METAFIZYCZNY KICZ, POETYCKI HORROR, ARTYSTYCZNY PORNOS? (Więcej niż kino: „Antychryst”)

Na granicy sztuki i pornografii - czyli mainstreamowe kino ekstremalne Larsa von Triera

Pierwsze minuty filmu Larsa von Triera są zaiste hipnotyczne: czarno-białe (z całą symfonią odcieni), pięknie skomponowane kadry w zwolnionym tempie – i w zbliżeniach – ukazują akt seksualny mężczyzny i kobiety, na przemian z widokiem dziecka, które budzi się, schodzi z łóżeczka, widzi kochających się rodziców, wspina się na parapet otwartego okna, staje nad przepaścią i…
A wszystko dzieje się przy boskich dźwiękach arii „Lascia Ch’Io Pianga” Haendla.
Wow?… pomyślałem sobie. Skoro tak to się zaczyna, to co dopiero będzie dalej?

Ale dalej było różnie: obrazy bez mała wizjonerskie przeplatające się z takimi, które przypominały horrory klasy B; przejmująca, sięgająca głębi symbolika sąsiadująca z metafizyką dla ubogich; wstrząsające doświadczenia wewnętrzne bohaterów pomieszane z tanią, pseudo-terapeutyczną psychoanalityczną papką.
Co jest grane?… myślałem sobie raz po raz, ale dopiero na spotkaniu z odtwarzającym główną rolę Willemem Dafoe, które odbyło się po projekcji filmu, dotarła do mojej świadomości przyczyna tych wahań. Stało się to wtedy, kiedy Dafoe powiedział, że Lars von Trier tworzył swoje dzieło znajdując się w głębokiej depresji.
To by tłumaczyło wiele: trącący geniuszem reżyser wspina się na szczyty natchnienia by następnie ześliznąć się w prostrację – przy czym powtarza się to cyklicznie.

Sam tytuł jest wielce mylący – „Antychryst”.
Można się więc było spodziewać np. czegoś w rodzaju apokaliptycznej wizji ogarniającej krańce Universum, a co najmniej takiej o zasięgu globalnym (czyli jednak lokalnym). Tym zaś co zobaczyłem na ekranie, była dość kameralna tragedia rozgrywająca się między dwójką protagonistów: mężem – terapeutą a żoną – psychopatką, którzy uciekają w jakieś leśne głusze (do swej chatki zwanej… uwaga! – Edenem), gdzie próbują dojść do siebie po stracie własnego dziecka. Czyli dokładnie tak: „mała, mroczna historyjka”  jak to określił na spotkaniu z widzami Dafoe.
Skąd więc ten tytuł?
Ach to wszystko przez to, że Lars lubi się czasem tak zaafiszować – dopowiedział jeszcze Dafoe.
No i jak to brzmi, jakie jest chwytliwe! – dodałem sobie we własnym zakresie.

Film może zapisać się w pamięci choćby tylko z powodu dwóch scen (chociaż tak naprawdę chciałbym pamiętać jedynie ten jego oniryczny, przejmujący i niezwykłej urody początek, który nie wahałbym się nazwać małym filmowym arcydziełem).
Pierwsza z tych scen ukazuje męski członek w stanie erekcji, z którego zamiast spermy tryska krew; druga zaś wielką na cały ekran pochwę, z której oszalała kobieta wycina sobie nożyczkami łechtaczkę.
Ufff…

Natura jako "kościół Szatana" - poletko, na którym rozgrywa się horrendum cierpienia istot żywych?

Naturalizm i brutalność niektórych scen jest wręcz szokująca. Gdyby nie artystyczna klasa von Triera (a reżyser mimo wszystko ją posiada, co przecież udowodnił nie raz jeden), również skłonny byłbym nazwać te obrazy sado-masochistyczną pornografią, jak uczynili to co poniektórzy krytycy kina.
Ale nie nazwę, bo, po pierwsze – tak tego nie odebrałem, a po drugie – chyba jednak wyczuwam intencje reżysera: Lars nie epatuje nikogo okrucieństwem, perwersją, seksem, patologią, obsceną, nihilizmem… on to wszystko… przeżywa.

Wygląda na to, że podobnie jak Nietzsche chciał swoją filozofię uprawiać młotem, tak Lars von Trier chce nam dać w kinie po łbie obuchem – także potraktować nożem, wiertarką, szpadlem, pałą, a nawet… szlifierką!
Ale nie po to, by się nad kimś znęcać, lecz po to, by wstrząsnąć tym co siedzi w nas głęboko, poprzez strach skłonić do refleksji – nawet jeśli doprowadziłoby to kogoś nad nihilistyczne przepaście.
Wspominam sobie teraz tę jego uroczą opinię, że film winien być niczym ten kamyk w bucie… (No, ładne mi to kamyczki!)

Oczywiście, że wszystko to balansuje na granicy porno i groteski, ale moim zdaniem tej granicy nie przekracza.
Tak naprawdę, to tylko w jednym momencie uśmiechnąłem się z pewnym niedowierzaniem i chyba jednak z lekką żenadą: otóż wtedy, kiedy na ekranie pojawił się jakiś wyleniały, zmokły lisek-apokalisek, który przerywając na moment wyjadanie własnych wnętrzności, zacharczał nam prosto w uszy: „rządzi chaos!”.
Ha!
Również „objawienia” typu „Natura jest kościołem Szatana” plasowały się wg mnie zbyt blisko zalatującej nieco kiczem pseudo-filozoficznej pretensjonalności, gotowej taplać się w jakiejś mętnej metafizyce.

Niemniej jednak film jest w stanie dostarczyć materii na dyskusję o wzajemnych relacjach natury i człowieka (w tym natury mężczyzny i natury kobiety); o istocie żalu, strachu, cierpienia, rozpaczy, bólu, odkupienia…; o ciążącym nam od zarania grzechu pierworodnym; o predestynacji naszych klątw i upadków… co poświadczyła dyskusja, jaka wywiązała się po projekcji „Antychrysta” między widzami a Willemem Dafoe (doskonale przez wszystkich pamiętanego choćby z „Plutonu” Olivera Stone’a, czy „Ostatniego kuszenia Chrystusa” Martina Scorsese) i krytykiem filmowym „Chicago Tribune” Michaelem Philipsem.

Mimo wszystko film ten gotów jestem ocenić dość wysoko, bo wydaje mi się, że przenika go – tak, proszę się nie śmiać! – głęboka pasja tworzenia, jaka wyróżnia „Antychrysta” z całej tej miałkiej masy szpanerskich bzdetów i dyrdymał, której pełne jest dziś kino popularno-popkornowe.
A że film nie ma właściwie żadnego przesłania?
No cóż, czy każde poetyckie dzieło sztuki musi mieć przesłanie?
* * *

Obok scen brutalnych i odrażających - obrazy urzekające swoją poetyką i mistycznym tchnieniem

*

CON AMORE

*

Antonio Canova, „Amor i Psyche”, Luwr, Paryż (zdjęcie własne)

*

Miłość.
Najpiękniejsze a zarazem najbardziej strywializowane ludzkie uczcie.

Napisano o niej wszystko, do cna zbanalizowano, przenicowano na wszelkie możliwe sposoby. Dlatego tak ostrożnie podchodzimy do tego, by wyrazić się o niej wprost.
Nie obawiają się tego jedynie ci, którzy właśnie są zakochani – ci, którzy w tej danej chwili (tu i teraz) oddychają miłością… Im niepotrzebne są słowa. A jeśli już nawet wyrażają swą miłość, to wystarczają im te słowa najprostsze lub milczenie, czasem tylko gest lub czułe spojrzenie.

*

Każdy zdrowy i normalny człowiek pragnie miłości, bo tylko w relacji z drugim człowieku może się spełnić – jedynie w drugiej podobnej mu istocie może się odbić jego człowieczeństwo, niczym w lustrze, w którym przeglądamy się samym sobie i innym, gdzie szukamy sensu, gdzie przypatrujemy się wszelkim fenomenom życia.

*

Nasz głód miłości jest wielki, więc często mylimy z nią seks lub pożądanie.
Choć samo pożądanie nie jest jeszcze miłością, to zawiera w sobie jej ziarno, obietnicę, nadzieję… Wydaje nam się nie tylko przyprawą, ale i samą treścią, jaką wypełniamy naszą chwilę zespolenia ze światem – ów moment spełnienia, który odczuwamy jako afirmację istnienia.

*

Miłość może się obejść bez rozumu, tym bardziej bez tego rozumu może się obejść  seks i pożądanie, dlatego tak irracjonalne wydają się nam często zachowania kochanków i tych, którzy do siebie lgną, by zaznać choć tej chwili rozkosznego spazmu.

Rozsądek jest końcem wszelkiego nastroju, a przecież tylko on (nastroj) może ocieplić naszą egzystencję, uczynić ją bardziej znośną, uduchowioną – ubrać, udekorować tę scenę zimnego i obojętnego świata, na której rozgrywają się drama naszego życia.

*  *  *

Do napisania powyższych słów sprowokowała mnie pewna wiadomość, o której zresztą wspomniałem w jednym z komentarzy do tekstu o bachanaliach. Otóż przeprowadzono ostatnio badania, które wykazały, że częstotliwość doznawania przez kobiety orgazmu jest wprost proporcjonalna do stanu konta jej partnera, czyli do grubości … jego portfela; innymi słowy: zależy od posiadanego przez niego bogactwa.
W pierwszej chwili uległem pozornej oczywistości tej rewelacji,  lecz zaraz potem zdobyłem się jednak na spojrzenie krytyczne. Jest to bowiem nic innego, jak kolejna sensacyjka, która pod płaszczem naukowości stara się nas epatować zbyt daleko idącą i upraszczającą wszystko (by nie napisać – prostacką) konkluzją. Jeśli już nawet przyjmiemy kulturowo-biologiczną przesłankę tych wniosków o kobiecym pożądliwym wpatrzeniu się w pieniądze swojego kochanka, które stymulują jej orgazm, to musimy zauważyć, że pomylono tutaj skutek z przyczyną.

Oczywiście nie same pieniądze doprowadzają kobiety do erotycznej ekstazy, a posiadający je partner. Ta proste spostrzeżenie prowadzi do dalszego oczywistego wniosku, że jednak materialne bogactwo nie ma tutaj żadnego znaczenia, znaczenie natomiast ma sam mężczyzna, który właśnie dzięki cechom doprowadzającym kobietę do orgazmu, zdobył również pieniądze.
Koniec końców, ów mężczyzna upoiłby erotycznie kobietę, nawet gdyby był biedny jak mysz kościelna, a stan jego konta wynosiłby zero (bo np. nie przejawia on szczególnych skłonności do gromadzenia dóbr materialnych – a jego siła życiowa skierowana jest gdzie indziej).
Okazuje się, że coś wręcz trywialnie oczywistego jest ignorowane przez jakieś pseudo-naukowe doniesienia, których jedynym celem jest epatowanie medialnym sensacjonizmem.

*  *  *
Redukcja miłości – a nawet samego pożądania – tylko do biologicznych przesłanek, jest zbytnim uproszczeniem, odzierającym człowieka z tego, co jest dla niego najbardziej cenne – a mianowicie z jego kultury. Gdyż kultura ta jest nie tylko jakimś ubocznym produktem ślepej ewolucji, a czymś, co tworzy w świecie materii ożywionej odrębną, swoistą, wyższą i wyjątkową jakość.
Ponadto – i wydaje mi się to niezwykle istotne – w procesie rozwoju ludzkiej cywilizacji, doszło do czegoś w rodzaju kosmogoniczego sprzężenia zwrotnego: nasza kultura jest już w stanie wpływać na siły, które ją – za pośrednictwem człowieka – urzeczywistniły (wliczając w to siły kierujące ewolucją).

To wygląda tak, jakby kreacjonizm (jakkolwiek nazwiemy siły progresywne, kreatywne Wszechświata) włączył swój dodatkowy program.
Stworzenie może już dotknąć boskości, dzięki której powstało: kropla powraca do swojego Oceanu.
Może to jest właśnie ten poszukiwany przez nas sens…
Cel, którym zamyka się koło bytu?

*  *  *
Prawdziwa ludzka miłość nie szuka swych przyczyn w wirujących atomach, skręcających się łańcuchach cząsteczek, w chemicznych kwasach i zasadach…
Dla człowieka zakochanego wystarczającą afirmacją jego uczucia jest poczucie samej miłości – jednej z niewielu metafizyk, której jest wówczas pewny.

*  *  *

W TWOICH OCZACH…

*

*

I
*
Czy zobaczę w Twoich oczach wieczność?
(kiedy już wreszcie będziemy razem –
dwa czujące pyłki rzucone w otchłanie Kosmosu)
*
Czym jest bicie naszych serc
wobec ogromu
i chaosu Wszechświata
który może ładem jest
podległym prawom nieodgadnionego Boga?
Któż to wie?
*
Co pozostanie…
po nas, z nami, w nas?
Gdzie przetrwają nasze ślady?
Czy to możliwe
poza czasem i przestrzenią
kiedy już materia nie zda się na nic?
*
I I
*
Dotyk dłoni, czy spojrzenie
uśmiech, słowo, pocałunek…
ból albo szczęście
wszystkie nasze sny i jawy
zagubione i odnalezione miłości
*
Chwila spełnienia
która zapala się
w naszych ciałach i umysłach
i która gaśnie…
*
I I I
*
Zatrzymać moment
chłonąć istnienie
być, czuć, kochać…
a po nas choćby potop
i pożoga
zimne bryły meteorów
i popiół spalonych gwiazd…
*
W Twoich oczach chcę zobaczyć wieczność
i to byłaby odpowiedź Boga
na wszystkie moje pytania
*
* * *

KIEDY JESTEŚ…

 

*

*

To tylko Twoja skóra
oblekająca przestrzeń, w której już jesteś
a jednak mój dotyk rzeźbi Cię i stwarza
za każdym razem
kiedy zamykają się nasze oczy

Kości, krew, paznokcie, włosy…
to tylko dodatki do Ciebie
Ty jesteś w mgnieniu oka,
odbiciu źrenicy i splocie dłoni
w westchnieniu, jęku, muśnięciu rzęsy…
refleksie światła na obnażonej piersi
w jasnej smudze nagiego uda

Mimo to nie jesteś zwiewna i ulotna
a rzeczywista, dotykalna, cielesna
– miękka, wilgotna, oddana, ciepła…

Czy ta rozkosz to tylko przynęta,
którą natura zwabia nas
do swojej matni zwanej życiem?
Czy też boska nagroda
za poszukiwanie i znajdywanie
– za dopełnianie się w miłości?

To tylko moment
wykradziony zachłannej wieczności
a jednak smakuje tak,
jak haust życiodajnej wody,
jak schwytany na gorącym uczynku sens
– wyciśnięta z niebytu kropla istnienia

Wyłaniasz się z mroku
jasnym ciałem
i cichym szeptem

Język Twojej nagości
może się obyć bez słów
lecz Twoje plecy potrzebują światła,
które odbija się we mnie

Chwytając oddech
nie pragnę niczego więcej
może tylko…
jeszcze jednej chwili
takiej jak ta

* * * 

 (zdjęcie własne)

PUSTKA I ŻAR

 

 

 

 

Otwarłam oczy na całą tę jaskrawość
świata, jej blask oślepił mnie
więc odwróciłam głowę, by w mroku cienia
odnaleźć zagubiony spokój,
który był tu przed zgiełkiem
udającym wszelkie przyjemności życia,
zwabiające nas w pułapkę istnienia
dla kogoś lub czegoś,
co tylko igra z naszą nadzieją,
radością, smutkiem, ekstazą, cierpieniem

Chłonęłam obrazy,
które zmieniały się jak w kalejdoskopie,
byłam zachłanna na ich kolor, kształt i fakturę,
na morza, miasta, krajobrazy, drzewa…
na twarze zmieniające się jak w albumie Boga
na postaci zastygłe w stop-klatce chwili
na gesty zdradzające stan serca i umysłu
na myśli snujące się między duszą a ciałem

I pytałam się: gdzie jestem?
gdzie jest mnie więcej?
w ich odbiciu we mnie
czy w moim odbiciu w nich?
A może zagubiłam się gdzieś
między oka mgnieniem a brzegiem nicości
porwana przez życie i fale czasu
w morzu rozlewającym się stąd do wieczności?

Budowałam miasta z ulic miłosierdzia
rozpinałam mosty nad rzekami złudzeń
wznosiłam wieżowce westchnień i radości
szkliłam pawilony jasne od uśmiechów

w ogrodach rozsadzałam pędy miłości
okna przysłaniałam kotarą ze smutków
ze strachem zmagałam się w domach pociechy
z nienawiścią uporałam na śmietniku pychy

W tych moich dekoracjach umieściłam Jego
niejasny zarys, który stawał się konkretem
bijącym mnie w oczy, godzącym w serce
lecz częściej majaczył on przymglony
marzeniem, tęsknotą, myślą, złudzeniem…

Kiedy był blisko, oddawałam mu wszystko
wchodził we mnie każdym porem skóry
czułam jego dotyk, ślinę, pot i spermę,
w moim wnętrzu gotowała się rozkosz,
w którą zamieniał się nawet mój ból

Byłam z nim ale byłam sama
wystawiana ciągle przez zmysły do wiatru
smagana absurdem, który wcześniej był sensem
Czułam jak twarz owiewa mi chłód
jak wysychają moje wargi i usta
jak w gardle więźnie mi gorycz
i zalega piasek nieludzkiej pustyni
i że znów, gdzieś głęboko, wewnątrz
wylęga się we mnie ta przeklęta osobność

A jednak szłam dalej i dalej przed siebie
nie oglądając się na popioły i zgliszcza
pływały nade mną statki pijane
rozwierały się pode mną przepaście
Widziałam jak spod chmur pierzchają wystraszone anioły
a po ziemi pełzają jaszczury i węże
Sen uparcie mieszał się z jawą
szukającą dla siebie ulgi w obłędzie

Gdzie jest tego kres? I jaki on jest? I kiedy?
Za którym widnokręgiem nastąpi ciemnokrąg?
Gdzie ta droga z ostatnim zakrętem,
za którym powinniśmy już wyjść na prostą
prowadzącą nas do nieskończoności?
Tam gdzie wszystko zamieni się w nic
i nic nie będziemy już mieć do stracenia

*  *  *

 

 

Ilustracja: zdjęcie (i stylizacja) własne (wg „Pocałunku” Rodina)

BACHANALIOWE VARIÉTÉS (Dionysos Recidivus)

Bachus – bóg wina, płodności i urodzaju (tak, jak go widział i namalował Velazquez)

 *

Dionizje, bacchanalia, orgie, karnawał… zmysły spuszczone z postronka, zwierzę rozprawia się w człowieku z rozumem. Rozsądek gubi się w rozpętanej chuci. Wyzwolenie z norm – nakazów i zakazów – poczucie archetypicznej wolności, szał powrotu do świata niczym nie skrępowanych instynktów. Moment oddania się siłom popędu – mocy, która kreowała nas – w naszej nieświadomości – przez miliony lat.
Ekstaza łączenia się z Ponadczasowym, Nieogarniętym, Bezkresnym i Niepojętym.
Powrót do Boga, czy też do Diabła?
A może do tego samego Źródła, gdzie boskość i diabelskość wirują razem w kosmicznym Tańcu Stworzenia i Wiecznego Powrotu?
Poczucie w trzewiach – podbrzuszu, łonie i jądrach – tam gdzie poczyna się nowe życie; gdzie krew zaczyna krążyć szybciej i pulsować w żyłach – to krwawe wino gotujące się w naczyniu płodności.
Płomień, który podsyca, trawi i oczyszcza.
Pożądamy, łakniemy i gasimy pragnienie. Spalamy się i odradzamy.
Wieczność chwili – chwila Wieczności. W Jednym.

*  *  *

Motyw bachanalii przewijał się w malarstwie europejskim przez wszystkie epoki. Przy czym, istotna była nie tylko jego treść, ale i estetyczne możliwości jakie ów temat dostarczał twórcom. Każdy z nich mógł bowiem zaadoptować bachanalia do ekspresji swojego stylu, osobowości – własnej artystycznej koncepcji.

*

1. Guilio Romano ( „Bacchanalia”. Fresk z Palazzo Ducale w Mantui.)

Sztuka Renesansu pod pretekstem humanizmu popularyzowała także rysy pogańskie, czerpiąc pełnymi garściami z kultur starożytnych, przed-chrześcijańskich. Tym samym tworzył się klimat, w którym Europa mogła dążyć wprost do Oświecenia. Korzystał z tego również Romantyzm. Swoje apogeum zaś neopoganizm znalazł w dionizyjskim nietzscheaniźmie.

*

2. Andrea Mantegna ( „Bachanalie z Sylenem” ).

Mantegna, skądinąd wirtuoz perspektywy, tu, w swych „Bachanaliach z Sylenem”, prezentuje nam kompozycję dość płaską, szeregową. Ale już ten jego „ponuryzm” widoczny jest doskonale – nawet z tak kipiącego siłami witalnymi wydarzenia, jakim było święto boga wina i płodności, Mantegna robi w tym sztychu paradę udramatyzowanych smutasów.
Aż trudo uwierzyć, że ten tłusty i obrzydliwy Sylen był kompanem i nauczycielem Dionizosa. Największy pijak w mitologii, był ponoć także największym mędrcem. Może więc jednak Mantegna jest jednym z tych niewielu interpretatorów bachanalii, który trafia w ich ciemne jądro?

*

3. Nicolas Poussin ( „Bachanalie przed statuą Pana” ).

Poussin, największy klasyk XVII wiecznej Francji, zapatrzony w antyk, przesiąknięty już kartezjanizmem, ale na swój sposób… zesztywaniały. Wystudiowana do granic sztuczności kompozycja, każda postać staje się modelowa – klasyczny ideał piękna ulega w obrazach Poussina pewnemu skostnieniu. Mit zostaje poddany tutaj nadmiernej intelektualizacji, która okazuje się dla niego zabójcza.

*

4. Tycjan ( „Bachanalia Andrian” ).

Płótno to przypomina nieco Poussina, ale wielki Wenecjanin idzie tu o wiele dalej, niż spętany klasycyzmem Francuz Mikołaj. Przede wszystkim „rozpuszcza” swoje postacie, które mają w tej przestrzeni na tyle swobody, że wchodzą w dość spontaniczne między sobą relacje – czego efektem jest większa naturalność kompozycji. Z jednym wyjątkiem: goła laska przeciągająca się w prawym dolnym rogu płótna. Trochę ni przypiął, ni przyłatał… Może to rodzaj haraczu, jaki spłacał Tycjan modnemu w jego czasie, leżącemu aktowi kobiecemu, z którego tak dumna była wenecka szkółka?

*

5. Pablo Picasso ( „Bachanalia” – wedle Tycjana).

Szkoda, że nie możemy zobaczyć tego obrazu w całej jego okazałości. Dopiero wtedy bowiem moglibyśmy docenić twórczy wysiłek Picassa, który po dekompozycji dzieła Tycjana dokonuje syntezy – scala swoją wizję za pomocą własnego języka, wychwytuje ten z pozoru bezładny kalejdoskop kształtów i barw, zamieniając go w coś monumentalnego, ale i żywego zarazem.
Obraz ten przypomina mi słynną „Guernicę”, z tym, że „Guernica” była orgią destrukcji, zaś „Bachanalie” są orgią witalności.
Lubię Picassa z tysiąca różnych powodów (choć niektóre jego płótna wydają mi się po prostu szkaradne). Będąc jednym z największych artystów współczesnych (jeśli nie największym), nie zanegował całego dziedzictwa malarstwa europejskiego (jak uczyniło to – często z dezynwoltury, a czasami i ze zwykłego lenistwa – wielu zarozumialców sztuki współczesnej), lecz dokonał swoistej transforamacji tego malarstwa, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie. (Warto przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta). Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów – ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmnij równy.

*

6. Peter Paul Rubens ( „Bacchanalia” ).

Mój faworyt. Któż inny, jak nie Rubens ze swoim ekstatycznym rozbuchaniem koloru i kompozycji nadaje się na najlepszego bachanalistę?
Warto zwrócić uwagę, jak jego podejście do tematu jest oryginalne i niebanalne: nie spotkamy tu frywolnej orgietki (zabawiających się winem, śpiewem i kobietami) drobnych pijaczków. Są natomiast masywne, diablopodobne, parzystokopytne opoje – rozsadzane przez siły bynajmniej nie wegetatywne. Bujnie ucieleśnione macierzyństwo, niczym weneryczny relikt z Willendorfu; nieokiełznana włochata samczość – doprowadzająca do orgazmu samice mocne i namiętne; zatrważająca zaś samiczki płoche, słabe i bojaźliwe (bo zarówno jednym, jak i drugim kojarząca się z diabelskością).
Genialna kompozycja: jedno wielkie – organiczne wręcz! – kłębowisko upoj(o)nej, kipiącej, przelewającej się elan vitale.

*

7. Henryk Siemiradzki ( „Bachanalie” ).

W obrazie Siemiradzkiego widzimy już tę XIX-wieczną mgiełkę dekadencji, ale jest również lekkość, całkiem znośna zresztą. Pan Henryk bez większych ceregieli przerzucał się z tamatów biblijnych na orgiastyczny antyk, ale robił to z pełnym kolorystycznym i kompozycyjnym wdziękiem, który nawet na jego „Pochodnie Nerona” pozwala nam patrzeć, jak na barwne bukoliki.
Oglądając zaś te „Bachanalie” nie mogę się oprzeć wrażeniu, że są one takie… swojskie, niemalże kresowe – mimo dziwnych strojów panieniek i rozrywających je, uwieńczonych laurowych zielskiem, hulaszczych brodaczy.

*

8. Kazimierz Sichulski ( „Bachanalia” ).

Podejrzewam, iż Sichulski nieźle się tym obrazkiem bawił. Uwalony w czte… sorry – w trzy d… Bacchus jest tu bardziej jowialną karykaturą pijanicy, uśmiechającym się błogo satyrem, niźli samym winnym bóstwem, który ma zagrzewać do orgii. Wygląda na to, że bardziej go pociągały targane przez osły beczki wina i ich zawartość, niż ten dziewczęcy tercet (i jego zawartość).
Radosna, jasna paleta akwareli nadaje obrazkowi lekkości i rumieńców wdzięcznej, bezpretensjonalnej bagateli.

*

9. Auguste Leveque ( „Bacchanalia” )

Na pierwszy rzut oka scenka ta wygląda niczym marzenie erotomana śniącego orgię z udziałem pięknych, modelowych wręcz kobiet, ale po głębszym wejrzeniu dostrzegamy, że płótno to jest manifestacją bardziej kobiecego, niż męskiego erotyzmu. Obraz bowiem dominują kobiety – a właściwie ich ciała. Ukazani tu mężczyźni wyglądają na jakichś takich… zapracowanych w tym swoim pożądaniu – sprawiają wrażenie, jakby byli tylko jakimiś dodatkiem – ledwie instrumentami dostarczającymi kobiecie rozkoszy. Bo to kobiety, ich erotyczna ekstaza i zmysłowe wyuzdanie, są tutaj główną treścią. Zresztą, to właśnie one brały udział pierwotnie w bacchanaliach, dopiero później dopuszczeni do nich zostali mężczyźni. Kobiety pozostały jednak liderkami kultu.

*

10. Autor (mi) nieznany ( „Bacchanalia” )

A oto sprośność mocno wyrazista choć posunięta dość w latach… mam tu na myśli satyrów, którzy jako żywo wyglądają już na dziadków. Z tym, że dziadków – jak to wyraźnie widać – jurnych. Czyli chuć stara ale jara. Przykład erotyzmu gerontologicznego, a na dodatek szelmowskiego.
Cała orgietka zdaje sie mieć miejsce w jakimś ogrodzie obfitości – tak jakby to pełne erotycznej dezynwoltury towarzystwo zbierało owoce swojego bujnego życia i nie przejmowało się żadnymi dietami i restrykcjami, zwłaszcza obyczajowej przyzwoitości zarezerwowanej dla stłamszonych i wygaszonych już seksualnie frajerów.
Niestety, nie znam autora tej ryciny, choć odnoszę nieodparte wrażenie, że kiedy wykonywał on to swoje bachnaliowe dziełko, był dokładnie w wieku ukazanych w nim satyrów. A jeśli chodzi o styl? Chyba jednak więcej w nim baroku niż dekadencji, więcej ochoczej żywotności i popędu niż znużonego przesytem zblazowania.

*

11. Benjamin Canas ( „Bacanal” ).

Obraz ten zalatuje mi jakimś magicznym surrealizmem, ale jest w nim coś solidnego, opartego na mocnych podstawach. Tłumaczyć to można tym, że Benjamin Canas był również – a może nawet przede wszystkim – architektem.
Dionizyjskie siły witalne wypełniają tu bryłowate ciała Bachusa i jego wielko-udej kobiety, które wszak – mimo swojej atletyczności – zdradzają jakiś podskórny lęk, tak jakby ulegały jednak obcej presji, np. dziwnego, ospowatego księżyca. Mamy wszelako wrażenie, że zarówno przyciąganie ziemskie, jak i muzyka jest po ich stronie.

*

12. Marc Chagall ( „Bacchanalia” ).

Toporność konturów Chagalla jest tu oczywiście zamierzona – mistrz wielkim poetą był a jego skłonność do oniryzmu widoczna jest wszędzie, zwłaszcza w takich – wydawałoby się – infantylnych malowankach. Jest to jednak dziecinność poddana grze nieuświadomionych, niepokojących popędów – tych drzemiących lub skradających się bestyjek seksu.
Bachanalia, niby naiwne, ale jednak nasycone erotyzmem – krwistą czerwienią dionizyjskiego wina, która dominuje słoneczną żółć zwiewnej pogody ducha i pastoralną zieleń zmysłowej przyjemności.

*

13. Miriam Brumer ( „Bacchanalia” ).

Figuratywność bachanalii zastąpiła tu radosna feeria barw tętniącego życiem mikrokosmosu. Z abstrakcji wyłania się pulsujący organizm – przezwyciężony zostaje amorfizm materii.
Czy patrzymy na dionizyjskie źródło?
Czy możliwe jest aby w końcu wyłoniła się z tego apollińska harmonia?
Czy aby na pewno tęsknimy za ładem wobec tak spontanicznej witalności?

*

14. William Bouguereau ( „Bacchanalia” ).

Akademizm zbierał cięgi przez długie dekady, aż wreszcie wrócił do łask, i to nawet wśród autentycznych koneserów sztuki, zmęczonych zagubionym estetycznie modernizmem. Już nie jest takim obciachem przyznawanie się do patrzenia przychylnym okiem na słodkawe i kolorowe dziełka Bouguereau, Gerome’a czy Alma – Tademy, w których doceniono wreszcie mistrzostwo pędzla. Bowiem niewątpliwie, aby namalować takie obrazy, trzeba być w swojej klasie mistrzem.
Jednakże rozumiem doskonale przesłanki XIX wiecznej walki nowej sztuki z akademizmem – a była to walka na śmierć i życie .
Lubię te „Bachanalie” Bouguereau – podoba mi się tu zwiewność, lekkość i atmosfera; świetliste ciała urodziwych nimfetek bałamucących odurzonego już mocno Bachusa (a może one chcą go po prostu umyć? – przed czym on się wzbrania rękami i… kopytami). Taki obrazek to wytchnienie – w momencie kiedy na niego patrzę nie odczuwam potrzeby głębi, doszukiwania się ukrytych znaczeń, odkrywania wyrafinowanego symbolizmu… Wystarcza mi jego powierzchowna „ładność”.

 

GROT Z OBSYDIANU

 

 

I.

Na początku był kamień
ostry niczym wilczy kieł
choć z drugiej strony był obły i gładki
w sam raz dla chwytnej dłoni,
którą stawała się moja owłosiona łapa

Serce zwierzęcia już nie biło jak moje serce
jego oczy tak ruchliwe przed chwilą
wpatrywały się teraz w coś
czego ja jeszcze nie mogłem dostrzec

Odciąłem łeb, rozprułem brzuch,
zanurzyłem ręce w ciepłych i parujących trzewiach
Odurzył mnie słodki zapach krwi
połechtał widok czerwonego mięsa
Przełykając ślinę dziękowałem bogom
– znów mi się udało przechytrzyć duchy
upolowanej ofiary

Czy przebłagały je nasze modły?
A może mazidła na skalnej ścianie?

II.

To zwierzę, które śpi w kącie mojej jamy
jest trochę do mnie podobne,
ale ma w sobie mleko,
którym karmi mojego syna
Ma też gładszą skórę, smuklejsze palce
i dziwne upodobania:
przegląda się w spokojnej wodzie
wpina w swoje kudły kwiat
a kiedy moja strzała chybi jakiegoś kolorowego ptaka
to klaszcze z uciechą w łapki

No i opowiada jeszcze niestworzone historie,
których słowa zaczynają płynąć jak mgły
albo śpiewać jak wiatr pomiędzy drzewami

Ale czy mógłbym się bez tej istoty obejść?
Czy utrzymałbym to ciepło i ogień?
Może więc wymyśleć dla niej jakieś ludzkie imię?
(Ciągle jeszcze,
na wspomnienie jej rozchylonych ud
zaczynam dyszeć
rozszerzają się moje nozdrza
wysycha przełyk
i czuję jak pod moim brzuchem
nabrzmiewa męskość)

* * *
Nie daje mi też spokoju
ten kamień, który pokazał mi kiedyś
mój bardzo dziwny brat,
którego plemię uparło się nazywać szamanem:
przypominał samicę z wielkimi piersiami, łonem
i jeszcze większym zadem
Nie pozwolił mi jednak jej dotknąć
a tylko patrzeć,
jak kładą się na niej cienie ogniska
i bierze ją w posiadanie księżyc

III.

Ta figurka nie ma głowy – pomyślałem
Neonowe światło gabloty było chyba zbyt mocne
bo rozpraszało nie tylko chropowatość kamienia
ale i moją uwagę – musiałem więc zmrużyć oczy.

Kobieta, której zapach jeszcze mnie nie opuścił
(nie zabił go nawet antyseptyk hotelowej pościeli
ani moje pachnidło allure – homme – Chanel)
stała w drugim kącie sali
wpatrzona w kontury z czerwonej ochry i ryty
jakie można było jeszcze dostrzec
na popękanych kamiennych tablicach
(a może była tam również krew?)

Wiedziałem, że zaraz podejdzie do grotów z obsydianu
a ja zdradzę się
ze swoim bijącym jak dzikie źródło sercem

Cóż innego mi pozostało,
jak ścisnąć mocniej
ten chłodny a zabójczy metal,
który trzymałem w ukryciu kieszeni?
I odgonić od siebie koszmarny,
towarzyszący mi od zarania obraz:
gasnące oczy zwierzęcia,
w których zatrzymało się
przerażenie widokiem bestii
 

* * *

 

_________________________________________________________

Ilustracja: Pablo Picasso („Minotaur Caressing a Sleeping Woman„)
_________________________________________________________