(…)

Ten znicz płonie na mojej stronie o tym samym czasie, każdego roku – ku pamięci tych, którzy od nas odeszli.

.

 

Komentarzy 51 to “(…)”

  1. Stanisław Błaszczyna Says:

    UWAGA: TEN ZNICZ PŁONIE NA MOJEJ STRONIE O TYM SAMYM CZASIE, KAŻDEGO ROKU – KU PAMIĘCI TYCH, KTÓRZY OD NAS ODESZLI.
    (Komentarze pochodzą z różnych lat)

  2. Ewa Says:

    Bardzo się cieszę na to Święto. Nigdzie na świecie nie jest ono tak piękne jak u nas. Tym bardziej, że pogoda wciąż bajeczna; zaczęła się jesień ze wszystkimi złoto-rudościami. Na grobach spotykamy się tłumnie, dźwigamy donice z chryzantemami, stawiamy je na wypucowanych świątecznie nagrobkach… Kwiaciarnie przenoszą się na cmentarze; jest więc pięknie i radośnie niemal.
    Szczególnie lubię wieczór wśród gromadnie wędrujących rodzin, z torbami zniczy. Bo gdy już wszystkie zapłoną na tle kwiatów i ciemniejącego nieba – robi się jak w niebie właśnie (!?). Gromadki bliskich nam osób, wspominki o nieobecnych, których obecność czujemy w tym dniu szczególnie… Czarodziejski czas.

  3. Kartka z podróży Says:

    Jak bardzo mogą różnić sie nasze oceny i opinie. Ja właśnie z tych powodow, o których pisze Ewa nie cierpię tego dnia. Celowo piszę „dnia” a nie „świeta” bo dla mnie jest to dzień głęboko dołujący. Jak nigdy czuje w zaduszki ból samotności wśrod tej krzątaniny zaprzątnietego glansowaniem do połysku grobów tłumu.
    Pozdrawiam

    • sarna Says:

      Kartko, a ja w ten szczególny dzień odwiedziłam swoich bliskich, którzy bezpowrotnie gdzieś Tam … , a przy okazji spotkałam tych, którzy gdzieś Tu, tylko ciągle im brak czasu dla rodziny i znajomych. Ten jeden dzień w roku, nie Wielkanoc, nie Boże Narodzenie, ale właśnie Ten dzień sprawia, że spotykamy się przy grobach i nie ma nic ważniejszego ponad rodzinę i znajomych, którzy byli dla nas ważni i tacy pozostali mimo, że już „fizycznie” nie ma Ich wśród nas.

      Inskrypcje na grobach dają wiele do myślenia np. ta: „pamięć jest wdzięcznością serca” – pierwsza refleksja, że tak!, tak właśnie jest, ale potem kolejna refleksja i już myśl, że niekoniecznie. Niezmiennie natomiast odwiedzam każdego roku grób obcego dla mnie człowieka, by zadumać się nad wyrytymi na nim słowami, w które chcę wierzyć:

      przychodzimy na Ziemię, by marzyć,
      przychodzimy na Ziemię, by śnić,
      bo nieprawdą jest, bo nieprawdą jest,
      że przychodzimy Tu by żyć

      Ewa ubrała w mądre słowa coś, co również ja czuję ‚Wciąż możemy zaświadczać, że wszyscy Oni byli wspaniali i potrzebni są nam wciąż – nawet po drugiej stronie tęczy”.

  4. Logos Amicus Says:

    Miałem przez najbliższe dni zachować tu milczenie, ale Wasze – Ewo i Kartku – komentarze zmusiły mnie jednak do napisania tych kilku słów. Tak, każdy z nas inaczej podchodzi do tego DNIA (jakiegokolwiek byśmy nie mieli wobec niego stosunku, nie jest to dla nas taki dzień jak co dzień, choćby z tego względu, że wychowaliśmy się w kraju – w jego kulturze i tradycji – gdzie przydaje się mu szczególnej wagi).
    I niech taki będzie.

    Ten symboliczny płomień przypomina mi ludzi, których znałem, a których nie ma już wśród nas – żywych. Ale umieściłem go tutaj zwłaszcza z myślą o mojej Drogiej Mamie, która odeszła gdzieś TAM, na początku tego roku.

    Wiem, że prowadzenie bloga z samej swej natury jest pewnym ekshibicjonizmem, ale – jeśli chodzi np. o mnie – to ten ekshibicjonizm ma jednak pewne intymne granice, (których jednak nie można mylić z brakiem szczerości). Dlatego nigdy do tej pory na mojej stronie nie wspomniałem nawet słowem o tej śmierci, która była jednak dla mnie czymś niezwykle bolesnym. Teraz robię wyjątek. I po prostu o tym piszę. Zwracając się gdzieś TAM – w te kosmiczne otchłanie, gdzie prędzej czy później każdy z nas się znajdzie.

    A czy radość, czy smutek? Albo spokój lub niepokój?
    I tak dobrze jest, i tak…
    Przecież i tak nie jest to naszym wyborem… Bardziej poddaniem się rytmowi, jakiemu ulega nasze życie.
    Pozdrawiam

  5. jula Says:

    Polska tradycja to czas zadumy… Szczerze Ci współczuje z powodu śmierci mamy , śmierć bliskich to dla mnie odejście jakby cząstki nas samych :( …
    Wiem , że masz w Polsce rodzinę – siostrę i piękne siostrzenice .Sama widziałam je na tym Twoim blogu. ;)….
    Nie wiem gdzie jesteś w tej chwili . Czasami odległość działa kojąco , czasami nie – na wspomnienia.
    Z pewnością takie rodzinne spacery po grobach bliskich są bardziej radosne . Jednak każdy ma swój osobisty rytuał i sposób na przeżycie takich drastycznych rozstań. Nikt nie żyje wiecznie, każdy kiedyś umrze. I możemy tylko powiedzieć tym bliskim, których już tu nie ma. Do widzenia do jutra… :)

  6. Ada Says:

    S., zamiast niedoskonałych słów przesyłam – jak wtedy, jak zawsze – ciepłe myśli, pozdrowienia.
    I wiersz, który bardzo jest mi bliski.

    Konstantinos Kawafis

    „Głosy”

    Wymarzone, ukochane głosy
    tych, co umarli, albo tych, co dla nas
    tak są straceni, jak umarli.

    Czasem do nas przemawiają w snach
    czasem je w zadumaniu słyszy umysł.

    A z ich brzmieniem powraca na chwilę
    dźwięki najpierwszej naszego życia poezji,
    jak muzyka, która nocą, gdzieś w dali, dogasa.

    • Logos Amicus Says:

      To samotne drzewo przy polnej drodze – pamiętam z tej zimy, kiedy byliśmy jeszcze wszyscy razem.
      Zobaczyłem go nagle wtedy, gdy – nie mogąc znieść tępego bólu jaki sprawiał mi odgłos ziemi spadającej na drewniane deski trumny, którą jeszcze przed chwilą dotykałem dłonią – odwróciłem wzrok od ciemnego dołu.
      Tamtej zimy było to dla mnie bez znaczenia, że rośnie ono w pobliżu cmentarza. Nie myślałem wówczas jeszcze o znaczeniu tego sąsiedztwa.
      Teraz, w jednej chwili stało mi się tak bliskie, jakby dopiero co odkryła je przede mną pamięć – a ono wyrosło nagle gdzieś między mną a horyzontem, dokąd chciałem uciec wzrokiem – jakbym szukał tam jakiejś kojącej odpowiedzi.
      Na razie jednak słyszę tylko to – że nigdy więcej…

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/11/polna-droga-i-drzewo.jpg
      (…)

      • jula Says:

        Ja pamiętam to zdjęcie. :) …
        Ty piszesz .” Na razie jednak słyszę tylko to – że nigdy więcej… ”
        Ja natomiast stawiam sobie ciągle pytanie. Co by było gdybym tatę nie namówiła na b. niebezpieczną operację ? .. .. A On mi zaufał, że będzie dobrze :( …. I to pytanie będzie ze mną do końca moich dni. :(

  7. Ewa Says:

    Tak bardzo mi przykro Kartko z podróży,
    Tak bardzo mi przykro Logosie Amicus’ie.
    Całkiem niedawno straciłam wiele bardzo bliskich osób: Męża, Siostrzeńca-Chrześniaka, Dziadzia Wnuczki (drugiego).
    Wiem co to ból, bezsilność, zdumienie – że to już, to już całe ich życie.
    Moja radość ze Święta Zmarłych wydaje się pewnie irracjonalna. Ale ja cieszę się z tego, co wciąż mnie i nam zostało.
    Wciąż możemy zaświadczać, że wszyscy Oni byli wspaniali i potrzebni są nam wciąż – nawet po drugiej stronie tęczy. I nadal możemy się o Nich troszczyć; przynieść kwiaty, zapalić znicze, zmówić modlitwę.
    Cieszę się też, że nie jestem sama w tych staraniach, bo wokół są inni co pamiętają i potrzebują tej pamięci. Czy to mało? Tak, niewiele, ale wierzę że to niemożliwe „że nigdy więcej”. Wciąż czuję obecność tych, których ‚chwilowo’ nie ma. Wypatruję znaków; oszronionych drzew, snów, wspomnień – powodujących że prawie nie boli. Oswajam się z wiedzą o nieuchronności. Tak było, jest i będzie. „Jestem jak liść na wietrze” – mawiał Zygmunt. Miał rację; staram się mu wierzyć, zrozumieć, akceptować.

    Zawsze też mogę wziąć sobie do serca maksymę ks. J. Twardowskiego „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…”
    A z tymi kochanymi i kochającymi mogę też pójść zaświadczyć: pamiętamy o kochanych-nieobecnych.

  8. Torlin Says:

    Dla mnie ten dzień nie jest w najmniejszym stopniu dołującym. Dla mnie to jest Dzień Pamięci, przypominam sobie wspólne chwile, a nawet rozmawiam z nimi, wiem, co by mi odpowiedzieli. Szczególnie, że rzeczywiście pogoda jakby chciała nam wynagrodzić lato.

  9. jula Says:

    Lato nie było złe. :) ..
    Ja myślę, że jednak ludzie boją się śmierci i od zawsze starają się Ją w taki czy inny sposób oswoić, oszukać ;)…
    To święto tak obchodzone mimo wspólnoty rytuału w krajach katolickich, to tylko u nas. W większości krajów, np. a Anglii to tylko pamięć rocznicy śmieci. We Francji nie ma zwyczaju zapalania lampek. A u Żydów nawet kwiatów się nie zanosi. Tylko to co nie żyje, czyli kamienie. W wielu kulturach przemieszały się dawne wierzenia i nadal zostawia się, czy je razem ze zmarłymi. Są uczty na grobach czy w domach. Tak w Rosji na Słowacji czy krajach, gdzie ślad zaznaczyła kultura przedkolumbijska. ;)…
    Ja spacerując w moim mieście po nekropolii, miałam wrażenie w tym roku jakiegoś bazaru, odpustu. .. Nie wiem czy to mi się spodobało, raczej zaskoczyło !…
    Bo z jednej strony wesołość jarmarczna, a z drugiej mnóstwo grobów starych, zaniedbanych, zarosłych, bo brak rodziny, która by dbała, bo to zwykłe groby, nie zabytki !… Rodziny zabrakło to już spycharki wyrównały terem pod kolejne dla tych co ich rodziny są i płaca za miejsce na cmentarzu. :(…
    I dlatego się zastanawiam, czy nie lepiej na sposób laicki spopielić zwłoki i po godnym pożegnaniu rozrzucić zgodnie z wola zmarłego?….
    Bo przecież tyle pamięci o zmarłym co w nas bliskich a potem to i nawet zdjęcia zblakną …

  10. staszek_lem_lubił_krem_a_bolek_prus_smaży_mróz Says:

    trzeba naprawdę olbrzymiej wiary w rozum i – paradoks – podatności na sofizmaty, żeby uwierzyć w te słynne
    „dopóki jesteśmy, nie ma śmierci, a gdy ona przychodzi, nie ma nas”. Te zdanie nie rozwiązuje żadnego problemu, tak naprawdę. A jednak coś w nim tkwi kuszącego, prócz tej sofizmatyki…
    Dla mnie jest to zdanie pocieszające.

  11. Kasia Says:

    Czytam wypowiedzi sprzed roku i placze. wszystko to w kontrascie z wczorajszym halloween obchodzonym tu w irlandii hucznie. wlasnie zajrzalam do ogrodu – jest pelen petard..od sasiadow. Kontrast bedzie trwal caly dzien, w pracy wszyscy bede opowiadac o imprezach wczorajszych, pokazywac zdjecia swoich kostiumow itp. A w kraju dzis zaduma i wspomnienia..

    • sarna Says:

      Kasiu, skoro jesteś w Irlandii, to po sąsiedzku masz Szkotów, a Ci wiadomo jaką cieszą się sławą, otóż …
      – puka ktoś do drzwi Szkota,
      – kto tam, pyta Szkot,
      – otwórz, to ja – Śmierć, nie bój się to nie goście ;)

      Nie zżymaj się na zabawę innych ” w tym dniu”. Ci, którzy odeszli też lubili się śmiać, pewnie niejeden z nich powiedziałby Ci gdyby mógł, że szkoda życia na łzy, bo „chwila, która trwa może być najlepszą z Twoich chwil”.

      „Dżem” śpiewał : Bo w tym cały sens istnienia żeby umieć żyć bez znieczulenia – pewnie tak, ale trudna to szkoła.

      • Kasia Says:

        dziękuję. Wiesz to nie tak, że ja się zżymam, ja lubię Halloween. Po prostu porównuję te dwa bardzo różne dni, niczym do siebie nie podobne. Brakuje mi tego polskiego dnia zadumy, wspomnień tych którzy odeszli, świec. Chętnie doświadczyłabym tych dwóch dni jeden po drugim a nie albo Halloween albo Wszystkich Świętych. Pozdrawiam

  12. Megi Says:

    Jeżeli Stwórca Wszechrzeczy umieścił nas w swoim planie, to wierzę, że po ziemskiej drodze dalej będziemy kroczyć po alejach Wszechświata.
    Wiara w nieomylność i wspaniałomyślność Ojca Niebieskiego daje mi siłę na drogę wbrew temu co los niesie nie zawsze po mojej myśli. Czerpię radość z cudu istnienia na danym mi odcinku drogi.
    W takim obrazie łatwiej mi jest patrzeć na puste miejsca przy stole. Smutno bardzo, bardzo, ale staram się na przeciw temu co czuję nie przywoływać po imieniu tych, którym należny jest wieczny odpoczynek po czasie bytności na planecie Ziemia.
    Po ścieżkach w mieście ciszy moje kroki zwalniają, ze zdziwieniem patrzę na las zamkniętych książek i słyszę z każdego zakątka: memento mori, a kiedy widzę pomniki, marmurowe pałace, tytuły dyplomów przed nazwiskiem na tabliczkach, przepych niestosowny do miejsca, to troche wstyd mi jest za istoty żyjące.

    • Logos Amicus Says:

      „Jeżeli Stwórca Wszechrzeczy umieścił nas w swoim planie, to wierzę, że po ziemskiej drodze dalej będziemy kroczyć po alejach Wszechświata.”

      No właśnie, to byłoby dziwne (i marnotrawne) stwarzać takie cudowności – zwłaszcza istoty żywe, czujące i myślące, które same zdolne są do tworzenia – i nie zrobić przy tym żadnego back-up’u ;)

  13. Sigil of Scream Says:

    Z pewnością moje ulubione święto.
    Może dlatego, że śmierć odbieram trochę inaczej niż większość ludzi? Zawsze była mi bliska. I nigdy nie czułem, aby oddzielała. Może tylko w chwilach, gdy sam nie rozumiałem… Niemniej szanuję ją za mądrość i za to, czego nauczyłem się…
    A ten dzień przecież pozwala nam być bliżej zmarłych niż zwykle. Nie kojarzę go więc z żalem, raczej ze spotkaniem. Zresztą taki miał sens pierwotnie.

    • sarna Says:

      Sigil, ten dzień nie jest dniem „śmierci”, a życia.
      Ten, kto to pojmie i zaakceptuje, ten osiągnie spokój i szczęście – trudna sztuka dla tych „tu i teraz”. Chyba rozumiem, co usiłujesz powiedzieć …

      (gdyby link się nie otworzył to: R.Rynkowski – Jawa)

      • Logos Amicus Says:

        Sygil, Tylko wtedy, kiedy antropomorfizujemy śmierć, możemy o niej powiedzieć coś „ludzkiego”. Jak np. to, że jest „mądra” albo „głupia”.
        Ale śmierć istnieje w wielu wymiarach: od biologicznego, po kulturowy właśnie.

        Nas obchodzi (zwłaszcza emocjonalnie) najbardziej w tej sferze osobistej – zwłaszcza w relacji z osobami nam najbliższymi, no i oczywiście – jako doświadczenie kluczowe naszej własnej egzystencji.
        I jest nierozerwalnie związana z życiem – stąd też te nasze oświadczenia, że „Dzień Zmarłych” nie jest świętem śmierci, a życia. (Swoją drogą, celebrować śmierć mogą chyba tylko takie osoby, jak Sygil, który uważa ją za swoją bliską Przyjaciółkę ;) )

        Kiedyś pomyślało mi się coś takiego: „Bez śmierci możliwe byłoby istnienie, ale nie życie”.
        Kamień istnieje wiecznie, ale nie żyje. Człowiek żyje, więc musi umrzeć. Ale czy nie może później istnieć – już bez śmierci – w innym wymiarze? Oto jest pytanie.

  14. Onibe Says:

    śmierć bywa bardzo osobista – właściwie dopiero wtedy kiedy przeżywa się ją intymnie nabiera jakiegoś znaczenia dla żywych. W innym przypadku to po prostu kolejny artefakt kulturowy: śmierć jako kawałek znicza, kilka centymetrów knota i parę kilo sztucznych kwiatów. Nie oceniam, więc również unikam komentowania takich okazji, ale co tam: nie lubię wszystkich świętych. Od wielu lat nie obchodzę. Wychodzę z założenia, że jeśli kalendarz ma mi przypominać o zmarłych, to lepiej nie pamiętać. Ale ja jestem dziwny. W swoje urodziny najczęściej wyłączam telefon, bo jak ktoś ma mi zawracać głowę i składać banalne życzenia, to lepiej niech sobie obejrzy w telewizji kilka reklam ;-). Kto ma znaleźć drogę do serca, ten znajdzie i bez kalendarza. Kto ma znaleźć drogę do pamięci, ten znajdzie bez kalendarza… Ale to tylko moja opinia, nie będę jej bronił ani wyjaśniał. Póki nikt mnie nie zmusi do obchodów wszystkich świętych, póty ja nikomu nie zabronię tegoż… ani nie będę mu psuł przyjemności.

    • Logos Amicus Says:

      Ceremoniały i rytuały są nieodłącznym elementem naszej kultury. Mają swoje znaczenie, sens – pełnią określoną funkcję. Inną sprawą jest to, jak każdy człowiek podchodzi do nich indywidualnie, co one rzeczywiście znaczą dla niego. Dla kogoś może się to wiązać z głębokim duchowym przeżyciem, dla kogoś innego być tylko zwyczajowym, płytkim, bezrefleksyjnym, rutynowym, „stadnym” zachowaniem.

      Dla mnie to „Święto” jest ważnym świętem, mam dla niego szacunek – zdecydowanie bardziej mi odpowiada (jeśli chodzi o nastrój, klimat, znaczenie kulturowe), niż taki typowo ludyczny Haloween, który to ważne doświadczenie egzystencjalne człowieka, jakim jest śmierć, zamienia właściwie w szopkę i dziecinadę (jest to swego rodzaju odmowa głębszej refleksji, poważniejszego potraktowania fenomenu śmierci).
      Ale ja też nie chcę tego oceniać – Haloween ma też swoje dobre strony i pełni pożyteczną funkcję.

      Ja na Święto Zmarłych i Dzień Zaduszny patrzę jednak także przez pryzmat tego, jak jest ono traktowane przez moją rodzinę, (która jest liczna – więc jest to choćby okazja do spotkania, wspólnego wspomnienia bliskiego zmarłego, pamiętania o nim). Ale co najważniejsze w tym wszystkim: to wszystko (pamięć, wspomnienie) nie odbywa się tylko „od święta” – ono jest w mojej rodzinie czymś niemal powszednim, w każdym razie nie ogranicza się tylko do zwyczajowej rutyny.

      A cała ta sztuczna oprawa (tony zniczy, kwiatów, wieńców… etc.) to mnie właściwie nie obchodzi i uważam, że można byłoby się bez niej obejść. Jestem tu za powściągliwością, skromnością (także tą estetyczną) – a przeciw afiszowaniu się i robieniu czegokolwiek na pokaz.
      Chociaż (patrz komentarz Ewy powyżej), również i na to można spojrzeć pozytywnie.

      Tak naprawdę liczy się jednak to, co jest rzeczywistym, prawdziwym, autentycznym doświadczeniem człowieka – to co jest w Tobie. To, czy naprawdę myślisz o zmarłym człowieku jako o osobie żywej, czyli takiej, która nadal jest częścią Twojego życia.
      Reszta to pozory.

      • Onibe Says:

        nie jestem w stanie zajrzeć do czyjejś głowy a tym samym nie mogę autorytarnie stwierdzić, że ktoś ściemnia, a ktoś inny przeżywa głęboko. Wątpliwości rozstrzygam w tym przypadku na korzyść ;-). Ale, sam wobec siebie, pozostaję wątpiący. Bo jakoś ciężko mi uwierzyć, że dwadzieścia milionów ludzi nagle, jednego dnia popadło w autentyczną zadumę nad swoimi bliskimi… statystyka przeczy takiej możliwości. Zresztą, myślę że nakłada się to na konsumpcję kościoła w Polsce. Tak się składa, że nie uczęszczam na msze, ale czasami zdarza mi się bywać w kościołach lub obok (celem robienia zdjęć). Nie przestają mnie zdumiewać tłumy odświętnie ubranych ludzi chadzających do kościoła co niedzielę. Jak wielu z nich odczuwa bliskość z sakrum, a ilu uczestniczy w rytuale, który po prostu boją się przerwać? Słysząc co się dzieję zaryzykuję stwierdzenie, że sakrum jest obce nawet księżom, którzy stali się urzędnikami w swoich parafiach (jak to było w średniowieczu, na przykład). Gęsto u nas od rytuałów, gęsto. A mnie się zdaje, że gdyby mniejsza presja była, łatwiej byłoby wybrać człowiekowi to, co naprawdę potrzebuje. Znam nieco ludzi takich jak ja, toczący w gruncie rzeczy bezsensowną walkę z rytami i tradycjami tylko dlatego, że wobec braku przestrzeni na dyskusję możliwe są tylko dwie opcje: 100% tak lub 100% nie. Ale to tylko tak na marginesie – piszę co czuję bez chęci przekonania kogokolwiek. Szanuję ludzi, którzy mają odwagę praktykować rytuały z przekonania – w przeciwieństwie do tych, którzy niczym jesienne liście lecą tam gdzie wieje wiatr…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Podzielam w dużej części Twój sceptycyzm, ale z drugiej strony przestrzegałbym (niezbyt fortunne słowo, trącące na domiar złego jakimś dydaktyzmem, którego nie lubię) przed lekceważeniem – a tym bardziej walką – z rytuałami i tradycjami. Zwłaszcza, że to takie teraz modne, nie tylko na salonach, bo i młodzież daje się na to nabierać (bo to jest cool – chrzniać na patriotyzm i tradycję, dobry tylko dla ramoli, moherów i frajerów). Inna sprawa, że ten tzw. front patriotyczny i tradycyjny mocno na tę idiosynkrazję sporej części społeczeństwa pracuje. (Nie chcę jednak się na ten temat rozwodzić – tym bardziej, że nie widzę spraw polskich z bliska.)

          Sacrum jest człowiekowi potrzebne, choćby po to, by próbować się uwolnić od tego bydlęcia w sobie – by nie dać zrobić z siebie marionetki poruszanej przez ślepe siły machiny materialnego świata, ani kogoś, kto tylko chce sobie zrobić dobrze.

        • Onibe Says:

          nie ulegam modom, ale pewnie masz rację: kwestionowanie wszystkiego jest modne obecnie. Równie modne jak nie kwestionowanie niczego. Zauważyłem jakiś czas temu, że obie skrajności mają się dobrze i są porównywalnie reprezentowane. Jak zwykle brakuje złotego środka.

          A co rozumiem przez złoty środek? Akceptację tradycji ale pod warunkiem, że na pierwszym miejscu jest człowiek, a tradycja jest dla niego wygodnym fotelem, w którym siedzi i odpoczywa, regeneruje siły. Ja nie lubię tradycji bo widzę, że przybrała ona kształt stalowej klatki z kolcami: jeśli Cię nie boli, znaczy że plujesz na wszystko co dobre. Musi boleć, musi być niewygodne… Oczywiście to tylko tak na pokaz, bo skoro już sobie wywalczymy klatkę z kolcami, to oficjalnie się nią zachłystujemy, nieoficjalnie wychodzimy z niej ilekroć zgaśnie światło ;-). Hipokryzja to choroba naszych czasów, tak jak cukrzyca i parę innych ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie lubisz tradycji (jako takiej)? Czy też nie lubisz tradycji, bo przybrała ona kształt stalowej klatki ze złotymi kolcami?(Przyznam się, że mam trochę problem ze zrozumieniem tej metafory).

          Z tradycją jest tak, jak z każdą inną ideologią, mitologią, wizją historii: można jej użyć zarówno w dobrym, jak i złym celu. Niemniej jednak tradycja jest niezbędna do zachowania pewnej ciągłości historycznej, pewnego ładu, stabilizacji – również tożsamości (nawet jeśli nie narodowej, to kulturowej, cywilizacyjnej).

          Może to z racji wieku, ale ja wyrosłem już z wszelkich radykalnych ciągotek i odruchów rewolucyjnych, które chcą niszczyć wszystko, co było dotychczas, wprowadzając swój „porządek”, (który i tak zawsze w takich przypadkach zamieniał się w zwykłą anarchię, gdzie zdecydowanie więcej było destrukcji niż jakiejkolwiek konstrukcji).
          Niewątpliwie w mojej postawie było coś z tego, o czym mówił Gombrowicz: że do 30-ki człowiek jest podpalaczem, po 30-ce zaś – strażakiem.
          A zawsze łatwiej jest burzyć, niż budować – zwłaszcza jeśli zniszczyło się również fundamenty.

          Prawdziwą sztuką jest wprowadzać nowe (bo to jest warunkiem progresu) korzystając z dobra, wartości i mądrości tego, co osiągnęliśmy dotychczas.

        • Onibe Says:

          nie jestem właśnie przekonany, że człowiek potrzebuje tradycji. Uważam, że każdy człowiek potrzebuje maksymalizacji własnego wkładu w świat. Tradycja nakazuje ów wkład zminimalizować, bo w tradycji wszystkie role są – tradycyjnie – przypisane, wszystkie odpowiedzi – tradycyjnie – udzielone, a zadawanie pytań jest widziane niemile ;-). Tradycja to status quo, postęp jest tradycji wrogi. Nie twierdzę, że postęp jako taki jest zawsze pozytywny – wręcz przeciwnie: postęp przynosi niepewność, strach, rozczarowania. Ale zamiast okładu z tradycji stosowałbym raczej terapię umysłową, kazał ludziom szukać w sobie siły i stabilności. W sobie, nie poza sobą…

          W nieuznawaniu tradycji nie chodzi wcale o burzenie. Wydaje mi się wręcz, że konstruktywne obalenie tradycji wymaga większej pracy budowlanej niż krycie się pod jej dachem ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pisząc o potrzebie tradycji miałem raczej na myśli społeczeństwo, a nie jednostkowego człowieka, a tym bardziej siebie, gdyż sam z tradycją jestem raczej luźno związany – choćby z racji tego, że od ponad dwudziestu lat mieszkam poza granicami kraju i jednak lekkie dotknięcie kosmopolityzmu na własnej skórze poczułem – choć przecież polskiej tożsamości nie mógłbym się wyzbyć, nawet gdyby tego chciał.

          Tradycja wg mnie nie musi być czymś niezmiennym, a tym bardziej skostniałym. Dobrze jest, jeśli jest na swój sposób do pewnego stopnia elastyczna, podlega ewolucji – bo to jej zapewnia ciągłość i pozwala dotrzymać kroku zmieniającym się czasom. Tyn sposobem nie jest ona wrogiem postępu, jak piszesz, a zapewnia temu postępowi pewna ciągłość.

          “Własny wkład w świat” może też się dokonywać w ramach tradycji – czyli przywiązanie do tradycji wcale tego nie wyklucza.

          Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że (jak zresztą większość młodych pokoleń Polaków) jesteś pod wpływem swego rodzaju propagandy, która skutecznie obrzydza (zwłaszcza młodym ludziom właśnie) wszystko to, co tradycyjne – do czego przywiązywały wagę starsze pokolenia.
          A co daje się tej młodzież w zamian? Sam możesz się o tym przekonać, rozglądając się wokół.
          Czy nie jest to pustka zapełniana najgorszym rodzajem konsumpcji, totalne pomieszanie wartości, lekceważenie i ośmieszanie wszelkich autorytetów, uleganie bzdurnym zazwyczaj modom, przyjmowanie obcych wzorów o bardzo wątpliwej jakości… etc.
          Nie wiem, może się mylę a Ty to widzisz inaczej.

        • Onibe Says:

          nie jestem aż taki młody, Logosie ;-). Mam już nieco ponad trzy dyszki na karku – oczywiście nie twierdzę, że jestem Matuzalemem ;-). Mam żonę, dziecko i milion problemów… naprawdę nie uważam się za przedstawiciela młodzieży ;-D.

          Ale, ale… faktem jest, że autorytetów obecnie brak. Nie jest to jednak winą młodzieży, ale właśnie starszego pokolenia, które się tak pożarło, że pozostały jedynie śmierdzące resztki. To starsze pokolenia – od mojego – zamordowały autorytety. Autorytetem nie jest Piłsudski – po socjalistów więził; nie jest Sikorski – bo próbował sobie władzę uzurpować, nie jest któryś inny – bo Żyd; kolejny – bo Ameryce w dupę włazi; jeszcze inny – bo z Ruskimi trzyma; kolejny – biznesmenów lukruje. Nie jestem pod wpływem propagandy – w pewnym sensie moja niechęć do tradycji jest objawem tej samej choroby, która trzyma mnie z daleka od propagandy. Kiedy ktoś mi coś mówi, starając się mnie przekonać o tym co dobre lub złe, zakładam że kłamie. A jeśli nie kłamie, to co z tego? Nie przyjmuję do wiadomości niczego czego nie zbadam. A że zbadać mogę niewiele, to niewiele przyjmuję do wiadomości ;-D.

          Tradycja oczywiście nie stawia tamy postępowi, ale zarazem nie daje postępowi narzędzi. Tradycja ustępuje postępowi zmuszona do tego siłą: kiedy już postęp zdobędzie kolejny szaniec, tradycja próbuje się do tego nowego stanowiska dopasować. Z konieczności. Aby przetrwać. Jeśli jednak uważasz, że postęp może się dokonać w ramach tradycji to byłoby super gdybyś rozwinął tą myśl. Dla mnie tradycja to konserwatyzm, więc nie rozumiem czemu miałaby uwzględniać możliwość postępu. Wszak to co nowe jest zawsze złe, a najlepiej jest tak, jak było kiedyś. Wiadomo: trawa zieleńsza, powietrze czystsze, ludzie dłużej żyli i takie tam ;-).

          Oczywiście mocno upraszczam – gadamy tutaj o czymś, co mogłoby stanowić osobny dział etnologii lub ogólnie: wiedzy o kulturze. Pewnie należałoby to bardzo dokładnie zbadać aby zeskrobać naleciałość uprzedzeń i fałszywych faktów.

          Tak na szybko: znasz elastyczne tradycje? W sensie: tradycje, które cenią własną zmienność? Pomińmy tutaj to o czym napisałem, czyli dostosowywanie się tradycji do zmieniającej się sytuacji wymuszone ową zmiennością.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Masz rację, za brak autorytetów w dużej części są odpowiedzialne starsze pokolenia, które – tak to w zasadzie wygląda – chcą wszystkie istniejące dotychczas autorytety skompromitować. A za to, jakie są pokolenia młode, zawsze są odpowiedzialne pokolenia starsze. Dlatego ja nie winię młodzieży za nic – jeśli już musiałbym szukać winy, to sądzę, że wina leży po stronie ich rodziców (poniekąd także i dziadków) – czyli dorosłego społeczeństwa – ponieważ swoich dzieci nie umiała dobrze wychować i zapewnić im dobrego startu w ich rodzinnym kraju (wyrażam się tu jednak bardzo ogólnie, bo każda sytuacja jednostkowa jest inna).

          Ja jednak odróżniam tradycję od konserwatyzmu (to są jednak różne pojęcia – i każde oznacza co innego).
          Zarówno tradycja, jak i konserwatyzm nie są wrogami (ani nawet nie muszą być przeszkodą) postępu, zapewniając niejako bardziej płynne przejście społecznym przemianom. Konserwatyzm (a właściwie jedna z jego odmian – bo jest tych odmian konserwatyzmu kilka) wyrósł z przekonania, że te przemiany powinny odbywać się ewolucyjnie, a nie wskutek radykalnych („postępowych”) ideologii, które przecież, jak pamiętamy (vide: komunizm, a nawet – wcześniej – prąd „oświeceniowy”) stały się przyczyną morderczych społecznych katastrof.
          W tym sensie, zarówno tradycja, jak i konserwatyzm mogą być (i są) „elastyczne”.
          Warto zaznaczyć, że ideologie, które chcą radykalnie zastąpić tradycję (i zwalczają przy tym konserwatyzm) same są (stają się) bardzo mało elastyczne, wręcz apodyktyczne. (Dlatego też – i to od dawna zresztą – nie jestem zwolennikiem rewolucji).

          Inną odmianą tych ideologii jest totalny permisywizm, który bardzo skutecznie rozwadnia całe społeczeństwo, godząc przy tym w jego podstawy.

          Chcę jednak przy tym zastrzec: może to tak nie wygląda, ale piszę to wszystko z pozycji bardziej liberała, niż konserwatysty :)

        • Onibe Says:

          fajnie wiedzieć, że jesteś liberałem, bo i ja się staram siebie identyfikować w tej właśnie kategorii ;-). Bardzo mnie boli nagonka na liberalizm w Polsce. Ludzie, którzy nie pokończyli szkół zaczęli definiować na nowo pojęcia, które miały już ustalone zakresy definicyjne. Obawiam się, że znowu piję do starszych pokoleń.

          Ale, mimo wszystko, nie potrafię do końca obwiniać o to wszystko starszych pokoleń. Rozumiem ich bezsilność. Moi rodzice (w ujęciu pokoleniowym, nie jednostkowym) znaleźli się w samym środku rewolucji. Byli wychowywani w innym świecie, nasz świat to już inna galaktyka. A świat mojego syna, który ma roczek, to już inny wszechświat. Od bardzo dawna stresuje mnie brak możności zaplanowania jego wychowania. Zdaję sobie sprawę z faktu, że procesy, które zniszczyły moje pokolenie (powiedzmy, że „zniszczyły”, czyli w cudzysłowiu) nasiliły się. Chciałbym być dla swojego syna autorytetem. Mam większą wiedzę – w wielu obszarach – niż typowy przedstawiciel pokolenia moich rodziców, większą pulę umiejętności i pewnie w oczach dziecka mógłbym się cieszyć szacunkiem. Ale nie wiem czy to wystarczy, a zdaję sobie sprawę, że będę musiał rywalizować z młodzieżą oferującą proste rozwiazania trudnych problemów. Sam, kiedyś, dawałem posłuch idiotom, choć akurat mnie przeszło to szybko, bo nawet jako dziecko byłem dość zachowawczy i nie skakałem do wody na ślepo.

          konserwatyzm oczywiście bywa różny – sam się nie odżegnuję od bycia konserwatystą w niektórych tematach. Mam na przykład konserwatywne podejście do sexu – jestem niepoprawnym wielbicielem kobiecego ciała ;-). Ale konserwatyzm nie przeszkadza mi bez trudu akceptować odmienności, wręcz przychodzi mi to na tyle naturalnie, że samo słowo „tolerancja” mnie razi. Nie pasuje mi konserwatywny model rodziny, bo taki nie ma szans przetrwania – tkwienie w tym modelu generuje problemy wychowawcze, bo zamiast szukać rozwiązań adekwatnych do zapotrzebowania, model rodzinny stara się na siłę klonować dawne rozwiązania, rozbijając się na nowych rafach.

          Nie mam nic przeciwko tradycji, ale raczej rozumianej w sposób czysty. Dzień wszystkich świętych doceniłbym, gdyby pozwalał na zadumę. Moim zdaniem nie pozwala, bo jak pozwolić sobie na zadumę na środku ruchliwego stadionu, w jaki zmieniają się cmentarze? Nudzą mnie święta Bożego Narodzenia, bo od połowy listopada w każdym sklepie grane są kolędy a wierność tradycji rozumiana jest poprzez współczynnik nasycenia mieszkania różnego rodzaju śmieciami, które trzeba kupować w ilościach hurtowych. Im więcej, tym lepiej. Komunia święta to już szczyt komercji – dzieci nie mogą się doczekać komunii, bo wiedzą, że wtedy dostaje się najcenniejsze prezenty. Z tego co wiem, w tym roku prezent poniżej komputera i quada jest passe. Czy tradycja to musi być wyścig zbrojeń? Czy tradycja we współczesnym świecie może być czymś innym?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Z ciekawością przeczytałem Twój komentarz.

          Ja mam jednak wielkie opory, jeśli ktoś mnie zmusza do jednoznacznego określenia się: jesteś wierzący, czy niewierzący, religijny czy agnostyk, tradycjonalista czy postępowiec, konserwatysta, czy liberał… etc.
          Mam opory, bo wg mnie wiąże się to z przyklejeniem etykietki, która na swój sposób cię pęta i ogranicza. To dlatego nigdy nie zapisałem się do żadnej partii, ani nawet stowarzyszenia, które głosi takie a nie inne zasady, postulaty. To dlatego nie uważam się ani za demokratę, ani za republikanina – podobnie nie czuję się związany z żadną z tych partii, choć mam oczywiście swoje sympatie i widzę większą zbieżność moich poglądów z niektórymi ruchami politycznymi.
          Innymi słowy: to kim jestem, wykracza jednak poza jednoznaczne określenia, przypisujące ludzi do takiej czy innej opcji społecznej czy politycznej.
          Dzięki temu czuję się mniej skrępowany i mogę myśleć samodzielnie – to mi daje pewną wolność, poczucie niezależności. I dzięki temu nie muszę świecić oczami, kiedy moje (ewentualne) stronnictwo się kompromituje.
          To pewnie z tych powodów, które przed chwilą opisałem, mogę stwierdzić, że mam w sobie dużo z liberała. Tym bardziej, że jedną z zasad liberalizmu, jest pozostawienie ludziom wolności wyboru.

          Piszesz o polskiej praktyce podchodzenia do tradycji, o konserwatyzmie, który zbyt często wygląda u nas na ślepotę, o stadnej bezrefleksyjności i poddawaniu się mechanicznej obrzędowości… Niestety, to wszystko spowodowało, że i ja już od młodych lat nabierałem dystansu do polskiego społeczeństwa, a mój patriotyzm coraz bardziej odchodził gdzieś w sfery szlachetnej teorii i idealizmu (podobnie zresztą, jak poczucie solidarności, stosunek do katolicyzmu czy samego Kościoła).
          Mimo wszystko jednak, moja tożsamość jest definitywnie – na wieki wieków – związana z tzw. „polskością” (cokolwiek w tej „polskości” byłoby dobrego, ale też i złego), czego wyrazem jest choćby język, w którym to wszystko teraz piszę).

          Jesteś ojcem i pewnie będziesz chciał dobrze (wg tego, co Ty uważasz za dobre) wychować swego syna. To niewątpliwie będzie miało wpływ na ewolucję twoich poglądów na świat i życie (może niejako trzymać Cię „w pionie” ;) ). To mnie cieszy ;) Macie szansę na stworzenie nietuzinkowej rodziny – pewnie już taką jesteście ;)
          Wszystkiego dobrego w tym życzę.

        • Onibe Says:

          im głębiej w las, tym więcej drzew ;-). Zgadzam się z Tobą absolutnie, że bezsensem jest nazbyt stanowcze poleganie na metkach. Metki są dobre jako skróty definicyjne – zamiast tłumaczyć w pięćdziesięciu zdaniach, że nie jestem kimś – tutaj długi opis – piszę po prostu: nie jestem konserwatystą. Ale jako sam wspomniałem, też nim bywam. W gruncie rzeczy życie jest na tyle skomplikowane, że każdy z nas musi dość elastycznie podchodzić do teorii. Tylko politycy widzą świat w prostych, jednolitych barwach. A właściwie: tylko politycy dla swoich wyborców.

          Masz też rację – niestety – z bezrefleksyjnością. Być może Ciebie to zdziwi, ale u nas nadal nie wypada mówić o wielu rzeczach. Można je akceptować bezrefleksyjnie, można ich nie akceptować ale udawać że się je akceptuje bezrefleksyjnie (to czyni większość) lub można być wrogiem stanu ;-). Jutro dzień niepodległości i znowu zamiast lać pasem po tyłkach za obijanie się, złodziejstwo i takie tam… będziemy sobie lukrować. Choć akurat tego tematu nie chcę poruszać tak fragmentarycznie, bo nie potrafię w dwóch-trzech zdaniach określić swojego podejścia, a nie chcę pisać czegoś, co mogłoby być opacznie zrozumiane.

          Dziękuję Ci za dyskusję – gdyby na takie tematy można było pogadać właśnie w ten sposób, bez strachu i gniewu, to… tak naprawdę nie byłoby już o czym rozmawiać ;-). Problem rozwiązałby się sam…

          A co do rodziny… staramy się, ale… to największe wyzwanie przed jakim stanęliśmy. Będzie ciężko ;-). A że jesteśmy nietuzinkowi… tak, jasne, ale mamy też jakieś zalety ;-D

          Pozdrawiamy!

  15. SJ Says:

    Według Encyklopedii Britannica Zaduszki to święto, które opiera się na nauce, że dusze wiernych, którzy przed śmiercią nie zostali oczszczeni z grzechów powszednich lub nie odpokutowali za dawne wykroczenia, nie mogą dostąpić uszczęśliwiającego widzenia Boga, ale można in pomóc przez modlitwę i ofiarowanie mszy. Niektóre wierzenia związane z Dniem Zaduszek wywodzą się z pogaństwa, sięgają dalekiej przeszłości, dlatego w wielu krajach katolickich mieszkańcy wsi wierzą, że w noc poprzedzającą zaduszki zmarli wracają do swych domów i spożywają potrawy przygotowane przez żywych. Co do świętych, to świętymi nazwano wszystkich pierwszych chrześcijan, którzy zostali oczyszczeni krwią Chrystusa i oddzieleni do służby Bożej w charakterze przyszłych współdziedziców Chrystusa. Oczywiście z uznaniem ich za świętych nie czekano, aż umrą. Druga sprawa to: czy się godzi mieszać chrystianizm z symbolami pogańskimi?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wydaje mi się, że nie tyle jest to sprawa „godności” co (nie)zgodności.
      Ale przecież żadna religia nie powstaje w próżni. Wierzenia wszystkich religii wzajemnie się przenikają – i nir m w tym nic dziwnego, bo celem (i sensem) każdej religii jest poradzenie sobie z fenomenem ludzkiej egzystencji – począwszy od narodzin, po śmierć.

  16. aaron Says:

    „Obawiasz się, czy powstaniesz z martwych, ale przecież już powstałaś – powstałaś z martwych w chwili swoich narodzin, i nawet tego nie zauważyłaś… Jakkolwiek daleko wstecz sięgniesz pamięcią, zawsze w jakichś zewnętrznych aktywnych manifestacjach twojego „ja” przejawia się twoja tożsamość – w pracy twoich rąk, twojej rodzinie, w innych ludziach… Oto czym jesteś. To właśnie wdychała i tym żyła twoja świadomość. Tym cieszyła się całe życie. Twoja nieśmiertelność, twoje życie w innych. A teraz co? Zawsze byłaś w innych i pozostaniesz w innych. I czy to ma dla ciebie znaczenie, że później nazywa się to pamięcią o tobie? To zawsze będzie część ciebie – prawdziwa ty, która odchodzi w przyszłość i staje się jej częścią.”
    Borys Paternak, „Doktor Żywago”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jesteśmy tylko jednym z niezliczonych elementów Wszechświata, ale takim, jaki wydaje się zawierać (i kreować?) w sobie cały – osobny i niepowtarzalny – świat.
      Czy ten świat ginie wraz ze śmiercią człowieka? Oto jest pytanie.
      (Jeśli nie ginie, to człowiek jest nieśmiertelny – tym sensie, że jego ziemska” śmierć” nie jest jego końcem, ale pewną transformacją – bo na pewno po śmierci człowiek przestaje być człowiekiem.)

  17. Stanisław Błaszczyna Says:

    No tak, trzeba umierać.
    śmierć jest ogromna i niezrozumiała.
    Na próżno w Dzień Zaduszny chcemy usłyszeć głosy
    z ciemnych podziemnych krain, Szeolu, Hadesu.
    Jesteśmy igrające króliczki, nieświadome, że pójdą pod
    nóż.
    Kiedy zatrzyma się serce, następuje nic,
    mówią moi współcześni wzruszając ramionami.

    Chrześcijanie stracili wiarę w surowego Sędziego,
    który skazuje grzeszników na kotły z wrzącą smołą.

    Ja odniosłem korzyści z czytania Swedenborga,

    U którego żaden wyrok nie spada z wysoka,

    I dusze umarłych ciągnie jak magnes do dusz
    podobnych

    Ich karma, jak u buddystów.

    Czuję w sobie tyle nie wyjawionego zła, że nie
    wykluczam mego pójścia do Piekła.

    Byłoby to zapewne Piekło artystów,

    To znaczy ludzi, którzy doskonałość dzieła

    Stawiali wyżej niż swoje obowiązki małżonków, ojców,
    braci i współobywateli.

    Czesław Miłosz

  18. Stanisław Błaszczyna Says:

    „Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy suknie zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci – zapomną.
    Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie zostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc.”
    Halina Poświatowska
    (…)

    The land of the dead is behind the windowpane
    of all these words that make you feel alive
    and all these burnt desires that left you dull
    like a vase full of withered flowers
    once gleaming with light and color
    but fading slowly like a tired afternoon
    falling in the shadow and soaking in silence
    under the empty sky of all broken summers

    * * *

    • Barbara Says:

      Dziś wspominam mych bliskich mamę brata tatę dziadków odeszli od nas ale pozostają w mej pamięci

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Tak, pamiętamy o swoich bliskich.
        To, co napisała Poświatowska („A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci – zapomną.
        Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała.”) odnosi się bardziej do osób, którzy nie mają już bliskiej rodziny, są samotni, albo czują się osamotnieni…
        Takich ludzi jest niestety bardzo wielu.

  19. Stanisław Błaszczyna Says:

    SMUTEK MIŁOŚCI
    Życie ma swój interes w tym, byśmy tak naprawdę nie uświadamiali sobie śmierci.
    Lecz kiedy ze świata żywych odchodzi ktoś, kogo kochamy, wszystkie zasłony opadają i widzimy tę pustkę – bolesną wyrwę w naszej duszy, której nic nie jest w stanie wypełnić, nawet pamięć o kimś, kogo kochaliśmy.
    Choć później się łudzimy, że ten ktoś żyje nadal w naszym sercu.
    Lecz to nie jest życie – to smutek miłości, która kocha już tylko wspomnienie, a nie żywą osobę, która mogłaby być przy nas, ale której już nigdy nie będzie.
    (…)

    • Bogdan Kwiatek Says:

      Dopóki pamiętamy, ta osoba nie umarła całkiem. Jej pamięć możemy przedłużyć,
      Nie jej życie…
      Co zrobić, by o nas długo pamiętano?…
      – Jakieś heroiczne czyny czynić?
      – Jakie mądre księgi pisać?
      – Jakieś filmy tworzyć i mnożyć na nośnikach?
      – Setki selfies, by uwiecznić obraz?…
      – Może jakieś dzieci, może z nich wnuki… a już, a nuz jakis prawnuk zajmie się drzewem genealogicznym i nas umieści na jakiejś gałęzi?
      Może ktoś odwiedzi grób, zapali znicz, wzniesie modlitwę?
      Może… pewności nie ma…
      Pozdrawiam Cię serdecznie z cmentarza, gdzie wreszcie ułożyłem sobie porządek odwiedzania grobów bardzo licznej Rodziny. Jakieś… 30-50 osób.
      I wreszcie znalazłem najmłodszą siostrę Babci. 22 lata jak nie żyje. Dobre 4-5, jak jej szukałem. Dziś znalazła się sama na trasie. A tych sióstr Babcia miała chyba 7-8. Mam je w drzewie genealogicznym. Pandemia mi pomogła uzupełnić. Stan na dziś jakieś… 980!
      Non omnis moriar!
      Pisz 5 tom. I uwzględnij te myśli…
      Ave!

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Właściwie, to dlaczego zależy nam na tym, aby o nas pamiętano? Odpowiedz mi, Przyjacielu. Czy naprawdę przywróci to choćby jakąś cząstkę nas samych do życia?
        Nie, bo ludzkie życie to ruch i świadomość – a my po śmierci, w doczesnym świecie, czyli w tym, w którym żyją żywi ludzie – nie będziemy się poruszać, i nie będziemy mieć żadnej świadomości – czyli nie będziemy mogli aktywnie wchodzić w relacje z żyjącymi ludźmi.
        Więc dlaczego się łudzimy, że non omnis moriar?
        Czy aby nie dlatego, że boimy się śmierci i tęsknimy do życia wiecznego – i to „nie cały umrę” ma być jego namiastką?

        Zgoda, coś tam po nas pozostanie, i jeśli coś stworzyliśmy, to może to w jakiś sposób (choćby drobny) wpłynąć na życie innych ludzi (tak jak wpływa muzyka, sztuka, literatura twórców na odbiorców ich twórczości po ich śmierci). Ale czy to, tak naprawdę, przywraca kogokolwiek do prawdziwego życia?

        Prawie wszyscy ludzie przemijają bez żadnego śladu. A jeśli tak jest, to ich życie nie miało trwałego sensu.
        Jeśli ich życie miało sens, to nie w wymiarze indywidualnym, a zbiorowym – jako sens istnienia całej ludzkości. Wiec, kiedy cała ludzkość przeminie bez żadnego śladu (a to jest przecież tylko kwestią czasu), to znów: jaki był sens jej istnienia?

        Pozostaje Tajemnica, którą najczęściej wypełniamy wiarą. Ale nawet jeśli wierzymy (w życie poza doczesne), to będzie to zawsze tylko wiara, która nigdy – tu i teraz – tak naprawdę nie wyjaśni nam tej Tajemnicy.
        Tak więc, jest ta Tajemnica naszym błogosławieństwem, czy też może przekleństwem?
        Pociechą czy źródłem rozpaczy?

        I może jeszcze na koniec – ostatnie zdanie z mojej pierwszej książki:

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Znów powinienem w punktach odnieść się do każdego akapitu, bo – jak zawsze dużo kwestii, i głębokich treści. Ale dziś taki dzień, że warto, a nawet trzeba się pochylić nad nimi.

        1/ jednym zależy, innym mniej, albo wcale. Ale tym, którym zależy, by o nich pamiętano, to – czasem wystarczy, by pamiętać imię, a już dalej jakieś zasługi.

        2/ jak wiesz, podczas mojej ostatniej podróży (powinienem ją „medialnie” zakończyć”) byłem na grobach wielu znanych i mniej znanych osób. Odwiedziłem mnóstwo cmentarzy. Że przytoczę grób – nawet nie chronologicznie – pozostałość miejsca „pochówku” Arystotelesa, grób z dużym skarbcem – Filipa II Macedońskiego (jego chyba ważniejszy syn Aleksander nie wiadomo, gdzie został pochowany), później groby/ mogiły wielu Sułtanów, padyszachów (Murat – a obok /chyba nie zamieściłem Szeherezada i jej brat Aladyn, a również inna siostra i brat), innych władców otomańskich i seldżuckich, wreszcie – choć wcześniej sw. Paraskewii/Petki i paru innych świętych kościoła Prawosławnego. Byłem w najważniejszym sanktuarium Balkanow u sw. Wasyla. Na grobach Apostołów Słowian: sw. Nauma i sw. Klemensa. Na grobach Stefana Banacha i Marii Konopnickiej. Ludwiki Śniadeckiej i Zofii Ryzy – u Polaków w Turcji (sprzatnalem im wtedy groby). Itp, itd. Aaa nawet groby władców Tracji w Bułgarii, Turcji, Grecji…

        3/…
        Po co?
        Po co byłem?
        Po co o tym tam rozwlekle piszę?…
        Właśnie po to, by zachować i może „przywrócić” pamięć o nich. Ich imiona, a czasem ich czyny, którymi się zapisali w pamięci potomnych.
        Byłem nawet w pustych grobach /cenotafach np. U Władysława Warnenczyka w skarbcu Atreusza, gdzie kiedyś leżał Agamemnon…
        Właśnie, by wypowiedzieć ich/jego imię.

        Tak, wierzę – zresztą to chyba nawet nie jest kwestia wiary, tylko wiedzy – że gdy wypowiadamy te ich imiona, to oni wracają u piszącego i czytającego te słowa. Wracają jakimś ruchem myśli. Płytszych lub głębszych. Ale poruszają w nas jakąś strunę, która coś wprowadza w drżenie…. Jak odległy dźwięk potrafi poruszyć struny gitary…
        A wraz z imieniem być może wracamy myślą do ich działań, pism, spuścizny – tego, co nam w naszej już wiedzy zbiorowej przekazali. A spuścizna jest chyba pewnym clue życia. Czymś co warto zostawić (wszak niewiele zabierzemy ze sobą! Może nawet NIC. To z czym przyszliśmy na ten świat. Ale idzie chyba o to, by… Zostawić coś sensownego, co zostanie zapamiętane. I wg mnie raczej chodzi o to dobro, wtedy dobro stworzone indywidualnie, które stało się „dobrem wspólnym” jakiejś rodziny, narodu, czy ludzkości…

        Tu ten Arystoteles, który nie zyje już bodaj 2.400 lat! A dalej wielu go pamięta. Niektórzy nawet czytali jego słowa. A napisał ich dużo. Dla wielu – nawrt wieki temu – były ważne, albo bardzo ważne, bo kształtowały postawy pokoleń.

        Tak! Ewidentnie życie to ruch, a ruch to życie!

        Ta moja podróż była tego (dla mnie zwłaszcza!) namacalnym dowodem. Ogromnym wysiłkiem ruchu. Nie tylko ciała w aucie (vanie iVanie), ale z wejściem na Howerle, czy całej dniem na marszu na i po Olimpie. Świetnym fragmentem całego mojego życia. Rzekłbym – rewelacyjnym! (Choć wiem, ze trochę nie trawisz tego pojęcia).
        – Była dużym ruchem z wieloma wątkami, wieloma zakrętami. Mnóstwem przygód. Morzem doświadczeń. Wieloma ekscytacjami/uniesieniami, które są sednem tego ruchu, jakim jest właśnie życie.
        „Nie ten umiera, co właśnie umiera, lecz ten, kto żyjąc w martwej kroczy chwale…”
        – Pisałem kiedyś na maturze, cytując „Arkę Noego” Jacka Kaczmarskiego. I puszczając ją z pamięci przenośnej w samochodzie. Śpiewając ją, bo znam na pamięć.
        „Póki pamięć o nich w nas żyje – póty on żyją w nas” – zwykło się mawiać. I zgadzam się z tym w całej rozciągłości!

        Tak, oni – ci wymienieni – a i mnóstwo po nich i przed nimi – już nie żyją! Może mamy geny z 7 matek (Heleny, Urszuli…), które rozsiały je ludom Europy (czy świata?!). Czym przedłużyły swoje życie. Genetycznie.
        (Aaaa wiesz, że dotykałem kość sw. Anny – matki Matki Bożej! Babki (choć nikt tak tam nie mówił) Jezusa!
        No i to dotknięcie mnie poruszyło. Czyli…. Już nie żyjąc – Ona poruszyła coś we mnie! Namacalnie i nienamacalnie.
        Ktoś może w to uwierzyć, ktoś może to zrozumieć. Ja wiem i wierzę. I to mi wystarczy. Ale przekazuję, by poruszyło innych.
        By poruszyło również Ciebie, Przyjacielu. Na jakimkolwiek zakręcie życia, ruchu, wiedzy i wiary jesteś. Może poruszy. Może sam się musisz wybrać w podobną podróż. Czego Ci życzę!

        Pozdrawiam serdecznie!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          1) Generalnie ludziom zależy na tym, aby ich pamiętano po ich śmierci. I to ma pewnie związek z tym, że jednak chcą, aby im poświęcać uwagę za życia. (Stąd choćby fejsbuczkowe posty domagające się wszystkich tych serduszek i lajków 😉 )

          2) Lista Twoich odwiedzin grobów jest imponująca 😊 Swoją drogą to chciałbym wiedzieć, skąd w Tobie to upodobanie do takiej „grobowej turystyki” (może czas na nazwanie nowej gałęzi turystyki: „nekro-turystyka”? 😉 )

          3) Jeśli chodzi o możnych, władców, królów, cesarzy, „zdobywców”… etc. to jednak trzeba ostrożnie z oddawaniem im jakichkolwiek hołdów, bo zwykle prawdziwy człowiek w tych wszystkich memoriałach pogrzebany jest pod warstwą mitów, często niezasłużonych pochlebstw, gloryfikacji, polityki, nieprawdy… Często to nawet nie wiadomo, czy to on rzeczywiście w tym grobie leży.
          Ja już chyba wyrosłem z fascynacji tzw. „wielkością” różnych postaci historycznych, bo zwykle, w rzeczywistości, mieli sporo „za uszami”. Moje serce coraz bardziej jest po stronie tych milionów anonimowych ludzi, tego „nawozu” historii, zmieszanych już z ziemią, po których nie zostało żadnego śladu (takie tam moje chrześcijańskie „skrzywienie” chyba) – tych milionów ludzi, którzy często stracili życie właśnie wskutek megalomańskich i despotycznych wyczynów tych „wielkich” (a do dzisiaj, mimo to, oddaje im się hołd i są podziwiani i gloryfikowani: vide: choćby Napoleon, czy Aleksander „Wielki”)
          Jeśli już, to wolę pamiętać np. o Arystotelesie, zwłaszcza po to, by wrócić czasem do jego słów – co też ostatnio czyniłem, a inspiracją do tego była właśnie Twoja podróż – za co Ci jestem wdzięczny.

          4) Oprócz tego, że odpowiadając na mój komentarz głównie odniosłeś się do siebie i swojej podróży 😉 , to powinieneś wycisnąć z niej jeszcze większy pożytek: napisać o niej nie w taki pobieżny i galopujący sposób, w jaki robiłeś to na Facebooku (bo to wszystko było jednak trochę tak „po łebkach”, musisz przyznać). Jeśli mogę wyrazić swoje zdanie, to powinno w tym być więcej odniesień i refleksji dotyczących życia (warunków, mentalności, charakteru, sposobu egzystencji…) zwykłych ludzi, a nie tylko historycznych postaci, artefaktów z przeszłości, budowli, często jakichś ruin – bo muszę Ci powiedzieć, że z Twoich relacji nie dowiedziałem się wiele o współczesnej rzeczywistości tych wszystkich krajów i zamieszkujących je ludzi – przez co często odnosiłem wrażenie, że poruszasz się w jakiejś oderwanej od prawdziwego życia abstrakcji.

          5) Mówi się, że geny, które przekazujemy naszemu potomstwu, przedłużają nasze życie, ale to bardziej figura stylistyczna, niż prawda. Kiedy umrzemy, to przecież jest oczywiste, że nie będziemy już żyli. Życie konkretnego człowieka jest życiem jednostkowym, którego już nie będzie, kiedy umrze, więc nie będzie go można po śmierci przedłużyć (w świecie, w którym żyjemy). Bo przecież geny to nie człowiek.

          6) Uwierz mi, Przyjacielu, mnie wiele na tym świecie – i w moim życiu – porusza. I często to są rzeczy, które poruszają i Ciebie 😊

          7) No i na koniec: zupełnie nie odniosłeś się do ostatniego zdania z mojej książki, (które uważam chyba w tym wszystkim za najważniejsze).

          Pozdrawiam serdecznie

        • Bogdan Kwiatek Says:

          owszem tak!
          1/ każdy chce być akceptowany, zwłaszcza w kwestiach zasadniczych

          2/ tak, tych grobów/cmentarzy/pomników było pewnie 2-3 razy więcej. Ale nie chciałem już zanudzać…
          Tak- było kiedyś u mnie powiedziane/napisane: nekroturystyka – co jednak trochę zle brzmi, a na pewno zle się kojarzy…
          Raczej bym powiedział: turystyka po nekropoliach, albo sepulturystyka…

          3/ zobaczenie pomnika, zrobienie mu zdjęcia jeszcze nie niesie oddawania mu hołdu! Wierz mi, że nawet pod 2-3 pomnikami Aleksandra Wielkiego nie zdjąłem czapki. A może zdjąłem, bo chciałem mieć swoją twarz bez cienia. Cienia wątpliwości 🤪
          3b/ tak!
          Arystotelesa „przejechałem” w kilku punktach/miejscach! Teraz muszę do niego wrócić w jego dziełach.
          Jego dowolne teksty są „chlebem dla mózgu” /zwłaszcza mojego mózgu.

          4/ ciesz się, że choćby tyle napisałem, co napisałem… bo nie było łatwo, a na pewno nie było łatwiej niż w 2019 po SW Europy
          SE Europe Solo Drive
          Był dłuższy, ale zwłaszcza dużo trudniejszy!
          A Ty mnie strofujesz/bijesz po łapach, ze „robiłem po łebkach”.
          Dla mnie FB nie jest głównym miejscem do publikowania moich myśli. Raczej zajawek takich tematów. Porównaj obie podróże, a nawet swoje w nich uczestnictwo.
          Właśnie poszedł tekst porównawczy o ważnych miejscach/ świętych nawet na obu trasach… plus pare refleksji na szerszy temat…
          4b/ mam wrażenie, ze cały czas czekasz na wnioski/podsumowania z czegoś, z czego medialnie jeszcze nawet nie wróciłem 🤪
          Popychaj/ponaglaj mnie twórczo. A bijąc po palcach chyba nie…

          5/ tak

          6/ to świetnie 😁

          7/ tak! Miłość porusza! Jest – powiem to – i nie wiem, czy to nowa mysl, czy po prostu moja:
          Miłość jest sednem ruchu!
          Najlepszym z ruchów –
          Nie ma życia bez ruchu.
          Nie ma ruchu bez życia (sprawcy)
          Stad ta musica mundi u Starożytnych, którą nieliczni słyszą


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: