KTO IDZIE POD PRĄD TEN DOJDZIE DO ŹRÓDEŁ – rozmowa z LECHEM MAJEWSKIM

.

Jeden z najbardziej oryginalnych polskich twórców. Jest nie tylko reżyserem, ale i pisarzem, poetą, scenarzystą, malarzem – artystą wszechstronnym i totalnym, świadomym Tajemnicy, jaką jest świat i życie. Do Chicago przyjechał ze swoim najnowszym filmem „Dolina Bogów”, który pokazany został na ostatnim Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Spotkaliśmy się po 25 latach, przez które śledziłem niezwykłą karierę Lecha Majewskiego. Rezultatem spotkania jest ta oto rozmowa.

.

STANISLAW BŁASZCZYNA: Odkąd sam przekroczyłem „smugę cienia” zacząłem zwracać uwagę na to jak odchodzą pewni ludzie, z którymi czułem jakiś związek, jeśli chodzi o widzenie świata, stosunek do życia, kultury, sztuki… To byli ludzie, którzy sporo wiedzieli o wieku XX. Wraz z nimi odchodzi wiedza, przywiązanie do pewnych wartości, o których wydaje się zapominać współczesny świat. Nowe pokolenia nie będą o tym wiele widzieć. Jak Ty odbierasz ten proces – przemijania tego wszystkiego?

Lech Majewski: „Czuję się banitą i outsiderem”

LECH MAJEWSKI: Mówiąc brutalnie: to jest naturalny bieg rzeczy. A mówiąc bardziej z punktu socjologicznego – to odchodzą ludzie, którzy wiedzą, czym była rzeczywistość. Ponieważ, tak się dziwnie składa, że taki dodatkowy aspekt wiedzy przychodzi dopiero w ciężkich czasach – w czasach wojen i katastrof. Ktoś, kto tego nie przeżył, mało może powiedzieć o tym czym jest świat, życie, rzeczywistość. No, chyba że doświadczył jakiejś osobistej katastrofy.
To jest taki jungowski dotyk realności. W takich momentach dotykamy jakby jadra egzystencji. A teraz ludzie żyją właściwie w takim całkowitym uśpieniu, otoczeni wirtualnym światem. Zwłaszcza młodzi ludzie funkcjonują w taki świecie wirtualnym – tam się odbywa randkowanie, seks… tam się odbywa nauka, stamtąd pochodzi wiedza o świecie, tam się spędza wolny czas… Wszystko się tam dzieje.

– Niedawno miałem tutaj w Chicago spotkanie autorskie, które prowadził m.in. Zbyszek Banaś i on zwrócił uwagę na to, że my – a miał na myśli mnie, siebie, wymienił też przy tym inne osoby, takie np. jak Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi – ciągle żyjemy niejako w XX wieku. A to jest pokolenie, które już odchodzi. Czy nie żal ci ludzi, których już teraz z nami nie ma, a z którymi czuliśmy pewien związek – poprzez ich książki, filmy, muzykę, sztukę…?

– W twoim pytaniu zawarta jest taka ukryta fetyszyzacja wieku XX, który uważam za najbardziej zbrodniczy w historii ludzkości. Wszystko co wiek XX zafundował – i kulturze, i człowiekowi – uważam za zgrozę. Z jednej strony, politycznej, jest to wiek totalitaryzmu i przemysłu śmierci na niespotykaną skalę w żadnym innym stuleciu. Te wszystkie obozy zagłady, te okopy I wojny światowej, to wykorzystanie broni chemicznej przeciwko młodym ludziom … przeciwko kwiatom cywilizacji zachodniej – ci wszyscy młodzi piękni Francuzi, Niemcy, Anglicy, Szwajcarzy, którzy ginęli w jakichś okropnych konwulsjach, rozwalani moździerzami, szrapnelami, w oparach gazy musztardowego, truci i paleni iperytem… To były niesamowite sceny, które się tam działy, straszne dramaty. I być może – w myśl zasady Oscara Wilde’a, że „natura naśladuje sztukę” – sprowokowali to wszystko ludzie, którzy rozbili formę klasyczną, rozbili formę piękna. Wiek XX obrzydził piękno, rozwalając je. Zaczęli Picasso z Braquiem, Strawiński, Joyce… To wszystko było rozbijanie istniejącej formy. Akurat – trzeba to powiedzieć – ci pionierzy rozbijania formy byli geniuszami lecz pozostawili za sobą taki ogon epigoński, gdzie tych „picassów”, „strawińskich”, „joyce’ów” było na pęczki. Ta destrukcja harmonii w muzyce – o czym rozmawiałem np. z Henrykiem Mikołajem Góreckim, który zresztą w młodości swojej sam się też przyczynił do tej „siekierezady” muzycznej – która jest męcząca, nie do słuchania… jest jakimś dziwolągiem, grzechem wobec tego, czym może być muzyka.
Oczywiście to wszystko mści się na nas. A my jesteśmy takimi „bękartami” złego stulecia. To myśmy położyli podwaliny pod tę brzydotę, która panuje teraz na świecie.

– Czy jest jakaś nadzieja?

Było kilka ratunków w tym stuleciu. Jednym z nich jest według mnie kino. Sztuka XX wieku wyrzekła się piękna, wyrzekła się ciała człowieczego – zamiast tego mieliśmy jakieś kikuty, potwory, jakiś holocaust postaci w sztuce wizualnej – te wszystkie rzeźby z dziurami w człowieku. To niejako zapowiadało niszczenie ciała człowieka systemami politycznymi, tymi wojnami potwornymi – i to na taką skalę, która nie miała precedensu w historii ludzkości.
Ale taką arką, która przewiozła człowieka przez XX wiek, było kino. Stąd ta ówczesna idealizacja bohaterów filmowych – niewyobrażalna dla dzisiejszego widza, bo obecnie jest raczej celebryctwo, a wtedy to była miłość i pasja. Taki Rudolf Valentino, Greta Garbo, czy Pola Negri to były istoty wręcz boskie. Teraz wiemy, że te istoty nie są boskie, tylko są częścią naszego zastępczego życia.
Ale wracając do twojego pytania – ja bym nie idealizował wieku XX. I nie jest mi brak tych ludzi; ci co mieli coś do powiedzenie, to już to powiedzieli – to jest ich dziedzictwem, i to jest do wykorzystania. Ja osobiście wolę sięgać do większych artystów niż ci, o których mówiliśmy, bo dla mnie nieporównywalnie większą sztukę tworzyli Brueghel, Bosch, Dante czy Milton… nie mówiąc o innych Bachach, Szekspirach… całej tej plejadzie tytanów sztuki. Ci z XX wieku będą już chyba wkrótce zapomniani. Ponieważ ich sztuka jest marna. To jest produkt handlowo-gazetowy… To nie jest sztuka.

– Ja nie tyle miałem na myśli artystów plastyków, co pisarzy, myślicieli, filozofów. Ale też reżyserów takiej miary jak Bergman, Kurosawa, Antonioni, Kubrick, Fellini…
Nie miałem też zamiaru w jakikolwiek sposób fetyszyzować wieku XX – również uważam, że to był najokrutniejszy wiek w historii ludzkości. Chodziło mi o to, że ci ludzie, którzy na własnej skórze doświadczyli systemów totalitarnych – czy to komunizmu, czy faszyzmu – wykształcili przez to pewne przeciwciała, których zaczyna brakować współczesnym pokoleniom. Oni starali się dotrzeć do źródeł, dociec przyczyn tych totalitaryzmów, określić człowieka i świat wobec ogromu zbrodni popełnionych przez te systemy. Byli taką żyjącą przestrogą przed tym. A teraz już ich nie ma.
Ja kiedyś – może absurdalnie – pomyślałem sobie, że zazdroszczę tamtym ludziom…. nie tego, że doświadczyli tak strasznych czasów, ale że byli konfrontowani z czymś tak ekstremalnym egzystencjalnie – i to ich w jakiś sposób pogłębiło, zbliżało do tego rdzenia egzystencji – do czego ja, pozbawiony tamtych doświadczeń, nie mam dostępu. Czasy – wbrew pozorom – zrobiły się miałkie i nijakie. Żyjemy w jeszcze większej iluzji niż kiedyś.

– Nie mam tu nic do dodania.

– Wspomniałeś, cytując Wilde’a, że „natura naśladuje sztukę”. Ja bym jednak nie przeceniał roli, czy też wpływu artystów – zwłaszcza plastyków – na politykę. Oni, rozbijając formę, deformując ciało człowieka, jakby przeczuwali czy też antycypowali to, co się będzie działo podczas I czy II wojny światowej, w obozach masowej zagłady – czuli ten strach przez skórę, przez co wielu z nich tworzyło na granicy szaleństwa. Ale chyba zbyt daleko idziemy mówiąc, że ich twórczość miała wpływ na politykę, a zwłaszcza, że prowadziło to do ludobójstwa.

– A ja bym jednak ten wpływ doceniał. Uważam, że to szło ręka w rękę – niszczenie formy, niszczenie harmonii, proporcji… z niszczeniem umysłów, z niszczeniem człowieka. Uważam, że to, iż te wojny były tak okrutne, odzwierciedlała sztuka, i że to był taki system luster, bo zachowanie ludzi odzwierciedlało też sztukę.

– Sprzężenie zwrotne?

– Tak, uważam, że… nie wiadomo, czy nie należy za to winić… Picassa. Albo tego powierzchownego Warhola, który wisi tu w muzeum – i to jego plakatowe badziewie, które jest tak podziwiane. Jak wiedzę całe Chicago jest teraz obwieszone „dziełami” tego czwartorzędnego cwaniaka od reklamy.
Ja nie chcę być grzeczny w tych moich opiniach, bo po prostu nie toleruję pewnych uznanych świętości.
Wczoraj, kiedy tak stałem w Art Institute of Chicago przed tym tondo Boticcellego, to myślałem o tym, jak to jego piękno ciągle emanuje, tyle lat po jego śmierci. Niby takie małe kółko, które wisi na ścianie – ale jaką to ma nadal siłę przekazywania piękna.

– Wobec tego mogę zadać pytanie: czy kultura jest na wymarciu?

Lech Majewski w Chicago

– Kultury już nie ma. Ona umarła dość dawno. Ona istnieje, ale jako dziedzictwo – w sensie muzealno-bibliotecznym. Człowiek osiągnął pewne szczyty kulturowe – i one są, permanentnie istnieją. Ale kultura, jako taka, w chwili obecnej jest zamieniona przez produkty „kulturowe”, które, co prawda, pojawiają się w muzeach, salach wystawowych czy filharmoniach, ale tak naprawdę są tylko zapełnianiem pustego miejsca na nowych ścianach, czy też wypełnianiem dźwiękami nowej przestrzeni.
Pamiętam, że kiedyś chodziłem na festiwal współczesnych oper i to były dwa tygodnie przeżywania tortur dźwiękowych. Wieczór w wieczór czekałem, jak coś we mnie odżyje, bo wysłucham pięknej muzyki. Mówię „pięknej” nie w sensie klasycznym, tylko takiej, które w człowieku coś porusza… Takiej np. jaką tworzył Henryk Mikołaj Górecki. Ale nie. Spotkały mnie dwa tygodnie tortur muzycznych – jakiegoś piłowania po uszach – kakofonii, wrzasków, ryków, rozwalania fortepianu…. Jakichś takich dzikich odruchów z domu wariatów, przeniesionych da deski teatralne filharmonii. I ja cały czas czułem się jak dziecko, które wiedziało, że król jest nagi. A tam siedziała grupa słuchaczy, czy też widzów – bo to się z tego happeningi prawie że robiły – i ta grupa była malutka, w sumie były to chyba tylko rodziny wykonawców i krytycy muzyczni, którzy mieli poważne miny… Król był nagi, ale oni twierdzili, że ma przepiękne szaty.
Ja cały czas się czuję jak to dziecko, które mówi: „król jest nagi”, Warhol jest po prostu okropny, muzyka współczesna jest fatalna, to wszystko jest badziewie! Ludzie, obudźcie się! Te bohomazy, te połamane rzeźby w parkach, te rury powyginane, ten złom na wystawach, te jakieś kółka i kwadraty… to jest jedno wielkie gówno!

– Zastanawiałem się czasem nad tym, na ile to wodolejstwo opisujące sztukę współczesną (dajmy na to: pisuar, „Biały kwadrat na białym tle”, fotografię kobiety jedzącej banana, albo też bohomaz ukazujący dwa maźnięcia pędzla umoczonego w czarnej farbie) jest szczere, tzn. czy ci, którzy opisują podobne „dzieła” w sążnistych esejach, roztaczając wszelkie przemądrzałe teorie na ten temat, wierzą w to, co piszą? Czy rzeczywiście widzą w tym jakąś wartość i próbują doszukać się w tym sensu? Czy jest to tylko jakaś poza? A może robią to zupełnie cynicznie na zlecenie jakiejś kliki pakującej to badziewie do muzeów lub zarabiającej na tej hucpie miliony dolarów?

– Ja uczestniczę jednak w życiu artystycznym świata, mam swoje wystawy, moje prace są pokazywane w różnych muzeach… Ale jak czytam te wszystkie opisy… No to do wszystkiego można dorobić brodę. Wszystko można opisać jakimiś mądrymi – czy też udającymi mądrość – słowami, ale czy rzeczywiście jest tam jakaś esencja?
Ja zrobiłem film „Młyn i krzyż”, który był wynikiem mojego czytania genialnej książki Michaela Gibsona na temat jednego jedynego obrazu Brueghela pt. „Droga na Kalwarię”. W tym jednym obrazie jest Wszechświat i Universum, Mądrość i Geniusz… ileś ukrytych znaczeń i symboli; są opowieści o świecie, o ówczesnej Flandrii a jednocześnie spotkanie z Chrystusem, z religią i wiarą, z cierpieniem, głupotą ludzką… To wszystko tam jest. Michael Gibson napisał analizę 230-to stronicową, chociaż na początku miał 500 stron, ale wydawca kazał mu to obciąć o połowę – i on to z bólem serca zrobił. Ale została taka kwintesencja – tam nie ma grama „tłuszczu” literackiego, nie ma grama zbędnych informacji… Natomiast zapytałem się go, czy jako historyk sztuki pisał o Picassie? Odpowiedział, że tak. A czy pisałeś o jakiejś jednej jego pracy? „Tak”. A ile stron o niej napisałeś? A on, zajrzał gdzieś tam do swoich papierów i powiedział: „osiemnaście”. Ale przyznał się bez bicia, że szło mu to z trudem.

– A może jest to również sprawa pewnej wrażliwości?

– To nie jest sprawa wrażliwości. Tam po prostu nie ma nic do opisywania. Ja przeczytałem te 18 stron i to było dla mnie żałosne. To była projekcja tego, co on by chciał tam zobaczyć.

– Są obrazy Picassa, które mi się bardzo podobają. Np. jest u nas w Art Institute jego obraz „Stary gitarzysta”, o którym sam swego czasu coś tam napisałem.

– No tak, ale ile on miał lat, kiedy go namalował?

– Dwadzieścia dwa?

– No właśnie, to były te okresy „błękitny”, „różowy” – a więc młodziutki Picasso. W Barcelonie, jak się idzie do jego muzeum i ogląda się to, co on rysował czy malował jako dziecko – ośmio-, jedenasto-letnie… to wygląda to tak, jakby mu anioł wsadził do ręki pędzel czy ołówek. Tylko on w pewnym momencie doszedł do wniosku, że trzeba to wszystko porąbać – bo się zapatrzył w afrykańskie maski. I jak zaczął to rąbać, a świat mu przyklasnął, to już przy tym pozostał.

– Czym według Ciebie jest elita. A jeśli coś takiego istnieje, to jaki jest teraz według Ciebie stan europejskich elit?

– Nie mam pojęcia. Bo zarówno ciebie, jak i mnie można zaliczyć do elity, ale to zawsze jest jakieś grupowe uznanie czegoś… Nie wiem. Ludzie też patrzą na mnie, że jestem elitą, a ja się czuję outsiderem. Z kolei inni mnie widzą jako outsidera. Nie jestem tak bardzo zależny od opinii innych – to jest ta schopenhauerowska podstawa szczęścia: „nie oddawaj się w ręce innych” – w sensie opinii, osądu. Bo jeżeli się oddasz, to od razu, natychmiast masz na sobie to chomąto niewoli.

– Podejrzewam więc jak bardzo „inny”, „obcy” musiałeś się poczuć w Hollywood, gdzie zrobiłeś jeden ze swoich pierwszych filmów.

– Przypominam sobie, że kiedy pracowaliśmy nad „Basquiatem”, to mieszkałem w Los Angeles w takim domu po Grecie Garbo, na wzgórzu o nazwie Mt. Olympus, będącej częścią Hollywoood. Były wtedy moje urodziny, zebrało się trochę ludzi, i m.in. przyszedł taki mój sąsiad – reżyser i aktor amerykański Paul Bartel (on zrobił np. film ”Eating Raoul” – taką zjadliwą satyrę na wyższe sfery – a swego czasu nazywany był nawet amerykańskim Buñuelem). Ludzie się rozjechali, ale myśmy jeszcze siedzieli, była 2-ga w nocy, i ja zacząłem się mu żalić, że tak trudno nam zebrać pieniądze na „Basquiata”). I kiedy tak się żaliłem, to on w pewnym momencie mi przerywa i mówi: „Shut up!” Wyjrzyj przez okno i powiedz mi co widzisz?”. A z mojego okna roztaczał się wspaniały widok na całe Los Angeles, na te wszystkie migoczące światełka, aż po Ocean… Ja tak trochę zgłupiałem ale mówię: no jak, co widzę? Los Angeles, Hollywood… Na co on: „Przecież jesteś poetą, powiedz coś ciekawszego!”. Więc mówię: „Lollywood”, „La La Land”… A on: „Nie, nie! To co widzisz to jest ogromne cmentarzysko. Te wszystkie migoczące światełka to są światełka ze świec na grobach…” Ja tak patrzę i myślę: „O co mu chodzi? Ćpał coś?” A on mówi dalej: „To wszystko są światełka na grobach pomysłów filmowych”. No to zacząłem patrzeć na ten widok jak na grobowce, bo rzeczywiście w Los Angeles każdy ma pomysł na scenariusz, na film… i to wszystko umiera śmiercią naturalną, i tam każdy człowiek – na stacji benzynowej, w sklepie, restauracji – to jest niespełniony scenarzysta, reżyser, aktor… „A Ty Lechu – mówi dalej Paul – Ty jesteś księciem!”. Jakim księciem? – myślę sobie. „Jesteś księciem, bo robisz swoje filmy! A to jest taka wąska grupa ludzi na świecie, która robi swoje filmy. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś księciem!?” Nie ukrywam, że słysząc to bardzo miło się poczułem.
Kiedy więc mówisz o elitach, to jako książę jestem elitą. Ale ja się kimś takim nie czuję. Bo czuję się banitą. Tym bardziej, że jestem prześladowany.

Lech Majewski: „Kultury już nie ma. Ona umarła dość dawno.”

.

– Dlaczego tak mówisz? Prześladowany? Przez kogo? I za co?

– Za niezależność poglądów.

– Czym to się przejawia?

– Ostracyzmem. Faktem, że festiwal w Gdyni nie daje mi nagród. Nigdy nie zaprosili mnie tam do jurorowania. Boją się tej mojej niezależności.

– Kiedy czytałem sprawozdania z ostatniego festiwalu w Gdyni, to szukałem czegoś na temat Twojego filmu i prawie nic nie znalazłem, a przecież pokazano na nim „Dolinę Bogów”.

– To się właśnie nazywa banicja.

– Ale przecież ci ludzie są niby otwarci, wyrobieni filmowo, zainteresowani kinem, a nie tylko tą popularną komercją…

– Dobrze, że dodałeś „niby”. Ale to jest też moja siła. Gdybym ja był, tak jak wielu moich kolegów reżyserów, zagłaskany w Polsce, to nic bym nie zrobił. Nie chcę tu wymieniać nazwisk, ale jest taka cała plejada zagłaskanych, co się od tych głasków nie podnieśli.

– Ale czy oni są kupowani przez to, że daje im się środki do robienia filmów? Że są hołubieni? Czy też dostają się do jakiegoś środowiska, wchodzą w skład koterii? W jaki sposób przejawia się to zagłaskanie?

– Właśnie to wszystko wymieniłeś. Wszystko to – all above and beyond.

– Sam powiedziałeś, że podczas projekcji „Doliny Bogów” na festiwalu Camerimage w Polsce, z sali wyszło kilkadziesiąt osób (swoją drogą bardzo mnie to zdziwiło, bo wyobrażałem sobie, że uczestnicy tego prestiżowego bądź co bądź festiwalu, to widzowie wyrobieni, nie nastawieni tylko na łatwą rozrywkę – i akurat oni mogli zostać do końca filmu… choćby z grzeczności). Czy jednak starasz się zrozumieć tzw. „zwykłego” widza, który zwykle ma problemy z odbiorem twoich filmów? Czy w ogóle Cię nie obchodzi to, kiedy ktoś Twoje filmy krytykuje? Czy starasz się zrozumieć pewne zarzuty, racje krytyków? Sam kiedyś przyznałeś, że każda interpretacja jest równouprawniona.

– Tak, interpretacja jest własnością danej osoby i można to publikować, interpretować. Ale czy ja rozumiem pewne zarzuty? Trudno powiedzieć – jedne rozumiem, innych nie. Case by case. Istnieje też granica reagowania na zarzuty, bo robienie filmów – a zwłaszcza filmów takich jak ja robię – jest tak trudne, tak skomplikowane, tak niezwykłe, że ja powinienem dostać jakiegoś Nobla czy Oscara za to, że ja je w ogóle zrealizowałem. Dysponuję przy tym naprawdę małymi środkami, a jednak grają u mnie gwiazdy, jakoś te filmy wyglądają… To jest też pewnego rodzaju talent wyciskania soku z kamienia.

– Wiem, że dla Ciebie język wizualny, jest ważniejszy niż zwykła narracja. To również może się przyczyniać do tego, że Twoje filmy nie są tak powszechnie oglądane.

– Uważam, że język wizualny jest narracją…

– Również tak sądzę. Ale jeśli obrazy – które często mają symboliczne znaczenie – są trudne do zrozumienia, odczytania, to może sprawiać, że film staje się właśnie hermetyczny.

– …natomiast kino jest obsadzone przez filologów, którzy przedkładają mówione słowo nad czytanie wizualne.

– Wielką wagę przykładasz do roli symbolu w sztuce. Pewne symbole mogą być rozpoznawalne, chociaż – jak sam mówiłeś w swoich wykładach – współczesny odbiorca sztuki stał się ślepy na tę symbolikę, która była w miarę czytelna w pewnych epokach z przeszłości. Jeśli na domiar tego autor/artysta używa swojej „prywatnej” symboliki, to jeszcze bardziej może to zwiększyć nieczytelność tego, co tworzy. I nie będzie to wina odbiorcy.

– Ale ta symbolika akcydentalna, moja osobista… ona również działa na ludzi. I to ludzi obcych kulturowo. Oni ją odczytują jako swoją własną.

– Czyli spotkanie z samym sobą?

– I to jest celem moich filmów.

– Czego unika kultura masowa, która robi wszystko, aby ludzie o sobie zapomnieli.

– Tak, kultura masowa zbudowana jest na ucieczce od samego siebie. A ja odwrotnie – robię rzeczy polegające na spotkaniu człowieka z samym sobą. I to jest totalnie pod prąd. Ale – jak powiedział pewien mądry chiński filozof – kto idzie pod prąd, ten dojdzie do źródeł.

– Znam Twój szacunek dla Tajemnicy. Czym dla Ciebie jest ta Tajemnica?

– Życiem. Tajemnica jest ekwiwalentna z życiem. Jest zbiorem tego wszystkiego, czym dla mnie jest życie. Każda rzecz – u podstaw, u początku, u końca i w samym środku – jest Tajemnicą. Sam proces rozmawiania tej cywilizacji – wszystko jest bardzo tajemnicze.

– Czy to oznacza barierę poznania, niemożność zrozumienia…

– Oczywiście. To jest to sokratejskie „wiem, że nic nie wiem”. To jest właśnie szczytem wiedzy. Tylko najmądrzejszy człowiek może powiedzieć, że wie, że nic nie wie. Znam wielu naukowców, fascynuje mnie fizyka, chemia, matematyka… I zauważyłem jedno: im większy ekspert, tym ma większą świadomość coraz większego pola swojej niewiedzy.

– Ale czy jest to kwestia niemożności poznania, czy też niedostatecznego zakresu naszej wiedzy, która jednak z biegiem czasu staje się coraz większa. Czy Tajemnica nie wynika po prostu z ograniczoności naszej percepcji i wiedzy?
A może największą Tajemnicą jest to, że nie ma żadnej Tajemnicy?

– (śmiech serdeczny)

– No tak, możesz mnie wyśmiać. Ale to była tylko taka prowokacja, bo również dla mnie cały świat i życie jest jedną wielką Tajemnicą.

*  *  *

„Rozmawiając po ćwierćwieczu”

.

Wywiad z Lechem Majewski przeprowadzony przeze mnie 25 lat temu w Chicago przeczytać można TUTAJ, natomiast tekst o najnowszym filmie reżysera „Dolina Bogów” TUTAJ.

.

Komentarze 53 to “KTO IDZIE POD PRĄD TEN DOJDZIE DO ŹRÓDEŁ – rozmowa z LECHEM MAJEWSKIM”

  1. JackieXK Says:

    Bardzo to wszystko mądre, wysublimowane i lekko „wyegzaltowane”… z pewną dozą megalomanii!
    Osobiście uważam, że kultura istnieje w jej przejawach zarówno w sztuce, jak i np.w architekturze.

    W całej dyskusji brakowało mi słowa „cywilizacja”, która – i tu się zgodzę – przejmuje wiele form kultury! Na tym polega tragedia naszych ostatnich 2-3 dziesiecioleci (zwłaszcza od masowego wprowadzenia komputerów i internetu) – wszystko staje się”wizualną ikonką” im łatwiej przyswajalną – tym „lepszą!” A przecież sztuka powinna nieść w sobie element nie tyle „elity”, co „awangardy”! I…tego jej – moim zdaniem – brakuje! Właśnie niektóre filmy i przede wszystkim architektura post-modernistyczna – jeszcze się przed tym trendem bronią!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Słuszne uwagi.
      W moim pojęciu kultura jest częścią cywilizacji – i jako taka oczywiście istnieje, co widać gołym okiem.
      Ale uważam, że Majewski miał na myśli coś innego. Mianowicie pewne wyczerpanie kultury (w tym sztuki) polegające na niemożności wykreowania czegoś naprawdę wartościowego, co by przetrwało dłużej niż jedno – dwa pokolenia. Mówił o pustce sztuki (XX-wiecznej), zniszczeniu formy – estetycznej degradacji, która wolała ukazywać brzydotę (wręcz napawać się nią), niż piękno.
      To ślepy zaułek, w który wdepnęła sztuka współczesna, wmawiająca nam np. to, że wszystko jest sztuką (znamienne – i jakże wymowne tutaj – jest to, że za najważniejsze dzieło sztuki XX wieku uznano pisuar). Tak, awangarda XX wieku poszła do przodu i… sięgnęła dna. Po modernizmie nastał jeszcze bardziej chaotyczny i bezwartościowy postmodernizm.

      Kultura oczywiście istnieje – i nadal się ją tworzy – ale mam wrażenie, że swoje apogea sztuka (wliczając w to malarstwo, literaturę, teatr, muzykę, operę) ma za sobą (np. czy współcześni laureaci Nobla mogą dorównać takiemu Tołstojowi, Dostojewskiemu, Szekspirowi…? Czy jakiś kompozytor współczesny może sięgnąć wyżyn, na których byli i tworzyli Bach, Mozart, Beethoven?). Dzięki temu obecnie sztuka skazana jest niejako na kręcenie się wokół własnego ogona, a jak się nie kręci, to ulega dalszej dezintegracji.
      Często mam wrażenie, że – jeśli chodzi o kulturę i sztukę – to mamy do czynienia z regresem, a nie z żadnym postępem.

      Tak, architektura post-modernistyczna się broni (w przeciwieństwie np. do postmodernizmu w literaturze) ale to dlatego, że architekturę trzyma forma, której rozbicie oznaczałoby po prostu ruinę i gruzy. W architekturze formę można zmienić, ale nie można jest rozbić (bo każdy dom, budynek – aby istnieć i spełniać swoją funkcję – zawsze musi mieć fundamenty, ściany i dach).

      Moim zdaniem dobrze się też trzyma kino, które jest przecież częścią składową kultury i – jak by nie było – jest (czy też raczej bywa) sztuką.

      Majewski ma skłonności do przesady – co zauważyłem już podczas naszej pierwszej rozmowy 25 lat temu – ale dzięki temu jest wyrazisty.
      Ma też skłonności do mitologizacji – i to zarówno samego siebie, jak i tego co tworzy – ale on to chyba robi świadomie i celowo… co być może chroni go przed mitomanią ;)
      A jeśli chodzi o megalomanię? Hm… ;)

  2. Lechosław Jarosławski Says:

    „Ja cały czas się czuje jak to dziecko, które mówi: ‚król jest nagi’, Warhol jest po prostu okropny, muzyka współczesna jest fatalna, to wszystko jest badziewie! Ludzie, obudźcie się! Te bohomazy, te połamane rzeźby w parkach, te rury powyginane, ten złom na wystawach, te jakieś kółka i kwadraty… to jest jedno wielkie gówno!”
    ==============
    Coś tutaj jest nie tak, jakaś wewnętrzna sprzeczność. Oczywiście, raczej trudno żeby współczesny kompozytor napisał Matthäus-Passion w stylu J.S. Bacha lepiej niż to zrobił J.S. Bach. Dlatego kompozytorzy muszą szukać nowej estetyki. CPE Bach też tworzył pasje i kantaty na wzór ojca, ale dzisiaj się je rzadko wykonuje, natomiast bardzo popularne są jego koncerty, pisane w zupełnie nowym, bardziej współczesnym stylu. To samo dotyczy współczesnych kompozytorów.

    Oczywiście, jedne rzeczy się przyjmują, inne lądują w archiwach, ale taki jest los. Zaryzykuję stwierdzenie, że w stałym repertuarze operowym też się znajduje pewnie ułamek procenta oper, które do tej pory napisano.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No tak, ale raczej żadna napisana współcześnie opera nie będzie miała tak długiej żywotności, jak to jest w przypadku oper Mozarta, Verdiego, Pucciniego, Bizeta, Rossiniego…

      • Lechosław Jarosławski Says:

        Drogi Panie, proszę wybaczyć złośliwość, ale bez szklanej kuli nikt nie wie, co będzie. Gusta to rzecz niemożliwa do przewidzenia. Rossini napisał około 40 oper, z których się utrzymały bodaj dwie. Jeśli chodzi o Mozarta, to miał więcej szczęścia, ale zanim jego opery się zakotwiczyły to też minęło trochę czasu.

    • Bogdan Kwiatek Says:

      Klasyki Pan nie oszukasz…
      Może „Jesus Christ SuperStar”… ale raczej ze względu na temat i hippisowskie konotacje 😉

      • Lechosław Jarosławski Says:

        Jest bardzo wielu współczesnych kompozytorów, tworzących w zupełnie odmiennej konwencji. Choćby Olivier Messiaen, Arvo Pärt, także Phillip Glass, nie zapominając o Lutosławskim.. A to tylko wierzchołek góry lodowej,

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To czy muzyka tych kompozytorów przetrwa próbę czasu dopiero się okaże. Na razie tego nie wiemy. Swoją drogą często słuchałem tej muzyki i sporo mi się w niej podobało. Podobnie jest z muzyką filmową, która często jest świetna.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          @Lechosław – nie przeczę! Trochę się tu drażnię, ale generalnie skłaniam się wniosków Staszka.
          W dobie TV i X Muzy opera zeszła na 2 lub 3 plan.
          Bardziej niż tych, a i innych – jakoś nikt tu nie wspomniał „naszego” Pendereckiego – bardziej wsłuchuję się i chętnie wracam do klasyków gatunku typu: Morricone, Vangelis, Kilar, Williams czy Horner…

        • Lechosław Jarosławski Says:

          @Bogdan – Opera ma się dobrze i nie zeszła na żaden plan. Zalecam np. BBC 3 Radio, można bezpłatnie słuchać przez przeglądarkę. Jest tam także dużo współczesnej muzyki, nic złego się z muzyką nie dzieje. Jest masa dobrej muzyki na YouTube, trzeba tylko wyklikać. Na BBC3 dwa tygodnie temu była retransmisja opery Philiipa Glassa „Akhnaten”, można sobie odsłuchać. Także w PR 2.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          @Lechosław – moje zapotrzebowanie na muzykę w 120% zapewnia mi rodzinny Spotify. Widzę, ze Ph. Glass jest obecny. Zapodałem sobie właśnie „wybór” utworów. Ale jak widzę, on należy do „mojego” grona twórców muzyki filmowej, niż li tylko operowej… Wszak więcej napisał muzyki do obrazu niż do sali operowej…
          a i jak widzę, miałem z nim „do czynienia” przy obejrzeniu „Koyaanisqatsi”.

        • Katarzyna Dyaczyńska Says:

          @Lechosław – Nie stawiajmy znaku równości pomiędzy gustami a sztuką. Starożytni określili piękno jako harmonię i choćby gryźć ścianę nie da rady tego podważyć. Dla jasności uznajemy również kategorię „takie brzydkie, że aż piękne”. Bez harmonii, owego boskiego pierwiastka doskonałości, g…o wyjdzie nie sztuka, parafrazując Lecha Majewskiego 😉

        • JackieXK Says:

          Zgadzam się z przedmówczynią ;) co do harmonii! W architekturze sprowadza się to do 11 zasad Wirtuwiusza i kanonu przez Niego określonego, jako: „Utilistas, venustas, fermitas”- czyli: Użytkowe, piękne i trwałe! Tak też budowali swe konstrukcje Rzymianie, że przetrwały ponad 2000 lat… A taki akwedukt w Segovii – był chyba najdłużej funkcjonującą budowlą” użyteczności publicznej”, bo jeszcze w czasach Franco – płynęła nim woda! :)

        • Katarzyna Dyaczyńska Says:

          Jackie XK – „It took me four years to paint like Raphael, but a lifetime to paint like a child”. /Pablo Picasso/ 😉

  3. Bogdan Kwiatek Says:

    Sztuka współczesna w parkach, przestrzeni publicznej – jest dobra, o ile ma 100 lat +.
    Architektura miast – o ile to koniec XIX w lub wcześniej! Owszem są perełki, ale Leonardów da Vinci nie widać!
    A kultura – dobrze jest jak nie jest nachalny brak kultury!

    Czekam Staszku na Twoja opinie o dziełach najnowszej noblistki w dziedzinie literatury!
    Na której stronie „Ksiąg Jakubowych” już jesteś? ;)))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie przesadzaj… zwłaszcza jeśli chodzi o architekturę. Sporo ciekawych – a nawet pięknych – budowli powstało w XX i XXI wieku.
      Na szczęście, sztuka współczesna wystawiała nie tylko złom w parkach.

      A co do Noblistki? Jak pewnie zauważyłeś, mój wpis jej nie dotyczy  
      Do tej pory przeczytałem tylko jedną książkę Tokarczuk: “Prowadź swój pług przez kości umarłych” i podobała mi się średnio, więc nie miałem większej ochoty na sięganie po inne.
      Jednak myślę przeczytać jej „Biegunów” oraz „Księgi Jakubowe” – i dopiero wtedy będę się mógł wypowiedzieć na temat jej pisarstwa.
      Bo to, co się dzieje teraz, niewiele ma z tym pisarstwem wspólnego, a dużo z zacietrzewieniem – z jednej strony, oraz gremialnym zachwytem i dumą z Nobla – z drugiej (swoją drogą być dumnym z czegoś, do czego nie przyłożyło się ręki – i co nie jest naszą zasługą – to trochę dla mnie dziwne)
      Niestety, w świat poszła głównie bardzo niefortunna i niemądra (by nie nazwać tego inaczej) wypowiedź Tokarczuk (którą każdy już chyba zna na pamięć). I niestety, jak na razie, to jest jej największy wkład intelektualny w rozsławianiu naszego kraju na świecie – bo założę się, że na jakieś 1000 osób, które usłyszały ów słynny cytat (nazywający Polaków „kolonizatorami, właścicielami niewolników i mordercami żydów”), może jedna zna jej twórczość literacką.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Co do architektury, to mniej więcej IMHO jak z tą proporcja ws noblistki. 1 na 1000!
        Właśnie wróciłem z krakowskiego Rynku Głównego. Większość budynków to obiekty z XIII – XIX w. I dobrze. Miałem możliwość dać oczom wypocząć 🙂

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wiesz, architekci z czasem byli konfrontowani z coraz większymi wyzwaniami wobec tego, co niosła ze sobą współczesność. Trudno więc, by trzymali się tego, na co było stać np. bogate mieszczaństwo krakowskie z XVIII – XIX wieku.
          Wiesz również to, że naśladowanie dawnych form (jak to miało miejsce np. ze świątynią w Licheniu czy pałacami/zamkami nowobogackich naszych czasów) często miało katastrofalne konsekwencje w postaci architektonicznych potworków.

          Mimo to jest wiele przykładów udanej architektury postmodernistycznej.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Nigdzie nie powiedziałem, że głosuję za średniowieczem w architekturze, ale jak porównam Zamek na Wawelu (symbol Krakowa) z Pałacem Kultury i Nauki (zwanym PKIN) – symbolem Warszawy, to… nie ma porównania. A przecież technika budowy – jak sam świetnie wiesz – przez 500+ lat znacznie się zmieniła!

        • JackieXK Says:

          Bogdan! Porównanie… cokolwiek nieuprawnione!

        • Bogdan Kwiatek Says:

          porównanie symboli! Zamek w Warszawie to za przeproszeniem „Skałka” w Krakowie!
          Drugi sort ;)))

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Ja patrzę na architekturę pod różnym kątem:
          A) a to jako domorosły budowlaniec, gdy chciałbym wiaty przy domu zrobić na wzór dachów z Luang Prabang, by ładnie odprowadzały wodę deszczową
          B) a to jako fotograf, który chce złapać specyficzną „twarz” każdego miasta – by sobie „udowodnić”, że był sens do tego miasta jechać, a nawet przywieźć turystów.

          I weźmy takie (ulubione przez Ciebie, bo amerykańskie!) LA!
          Katedra – takie sobie byle co. Jedynie słynny z każdego filmu budynek magistratu, Walt Disney Center i w Hollywood… no i Teatr Chiński? A Stadion Olimpijski? budynek Capitol Records?
          Dramat!
          Dlatego zawsze jadę na Olvera Street i pod Nuestra Senora, czy dworzec Union Station lub/i US Post… Tam nie ma co oglądać!!!
          Jedynie spacer po Hollywood Blvd. ma sens (chodzenie!) i wejście na wzgórze z widokiem na napis „Hollywood”, choć lepszy z Parku Griffitha i Obserwatorium.

  4. JackieXK Says:

    Nie lubię”podpierać się” autorytetami, ale w tym wypadku…. wypowiedź Łysiaka… bezcenna!! :)
    Polecam Panom!!

  5. Bogdan Kwiatek Says:

    To już na koniec dnia – choć dzień się cokolwiek przed chwilą przechylił 😉
    Właśnie zawiozłem i przywiozłem córkę na i ze spektaklu „Nic” z jakkolwiek nie patrzeć – świątyni teatru: Teatru Starego w Krakowie.
    Lepiej nic nie mówić. Jakiś dramat i nie w ujęciu klasycznym greckim, tylko właśnie bełkotliwym postmodernistycznym.

    Ostrzegał ją znajomy aktor, który notabene wyniósł się do Łodzi, że może mieć trudności z odbiorem. Jak mi opowiedziała parę scen nie mających nic wspólnego ze sztuką i o tym, że jednak ileś tam osób opuściło gmach przed tej „sztuki” zakończeniem, to wystarczy – jako zakończenie… 😕

    http://nascenie.info/4142-2/?fbclid=IwAR1DtzVTsA9p_y9W38GWC2_12gCZD6xDipP7Uk9-YJfEfBOE8F3TxeSfTGQ

  6. Piotr Figiel Says:

    W dobie obecnej sztuka musi sięgnąć swoich pierwotnych, archetypicznych źródeł z zarania człowieczeństwa – i na szczęście robi to. To jest jej proces samo-oczyszczania; szamanizm i inne, wtórne formy sakralizacji – to jak najbardziej zrozumiałe i zasadne zjawiska. No i więź z naturą – arcyważna !! Bez niej ginie poczucie piękna – co coraz bardziej widać w charakterze obecnej, globalnej cywilizacji .

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, zgadzam się. Tylko sztuka „radykalna” (w sensie: dotykająca jakiegoś „rdzenia” egzystencji, sięgająca do źródeł człowieczeństwa, stanowiąca pewne wartości oraz istotne punkty odniesienia) – ale też mająca w sobie potencjał symboliczny, niematerialny, duchowy – tylko taka sztuka może być sztuką „prawdziwą”, ważną dla człowieka w wymiarze eschatologicznym, aksjologicznym i egzystencjalnym (sorry, jeżeli zabrzmiało to cokolwiek przemądrzale i patetycznie).

      Cała reszta jest okazjonalną używką – służy zabijaniu nudy i dostarczaniu tymczasowej przyjemności, konsumpcyjnego zaspokojenia – staje się domeną handlu i manipulacji.
      Ale to nie znaczy, że takie „utylitarne” – doraźne i przyziemne – funkcje sztuki należy potępiać w czambuł i całkowicie je odrzucać.

      • Piotr Figiel Says:

        Oczywiście że nie – funkcja dekoratorska też jest bardzo ważna !
        Niemniej rdzeniem jest poruszanie się blisko Wielkiej Tajemnicy Istnienia i – sacrum, w szerokim tego słowa znaczeniu… Przy takim paradygmacie – wszelkie zmieniające się trendy i kierunki – bledną i stają się mało istotne.

  7. Katarzyna Dyaczyńska Says:

    Żyjemy w erze apoteozy turpizmu, bo wszystko już było. Negacja pozostanie negacją, nie stanie się sztuką przez aklamację. Możemy sobie czekać na przyjście Mesjasza estetyki, ale jakoś ciemność widzę, ciemność. Współczesna sztuka (sic!) jest bezduszna, bezideowa mimo, iż z frazesami na ustach. To, iż czasami, gdzieniegdzie doznamy wzruszenia oferowanego przez twórcę, jest kroplą w morzu wody i wyjątkiem udowadniającym regułę.

    • Piotr Figiel Says:

      Ale przecież na dobrą sprawę zawsze tak było, a i uogólniać za bardzo nie należy.

    • JackieXK Says:

      Niejaki Picasso … mówił, że wszystko, co pojawiło się w malarstwie po…naskalnych obrazach byków w Cuevas de Altamira (20-25 tys.lat temu) – to już dekadencja!! ;)

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Jackie prawie byłem!
        Nie wierz, we wszystko co ludzie i Picassowie mówią. Czasem się droczą!

        Ale faktem jest, ze jego malarstwo podobne jest do bardziej do bohomazów z różnych grot, niż do takiego Leonarda dV

        • Piotr Figiel Says:

          Aaaa… to zależy z jakiego okresu !! 😁

        • Bogdan Kwiatek Says:

          W grotach też starali się oddać ruch i mimikę twarzy zwycięzców i myśliwych 😉

          Ooo… jak już, to polecam adwersarzom temat:
          Jak to się stało, że 4000+ lat temu w malarstwie naskalnych Ameryki Północnej i Australii, a jeszcze /i tu mam problem pamięciowy/ do rzucania dzidą używano rączki – Atatl u Indian, woomera u Aborygenów. I jeszcze gdzieś… jak ta idea – inna od helleńskiej – wędrowała dookoła świata. Tyle tysięcy lat temu!
          To była sztuka, która niosła kaganiec oświaty!
          😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Sam sobie odpowiem / ale może ktoś tez skorzysta!:
          Bo męczyło mnie, gdzie jeszcze używano tej techniki – odpowiedz jest prosta:
          Wszędzie!
          Ale spotkałem się z tym w ub. roku. Ameryce Środkowej.

          Jak tu nie kochać Woojka Goo!
          I Cioci Wiki!
          //w Dolinie Ognia w NV (Valley of Fire!) miejsce zwą Atlatl Rock…

          https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Atlatl

        • Piotr Figiel Says:

          Bogdan K – lepiej ich nie kochaj za bardzo … zwłaszcza „cioci Wiki” !
          Jest to jednak instrument manipulacji historycznej.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Ciocia Wiki w tym i wielu podobnych sprawach jest miarodajna. Nie róbmy z niej wariatki. Ale to, że są tacy, co na jej łamach rysują własną wizję świata, to pewnie i prawda! Wszak każdy może być jej redaktorem – tak Piotr F., jak i Stanislaw B. A nawet ja (kiedyś nb byłem, i to u początku zagadnienia, gdy mąż znajomej to właśnie w Polsce jako jeden z pierwszych rozwijał!) Wtedy i ja przyłożyłem swój palec do tego, skąd inąd zbożnego dzieła. By „każdy miał dostęp do wiedzy!”…

        • Piotr Figiel Says:

          Bogdan Kwiatek;
          I ja pisałem artykuły na temat historii Ameryki prekolumbijskiej – zaakceptowano wszystko. Potem, opierając się o nowe odkrycia z zakresu genetyki oraz w oparciu o całą wiedzę jaką posiadam – na temat pochodzenia Słowian i historii Europy Środkowej – nie zaakceptowano niczego stojąc na straży alochtonicznej teorii pochodzenia Słowian ( która jest wierutną bzdurą i manipulacją historyczną zrodzoną na uniwersytetach niemieckich XIX w. na fali szerzącego się pangermanizmu i ‚hakaty’), jak też na straży historii Europy Środkowej w której mówi się wszelkich możliwych ludach, tylko nie o Słowianach ( przed VI w.n.e.)
          Konwersarzu, wejdź na ‚wiki’ i poczytaj – a sam zobaczysz – wszystko to o czym się tam opowiada na ten temat jest spuścizną manipulacji historycznej; I mimo że niepodważalne odkrycia naukowe ostatnich lat mówią zupełnie co innego – to nadal się preferuje nieaktualny już rys historii. Nawet w naszych szkołach – co w zagapieniu się na „mądrość zachodu” – jest dosyć zrozumiałe…
          To się mój drogi nazywa: „polityka historyczna”
          Tak, że mam swoje zdanie i inne podejście uważam w tej chwili za naiwność – tyle w temacie !

        • Bogdan Kwiatek Says:

          @Piotr Figiel – rozumiem Twoje stanowisko, rozumiem rozgoryczenie… Trudno z tym dyskutować, bo to trochę jak spotkanie „złego księdza”, po którym ma się awersje do całego kościoła.

          Pamiętam, że w wiki była „instytucja” dyskusji i można było bronić własnych poglądów przy zamieszczaniu nawet linijki tekstu. Nie wiem, jak to wygląda dziś. Zapomniałem hasła albo skasowali /zreformowali mój dostęp. Wycofałem się dawno temu.

          Mam świadomość, że taka praca zbiorowa / takie coś pisane przez wszystkich, nieco bez odpowiedzialności osobowej za słowa, oraz modyfikowalne ad hoc i online, może mieć i chyba ma znamiona platformy łatwej do instrumentalizacji. Zwłaszcza w kwestiach/tematach nie oczywistych, w szczególności bieżącej historii i właśnie polityki.

          Ale – w porównaniu z takim kolosem i swoim poprzednikiem, czyli E. Britannica – choć pisanej na papierze i przez uznane autorytety – ma znamiona wiedzy obiektywnej… Choć może w wersji Wiki 13.496 była bardziej prawdziwa niż w wer. 27.945 (jeśli takie wersje są?)

          A czyż i ona /E.B./ nie była wykładnią świata li tylko angielskiego?! Na pohybel przeciwnikom? Czyż historii nie piszą zwycięzcy? Albo ci, którzy mają „parcie na szkło” i możliwość druku?
          I czy każde państwo, a raczej każdy naród nie ma prawa do własnego opisu danej rzeczywistości? Choćby był sprzeczny z opinią sąsiadów?

          W kwestiach kontrowersyjnych powinny być IMHO powoływane „grupy dyskusyjne” i zapis ich dyskusji byłby podstawą do wypracowania wspólnego stanowiska… o ile, bieżący dyskurs by go nie ściągał na poboczne tory…

          Czy współczesne kino historyczne nie jest właśnie takim instrumentem? Walki o przeszłość (ale o teraźniejszość opinii publicznej!) i zakłamywania historii?
          Łatwiej jest wszak napisać cokolwiek na WordPress, trudniej jak słyszę na Wikipedii, a jeszcze trudniej i drożej przebić się z filmem. Dlatego oskarowe filmy mają taką nośność. Dlatego noblowska stygmatyzacja uwiarygodnia autora i jego twórczość! A kimże jest Akademia Szwedzka, że stała się takim „uznanym” autorytetem? Lepsza od Polskiej Akademii Nauk? Od Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Akademii Ekonomicznej w Krakowie? Tylko dlatego, ze stoją za nią duże pieniądze faceta, który wynalazł (?) dynamit (a jego dzieło przyczyniło się do czego? Samego dobra? Może gdyby Polacy zaczęli pobierać tantiemy od polonu i radu, albo rafinacji ropy naftowej i ufundowali nagrody Curie Skłodowskiej oraz Lukasiewicza po 10 mln dolarów każda, to stalibyśmy się ośrodkiem jeszcze bardziej opiniotwórczym…

          Polityką historyczną może być już samo wspominanie lub przemilczanie dat, nazwisk, wydarzeń!
          Świętowanie 14.07.1410 albo 8/9.05.1945 będzie zawsze antyniemieckie…

        • Piotr Figiel Says:

          Bogdan Kwiatek,
          Dobitna, wnikliwa refleksja przybliżająca prawdę – dziękuję.
          Napisałem wtedy opinię krytyczną do redakcji i podziękowałem za współpracę.
          Posiadam na tyle gruntowną i szeroką wiedzę z zakresu historii, że jeśli widzę czyjeś jej lekceważenie i pomijanie – tuszę go sobie za zwyczajnego ignoranta .
          W takiej sytuacji przecież dialog się kończy. Ciekawie jak tam ‚piszą’ o wojnie domowej w byłej Jugosławii – pewnie taka sama pół-prawda w której całkowicie pominięto milczeniem sprawczą i destrukcyjną w tym rolę krajów zachodnich.

    • Piotr Figiel Says:

      Katarzyna D. – Nie zgadzam się, bowiem jak niby mamy to rozumieć ??
      Idąc dalej to nonsens – kiedy spojrzymy choćby na genialne portrety Witkacego, czy jego „potwory” egzystencji i egzystencjalizmu; obrazy powojennej traumy Wróblewskiego, absolutnie mistrzowskie abstrakcje Brzozowskiego, Kantora… itp, itd… To przy tych obrazach impresjoniści wypadają dosyć blado – poza tą trójką najbardziej od nich odstającą: P. Gauguin, A. Modigliani i V. van Gogh ( kolejność nieprzypadkowa – bowiem ten pierwszy na Tahiti popełnił tak wielkie i ponadczasowe malarstwo – ze jest klasą same w sobie..).

      Jackie x. – Picasso poruszył kwestię pierwotności sztuki jako archetypu ludzkiej natury – i właśnie tak uważam, że obecnie sztuka zatoczyła koło. Ale to wcale nie oznacza że czegoś jej ubyło .. przeciwnie nawet: możliwe jest tworzyć „wszystko” – ale tylko rzeczy dobre.

      • Katarzyna Dyaczyńska Says:

        To kontynuujmy nonsensy – na tle naszych ówczesnych artystów, Francuscy impresjoniści w ogóle wypadają blado. Zawsze mówię, że mieli dobrych marszandów, ale Polacy większego ducha do malarstwa. Też mam ulubione nazwiska z okresów późniejszych, ale nie trend był już schyłkowy, nie wznoszący czyli zataczamy koło i dotykamy zaczątku dyskusji tj. apogeum w sztuce.

      • Katarzyna Dyaczyńska Says:

        Zasada Pareto. 80% złych, 20% dobrych z postawionym pytaniem … czy jest ktoś w stanie stworzyć nową jakość doskonałości ? Choćby najcudniejszej urody zespawane rury nigdy nie staną się nowym Berninim.

      • Krystyna Arthur Says:

        @Piotr Figiel – a ja I tak kocham,.Modiglianiego z nich najbardziej… wiem, że nie na temat.
        Ale zgadzam się, że „król jest ,nagi”, akurat pisałam o sztuce jako społecznej interakcji.

        Nie istnieje sztuka bez odbiorcy,

        Zmiana jaką ludzkość przechodzi w zawrotnym tempie, pozostawia pustkę,wypełnioną złomem cywilizacji.

        • Piotr Figiel Says:

          Krystyna A. – Modi jest boski. Ale jest kilka obrazów Goguina które są ‚ogromne’ w swej apoteozie istnienia; „Skąd przychodzimy, kim… ” – na czele.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A ja, z tej wymienionej trojki najbardziej chyba lubię malarstwo Van Gogha – a i jako człowiek najbliższy mi jest Vincent. Oczywiście bardzo lubię też Gauguina – cenię go właśnie za próbę przedarcia się do esencji bytu za pomocą symboli, za jego wyprawę do źródeł. Modigliani z kolei był z nich najbardziej… subtelny i delikatny – może nawet czuły – ale z mocnym dotknięciem melancholii – i takie też było piękno, które tworzył.

  8. Piotr Figiel Says:

    Wracając do treści wywiadu: Nie zgadzam się z L.Majewskim – sztuka nowoczesna – te „zespawane rury” – to nie jest samo „g….o” !! To ma swój charakter i przesłanie – ponadto dzieło dziełu nierównym !!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak już powiedziałem, Majewski często przesadza i uogólnia, ale nie twierdzi że cała sztuka współczesna to „g…o”. (Sam przecież miał wystawy swoich instalacji – choćby w MoMA w Nowym Jorku – „świątyni” sztuki współczesnej). Mówiąc tak odnosi się do zupełnie bezwartościowych „artefaktów”, które rzeczywiście bliżej są złomu i śmietnika, niż sztuki, w której zawarty byłby jakikolwiek artyzm (zauważmy, że takie właśnie słowa, jak „artyzm” czy „sztuka” zupełnie przez to się zdewaluowały i teraz zupełnie nic już nie znaczą – bo mogą znaczyć wszystko). Ja kiedyś poświęciłem tej hucpie obecnej w tzw. „sztuce współczesnej” trochę uwagi, czasu i miejsca, publikując w prasie serię artykułów, z których część przeniosłem później na moją stronę do internetu. Zapoznać się można z nimi tutaj: (polecam zwłaszcza teksty p. „Co wolno artyście”, „Obrażalskie uczucia”, „Koncept w sztuce współczesnej” – pisałem to dawno, ale większość moich opinii nie uległa zmianie):

      https://wizjalokalna.wordpress.com/tag/sztuka-wspolczesna/

      PS. A jak by Pan opisał charakter i przesłanie tych „zespawanych rur”?

  9. „DOLINA BOGÓW”, ALBO O WYCISKANIU SOKU Z KAMIENIA (kilka uwag o najnowszym filmie Lecha Majewskiego) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] wywiadu postaram się publikować w innym miejscu, tutaj wspomnę jedynie o wątku dotyczącym „Doliny Bogów”. Zaczął się on od mojej uwagi, […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s