomogłoby nam wyzbyć się egzystencjalnego lęku, odnaleźć nasze miejsce w ogromie Wszechświata – poczuć z nim pewną jedność. W pewnym sensie, mogłoby to być nawet przeżycie religijne. Pozbawione na dodatek dogmatów.

greydot
Jest taki aforyzm Kisiela: „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.”

Nie do końca bym się tu z Kisielem zgodził. Bowiem, według mnie, dureń, który wie, że jest durniem, tym durniem być nie przestaje – jeśli nie zmieni swego postępowania.
Jednakże to prawda: głupiec, który nie widzi własnej głupoty, to najgorszy rodzaj głupca.
Ale czy nie jest tak, że większość z nas nie dostrzega własnej głupoty? Bo przecież żaden człowiek nie jest zupełnie od tej głupoty wolny.

greydot
Nasze strony rodzinne skłonni jesteśmy postrzegać jako centrum świata, bo tam miały początek nasze jego postrzeganie i poznawanie. Czy tego chcemy czy nie, z tym miejscem związana jest nasza (pierwotna) tożsamość.

Ojczyzna jest tylko jedna. Ale zakotwiczyć można się nie tylko w miejscu naszych narodzin.

greydot
Opozycja: nomadyzm a zadomowienie.
Muszę się przyznać, że mam taką dziwną naturę, która – w zależności od okoliczności – jest mieszaniną zamiłowania zarówno do koczowniczego, jak i osiadłego trybu życia. Czyli mam w sobie zarówno coś z podróżnika, jak i domatora. Bo kiedy jestem w podróży, to lubię te wszystkie migracje i ekscytacje podsycane adrenaliną zdobywcy i eksploratora. A znów kiedy jestem w domu, to lubię domowy komfort, spokój i poczucie bezpieczeństwa jakie dają własne cztery ściany i dach nad głową. I ktoś bliski.

greydot

Schyłek Stanów Zjednoczonych. Czy nie oznaczałby schyłku świata takiego, jaki znamy? Bo przecież ryba psuje się od głowy. Trudno jest jednak snuć analogie z upadkami innych imperiów, bo Ameryka jest jednak w historii ludzkości ewenementem – także ze względu na globalny kontekst naszych czasów, w jaki pchnęła nas niewiarygodnie rozwinięta technologia i rewolucja informatyczna. Dodatkowym problemem jest to, że – jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów słynny socjobiolog Edward O. Wilson – mimo że dysponujemy techniką „o boskich możliwościach”, to nadal mamy emocje na poziomie epoki kamienia łupanego, żyjemy z naszą paleolityczną agresją i wojowniczymi popędami, a struktura naszych instytucji przypomina te ze Średniowiecza.
To dlatego wszystko się może zdarzyć – i trudno jest cokolwiek przewidzieć.
Stany Zjednoczone ekonomicznie mogą podupadać przez całe dziesięciolecia i w jakimś sensie ten proces, paradoksalnie, może być swoistą stabilizacją, tzn. przebiegać w miarę stabilnie. A jeśli nie będzie tej stabilności?

Czy Stanom Zjednoczonym może zagrozić ktoś z zewnątrz? Fizycznie – żadnego najeźdźcy nie będzie (Chiny i Rosja za daleko, Indie za słabo zorganizowane, Ameryka Południowa za leniwa, Kanada za mała, Meksyk za słaby…) Wchodzą w grę tylko siły wewnętrzne, które mogą rozsadzić (czy też przeobrazić) Stany Zjednoczone od środka.

greydot
Czasami nurtuje nie pytanie, czy Amerykanie zdolni są do społecznego protestu na szeroką skalę. Pewnie tak – jak każe społeczeństwo. Np. sprzeciw wobec wojny w Wietnamie w latach 60-tych był zakrojony na szeroką skalę, podobnie jak ruch emancypacyjny murzynów na początku tamtej dekady.

Ciekawe jest również to, jak zareagowałyby na taki masowy protest tzw. służby specjalne i policja. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło to przebiegać podobnie, jak np. w Egipcie (choć jak się przekonujemy ostatnio, amerykańscy policjanci są jednak brutalni, czasem nawet zabójczy).

greydot

W „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” Miłosza zadziwia mnie nieco ustęp o „Czarnych”. Miłosz pisał swój esej w latach 60-tych, a wówczas rasistowskie resentymenty były w Ameryce o wiele mocniejsze, niż dzisiaj – i niestety w tekście Miłosza jest to bardzo wyczuwalne. Ot, choćby takie zdanie: „Naprawdę prawie nikt nie lubi Czarnych” – jest jakby z zupełnie innej epoki.
Ale ja się temu za bardzo nie dziwię, bo tacy ludzie, jak Oprah Winfrey, Michael Jackson, Arsenio Hall, Eddie Murphie, Morgan Freeman, Denzel Washington, Michael Jordan, Spike Lee, Whoopi Goldberg, Colin Powell… przyszli później, a gdyby wówczas ktoś wspomniał o czarnym prezydencie, to uznany by został za szaleńca.

Oczywiście nie podejrzewam Miłosza o rasizm, ale język jakim pisze on o Czarnych (myślę, że używa go świadomie i celowo) wydaje mi się jednak językiem dawnej, minionej epoki:
– „tym przeklętym spadkiem kolonialnej Ameryki”
– „to niewolniczo przymilne, to znów aroganckie i bezczelne, niepokojące, bo krzywdzone, zbyt poufałe jeśli nie krzywdzone, przybierało w Europie kształt dwunożnych istot ubranych w wypłowiałe szmaty…”
– „ich człowieczość zresztą nadal jest dla wielu wątpliwa”
– „mój pradziadek mógł być właścicielem całego ich stada”
– „nie nauczyli się żadnego języka, zmieniając angielski w śmieszny dialekt”
– „te istoty celujące tylko na sportowym boisku, poza tym niezdolne skorzystać z równych szans i dostać minimum dobrych stopni”
– „Nienawistni. Nie można wkupić się we względy Czarnych, jeżeli ma się białą skórę, i nie mam zamiaru tego próbować”
– „Jak więc przyjąć ten wzorzec, murzyński, zwierzęcego ciepła, ciągłego wzajemnego dotyku, natręctwa, niedbalstwa, lenistwa, lekkomyślności?”

W pewnym momencie Miłosz pisze nawet: „poza tym niech sobie robią co chcą, byle dalej ode mnie.”
Przy czym on to pisze w taki sposób trochę asekuracyjny: niby od siebie, niby w imieniu stereotypów i tendencji myślenia o Czarnych, panujących wówczas wśród Białych – tak, że w końcu nie wiadomo, czy to są jego myśli i odczucia, czy nie. A jednak ta litania, którą powyżej wymieniłem, wydaje się być dzisiaj już anachronizmem. Oprócz jakichś strasznych, zacofanych zaścianków, nikt już obecnie – w społecznej skali – tak o murzynach nie myśli, a tym bardziej – nie wypowiada.
Sądzę, że Miłosz to wszystko pisał pod presją ówczesnych niepokojów społecznych, związanych konkretnie z rebelią Czarnych Panter, (która odbywała się właściwie tuż obok, w jego sąsiedztwie, bo siedziba Czarnych Panter, Oakland, graniczy z Berkeley, gdzie na Uniwersytecie wykładał Miłosz). To chyba dużo tłumaczy i wyjaśnia.

greydot
Myślę, że współczesne obawy ludzi przed łatką “rasisty” ewentualnie “antysemity” są czkawką po czasach, kiedy rasizm i antysemityzm był na porządku dziennym i jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmował (z wyjątkiem garstki sprawiedliwych).
Warto też odróżniać prawdziwy rasizm i antysemityzm od krytyki pewnych zachowań społecznych, politycznych i obyczajowych, ale to trudne – choćby dlatego, że nie wiemy jakie są intencje i co się za taką krytyką kryje (a niestety, dość często, rzeczywiście kryje się coś brzydkiego). Wydaje mi się jednak, że zawsze, w końcu, rasista czy rasowy antysemita zdradzi swoją prawdziwą twarz.

greydot

Od dawna sądzę, że bez kultury nie byłoby okrucieństwa. Jest ono bowiem jej rewersem, antynomią, rozeźlonym odbiciem. Istnieje na zasadzie opozycji, wypaczenia, kontry, degeneracji…Innymi słowy: okrucieństwo i zło może istnieć tylko w kontekście kultury jaką stworzył człowiek. Zwierzęta są bez kultury, dlatego nie mogą być okrutne. To jest jednak zdumiewający paradoks.

greydot
W czasie mojej podróży do Nepalu, w jednej z dzielnic Katmandu, uderzył mnie widok domu z olbrzymim bannerem przedstawiającym portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. Jak się okazało, nie była to żadna dekoracja do filmu o komunistycznym kulcie jednostki z akcją rozgrywającą się w jakiejś zamierzchłej przeszłości, tylko współczesna siedziba jednego z biur partii maoistowskiej w Nepalu.
Muszę przyznać, że widok ten był dla mnie małym szokiem. Bowiem wydawać by się mogło, że Marks, Engels, a zwłaszcza Lenin, Stalin i Mao to do cna przejrzane i skompromitowane indywidua, których myśli i działania doprowadziły (pośrednio lub bezpośrednio) do masowych śmierci i ludobójstw, które pochłonęły dziesiątki milionów ofiar, a tu – w XXI wieku – wystawia się im jeszcze takie oto ołtarzyki, uznając za swoich bohaterów, mistrzów i nauczycieli.
Rodzą się tutaj pytania: Jakim nurtem podąża historyczna pamięć? Jakie są przyczyny społecznej ślepoty wydającej ludzi na żer autokratów i demagogów? Dlaczego zbrodnia nie odstrasza narodu, a wręcz przeciwnie – bywa nawet czymś, co go konsoliduje?
Czy to wszystko jest tylko sprawą perspektywy, z jakiej się patrzy na świat? Jeśli tak, to dlaczego zabija się przy tym wyobraźnię i elementarną zdolność rozróżniania dobra od zła?

greydot
Ktoś na moim blogu napisał: „Wiara w Boga, bogów czy ogólnie wiara w to, że wszechświatem porusza jakaś określona siła typu ‚coś w tym musi być’ jest dla mnie w dzisiejszych czasach przejawem lęku przed Niewiedzą. Wolimy naiwność dziecka niż ‚puste miejsce’. Wychowałam się w otoczce i wartościach katolickich (chrzest, komunia, katechezy oraz przejawy dziecięcej dewocji). Dziś, jako 40-letnia osoba, nie potrafiłabym inaczej zdefiniować siebie niż ‚ateistka’, dla której raczej popędem współczesnej myśli jest Niewiara i poszukiwanie własnej filozofii, wartości w nieokreślonym ich zbiorze życia. Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga, bogów (religie), wydaje się anachronizmem i jest niewystarczalna, jeśli nie sprzeczna z tym co wiemy, widzimy, czujemy. Ja wkładam w to ‚puste miejsce’ odkrywanie świata, poznawanie zmysłowe, intelektualne, każde. To całkiem Nieskończony proces i ciekawe zajęcie…”

Na co odpowiedziałem: Wydaje mi się, że np. pisanie takich słów, jak Niewiedza, Niewiara z dużej litery jest właśnie przejawem tego samego anachronizmu, o który oskarżasz wiarę w Boga. Jest w tym jakieś… bałwochwalstwo, tyle że à rebours. Piszesz: „Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga wydaje się anachronizmem”. Zważ jednak, że to Tobie tak się „wydaje”. Setkom milionów ludzi – jeśli nie miliardom – na całym świecie tak się nie wydaje. I właśnie to, co „wiedzą, widzą i czują” powoduje, że wierzą w Boga, czy też w jakiś byt metafizyczny, który Bogiem nazwać można. Nie chcę już przypominać oczywistości, że ludźmi „wierzącymi” są również naukowcy, astrofizycy, biolodzy, matematycy… ludzie wybitnie inteligentni, których doprawdy trudno byłoby nazwać „naiwnymi dziećmi”, nieukami czy ignorantami.

Według mnie ateizm nie jest wcale jakimś wyższym, bardziej świadomym, dojrzałym – i mniej naiwnym – stanem ludzkiej świadomości. Wręcz przeciwnie – myślę, że to w ludziach wierzących jest jakaś… „pełnia”, której brakuje zadeklarowanym ateistom, od których czasem wieje jakimś dziwnych chłodem – przynajmniej ja to tak odczuwam. Wyznanie wiary jest mi czymś bliższym – albo, innymi słowy: wydaje mi się być czymś bardziej „ludzkim” (choć sam uważam się raczej za agnostyka) – niż wyznanie Niewiary (bo tym jest właśnie wg mnie zadeklarowany ateizm).

Wyznanie wiary jest ze swej natury aktem pozytywnym, zaś niewiary – negatywnym (abstrahując od etycznego wartościowania tychże aktów).

Ponadto, jeśli nie wierzymy, to czy musimy od razu tę naszą „Niewiarę” obwieszczać – i to z duże litery? Po co? Jest w tym coś deprymującego, negatywnego, może nawet depresyjnego… zwłaszcza dla ludzi wierzących.
Jednakże zdaję sobie sprawę z tego, że to, co tu piszę, jest subiektywne i nie roszczę sobie prawa do posiadania pod tym względem jakiejś uniwersalnej racji – ktoś inny może odczuwać (myśleć) coś zupełnie innego i będzie to równie usprawiedliwione. Mimo tego wszystkiego, co napisałem, (a może właśnie dlatego?) nie chcę dzielić ludzi na „wierzących” i „ateistów”. Istnieją dla mnie ważniejsze kryteria.

PS. Nie sądzę, że „popędem współczesnej myśli jest Niewiara”. Jest nim właśnie pęd do wiedzy – czyli niejako negatyw niewiary.

greydot
Ciekawy jest stosunek człowieka do mitu, bowiem może on funkcjonować w ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów: jako wiara, umowność, udawanie, wiedza… w formie dogmatu, metafory… na niwie poezji, sztuki, literatury, marzenia, religii… W pewnym sensie całą naszą kulturę uznać można ze pewną formę mitu. Mało tego: może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?

greydot
Nikt nie jest odporny na siłę mitologii. Nawet ten, kto będzie temu solennie zaprzeczał. Tu nawet nie tyle chodzi o odporność, co konieczność.

greydot
Paradoksalnie, kiedy człowiek uzyskał świadomość samego siebie, został niejako odseparowany od swojego wnętrza. Wyszedł poza nie, ale do tego wnętrza zaczął tęsknić. (Tego problemu, jak mi się wydaje, nie mają zwierzęta.) Innymi słowy, człowiek stworzył kulturę, ale utracił przez to kontakt ze swoim wnętrzem. To ciekawe – zapętlające się nieco i przewrotne – bo kultura w dużej części polega właśnie na poszukiwaniu przez człowieka własnego wnętrza. Niestety, wydaje mi się, że odkąd przestaliśmy być zwierzętami, czujemy się cokolwiek nieswojo.
greydot
Cytat: „Wydaje się, że współczesny świat coraz bardziej preferuje typ człowieka ‚anonimowego indywidualisty’, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem. Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia. Nie posiada własnego zdania, a swoje argumenty opiera na przekonaniach lansowanych w mediach. Wprawdzie dzielnie trzyma w górze swój sztandar, jednak jego kolory zmieniają się w zależności od zdania ogółu. Nie wytęża wzroku, aby spojrzeć głębiej i dalej, nie wsłuchuje się, by usłyszeć wyraźniej.”

Wbrew pozorom określenie „anonimowego indywidualisty”, jako „osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem” ma swoją logikę. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu człowieka indywidualisty, a zarazem takiego, który zachowuje się stadnie, jest określenie „pozornymi”. Czyli właściwie jest to złudzenie indywidualizmu, bo człowiek taki, mając przeświadczenie, że idzie za własnym oryginalnym wyborem, w rzeczywistości powiela „oryginalność”, którą przejawiają (i którą łudzą się) podobni jemu „indywidualiści”. To jest doskonale widoczne choćby w reklamach, które zapewniają potencjalnego konsumenta, że jest on jeden, jedyny i niepowtarzalny – właśnie „oryginalny” – a w rzeczywistości (kierując to samo przesłanie do setek tysięcy ludzi), chcą go przygiąć do określonego szablonu i narzucić mu pewien wzorzec zachowań. I to się niestety specom od marketingu i konsumerskiej propagandy udaje.
Podobnie jest w subkulturach: np. tzw. „hipsterzy”, z których każdy chce być wielką indywidualnością i oryginalnością, w rzeczywistości upodabniają się – w sposób mimikryczny – do swojego otoczenia (zachowując przy tym złudzenie swojej wyjątkowości i indywidualizmu, oraz poczucie tego, że się „wyróżniają”)

greydot
Nie zawsze gorsza rzecz wypiera lepszą – częściej jednak to co naprawdę dobre, w końcu się wybija i utrwala (na przestrzeni wieków) jako pewna niezbywalna wartość kulturowa (vide: malarstwo, muzyka, rzeźba, literatura…) Przy czym, tak się działo do XIX-go stulecia, zanim nie pojawił się modernizm i nie porozbijał wszystkich obowiązujących (i używanych) dotychczas kanonów. Później wartościowanie sztuki się pogubiło (pogłębił to jeszcze bardziej postmodernizm) i dzisiaj rzeczywiście ludzie mają wielki problem z oceną tego, co jest dobre a co złe (ulegając szarlatanerii, manipulacji, merkantylizmowi, wmówieniu… przez co, niestety, często wygrywa badziewie i hucpa – odnosi się to zwłaszcza do sztuki współczesnej).
Dla mnie najważniejszy jest AUTENTYZM odbioru kultury i sztuki. Inaczej mówiąc, uczestnictwo w kulturze i sztuce musi być szczere. Bo jeśli takie nie jest, to mamy tylko pozę, snobizm, pozór i udawanie.

greydot

Niestety, wydaje mi się, że jeśli chodzi o sztukę poza-mainstreamową, więcej jest udawaczy, niż autentycznych miłośników (odbiorców) kultury. Dochodzi jeszcze do tego pewien rytuał jej konsumpcji. Wobec tego nie dziwi tak bardzo to, że ktoś, kto naprawdę lubi (kocha) muzykę klasyczną, operę, jazz, balet… nie chce się z tym obnosić i afiszować, co najwyżej podzielić się swoim hobby (zamiłowaniem, pasją) z innymi, czującymi (myślącymi) podobnie.
Nie chce, ale i też nie czuje większej potrzeby takiej manifestacji – wszem i wobec – swoich upodobań, zainteresowań i gustu. I to właśnie świadczy o ich autentyzmie.
A jeśli ktoś, będąc „konsumentem” kultury „wyższej”, wstydzi się tego, że i na „nizinach” coś mu się podoba, to poświadcza tylko swoją własną niepewność co do istoty i autentyzmu swojego odbioru kultury i sztuki, podlegającego przecież jego własnym gustom i zainteresowaniom, (które tym samym również mogą być przez to zakwestionowane).

greydot

Ludzie oczekują powtarzalności, bo to im głaszcze utarte kanały percepcji. To jest w sumie ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.

greydot

Podoba mi się takie podejście do kultury, w którym człowiek poddaje się własnemu doświadczeniu – ma zaufanie do własnej wrażliwości, nerwów, inteligencji i serca – ale i jest otwarty na to, co nowe i być może trudniejsze w odbiorze, bo nie poddające się utartym zainteresowaniom i gustom.
Ten wysiłek jest jednak istotny, bo dzięki niemu możemy własne zainteresowania rozwijać, posuwać się do przodu w przeżywaniu i przyswajaniu czegoś, co może zburzyć nasze „konsumpcyjne” wygodnictwo, przełamać schematy, rutynę, przyzwyczajenia…

greydot

Stanisław Ignacy Witkiewicz w „Nowych formach w malarstwie i wynikających stąd nieporozumieniach” pisze: „Widzimy, że dzieła sztuki i odpowiadające im wrażenia artystyczne możemy uszeregować według wzrastającej komplikacji ich elementów i intensywności estetycznego zadowolenia i że to, co nazywamy Sztuką, będzie leżeć gdzieś w środku tego szeregu, a sfera jej będzie niezupełnie ściśle określona, zależnie od osobników, tworzących i przyjmujących wrażenia. Chodzi tylko o to, aby móc mówić o tych samych jakościowo wrażeniach, o konstrukcji jakości, o Czystej Formie, o uczuciu metafizycznym, nie marząc o ścisłym podziale, niemożliwym z powodu względności i subiektywności panującej w tej sferze, ale i nie mieszając w niej elementów zupełnie jej obcych. Jednak dla 95% „zdrowo myślących ludzi” sfera, o której mówimy, jest czystym urojeniem, wytworem chorej wyobraźni natur przewrotnych – tak wielką jest sugestia poczętego w czasach renesansu i dziś zamierającego realizmu w malarstwie, tej zupełnie nieistotnej jego odnogi, powstałej na tle odrodzenia naturalistycznej rzeźby greckiej i olejnego malowania, zdolnego do naśladowania wszystkich stanów natury, tego działu, który ze sztuką malarską ma tyle tylko wspólnego, że używa się i tam, i tu jednych i tych samych środków, farb, pędzli itp., ale do zupełnie innych celów.”

Podział sztuki na różne zbiory, kategorie i rodzaje ma oczywiście sens (bo człowiek ma skłonności do tego, by wszystko nazywać, segregować, porządkować… ułatwia mu to bowiem orientację w świecie), ale tak naprawdę nie ma to większego wpływu na to, jak sztukę odbieramy (no chyba że jesteśmy snobami kierującymi się sztucznie ustalaną hierarchią – wartościowaniem sztuki opartym na kryteriach poza-artystycznych, np. prestiżowych czy merkantylnych).
Bardzo ciekawy cytat z Witkiewicza. Ale też potwierdzający niemożliwość ścisłego określenia linii podziałów sztuki, co jest zrozumiałe, bo już w czasach Witkacego samo pojęcie Sztuki wymknęło się czytelnej kategoryzacji i ścisłej, aprobowanej powszechnie, definicji. Taka była cena modernistycznej rewolucji.
Witkacy był zwolennikiem tzw. Czystej Formy, ubolewał nad zanikiem „uczuć metafizycznych” – nie dziwi więc jego niechęć np. do realizmu, któremu odmawiał racji do bycia częścią sztuki malarskiej. Jednakże, według mnie jest to zbyt daleko posunięty radykalizm.

greydot

Pewne wartości etyczne wydają się nam „ponadczasowe” ale one ponadczasowe nie są, bo wykształciły się w czasie – tak jak kształciła się i sublimowała etycznie nasza kultura i cywilizacja, a wraz z nią system etyczny, który przecież nie jest czymś niezmiennym, a tym bardziej uniwersalnym.
Np. „uniwersalne” według niektórych przykazanie (norma etyczna) „nie zabijaj”, wcale nie jest uniwersalne. Uniwersalna zasada naturalna jest wręcz przeciwna: „zabijaj, kiedy tylko to przynosi ci to korzyść” – i stosuje się do niej cała Natura, co widać aż nadto oczywiście, kiedy bliżej przyglądniemy się temu, co się dzieje w świecie zwierząt.

Również w świecie ludzkim, i to współcześnie, daje się przyzwolenie na zabijanie (wojny, wojsko, drony, „broń”, kara śmierci, obrona własna…) – mordowanie ludzi jest sankcjonowane w wielu przypadkach – więc ochrona ludzkiego życia nie jest wartością uniwersalną. Świadczą o tym również miliony aborcji, (które de facto są likwidowaniem ludzkich zarodków, czyli zabijaniem życia), dokonywanych każdego roku na świecie.

greydotNie podoba mi się ta wojna polsko-polska, w której jedna strona uważa się za oświeconą “elitę” intelektualną, patrzącą z góry na katolicki “nawiedzony” “ciemnogród”, sama nie zauważając swojego prymitywizmu, jaki często przejawia w atakach na ludzi wierzących, Kościół Katolicki i księży.
Nie podoba mi się ten pełen pychy i besserwisserstwa przemądrzały ateizm (którego wielu wyznawców sprawia wrażenie właśnie nawiedzonych), skupiający się jedynie na negatywnej stronie religii, ignorując jej znaczenie pozytywne.
Nie podoba mi się, że taki naukowiec jakim jest Dawkins (“papież” ateistów) staje się de facto ideologiem, który jedzie po religii (i po ludziach wierzących) jak po burej suce…

Wydaje mi się, że tu nie tyle chodzi o wyrażenie swego zdania, ani o polemikę, tylko o zaznaczenie swojej intelektualnej “gnostycznej” wyższości i dalsze utwierdzanie się w swoich jedynie słusznych, nieomylnych poglądach. A jeśli chodzi o tzw. “wojujący” ateizm i jego reprezentantów, to wydaje mi się on jeszcze jedną przesiąkniętą ideologicznie – zabarwioną nawet totalitarnie – sektą.
Niestety.

greydot
Publicysta „Polityki” Jacek Kowalski obdarzył swój blog tytułem „Listy ateisty” oraz mottem z Philipa K. Dicka: “Rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaję w to wierzyć.”

Muszę przyznać, że dość dziwne to motto, jak dla strony zadeklarowanego ateisty. Bo przecież rzeczywistość nie jest domeną wiary tylko percepcji. Nie wierzy się w TO, co się widzi, tylko TO się postrzega i przyjmuje do wiadomości. Na tej podstawie buduje się, czy też gromadzi wiedzę, a nie wiarę.

Właśnie ktoś, kto wierzy w Boga mógłby powiedzieć ateiście: Bóg to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w niego wierzyć.

greydot

W „Listach ateisty” doszło do małej polemiki między mną a ich autorem. Oto ona:

Ja: Nie segreguję religii na fałszywe i prawdziwe, bo według mnie taki podział jest bez sensu. Piszę to oczywiście jako agnostyk.

Jacek Kowalczyk: „A agnostycyzm to też jakaś religia? Bo niektórzy Polacy podczas spisu powszechnego wpisywali to słowo do rubryki ‚wyznanie’. Czy też pozwala Panu po prostu zawiesić osąd i wszystkie religie traktować równo, wudu i Kościół Scjentologiczny także?

Ja: To jest właśnie to, o czym pisałem: poczucie wyższości i drwina (może nawet ledwie skrywane szyderstwo?) ateisty, który każdy inny światopogląd (nie wykluczający istnienia Boga – o przekonaniu o jego istnieniu nie wspominając) chce nazywać “wyznaniem”, w ten sposób go dyskredytując. Przecież każde dziecko wie, że agnostycyzm nie jest żadnym “wyznaniem”. Jest oświadczeniem, że się nie wie. To już bardziej wyznaniem jest właśnie ateizm, którego wyznawcy wierzą w to, że Boga nie ma. Piszę “wierzą”, bo przecież nie mogą tego wiedzieć na pewno.
Naturalnie piszę “Bóg” w szerszym znaczeniu tego słowa: mając na myśli pewien byt metafizyczny, Ideę Nadrzędną, Zasadę Porządkującą, Moc Sprawczą… etc. (trudno jest mi TO nazwać, bo ujęcie tego w słowa, zważywszy na nasze możliwości – ograniczenia percepcyjne i poznawcze – jest według mnie niemożliwe).
Agnostycyzm, (do którego się – bardziej lub mniej – skłaniam) pozwala mi zawiesić osąd nad religią (unikam osądzania religii jako takiej – czyli jako kulturowego fenomenu, dzięki któremu powstała ludzka cywilizacja) choć naturalnie nie zamykam oczu na jej negatywne strony, czy też skutki.
Oczywiście, że kieruję się swoim systemem etycznym (tak się stało, że wywodzi się on z tradycji judeo-chrześcijańskiej – tego nie mogę zaprzeczyć – choć nie jest on tożsamy z “przykazaniami” jakiegokolwiek kościoła ani nawet z Dekalogiem) i to on wyznacza mój stosunek do pewnych zachowań (faktów) mających swoje źródło w danej religii czy wyznaniu. To właśnie na tym opiera się moja orientacja aksjologiczna jeśli chodzi o różne religie.
W pewnym sensie to także “hierarchizuje” (i praktycznie wartościuje) w mojej świadomości religie.
Dla mnie nie ulega wątpliwości, że powinna istnieć wolność religijna. Ale przecież nikt nie może twierdzić, że wszystkie praktyki religijne mogą być dozwolone. (Dlatego jestem przeciwny np. rytualnemu ubojowi zwierząt, praktykom uszkadzającym ciało – o składaniu ofiar z ludzi nie wspominając.) Granice tego, co dozwolone, a co niedozwolone (w praktykach religijnych) powinno wytyczać prawo (ja np. akceptuję w zasadzie te jurysdykcje, jakie wypracowały sobie demokracje liberalne świata zachodniego – bez wątpienia opierającego się głównie na tradycji judeo-chrześcijańskiej, ale też oświeceniowej – zgodne także z zasadami społeczeństwa obywatelskiego i otwartego).
To nie jest więc tak, że ja się pozbawiam możliwości nazwania pewnych praktyk religijnych (czy też zachowań, które mają swoje źródło w wyznawanej religii) bzdurą, a nawet (w ekstremalnych przypadkach) zbrodnią.

Jacek Kowalczyk: Czyli totalny miszmasz – religie ogólnie są lepsze od ateizmu, bo zaspokajają ludzką potrzebę mitu, nauka nie odpowiada na pytania metafizyczne (choć ani musi, ani chce), ale za to Pan z pozycji jednej z religii (źródła judeo-chrześcijańskie) może oceniać jako wartościowe lub nie inne religie (nawet jako zbrodnicze), odwołując się przy tym do społeczeństwa obywatelskiego i otwartego ufundowanego na projekcie oświeceniowym, odrzucającym religię jako źródło stanowienia prawa. A dzięki agnostycyzmowi może Pan unikać przesądzania o istnieniu świata duchowego.
No i pięknie! Tak też da się żyć. Ale po co od razu wyzywać ateistów od fanatyków?

Ja: Mój zarzut o fanatyzm odnosi się do tych, którzy wojują z religią pod sztandarem ateizmu, obnosząc się z tym swoim ateizmem jak z jedynie słusznym światopoglądem. Zamiast przyznać się do tego, że nie wiedzą, są pewni, że wiedzą.

greydot
Kilka cytatów a propos powyższej dyskusji:

„Ateista podobnie jak chrześcijanin, utrzymuje, że wiemy, czy bóg jest czy go nie ma: chrześcijanin twierdzi, że wiemy, iż bóg jest, ateista – że wiemy, iż go nie ma. Tymczasem agnostyk zawiesza sąd, utrzymując, że nie ma dostatecznych podstaw, by przyjąć lub zaprzeczyć istnieniu boga.”
(Bertrand Russell)

„Ateizm to także postawa religijna. Szczery ateista myśli o Bogu bezustannie, choć istotnie w terminach negacji. Zatem ateizm jest formą wiary. Gdyby ateista naprawdę nie wierzył, nie przejmowałby się (wiarą innych) lub nie przejmowałaby się zaprzeczaniem.”
(Terry Pratchett)

greydot
Warto wspomnieć, że “papież” ateistów Richard Dawkins w swojej książce “Bóg urojony” (nota bene tytuł równie zwodniczy i niewydarzony, jak “Samolubny gen”) także nie wyklucza istnienia Boga (jednakże to wymaga nie tylko przeczytania książki Dawkinsa, ale przeczytania jej ze zrozumieniem, co dla niedouczonego i zacietrzewionego fanatyka ateizmu może być wysiłkiem ponad siły i intelektualne możliwości).

greydot
Obsesja religią: dość powszechna u ateistów.

greydot
Kryzys uchodźczy w Europie, zalew migrantów… Wśród niektórych Europejczyków lęk przed „Innym” nabiera znamion histerii.
Ja bym jednak nie demonizował “obcych”. W Stanach, w pewnym sensie są sami “obcy” i jakoś nie ma tu większych spięć na tle etnicznym czy religijnym. Jeśli są konflikty to z powodów ekonomicznych, a nie ideologicznych (a do takich zaliczam konflikty religijne). Wydaje mi się zresztą, że dotychczasowe “spięcia” w Europie (Wielka Brytania, Francja a nawet Szwecja) z udziałem “czarnych” czy też muzułmanów, również miały przede wszystkim przyczyny ekonomiczne: był to właściwie protest “prekariatu” – “biedoty”, młodych ludzi bez perspektyw, grup “upośledzonych” konsumpcyjnie – przeciwko “systemowi”, który (według nich) ich dyskryminuje i pozbawia lepszych warunków życia (pracy, rozwoju i konsumpcji).

To nie religia zabija, ale fanatycy (a fanatyzm jest moim zdaniem religijną, czy też ideologiczną patologią), ludzie zdesperowani, niestabilni psychicznie, opętani agresją… Także – jeśli chodzi o agresję na większą skalę – ci, którzy chcą zdobyć władzę, kontrolę nad innymi (podboje kolonialne, wojny krzyżowe i terytorialne, wreszcie takie zbrodnicze fenomeny, jak ISIS). W wojnach, które nazywamy “religijnymi”, także chodziło o zdobycie władzy (a tym samym bogactwa – środków, zasobów, terytoriów), a nie o dogmaty, które większość rządzących (włącznie z niektórymi papieżami) miała w… głębokim poważaniu.
Religia zawsze była narzędziem (pretekstem, “usprawiedliwieniem”) zdobywania władzy, bogactwa, kontroli nad innymi (w rzeczywistości motywy ekonomiczne i polityczne zawsze dominowały nad motywami religijnymi).
Papiestwo, jak również cała europejska “wierchuszka” królewska (wszystkie te nadęte, degenerujące się dynastie), która sprawowała w Europie władzę przez kilkanaście stuleci, dokonała niejako “kidnapingu” idei chrześcijańskiej (utożsamianej z nauką Jezusa Chrystusa), zamieniając ją w praktyce w jej przeciwieństwo (utrzymywanie więc, jak robią to niektórzy, że to chrześcijaństwo ma największe zbrodnie na swoim sumieniu, jest według mnie nie tylko nieuczciwe, ale i niemądre – a już twierdzenie, że faszyzm był ruchem “chrześcijańskim” jest zupełną głupotą, wynikającą najprawdopodobniej ze ślepej nienawiści do wszystkiego, co “chrześcijańskie”).

„Chrześcijanie”, którzy mordują innych dla swoich celów (politycznych, ekonomicznych, a nawet – czy może nawet zwłaszcza – religijnych) stają się niczym innym, jak “chrześcijanami” nominalnymi – nic z nauką Chrystusa (uosabiającego sobą łagodność, miłosierdzie, prostotę, altruizm…) nie mającymi wspólnego.
Zresztą, więcej można zrozumieć, jeśli chodzi o agresywne zachowanie Homo sapiens (jako gatunku en bloc), skupiając się na jego genetycznym zaprogramowaniu i prehistorycznym dziedzictwie, niż na ideologiach, które on wymyślał.

greydot
Nie ma większego sensu porównywanie motywów “agresywnych” obecnych w Nowym Testamencie i w Koranie. W pierwszym nie ma ich prawie wcale, w drugim można ułożyć z tychże całą litanię.
Jest więc różnica w “temperamencie” (poziomie) agresji między normatywnością religijną chrześcijańską a muzułmańską (i myślę, że to co piszę jest obiektywne, mimo że sam się bardziej utożsamiam z etyką chrześcijańską, niż z szariatem).
Naturalnie odmienność ta nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o wpływ “wiary” na zachowanie i obyczajowość społeczności (a w większej skali: społeczeństw) chrześcijańskich i muzułmańskich, nie jest jednak według mnie czymś przesądzającym, radykalnym – uniemożliwiającym pokojowe współistnienie chrześcijan i muzułmanów. Ale pod warunkiem, że nie przyjmą oni postawy ortodoksyjnej, fundamentalistycznej – o fanatycznej nie wspominając. To zresztą stałoby w sprzeczności z prawodawstwem państw europejskich (mimo, że cywilizacja europejska uważana jest w głównym swoim zrębie za “chrześcijańską” czy też “judeo-chrześcijańską”), gdzie jednak rozdział kościoła (a tym bardziej “meczetu”) od państwa powinien już być cywilizacyjnym standardem.

greydot

W jednej z gazet ktoś wysmażył artykuł nadając mu tytuł: „Islam zabija”. Moim zdaniem jest to nadużycie. Według mnie istnieje bardzo mocny argument za tym, że to nie religia (i jej tzw. “prawdy” wiary) decyduje o tym, że człowiek staje się dyszącym mordem osobnikiem, “maszyną do zabijania”; o tym, że jedno państwo (naród) napada na drugie, dokonując przy tym ludobójstwa, często na masową skalę. Oto bowiem, jak świadczą o tym fakty, cywilizacja “nasza”, zachodnia (ponoć “chrześcijańska” a więc – normatywnie przynajmniej – bardziej “humanitarna”, nie-barbarzyńska, “miłosierna”) jest odpowiedzialna za największe zbrodnie ludobójstwa w historii ludzkości (wydaje mi się, że walnie przyczyniło się do tego po prostu techniczne zaawansowanie Zachodu – biorąc pod uwagę stan z XX wieku – ale przede wszystkim jednak kolonializm i ambicje mocarstwowe takich państw zachodnich jak Niemcy, Anglia, Francja i – last but not the least – Stany Zjednoczone).

Czy ta agresywna ekspansywność ma cokolwiek wspólnego z naukami łagodnego syna cieśli z Nazaretu?
W moim pojęciu prawdziwe chrześcijaństwo jest związane z tym co głosił Jezus, a nie z tym co wyczyniali chrześcijanie “nominalni” – de facto uzurpatorzy chrześcijaństwa, którzy w praktyce istotę chrześcijańskości obracali często w jej przeciwieństwo – zwłaszcza kiedy mordowali i podbijali gwałtem innych ludzi. Dlatego utrzymywanie, że to chrześcijaństwo (wiara chrześcijańska) było najbardziej zabójczą religią w dziejach ludzkości jest po prostu nieuczciwe i – mówiąc delikatnie – niemądre.

greydot
Wpływ chrześcijaństwa na losy świata nie brał się z tego, co głosił Jezus, lecz bardziej z tego, co wyczyniali chrześcijanie – jak ich nazywam – „nominalni”. Chrześcijanie nominalni tworzyli chrześcijaństwo nominalne – i to ono wpływało na losy świata. Ludzie, którzy naprawdę kierowali się nauką Chrystusa nie mieli żadnego wpływu na politykę, na wyczyny państw i narodów mieniących się “chrześcijańskimi”.

W ostatecznym rozrachunku zawsze odpowiedzialni są ludzie – a nie ideologie. Zwłaszcza te utopijne. Tak więc to nie religia (ideologia) zabija. Zabijają ludzie. To stwierdzenie nie jest odkrywcze ani nieodkrywcze. Jest po prostu stwierdzeniem oczywistego faktu.

greydot.

GUŁAG PEŁEN RADOŚCI

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

“Ja będę twoim Dostojewskim, jeśli ty będziesz moim Tołstojem. Nasze życie razem będzie wypełnione taką rozpaczą, że śmierć będzie się nam wydawać gułagiem pełnym radości.” (Jarod Kintz)

* * *

Objaśnianie Putina Tołstojem byłoby podobnie bezsensowne, jak objaśnianie Hitlera Goethem. Ale już objaśnianie Putina Dostojewskim miałoby większy sens, podobnie jak objaśnianie Hitlera Nietzschem. To świadczy o tym, że objaśnianie życia literaturą może być równie sensowne, co bezsensowne.
Innymi słowy, autonomia literatury jest na tyle duża, że nie może być ona zakładnikiem społecznego kodu, czy nawet historycznego momentu. Wielka literatura ma wartość uniwersalną. Dlatego rosyjscy pisarze cieszą się takim poważaniem na Zachodzie. (Ale to niestety nie oznacza, że takim samym poważaniem cieszą się Rosjanie jako naród. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie można utożsamiać literatów z narodem, a tym bardziej z jego przywódcami czy politykami.)

* * *

Wydaje mi się, że nie zrozumiemy istoty zbrodniczych systemów (takich np. jak faszyzm czy komunizm) jeśli będziemy demonizować ich twórców czy przywódców, przypisując im samo zło i radykalną “nieludzkość”.
Cała przewrotność ich “sukcesu” (poparcie szerokich rzesz społecznych), polegała na tym, że ludzie uwierzyli, iż czynią oni dobro. I rzeczywiście, pod wieloma względami, efekt ich rządów był pozytywny (np. wydobycie Niemiec przez Hitlera z zapaści gospodarczej).

Zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem.

Największa “demoniczność” masowych morderców – przywódców politycznych, polega na tym, że mają oni ludzką twarz.

* * *

Dopóki w krajach Zachodu kapitalizm był kompatybilny z demokracją (tzn. dopóki kapitaliści potrafili się dogadać z reprezentującymi społeczeństwo socjalistami), dopóty jakoś to wszystko grało, a większość ludzi żyła dostatnio (pomijam tutaj turbulencje światowych wojen). Lecz to się zaczęło psuć już w latach 70-tych ubiegłego wieku (konkretnie: w Stanach Zjednoczonych), z tym że istniały mechanizmy, które odwlekły nastanie głębokiego kryzysu o dobrych kilkadziesiąt lat.
Ten kryzys – wbrew pozorom polepszenia sytuacji – trwa w Stanach do dzisiaj, i niestety, zaczyna go również doświadczać Europa. A to dlatego, że kapitalizm (dzisiaj lepiej byłoby mówić o systemie bankowym i korporacyjnym) zaczyna się “rozjeżdżać” z demokracją – co widać doskonale na przykładzie kryzysu w Grecji.
Na szczęście – mimo tego, że wielkie pieniądze “wykupują” (de facto: przekupują) politykę i polityków (o mediach nie wspominając) – ludzie dysponują jeszcze narzędziami demokratycznymi, by się temu sprzeciwić (kiedy przestaną dysponować takimi narzędziami, to najprawdopodobniej dojdzie do rewolucji – lub masowych migracji).
Problem w tym, że sam sprzeciw to za mało. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na samorządność – na wprowadzenie ustroju, który działałby dla dobra całego społeczeństwa, a nie tylko “elit” finansowo-partyjno-oligarchicznych. A to, niestety, nie będzie łatwe.

* * *

Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy (jak np. system monetarny i bankowy).
Tylko besserwisserzy myślą, że to wszystko rozumieją – ale przecież to jedynie tak im się wydaje.
We are lost… Błąkamy się, jak te dzieci we mgle, nadrabiając miną i śpiewając (pisząc, tworząc, komentując świat) dla dodania sobie odwagi (i znaczenia).

* * *

Można zauważyć, że na internetowych forach publicznych (ale nie tylko tam, także we wszelkich dyskusjach w radio czy telewizji) wszyscy uważają się za besserwisserów. Własnej racji, (która często jest niczym innym jak naszym widzimisię) broni się jak niepodległości. Mało tego: opinię, która się różni od naszej własnej, odbiera się jak osobistą zniewagę – jak atak na nas samych.

Człowiek to jednak zarozumiałe zwierzę (a przecież pozbawiony jest kontroli nawet nad swoim mózgiem – nie wspominając o tym, że nadal, tak naprawdę, nie wie jak ten mózg działa – tzn. co jest istotą myślenia, pamięci, świadomości… etc.).

* * *

Wierzyciele pożyczają pieniądze, których sami nie mają. Dłużnicy je wydają – zarabiają na tym ci, którzy coś sprzedają. I to jest właśnie ten finansowy cud: pieniądze powstają ex nihilo. Ale w końcu i tak zapadają się w czarną dziurę.
Wszyscy uzależniają się od wirtualnego świata – nawet (a może nawet przede wszystkim) banki. Niestety, na dłuższą metę konkretnej rzeczywistości nie da się oszukać i następuje twarde lądowanie.

* * *

Stany Zjednoczone uzależniły świat od dolara (teraz to wygląda tak, że nigdy np. nie będą niewypłacalne, bo zawsze będą mogły spłacić dług papierkami, które – w przeciwieństwie do innych państw – sami mogą drukować i to bez limitu).
Podobnie najsilniejsze kraje Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) uzależniają kraje słabsze od siebie – właśnie za pomocą euro – nazywając to zwykle współpracą albo – jeszcze częściej – pomocą. A to jest taki ciekawy sposób pomocy, który zawsze – prędzej czy później – działa na szkodę tych, którym się (rzekomo) pomaga. (Grecja!)
W finansach nie ma sentymentu (a pomoc należy właśnie do kategorii sentymentalnych). (A ściślej: nie ma sentymentu z wyjątkiem miłości/żądzy pieniędzy; vide credo: Greed is good!)

* * *

Wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Guyem Standing ekonomistą, wykładowcą Uniwersytetu Londyńskiego.
Żakowski: “Wizja sfrustrowanych, która się wyłania, jest groźna dla demokracji?”
Prof. Guy Standing: “Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze. Od 30 lat demokracji ubywa. Coraz mniej osób czuje się reprezentowanych przez partie parlamentarne i ich polityków. Powstała demokracja manipulacyjna. Wielkie pieniądze manipulują partiami, mediami, wyborcami. To najbardziej wkurza sfrustrowanych. Dlatego instynktownie i intuicyjnie domagają się demokratyzacji.” (…)

Przykre to, ale w Polsce media i politycy dały się właśnie “utowarowić”, stając się jednym z elementów mechanizmu zagrażającego demokracji (a nie broniącego demokracji, jak łudzi się red. Żakowski i inni publicyści z kręgu „Polityki” i „Gazety Wyborczej”).

* * *

Niestety, kiedy walczy się o demokrację, największą ofiarą tej wojny może być sama demokracja.

* * *

Każdy naród ma poczucie wyższości nad innymi narodami. Czasami, to poczucie wyższości wyrasta – tak jak w naszym (Polaków) przypadku – z kompleksu niższości (kompleks ten ma różne przyczyny, zazwyczaj od nas niezależne).
Pretekst (do poczucia wyższości) zawsze się znajdzie, podobnie jak argumenty.

* * *

Niektórzy uważają, że „Polska musi przyjąć walutę euro, aby się liczyć w Unii”. Formując w ten sposób ten postulat, wyrażają niechcący pewną prawdę: Polska nie liczy się w Unii.
Według mnie posiadanie waluty euro nie ma wpływu na to, że kraj Unii liczy się bardziej lub mniej. Exemplum: Grecja licząca się w Unii, ale à rebours – czyli jako bankrut.
Przykład Grecji pokazuje także, iż nawet jeśli kraj posiada walutę euro, to wcale się jest łatwiej się z nim rozliczyć (czy też policzyć).

W przytoczonym na początku zdaniu zawarta jest jeszcze jedna bałwochwalcza wiara we wszechmoc pieniądza – waluta jako cudowny środek, którym można regulować rynek i gospodarkę (w praktyce rozregulowując – tak jak to jest w przypadku dolara w ostatnim kryzysie w Stanach Zjednoczonych).
Jeśli najważniejszymi instytucjami bankowymi świata kierują tacy ludzie jak kłamca Bernanke, cynik Wolfowitz czy krętacz Strauss-Kahn, to co tu mówić o etycznej wiarygodności całego tego systemu i towarzystwa?

Państwo to zbyt poważna sprawa, aby uzależniać go od bankierów i finansistów.

* * *

Bez wątpienia istnieje coś takiego jak kod społeczno-kulturowy narodu (wpierw jednak należałoby ustalić jego definicję, by można było na jego temat sensownie dyskutować). Nie uważam jednak, że tłumaczy on zachowania osobnicze (konkretnych ludzi). Bo o tym zachowaniu decyduje bardziej sytuacja – warunki i położenie człowieka. Również jego charakter, wyznawany (i stosowany przez niego) system etyczny, wzory i zasady wyniesione z domu, przyjęte wartości, rola społeczna… etc.
Czyli “kod kulturowo-społeczny” jest pojęciem zbyt ogólnym, by według niego tłumaczyć (odczytywać) zachowanie człowieka.
Nie stanowi on także żadnego usprawiedliwienia dla takiego, a nie innego zachowania i postępowania.
Ponadto, ważniejsza od “ewolucji” tego kodu, jest zmiana polityczna, ustrojowa, społeczna, która może być bardzo szybka, wręcz błyskawiczna. To ona bardziej wyznacza nowe zachowania ludzkie, a nie wolno (ewolucyjnie) zmieniający się kulturowo-społeczny “kod”. (Żeby to lepiej zrozumieć, dobrze byłoby zapoznać się w pewnymi ustaleniami behawioryzmu.) Przecież w słynnym eksperymencie Zimbardo wszyscy, którzy wzięli w nim udział, podlegli byli temu samemu kodowi kulturowo-społecznemu (bo przecież byli reprezentantami tego samego społeczeństwa), a jednak zaczęli się zachowywać zupełnie inaczej – w zależności od tego, czy zostali “strażnikami” czy “więźniami”. Czyli różnica w ich zachowaniu nie wynikała z ich podległości jakiemuś “kodowi kulturowo-społecznemu”, tylko z odmienności sytuacji w jakiej się znaleźli – a i te się różniły w zależności od charakterów poszczególnych uczestników eksperymentu.
Tak więc “kod kulturowo-społeczny” nie jest dobrym kluczem do tłumaczenia ludzkich zachowań, zwłaszcza w homogenizującym się, eklektycznym, otwartym na przepływ informacji i idei świecie – i to nie tylko dlatego, że to wszystko sprawia, iż ów kod ulega zaburzeniu.

* * *

Jak twierdzą niektórzy, “sprawczość” kodu społeczno-kulturowego, czyli jego efekt w społeczeństwie, może być zweryfikowana tylko statystycznie. Jeśli tak, to nie ma sensu “weryfikować” go w zachowaniach osobniczych, indywidualnych. Każdy bowiem człowiek jest podległy swojej własnej mentalności (lepiej chyba mówić tu o charakterze, osobowości), a nie jakiejś ezoterycznej “mentalności zbiorowej”.

Philip Zimbardo zamierzał zbadać, czy w jakimś społeczeństwie istnieje szczególna podatność ludzi na uleganie autorytetom aż do okazywania okrucieństwa. Kolejne badania potwierdziły tezę, że nie istnieją różnice w kodach społeczno-kulturowych, które ten eksperyment mógłby wykryć. Niezależnie od kraju badań wyniki były takie same.
To z kolei świadczy o tym, że o zachowaniach ludzkich bardziej decyduje “natura” gatunku Homo sapiens (rzeczywiście zapisana w genach), niż “kod społeczno-kulturowy” poszczególnych narodów czy grup społecznych – a jeszcze mocniej odnosi się to do zachowania konkretnego człowieka.

* * *

Czy można wierzyć statystyce?

Ogół to nie szczegół. Suma nic nam nie mówi o składnikach dodawania.
Statystyka jest elastyczna i płynna, tylko fakty mogą być twarde i konkretne.
Statystyka jest jedynie czymś w rodzaju poznawczej atrapy, za pomocą której usiłujemy opisać (rozpoznać) rzeczywistość, która wymyka się naszej percepcji. Tak więc, statystyka nie jest najlepszym narzędziem do poznania prawdy (nie bez kozery Mark Twain kiedyś powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka).

* * *

Prawdopodobieństwo: coś podobnego do prawdy, ale prawdą nie będące.
Niestety, im bardziej (głębiej) drążymy rzeczywistość, tym bardziej się nam ona wymyka (im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma). Tak, jakby ta “rzeczywistość” bawiła się z nami w ciuciubabkę, podstawiając (przedstawiając) nam to, co chcemy (możemy?) – albo spodziewamy się – zobaczyć. Stąd zamęt, który “robi” za ład. Zamęt, z którym jakoś próbujemy sobie radzić, często przywdziewając maskę besserwissera (w końcu – najczęściej – się z nią utożsamiając).
W sumie większość z tych, którzy prowadzą zażarte dysputy, uważają się właśnie za besserwisserów, zwykle traktując swojego interlokutora jako Schlechterwissera, czyli tego, który „wie gorzej” (więc się myli).

* * *

Sprzeciw dla referendum.
Czyli NIE dla wypowiedzenia się społeczeństwa w istotnych dla niego sprawach? Czy aby nie jest to obawa przed “ciemnym” ludem? Czyli społeczeństwo jest za głupie, by o sobie decydować?
Tego rodzaju myślenie ma swoją długą tradycję. Ot, weźmy choćby klasyka José Ortegę y Gasseta, który prawił o buncie “mas”.

Każde myślenie o społeczeństwie w kategoriach masy jest myśleniem totalitarnym. Każde traktowanie społeczeństwa jako “ciemnego ludu” jest odruchem autorytarnym.

*  *  *

Zauważyłem, że ostatnio (gdzieś tak od wyborów prezydenckich w Polsce i niespodziewanego sukcesu pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza) na moim blogu nastąpiło gwałtowne zainteresowanie “Buntem mas” Ortegy y Gasseta, której to książce poświęciłem jeden ze swoich wpisów.
Przypomniałem sobie ów tekst, jak również komentarze, które się wtedy pojawiły. Mimo, że było to pisane jakieś 7 – 8 lat temu, uderzyła mnie aktualność treści tam zawartej, ot – dla przykładu – choćby w poniższej wymianie zdań.

MIZIOL: „Wydaje się, że te problemy, które poruszał Jose Ortega y Gasset w swoich esejach dzisiaj stały się dużo bardziej widoczne i odczuwalne. Masy wybierają swoich przedstawicieli, bo tak jest skonstruowana demokracja. Jest to system, w którym władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Dzięki takiemu stanowi rzeczy władzy nie sprawują fachowcy, specjaliści od rządzenia, ludzie szlachetni, ludzie z misją, lecz konformiści i oportuniści. Jest to system, w którym poziom (we wszelkich dziedzinach życia) jest zaniżany do poziomu masy. Z jednej strony to przykre i może być dla niektórych nawet bolesne, ale chyba taka jest logika rozwoju świata jako całości. Świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa czyli ‚masy’. Z tym się wiąże wiele pomniejszych problemów jak np. upadek sztuki – o czym Ortega y Gasset też pisał. I dzisiaj te problemy nabrały dużo większej ostrości w porównaniu z jego czasami. Populacja ludzkości zwiększyła się i coraz bardziej skupia się w dużych organizmach organizacyjnych jakimi są miasta. Kiedy idziesz na wsi i spotykasz drugiego człowieka, to nawet nie znając go dajesz w jakiś sposób do zrozumienia, że go widzisz. Pozdrawiasz, kiwasz głową, nawiązujesz kontakt wzrokowy, cokolwiek. Na ulicy Chicago, Warszawy czy Dublina to już niewykonalne. Ludzi jest za dużo i dla każdego z nas reszta zlewa się w jedną, przewalającą się masę, której sami jesteśmy elementem. Pozdrawiam z irlandzkiej wsi. My tu ciągle jeszcze jesteśmy jednostkami.”

Moja odpowiedź: Mam wątpliwości czy „masy” wybierają dziś swoich przedstawicieli. „Masom” poddaje się teraz zwykle na tacy do wyboru kandydatów, którzy już wcześniej zostali przez kogoś (czyli elity, lobbing, partie, organizacje…) wybrani i „namaszczeni”. System ten sprawdzał się w początkach demokracji, ale kiedy struktury państwa (władzy) ulegają skostnieniu (umacnia się choćby kapitalistyczny „beton”, mają miejsce jakieś pozakulisowe porozumienia, tworzą się „elity” korporacyjno-bankowe, media tracą swoją niezależność… etc.) to zachodzi podejrzenie, że ci kandydaci będą wyłaniani spośród tych, którzy będą reprezentować interesy tychże grup właśnie, a nie całej „masy” wyborców. Nie wiem czy „świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa”, jak piszesz. Ludzie, którzy posiadają rzeczywistą władzę, mają jednak tendencje do podporządkowywania sobie społeczeństwa – a konkretnie do tworzenia warunków, w których będą chronione ich partykularne interesy, a nie interesy „ogółu”, czyli „masy”. (Oczywiście, wmawiając owemu „ogółowi”, że to wszystko robi się dla jego dobra.) Każda władza korumpuje w tym sensie, że wzmacnia się zwykle jej podmiotowość, przez co staje się ona coraz bardziej „arogancka” w stosunku do ludzi, nad którymi sprawuje władzę. W jakiś sposób więc się alienuje, dążąc przy tym stopniowo do zniesienia jakiejkolwiek (np. społecznej) kontroli nad sobą. I to jest niebezpieczne. (…) (Koniec odpowiedzi.)

Czy nie pasuje to jak ulał do obecnej sytuacji w naszym kraju?

* * *

Ktoś w komentarzach pod artykułem o książce y Gasseta napisał również: „Wydaje mi się, że indywidualizm jest zanikającą cechą. Ludzie sprawiają wrażenie masy bez własnego zdania. Nieliczni indywidualiści wybijają się ponad przeciętność, inni – osaczeni, siedzą cichutko, część legnie zdeptana przez pędzący na oślep tłum.”

Trudno jest mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że indywidualizm jest cechą zanikającą. Warto zauważyć, że WSZYSCY jesteśmy skłonni właśnie innych uznać za „masę bez własnego zdania”, ale już sami siebie uznajemy za indywidualistów.
Parafrazując Sartre’a możemy powiedzieć: tłum to inni.

* * *

Są różne rodzaje tłumów. Mamy tłum w filharmonii, mamy tłum na meczu futbolowym, mamy tłum w kościele, mamy tłum na zebraniu partyjnym… etc. Ważne jest to, jakie emocje mogą tym tłumem zawładnąć, kto chce przejąć władzę nad tym tłumem (lub choćby nań wpływać), jakie idee tłum opanują…

Nie przepadam za byciem w tumie, ale jest to niechęć raczej… fizyczna. Po prostu nie lubię być popychany, trącany, deptany – wolę przestrzeń, swobodę i dopływ świeżego powietrza. Kiedy jesteśmy w tłumie to musimy – chcąc nie chcąc – pogodzić się, że jednak stanowimy część tego tłumu. Czasem jest to przyjemne, czasem nie, niekiedy budujące, to znów destruktywne… wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

* * *

Nie każdy tłum zieje „czymś przeraźliwym”, jak ktoś to określił. Bycie w tłumie może także oddziaływać na nas pozytywnie (większość z nas tego doświadczyła: od pokolenia solidarnościowego zrywu i uwielbienia dla Jana Pawła II, po uczestnictwo w jakiejś zbiorowej imprezie – choćby w koncercie rockowym czy symfonicznym.)

Tłum znosi do pewnego stopnia naszą indywidualność – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony.
Do tych dobrych należy np. poczucie solidarności, więzi z innymi ludźmi, uniesienia, a nawet euforii – jeśli to jest budujące, oparte na pozytywnych emocjach.
Złe: jeśli mechanizmy te wyzwalają w nas wrogość, nienawiść – czyli są destrukcyjne, oparte na emocjach negatywnych.

Nie bez znaczenia jest również to, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku możemy poprzez uczestnictwo w tłumie „oszukać” własną samotność.

* * *

Ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych udowodnił m.in. i to, że nadal „człowieka masowego” można robić „w trąbę”. Inne niebezpieczeństwo: Chiny. Tam cięgle ludzi traktuje się bardziej jako „masę” niż zbiór ludzkich jednostek – indywidualności. I tą masą można będzie kiedyś pokierować tak, że wystąpi ona z brzegów i podtopi nieco nasz glob.

* * *

Niektórzy uważają, że Ortega y Gasset wynosi się poza „tłum”, gardzi „pospólstwem”, denuncjuje pośledniość „gawiedzi”… itp.
Czytając „Bunt mas” nie odniosłem takiego wrażenia, iż autor „gardzi” masą (choć dość ostentacyjnie pojęciem „masy” i „człowieka masowego” się posługuje). Wydaje mi się, że jest on bardziej historyczno-politycznym analitykiem, rodzajem socjologicznego proroka, próbuje ostrzegać przed nadchodzącym wielkimi krokami totalitaryzmem.
Jednakże sam nie „utylizuje” ludzkiej indywidualności, wprost przeciwnie: ukazuje, jak taką indywidualność w jego czasach zaczęto utylizować.
Według mnie cała krytyka „masowego” społeczeństwa wyrosła u Ortegi y Gasseta z jego przywiązania do elitaryzmu – i niezgody na ekspansję oraz panowanie przeciętności, banalności, bezmyślności (tudzież uzurpowania sobie przez to wszystko prawa do dominacji w społeczeństwie, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i samą historię).

* * *

Ortega y Gasset jest jednak „intelektualnie” przenikliwy, mimo tych swoich wahań i niekonsekwencji, które wynikały po prostu z trudności jakie stwarza zarówno analiza socjologiczna, jak i przewidywanie przyszłości historycznej społeczeństwa. Mimo wszystko udało mu się to doskonale. Oprócz tego, jak się okazuje, wiele jego spostrzeżeń do dzisiaj zachowało swoją aktualność.

Czy Ortega Y Gasset był mizantropem? Nie wiem. Zbyt mało wiem o nim jako o człowieku. Ale w pewnym sensie ten jego esej świadczy o nim. Kiedy więc czytałem “Bunt mas”, to oczywiście zauważałem to jego krytyczne nastawienie do pewnych ludzkich cech, skłonności czy zachowań, które mogłyby świadczyć o mizantropii. Z drugiej jednak strony, przeczy temu jego autentyczne zaangażowanie po stronie – nazwę to ogólnie i w uproszczeniu – humanizmu. I ta postawa dobrze o nim świadczy. Koniec końców, uwzględniał on dobro człowieka.

Myślę, że na miejscu będzie przytoczenie tu jednej z wypowiedzi y Gasseta, która sporo mówi o nim samym oraz jego nastawieniu do świata i innych ludzi: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w nie kończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.”

* * *

Podoba mi się konstatacja, którą ostatnio usłyszałem, że ludzie mają skłonność do tego, aby czuć się “wyjątkowymi w swojej nie wyjątkowości”. Co ciekawe, nawet bycie w tłumie wzmacnia owo poczucie bycia kimś wyjątkowym, bo przecież jest się w “wyjątkowym” tłumie, tzn. w tłumie mającym pewien szczególny cel, aspirację, odczuwającym coś specjalnego… – chodzi tu jednak o tłum “aktywny”, okazjonalny, “eventowy”.
Czym innym jest jednak tłum – nazwę go tutaj – zwykłym, “powszednim”. To taki, który widzimy codziennie np. na ulicach wielkich miast. W takim tłumie można się już “zgubić”, zatracić – zachować swoją anonimowość, nie tracąc jednak poczucia własnej wyjątkowości, która wszak w takim środowisku staje się na wskroś niewyjątkowa.
Tak, sporo pisze się książek (i kręci filmów) o tzw. przeciętnym, “średnim” człowieku – Everymanie (Jedermannie). Jednakże, moim zdaniem, autorzy takich utworów (bardziej lub mniej świadomie) czynią z takiego człowieka kogoś (mimo wszystko) wyjątkowego, szczególnego. Prawdę mówiąc, gdyby było inaczej, to by się pewnie nim nie zajęli. Ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest kimś wyjątkowym.

Pytanie: czy aby nie utonąć w „masie”, musimy iść z samym sobą na ustępstwa? Może dzieje się odwrotnie: toniemy właśnie wtedy, kiedy idziemy na te ustępstwa (bo – ulegając prawu mimikry – upodabniamy się do tłumu, z tym tłumem się zlewamy)?

* * *

Z wypowiedzi UW: „Niedoskonale działające ustroje demokratyczne, to efekt tego, że nad ekonomią zaczęła dominować polityka. Równość jak najbardziej istnieje, tylko każdemu zdaje się że takowa musi opierać się na braku różnic, a jest właśnie odwrotnie. Jedyny wymóg to odpowiednie proporcje tych różnic. Ja mimo wszystko sądzę, że nie ma indywidualizmu i nie ma masy.”

Nad ekonomią zaczęła – oprócz polityki – dominować zachłanność i irracjonalna, bezczelna spekulacja. W pewnym sensie wielkie systemy korporacyjne i finansowe nabierają cech systemów totalitarnych (nie tylko poprzez swoją globalizację, również wskutek sposobu w jaki traktują człowieka – czyli instrumentalnie, przedmiotowo, a-humanitarnie, lekceważąc jego prawa i potrzeby).

Nie ma indywidualizmu o tyle, że każdy człowiek jest uwikłany w stosunki społeczne, funkcjonowanie państwa i kultury, zdeterminowany genetycznym podporządkowaniem się prawom swojego gatunku… etc. (Totalne zaprzeczenie indywidualizmu równałoby się zaprzeczeniu istnienia wolnej woli.)
Nie ma masy o tyle, że społeczności ludzkie (tłum) składają się z poszczególnych osobników, indywiduów… (jeśli już tak nieelegancko nazywać człowieka).
Jednakże faktem jest, iż na każdego człowieka wywiera wpływ bycie w tłumie, stąd wrażenie, że tłum jest rodzajem „organizmu” o specyficznych właściwościach. I rzeczywiście tak jest, dlatego badania nad zachowaniem się tłumu (i nad jego cechami) mają swój sens i uzasadnienie.

* * *

Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do posiadania własnego zdania i to również w sprawach, w których nie jest ekspertem. Uważam jednak, że kluczowe są tutaj te oto słowa autora „Buntu mas”: „Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć”. (Kimś takim, według y Gasseta, jest właśnie „człowiek masowy”).

Ortega y Gasset ma tutaj na uwadze człowieka bezmyślnego, czyli takiego który poddaje się „owczemu pędowi”, ulega stereotypom i obiegowym opiniom, kieruje się impulsem, popędem i instynktem – takiego, któremu po prostu nie chce się (albo który nie jest w stanie) samodzielnie myśleć, (choć oczywiście nie jest on zbyt skory, aby się do tego przyznać).
Z tego typu człowiekiem mamy do czynienia choćby w kulturze tzw. „masowej”. Również na niwie politycznej, gdzie rozpolitykowany „człowiek masowy” ulega zbiorowemu amokowi bezkrytycznego opowiadania się za taką a nie inną partią – uważając przy tym, że jego wybór jest jedynie słuszny, mądry i prawdziwy (i naturalnie – niezależny). Ach te złudzenia społeczeństw liberalno-demokratycznych.

* * *

Gust człowieka masowego obowiązuje w przestrzeni komercyjnej. Wynika to z prostej zasady maksymalizacji zysku. Dotyczy to więc również kultury masowej – filmu, muzyki, sztuki… tego wszystkiego, co ma zarobić pieniądze. Sprawą otwartą pozostaje wieczny dylemat: w jakim stopniu ów „gust człowieka masowego” (można to nazwać bardziej elegancko „gustem publiczności”), może być kształtowany przez media, artystów, producentów – czyli przez twórców kultury masowej; a na ile jest on „niereformowalny”, czyli zdeterminowany specyficznymi cechami występującymi u wielu ludzi „masowych”, jak np. niewybredność, prostactwo, upodobanie kiczu i pospolitości, lenistwo w myśleniu, uleganie stereotypom,, kulturalna gnuśność, konsumpcyjny schematyzm… etc.

Mało kto uświadamia sobie to, że ten sam człowiek może przejawiać zarówno cechy, które plasują go w obrębie elity, jaki takie, które potwierdzają, że jest człowiekiem masowym. Jednak, opisując społeczeństwo, siłą rzeczy zmuszeni jesteśmy dokonywać pewnych klasyfikacji, uogólnień, dzielenia ludzi na grupy wyróżniające się jakąś statystyczną normą czy wielkością.
I co jest ważne: wszyscy – zapoznając się z podobnymi klasyfikacjami – mamy tendencje do identyfikowania się z tymi, których umieszczono w lepszej „szufladce”.

Na pewno nie chcemy być uważani za część składową masy, choć dość ochoczo szafujemy takim określeniem wobec innych (nadmieniłem o tej skłonności wcześniej, parafrazując Sartre’a, że… „tłum to inni”.)

„Bunt mas” został opublikowany dawno temu, lecz nie odniosłem wrażenia, że książka y Gasseta pisana była „w jakimś innym świecie”. Wprost przeciwnie. To jest ciągle „nasz” świat – stąd ciągła aktualność idei y Gasseta. Choć zgodziłbym się z tym, iż nieuprawnione było twierdzenie autora, że żadna z poprzednich epok nie była tak wyjątkowa, jak ta, w której aktualnie żyje on sam. Moim zdaniem wyjątkowa jest każda (bez wyjątku) epoka. Innymi słowy: każda epoka jest specyficzna i niepowtarzalna.
Mimo to heraklitejski postulat o zmienności (i przemijalności) wszystkiego obowiązuje nas nadal i obowiązywać będzie zawsze. (W odróżnieniu od nietzscheańskiej idei „wiecznego powrotu”, która, moim zdaniem, bardziej poetycka jest, niż realistyczna.)

* * *

Nie jestem pewien, czy wyznacznik „nie zgadzania się z tłumem” jest w pełni adekwatnym wyznacznikiem elitarnej supremacji „autentycznej mniejszości”. Poza tym: czy tłum nigdy nie ma racji? Wszyscy przecież znamy sentencję: Vox populi, vox Dei.

* * *

Marzenie o byciu kimś wyjątkowym oznacza najczęściej marzenie o wyniesieniu się ponad tłum, (czyli ponad ludzką „masę”) – pragnienie doznania swoich „15 minut sławy”. Ludzie – w swojej masie – są banalni, a mimo to każdy – w swojej indywidualności – jest jednak wyjątkowy.

* * *

PRAWDA ZŁUDZEŃ, ILUZJA RZECZY, PIĘKNO I GROZA WIEKUISTEJ CISZY…

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVII)

.

zapiski notatki kajet notes.

.

To, że nasz głos w wyborach jest suwerenny, jest złudzeniem. Tak naprawdę decyduje struktura, której jesteśmy – wiednie lub bezwiednie – częścią (częściej jednak bezwiednie, ponieważ jesteśmy istotą stadną, potrzebującą wsparcia innych… często przeciw innym).

* * *

Do pewnego stopnia sami kreujemy naszą rzeczywistość – ale będąc narzędziem tego, co jawi się nam właśnie jako rzeczywistość. Chodzi o to, by zdobyć sobie w tym uwikłaniu jak najwięcej suwerenności (wolności) – o ile tylko jest to możliwe.

* * *

Molochy mają to do siebie, że same sobie szykują samozagładę – załamują się pod własnym ciężarem. Wydaje się, że istnieje jakie optimum władzy i bogactwa – punkt krytyczny, poza którym zaczyna się już jedynie „jazda w dół”.
Cywilizacja niepohamowanej konsumpcji musi się w końcu zakrztusić.

* * *

Podobno zmierzch Zachodu dokonuje się już od paru stuleci. Czy „upadek” humanistyki nie jest jednym z dowodów na to? Kim (czym) będzie człowiek w „nowym wspaniałym świecie”? Czy jeszcze kogokolwiek stać na wiarę w taki świat? Czy można wierzyć w utopię?
Wydaje się, że wygasają mity, które tę wiarę starały się podtrzymywać. Czym będzie można wypełnić pustkę, która wskutek tego powstaje? Rzeczą? Nasza myśl ucieka jednak od konkretu (może dlatego, że sama jest czymś niematerialnym?) – bo, jak ktoś kiedyś powiedział, człowiek nie może znieść zbyt dużej dawki RZECZY-WISTOŚCI.

* * *

Miłosz pisał: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach”. Ale co z pokładami nikczemności, które zalegają poszczególne ludzkie indywidua? Czy aby one nie tworzą też społeczeństwa, cywilizacji? A może to nie są wcale pokłady nikczemności a głupoty, bierności, strachu, konformizmu, chciwości…? Może to wszystko wynika nie tylko z chęci „urządzenia” się w świecie, ale i ze zwykłego instynktu przetrwania?
A jednak całe życie „uczepiałem” się tych „niesłychanie drobnych cząsteczek cnoty”, (które moim zdaniem nie są wcale takie drobne, a tym bardziej „niesłychanie”) i to bardziej w innych ludziach, niż w sobie samym (może dlatego, że – o tyle, o ile znałem siebie samego – własnej „cnocie” nie dowierzałem)? Podobnie chyba uczepiałem się piękna – piękna, które istnieje w świecie, ale otoczone również brzydotą, okropnością, grozą, horrorem?

Ceną jaką płacimy za wiedzę jest zwykle rozczarowanie. Ale to, co pozostaje po rozczarowaniu jako cnota, piękno a zwłaszcza miłość – potrafi nas zbawić. Tylko do takiej cywilizacji i takiego społeczeństwa – gdzie owe „drobne cząsteczki cnoty” (wraz z dobrem piękna czy miłości) rezydują, nadając jej człowieczy sens – chcę się przyznawać. Niestety, cywilizacja i społeczeństwo w których żyjemy są inne.

* * *

Szczęście to stan ducha, a nie stan posiadania. Duch, który ulega posiadaniu, staje się niewolnikiem rzeczy, a tym samym niewolnikami rzeczy stajemy się my sami.
Satysfakcja, której mogą nam dostarczyć rzeczy jest powierzchowna. Tylko (duchowa) relacja z drugim człowiekiem może sięgnąć głębiej – nadając sens (i poczucie spełnienia) naszemu życiu.

Zresztą, tak naprawdę materia jest złudzeniem – swoistą atrapą, która (zważywszy na nasze ograniczenia percepcyjne) umożliwia nam funkcjonowanie w świecie widzialnym i dotykalnym.
Prawda – i to co najważniejsze – znajduje się poza naszą „materialną” „rzeczywistością”. Skoro więc tak naprawdę rzeczy nie istnieją, to tym bardziej ich „wistość” jest tylko złudzeniem. Dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Lecz to materializm jest złudzeniem, a nie duchowość człowieka.

* * *

„Idę” obejrzałem jakiś czas temu – myślę, że bez uprzedzeń. Uważam, że film Pawlikowskiego jest dobry, ale jednak nie wybitny (pewnie za taki zostanie uznany przez wielu widzów po przyznaniu mu Oscara, ale to przecież nie Oscary, ani żadne inne nagrody, decydują o wybitności filmu). Moim zdaniem zbyt wiele w nim schematów i uproszczeń, zabiegi estetyczne dość pretensjonalne (np. dziwaczne kadrowanie – choć w filmie nie brakuje też obrazów pięknych), postacie to tezy, psychologia bardzo przewidywalna… etc. Ponadto, niektórym reżyserom się wydaje, że jeśli nagrają film na taśmie czarno-białej, to od razu wzrośnie jego ranga artystyczna – i tak też odbierają obraz widzowie, zwłaszcza ci snobujący się na odbiorców wyłącznie kina tzw. „artystycznego”.
Nie odniosłem absolutnie żadnego wrażenia, że jest to film anty-polski, że fałszuje historię, że jest politycznie tendencyjny w jakimkolwiek stopniu. Dlatego też nie wziąłem udziału w wypełnionych emocjami sporach – głównie światopoglądowej i politycznej natury – jakie on teraz wywołuje.
A dlaczego dostał Oscara? Sądzę, że dzięki bardzo dobrej kampanii reklamowej, dobremu PR, lansowaniu go przez niektóre kręgi i środowiska związane z kinem (producenci, krytycy, może nawet widzowie), a zwłaszcza z dystrybucją filmową. I nie ma w tym nic dziwnego, bo tak działa tutejszy mechanizm promocji kina.
Oscar nie jest – i nigdy nie był – wykładnikiem wartości artystycznej filmu (stąd, skądinąd cieszący się w Stanach Zjednoczonych wielką estymą Kieślowski nigdy nie otrzymał statuetki). Jest niczym innym jak wykładnikiem statystycznego zsumowania decyzji członków amerykańskiej Akademii Filmowej. A ta – odnoszę takie wrażenie – wiąże się z rachunkiem prawdopodobieństwa, a być może nawet z… teorią chaosu.

* * *

To prawda, że dzisiaj – zwłaszcza młodym widzom – sposób filmowania Bergmana może się wydać anachroniczny. Trzeba więc pewnego wysiłku, by zaakceptować użytą przez niego formę i pozwolić tym obrazom na siebie oddziałać. Bergman wymaga też odpowiedniego nastroju. Ja się nie dziwię, że nie zawsze ludzie chcą się pogrążać w tych jego ciężkich i mrocznych klimatach – w całej tej depresyjności i pesymizmie. Chociaż warto pamiętać, że Bergmana stać było też na ironię, żart i humor, także na liryzm, nostalgię – dotknięcie poezji.
Summa summarum nie jest to jednak kino „rozrywkowe” – wygląda bardziej na traktat filozoficzny, studium psychologiczne, moralitet… I mimo, że ma w sobie potencjał terapeutyczny (bo swoistą terapią było dla Bergmana kręcenie filmów), to jednak – uświadamiając widzowi wiele trudnych (a nawet tragicznych) aspektów ludzkiej egzystencji – konfrontowało go z jego, często zepchniętymi w podświadomość, lękami, obawami i strachem. Filmy Bergmana bardziej niepokoiły, niż uspokajały – ale zmuszały jednak przy tym do myślenia. Nie wszyscy widzowie to lubią – i ja się właściwie, w dobie opanowania popkultury przez bezmyślną rozrywkę, temu nie dziwię.

Bardzo ciekawe jest to, co Woody Allen mówi w swoich wywiadach o Bergmanie. Rzadko się jednak zdarza, by jeden genialny reżyser opowiadał z taką swobodą i bezinteresownością o drugim genialnym reżyserze, nawet jeśli wydaje się on być jego mentorem. Tutaj robi się jeszcze ciekawiej: reżyser do szpiku kości amerykański (nie mam tu bynajmniej na myśli filmów Allena, które jednak w Ameryce się wyróżniają i raczej kina amerykańskiego nie definiują – tylko jego środowiskowy background) wypowiada się o reżyserze do szpiku kości europejskim. Tak sobie myślę, że oprócz wielkiej inteligencji i zainteresowania podobną problematyką, łączyła ich pewna… neurotyczność, (którą być może lepiej byłoby nazwać wrażliwością, a może jeszcze lepiej: uwrażliwieniem na podobne problemy filozoficzne i egzystencjalne?)

* * *

Biblioteka jest martwa, jeśli nikt jej nie używa – jeśli nikt nie czyta książek w niej zgromadzonych. Wtedy jest zaledwie meblem, dekoracją… zaspokajającą jakąś snobistyczną potrzebę lub zdradzającą pretensję właścicieli, by zaliczano ich do grupy ludzi tzw. „kulturalnych”. Od posiadania wielkiej ilości książek ważniejsza jest relacja człowieka z książką, (która przecież może być pożyczona, lub znajdować się do jego dyspozycji chwilowo.) Podobnie jest z czytaniem: nie tyle ważne jest to, jak wiele książek się czyta (i w jakim tempie), ale to, jak głęboka i intensywna jest nasza relacja z tym, co czytamy, czyli z treścią. Według mnie większą wartość ma uważne przeczytanie jednej książki – przeżycie jej, doświadczenie, zrozumienie, wejście w bliski kontakt z jej autorem i autentyczne przejęcie się tym, co chciał on poprzez swoją książkę nam przekazać – niż pobieżne „przelecenie” iluś tam dziesiątków książek, „zaliczenie” ich, konsumpcja „stosika”, „odfajkowanie” jakiejś tam pozycji… bo to wszystko jednak spływa po czytelniku jak woda po kaczce.
(Tutaj właśnie objawia się idiotyzm czytania tzw. „szybkiego”, albo jeszcze gorzej: „fotograficznego”.)

Wszystkiego nie przeczytamy. Dlatego moim zdaniem warto czytać uważniej, bardziej selektywnie… I czasem robić sobie okres czytelniczej abstynencji – udając się choćby w podróż, uciekając od cywilizacji, kręcąc się bliżej natury.
Myślę, że udało mi się wyrobić tę umiejętność wchodzenia w zupełnie inną skórę, w zależności od zmian otaczających mnie dekoracji, np. na górskim szlaku, albo nad brzegiem Oceanu czy w lesie – staję się tam jakby zupełnie innym człowiekiem. I choć zazwyczaj zabieram ze sobą w podróż jakąś książkę (oprócz przewodników, oczywiście), to jednak zwykle naoczne i namacalne poznawanie miejsca, albo zwykłe nic-nierobienie (siedzenie nad przepaścią, gapienie się w morze, słuchanie odgłosów przyrody…) przedkładam nad ślęczenie nad książką.

Czytanie może stać się nałogiem. Najgorzej jest wtedy, kiedy staje się czymś w rodzaju przymusu – bo wtedy przestaje nam przynosić przyjemność (choć wielu się łudzi, że nadal przyjemność z takiego czytania mają). To tak jak z winem: kiedy pijemy go za dużo, to już po kilku lampkach przestajemy czuć jego smak. Kiedy natomiast dłuższy czas nie mamy wina w ustach, to jedna lampka może nam sprawić bardzo intensywną przyjemność.
Umiar – często jednak trudny do osiągnięcia.

* * *

Fotografując, zależy mi na uchwyceniu piękna, które trzeba jednak czasami wysupływać z rzeczywistości. Często narzuca się ono samo – wtedy tylko brać, nie przebierać; czasem jest ono bardziej dyskretne – wtedy trzeba go ośmielić, by się objawiło, nie tylko mnie, ale i innym.

Staram się, by moje zdjęcia oddawały moje przeżycie, jednak, jeśli wywołują one przeżycie u kogoś innego, to jest to już zasługą oglądającego.

Nie boję się tego piękna, które samo się narzuca. Jest ono wtedy może oczywiste, ale mimo wszystko nie przestaje być pięknem. Piękno dostrzeżone i odczute, nawet to, które – przez swoją oczywistość – nie wymagało od nas żadnego percepcyjnego wysiłku, nigdy nie jest banalne i nudne. Piękno zabija nudę i vice versa: na kimś kto jest znudzony, piękno nie robi większego wrażenia.

* * *

To, co postrzegamy u innych ludzi jako „inność”, jest zaledwie tych ludzi powierzchownością. Niestety, bardzo często na owej powierzchni zatrzymuje się nasze poznanie drugiego człowieka. A zaczynają uprzedzenia.

* * *

Jeśli buddyzm uznamy za religię (niektórzy zwracają uwagę, że buddyzm jest bardziej systemem filozoficznym czy światopoglądowym, niż religią) to należy podkreślić, że jest on religią wyjątkowo tolerancyjną i otwartą na inne poglądy. Odróżnia go to (patrząc na tę kwestię z perspektywy historycznej) od wszystkich innych światowych religii (takich jak islam czy chrześcijaństwo). Nie ma w nim – tak częstej np. w islamie, ale i w judeo-chrześcijaństwie też – pogardy dla „innowierców”, „giaurów”, „niewiernych”, „gojów”… Buddyści nigdy i nigdzie nie „nawracają” nikogo na siłę, nie krytykują innych religii, wręcz przeciwnie: szanują je. Sam Dalaj Lama odradza buddystom aktywną „rekrutację” nowych wyznawców Buddy i przestrzega przed zbyt łatwym i powierzchownym „przechodzeniem” na buddyzm – sugerując nawet to, że lepiej jest jednak pozostać przy swojej dotychczasowej wierze, a z buddyzmu zaczerpnąć tylko pewne uniwersalne wartości, które są dobre dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznawaną religię czy światopogląd.

* * *

Po podróży do Tybetu napisałem: „Złoto Potali! W stolicy jednego z najbardziej ubogich krajów świata, znajdują się równocześnie największe na świecie grobowce ze złota. Najcięższy z nich jest grobem największego dalajlamy, którym uznaje się Dalajlamę Piątego (ale pierwszego, nazwanego przez wnuków Dżingis Khana Dalai Lamą, czyli Oceanem Mądrości). Złoto, które użyto do jego budowy dekoracji, waży prawie cztery tony. Myślę, że podobnie jak ubogi Jezus nie mógłby sobie znaleźć miejsca w kapiącym od złota Watykanie, tak i sam Budda Siakjamuni, czyli książę Siddhartha, który odrzucił swoje materialne bogactwo stając się ascetą, czułby się na tych wszystkich złotych tronach i obłożonych setkami tysięcy drogocennych klejnotów stupach, jak na jakiejś obcej planecie.”

A jednak z tym złotem to nie jest taka prosta (i jednoznaczna) sprawa. Podobnie jak z ozdobami w tybetańskich klasztorach, czy – przenosząc się na bliższe nam podwórko – z dekoracyjnym przepychem katolickich świątyń. Wydaje się bowiem, że nie jest to tylko przejaw ludzkiej próżności i zamiłowania do bogactwa. Ma to głębszy cel: chodzi o… dowartościowanie samego obiektu kultu.
Wprawdzie odbywa się ono w sferze materialnej, to jednak ma to niewątpliwie znaczenie socjo-techniczne, bo na większość ludzi materialne bogactwo robi jednak wielkie wrażenie i wzbudza, jeśli nie szacunek, to respekt (chodzi tu także o wzmocnienie autorytetu i demonstrację władzy). Tym sposobem obdarza się respektem i podziwem same obiekty kultu (świątynie, relikwie, posągi świętych, a nawet kapłanów…), ustala pewną hierarchiczną zależność. Jednym słowem: wzmacnia kult i samą religię. Oczywiście, chodzi tu także o estetyczne wzmocnienie wrażeń… nie tylko duchowych, ale i zmysłowych.

* * *

Dużo myślę ostatnio o Tybecie i ludziach, którzy ten kraj zamieszkują. Wgłębiam się w historię Tybetu, a im bardziej się wgłębiam, to jednak coraz bardziej smutno mi się robi, bo nie dostrzegam tam żadnej krainy szczęśliwości, która byłaby choć trochę podobna do (mitycznej, legendarnej i wyidealizowanej) Shangri-La, a wprost przeciwnie – widzę ludzi utrudzonych, dla których życie jest nieustannym, wielkim wysiłkiem i znojem, nie szczędząc im przy tym bólu i cierpienia.

Czy oni się niczego nie lękają? Gdyby się nie lękali, to nie byliby ludźmi. Każdy, zwykły człowiek, się lęka. Tylko nieliczni zdołali się uwolnić – tak naprawdę, zupełnie i do końca – od jakiegokolwiek lęku (co w pewnym sensie jest…hm… nieludzkie, bo święte?)

Tym co mnie w mentalności ludzi wyznających buddyzm mocno uderza (dotyczy to więc głównie umysłowości człowieka Wschodu) to ich diametralnie odmienne od naszego (nazwijmy to ogólnie – europejskiego) podejście do śmierci, a tym samym i do pustki, którą my kojarzymy z mającym zdecydowanie negatywną konotację nihilizmem – bo przecież nicość to już NIC, zatracenie i zagłada wszystkiego, co ludzkie – a to często prowadzi uświadamiającego sobie to człowieka do egzystencjalnej rozpaczy. Tutaj przychodzi mi na myśl Pascal, który w swoich „Myślach” napisał niezwykle przejmująco: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.
Nic dziwnego, że prawie wszyscy ludzie od tych wyobrażeń i podobnych refleksji uciekają, wypierając to ze swojej świadomości.

W wielkim uproszczeniu pisząc: przez nas, ludzi Zachodu, śmierć jest postrzegana jako wielka tragedia (i nawet chrześcijańska obietnica zmartwychwstania nie jest w stanie tego poczucia tragizmu i związanego z tym cierpienia załagodzić – co widać w naszym bezbrzeżnym bólu, jaki przeżywamy, kiedy żegnamy się na cmentarzu z kochaną przez nas osobą). Zaś tam, na Wschodzie, śmierć jest przyjmowana jako naturalna kolej rzeczy – umiera właściwie ciało, a życie, a raczej świadomość, która w nim była, trwa – toczy się dalej. I co przy tym ciekawe i intrygujące (przynajmniej dla mnie), to przeświadczenie, iż odrodzić się można w innej formie, nie jest bynajmniej dla buddysty żadną pociechą (może tylko wtedy, kiedy odrodzi się w ciele człowieka „wyższej rangi”), a wręcz przeciwnie – rodzajem przekleństwa i kary, uwięzieniem w kole życia i powtórnych narodzin (Samsary), z którego chce się on uwolnić, osiągając nirwanę (czyli wracając do „pustki”, tutaj utożsamianej z wyzwoleniem się, ze spełnieniem – stopieniem się z Absolutem). Ale to są już filozoficzne rozważania, w których na razie nie czuję się zbyt pewnie, bo są związane z buddyzmem, którego przecież dogłębnie nie znam.

Buddyzm tybetański jest o tyle specyficzny, że przetrwały w nim elementy pierwotnej, animistycznej religii Bon. A tam roiło się od różnych bóstw, w tym i od takich, które wzbudzały lęk i trwogę – o złych duchach nie wspominając. Do dzisiaj więc są we wioskach szamani, które te duchy przepędzają, przekupują, wkupują się w ich łaski, próbują przebłagać…

I jeszcze jedno: będąc w Tybecie bardziej utożsamiałem się, czy też raczej solidaryzowałem z tymi prostymi, „wiernymi”, znajdującymi się najniżej w drabinie społecznej ludźmi („solą”, „rolą” i „błotem” tej ziemi), niż np. z lamami, mnichami, czy – wracając do Tybetu historycznego – feudalnymi panami. Muszę kiedyś napisać więcej o Tybetańczykach. Na pewno wspomnę wtedy o osobistym kontakcie z tymi biedakami, którzy pozostawili we mnie niezatarte – nie pozbawione nawet pewnej tkliwości – wrażenie.

Enigma Nepalu? Twarze Tybetańczyków przestają być „nieprzeniknione” kiedy gości na nich uśmiech. A śmiech, zwłaszcza tybetańskich kobiet, jest niezwykle przyjemny, ujmujący, a niekiedy wręcz rozbrajający – ma w sobie taką dziecięcą wprost naturalność, otwartość i prostotę.
Podobnie przyjemnie dla ucha brzmi tybetański język.

* * *

Jeden z moich blogowych znajomych pisze: „Właściwie celem wszelkich poszukiwań religijnych jest uwolnienie się od lęku przed śmiercią – tym cesarzem wszystkich trapiących nas lęków. Dla mnie religie mają przede wszystkim znaczenie terapeutyczne, czyli antylękowe. To mnie właśnie frapuje w buddyzmie, bo czuję, że oni potrafią się wyzwolić spod tego dyscyplinującego społecznie jednostkę neurotycznego ciężaru.”

Tak, lęk prze śmiercią powoduje, iż wielu ludzi skłania się ku religii, znajdując w niej pociechę, otuchę, sens cierpienia i samej śmierci. Chrześcijaństwo jest tego dobrym przykładem. Ale to nie tylko to. Religia odpowiada, czy też próbuje zaspokoić także wiele innych potrzeb egzystencjalnych człowieka. Wprawdzie można się spierać czy człowiek ze swojej natury jest istotą Homo religiosus, to jednak nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek potrzebuje poczucia sensu swojej egzystencji. Wielu ludzi szuka jednak nie tylko sensu życia, ale i kieruje się ku transcendencji – chce znaleźć także sens i spełnienie (czy też pewien rodzaj wyzwolenia) poza własnym, doczesnym życiem.
Religia to także próba określenia przez człowieka swoich relacji z Istotą Najwyższą, czyli Bogiem. Poza tym, w wielu kulturach związana była (i nadal jest) z porządkowaniem i ustalaniem życia społecznego, mając tym samym wielką wartość socjologiczną (moim zdaniem nie tylko „dyscyplinujacą” ludzi, ale i dostarczającą poczucia solidarności we wspólnocie i doli). Odnosiła się nie tylko do jednostki, ale i do zbiorowości (stąd np. wynikał problem rozdziału kościoła od państwa).

Buddyzm jest też o tyle ciekawy, że nie jest religią w ścisłym znaczeniu tego słowa, co często się podkreśla. Rzeczywiście nie odnosi się (bezpośrednio przynajmniej) do Boga, nie jest dogmatyczny jak niemal wszystkie religie, ma w sobie zakodowaną pewną tolerancję i otwartość wobec różnych aspektów rzeczywistości…

Buddyzm mnie intryguje, pewne jego elementy mnie pociągają, lecz mimo to nie mogę się także przy tym pozbyć spojrzenia krytycznego. Ale to pewnie leży w mojej naturze: nie mógłbym bezkrytycznie przyjąć, a tym samym podporządkować się jakiejś jednej opcji widzenia świata – uznać ją za jedynie słuszną, bezdyskusyjną. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mogę pozostać człowiekiem otwartym. Wolę się przyznawać do swojej niewiedzy – bo to powoduje, że ciągle chcę coś poznawać.

* * *

Choć sam nie mogę się uważać za pacyfistę, to muszę perzyznać, że pacyfizm nie jest tylko przejawem naiwności, czy – tym bardziej – głupoty. Pacyfistami byli bowiem ludzie wybitni, także pod względem intelektu, jak np. Bertrand Russell czy Albert Einstein (a to jest przecież intelektualna awangarda czasów nam współczesnych – umysły nie tylko najwybitniejsze z wybitnych, ale wręcz genialne).
Trzeba przyznać, że postawa pacyfistyczna opiera się na mocnych przesłankach filozoficznych, a zwłaszcza moralnych. Einstein pisał np.: „Mój pacyfizm jest uczuciem czysto instynktownym; jestem pacyfistą, ponieważ mordowanie ludzi jest dla mnie czymś odrażającym. Moja postawa nie wynika z żadnej teorii intelektualnej, lecz oparta jest na najgłębszej antypatii, jaką żywię dla wszystkich przejawów okrucieństwa i nienawiści.”
Takim argumentom należy się uwaga.

* * *

Mit pojawił się również dlatego, że człowiek jest „zwierzęciem” stadnym, a wyrażając się bardziej elegancko – jest istotą społeczną i potrzebował czegoś, co umożliwiłoby mu i ułatwiło mentalne, duchowe zadomowienie się w świecie dzielonym wraz z innymi członkami grupy – objaśnienie tego świata, poczucie bezpieczeństwa w solidarności, „obłaskawienie” sił, które go przerastały… etc. W społeczeństwach pierwotnych najczęściej wiązało się to to z magią – i w ten sposób rodziły się religie, i wreszcie – w szerszym ujęciu – kultura. To dlatego po dziś dzień mit jest tym, co pomaga scalić ludzką zbiorowość, grupę, naród, społeczeństwo… Na dobre i na złe (wszak mówi się o mitach „pozytywnych” i „negatywnych”). Ale w międzyczasie – tak jak kultura ludzka komplikowała się stając się coraz bardziej kompleksową – również same mity stawały się bardziej skomplikowane i kompleksowe. Zmieniały się też role i znaczenia mitów. Dlatego obecnie, zajmując się mitem, zmuszeni jesteśmy do rozpatrywania go w tak szerokim ujęciu, co jednak nam wcale, zarówno zrozumienia tego, czym jest mit, jak i samej rozmowy o nim – nie ułatwia.

* * *

Ktoś zadał mi niedawno pytanie: „Czy nie jest tak, że zamiast mitu ludzie znajdą sobie nowy budulec, którym będą lepić nierzeczywisty porządek? Tylko co nim miałoby być? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Ja tylko obserwuję i staram się znaleźć coś, co nada sens obserwacji.”

Ja też nie znam odpowiedzi na te pytania. Nikt nie zna. Od kilkuset lat człowiek używa nauki jako tego „budulca”, na którym stara się oprzeć własną wiedzę i i konstruować świat, w którym żyje – mając przy tym ambicję, żeby to był świat oparty na porządku „rzeczywistym” (a nie „nierzeczywistym”). A to jest cały czas pozytywizm i racjonalizm. Jednakże to również się zużywa i nie za bardzo zdaje egzamin. Bo człowiek, mimo wszystko, to jest zwierzę z apetytem metafizycznym – otóż dorobił się takiej (samo)świadomości, która już nie da mu najprawdopodobniej spokoju do końca istnienia gatunku Homo sapiens: zawsze go będzie „gnębiła” potrzeba poznania celu i sensu tego Wszystkiego (co go otacza i co się z nim dzieje) – a to wydaje się leżeć poza ratio i gnosis (poza rozumem i wiedzą) opartych tylko na materializmie i „twardej” naoczności.
Bez poczucia sensu i celu, umysł człowieka zawsze dociera do nihilo – w tym sensie cała kultura współczesna, która jest pozbawiona metafizyki, jest nihilistyczna.

* * *

Jak to jest z tym przepowiadaniem przyszłości? Kiedyś zabawa w futurystykę była bardzo modna i wielu „myślicieli” brało w niej udział. Tylko ci bardziej uczciwi (ot, choćby Stanisław Lem) mówili o totalnej niemożliwości przepowiedzenia przyszłości.
Przypomina mi się tutaj to, co na ten temat powiedział kiedyś Claude Levi-Strauss: „Taka jest liczba zmiennych, tyle jest parametrów, że być może jedynie boska inteligencja mogłaby stwierdzić, co się dzieje i co się będzie działo. Istoty ludzkie mylą się za każdym razem; pokazuje to historia. Mówi się ‚z dwóch rzeczy jedna’, a to zawsze jest ta trzecia.”
W tej wypowiedzi uderza również to, że Lévi-Strauss mówi nie tylko o niemożności przewidzenia tego, co będzie się działo, ale i niemożności zrozumienia tego, co się dzieje – czyli nawet wobec ewidencji faktów, które mamy do dyspozycji, ogarnięcie tego ludzkim umysłem jest niemożliwe, nie wspominając już o poznaniu sensu tego wszystkiego. Niestety, łatwo mi jest zrozumieć ten pesymizm poznawczy Lévi-Straussa, bo i ja się skłaniam do sceptycyzmu (i to chyba wbrew własnej woli). A to jest dość wstydliwe wyznanie.

* * *

Mit w pewnym sensie „upraszcza” rzeczywistość, ale nie wydaje mi się, żeby pozbawiał ją niuansów.
Mit jest paradoksem, który z jednej strony ułatwia nam zrozumienie rzeczywistości, ale z drugiej często ją zawoalowuje.

Roland Barthes spostrzegł, że mity są nieusuwalnym elementem życia politycznego – że nie ma polityki bez mitów. To się zresztą pokrywa z tezą, którą podzielałem w moich wypowiedziach o micie, że kultura stanowi przestrzeń mityczną (jest ona niejako „przesiąknięta” mitami), a przecież polityka jest – bądź co bądź – częścią kultury (mimo tego, że politycy zbyt często wydają się być pozbawieni jakiejkolwiek kultury). Zgadzam się więc z tą wypowiedzią Barthesa: „[Mity] są koniecznym skrótem, zagęszczają historię. Służą legitymizacji władzy, definiują zobowiązania, wyrażają wartości, nadzieje, nadają sens zbiorowym wysiłkom. Dzięki swej naturze mogą mobilizować do działań zbiorowych, stabilizują wspólnoty polityczne, strukturyzują historię.”

* * *

Mit to jest takie zmyślne bydlę, że – mimo iż jest „nieprawdą” i „zmyśleniem” – pozwala nam czasami na dotknięcie tego, co prawdziwe, mimo, że sam zawsze jest swego rodzaju pozą, „zmyśleniem”, występuje w przebraniu. (To coś podobnego jak z tą sztuką, która kłamie, by wyrazić prawdę ;)
Słyszałem kiedyś stwierdzenie, że dekonstrukcja mitu nie jest jego niszczeniem. Moim zdaniem to nie tak. Mit zdekonstruowany już nie działa – podobnie jak nie działa już maszyna, którą się rozebrało na części. Można udawać wiarę w Św. Mikołaja, ale już nigdy się w niego nie uwierzy po tym, jak się zobaczyło, że nosi on buty naszego sąsiada.

* * *

O DEKULTURALIZACJI i innych współczesnych fanaberiach

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XV)

. zapiski notatki kajet notes.

.

Dziwna jest ta ewolucja korelacji ludzkiej duszy (psyche) z ciałem. Na początku musiał być tylko instynkt i popędy, a więc całkowite podporządkowanie się potrzebom ciała, mające na celu jego fizyczne przetrwanie. Jednakże to kult czegoś transcendentnego i metafizycznego spowodował odwrócenie uwagi człowieka od własnego ciała i skierowanie jej poza fizyczność zarówno samego ciała, jak i szerzej – świata widzialnego (materialnego) – i to właśnie było tożsame (równoległe) z tworzeniem ludzkiej kultury. Gdzieś po drodze pojawił się dualizm duszy i ciała – być może było to konsekwencją wznoszenia się przez nas na coraz wyższy poziom świadomości, a to z kolei powodowało nasze coraz większe wyobcowanie ze świata „naturalnego”, „przyrodzonego” (czyli związanego z „przyrodą”). A jednak, w większości kultur, człowiek przez dziesiątki tysięcy lat, za swój prawdziwy „dom” uważał świat duchowy, czyli niematerialny (własnej wyobraźni, tęsknot, pragnień, lęków, pożądań, myśli… etc.) – bo z nim właśnie wiązała się (kształtowała) jego ludzka tożsamość. Ciało więc traktowane było dość instrumentalnie – było dla człowieka czymś „przejściowym”. Ale to się zaczęło zmieniać – i mam wrażenie, że to chyba Renesans (nota bene zawsze przeze mnie podziwiany), spowodował, że coraz większą uwagę zaczęliśmy skupiać na ciele, czego jedną z konsekwencji była coraz większa indywidualizacja człowieka. Nie rezygnowaliśmy jednak przy tym z mitów, przez co ten materialistyczny trend nas nie „dekulturalizował”, a wręcz przeciwnie: to właśnie w tamtym okresie dał się zauważyć „wybuch” ludzkiej kreatywności (choćby w dziedzinie sztuki).

Niemniej jednak nasze ciało rozdzielone było od duszy (oczywiście walnie przyczyniła się do tego mentalność wywodząca się z chrześcijaństwa) i wydaje mi się, że właśnie dlatego było możliwe to, iż od jakiegoś czasu (wiek XIX?) ludzkie ciało (a ściślej: jego image) stało się – co tu kryć – przedmiotem handlu.

Innymi słowy: w tych ewolucyjnych perypetiach duszy z ciałem wróciliśmy do samego materialistycznego początku, ergo: staliśmy się przez to bardziej „prymitywni”, bo „wyprani” z ducha (mimo rozbuchanej „kultury” gadżetów, pozorów, czczych informacji i bezmyślnej a niepohamowanej konsumpcji).

Tym oto sposobem znów pozostajemy sam na sam z naszym ciałem – bo dusza ulatuje z naszego wnętrza, jak powietrze z przekłutego balonu. (I tu można się zapytać: skoro dusza zachowuje się jak nadmuchany balon, to co to za dusza?)

Ale żeby nie konkludować tak pesymistycznie: jednak nie wszyscy ludzie tak mają. Są wśród nas tacy, których dusza nie jest nadmuchanym – czyli de facto pustym – balonem. I to właśnie oni są strażnikami ludzkiej „duchowości” – czyli tego, co w człowieku jest najważniejsze i co stanowi o jego człowieczeństwie. Warto żyć w zgodzie z materią (własnym ciałem – respektując jego potrzeby, dbając o nie, jak o naczynie, które jest nam jednak niezbędne), ale nie można zapominać, że pełnego człowieczeństwa nie da się „skwantyfikować” (zdefiniować, określić) posługując się tylko kategoriami materii. Nie jesteśmy mechanicznymi marionetkami, a tym bardziej zredukowanymi do (modelowanej wedle naszego widzimisię) cielesnej powłoki, laleczkami barbie i kena.

greydot

“Ostatni wolni ludzie na Ziemi” – adekwatnie zatytułowała “Polityka” reportaż o niekontaktującym się ze światem zewnętrznym (współczesną cywilizacją) plemieniu żyjącym w lasach Amazonii. Oczywiście, stosując dzisiejsze kryteria oceny cywilizacji (narodu, społeczeństwa, człowieka) przez uwikłaną w produkcję, konsumpcję i politykę większość ludzkiej populacji, ludzie ci (bezproduktywni w sensie przemysłowym, nieznający nowoczesnej techniki, odcięci od internetu, analfabeci… etc.) to prymitywy bez wartości, których kultura jest jakąś czarną dziurą.

greydot

Dżihad ante portas? Brytyjski premier David Cameron lamentuje, że Państwo Islamskie zagraża Europie. Zachód angażuje się więc w “pokoleniową walkę z trującą odmianą islamskiego ekstremizmu”. Oczywiście, zdaniem Camerona, agresja Stanów Zjednoczonych (poparta przez Wielką Brytanię – również przez Polskę) na Irak w 2003 r., (która de facto zrujnowała kraj, zainstalowała w rządzie szyitów, którzy zrepresjonowali pozostałe grupy społeczne, zwłaszcza sunnitów… o takim drobiazgu, jak setki tysięcy ludzi zabitych w tej wojnie nie wspominając) nie ma nic wspólnego z odrodzeniem się hydry wojującego islamu, w postaci ISIS. Jak można przypuszczać, wszystko to wzbudzi falę wrogości wobec muzułmanów mieszkających w Europie.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że muzułmanie w Europie są demonizowani i “odczłowieczani” (podobnie, jak demonizowało się i odczłowieczało swego czasu Żydów). Wskazuje się na grupkę oszalałych ekstremistów, którzy roją sobie o jakimś dżihadzie, klecą bomby i zabili w Europie kilkadziesiąt osób, i utożsamia się ich z całym społeczeństwem muzułmanów. Problem jest rozdmuchiwany, czasem przechodzący w paranoję – czego ekstremalnym przykładem jest niejaki Breivik, przedstawiciel rasy panów, stojącej nieskończenie wyższej nad muslimskim “gównem”.

Ludzie niestety myślą schematami, eksponując przy tym często swoją bezmyślność i zwykłą głupotę. Zobaczą zakapturzonego bandytę ucinającego na pustyni głowę białemu człowiekowi i już wołają dusząc się z nienawiści, żeby z wszystkimi wyznawcami Allaha w Europie, (którzy stają się przy tym “szczurami”, “ciapatymi”, “muślinami”, a nawet “gównem” i “nowotworem”) zrobić porządek – najlepiej wyrzucić ich wszystkich z Europy, zebrać w jednym miejscu i zdetonować nuklearnie.

Kiedy czytam te komentarze dotyczące muzułmanów, (których nota bene w Polsce jest znikoma ilość), choćby na polskich forach (to właśnie stamtąd zaczerpnąłem obecne tu wulgaryzmy odnoszące się do muzułmanów), to mi się z tej rasistowskiej głupoty Polaków i szowinistycznego zaślepienie włos jeży na głowie. (Pamiętam, że kiedy w Warszawie społeczność muzułmańska chciała wybudować meczet – nawet nie minaret! – to 95% ankietowanych Warszawiaków było przeciw. Ot, klasyczna swojska ksenofobia.)

greydot

Na razie trudno jest nam sobie wyobrazić islamizację Europy i jedyną możliwością wydaje się nam europeizacja islamu – czyli powstanie (zastosowanie) tego, co nazywane jest przez niektórych kulturoznawców euroislamem. Wymaga tego zachowanie europejskiej tożsamości – czyli wszystkich osiągnięć cywilizacji zachodniej, takich np. jak wolność osobista, wolność wyznaniowa, rozdział religii od państwa (zachowanie świeckiego charakteru tzw. przestrzeni publicznej), demokracja, wolność słowa… A tego wszystkiego nie da się pogodzić z islamską ortodoksją – z utożsamianiem prawa państwowego z szariatem. Z tego wniosek, że jednak dla islamskiej ortodoksji nie ma w Europie miejsca – gdyż trudno sobie wyobrazić powstanie i funkcjonowanie w Europie zupełnie odizolowanych gett muzułmańskich, gdzie ta ortodoksja mogłaby ewentualnie funkcjonować. Tym bardziej, że jeśli chodzi o demografię, to społeczność muzułmańska rozrasta się liczebnie najszybciej z wszystkich społeczności i narodów Europy. Z tego tylko względu problem ten będzie na Starym Kontynencie narastał.

greydot Tzw. „walka z terroryzmem” jest w rzeczywistości przykrywką do tego, by rozbudowywać do kolosalnych rozmiarów aparat masowej inwigilacji, ssąc przy tym federalną kasę. No bo jakie zagrożenie terrorystyczne można znaleźć zakładając podsłuch w biurach Unii Europejskiej? Nie, tu nie chodzi o terroryzm. Tu chodzi o szpiegostwo mające na celu prześwietlenie pewnych struktur władzy, organizacji pozarządowych i przepływu kapitału.

A czy lepiej tego (że się jest inwigilowanym) nie wiedzieć? Mnie osobiście nie uśmiecha się bezrefleksyjna egzystencja cielątka, które o niczym nie chce wiedzieć, bo to mu przeszkadza w radosnym hasaniu po łączce. Wolę jednak życie w świadomości, (która przynosi czasem ból i cierpienie), niż taką cielęcą szczęśliwość (która i tak jest przecież problematyczna – i nawet nie wiadomo, czy jest w rzeczywistości możliwa).

Zgadzam się: wszystko wskazuje na to, że podleganie inwigilacji jest nieuchronne. Lecz mimo to, powinny być stosowane pewne reguły, a człowiek powinien posiadać pewne prawa – a nie być tylko bezwolnym (zniewolonym) przedmiotem, z którym można zrobić, co się tylko pewnym służbom specjalnym podoba. Mimo wszystko uważam, że istnieje realna szansa, by takie prawa dla człowieka zachować.

greydot

Cały ten zmasowany system szpiegowania ludzi, który uskuteczniają już nie tylko Stany Zjednoczone, ale praktycznie wszystkie większe państwa na świecie, nie ma wiele wspólnego z ochroną przed terroryzmem. Ma natomiast wiele wspólnego z grą o władzę i kontrolą przepływających pieniędzy (to jest po prostu szpiegowanie światowego biznesu).

greydot

Czy ludzkość zmierza w kierunku samozagłady? Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że zmierzamy do życia w rzeczywistości, w której nie będzie żadnej prywatności, w której każdy będzie prześwietlony na wylot (odpowiednie „służby” będą wiedzieć o każdym człowieku wszystko) oraz manipulowany przez wielkie korporacje – przez tych, którzy będą mieli władzę i pieniądze – i którzy za wszelką cenę będą chcieli utrzymać swoją uprzywilejowaną pozycję, zwiększając przy tym zakres swojej władzy i bogactwa. To, niestety, czeka nasze wnuki, czy też prawnuki – które najprawdopodobniej nie załapią się do „elity”, a będą tymi, których ta „elita” będzie kontrolowała i eksploatowała.

Zdaję sobie sprawę, że jest to czarny scenariusz, ale niestety istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że się on spełni.

greydot

Łudzimy się, że internet zbliża nam świat, lecz w rzeczywistości on nas od niego oddala. Zamiast żyć życiem realnym, zaczynamy żyć w świecie wirtualnym, zdeformowanym, iluzorycznym – choć często, paradoksalnie, wydaje się on nam być bardziej prawdziwy od świata realnego, zewnętrznego. A to dlatego, że wszystko zaczyna się dziać w naszym wnętrzu – nasza świadomość zaczyna się ograniczać do percepcji tego, co znajdziemy w internecie, co na dodatek zaczyna także determinować nasze życie uczuciowe, generujące się wokół fantomów.

greydot

Daniel Passent pisze na swoim blogu: „Rzadkim światełkiem w tunelu było czytanie i ‚wyświetlanie’ ‚Golgoty’ w kilkunastu teatrach. Ale energia, dynamika – jest po stronie konserwatywnej.” (Chodzi oczywiście o sztukę „Golgota Picnic”, która wywołała w Polsce szeroka falę protestów wśród ludzi – „konserwatystów” – dotkniętych jej obrazoburczą treścią, i jej prezentację w wielu miejscach kraju, która była kontr-rekacją na usunięcie tej sztuki z repertuaru festiwalu teatralnego w Poznaniu.)

Jak wygląda owo “rzadkie światełko w tunelu”, które wg Passenta jest najwidoczniej rodzajem kaganka oświaty i nadziei na dalszy nieskrępowany rozwój światowej dramaturgii, w której autora Golgoty obwołano geniuszem a jego „dzieło” uznano za jedną z najważniejszych i najbardziej wybitnych sztuk współczesnego teatru? Oto wrażenia ze spektaklu-prezentacji, jaki odbył się w krakowskim Teatrze Starym. Pisze jedna z kobiet, która była widzem przedstawienia: Jak przedstawiono śmierć Jezusa? “Jako zmielenia mięsa i oblepienia nim głowy mężczyzny, leżącego na świetlistym krzyżu na ziemi, pokrytej bułkami hamburgerowymi. Rozebrano go do naga, ubrano w skąpy kobiecy kostium i szpilki. Następnie ta osoba wstała, poszła dziwacznym krokiem do krzesła, spod kostiumu zwisały mu genitalia, na które było przybliżenie. Usiadł on na krześle, zakładając nogę na nogę, by genitalia cały czas były widoczne” – opisuje Anna K., która podkreśla, że “w kontekście męki i śmierci Jezusa pokazywano nagich ludzi, ocierających się o siebie genitaliami, głowami, wijących się w dziwnych maziach”.

Zadałem sobie trud przeczytania tekstu sztuki Rodriga Garcii. Zamieszczam parę (bardziej klarownych) cytatów z tej “najważniejszej sztuki ćwierćwiecza”, jak określili ją co poniektórzy entuzjaści współczesnych trendów w teatrze:

“Skończył na krzyżu, na co sobie zasłużył, ponieważ każdy tyran zasługuje na karę lub – jak to mówią w mojej dzielnicy – kto zawinił, musi za to zapłacić. I żeby w końcu się zamknął, przybili mu gwoźdźmi ręce i stopy. A ten dalej gadał jak gdyby nigdy nic. Przeszedł Drogę Krzyżową, która nie była bardziej bolesna od tej, którą przebywa pracownik poczty – drogi krzyżowej życia pozbawionej sensu, jak każde życie, dokładnie takie jak twoje. I twoje.” (…) “Te i inne mądrości rozpowiadał ten szaleniec nawet wtedy, kiedy wisiał na krzyżu. Ludziom, którzy myśleli inaczej niż on, życzył źle, i sprawił, że drzewo figowe uschło, ponieważ nie miało owoców, kiedy był głodny. Posiadał niemal boską umiejętność zadawania bólu i czynienia zła. Lubił napawać strachem obecnych za pomocą perwersyjnych cudów, takich jak przyklejenie odciętego mieczem ucha biedakowi, co wdał się w bójkę, leczenie trędowatych czy chodzenie po oceanie. Był też pierwszym demagogiem: rozmnożył ludziom jedzenie, zamiast wspólnie z nimi pracować. Trzeba pamiętać, że nigdy nie pracował.” (…) “Sam o sobie powiedział, że jest barankiem. Ale był cholernym demonem. I groził dżumą i wszelkiego typu chorobami, był Mesjaszem AIDS. Zniszczył świątynię z zazdrości o cudze bogactwo, wiedział, że ktoś bez pieniędzy i pochodzenia jak on nic nie znaczy i że daleko nie zajdzie, więc chciał przywłaszczyć sobie bogactwa tych, którzy wiernie za nim podążali.” (…) “Było to w miejscu o nazwie Golgota, ziemi czaszek, odkryto tam wszystkie jego kłamstwa – poległ jako strateg wojskowy i lider społeczny. Był tak beznadziejny, że zamiast podpisać rozejm czy wbić białą flagę, kiedy było już po wszystkim, powiedział jedynie nocą do gwiazd w Ogrójcu: “Odsuń ode mnie ten kielich. Ojcze, odsuń ode mnie ten kielich”. Mówił to w powietrze, czekał na ocalenie z powietrza, stracił rozum. Tak tchórze rozmawiają z bogami, którzy nie chcą słuchać, rzeźnicy rozmawiają z ostrzem, a murarze rozmawiają z piwem, a marynarze z krabami, a ja żrę soczystego, miękkiego i ogolonego kutasa.” (…) “Bóg jest językowym podstępem i wszystko, co mówię i co powiem do końca tej sztuki, to nieczyste zagrywki, które wymyślam, by przeżyć przy odrobienie radości na tej parszywej ziemi.” (…)

itd… itp…

Można się tu zapytać: czy o taką kulturę walczą tzw. „liberałowie” polscy? A może o taką, jaką zaprezentowali na taśmach “gwarantujących normalność” politycy i polscy mężowie stanu typu Sienkiewicz, Sikorski, Nowak… et consortes, oraz ten (chodzi oczywiście o prezesa Narodowego Banku Polskiego), co ma – jak sam stwierdził – „największego ch.uja”?

PS. Sorry za wulgaryzmy, ale taki mamy (w polskiej „kulturze” politycznej) klimat.

greydot

Polski minister skarbu Włodzimierz Karpiński o pewnym biznesmenie, koalicjancie: “Albo dostanie, je.bnie go w końcu ktoś i tyle, no. Na poważnie. No tyle tylko, że to może rozsypać się koalicja.”

Właśnie, koalicja nie rozsypuje się tylko dlatego, że nikt w niej nie został jeszcze dobrze “je.bnięty”. Kiedy więc zaczną się nawzajem – używając języka dżentelmenów sprawujących najwyższe stanowiska w polskim państwie – “je.bać”, to jest szansa odmiany w sposobie rządzenia krajem jaki jest teraz uskuteczniany przez układ trzymający władzę. A że jest cała masa “haków” jakie ci panowie mają na siebie, które jak najbardziej byłyby pretekstem do “je.bania” się nawzajem – tudzież do “wyje.bania” tego i owego w kosmos (to również cytat z podsłuchanych rozmów) – to jest to raczej oczywiste dla tych, którzy się tego nie boją, albo, wręcz przeciwnie: boją się bardzo. Cała reszta jest ślepa, udaje ślepą, albo też jest obojętna. I na utrzymanie tego stanu (ślepoty i obojętności) liczą ci wszyscy szlachetni panowie “z klasą”.

Ten i podobne przykłady skutecznie zniechęcają nas do polityki, prowadząc do wniosku, że rozsądniej byłoby się od tego politycznego bagienka vel polskiego piekiełka trzymać z daleka. Ale to jest ten paradoks i dość niewygodna alternatywa: albo angażujemy się w politykę i wtedy mamy prawo polskich polityków krytykować, chcąc to nędzne status quo zmienić; albo się nie angażujemy – i wtedy takiego prawa się pozbawiamy, odsuwając się przy tym od jakiegokolwiek wpływu na zmianę sytuacji politycznej w Polsce.

greydot

Czytam dzienniki Alberta Speera, („nadwornego” architekta Hitlera, a później ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy) ze Spandau (czyli z więzienia, w którym odsiadywał on swój norymberski wyrok 2o lat pozbawienia wolności i gdzie – potajemnie, głównie na papierze toaletowym – spisywał swoje wspomnienia i prowadził dziennik). I to jest znakomita rzecz – taka wiwisekcja człowieka, który umie swoje (ewentualne) sumienie schować do kieszeni i traktować rzeczywistość doskonale wybiórczo. Tzw. “przyzwoity (???) człowiek”, który potrafi doskonale wpisać się z zbrodniczy system (układ), myśleć tylko swoją karierą, wykorzystując do tego własną (nieprzeciętną) inteligencję, która umożliwia mu doskonały kamuflaż… I to nie tylko przed światem zewnętrznym, ale także jeśli chodzi o obraz samego samego siebie – we własnych oczach.

Odnoszę wrażenie, że Speer nie tyle “wypycha” z siebie poczucie winy, co doskonale potrafi je w sobie ukryć (nawet przed samym sobą). A może on w ogóle nie miał poczucia winy? To też jest możliwe. I co ciekawe – nadal tego nie wiem po przeczytaniu 500 stron jego dzienników. To jest psychiczna ekwilibrystyka co się zowie! Zresztą, tylko tacy “żonglerzy” mogli się uchować w rządzie Hitlera. Niestety, podobnymi “żonglerstwem” wykazała się w czasach faszyzmu większość Niemców.

Mogę się zgodzić ze stwierdzeniem (z którym nota bene już kilkakrotnie się spotkałem), że na tle całej tej nazistowskiej zgrai, Speer sprawiał wrażenie intelektualisty. Mało tego: on sprawiał także wrażenie człowieka przyzwoitego – i to był właśnie szczyt kamuflażu.

greydot

Reinhold Messner, legendarny alpinista i himalaista, który był również Eurodeputowanym: “W naszym świecie nie ma definicji dobra ani zła. Są tylko cele możliwe albo niemożliwe do realizacji”.

Ktoś cytuje te słowa zachwycony, a ja się temu dziwię, bo przecież w naszym świecie jest mnóstwo definicji dobra i zła. Każdy system etyczny tworzy definicje dobra i zła. Tak na dobrą (złą?) sprawę każdy człowiek ma swoją definicję dobra i zła – najczęściej przejmowaną z systemu etycznego jaki funkcjonuje w kulturze w jakiej się rodzi, wychowuje i żyje. Bezrefleksyjne powtarzanie słów jakiegoś celebryty – choćby to była nawet “gwiazda” alpinizmu, która nam imponuje – często jest niczym innym jak robienie ludziom wody z mózgu.

Jeśli ktoś miałby z trudności ze zrozumieniem tego, co napisałem, to powinien pomyśleć np. … choćby o piwie: jest piwo dobre i jest piwo złe. A bardziej ambitnym intelektualnie można zaproponować przypomnienie podstawowych systemów etycznych stworzonych przez człowieka:

Sokrates – praktyk metody majeutycznej, intelektualizm etyczny Anaksymenes i Epikur – hedonizm – system subiektywno-emotywistyczno-efektywistyczny Platon, św. Augustyn, etyka chrześcijańska – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczne Arystoteles, Stoicyzm, Baruch Spinoza – systemy obiektywno-naturalistyczno-motywistyczne Kartezjusz, Georg Wilhelm Friedrich Hegel – systemy obiektywno-antynaturalistyczno-efektywistyczne Jean-Jacques Rousseau i następcy – system obiektywistyczno-naturalistyczno-motywistyczny Immanuel Kant – system obiektywno-antynaturalistyczno-motywistyczny John Stuart Mill – utylitaryzm – system obiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Karol Marks – materializm dialektyczny – system subiektywno-naturalistyczno-nominalistyczny Fryderyk Nietzsche – system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny Arthur Schopenhauer – system subiektywno-emotywistyczno-nominalistyczny Rudolf Carnap – opracowanie kilku różnych wersji etyki nominalistycznej i początek studiów porównawczych różnych systemów etycznych. Ayn Rand – twórczyni obiektywizmu, opartego na “racjonalnym zainteresowaniu sobą” Nel Noddings – twórczyni etyki troski Richard Hare – twórca preskryptywizmu

PS. Do listy tej dodałbym również Kalego, (który właściwie podpada pod system subiektywno-naturalistyczno-efektywistyczny).

greydot

Uderzyły mnie słowa Johna Swintona, dziennikarza ”The New York Times”, który, odchodząc na emeryturę, powiedział:

”Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety swoich własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane. Dostaję ileś dolarów tygodniowo za to, żebym powstrzymywał się od wyrażania własnych poglądów i opinii w gazecie, w której pracuję. Wielu tu obecnych otrzymuje podobną zapłatę na identycznych zasadach. Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku ! Gdybym dopuścił, by moje prawdziwe opinie zostały opublikowane w którymkolwiek numerze gazety, straciłbym pracę w niecałe 24 godziny ! Praca dziennikarza polega na niszczeniu prawdy, łganiu na potęgę, deprawowaniu, zohydzaniu, czołganiu się u stóp mamony, sprzedawaniu siebie, sprzedawaniu swojego kraju i swojego Narodu w zamian za chleb swój powszedni, czy też – co sprowadza do tego samego – za swoją pensję. Wiecie to wy i wiem to ja. Cóż to więc szaleństwo, wznosić toast za niezależną prasę! My, dziennikarze jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!”

Według mnie warto ten cytat przeczytać kilka razy, bo go sobie lepiej przyswoić i utrwalić. Dobrze byłoby go pamiętać – czy też przypominać – za każdym razem, kiedy sięgamy po nowe wydanie jakiejś “niezależnej” gazety. Wtedy wiele spraw łatwiej byłoby nam zrozumieć – a zwłaszcza zakłamanie i obłudę niektórych dziennikarzy.

greydot

Bezstronność najczęściej oznacza obojętność, ma też coś z amoralizmu. Lecz jeśli przyjmie się pewien system etyczny (a każdy człowiek, bardziej lub mniej świadomie jakiś system etyczny przyjmuje), to ów system wyznacza “stronę”, po której się ktoś opowiada.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Agnieszką Holland, która nota bene nie wstydziła się nawiązać do etyki i uznać expressis verbis ważność Dekalogu, a szerzej: stwierdzić konieczność respektowania pewnego systemu etycznego, którym człowiek winien się kierować w swoim życiu (ale oczywiście cynizm jakim przesiąknięty jest obecnie świat, czyni jakiekolwiek odniesienie się do moralności czymś niebywale wstydliwym – a ten, kto to robi, spotyka się zwykle z ośmieszeniem i szyderstwem).

Agnieszka Holland stwierdziła, że wierzy, iż istnieje coś takiego, jak Zło absolutne. Ja w to nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w istnienie Diabła (wcielonego). Uważam, że są to tylko kulturowe konstrukcje, które ułatwiają nam aksjologiczną orientację w naszych wysiłkach utrzymania się przy życiu i funkcjonowania w charakterze „ludzkiego” człowieka. (Nie chcę jednak przez to powiedzieć, iż nie są one ważne. Wręcz przeciwnie.)

Wydaje mi się jednak, że zło jako takie we Wszechświecie nie istnieje. Zło i dobro pojawia się (a ściślej: możemy je nazwać) dopiero wtedy, kiedy – organizując kulturę – tworzymy pewien system wartości, który nota bene jest inny w każdej epoce, na każdym stopniu rozwoju ewolucyjnego, w każdej cywilizacji. To właśnie wskazuje na to, że takie wartości jak zło i dobro są relatywne, czyli względne. Oczywiście my usiłujemy to przeróżnie sankcjonować, a do tej pory najlepsza (i najskuteczniejsza) wydawała się nam sankcja metafizyczna (religijna) – czyli zawsze wikłaliśmy w to jakąś Siłę Wyższą, czyli Boga (lub bogów). Jednak już tak chyba nie jest – i to nie tylko od dekadenckich czasów Nietzschego, który obwieścił śmierć Boga ponad sto lat temu. Zaczęło się to bowiem już gdzieś w Renesansie, (kiedy to zaczęliśmy postrzegać świat bardziej antropocentrycznie), a w pełni wykwitło podczas Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. No a współcześnie to już mamy totalny post-modernistyczny misz-masz, gdzie wszystkim się wydaje, że wszystko jest dozwolone, równo-prawne (bo wszyscy mają jakąś swoją „rację”) – bo przecież jest już (niby) udowodnione, że nie ma dla nas żadnej metafizycznej podstawy (i niektórzy tylko przebąkują o jakimś „prawie naturalnym”). Stąd to pomieszanie aksjologiczne naszych czasów. Stąd cynizm, sarkazm, szyderstwo, nihilistyczne ciągoty… Także rozpacz i poczucie bezsensu.

Lecz Agnieszka Holland powiedziała też coś bardzo ważnego: otóż, że powinien liczyć się Dekalog. Choć tutaj może ktoś powiedzieć: przecież to też tylko jest ludzki wymysł, rodzaj społecznej umowy, który umożliwia nam jako takie funkcjonowanie i rozmnażanie się gatunkowe (tyle że w pewnej kulturowej otulinie). Tak. Ale tu chodzi także o coś innego: o to, by pozostać wiernym systemowi etycznemu, który wybieramy (tworzymy). Bo dopiero z tej perspektywy zaczyna nabierać sens nasze nazywanie Zła albo Dobra. I nie chodzi tu jedynie o ważny w świecie judeo-chrześcijańskim Dekalog, ale o każdy system etyczny bez wyjątku. Tak więc, być może zabijanie słabych i „zbędnych” niemowląt było w Starożytności czymś dobrym, ale biorąc już pod uwagę nasz system etyczny (np. Dekalog), to czymś dobrym już to nie jest. Nie jest więc prawdą, że nie możemy oceniać etycznie tego co działo się w innych epokach (bo „takie były czasy”, bo przecież możemy kogoś sądzić dopiero wtedy, jak „wejdziemy w jego buty”… etc.). Być może tło i uwarunkowania epoki ułatwiają nam zrozumienie tego co się wtedy działo, ale niekoniecznie już stanowią dla tego usprawiedliwienie.

Agnieszka Holland wspomniała też o instynkcie zachowawczym – że on niejako powinien nas prowadzić, by człowiek, jako gatunek, nie wykończył sam siebie doszczętnie. No tak, ale Hitlerowców też mógł prowadzić taki instynkt. Mało tego: gdyby oni odnieśli sukces, tzn. zwyciężyli i zdominowali świat, to rzeczywiście mogliby człowieka wzmocnić „rasowo” (stosując np. eugenikę i niewoląc całe narody, które by na tę ich potęgę i rasowe well beeing pracowały – a czyniąc to nie robiliby, powiedzmy sobie szczerze, nic innego, jak sama Natura, która egzekwuje to samo na masową skalę w każdej sekundzie trwania życia na Ziemi). Ale na szczęście się przeliczyli – bo okazało się, że generują więcej destrukcji niż konstrukcji. I dlatego przegrali. Nie chodziło tu więc o zwycięstwo jakiejś metafizycznej „Jasnej Mocy”, ale o zwykłe pokonanie wroga, który się pomylił i był jednak na tyle słaby, że dał się zwalczyć i przegrał.

A Boga jednak lepiej do tego wszystkiego nie mieszać. Jeśli bowiem obdarzył On czymś takim jak „wolną wolą” (choć to – z czysto biologicznego punktu widzenia – też jest problematyczne), to człowiek dysponuje wolnością… nie tylko czynienia (wyboru) Dobra, ale i Zła. Faszyści, decydując się na ludobójstwo, wybrali (w świetle wyznawanego przez nas systemu etycznego) Zło. Bóg więc nie miał z Holocaustem nic do czynienia – rozpaczliwą bezradnością jest więc obwinianie Go o komory gazowe i obozy masowej zagłady.

Kończąc: nawet jeśli wartości jakie wybieramy (etyka jaką przyjmujemy) wisi w jakiejś nihilistycznej (kosmicznej) próżni i nie ma żadnych metafizycznych fundamentów, to i tak nie ma według mnie żadnego innego wyjścia, jak starać się temu systemowi etycznemu sprostać – jeśli chce się człowiekiem (w sensie wartości tzw. Hhumanitarnych”) pozostać. I nie wiem, czy chodzi tu też tylko o jakąś inną próbę (jednostkowego lub gatunkowego) przetrwania, czy po prostu o zwykłą „ludzką” przyzwoitość. Ale tak mi mówi coś, co jest gdzieś głęboko we mnie – a co chyba można nazwać sumieniem.

greydot

Pisząc „Indiański tryptyk” zastanawiałem nad tym, czy eksterminację Indian Ameryki Północnej można nazwać holocaustem, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie był to holocaust w takim sensie, jak my to rozumiemy po doświadczeniu Holocaustu dokonanego przez Niemców podczas II wojny światowej na Żydach. I bynajmniej nie z tego powodu, że jednak określenie to zostało niejako zawłaszczone przez tych, którzy zarezerwowali go dla nazywania masowej eksterminacji narodu żydowskiego podczas ostatniej wojny. Oczywiście dochodziło w czasie kolonizacji Ameryki przez Europejczyków do aktów ludobójstwa ale Koloniści, a później rząd amerykański, nigdy nie zastosowali czegoś w rodzaju “ostatecznego rozwiązania” kwestii indiańskiej, w sensie celowej, zorganizowanej i masowej eksterminacji narodów (plemion) indiańskich – tak jak to zrobili Niemcy wobec europejskich Żydów.

Tak naprawdę jednak nie jest ważne to, jak nazwiemy fakt niszczenia populacji i kultury Indian amerykańskich – istotne jest to, że kulturę tę zniszczono, a życie straciło miliony ludzi, rdzennych Amerykanów.

Ktoś niedawno zarzucił mi, że pisząc o nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, usprawiedliwiałem tym samym, jak to określił: „mechanizm nieuchronności dziejów, czyli – mówiąc brutalnie – argumenty wyższości lepiej uzbrojonych, bardziej sprawnych w logistyce prowadzenia wojny, znaczy silniejszych”.

Jest to nieporozumienie, choćby tylko dlatego, że mamy tu do czynienia z różnymi sytuacjami historycznymi. Ja wcale nie uznaję, że brutalne narzucanie przez silniejszego swojej woli słabszemu  jest “mechanizmem nieuchronnym” dziejów. Gdybym tak uważał, to bym się zamknął i nic więcej już na ten temat nie napisał – bo po co się kopać z koniem? Uważam wręcz przeciwnie: że można chronić kogoś, kto jest słabszy, że należy domagać się sprawiedliwości, że trzeba sprzeciwiać się ludobójstwu i instrumentalnemu traktowaniu człowieka przez polityków i “możnych” tego świata… Wierzę, że taka postawa może coś zmienić. Mimo wszystko jestem tego pewny, że są ludzie, którzy przechowują w sobie taką elementarną przyzwoitość – i to oni w końcu (z)definiują tzw. “człowieczeństwo” Homo sapiens. Gdybym w to nie wierzył, to już dawno palnąłbym sobie w łeb – bo jak tu można byłoby żyć wśród zwierząt, które kierują się tylko prawem silniejszego, przemocą wyznaczając hierarchię wyzysku i kolejności dziobania?

To właśnie dlatego sądzę, że jeśli poddamy się jakiejś “konieczności dziejów” (na ukąszenie heglowskie jestem chyba dość mocno uodporniony) i uznamy, że zawsze “pięścią musimy odpowiadać na pięść”, to przegramy.

greydot

Do pewnego stopnia Fides et ratio są od siebie nieodłączne, ale w pewnym miejscu się jednak rozchodzą (nie bez kozery bowiem “wiara” to nie to samo, co “rozum”). Niestety, nie zawsze te pojęcia są komplementarne – stąd najczęściej wyrasta nasza głupota. A jeśli się komplementują? Być może właśnie na tym polega(łaby) nasza mądrość?

greydot Jedynie miłość zbawia. Reszta jest nicością. greydot .

IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XIV)

.

zapiski notatki kajet notes.

 

Co poniektórzy twierdzą już dzisiaj, że międzynarodowa bajka o demokracji się skończyła.
Tylko czy ta bajka była kiedykolwiek prawdziwa?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że marzenia o demokracji i sprawiedliwości społecznej, tudzież o poszanowaniu międzynarodowego prawa, okazują się rojeniami typu wishful thinking.
To jest ciekawe, bo dzieje się to w dobie ogólnego dostępu do informacji i bez widocznego ograniczania swobód obywatelskich (przynajmniej jeśli chodzi o państwa zachodnie).
Jak widać obecne struktury władzy tworzącej polityczno-finansowy układ, niewiele sobie z tego wszystkiego robią – ale tak będzie tylko do czasu, kiedy beneficjenci tych układów (np. szerokie rzesze urzędników zarówno UE, jak i poszczególnych państw członkowskich) będą mieli zapewnione swoje benefity. To samo można powiedzieć o tych, którzy korzystają z prosperity wielkiego biznesu, korporacji i systemów bankowych. To może jeszcze działać przez dziesiątki lat, ale w końcu musi się wyczerpać, bo wiele z tych operacji przeprowadzanych jest w przestrzeni wirtualnej (przecież zdecydowana większość środków finansowych/pieniędzy nie ma pokrycia w rzeczywistej wartości) – to wszystko zwekslowane jest niejako w próżni.

Mnie też martwi to, że obecnie świat wydaje się opanowywać pazerna wataha skorumpowanych cyników, którzy tylko drą to sukno, które wpadnie im w łapę, pod siebie, dbając tylko o własny interes. (Casus Janukowycza i spółki grabiącej Ukrainę jest tego jaskrawym, niemal karykaturalnym przykładem.)
Ale czy tak nie było zawsze?
Było.
Lecz nawet w tych czasach ciemności, barbarzyństwa i zarazy byli też ludzie, którzy byli depozytariuszami jakiejś szlachetności, przyzwoitości, klasy, wyższych wartości… Teraz takich ze świecą szukać.
Pochowali się? Wymarli? Wycofali się? Zostali zagłuszeni?
Zamiast tego nastąpił wysyp różnych takich internetowych czy medialnych mądrali – którzy znają całą prawdę i tylko prawdę, którzy mają słuszność (nikt inny jej nie ma), nieomylni, wszechwiedzący, kategoryczni, radykalni… ale skrywający swojego mola za skórą, oddający się jakiejś ekshibicjonistycznej psychoterapii… by tylko przetrwać do następnej awantury i zamieszania, które znowu utopi się w morzu słów.

greydot

Zawsze istniało pasożytnictwo. Tyle, że w ciągu ostatnich stuleci, żywiciele coś jakby bardziej się poruszyli – chcąc się wyemancypować, wyzwolić, ochronić przed wysysaniem ich życia przez pasożytów.
Pasożyt więc – a raczej kolonia pasożytów – musiał się przeobrazić, przeformować (przy okazji część żywicieli wyewoluowała i sama stała się pasożytnicza) – w najlepszym wypadku była to (pozorna zazwyczaj) symbioza.
Zresztą, wydaje mi się, że najgorszym rodzajem pasożytnictwa (bo najbardziej zdradliwym) jest to, które wygląda właśnie na symbiozę – a w rzeczywistości jest kolejną formą niewolenia ludzi.

greydot

To fakt, że Polacy są w awangardzie tych bijących się we własne piersi za grzechy swoich ojców i dziadów. Albo zmuszanych do bicia się w nie przez innych. Z drugiej strony zaś mamy do czynienia ze skłonnością do totalnego wypierania się własnych grzechów, uznania siebie za naród jedynie sprawiedliwy (i najbardziej pokrzywdzony) spośród narodów świata. A pomiędzy tymi skrajnościami miota się nasza narodowa świadomość i tożsamość.
Oczywiście, że nie można zapominać o polskich grzechach i przewinach czasów wojny i okupacji, ale nie można jednak zaburzać proporcji. A przede wszystkim: należy zawsze brać pod uwagę kontekst historyczny i zawsze mieć świadomość tego, że faktycznymi sprawcami tych zbrodni (nawet dokonywanych rękami Polaków czy samych Żydów) byli ci, którzy wojnę wywołali, czyli Niemcy. Okupacja, i to zarówno niemiecka, jak i sowiecka, stworzyła takie a nie inne warunki, w których katalizowały się różne okropieństwa, a w ludziach uaktywniała się ta ciemna strona (jasna zresztą też – bo w sytuacjach ekstremalnych następuje przecież polaryzacja dobra i zła).
„Pokłosie” Pasikowskiego wzbudziło kontrowersje (de facto wywołało burzę), bo dotknęło wrażliwego nerwu – naszego narodowego poczucia winy pomieszanego z zaszłością polskiego anty-semityzmu. Przypomniało o krwi naszych braci i sąsiadów na niektórych polskich rękach. Ale moim zdaniem film ten zrobił to w sposób trącący (niezamierzoną niewątpliwie) groteską, odwołując się do najgorszych stereotypów, wzniecając same negatywne emocje… Zresztą, wg mnie, obraz Pasikowskiego – jako dzieło filmowe per se – też nie jest jednak udany. A zakończenie jest wręcz absurdalne.

Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast. Tak było np. w moim rodzinnym Leżajsku – do którego, nota bene, rokrocznie przyjeżdża dziś tysiące Żydów, nie niepokojonych raczej przez nikogo – przynajmniej mnie nic nie jest wiadomo o jakichś widocznych, znaczących przejawach antysemityzmu wśród moich krajan.
Warto wspomnieć, iż rzeczywiście w woj. lubelskim znalazł się niedawno młody człowiek, który zainteresował się kulturą żydowską, historią Żydów na swoim terenie, zaopiekował się żydowskimi mogiłami i macewami… Ale… był on przez społeczność polską szanowany a nie szykanowany (został chyba nawet starostą czy też wójtem) i raczej nikt nie chciał go ukrzyżować na wrotach stodoły. (Choćby w tym kontekście widać jednak ewidentną niedorzeczność scenariuszowego konceptu w „Pokłosiu”).

 greydot

Akurat w momencie, kiedy wojska rosyjskie opanowywały Krym, Daniel Passent na swoim blogu napisał tekst pt. „Rusofobia jest toksyczna”, którego przewodnim wątkiem było to, co wyraził on w pierwszym zdaniu swojego wpisu: „Widmo krąży po Polsce – widmo rusofobii”.
Zaś w odpowiedzi tym, którzy wyrazili opinię o niestosowności tego rodzaju uwag w takim momencie historycznym, napisał później w komentarzach, parafrazując Stalina: „Putinowie przychodzą i odchodzą, a naród rosyjski pozostaje.”

No tak, ale co z tego (nota bene trywialnego) spostrzeżenia wynika?
To, że – mimo stopniowego zmniejszania się populacji – jakaś tam liczba Rosjan przetrwa?
To, że po jednym „putinie” przyjdzie następny?
To, że wraz z przetrwaniem tego narodu, przetrwają jego cechy i mentalność, która – przez ostatnie stulecia – tak dawała się we znaki swoim sąsiadom (w tym również nam, Polakom)?

Czym się różni „rusofobia” od „putinofobii”?
Jeśli „putinizm” jest utożsamiany z mentalnością, którą charakteryzuje się obecnie większość Rosjan, to właściwie niczym (tak będzie dopóty, dopóki Rosjanie w swojej przeważającej większości, będą popierać rządy autorytarne i ich imperialne zapędy – zauroczeni i poddani polityce siły – akceptujący łamanie praw człowieka, brak wolności słowa – dający się ograbiać wąskiej „elicie” oligarchów, którzy przejęli kontrolę nad lwią częścią rosyjskiej ekonomii i niekoniecznie działają w interesie samego społeczeństwa).
Jeśli zaś myślimy o tych Rosjanach, wśród których przetrwały dobre cechy tego narodu, którzy chcą żyć w społeczeństwie (państwie) otwartym, którzy opowiadają się za wolnością słowa i swobodami obywatelskimi… to przecież o jakiejkolwiek „fobii” nie może być mowy – bo takich ludzi nikt z nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem, nie musi się przecież obawiać.
Tak więc, to są kolejne argumenty przemawiające za tym, że wmawianie nam „rusofobii” (i to w takim momencie, kiedy Rosja narusza europejskie granice) jest swoistym szantażem moralnym i emocjonalnym. I poniekąd antyintelektualnym.

greydot
Aleksandr Dugin, główny ideolog Euroazjatyckiego Związku Młodzieży, w jednej ze swoich uczonych książek stwierdził:

„Europa atlantycka nie jest nam potrzebna w żadnej formie. Dlatego Rosja, w walce o sprawiedliwe granice, żywotnie zainteresowana jest europejską kontynentalną rewolucją. Tak więc uwolnieniem Niemiec od amerykańskiego dyktatu (na miejsce naszych wycofanych żołnierzy, pojawili się jednak amerykańscy) i uwolnieniem od amerykańskiego dyktatu innych, okupowanych przez Atlantystów europejskich terytoriów. Konieczne są, z naszego punktu widzenia, narodowe rewolucje w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, w Danii, w Portugalii. Dopóki ich nie ma, dopóty zbyt wiele zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dlatego Rosja zmuszona jest stać się bastionem rewolucji europejskiej. Dlatego Rosja nie zatrzyma się w swoim wyzwoleńczym marszozrywie na terytorium Krymu, ani na Dnieprze, ani nawet na zachodnich granicach eks-Ukrainy. Naszym celem jest wyzwolenie Europy od atlantyckich okupantów.”

Nierozsądne z naszej strony byłoby puszczanie takich rojeń – które mogą wszak mieć fatalne realne skutki – płazem. Ale problem polega też na tym, że są one odporne na jakąkolwiek rozsądną, racjonalną argumentację.

greydot

Ukraińcy wspierali Niemców w likwidacji Żydów na wschodnich terenach, które przed wojną należały do Polski, a później znalazły się pod okupacją niemiecką i sowiecką – to wszystko prawda. Ale Ukraińcy też walczyli przeciwko Niemcom – chociaż przede wszystkim zależało im na utworzeniu własnego państwa. I pod tym kątem działali. Wprawdzie Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, ale bili się już głównie na własny rachunek – głównie z Polakami.
Jeden z dowódców UPA ogłosił wtedy:

“Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi [ZSRR]. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami.”

Mówiąc o rzezi Polaków na Wołyniu dokonanej przez UPA (wspomaganej oczywiście przez cywilną ludność ukraińską), należy pamiętać o kontekście historycznym, a przede wszystkim o setkach tysięcy Żydów wymordowanych na początku lat 40-tych na tamtych terenach – to kreowało “atmosferę” – niejako “standardy” – tamtej epoki. Ukraińcy zobaczyli, że to działa i postanowili w ten sam sposób pozbyć się Polaków z terenów, na których chcieli zorganizować swoje państwo.

To były straszne czasy – i zagmatwane. Nie można oczywiście o tych wszystkich zbrodniach zapominać, ale głupotą byłoby w naszych czasach się na nie powoływać, obwiniać za nie współczesne pokolenia, pałać jakąś nacjonalną zemstą, propagować rewanżyzm, a tym samym szerzyć nienawiść.

Naturalnie, należy sobie zdawać sprawę z istnienia na Ukrainie sił skrajnych nacjonalistów. Lecz to, istniejące realnie zagrożenie z ich strony należy rozpatrywać w kontekście polityki współczesnej, a nie czystek etnicznych, które miały miejsce podczas II wojny światowej. To jest właśnie rozsądne. Bo przecież wiadomo, że gdy rozum śpi, to budzą się upiory.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że aneksja Krymu przyniesie korzyści tylko samej Rosji (ale i to wcale nie jest takie pewne).
Na razie fakt ten namieszał wyraźnie w ogólnoświatowej polityce międzynarodowej – obnażając jeszcze bardziej coraz mniejszą skuteczność polityki wobec innych powiązań (głównie ekonomicznych).
Co może być zarówno dobrym, jak i złym sygnałem – bo wszystko zależy od tego, jak się będzie rozwijać światowa gospodarka (niestety, jak na razie, więcej faktów wskazuje na to, że rozwój ekonomiczny świata – rozkład siły i bogactwa – nie idzie w dobrym kierunku).

Zawsze, wszyscy i wszędzie, jesteśmy pod czyimś wpływem, Cały świat to teraz taki układ naczyń połączonych. Chodzi jednak o to, by kraje zachowywały – w głównym zrębie – swoją niezależność, nie ulegały cwaniakom, którzy dbają tylko o własny (bynajmniej nie narodowy czy państwowy) interes (i dotyczy to zarówno urzędasów z UE, jak i gangsteryzmu Putina).

greydot

To niesłychanie, jak dalece imponuje nam nadal siła i machiaweliczna przebiegłość (ale czy to są standardy, według których chcielibyśmy uprawiać politykę w XXI wieku?). Świadczy o tym podziw dla Putina nawet wśród tych, którzy nie identyfikują się z jego obozem i interesami. Moim zdaniem jest w tym coś z atawistycznego zauroczenia samcem alfa – a tym samym respekt – i de facto akceptacja – dla uznania „racji” i skuteczności nagiej siły.
Zdumiewa mnie to, że ulegają temu nawet ludzie uważani za intelektualistów (vide: ostatnia gafa Bartoszewskiego, zachwyconego „mądrością i przewidywalnością” Putina), przywiązanych ponoć do idei wolnościowych, demokratycznych i do legalizmu.

I jeszcze jedno: niektórzy wołają i biją na alarm, że oto „barbarzyńcy u bram”!
Według mnie, w równym stopniu należy się obawiać barbarzyńców, którzy zagrażają nam z zewnątrz, co tych, którzy są w nas samych.

greydot

Ameryka jako Imperium Dobra?
To zależy od perspektywy z jakiej patrzymy.
Mimo Oceanu Dobra, jaki ponoć Ameryka rozlewa zarówno na swoim terytorium, jak i w Europie czy w innych rejonach świata, krzewiąc np. niezmordowanie – i wszelkimi sposobami, z destabilizacją i ludobójstwem włącznie – demokrację i idee wolnościowe (tak widzą to bezkrytyczni stronnicy USA, którzy ważą procentowo korzyści amerykańskiego „porządku” implantowanego światu i chcą się – np. w Polsce – chować się za pazuchę amerykańskiej siły ekonomicznej i militarnej, bo to leży w naszym interesie) – tak więc, nawet ci, którzy będą stawać na głowie, nie będą mogli zmienić faktu, że po II wojnie światowej to właśnie Stany Zjednoczone były największym agresorem, wysyłając w zmasowanej ilości wojska w najbardziej odległe rejony świata, powodując największą ilość ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej (używając przy tym tak barbarzyńskich środków, jak np. napalm czy agent orange, paląc, zabijając i kalecząc setki tysięcy ludzi).
(Wyobraźmy sobie tylko, co by to się działo, gdyby tak postępowała Rosja!?)
To są fakty, których żadna ekwilibrystyka eksplanacyjna zmienić nie jest w stanie.
I piszę to jako obywatel Stanów Zjednoczonych, korzystający z wszelkich dóbr, jakie oferuje ten – wspaniały pod wieloma względami – kraj.

Lecz zdaję sobie sobie sprawę z tego, że niektórym nie mieści się to w głowie, że można w takiej sytuacji – i ten sposób – krytykować Amerykę. I że mogą nazwać to np. anty-amerykanizmem. Ale, jeśli ktoś tak myśli, to tak naprawdę nie jest w stanie wniknąć w ideę „amerykańskości”.
Do takich osób powinno dotrzeć to, że ja nie krytykuję „Ameryki” tylko pewne poczynania (militaryzm) i polityką zagraniczną amerykańskiego rządu. I dopóty mogę robić to otwarcie – i bez konsekwencji zastosowania wobec mnie represji – na terenie kraju, w którym mieszkam, dopóty wg mnie Ameryka nie jest jeszcze do końca stracona. A ja nie muszę z tego kraju uciekać, (tak jak np. Snowden – by the way: chwała gościowi!)

Chciałem napisać, abyśmy karmili tylko dobrego wilka, ale w przyrodzie nie ma dobrych ani złych wilków.

greydot
Czy Amerykanie też biją się w piersi i posypują swoje głowy popiołem wobec swoich przewin z przeszłości – jeśli chodzi o własną kinematografię?
Otóż w kinie amerykańskim filmy tzw. „rozliczeniowe” oczywiście są, ale przytłoczone są przez obrazy, które bazują jednak na historycznej propagandzie i patriotycznym, narodowym stereotypie. Warto zwrócić uwagę, że niemal wszystkie westerny przez dziesięciolecia (aż do czasów anty-westernów Penna, Peckinpaha czy Altmana) ukazywały np. Indian jako „dzikusów”, a samych pionierów jako postacie heroiczne. Zaś Frontier to była w nich zona, w której zawsze wygrywało dobro, szlachetność i sprawiedliwość (wbrew krzyczącym wręcz faktom i stanowi rzeczywistemu).

Także w większości amerykańskich filmów akcji pobrzmiewa też głośny ton nacjonalistyczno-propagandowo-szowinistyczny (exemplum: Rambo et consortes…). Takie „Zielone berety” Wayne’a to przecież czysta „patriotyczna” nacjonalistyczna propaganda. Jeśli chodzi o Wietnam, to dopiero po zakończeniu wojny w Indochinach, pokazały się filmy ukazujące jej absurd i nikczemność – wśród nich wyróżniały się obrazy Olivera Stone’a („Urodzony 4 Lipca”, a przede wszystkim pamiętny „Pluton”) także „Full Metal Jacket” Kubricka. „Czas apokalipsy” Coppoli to raczej jedna wielka metafora wojennego szaleństwa (odnosząca się do Conradowskiego „Jądra ciemności”), a nie rozliczenie się z własną niechlubną, a niekiedy i haniebną, historią. Podobnie było z filmem Altmana „M*A*S*H*” – to ukazany uniwersalizm idiotyzmu i absurdu każdej wojny – nie tylko tej w Indochinach.
Filmy tzw. gangsterskie też nie były właściwie rozliczaniem się z własnej skorumpowanej przeszłości, a wręcz przeciwnie – tworzyły nowe mity (jak np. słynny „Ojciec Chrzestny” Coppoli, czy wiele filmów Scorsesego) dość przewrotnie gloryfikując i „uromantyczniając” w pewnym sensie gwałt, przemoc i bandytyzm. W tym kierunku poszło też kino (bardzo ostatnio popularnego) Tarantino.

greydot

Inspirowało mnie kino amerykańskie lat 70-tych, bo – wbrew temu, że ukazywało opresyjną i ciemniejszą stronę amerykańskiej rzeczywistości – miało właśnie w sobie ów kontestacyjny powiew buntu i tęsknoty za wolnością, której nam jednak wówczas w zapyziałym, nudnym i szarawym PRL-u brakowało. Wystarczyło choćby spojrzeć na te bezkresne amerykańskie przestrzenie w filmach drogi, by poczuć ów zew przygody – to był dla nas synonim wolności: wiatr rozwiewający włosy i serce, które rosło w piersiach na myśl, że coś takiego można przeżyć samemu. Nawet ruch hipisowski – cały ten zgiełk Woodstock, naiwność i kolorowość dzieci kwiatów – flower power przeciwstawiona kretyńskiej, nikczemnej i morderczej wojnie w Wietnamie – wszystko to znajdowało w niektórych z nas pozytywny oddźwięk.
Oczywiście wiele z tych młodzieńczych fermentów opierało się na micie – dopiero kiedy człowiek dorastał, stawał się bardziej krytyczny wobec swoich dawnych zauroczeń.
Ale to był jednak paradoks: zauroczenie Ameryką, która kontestuje sama siebie.

Jednakże były jeszcze inne, bardziej realne aspekty tego, co oferowała ludziom Ameryka – i w tej ofercie było wiele dobrego. Były to choćby swobody obywatelskie (abstrahując od problemu istniejącego do lat 60-tych zinstytucjonalizowanego i mentalnego rasizmu), wolność słowa, jak również – last but not the least – względy ekonomiczne (nota bene: ja bym jednak nie wyśmiewał się z tego, że miliony ludzi mogło mieszkać w swoich własnych domkach, jeździć własnymi samochodami, realizować swoje hobby – mogło zaspokajać swoje potrzeby życiowe na dość wysokim (w pewnym momencie – najwyższym w świecie) poziomie. W tym „Hi, honey” męża wracającego z pracy do domu i witającego żonę, była jednak pewna solidność spełniającego się pragmatycznie American Dream.

Nie można jednak skwitować Ameryki w kilku zdaniach.

greydot

To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatycznej i racjonalnej. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyły się te wojny) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które sukcesywnie traciło swój prestiż i nimb wszechmocnego mocarstwa. (Zaś 9/11 uznać można – zresztą nie tylko symbolicznie – za początek końca amerykańskiego mitu.) Zaangażowanie się militarne (nawiasem mówiąc, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

greydot

Ktoś niedawno dość przytomnie zauważył: „Taka już ta Ameryka jest, że nawet najlepszą krytykę USA robią właśnie Amerykanie.”
No właśnie. Skoro jeszcze do tej pory Chomsky’ego nie zamknęli w więzieniu, ani mu nie wysiadły hamulce w Lexusie, to ani mi w głowie ucieczka z tego kraju, zwłaszcza do RFSRR.
Mimo wszystko – gdybym już był zmuszony wybierać – to wolałbym porządek zaprowadzony na świecie przez Amerykanów, niż przez Talibów, Chińczyków czy nawet Rosjan. (Co nie znaczy, że jestem za polityką imperialną i zapominam o zbrodniach popełnianych przez Amerykanów w Laosie, Kambodży, Wietnamie, Iraku, Afganistanie…)
I jeszcze jedna ważna rzecz: przenoszenie niechęci (wrogości) do rządu amerykańskiego (jego polityki zagranicznej) na całe amerykańskie społeczeństwo jest nie tylko nie fair, ale i niemądre. (Podobnie zresztą jak utożsamianie tego z anty-amerykańskością.)

greydot

Tiziano Terzani, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy XX wieku, autor wielu książek, długoletni korespondent „Spiegla”: „Dla mnie spotkanie z prezydentem, ministrem, generałem z ich pompatycznymi minami, kłamstwami, które na siłę wciskają rozmówcy, zawsze napawało mnie wstrętem. Instynktownie trzymałem się od nich z daleka. Właśnie, trzeba trzymać się z daleka.”

Czy zajmując się światem polityki możemy dociec tego, czym jest świat, społeczeństwo, wreszcie sam człowiek? Bynajmniej. Widzimy tylko niektóre z jego aspektów – stąd choćby poczucie tego, że jest to świat darwinowski, domena hien, rekinów i szakali. A kto w tym świecie predatorów nie kieruje się atawistyczną, amoralną zasadą „po trupach do celu” – ten jest nieskuteczny, nie odnosi sukcesów, (więc jest polityczną niezdarą).

Tak więc, kiedy wpatrujemy się jedynie w świat polityki, wypaczone staje się nie tylko nasze widzenie świata – a zwłaszcza tego, co winno stanowić o naszym człowieczeństwie, tworzyć jakieś wyższe rejestry ludzkiej kultury – ale i nas samych. Stąd przestroga Terzaniego, by trzymać się z dala od polityków. Bo korupcja jest zaraźliwa. A w zepsutym świecie psujemy się także i my sami – wystarczy samo wdychanie zepsutego powietrza, karmienie się zepsutą strawą.
Tak dzieje się również wtedy, kiedy świat polityki staje się naszą rozrywką – ucieczką przed nudą i własnym molem.
Kiepski to więc rodzaj autoterapii.

greydot

Pytanie: czy umiejętność samodzielnego myślenia jest w ogóle możliwa?
Nota bene wiąże się to z kwestią bardziej uniwersalną: czy istnieje wolna wola?
Niestety, im bardziej się w to wgłębiamy, tym mocniej się skłaniamy (czujemy się „skłaniani”?) do odpowiedzi: NIE. Lecz jednak nie odpowiadamy jednoznacznie NIE, bo to pozbawiłoby nas podmiotowości, ergo: nie tyle zakwestionowałoby nasze EGO, co pozbawiłoby go (nas) suwerennego sensu.
Natomiast skłanianie się do odpowiedzi TAK, jest przemieszczaniem się w sferę metafizyczną (jeśli wolna wola istnieje, to musi mieć ona w sobie coś z „boskości”).

Do odpowiedzi NIE skłania nas rozum (bo tylko za pomocą rozumu możemy poddawać coś analizie), do odpowiedzi TAK – intuicja (choć pozornie wydaje się nam, że jest na odwrót – ale to dlatego, że racjonalizm i irracjonalizm miesza się w nas samych: to, co chcemy, by było racjonalne, jest często irracjonalne i vice versa).
Tak więc, czy nasze nowoczesne przeświadczenie o tym, że ludzki Rozum jest kompatybilny tylko z materią (bo tylko wobec materii możemy użyć czegoś takiego, jak ratio) nie jest aby naszym kolejnym przesądem?

Niestety, im więcej wiemy, tym większa wydaje się nasza niewiedza.

greydot

Człowiek mówi, wiatr słowa nosi…

greydot

POECI WYKLĘCI, ROZUM NA MANOWCACH I SERCE VAN GOGHA

(co się plecie w kajecie – z zapisków rozproszonych, XIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Intelektualiści ciągle się łudzą, że nie tylko są w stanie ogarnąć swoimi koncepcjami świat, objaśnić go, ale i na niego wpłynąć, zmienić go… Największy paradoks tego złudzenia polega na tym, że zaczęło się to na dobre gdzieś w okolicach Oświecenia – od zawierzenia koncepcji kartezjańskiej, czyli od zauroczenia ROZUMEM. Dość wcześnie jednak zorientowano się, że ten rozum przeceniono – bo przecież na racjonalnych przesłankach opierały się (wbrew pozorom, realizacji i konsekwencjom) założenia systemów totalitarnych: zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego. Z drugiej strony zniknęły fundamenty metafizyczne („śmierć” Boga, laicyzacja, marginalizacja religii…) a tym samym rozwiał się mit, który był nie tylko źródłem ludzkiej kultury, ale i scalał całe społeczeństwa.
Świat wokół nas bardzo się skomplikował, umykając nam zarówno pod względem duchowym, jak i intelektualnym (zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm, technologiczne zabawki typu internet…) podczas gdy inni, posiadający władzę i pieniądze, „golili” nas i motali w tworzone przez siebie struktury zależności i de facto wyzysku. Ci zaś, którzy poza ten system wypadli, przestawali się liczyć, dzięki czemu na świece jest teraz coraz więcej ludzi „zbędnych”, którzy po prostu nie mają nic do roboty – wegetują więc albo walczą wręcz o przetrwanie.
Intelektualiści „wysiadają”, bo naszą rzeczywistość tworzy obecnie tak ogromna ilość elementów, że nikt nie jest wstanie zrozumieć tego, co się dzieje – a co dopiero żeby przewidzieć jaka będzie przyszłość. To dlatego teraz wszyscy kpią z „końca historii” Fukuyamy, a i sugestywna ongiś „globalna wioska” Tofflera przypomina dziś coś zupełnie innego.

Ja również mam wrażenie, że nie jest dobrze – zwłaszcza kiedy czytam takie teksty, jak wywiad z prof. Królem w „Gazecie Wyborczej”, który kaja się za swoje ideologiczne i polityczne błędy solidarnościowej przeszłości, poczynione w epoce tzw. transformacji ustrojowej naszego kraju. To wszystko jeszcze dobitniej uświadamia mi, że coraz bardziej jesteśmy bezsilni wobec tego co się dzieje – i to nie tylko na świecie, ale i w krajach, w których żyjemy. Paradoksalnie, ludzie, mimo że mają teraz niemal nieograniczony dostęp do informacji, jak i możliwość natychmiastowej komunikacji, stracili podstawę, na której mogliby się zsolidaryzować (np. w masowym społecznym proteście), gdyż poszczególne warstwy (klasy) społeczne uległy swoistemu rozproszeniu i wzajemnej separacji. Innymi słowy: struktury stają się silniejsze od ludzi. To jest chichot historii, bo dzieje się to akurat w momencie, w którym ponoć zatryumfował liberalizm.
To dlatego to, co mówił prof. Król, wydało mi się być taka mową trawą – paszą treściwą dla nas – myślą interesującą, może nawet pasjonującą – ale bez żadnych realnych konsekwencji, niczego nie zmieniająca. Ukazana jest w niej cała bezsiła intelektualisty („głupi byliśmy”) – którego dopiero z dystansu (ot, zaszywając się choćby, tak jak prof. Król, w jakimś domku pod lasem), po wyzwoleniu się z „układu”, stać na szczerą ocenę całej beznadziei swojej sytuacji.
Król tęskni do filozofii, metafizyki, literatury, które mogłyby wpływać na nasze życie, świat i go zmienić, ale wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy nami „rządzą” (politycy), których „celebrują” masy (wątpliwej jakości artyści) – którzy nami zawłaszczają (banki, korporacje, właściciele mediów, dystrybutorzy „kultury”) – by uświadomić sobie, że to nic innego, jak marzenia ściętej głowy.

greydot

Inteligencja, nawet o wysokim IQ, nie musi mieć wiele wspólnego z mądrością. Można być człowiekiem mądrym posiadając przeciętną inteligencję. I vice versa: nawet wybitna inteligencja nie zawsze czyni z człowieka kogoś mądrego (czyli nie chroni go przed głupotą). Zresztą, jak wiemy, najgorszy rodzaj głupoty, to głupota uczona.

Ogólnie przyjęta definicja mówi, że inteligencja to zdolność przystosowania się do sytuacji. Otóż nigdy ta popularna definicja inteligencji mi się nie podobała, bo bardziej przypomina mi definicję konformizmu, niż inteligencji.

Samo posiadanie zdolności twórczych nie jest wystarczające do tego, aby być człowiekiem prawdziwie twórczym. Tutaj, oprócz inteligencji, przydaje się motywacja, pasja… również takie cechy charakteru, jak wytrwałość, ambicja, pracowitość, poświęcenie… wreszcie determinacja, by stworzyć coś własnego, oryginalnego, pożytecznego… etc. Poza tym, ważna w tym wszystkim jest tzw. inteligencja emocjonalna. To ona w dużej części decyduje o temperamencie twórczym człowieka, pobudzając jego pęd do kreacji.
Niemożliwe jest chyba stworzenie czegoś wybitnego bez pasji. A tu wielką role odgrywają emocje. Inteligencja w tym wszystkim wydaje mi się być tylko narzędziem.

Jeśli mowa o mądrości, to równie ważne powinno być odniesienie do inteligencji, jak i do sfery etycznej. Sama sprawność intelektualna jest zaledwie czymś instrumentalnym. Do tego, by stała się czymś ludzkim, ważne jest umieszczenie jej w sferze ludzkich wartości – innymi słowy, trzeba ją wypełnić człowieczeństwem.

Od dawna nie mierzę wartości człowieka jego inteligencją. Są dla mnie kryteria ważniejsze. Dlatego towarzystwo z MENSY skupiające osobników o najwyższym ilorazie inteligencji, nie robi na mnie większego wrażenia, ani zbytnio nie obchodzi. To taki klub towarzyski, który najprawdopodobniej napawa się własną „wyższością” nad średniakami. Taki Van Gogh np. był pod względnej tzw. zaradności życiowej człowiekiem zupełnie nieprzystosowanym (ot, choćby w jego przypadku definicja inteligencji jako zdolności przystosowania się do warunków zewnętrznych, jest totalnym nieporozumieniem), a dla mnie jest jednym z najbardziej wartościowych ludzi, jacy pojawili się na naszej planecie.
Nota bene Van Gogh był człowiekiem bardzo inteligentnym, o czym świadczą choćby jego listy do brata. Już nie mówiąc o jego zupełnie rewolucyjnym i nadzwyczaj unikalnym sposobie malowania, jak również o samej płodności twórczej, która była niezmordowana.

Właśnie, w jakiej relacji jest poziom inteligencji z twórczą płodnością? Wydaje mi się, że jeśli chodzi o zdolności twórcze i ich realizację, to oprócz samego intelektu, wchodzi tu jeszcze w grę cała masa czynników niekoniecznie związanych z samą sprawnością intelektualną (która, powtórzę to raz jeszcze, jest ledwie instrumentalna i nabiera wartości dopiero w kontekście tego, co człowiek tworzy, jak tworzy, dla kogo tworzy… etc., czyli w kontekście kulturowym i międzyludzkim).
Moim zdaniem dość jałowe jest skupianie się tylko na sprawności intelektualnej człowieka (tj. jego inteligencji), którego należy ujmować holistycznie czyli całościowo – zarówno jeśli chodzi o procesy fizjologiczne, jakie zachodzą w jego mózgu (włączając w to np. emocje), jak i jego kulturę, charakter, motywacje, etykę… Również biorąc pod uwagę jego relacje z innymi ludźmi – to co człowiek potrafi dać z siebie innym ludziom.

greydot

Wiele dyskusji na tzw. forach publicznych, ale też i w mediach, przypomina bicie piany, rzucanie grochem o ścianę, okopywanie się na swoich pozycjach, wołanie na puszczy… etc. i niemal nigdy niczego nie rozstrzyga.
Dlaczego? Może dlatego, że tutaj, podobnie jak z tym łapaniem króliczka, nie chodzi o przekonanie kogoś, tylko o samo przekonywanie – mówię (piszę, komentuję) więc jestem (bo wydaje mi się, że mówienie i pisanie wynika z mojego myślenia?)
Ostatecznie wszystko rozbija się o siłę naszych szańców (czyli zależy od mocy i realnej skuteczności struktury, w jaką jesteśmy – chcąc nie chcąc – wpisani, i której jesteśmy częścią). Tak więc, nie mają przy tym w zasadzie większego znaczenia fakty, prawda, sprawiedliwość…
Nasz świat jest ścieraniem się idei – a idee wcale nie opierają się na faktach, tylko są tych faktów przedstawieniem i interpretacją. A interpretujemy zwykle tak, jak chcemy (lub musimy). Z kolei przedstawiamy sobie tylko tak, jak możemy (a to z powodu naszych ograniczeń). „Wistość” rzeczy nie jest przecież rzeczą samą w sobie. Ani tym bardziej oczy-wistością, mimo że taka się wydaje.

greydot

Używanie ludzkiego języka do mówienia o tym, co boskie, (w znaczeniu bezpośredniego odniesienia się do Boga) nie ma sensu. Ale piszę to z pozycji agnostycznej, (którą – jak mi się wydaje – świadomie wybieram).
Natomiast dla ludzi „wierzących”, teistów, deistów… to ma sens (stąd ich koncepcje Boga i wszelkie teologie).

Podobny jest sens (bezsens?) mówienia o ateizmie albo teizmie buddyzmu (mam tu na uwadze buddyzm „czysty”, pierwotny, wywodzący się od samego Buddy, bo później buddyzm się rozgałęził, przejmując nawet w niektórych swoich przejawach „lokalne” bóstwa, vide: politeistyczny buddyzm tybetański).
Jeśli więc, respektując pojęcie Boga przyjęte w judeo-chrześcijaństwie, pytamy się z tej perspektywy, czy buddyzm jest ateistyczny, to odpowiedź powinna być twierdząca: tak, w tym sensie buddyzm jest ateistyczny.
Jednakże, kiedy już pytamy z pozycji uwzględniającej światopogląd i nauki głoszone przez samego Buddę, to odpowiedź jest (powinna być) przecząca, (bowiem Siddhartha nie tyle odrzucał ideę Stwórcy Wszystkiego, co się tym w ogóle nie zajmował, czy też raczej nie uwzględniał jej w swojej doktrynie). W tym sensie buddyzm ateistyczny nie jest.

Nota bene, dzięki tej (a)teistycznej nieokreśloności buddyzm wydaje się być tak otwarty dla „wyzwolonej” umysłowości Zachodu (ale też i atrakcyjny dla ludzi „przesiąkniętych” mentalnością chrześcijańską).
I z tego też powodu – stosując nasze kryteria „racjonalistyczne” – skłonni jesteśmy raczej uważać go za system filozoficzny (pewną koncepcję światopoglądową i ontologiczną), niż religię.

greydot

Autentyczne doświadczenie mistyczne (dla człowieka, który go doświadcza, jest ono autentyczne, choć ktoś „z zewnątrz” może ten autentyzm zakwestionować, a tym samym „odrzucić”) wyklucza według mnie jakiekolwiek „rozczarowanie się” mistyką. Ale wyklucza też – co oczywiste – owego doświadczenia „odrzucenie”.
Myślę, że nie należy utożsamiać doświadczenia mistycznego z doświadczeniem religijnym (to dlatego, religią można zarówno się rozczarować, jak i ją odrzucić – w przeciwieństwie do mistycyzmu).

greydot

Usłyszałem niedawno takie pytanie: Skąd się bierze ateizm?
Otóż można odpowiedzieć, że ateizm bierze się stąd, co wiara, czyli z niewiedzy.
Ale tak można stwierdzić tylko z pozycji agnostycznej, bo zarówno ateiści, jak i osoby wierzące mogą temu gwałtownie zaprzeczyć – i mówić, że to z wiedzy… ich wiedzy (czyli z tego, co sami wiedzą o świecie – albo z tego, co im wpojono).

Napisawszy to, muszę stwierdzić, że wiara wydaje mi się posiadać większą „wartość”, niż ateizm (a nawet większą, niż agnostycyzm – mimo, że uważam ten ostatni za bardziej „uczciwy” poznawczo i epistemologicznie).
Jednakże, to co napisałem, jest pewnego rodzaju wartościowaniem samego światopoglądu, a nie ludzi (wierzących i ateistów). Nie osądzam żadnego człowieka według tego, czy jest ateistą, czy osobą wierzącą. Człowieka poznaje się bowiem po czynach (i jego relacjach z innymi ludźmi) a nie po jego – ideologicznych czy też religijnych – deklaracjach.

greydot

Wśród genialnych powiedzonek Gombrowicza jest i takie, które stwierdza, że człowiek przed trzydziestką jest podpalaczem, a po trzydziestce staje się strażakiem. Oczywiście jest to pewne przerysowanie, niemniej jednak skłonni jesteśmy przyznać, że tak właśnie sprawy się mają.
Czym wytłumaczyć ową skłonność do zmiany frontów? Dojrzewaniem? Hormonalną transformacją? Wiekowym przepoczwarzeniem? Zgredowacieniem? Wapnieniem? Ciążeniem w kierunku hipokryzji i konformizmu? A może zdobytym doświadczeniem, dojrzałością, czy też nawet – ba! – mądrością?
Kiedy jest się młodym, nie jest się jeszcze w żadnych “układach”, nie należy się do establishmentu – można więc wtedy pozwolić sobie na swobodę zachowania, wypowiedzi, gestu… Może wówczas człowieka porwać kontestacja, bunt podnosi mu poziom adrenaliny. Czymś nieznośnym jest gorset pruderii a moralizatorstwo brane jest za obłudę. Czuje się potrzebę wyładowania, wygłupu, anarchii. To dlatego mówi się, że młodość ma swoje prawa, że za młodu trzeba się “wyszumieć”.
Później wchodzi się w inne role – wychowawcy, rodzica, mentora, autorytetu… Człowiek, chcąc nie chcąc, przywdziewa maskę. Nowa rola wymusza na nim pewnego rodzaju zachowania. Powoli zapomina, iż “cielęciem się było”. Wykazuje większą skłonność do ładu, czy umiaru. Z większą aprobatą i zrozumieniem przyjmuje się wtedy podobne stwierdzenia, jak to Miłosza: „Społeczeństwo i cywilizacja trwają dzięki niesłychanie drobnym cząsteczkom cnoty rezydującym w poszczególnych indywiduach” .

Mając w świadomości hańbę XX wieku – tego stulecia kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości – ma się też nieodparte wrażenie, iż horrendum, jakie się w nim działo, miało swój wielki wpływ na wyczerpanie się tradycyjnej kultury. Dzięki temu współczesność jest domeną kulturowego chaosu a w głowach wiruje ludziom wszelkie materii pomieszanie.
Jak na takim tle jawi się młodzieńcza skłonność do podpalania – do ekscesu i kontestacji, oraz gaśnicze pozycje dorosłych pokoleń?

Za wspomnianymi “maskami” dorosłych kryje się jednak często niewygasła do końca iskra. Wielu ludzi przez całe swoje życie przejawia buntownicze skłonności i pozostaje bardziej lub mniej otwartymi rebeliantami (z tym, że najczęściej z buntowników bez powodu, zamieniają się w buntowników mających jednak jakiś powód).
Wszyscy pozostali także zachowują pewne cechy młodzieńczej anarchii, niedojrzałości i dezynwoltury, tyle że mocniej potrafią trzymać to wszystko w ryzach, nie ujawniając już tego tak ostentacyjnie przed światem. No i wreszcie – w zdecydowanej większości – stają się z biegiem czasu konformistami.

greydot

Czy współczesność jest dobrym czasem dla poetów przeklętych?
Ciekawe pytanie.
Bo niewątpliwie dla poetów przeklętych są “lepsze” i “gorsze” czasy, choć zawsze jednak ten wiatr (epoki) w oczy im wieje. Przy czym należy sobie wyjaśnić co to znaczy “lepszy” i “gorszy” w tym kontekście.
Otóż czas “lepszy” dla poetów przeklętych to nie tylko ten, który sprzyja wykwitowi cech z elementami maudit, ale i taki, który niejako z tym co oni wyprawiają (tworzą) współgra. Takim czasem była np. epoka dekadencji drugiej połowy XIX-go wieku. Także jej rozwinięcie – secesja, a na terenie naszego kraju – Młoda Polska. A wszystkie one nie byłyby tym czym były, gdyby nie Romantyzm i (np.) przynależąca do niego fala werteryzmu, czy też kreacja bohatera romantycznego na postać tragiczną, niezrozumianą, cierpiącą, odmieńczą, przeklętą właśnie…
W podobny sposób, ale już na zasadzie kontrastu z oficjalną propagandą nowego wspaniałego świata komunizmu, możliwe było zaistnienie poetów przeklętych w realiach totalitaryzmu komunistycznego, których przedstawicielami są u nas np. Hłasko czy Wojaczek, a w Rosji choćby Jerofiejew czy – po części przynajmniej – Wysocki z Okudżawą.
Jednak generalnie – poeta przeklęty może się pojawić w każdej epoce, bo w każdej epoce można się zbuntować i żyć “pod włos” społecznego i politycznego establishmentu.
Hm… być może w każdej epoce z wyjątkiem… naszej właśnie?
Bo w naszej epoce – w dobie rozpasanego postmodernizmu – rzeczywiście wszystko już było, wszystko już widzieliśmy, wszystkie prawdziwe profanacje i prowokacje się dokonały; szok już za bardzo nie chce działać, bo np. w internecie można znaleźć takie monstra i mega-perwersje, o których się “boskiemu” (?) Sade’owi nie śniło – a tego wszystkiego jest na pęczki, i to na wyciągnięcie ręki (za jednym “kliknięciem”).
Dziś poeta przeklęty może mieć najwyżej te swoje warholowskie 15-minut (medialnej) sławy, bo po kwadransie wszystkim te jego wybryki się nudzą, nie robiąc na nikim większego wrażenia.

greydot

Dzisiaj nie chodzi już o konkretne nazwanie kogoś „poetą przeklętym”, (które ma proweniencję romantyczną) a właśnie o rodzaj osobowości człowieka – zrywającego więzi ze społeczeństwem i swoim najbliższym otoczeniem, zbuntowanego, odrzucającego konwenanse i obowiązujące normy moralne i obyczajowe, dopuszczającego się ekscesów… etc.
A taki rodzaj osobowości zdarza się wśród ludzi od zawsze, tyle że różną przybiera formę (w zależności od epoki) i inaczej jest nazywany. I niekoniecznie dotyczy tylko literatury, ani nawet – tylko i wyłącznie sztuki, choć zwykle powiązany jest z kanonem artysty.

greydot

Nie wiem czy powinniśmy “zaglądać do medycyny” w poszukiwaniu chorób gnębiących “poetów przeklętych”, właśnie w nich (i tylko w nich) upatrując źródeł oraz modus vivendi dla ich twórczości, czy nawet twórczego napięcia. Bowiem etykietka choroby znosi niejako autonomię tego, co oni stworzyli, nadając temu jakieś chorobliwe piętno, w pewien sposób degradując ich wartość dla tzw. “zdrowego człowieka”.
A przecież choroba jest również niezbywalnym (niestety) elementem naszej condition humaine.

Nie uważam jednak, że należy o tym (medycznym kontekście) milczeć. Nie. Raczej widzieć to wszystko bardziej integralnie – w całej swej złożoności.
Zresztą, to np., że u Stachury, Wojaczka, Plath… i in. zdiagnozowano schizofrenię, w żaden sposób nie może deprecjonować wartości i (ewentualnego) piękna ich poezji. Jeśli ktoś, cierpiąc na chorobę psychiczną, namalował piękny obraz, to ten obraz nie przestaje być piękny tylko dlatego, że malarz był “wariatem”.
Jestem przeciwny wszelkim piętnom i stygmatom, zwłaszcza jeśli nie życzą ich sobie sami “napiętnowani” i “stygmatycy”.

greydot

Ktoś nazwał Goethego “ojcem poetów przeklętych”. To chyba jakieś nieporozumienie.
To, że spowodował swoimi „Cierpieniami młodego Wertera” szeroką falę “werteryzmu” (czyli samobójstw “z miłości”) nie ma tu nic do rzeczy. Tak, stworzył postać Wertera, ale już to, że jego Werter stał się pewnym duchowym patronem wszelkich “kochanków przeklętych” (czytaj: wzgardzonych), nie jest Goethego – ani zasługą, ani tym bardziej winą. Zresztą, Goethe był jedną z najwybitniejszych i (najmocniejszych, jeśli chodzi o charakter) postaci swojej epoki i trudno go kojarzyć z rozwichrzonym, rozedrganym i miotającym się poetą przeklętym.

greydot

Czy śmierci poetów przeklętych były skutkiem depresji czy też może świadomym aktem artystycznym – takim mocnym finałowym akordem?
Myślę, że każda z owych śmierci (nawet tych samobójczych – a nie wszystkie takie były) była inna, miała inne przyczyny i motywy. Bywało też tak, że wiele czynników składało się na decyzje L’homme maudit, by się zabić. A zdarzało się, że nie była to (do końca świadoma) decyzja, ale jakieś fatum, przypadek, rodzaj konieczności, psychosomatyczna determinanta, czy po prostu wycieńczenie organizmu…
Zresztą nie wszyscy poeci przeklęci się zabijali. Nawet ci “wzorcowi”. Rimbaud nie popełnił samobójstwa fizycznie, a po prostu (?) przestał pisać i wyjechał trudnić się handlem (nie obchodziło go to, co się stanie z jego poezją, nie odebrał nawet swojej nowo-wydanej książki). Beaudelaire i Verlaine przez lata niszczyli swój organizm (opium, narkotyki, absynt, alkohol…), tułali się po szpitalach i przytułkach, ale jednak dożyli tego, że ich poezja stała się doceniona, (choć tylko Verlaine przekroczył 50-kę; Beaudelaire zmarł wieku 46 lat).
Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison zmarli wskutek przedawkowania narkotyków, ewentualnie z przepicia.
Samobójstwo – w ścisłym znaczeniu tego słowa – popełnili Wojaczek, Stachura, Plath, Zawistowska (wszyscy cierpieli na ostrą depresję, panicznie bali się obłędu)… niejako skazany na śmierć (poprzez swoją nieuleczalną wadę serca, podobnie zresztą jak Poświatowska) był Bursa. Tak więc trudno w tych wszystkich przypadkach mówić o jakiejś “artystycznej kreacji”. To był bardziej ich – jakże ciężki, nieznośny, pełen cierpienia, beznadziei i bólu – los, który ich pchał ku śmierci.

greydot

Akceptacja i nie akceptacja poete maudit?
Ale jaka akceptacja, (ewentualnie nie akceptacja)? Ich osobowości, zachowania, wyborów? – czy też twórczości?
To, że są (byli) to ludzie amoralni, (czyli nie uznający powszechnie przyjętych norm moralnych) rozumie się samo przez się. Poete moudit to niemal synonim L’immoraliste. Myślę, że stosując kryteria moralne w ocenach literackich nie zajechalibyśmy zbyt daleko (bo musielibyśmy dać szlaban lwiej części najwybitniejszych pisarzy).
Również i dla mnie bardziej istotne są w tym przypadku argumenty i kryteria estetyczne niż etyczne.
Oczywiście, że bez “gorączki”, wewnętrznego ognia, niemożliwa jest prawdziwie artystyczna twórczość, jeśli już to zimna i kostyczna, czyli – moim zdaniem – żadna. Jak to świetnie ktoś zauważył: temperatura ciała to dla duszy za mało!
I naturalnie zgadzam się również z tym, że nie tylko buntownicza ekspresja jest dla tej twórczej gorączki “jedynie właściwą”. Zresztą, są różne odmiany buntu: np. z jednej strony mamy bunt romantyczny (którego przedstawicielem jest Byron), a z drugiej – bunt racjonalny (mający proweniencję oświeceniową). Nawet Goethe dzielący epokę z bohaterami stricte romantycznymi stanowi dla tych bohaterów coś w rodzaju antytezy.
Ale przecież twórczość artystyczna to również afirmacja, (która nota bene nie musi mieć nic wspólnego z konformizmem… i zwykle nie ma). Dobra sztuka istnieje nie tylko w tonacji dur ale i w mol, nie tylko w forte, ale i piano.

greydot

Współczesne “wszystko na sprzedaż”, jest tylko jednym z aspektów sławy “poety przeklętego” eksploatowanej dzisiaj. Ta “sprzedawalność” nie leży natomiast w istocie tego fenomenu, do której należy bunt, sprzeciw, eksces, niepohamowanie, odrzucenie ogólnie przyjętych społecznie norm… Sam “poeta przeklęty” nie chciał się “sprzedać” (w przeciwieństwie do współczesnych obrazoburców i prowokatorów działających głownie na polu tzw. “sztuki”, najczęściej do cna skomercjalizowanej). Wprost przeciwnie: on zdążał ku samozatraceniu się i w zasadzie nie obchodziło go to, co też świat (w tym świat merkantylny) z nim zrobi – a tym bardziej, czy na nim zarobi.

greydot

Problem z markizem de Sade jest taki, że mimo wszystko nie można go skwitować wzruszeniem ramion, bo zrobiono zeń reprezentanta pewnego aspektu człowieczeństwa (może raczej nieludzkości) – takiego apostoła perwersji. A jaki on był naprawdę, to ja nie wiem. Ile było w tym co robił i pisał pozy? Tego też nie sposób teraz wiedzieć. Myślę, że gdybyśmy go spotkali wówczas osobiście, to może by nawet przypadł nam do gustu i wydał się całkiem sympatycznym gościem. Tak podejrzewam, że cały ten “sadyzm” rozgrywał się głównie w jego wyobraźni, mimo kilku ekscesów w realu.
Ja bym go też nie demonizował. O wiele większymi “diabłami” dla mnie są np. zwykli, poczciwi, oportunistyczni i strachliwi administratorzy III Rzeszy, czy tzw. “komunistyczne pachołki”. To jest dopiero prawdziwe piekło, zgroza naszej cywilizacji – gułagi i obozy koncentracyjne, a obok “normalne” światy, które niewiele sobie z tego robią. Przy tym wszystkim taki Sadek to pestka, błazen jakiś, fantasta, dziwak i eksperymentator.
Ale badacze kultury uparli się, by robić z pojedynczych ludzi jakieś kamienie milowe, prekursorów, inspiratorów, epokowej forpoczty… Bzdura! Zło – jak zresztą zauważyli to już niektórzy, i to jeszcze przed panią Arendt – jest banalne. Ludźmi zwykle kieruje oportunizm, koniunkturalizm, chęć ustawienia się w życiu, doraźna korzyść; a często i zwykła chciwość, pożądanie władzy, strachliwość wreszcie… takie pospolite motywy, a nie jakieś tam perwersyjne ciągoty czy demonizm, motywują zwykle ludzi. Oczywiście piszę o wymiarze społecznym a nie o jakichś tam kolorowych outsiderach, indywidualistach z rozdmuchanym ego, czy wreszcie zwykłych socjo- czy też psychopatach. Ci bowiem spotykają się z uwagę na zasadzie – bez mała! – hollywoodzkich idoli. Pomagają ludziom zwalczać pustkę i nudę egzystencji. Ot co!

greydot

Wydaje mi się, że nie ma takiego drugiego malarza, którego twórczość byłaby tak mocno zespolona z jego życiem, jak Van Gogh.
Zawsze byłem ciekaw jak świat odebrałby jego obrazy, gdyby nic o nim nie wiedział, nie znał jego biografii – gdyby nie było “Listów do brata”, książek i filmów, które mu później poświęcono. Może wręcz nie byłoby czego odbierać, wszak płótna mogłyby posłużyć za podpałkę lub za podkład dla innych malarzy.
Ale załóżmy, że by przetrwały.
Czy dostrzeżono by w nich olbrzymią pasję, która je stworzyła? Czy rozprawiano by o geniuszu Van Gogha? Czy uznano by go za jednego z największych malarzy XIX wieku?
Czy wreszcie – sprowadzając rzecz do kwestii trywialnej, bo merkantylnej – zapłacono by za jego “Irysy” prawie 54 mln. dolarów, a za “Słoneczniki” 40 mln. ?
Na pewno można spojrzeć na to malarstwo abstrahując od osoby autora. Czy można jednak wyobrazić sobie coś takiego jak “obiektywna” wartość tej twórczości?
Jakie wobec tego zastosować tu kryteria? Czy można by się tu zdać na opinie ekspertów, krytyków sztuki, tzw. “znawców” …?
Ja osobiście bym im nie dowierzał.

Nie mogę sobie wyobrazić, jak patrzyłbym na obrazy Van Gogha bez znajomości kolei jego życia i warunków w jakich powstały, ponieważ te ostatnie poznałem wcześniej niż same obrazy (jeśli nie liczyć kilkunastu albumowych reprodukcji i wypranych z wszelkiego artyzmu, masowych kopii różnych “słoneczników”, “gwiaździstych nocy” i “cyprysów”).
Na to jest już za późno.
W tym kontekście wielka wartość komentarzy Vincenta (na temat samego siebie, własnego życia i malarstwa) wyrażonych w jego listach, polega być może na tym, iż po prostu nauczył on nas patrzeć na swoje obrazy. Swoim geniuszem, pasją i egzystencjalną głębią uświadomił nam nierozerwalność jego twórczości z nim samym. Płótna Van Gogha nabrały symbolicznej wartości jako odzwierciedlenie pewnego aspektu naszego człowieczeństwa, humanistycznego fenomenu. Jego przeżycia zaś uświadomiły nam jak tragicznie może się człowiek zderzyć ze światem, w którym przyszło mu żyć.
To dlatego Karl Jaspers mógł napisać: “Całość tej korespondencji (chodzi o listy do brata Theo), stanowi dokument jakiegoś światopoglądu, jakiejś egzystencji, jakiegoś myślenia znamionującego się wysokim etosem; jest to forma wyrażenia szczerości absolutnej, głębokiej, irracjonalnej wiary, nieskończonej miłości, serdecznego człowieczeństwa, niewzruszonej amor fati. Listy te zaliczają się do najbardziej wzruszających zjawisk niedawnej przeszłości”.
A płótna Van Gogha wiszą dziś na ścianach największych muzeów świata niczym cząstki jego poranionej duszy.

greydot

Listy Van Gogha do brata są doprawdy niewiarygodne – tzn. są czymś nad wyraz niezwykłym, wręcz niesamowitym, bo wiary są one godne jak najbardziej – tym czym fascynuje Vincent do naszych czasów jest bowiem jego prawdomówność, prostolinijność i autentyzm; to był człowiek – mimo swych ekscesów, życiowej niezaradności i dziecięcej wrażliwości – niesłychanie uczciwy.)
Jego uwagi są niekiedy rozbrajające:
“Ja nie czuję potrzeby małżeństwa i dzieci, i w pewnych chwilach ogarnia mnie melancholia, kiedy myślę o tym, jaki jestem mając 35 lat – powinno być całkiem inaczej. I mam to czasem za złe temu wstrętnemu malarstwu. Richepin powiedział kiedyś: ‘Miłość sztuki zabija miłość prawdziwą’. Uważam to za słuszne w straszliwy sposób i wiem też, że prawdziwa miłość zniechęca do sztuki. Zdarza mi się, że czuję się stary i złamany, a jednak dość jeszcze zakochany, żeby nie być entuzjastą malarstwa”.
Na ile więc to oddanie sztuce było jego suwerennym wyborem, a na ile sprawą fatum, które go chwyciło i już nie wypuściło aż do śmierci?
Z pewnością ludziom z jego otoczenia wydawało się to być marnowaniem życia – jakąś manią, obsesją, niezdrową idée fixe… Tym bardziej, że zdradzał on coraz bardziej objawy umysłowej choroby.
A jednak Van Gogh okazał się jednym z tych niewielu “wariatów”, którzy postawili na swoim i wygrali.
Wprawdzie jest to zwycięstwo odniesione post mortem, ale jakże przecież spektakularne – i lepsze takie, niż żadne.

greydot

Niedawno odwiedziłem Muzeum Van Gogha w Amsterdamie (nota bene znakomite). Zdumiały mnie te tłumy, które tam spotkałem – tysiące ludzi, którzy ustawili się w długiej na kilkaset metrów kolejce, by wejść do środka i zobaczyć obrazy Vincenta. Tego samego, który – kiedy jeszcze żył – uznany został za wariata, wytwórcę bohomazów, na które pies z kulawą nogą nie zwracał żadnej uwagi, i za które nikt nie chciał dać złamanego grosza. Łaska uznania i podziwu gawiedzi na pstrym koniu jeździ.

greydot

Karl Jaspers – bądź co bądź jeden z reprezentantów europejskiej czołówki intelektualnej XX wieku – tak podsumowuje swoje doświadczenie zetknięcia się z Van Goghiem:
“Van Gogh mnie zafascynował, być może przede wszystkim całą swą egzystencją światopoglądową (…) To tak, jak gdyby na przelotną chwilę objawiło się ostateczne źródło egzystencji, jak gdyby bezpośrednio dały znać o sobie utajone źródła wszelkiego bytu. Cóż, dla nas jest to jednak równoznaczne ze wstrząsem, którego nie możemy znosić zbyt długo…”

greydot

A najpiękniej o Van Goghu napisała moja znajoma, Ola: „Na drzwiach szafy namalowałam sobie Jego cyprysy, popijam cejlońskie herbaty z kubeczków z reprodukcjami Jego dzieł, jest ze mną gdy czytam, myślę, szukam siebie… i kiedy upadam.
Co by powiedział świat, gdyby nie wiedział przez co przeszedł?
Ja go pokochałam jako kilkunastoletnia dziewczyna. Nie wiedziałam o Nim nic. Odebrałam go jako człowieka, który jeśli coś robi, to zawsze całym sercem, bezkompromisowo, czułam, że przyroda potrafiła go wzruszyć, rozczulić, że pochłania go ciągle ocean zachwytu, potrafi dostrzegać piękno w drobnostkach. W każdym najmniejszym pociągnięciu pędzla ukrywa niewyobrażalne pokłady emocji, emocji, które były tak silne, że zwykły człowiek nie umiałby ich ogarnąć, poczuć. Pędzel był jedynym sposobem obdarowania szarego schematycznego i zagubionego świata. Powiedział kolorem to, czego nie oddają słowa.
Dopiero potem go poznałam. Zobaczyłam introwertyka, który dostrzegał Człowieka nie w pięknym opakowaniu, ale w umęczonej chłopce, w wygłodzonej rodzinie górniczej. Widział piękno w tym co trudne, bolesne, niezrozumiałe i po ludzku beznadziejne.
Dzięki niemu zrozumiałam jakim skarbem jest jeden życzliwy człowiek. Jeden życzliwy człowiek potrafi utopić w otchłani pasji i radości cały mrok wytwarzany przez niezrozumienie i odtrącenie…
Brat w Niego wierzył, kiedy ślepy tłum zabijał obojętnością.
Wielkim skarbem jest jedność dusz… i serce Van Gogha”


greydot

Żadna ludzka społeczność nie może się obejść bez norm, które sama sobie narzuca (nawet jeśli robi to odwołując się do metafizyki – wierząc, że są one dane nam “odgórnie” przez Boga, bóstwa, jakieś Siły Nadprzyrodzone…). Nasza kultura jest o tyle paradoksalna, że deklarując najczęściej swoją zgodność z tzw. prawem “naturalnym”, sama “porządkowi” naturalnemu (panującemu w przyrodzie) zwykle się przeciwstawia (kto wie, czy właśnie owe normatywne veto nie jest kwintesencją naszego “człowieczeństwa”?). Z tego zderzenia wynikają wszystkie ludzkie tabu, które chcą ten konflikt zakamuflować. Tabu można więc uznać za pewnego rodzaju kulturowy sprzeciw – swoisty wybieg, by nie przyznać się do tego, że drzemie w nas zwierzę, które czasem staje się nawet bestią.
Przy czym, prawo, które tworzymy, nie chce jednak zbyt głęboko wchodzić w geny determinujące zachowanie się człowieka, bo wtedy konflikt między kulturą a naturą staje się ewidentny i istnieje niebezpieczeństwo tego, że ludzkie działanie (w danej chwili bezprawne) będzie usprawiedliwiane, a tym samym podważona zostanie bezwzględna sankcja obowiązującego nas prawa, relatywizując je, może nawet kwestionując jego racje.
A jednak, to właśnie głębsze poznanie genetycznej podstawy np. zachowań homoseksualnych spowodowało, że w większości społeczeństw kręgu kultury zachodniej homoseksualizm przestał być traktowany jako wykroczenie przeciw prawu, jak również – w sferze medycyny – przestał być uznawany za chorobę, za coś “nienormalnego” (przy czym nie mówię tu o mentalnym i obyczajowym “nadążaniu” poszczególnych grup społecznych czy poszczególnych ludzi za tymi zmianami, bo to już zupełnie inna kwestia).
W tym kontekście (genetyka vs. prawo), już w przypadku homoseksualizmu wkraczamy na pole pełne min i kontrowersji, (które ludziom żyjącym zwłaszcza w krajach o silnych tradycjach katolickich są dobrze znane), a co dopiero, jeśli podejmiemy takie gorące tematy tabu jak pedofilia i kazirodztwo? Przecież zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku także można mówić o genetycznych uwarunkowaniach owych “dewiacji”, które przez wiele systemów jurysdykcyjnych uznawane są za ciężkie przestępstwa, a nawet zbrodnie (odnosi się to zwłaszcza do pedofilii). Czy może więc dziwić to, że w społecznościach konserwatywnych, ustępstwa jakie poczyniono wobec homoseksualizmu są przyjmowane jako pierwszy krok do swoistej “legalizacji” i przyzwolenia dla kazirodztwa i pedofilii, tudzież innych “zboczeń”? Człowiekowi o poglądach bardziej liberalnych takie rozumowanie może się wydać wręcz absurdalne (no bo jak tu zrównywać ze sobą “zdrowego” homoseksualistę z “chorym” i zwyrodniałym pedofilem?), ale już ktoś o mentalności bardziej “zachowawczej” może w tym widzieć niebezpieczeństwo precedensu i konsekwencji – swego rodzaju następstwo “od rzemyczka do koniczka”.

greydot

Nawet jeśli wolna wola nie istnieje, to musimy postępować tak, jakby istniała (dlatego skazujemy ludzi za zbrodnie, które popełnili).
A Natura to twarda bestia – zawsze znajdzie swój sposób, swoją drogę…
Bardzo kruche jest to, co nazywamy cywilizacją.

greydot

Morderców nie rozumiemy, bo nie chcemy zrozumieć – ponieważ, im większą mielibyśmy o nich wiedzę, tym boleśniejszej prawdy dowiadywalibyśmy się o nas samych.

greydot

Nasz ludzki „Rozum” to tylko łódka, za pomocą której próbujemy się nie potopić dryfując po oceanie nieświadomego o przepastnej głębi i pełnego wirów – udając, że mamy wpływ na siły, które bezmiernie nas przerastają.

greydot

Kiedy namiętność i pożądanie stają się miłością? Czy mężczyzna (albo kobieta) ma prawo do pokochania kogoś innego, niż własną żonę (albo męża)? Jeżeli tak, to jakie to jest prawo, jeżeli nie, to kto (lub co) nam je odbiera? Jak mocno wiąże nas małżeństwo, (które jest przecież pewnego rodzaju społeczną umową)? Albo, innymi słowy: w jaki sposób warunkuje ono naszą wolność (lub zniewolenie)? Jak się ma obowiązek do namiętności, a lojalność do wolności?
W jakim stopniu natura determinuje naszą skłonność do “grzechu” (że użyję tego staromodnego, wychodzącego już z użycia, określenia).
Kiedy człowiek, który „zdradza” dotychczasowego partnera (partnerkę) staje się (w oczach innych) draniem (lub suką?), kiedy zaś bohaterem a nawet obiektem kultu, który poszedł za głosem wielkiej miłości, tudzież – patrząc na to z innej perspektywy – własnych potrzeb i pragnień? Kiedy zostaje niewolnikiem własnych uczuć, a kiedy walczącym o nie buntownikiem? Wreszcie: jak się mają genitalia do porywów serca, a hormony do miłosnej czułości?

greydot

Ludzie uparcie uzależniają prawdę od punktu widzenia.
Tak by było, gdyby prawda była wytworem ludzkiego umysłu.
Paradoksem jest to, iż wydaje się nam jednak, że jest, bo w świecie pozaludzkim nie ma przecież rozróżnienia na prawdę i fałsz: atom albo kwant się nie mylą.

greydotPółprawda jest najgorszym rodzajem kłamstwa.

greydot

Jednym z przejawów tego, że samiec alfa odniósł sukces w walce jest natychmiastowe podporządkowanie się mu samców beta i omega.
W polityce odpowiednikiem tego jest wysiew wszelkich totumfackich i wysławiających zwycięskiego wodza.

greydot

Rodzice dzieci niepełnosprawnych w polskim Sejmie. Skoro godzimy się z tym, że politycy nie są prawdomówni, nie muszą mieć wstydu, nie zawsze mogą postępować etycznie, to czy nie jest naiwnością wymaganie od nich czegoś takiego, jak współczucie?

greydot

Ktoś to stwierdził, jako oczywistość: „Wstyd nie jest kwalifikacją do uprawiania polityki.”
Dlatego mamy takich polityków, jakich mamy.

greydot

Kultura czy polityka?
Kultura.
Polityka, wbrew pozorom, jest gorszym rodzajem ucieczki od nudy, niż kultura.

A przy okazji można się zastanowić w jakiej relacji są polityka kulturalna i kultura polityczna oraz jakie konsekwencje (również w polityce kulturalnej) pociąga za sobą brak politycznej kultury.

greydot

W kinie na „The Wolf of Wall Street”. Niesamowitym sukcesem Scorsesego jest to, że film cienki jak studolarowy banknot, płytki jak zawieszenie Lamborghini, amoralny jak chciwcy i oszuści z Wall Street, próżny jak jacht z helikopterem na dachu, obsceniczny jak dmuchanie przez rurkę haszyszu w odbyt prostytutki, wulgarny jak użycie 576 razy (rekord w kinie amerykańskim!) przekleństwa fuck, głupi i okrutny jak rzucanie karłami w tarczę, potrafi tak przykuć naszą uwagę a nawet nas rozbawić (przyznaję się bez bicia: sam tego doświadczyłem i brałem w tym udział ).
Dlaczego? Może dlatego, że grzeczne dzieci (widzowie) lubią niegrzeczne bajki, a i niegrzeczne są też w swoim żywiole? Bo wszystko kładziemy na karb konwencji?
Co może usprawiedliwić to, że film Scorsesego się nam tak podoba? Może to, że na karuzeli nie ma czasu na refleksję? Bo kiedy błędnik zaczyna szaleć, przestajemy być sobą – czyli osobą myślącą? A może wręcz przeciwnie: ujawnia się wtedy coś, co leży gdzieś w sednie każdego z nas, a do czego na trzeźwo nie chcemy się przyznać – może nawet sobie tego nie uświadamiamy?

 greydot

Gdybym chciał napisać coś o mojej namiętności do książek, to musiałbym wrócić się do samego zarania, czyli do mojego dzieciństwa. Do dzisiaj czuję zapach niektórych książek, ciągle przed oczami mam ilustracje, które wówczas zdały mi się czymś zgoła magicznym, jakże wyraźnie pamiętam pewne sceny w tych książkach spisane… Nawet wtedy, kiedy przyszedł czas mojego buntu i kontestacji – wyrażany głównie przez używanie niecenzuralnych wyrazów, picie taniego wina, mówienie, że religia to “bajki” a wszyscy ludzie to hipokryci, noszenie obdartych dżinsów, zapuszczanie długich po ramion włosów i słuchanie Hendrixa – nie rozstawałem się z książką. Tym sposobem uzbierałem w domu dość pokaźną bibliotekę i ślęczałem po nocach nad rewelacjami, które znajdowałem w dziełach Camusa, Lema, Dostojewskiego czy Manna.
Włosy teraz noszę już krótsze (nie wspominając już o siwiźnie), wino piję już lepsze, rzadko przeklinam albo rzucam kalumnie, mój bunt bardziej oswojony a spodnie bez dziur, religie bardziej wiążę z mitami (szanując wszak jej Tajemnice)… lecz nadal żyję z książką pod ręką (w moim nowym domu księgozbiór już dawno przestał się mieścić), a i Hendrix w dalszym ciągu jest w stanie przeszyć mnie dreszczem.
Moja biblioteka przeżywa ciężkie chwile zwłaszcza wtedy, gdy wracam z wizyty w Polsce. Zwykle wywożę z kraju cały kufer książek, który jakimś cudem udaje mi się zmieścić do samolotu bez zbędnych perypetii – te pół tony makulatury, będącej efektem szperania po (głównie) krakowskich księgarniach i antykwariatach.

greydot

Cóż nas tak ciągnie do słowa pisanego? Co powoduje, że uwielbiamy trzymać w ręku książkę, decydując się nawet na… jej przeczytanie? Skąd uzależnienie, słodka narkomania – ten pewien rodzaj intelektualnego, a może i emocjonalnego, nałogu?
Dlaczego bez lektury trudno jest niektórym żyć?
Otóż bez wątpienia sprawia to bogactwo światów, które zawarte jest tamże, między okładkami – zapisane czarnym drukiem na białych kartkach papieru. Za każdym razem, kiedy łapiesz sens przeczytanego zdania, twoje istnienie nabiera większego znaczenia, staje się bardziej intensywne i zwielokrotnione, łącząc się w jakimś magicznym akcie z wrażliwością innego człowieka – z jego myślą, ze śladem jego świadomości, z jego wizją świata, i z wyobraźnią, która tenże świat za każdym razem stwarza i ujmuje. To taki rodzaj prawie że religijnej komunii, stopienia się monad – skupienia porozpraszanych w kosmosie drobin ludzkich egzystencji.

greydot
“Co pozostaje?” – pyta się w jednym ze swoich esejów Nicola Chiaromonte i odpowiada: nie ważne jest to co się otrzymało, ważne jest to co trwa i istnieje. Co w takim razie pozostaje w nas z naszych lektur? Czy ogrom trafiających do nas myśli i fraz nie podmywa brzegów naszej jaźni, czy nie rozmywa wewnętrznego świata o ustalonych już konturach i uformowanych brzegach? Co zapożyczamy, a co kradniemy? I czy nie przestajemy być sobą – z każdym słowem i zdaniem, które sączy się nam do mózgu i oblepia nasze poskręcane myśli? Czy zachłanność na słowo pisane nie jest właśnie jakimś narkotycznym głodem? Czy pochłaniając te gęste treści jesteśmy w stanie to wszystko przetrawić?
Czy poprzez lekturę naprawdę się wzbogacamy? Czy nasze ograniczone wnętrze zdolne jest pomieścić cały ten splendor? Czy jest w nim dostatecznie miejsca by przyjąć to bogactwo myśli, wyobrażeń, słów i idei? Czy wszystko, co czytamy jesteśmy w stanie zrozumieć, ogarnąć, przyswoić? Do jakiego poziomu możemy się wznieść, nie mogąc wszak przeskoczyć siebie samego? Wreszcie, czy aby czytając mądre książki, sami stajemy się mądrzejsi?
Czy wszystko co nowe jest dla nas lepsze? A może nowe powoduje erozję starego ale pewnego, czyli tego, co już się w nas osadziło, stało podporą, mocnym fundamentem? Chyba jednak nie: nagrodą za burzenie gnuśnego spokoju jest olśnienie cudem nieustającej przemiany.

greydot