BARBARZYŃCY U BRAM

.

zdzislaw beksinski w komorze Sowiego grafika

.

Otoczeni murem, o którym nie wiadomo nawet czy jest, choć niejeden ślepiec jak my chciał przyłożyć do niego swą dłoń –  wyczuć gładkość lub chropowatość, zimno lub ciepło kamieni – zastanawiając się, czy będzie mu dane łagodne przejście na drugą stronę, gdzie znalazło się już tak wielu mu podobnych, tyle że zwykle po trudnych i gwałtownych przejściach.
.
Zaludnione prowincje lodowych i piaszczystych pustyń, pełne szemrzących strumieni świadomości, próbującej znaleźć ujście wśród szczelin tego co istnieje i nie istnieje zarazem – z palcem niewiary wbitym w ranę tego, co miało być martwe, a jednak żyje. I nie wiadomo, czy wyłomem między kosmiczną burzą a wichurą grawitacji, prześliźnie się jeszcze mała mysz z wielkim garbem bólu i bąblami zmyślenia.
.
Ci, którym otwierano bramy, wyprowadzali ze sobą długie karawany – chrzęst kół wozów wypełnionych tobołami z dobrem i złem wszelakim, żegnanych ujadaniem kundli przydrożnych ku uciesze, przerażeniu lub obojętności tych, którzy – widząc lub słysząc to –  zatrzymywali się nagle na swojej drodze z jednej chwili do drugiej, kręcąc przy tym głowami.
.
Najbardziej pożądano tego, co wyłaniało się z bezczasu i zawisało w przestrzeni, która wprawdzie niewiadomego pochodzenia, ale kojarzona jest z czymś nieskończonym i wiecznym (boski gorący wiatr vs. zimno diabelskiej próżni). Czczono „POZA”, świętowano „MIĘDZY”, ale jeszcze bardziej kultywowano „W” – bo wyrastał wtedy mur odgradzający wszystkich od pewności, która mogła okazać się zgubna.
.
O barbarzyńcach wiedział każdy, a nawet jeśli nie wiedział, to przeczuwał ich istnienie – mówiło mu o tym drżenie wyczuwalne gdzieś między jabłkiem Adama a żebrem Ewy – w stosie pacierzowym, nie ostygłym jeszcze po żarach licznych Auto-da-fé. Niektórzy wypatrywali z wałów obronnych dzikich barbarzyńskich hord, ale byli i tacy, którzy wiedzieli, że jest to bezcelowe – że nie ma znaczenia, czy bramy miasta będą otwarte czy zamknięte – bo przecież nie można się odgrodzić od samych siebie.

.

* * *

Ilustracja: na podst. obrazu Zdzisława Beksińskiego.

WSZYSTKO, CO NAJWAŻNIEJSZE…

White Sands

.

Tylko proste słowa mogą zbliżyć nas do prawdy
nienawidzę, kocham, obojętnieję, pożądam…
i tylko w czuciu, w głębi serca i trzewiach
odzywa się to, co naprawdę twoje
reszta to zaklęcia, otulanie się mgłą
z wymyślonych znaczeń, szukanie sensów
tego co niezrozumiałe
a niezrozumiałe jest wszystko
oprócz tej jednej chwili olśnienia
kiedy nie wierzysz, a po prostu wiesz

Miłość prawdziwa jest prosta jak jedno spojrzenie
jeden gest, jedno krótkie tak, jedno przytulenie.

Chwila, której nie musisz nazywać
bo wystarcza ci to, że jest.

Miłość prawdziwa jest tym, co pozostaje
kiedy opadają z ciebie wszelkie złudzenia.
Miłości tej nie oszukasz, nie wymyślisz jej
nie zmusisz do tego, by tobie służyła
by dawała ci rozkosz, wypełniała próżność
łagodząc ból osamotnienia
i obojętność świata.

Jesteśmy głosem wołającym na pustyni
zagłuszonym milionem innych głosów.

A prawda jest w jednej kropli wody
w jednym małym ziarenku piasku,
bo to, co boskie
nie skrywa się za mgławicami galaktyk.
Ono jest w tobie – czego nawet nie wiesz,
omamiony kolorową bańką złudzeń
otaczającej cię “rzeczywistości”.

***

.
(zdjęcie własne: Białe Piaski Nowego Meksyku)

.

PRZYGODA MŁODEGO UMYSŁU (odnalezione w szufladzie)

*

Życie zatacza krąg – wszyscy wracamy do punktu wyjścia. To co się w nas kiedykolwiek odezwało, było w nas zawsze. Nawet jeśli brzmi teraz obco, było częścią nas samych. W czasie jednej z wizyt w moim domu rodzinnym, dość przypadkowo trafiłem na swoje wiersze, które napisałem mając mniej więcej 15 – 17 lat. Zupełnie o nich zapomniałem – tkwiły w jednej z dawno opuszczonych szuflad, do których nie zaglądałem od wielu, wielu lat. Dziwne to było uczucie odczytywać je na nowo: ta mieszanina ciekawości, zażenowania, sentymentu, zawstydzenia, melancholii… oto docierałem do kogoś, kto był mną w mojej młodości; a ponadto do bardzo specyficznego momentu w moim życiu, który teraz odzywał się echem w dawno nieporuszanych strunach, tkwiących we mnie, mimo upływu lat. 
Jaka jest wartość tych wierszyków? Dla mnie nie jest to teraz tak ważne, choć kiedy je pisałem, wydawały mi się istotne, bo oddawały stan mojego ducha i umysłu – wzburzonych wówczas niespełnioną miłością, tudzież lękami egzystencjalnymi, które towarzyszyły mi od wczesnego dzieciństwa.
Kiedy czytam je teraz, odczuwam lekkie zakłopotanie, bo widzę ich braki i mankamenty, pewne natarczywe wręcz repetycje – słowa tak wyeksploatowane przez wieki w poezji (te wszystkie serca, kwiaty, łzy, krew, usta, słońca, tęsknoty, krople i księżyce…) choć dla mnie były one wtedy świeże, pozbawione kiczu i pretensji – wydawały mi się być czymś naturalnym i adekwatnym w opisie i oddaniu tego, co w tamtych momentach przeżywałem i odczuwałem. Teraz zastanawiam się skąd mi się to wzięło. Czy to tylko wpływ literatury, którą wówczas namiętnie pochłaniałem? Chyba jednak nie – to co pisałem było autentyczne, niezapożyczone, choć obecnie widzę jak pławi się to wszystko w swoistym symbolizmie, pobrzemiewa jakąś mieszanką romantyzmu z egzystencjalizmem, defetyzmu z katastrofizmem, wreszcie psychologią kafkowsko-borgesowską, jungowsko-freudowską… Oczywiście, to wszystko w wydaniu na moją miarę. Wybrałem kilkanaście utworów. Widzę że większość z nich posiada podobną tonację – to rezultat nastrojów, które nawiedziły mnie dość gwałtownie tamtego lata, kiedy zbliżałem się do tzw. „pełnoletności” i cierpiałem katusze niezbyt szczęśliwie zakochanego nastolatka  ;)
Mam nadzieję, że moja odwaga opublikowania ich tu i teraz zostanie doceniona, choć nie oczekuję jednak żadnej taryfy ulgowej, jeśli ktoś będzie chciał je ocenić.

*

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

polna droga na Podkarpaciu (zdjęcie własne)

*
*

* * *

*

zabolało mnie piękno róży
jej czerwień
skradziona mej źrenicy
wbitym kolcem –
to krew
zabarwiła płatki
a kielich kwiatu
wypełnił się
twoimi ustami
zagrzmiały serca ptaków
i ból niemy
skonał w mych ramionach

*

greydot

*

* * *

*

Noc jest moją kochanką

a zazdrosny jestem

jedynie o gwiazdy

*
Nie podejrzewam bowiem
by zdradzała mnie
z tym łysym typem
Księżycem
        – starym truposzem
          żebrzącym Słońce
          o światło

*

greydot

*

* * *

*

brzytwą z oka
błękit wykroisz
i rzucisz
na pożarcie burzy
jak ochłap
łzę wystawisz
na urągowisko
deszczu

*

greydot

*

impresja in blue

*

zdziwione świtem
krople rosy
oczekują słońca
            – swojej śmierci
ich słabość truchleje
drżą srebrzyście
na ostrzu liścia
uśpionego popielatym
smutkiem nocy
otulonej
wilgotną pierzyną mgły

*

greydot

*

misterium babiego lata

*

Ach, jak tu pięknie jest wkoło
nawet kwiat błękitny
niedosiężny
nie rani

*

Rozbite stogów namioty
przylgnęły do traw
kobierców rozłożystych
i pachną

*

Kłosy ziarnem brzemienne
złotem rozpęknięte
są wyniosłe i dumne
i takie proste

*

Na puchu skrzydeł
na przestrzał obłokom
spływają miodem
krople pszczół
         – żółte płatki
           o lepkich palcach

*

Wypełnia się omdlałe
misterium dnia
babiego lata

*

greydot

*

obojętność

**

Pewnego razu przechodziłem
tuż obok
obojętności
i nie zważając na nic
przystanąłem
zaintrygowany płomieniem
uwięzionym
w jej cokole
z lodowych tafli

*

greydot

*

* * *

*

Gdzie chcesz dopłynąć
z tym żaglem
dziurawym na plecach
co bardziej ciężarem ci jest
niż wolności
obietnicą

*

Na mych skrzydłach płonących
                           – myślisz
wzbiję się na sam szczyt
                           – i rozpościerasz
                             swe cherlawe ramiona

*

Oddam wam cały żar mego serca
                           – mówisz
a wiesz, że nie wystarczy go nawet
na ogrzanie twojego ciała

*

greydot

*

natarczywość miękko okolona puklami włosów

*

Moje oczy spotkały się
z jej spojrzeniem
serce załkało trzepotem
słodko zagłębiłem się
w jej obraz
utkany z siateczki czerni
przemienionej
w barwną paletę
jej twarzy
której rysów obsesyjna obecność
                       była ciepła…

*

greydot

*

dwa razy serce w temacie

*

                           I

*

W moim sercu – pochmurne niebo
                         mówiące czerwonemu słońcu krwi
                         wiele czułości

*

W mojej duszy – zagubiony dzwon
                         brzmiący odnalezioną świadomością
                         wymowną milczeniem

*

                           II

*

W mym sercu drży iskra
ciągle żywa jeszcze,
lecz nie wiem
czy jest ona zmierzchem
czy też świtem
płomienia

*

greydot

*

* * *

*
                                                        czas jest zaledwie zwlekaniem
                                                        tego, co ma nadejść
**************************************José Hernández

*

Mówisz – jestem młody
te pokryte żółtym pyłem
dni nie są moje

*

odsłonięte przez czas

białe kości

należą do starca
który siedział w cichej czerwieni
zgarbionej jak on chaty
i patrzył tęsknie
na zachodzące słońce

*

wysuszone smutkiem zmarszczki
spływały z jego serca na ziemię
a siwowłosy wiatr
czesał czule
słomiane strzechy
rozczochrane

*

greydot

*

sen

*

chwila
dzieliła mnie
od Końca Świata
kiedy pomyślałem
o tym,
który był przedtem

*

                   obudziłem się
                   mając przed sobą
                   Wieczność

*

greydot

*

nieśmiertelny

*

Cóż to!
Pędzisz tak
bez tchu

z językiem na brodzie
z pianą na ustach
z wytrzeszczonymi oczyma

*

Poczekaj,
szepnę ci coś! – krzyczę

*

Za późno:
w obłokach pyłu
widzę już tylko
zad krzyża
wbitego w serce śmierci

*

greydot

*

* * *

*
                                                                     Ewie

Kochałem Ciebie…
gdy słońce rozpalało tysiące chłodnych iskier
na czymś, co było zupełnie podobne do śniegu
ale tak piękne
że nie mogło być rzeczywistością
ani żadną rzeczą,
która jej jest

*

Kochałem Ciebie…
gdy ostre konary drzew kaleczyły niebo
a z ran błękitu wypływały łzy deszczu
i mieszały się z moimi na pachnącej wiosną ziemi
łącząc się w bezimiennej przyjaźni

*

Kochałem Ciebie…

kiedy ptaki witały radośnie ludzi i drzewa
wydobywając z siebie dźwięki przedziwne
a wszystko było zaklęte
i wydawało się być dekoracją do baśni
pamiętanej przez dorosłe dzieci

*

Kochałem Ciebie…
drżącą ręką
lękającą się pokalania świętości Twego Ciała
urzekającego bielą
i barwami ciepłymi jak moje uczucie

*

Kochałem Ciebie…
i Twoje usta podobne nierealnej róży
której zapach był smakiem
tego, co było Tobą
i tylko Tobą

*

Kochałem Ciebie…
oczyma pochłoniętymi mgłą pragnienia
spotykającymi się z dwiema iskrami
Twych oczu
których bezmiaru nie pojąłem do końca

*

Kochałem Ciebie…

i czułem Twe ciało tuż obok mojego
a nasze zmysły przenikały się w szale uniesień
goniąc na spienionych rumakach pożądania
na zatracenie
ku wieczności

*

Kochałem Ciebie…
i może dlatego nie ma Cię już przy mnie

*

greydot

*

ona

*

Przyszła kiedyś do mnie
gdy czuwałem nad mymi dniami
usiadła, spojrzała na księżyc
(mogło to być również wygasłe słońce)
wiesz – usłyszałem –
dawno nie widziałam twojego uśmiechu…
                  (wstrząśnięty ukryłem twarz w dłoniach)

*

Zapytała mnie pewnego razu
kiedy pochylony nad korcem pór roku
oddzielałem noce od dni
zadrżałem nagle i podniosłem wzrok
ujrzałem wtedy jej oczy:
jestem zmęczona,
cały dzień ciężko pracowałam
                   – wyczytałem to z jej spojrzenia
                     (i nie pomogły zaciśnięte na uszach pięści)

*

Minęło wiele dni
a może lat
nie musiałem odwracać głowy
aby ją znów zobaczyć
zrezygnowany wypuściłem z garści
spłoszone godziny – byłem gotowy na wszystko
                   a kiedy jej wargi się poruszyły
                   przytuliłem się ufnie do jej piersi

*

greydot

*

rytuał

*

Piłaś świt do dna
Słońce rozpływało się w Twych ustach
Światłość wypełniła je po brzegi
a gwiazdy pobladły od trwogi
i zgasły
w milczeniu

*

Piłaś świt stężały
Mrok sączył się strumieniem,
wezbrał ciemnością,
aż połączył się z morzem nocy

*

A Ty piłaś
Świt budzący się w mym sercu
Świt, co wypalał me źrenice
Świt przemieniony w moją krew
Do dna…

*

greydot

*

wieczór Franciszka K.

*

oczy stężały
zamilkła pusta szklanka
zdziwiona niedopitą kroplą
purpurowe wskazówki zegara, uwięzionego przez czas
to one – krople łez mijających dni wyżłobiły
na twarz Franciszka K. swoje piętno codzienności
jest teraz sam – upragniona i przeklęta samotność
dusza uwięziona w ciele sączy się z ran
i bluźnierczo profanuje gwiazdy – jej macki
mają niekiedy kształt skrzydeł roztapiających się
w Wielkiej Niemożności
Franciszek K. jest człowiekiem
spętany krzyk trzepocze się w gardle – z jego ust
wydobywają się resztki
zwymiotowanego milczenia i nie zwiedzie go gwar
ulicy Nieznanych drzwi jego klatki zatrzaśnięte
nieruchomo – sztaby i okucia wykonane przez Największego
Artystę nie poddadzą się ludzkiemu uczuciu
o sile mimozy – więc nie próbuj wyłamać ich łomem
fałszywego współczucia
nie zwracaj uwagi na Franciszka K.
i wpatruj się w niego
jest zły i dlatego jest taki dobry
ludzie znają go i gdy pełznie
po zmurszałym śliskim murze pozdrawiają go
nie widząc swojego smutnego uśmiechu
K. Nienawidzi ludzi i dlatego tak ich kocha
tylko nieliczni dostrzegają jeszcze
jego prawdziwie piękne ciało
lecz większość z nich chwyta w siatkę
wstydu swe niebieskie motyle
ukradkiem rzucanych mu spojrzeń

*

greydot

*

Borges

*
                                 dla D.

*

Widziałem człowieka
           w odbiciu zwierciadeł
           tworzących rzeczywistość
           (mnożących Ciebie w nieskończoność)
Szedł trzymając wyciągniętą przez siebie laskę
           dotykał chłodnego muru labiryntu
           (słyszał siebie tuż za ścianą)
Chwalił otaczającą go ciemność
           natarczywie upominał się o jej przyjaźń
           (gdyż myślał, że cienie to nieskończona
           ilość pęknięć lustra, którego odłamki,
           dzięki swej nieprzeliczalności, są tak
           małe, że trudno je porównać ze źródłem
           odbitego światła i Twojej twarzy)
Mówił: słowa
           wyrywające się mej pamięci
           wielu pokoleń
           są martwe
           lecz Ty potrafisz je ożywić

*

Zjednocz się więc ze mną
w którymś ze światów
            (ten, o którym myślę, stanie się kiedyś Ciałem
            choć może też być jeszcze Słowem
            lub już istnieje)

*
Gdzieś w zakamarkach zakrzywionej przestrzeni i czasu
moja myśl będzie Twoją myślą
a ja – nie wierząc w swoje ogromne szczęście
nie odróżnię Cię od innych w tłumie ludzi
gdyż tłumem będziesz Ty

*

Wiem, że wytrąci to z pewnej dłoni sztylet
znaleziony na jednej z rozwidlających się ścieżek
             Ogrodu Wyobraźni
a dwoje oczu
wyglądających jak rozszczepiony Alef
będzie patrzeć
na jego rozsypujące się w proch ostrze
             (być może ujrzysz wtedy siebie
             lub coś, co na przykład nazwać możesz
             radością
                    … bo i tak nie będzie to miało
                        żadnego znaczenia)

*

greydot

*

* * *

*

Tęsknota, ta wieczna tęsknota:
objąć cały świat
                 nie z zachłanności
                 nie z zachwytu
                 nie z miłości…
lecz po to,
by wypełnić pustkę

zdławić absurd
wyciszyć lęk
ukoić cierpienie
na zawsze…

*

greydot

*

DROGA I HORYZONT

polna droga w zimie

*

Za horyzontem, który sami kreślimy
(bo przestrzeń nieskończona nie mieści się nam w głowie)
jest kraj nieznany pełen wszystkich pór roku
gdzie pogodnym latem nie myśli się jeszcze o zimie
ale chmurną jesienią pamięta się już tylko wiosnę,
która była i której już nigdy chyba nie będzie

*

Kres mrozi wszystko a może wszystko spala?
Może wszystko pozostaje takie samo
i nic nie może zamienić się w nic?
Być może nie będzie już wtedy niczego
i wszystko znajdzie się tam gdzie było
na początku, który zarazem był końcem
tego, co miało się stać i powstało
ostatecznie z niczego – by trwać i zginąć
by zginąć i trwać

*

Tu naszą miarą odmierza się czas
(bo niekończąca się wieczność mąci nasze myśli)
pracują dla nas zegary i biją nam dzwony
na radość lub na trwogę – a nie ma to znaczenia
dla kogoś kto już jest po drugiej stronie – tam

dokąd prowadzi każda z naszych dróg

*

* * *

Zdjęcie własne (polna droga zimą na Podkarpaciu)

FADING AWAY

*

*

The land of the dead is behind the windowpane
of all these words that make you feel alive
and all these burnt desires that left you dull
like a vase full of withered flowers
once gleaming with light and color
but fading slowly like a tired afternoon
falling in the shadow and soaking in silence
under the empty sky of all broken summers

*

KARZEŁEK I GIGANTY – SEKWOJA

*

Potęga i znikomość – w Parku Narodowym Sekwoi (Sierra Nevada, Kalifornia, lipiec 2011 – zdjęcie własne… a właściwie mojej żony). UWAGA: kliknij, by zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze (warto :) )

*

SEKWOJA

*

Cóż znaczą nasza mądrość i głupota
przy twojej niewzruszoności i prostocie
i tej onieśmielającej nas potędze,
która wyrosła tu z niczego, co by zapowiadało
twoją katedralność i wyniosłość ponad inne drzewa

*

Byłaś tu i oparłaś się na skale
na długo przed tym, jak wymyślono dla nas opokę,
na której budowaliśmy świątynie
– misterne konstrukcje z ludzkiej wiary
zawieszone we mgle naszych dociekań i złudzeń

*

W małym nasieniu, z którego wyrosłaś
więcej było pewności i życiowej siły
niż w księgach mędrców i wyznaniach świętych,
którymi karmiliśmy metafizyczne tęsknoty
wychodząc przy tym ze skóry,
by odnaleźć duszę

*

Stałaś tu nieporuszona,
(wichry i pożary były dla ciebie igraszką)
a my tymczasem
powodowani żądzą krwi i podboju
miotaliśmy się po całym świecie
rozsiewając nasze nasiona
wątpliwej często jakości

*

Teraz jestem tu i dotykam twojej kory
(zaskakuje mnie to, że jest taka miękka)
wzrokiem szukam twojej korony
(zaskakuje mnie, że jest taka mała)

*

Oto spotkały się dwie istoty
z tego samego miotu Boga,
który – gdyby tylko miał poczucie humoru
– uśmiechnąłby się na moje przeświadczenie,
że cokolwiek nas od siebie różni

*

*  *  *

Three Rivers, Kalifornia, 16 lipca, 2011

W TWOICH OCZACH…

*

*

I
*
Czy zobaczę w Twoich oczach wieczność?
(kiedy już wreszcie będziemy razem –
dwa czujące pyłki rzucone w otchłanie Kosmosu)
*
Czym jest bicie naszych serc
wobec ogromu
i chaosu Wszechświata
który może ładem jest
podległym prawom nieodgadnionego Boga?
Któż to wie?
*
Co pozostanie…
po nas, z nami, w nas?
Gdzie przetrwają nasze ślady?
Czy to możliwe
poza czasem i przestrzenią
kiedy już materia nie zda się na nic?
*
I I
*
Dotyk dłoni, czy spojrzenie
uśmiech, słowo, pocałunek…
ból albo szczęście
wszystkie nasze sny i jawy
zagubione i odnalezione miłości
*
Chwila spełnienia
która zapala się
w naszych ciałach i umysłach
i która gaśnie…
*
I I I
*
Zatrzymać moment
chłonąć istnienie
być, czuć, kochać…
a po nas choćby potop
i pożoga
zimne bryły meteorów
i popiół spalonych gwiazd…
*
W Twoich oczach chcę zobaczyć wieczność
i to byłaby odpowiedź Boga
na wszystkie moje pytania
*
* * *