CZY EUROPA PSUJE SIĘ OD GŁOWY? – o filmie „Słodki koniec dnia”

.

Kiedy się zabierałem do napisania noty o tym filmie, to myślałem, że zajmie mi ona jakieś pół strony. Ale kiedy skończyłem, okazało się, że tych zapisanych stron jest cztery. Nakręcony we Włoszech, ale zdecydowanie polski obraz ze scenariuszem napisanym specjalnie dla Krystyny Jandy, sprowokował mnie do bardziej intensywnego myślenia, niż się spodziewałem, co jednak nie przełożyło się na moją dobrą o nim opinię. „Słodki koniec dnia” prowokuje, mówi o schyłku i dekadencji, ale chyba niechcący obnaża zepsucie tam, gdzie tego zepsucia sam nie dostrzega.

.

Jaki jest stan europejskich elit? (Krystyna Janda w filmie „Słodki koniec dnia”)

.

       Pamiętam jak urzekł mnie pierwszy film Jacka Borcucha, który widziałem. Nosił on tytuł „Wszystko co kocham” i był dość nostalgicznym, ale jednocześnie spontanicznym powrotem reżysera do czasów swojej młodości – nieco żywiołowym i rozwichrzonym, ale przy tym autentycznym i szczerym. Gorzej było niestety z następnym jego filmem „Nieulotne”, w którym młodzi ludzie usiłowali wejść w świat dorosłości, ale za bardzo nie wiedzieli, czego chcą (tam szukać) – wprawiając również w konsternację nas, widzów.

Ciekaw więc byłem najnowszego obrazu Borcucha „Słodki koniec dnia”, tym bardziej, że zagrała w nim dawno już nie widziana na kinowych ekranach Krystyna Janda (moje zaciekawienie z tego powodu jeszcze bardziej wzrosło, kiedy na ostatnim Festiwalu Filmowym Sundance za wystąpienie w tym filmie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki); a tu jeszcze w obsadzie gwiazda (bardziej kina włoskiego niż polskiego) Kasia Smutniak; a tu scenariusz pisany m.in. przez Szczepana Twardocha, uznanego w Polsce za pisarza dobrego, choć kontrowersyjnego („Morfina”); a tu muzyka Blooma i Możdżera… No i jeszcze ta Toskania.

mgła

Początek „Słodkiego końca dnia” był zachęcający. Zamiast pocztówkowych, nieskazitelnie pięknych toskańskich pejzaży, którymi zazwyczaj napawają się operatorzy filmów z akcją osadzoną w tej idyllicznej krainie oliwek, cyprysów i wina, (którą, nawiasem mówiąc ja sam uwielbiam) patrzyliśmy na kadry Michała Dymka, który z włoskiego krajobrazu wydobył mglistą szarość, niekiedy wręcz mroczność – nawet w czasie dnia nie widzieliśmy jaskrawych kolorów, bo obraz zdominowały barwy zimne i stonowane, pozbawione nasycenia. Światło słoneczne, jeśli było, to było wyblakłe i przefiltrowane; zieleń i żółć – pieszcząca zazwyczaj w Toskanii nasze oczy – tutaj była brudna, poszarzała… I akurat w tym momencie to wszystko mi odpowiadało, gdyż mogło się przełożyć na równie intrygującą i niebanalną filmową historię o europejskiej dekadencji. Bo cóż po pięknie w czasie nerwowym?
Bardziej oswajały niż raziły aż nadto oczywiste odniesienia do znajomych scen z innych filmów. Docierały do nas znaki i symbole, które – miałem taką nadzieję – staną się bardziej czytelne i uzasadnione później. Do ludzi obecnych na ekranie, przybliżały nas ich gesty, zachowanie, słowa… Krystyna Janda we wszystkich scenach zwracała na siebie największą uwagę… Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, ale w pewnym momencie „Słodkiego końca dnia” zaczęło mi coś w nim zgrzytać.

bomba

Bomba wybuchła gdzieś tak w połowie filmu, zaraz po niej nastąpiła nie mniej wybuchowa przemowa głównej bohaterki, granej przez Jandę Marii Linde, pochodzącej z Polski laureatki Nobla, która odrzucając tę obmierzłą nagrodę, będącą dla niej symbolem psującej się (od głowy?) Europy, stwierdziła ponadto, że atak terrorystyczny, jakiego właśnie dokonano w Rzymie (i który pochłonął wiele ofiar śmiertelnych) jest niczym innym, jak… dziełem sztuki. A śmierć tych ludzi była dla nich… darem, jaki otrzymali oni od tych, którzy ich zabili.
Od tego momentu czekałem, jak to wszystko dalej się rozwinie – jak wytłumaczy ona tę histeryczno-niedorzeczną tyradę, jakie poda argumenty; wreszcie: co ona tak naprawdę sobą reprezentuje, jaka była jej twórczość, na czym polegało jej oddziaływanie na ludzi, na czym jej zależy, co ją w Europie boli… ? A może zamkną ją – jak Ezrę Pounda  w klatce (którą właśnie wybudowano na rynku jej miasta) – w psychiatryku?
Lecz na próżno – film spuścił z tonu i dalej „poleciał” już tylko bliżej nieokreśloną mamałygą, w której grana przez Jandę „poetka” (jakże trudno byłoby wyobrazić sobie jej „poezję”) zachowywała się coraz bardziej niezrozumiale, irytująco i antypatycznie.
Niestety, im więcej o tym filmie myślę (a daje on jednak do myślenia) tym mniej mi się on podoba. (Ale bardziej ze względu na treść, niż na formę).
Jedną z kluczowych kwestii, jaką podejmuje „Słodki koniec dnia” jest problem, jaki ma obecnie Europa z imigrantami (to polityka). Drugą jest wolność artysty do (najbardziej nawet skrajnych i kontrowersyjnych) wypowiedzi (to psychologia i etyka). Film, chcąc nie chcąc, pyta się też o kondycję europejskiej kultury i jej elit.
I tutaj budzą się we mnie spore zastrzeżenia… właśnie wobec tych europejskich elit, których przedstawicielką jest także Maria Linde.

ciacho

Po pierwsze: jej romans z (młodszym od niej o jakieś 30 lat) wielce urodziwym Egipcjaninem, sporo mówi nie tylko o hedonistycznych skłonnościach (te według mnie nie są tutaj tak istotne, podobnie jak to, że na „intelektualnych” spotkaniach z nią pali się „skręty”, alkohol leje się strumieniami, a ona sama „ćpa” na jakichś podejrzanych bibach), co o jej stosunku, zarówno do własnej rodziny (mąż, córka z dziećmi), jak i do imigrantów.
Ten jej flirt (nawiasem mówiąc w grze Jandy nie ma żadnej zmysłowości, dlatego afera ta wypada dość sztywno, sucho i pozbawiona jest jakiejkolwiek namiętności) nie ma jednak żądnej głębi – podobnie jak nie ma większej głębi w tym, jak Maria pojmuje kulturę imigrantów (to, że nie wie ona nawet tego w jaki sposób trzymać książkę arabskiego myśliciela, którą dostała w prezencie od swojego kochanka, jest tutaj symptomatyczne). Dla niej ten chłopak jest tylko takim „ciachem”, po które sięga znudzona, starzejąca się kobieta, łudząca się, że młodość jej kochanka ją samą odmłodzi, pozwalając jej zrzucić więdnące ciało niczym kolejną sukienkę (tak przynajmniej można wywnioskować z tego, co widzimy na ekranie). Po drodze, oczywiście, Noblistka rani swoich najbliższych (nawet jej własna córka mówi o niej, że jest „popierdolona”), powoduje to, że wszyscy się od niej odwracają (i akurat jej najbliżsi robią to nie dlatego, że palnęła jakąś kosmiczną bzdurę, która poszła w świat i de facto ją skompromitowała).

fochy

Dla mnie najgorsze w tym filmie jest to, że Borcuch i Twardoch właśnie z takiego materiału wyciągają postulat o wolności artysty i jego prawa do ekspresji samego siebie. No ja przepraszam! W takim razie co z konsekwencjami jakie to za sobą pociąga? Co z odpowiedzialnością za słowa, za swoje czyny? Co z etyką (którą tak przecież napełniają sobie usta obrońcy imigrantów)? A tu sama Noblistka mówi wprost, że jest niemoralna („I am immoral”) i że nie podziela systemu wartości, który może jest dobry dla ogółu, ale nie dla niej. (Nota bene, mówienie w tym kontekście o „autorytecie moralnym” może wyglądać na jawną kpinę).
Jest jeszcze jeden szkopuł. Film nie daje nam żadnych przesłanek, byśmy uwierzyli w to, że Maria Linde rzeczywiście jest poetką – i do tego wybitną, zasługująca na najwyższą nagrodę w literackim świecie. Nie mamy pojęcia, jaka jest jej twórczość, czego dotyczy. Żeby choć żachnięto się o tym w filmie! A tu nic! Zamiast tego widzimy strzelającą fochy seniorkę, której bunt – oprócz niezrozumiałej dla nikogo przemowy – ujawnia się w piratowaniu swoim nowym Porsche, niezatrzymywaniu się do kontroli drogowej, uczeniu swojej wnuczki przeklinania (dzięki temu dla niej Sinatra okazuje się „wykurwisty”) tudzież w pisaniu listu do męża (z którym – jak na razie – mieszka pod jednym dachem) z prośbą, żeby zamiast w pantoflach, chodził po domu w butach. Czy to wszystko nie jest infantylne, zwłaszcza jak na zachowanie intelektualistki, której słucha świat?
Właśnie! Sama Maria Linde mówi, że to ją wykreowali inni (intelektualiści, literaci, krytycy…) i że ona nie ma z tym nic wspólnego. To nie jest jej wina, że zrobiono z niej autorytet.

bańka

Nie wiem, czy celowo, ale tutaj twórcy filmu zdradzili jeszcze jeden problem współczesnych elit – używania i ulegania mechanizmowi, w którym lansuje się, gloryfikuje, mitologizuje i nadyma bańkę sławy wokół kogoś, kogo twórczość jest problematyczna, a jej wartość pozostawia czasem wiele do życzenia.
Poza tym, tyrada Marii Linde zwróciła się też przeciw Nagrodzie Nobla. Bo czy warto padać na kolana przez werdyktem jakiejś spółki, skompromitowanej skandalem i bynajmniej nie kierującej się wartością literacką a swoim ideologiczno-politycznym widzimisię czy jakąś koterią?
Podsumowując wszystko, co do tej pory napisałem: czy nie jest to aby diagnoza stanu (choroby?) sporej części elit współczesnej Europy?

*  *  *

5.5/10

Komentarzy 12 to “CZY EUROPA PSUJE SIĘ OD GŁOWY? – o filmie „Słodki koniec dnia””

  1. Stanisław Błaszczyna Says:

    Gdybym był przesądny, to uznałbym to za jakiś znak :) 
    Bo jakże uderzyły mnie w kontekście mojej recenzji słowa reżysera Michała Rosy, które przed chwilą przeczytałem:

    „Obawiam się, że zanika u nas poczucie odpowiedzialności za własne czyny, nasze większe i drobniejsze zdrady, nielojalności. Mówimy: wszystko jest ludzkie, wszystko jest normalne, mylimy przestępcę z ofiarą. A przecież, wydawałoby się, jeszcze niedawno ludzie mieli poczucie grzechu albo przynajmniej dyskomfortu moralno – psychicznego. Dziś wartościowanie czynów uważa się za coś nieprzyzwoitego. Mówi się, że człowiek nie ma prawa oceniać postępowania drugiego człowieka. W tej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak zostać twórcą mieszczańskim. Wiem, że to strasznie brzmi, ale spokojnie – to, co nazywam kinem mieszczańskim, odwołuje się do wartości i zasad etycznych, uznaje je za coś rzeczywistego”

  2. Krystyna Arthur Says:

    Elita zostaje infiltrowana przez aspirantów… oni płacą każdą cenę aby mieć zdjęcie z królową Belgii lub papieżem.
    Kiedy pada/zmienia się system, najczęściej szumowiny wypływają, aż nowy system wartości oparty o normy kulturowe osiągnie tipping point.
    Marna post modernistyczna mamałyga pomysłów pójdzie ewentualnie w zapomnienie. Bo nic nie reprezentuje. Szmelc. Nie wiemy jeszcze gdzie i jak rozwój naszego gatunku zmierza.
    Sztuka ma dać nam skrzydła… a tymczasem… no cóż ” król jest nagi”. Nawet jeżeli to znane, nadmuchane nazwisko.

  3. tamaryszek Says:

    Zgadzam się co do Michała Dymka. Widziałam kilka dni temu jego robotę przy „Supernovej” Kruhlika – świetnie się tam sprawdził. U Borcucha tak samo.

    Natomiast zupełnie nie rozumiem kierunku interpretacji „Słodkiego końca dnia”. Brak namiętności w związku z młodszym facetem nie musi oznaczać jej złych intencji. Dla mnie ta relacja jest poszukiwaniem. Nie mam potrzeby jej oceniać. A właśnie wszyscy za wszystko chcieliby tę bohaterkę oceniać. Prawda, że irytuje, bo jest zadziorna, niezależna, nie pasuje do roli, w którą chciałoby się ją wpakować: babcia, mamusia, dystyngowana prelegentka dumna ze swego miasta i wdzięczna. Figa – nie. Mnie też co prawda sprawiała trudność. Ale właśnie te oczekiwania wszystkich wygasiły trochę moje. U Ciebie odwrotnie – dołączasz sporo własnych. I tak buduje się tę klatkę, w którą trzeba wsadzić kogoś, kto nas wkurza.

    Wiele elementów ma tu znaczenie, ale kluczowa jest scena przemowy. Mocne. Bardzo kontrowersyjne i pod włos. Sedno dotyczy jednak wolności artysty. Czy ma prawo mówić, co myśli. Czy powinien mówić tylko to, co w każdym świetle będzie takie samo. Nieskazitelne, niegorszące, do cytowania i pouczania maluczkich (i tych mniej malutkich). Tekst przemówienia (cytujemy je w całości na stronie Horyzont kina) ma sporo sensu. Europa działa w białych rękawiczkach, jest poprawna, ale jałowa. Przegrywa z terroryzmem z powodu zbyt wielu nic nieznaczących słów. Maria nie dorzuca kolejnych. Terrorysta imponuje jej działaniem i ryzykiem, które podejmuje. Używa szokująco mocnego przykładu, który jest prowokacją.

    Reszta jest tym, co dzieje się w widzu. A może się zadziać, bo szpila jest wyraźna. To sukces filmu.

    Oczywiście, że Maria Linde przekroczyła granice (świadomie i celowo). Oczywiście, że zabójstwo nazwane dziełem sztuki musi budzić protest. I tu jest ten myk, który ja w filmie Borcucha widzę i który do mnie trafia. Czy szokuje nas obłuda Europy? Europy zezwalającej na poniżanie uchodźców, na zabijanie ich godności (etc. i nawet więcej). Czy raczej wolimy się oburzać wypowiedzią pewnej pani, zarzucającej nam bierność. I cały jej protest unieważniać tym, że podobno stanęła po stronie mordercy? Nie stanęła. Ona nie broni terrorysty, lecz zazdrości mu wiary w działanie. I chce powiedzieć tym dobrze o sobie myślącym moralistom, że do nich nie dołącza.

    Dalej nie interpretuję, bo i Borcuch – na szczęście – nie zrobił filmu z przesłaniem i morałem. Bardzo możliwe, że jednak wolność nie jest wartością taką, za jaką ją mamy. Może nie wolno mówić tego, co się myśli, tylko to, co dobrze na ludzi wpływa i nie narusza ich sumień? To zdanie jest bez ironii. Może naprawdę nie wolno?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dzięki za ten komentarz. W tej chwili nie mam czasu, ale później na niego odpowiem, i oczywiście muszę go jeszcze przemyśleć.

      A na teraz to może tylko to. Piszesz: „Może nie wolno mówić tego, co się myśli…?”

      Tak, wbrew temu, że ja zawsze przywiązywałem – i nadal przywiązuję – ogromną wagę do wolności słowa, twierdzę, że nie zawsze wolno mówić to, co się myśli – ale w tym samym sensie (i to jest bardzo istotne dla zrozumienia tego, co właśnie napisałem) jaki zawiera się w moim przekonaniu, że nie zawsze można robić to, na co ma się ochotę. (Właściwie to jest to samo: bo słowo jest w pewnym sensie czynem. Pociąga też często za sobą pewne konkretne działanie).

      Przy czym, nie należy tego co tu piszę mylić z czymś w rodzaju aprobaty dla hipokryzji, bo to jest zupełnie co innego. (Hipokryzja to jest postępowanie wbrew temu co się mówi, albo też mówienie czegoś w sprzeczności z tym, co się myśli).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Drogi Tamaryszku, pozwól, że odniosę się do tego co napisałaś w jakiś bardziej uporządkowany sposób:

      – Kierunek mojej interpretacji filmu jest taki, jak to widoczne jest w ostatnich akapitach mojej recenzji filmu. Możesz się z nim nie zgadzać, ale czy naprawdę nie rozumiesz co napisałem? To jest dla mnie film (abstrahując od tego, że jego centrum stanowi główna bohaterka) o europejskiej dekadencji, a tym samym o kondycji (części) europejskich elit. Wprawdzie nie jest to obraz na miarę Viscontiego czy nawet Sorrentino, ale można z niego wyciągać wnioski o tym, co dzieje się obecnie z Europą – i z pewnymi jej kastami.

      – Ja nie tyle osądzam główną bohaterkę, co mówię o mojej reakcji na to jak się ona zachowuje, co mówi… Choć oczywiście jest w tym element jakiegoś osądu, tutaj rzeczywiście: osądu moralnego tej postaci (tak, jak moim zdaniem nie można unikać osądu moralnego zbrodni popełnianych przez terrorystów – jak to zrobiła główna bohaterka, na dodatek w jakiś sposób te zbrodnicze czyny – które, jak sama piszesz, jej „zaimponowały” – gloryfikując). To, że mówimy, że kogoś nie oceniamy (a to nic innego jak rozpowszechniona – zwłaszcza w środowiskach uznających się za liberalne – „poprawność”) nie oznacza, że czyjeś zachowanie czy słowa nie decydują o naszym wobec tej osoby stosunku. (Bo właśnie w tym stosunku zawiera się nasza ocena). Czy Ciebie to nie dotyczy? Ten sposób myślenia (nie osądzajmy innych) jest zazwyczaj podszyty hipokryzją, bo te same osoby, które nie osądzają jednych (tych, z którymi jest im po drodze, z którymi sympatyzują), krytykują, denuncjują ,czasem nawet potępiają drugich (tych, z którymi już im po drodze nie jest, a którymi niekiedy wręcz gardzą). No ale to już jest taki mechanizm psychologiczny, który dotyczy nas wszystkich.

      – Ja właściwie nie mam nic do romansu głównej bohaterki z tym młodym chłopakiem (choć już bardzo zrozumiałe dla mnie jest to, że jej mąż i rodzina mogą już do tego romansu coś mieć, bo jest to po prostu małżeńska zdrada… no ale tu znowu nie wypada wspominać o jakiejś tam moralności), napisałem tylko, że ta relacja jest dla mnie zupełnie nieprzekonująca – właśnie wskutek drętwej gry Jandy, w której nie ma żadnej zmysłowości, o namiętności nie wspominając. Ona po prostu w obecności tego chłopaka czuje się niezręcznie (np. fatalna jest scena, kiedy Janda przyjeżdża na miejsce pożaru – oni nie grają razem, a obok siebie – osobno… i nie jest to wina tego młodego aktora, który według mnie w tym filmie wypada o wiele bardziej naturalnie od Jandy /którą skądinąd, jako aktorkę, bardzo jednak cenię/; lepsza też jest tutaj moim zdaniem Smutniak, czy grający jej męża Antonio Catania). Jednym słowem Janda w tym filmie jest słaba – widać było, że ona sama niezbyt dobrze czuje się w skórze tej postaci.

      – Jeśli zaś chodzi o klatkę: ona jest jednak bardzo łopatologiczna. A jeśli się zna historię Ezry Pounda – faszyzującego antysemity – to można tu dostrzec wielkie niewydarzenie całej tej pretensjonalnej metafory, bo w jego klatce wylądowała w końcu… Żydówka. Czyli co? Zrównanie obu postaw? Znowu chcemy uczynić ze sprawcy ofiarę? W imię wolności słowa nie wypada oceniać wypowiedzi antysemickich i faszystowskich, a tym bardziej zmuszać kogoś, by poniósł za to konsekwencje (klatka)? Bo przecież nie można zakazywać komuś mówić to, co się myśli – a już broń Boże nie oceniać?

      – Piszesz: „Europa działa w białych rękawiczkach, jest poprawna, ale jałowa. Przegrywa z terroryzmem z powodu zbyt wielu nic nieznaczących słów.” No właśnie. Poprawność i używanie nic nieznaczących słów – bo one się zdewaluowały. Celują w tym współczesne elity. Pokłosie post-modernizmu, w którym używanie słów jest zabawą, grą, a nie wyrazem prawdy, sensu czy wartości – ani tym bardziej etycznej oceny.

      – To prawda, moje nawiązanie do Nobla jest taką małą prowokacją (bo uderzyła mnie trochę ironia zanegowania przez bohaterkę tej nagrody z późniejszą polską celebracją tejże), ale moja prowokacja wobec prowokacji, w której zbrodnię nazywa się „dziełem sztuki” a śmierć ofiar „darem od zamachowców”, to jest mały pikuś.

  4. Krystyna Dyaczyńska Says:

    Krańcowa wolność prowadzi narody i jednostki do skrajnego niewolnictwa, rzekł zgoła 2000 lat temu Cyceron.
    Nie pomylił się tu w ani jednym słowie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak jak „wolność rynku” prowadzi w końcu do dyktatu korporacji.

      Poza tym ludzie często mylą wolność z dowolnością. A przecież nie wszystko można. Trzeba się również liczyć z konsekwencjami tego, co się mówi i co się czyni. Nie ma wolności absolutnej. Człowiek nie żyje (bo nie może żyć) w próżni – w oderwaniu od świata innych ludzi – od kultury, która go ukształtowała i stworzyła… Nawet jeśli się przeciw niej – czy przeciw jakimś jej elementom – buntuje.

  5. „SOLID GOLD”, „KURIER”, „PIŁSUDSKI” – o filmach 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Recenzje innych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu: „BOŻE CIAŁO”, „SŁODKI KONIEC DNIA” […]


Odpowiedz na Stanisław Błaszczyna Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s