MALOWANY PTAK, czyli o przetrwaniu w zarażonym złem i okrucieństwem stadzie

.

Do kin trafiła ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, wywołując nie mniejsze kontrowersje, niż jej literacki pierwowzór. Widzowie reagują zarówno z zachwytem, jak i z przerażeniem – cześć widowni pozostaje przykuta wręcz hipnotycznie do ekranu, część opuszcza w popłochu kinową salę, nie będąc w stanie obejrzeć filmu do końca. Co ciekawe, obie strony mają równie mocne argumenty i powody.

.

„Malowany ptak” – pornografia przemocy czy filmowy poemat o nadziei i miłości?

.

1.

Muszę przyznać, że ten film namieszał w moim wnętrzu niemiłosiernie. Jestem w stanie doskonale zrozumieć zarówno ludzi, którzy gremialnie wychodzi z sali kinowej (wprawdzie na Festiwalu chicagowskim z filmu uciekło tylko parę osób, ale już w Wenecji czy Toronto widownię opuściła ponoć połowa publiczności, a część to nawet w popłochu), jak i tych, którzy oceniają obraz Václava Marhoula bardzo wysoko. Jeśli chodzi o mnie, to nie tylko dzielnie wytrzymałem do końca (o tym, co mi w tym pomogło, za chwilę) ale i ostatecznie przekonałem się co do tego, że Malowany ptak, jeśli chodzi o sztukę kina, jest jednak dziełem wybitnym.
Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o powstającej ekranizacji kontrowersyjnej książki Jerzego Kosińskiego Malowany ptak, to wydało mi się wówczas, że takie przedsięwzięcie skazane jest na niepowodzenie, i to z kilku powodów.
Przede wszystkim pomyślałem, że jeśli ten film będzie ogłaszany jako obraz o Holokauście, to na starcie skompromituje sam siebie, bo (nawet jeśli sam Kosiński zrazu tak utrzymywał) Malowany ptak nie jest o Holokauście, choćby dlatego, że autor niemal wszystko w tej powieści zmyślił, do czego był zmuszony się przyznać, kiedy przyjrzano się temu, co rzeczywiście przytrafiło się mu w czasie niemieckiej okupacji, kiedy jego i jego rodziców mieszkańcy jednej z podkarpackich wsi ocalili, a nie maltretowali (bili, torturowali, znęcali się, gwałcili) z bestialskim okrucieństwem – jak to opisał w książce.
Dodatkowo, jeśli miałby to być film utrzymujący, że w sposób uniwersalny ukazuje prawdę o ludzkiej naturze, to chyba tylko skrajny pesymista, nieuleczalny mizantrop i w ogóle człowiek z przewlekłą depresją mógłby w to uwierzyć, widząc te wszystkie okropności serwowane mu na ekranie.
Wreszcie: jeśliby ten film starał się literalnie przenieść horrendum opisane (czy też raczej: napisane) przez Kosińskiego, to musiałby się osunąć w jakąś pornografię okrucieństwa i perwersji.
Takie miałem myśli, wątpliwości i obawy… i muszę przyznać, że Marhoulowi udało się jakimś cudem tego wszystkiego uniknąć (w moich oczach, przynajmniej, bo są tacy, którzy są innego zdania).
„Jakimś cudem”… hm… czyli jak?
Pierwsza obawa rozwiała się już w czasie projekcji, a przypieczętował to reżyser w rozmowie z publicznością po zakończeniu filmu: „Kosiński kłamał” – stwierdził bez ogródek Marhoul – Chłopiec (bohater filmu) jest symbolem, akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym kraju. To dlatego nie używa się w nim języka polskiego, rosyjskiego czy ukraińskiego a czegoś, co nazwano Slavic Esperanto (moim zdaniem to posunięcie reżysera było genialne). Film jest raczej parabolą i metaforą tego, co może się stać/dziać z ludźmi w czasach gwałtu i pożogi pod każdą szerokością geograficzną – sugerował reżyser.
W sposób, przyznaję, dość przewrotny, Marhoul oświadczył też, że nie jest to wcale film o złu, okrucieństwie i nienawiści, tylko wręcz przeciwnie: o dobru, miłości i nadziei (ja tego nie kupuję, jednak wierzę w szczerość reżysera, a tym samym w to, że nie przenosi ukazanych w filmie – a czynionych przez człowieka – potworności na cały rodzaj ludzki).
A jeśli chodzi o pornografię okrucieństwa? Osobiście tego tak nie odebrałem, choć uważam, że jeśli ktoś w ten sposób styl i treść filmu określił, to miał po temu dość powodów – i jest to uzasadnione.
Według mnie pornografii zaprzecza już estetyka obrazu, która jest bądź co bądź na najwyższym artystycznym poziomie. Zdjęcia Vladimíra Smutný’ego mają w sobie hipnotyzującą wręcz moc. Ich monochromatyzm nie tyle odrealnia ukazywany świat, co go poetyzuje, a mimo to osadza w pewnej konkretności ludzkiego doświadczenia. Paradoksalnie, estetyzacja obrazu jednocześnie anestezjuje ukazywany w nim horror (dzięki czemu może on być dla nas znośny) ale i umożliwia to, by dotarł on w nasze wnętrze gdzieś głębiej. Narracja filmu porywa widza niczym rzeka… ale taka, która nie tylko sunie wolno korytem, lecz jest też pełna meandrów, kaskad a nawet wodospadów.
Przyznam, że w czasie projekcji doświadczyłem czegoś, co mogło być momentem zwrotnym – owo walenie nas obuchem po głowie, kiedy po pełnej okrucieństwa i sadyzmu scenie następowała scena ukazująca jeszcze większe okrucieństwo i sadyzm… kiedy wreszcie mogłem mieć tego wszystkiego dość i powiedzieć „no nie!” (i może nie tyle wyjść z kina, co zacząć patrzeć na film z jakimś tępym znużeniem) – ale coś mnie zawsze zatrzymywało i wciągało z powrotem.
Czym było to „coś”?
Niesłychaną inwencją reżysera w kreowaniu scen – jeśli chodzi o sztukę kina – nieskazitelnych? Wspomniana poezja, obejmująca koszmar i grozę, choć nie pozbawiona też lirycznych dotknięć? Piękno kadrów, niemalże klasycznych, ale nie banalnych? Przykuwająca uwagę gra aktorów (wśród których nie brakło tak charyzmatycznych osobistości, jak Stellan Skarsgård czy Harvey Keitel, o grającym Chłopca Petrze Kotlar nie wspominając)? Sama historia i ciekawość, w jaką stronę to wszystko zmierza?
Tak, to „coś” było tym wszystkim… i jeszcze paroma innymi rzeczami, o których dużo by pisać, ale nie chcę, aby ten tekst rozrósł się do jeszcze bardziej monstrualnych rozmiarów.

2.

Może jeszcze tylko wspomnę o moim małym „starciu” z reżyserem po projekcji Malowanego ptaka na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Oczywiście szczerze mu pogratulowałem, ale też zwróciłem uwagę, że jednak nagromadzenie okrucieństwa i przemocy w tym filmie może być nie do zniesienia dla przeciętnego widza, co sprawia, że staje się on dziełem cokolwiek hermetycznym, strawnym jedynie dla pewnej części krytyków i małej garstki zaprawionej w bojach publiczności. Poza tym – sprawa jeszcze ważniejsza – czy nie uważa on, że widz nieuprzedzony co do jego intencji, może odnieść wrażenie, że Malowany ptak traktuje o naturze ludzkiej en bloc, więc jeśli mielibyśmy ją sądzić według filmu, to jest ona u większości ludzi wręcz bestialska, bo przecież niemal każdy człowiek, jaki pojawia się na ekranie jest nie tylko zły, ale wręcz sadystyczny? Czy naprawdę zło i okrucieństwo jest dla natury ludzkiej czymś radykalnym – uniwersalnym i istotnie przyrodzonym? (a tak przecież można wnioskować z zawartości i wymowy filmu).
Na co Václav Marhoul złapał mnie za ramiona i jeszcze raz powtórzył z naciskiem patrząc mi prosto w oczy: to jest film o dobru – o nadziei i miłości! Bo to jest najważniejsze! Ludzie, którzy pojawiają się w filmie nie są źli – i dla Chłopca są dobrzy! W tym filmie nie ma okrucieństwa i brutalności – to tylko tak mi się wydaje, to jest we mnie, czyli winna jest moja percepcja!
Przyznam się, że nieco zbaraniałem. Bo to, co mówił przeczyło logice i faktom: jestem pewien, że 99.99% widzów przyznałoby, że film aż kipi od przemocy, a ludzie, do których trafia Chłopiec, są dla niego źli i okrutni (wyjątkami są – co ciekawe! – dwaj żołnierze: niemiecki i sowiecki). Lecz jakoś wykrztusiłem z siebie uwagę, że jednak mam prawo się z nim nie zgadzać. (Na szczęście wyrzucaliśmy to sobie z uśmiechem na ustach, choć przecież traktowaliśmy nasze słowa zupełnie poważnie).
Zaraz potem reżysera porwali organizatorzy a ja się zacząłem zastanawiać, skąd się takie jego przekonanie – w moich oczach bardzo przewrotne – wzięło (bo na pewno nie było to wykalkulowane, a tym bardziej fałszywe). Przewrotne, bo to tak, jakby chcąc ukazać miłość, pokazywałoby się nienawiść; chcąc ukazać łagodność, pokazywałoby się okrucieństwo; chcąc ukazać pokój, pokazywałoby się wojnę, chcąc ukazać niebo, pokazywałoby się piekło…
Myślę, że znalazłem odpowiedź, zapoznając się z tym, co Marhoul powiedział przy innych okazjach. Np. tutaj: „Tylko w ciemności możemy widzieć światło (…) Pytanie o ludzkość, o Boga, o to czym jest zło; co to znaczy, że światło jest widoczne tylko w ciemności? To jest zasada i istota tego filmu”.
Być może Marhoul, widząc skrajnie negatywne reakcje ludzi na film, słysząc zarzuty o pornografię okrucieństwa, o przesycenie swego obrazu okrucieństwem, złem i brutalnością, nie mógł przyjąć tego do wiadomości, gdyż byłoby to przyznaniem się do tego, że spędził 11 lat (a tyle trwała jego praca nad Malowanym ptakiem) brodząc w (nie)ludzkim szambie, z którego wywlókł na widok publiczny jego najbardziej cuchnące nieczystości? A przecież, tak naprawdę to on kocha ludzką czystość i niewinność, a najważniejsze dla niego w naszym życiu są Dobro, Nadzieja i Miłość. Być może stąd się wzięły te nielogiczne, bez mała absurdalne i zaprzeczające ekranowej ewidencji stwierdzenia, w które on sam wreszcie uwierzył?
Bo przecież nie pokazuje się ciemności, żeby pokazać światło (to przeczy nie tylko logice, ale i fizyce). Jeśli już, to pokazuje się ciemność, by uświadomić nam, czym jest brak światła.
I o tym jest dla mnie ten film.

 *  *  *

8,5/10

O innych filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego przeczytać można TUTAJ.

.

Komentarzy 81 to “MALOWANY PTAK, czyli o przetrwaniu w zarażonym złem i okrucieństwem stadzie”

  1. KOBIETY W OGNIU, MALOWANE PTAKI, WĄTPIĄCY PAPIEŻE… o filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago obejrzałem również MALOWANEGO PTAKA Václava Marhoula (nagrodę dla najlepszego operatora otrzymał autor zdjęć do tego filmu, […]

    • Bogdan Kwiatek Says:

      video za video – vide!

      Po tym materiale wolałbym obejrzeć „Czarnego Ptasiora”, czyli dokument o Kosińskim, niż wypociny pisorza i reżysera czeskiego filmu!
      Tyle w tym temacie!

      Puchalski!!!

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Nie widziałeś jeszcze filmu, a już pogardliwie twierdzisz, Ze to są „wypociny reżysera czeskiego filmu”.
        Nie uchodzi tak czynić ;)
        Czy w ogóle przeczytałeś recenzje filmu? Jeśli nie, to nie znasz moich argumentów, więc nasza rozmowa jest bardziej o Kosińskim i jego książce, a nie o filmie.

        Co to (video) ma wspólnego z filmem? Przecież mój tekst nie traktuje o jego książce – nie roztrząsa tego, czy opisał on prawdę, czy to, co stworzył jest paszkwilem… – a zajmuje się filmem Václava Marhoula.
        Ileż razy mam to powtarzać?

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Otóż – to trochę powrót do niegdyś roztrząsanego tematu – jeśli film odnosi się do jakiejś materii… człowiek, zbiór ludzi, książka o czyichś losach. I ten temat jest poruszany w filmie jako odniesieniu do tych powyżej, to widz ma niejakie prawo tez się do tego odnosić.
          Ja rozumiem, ze Twoja recenzja dotyczy „2h materii” na nośniku cyfrowym jaką jest czeski (?) film ///to nawet dobre skojarzenie :)))///
          Ale on dotyczy materii wcześniejszej.
          I nie unikniesz w żaden sposób takich relacji i odniesień. Tyle.

          Natomiast to jaki film z całej gamy filmów na PFFinA wybrałeś, by go obejrzeć i opisać – to już jest Twoja wola „popierania” filmu. Skoro się nim zajmujesz. Ja bym – nawet gdybyś mnie wyciągnął na ten film do Twojego AMC pewnie przemilczał. Tak jak milczę zwykle, gdy opowiadam, ze coś ładnego jest w danych miejscach, to pomijam w opisie landfille i inne śmietniki.

          Wolałbym, byś poszedł i zrecenzował serie filmów Puchalskiego. Wszak był on polskim Dawidem Attenborough. I pionierem gatunku. Takim trochę i Twoim cicerone. Wiem skądinąd, ze właśnie zdygitalizowano twórczość Wł.Puchalskiego i chciałbym ją zobaczyć.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          @Bogdan Kwiatek: „Natomiast to jaki film z całej gamy filmów na PFFinA wybrałeś, by go obejrzeć i opisać – to już jest Twoja wola ‚popierania’ filmu.”

          Bogdanie, skoro tak miłujesz prawdę, to:
          – po pierwsze: film nie obejrzałem na PFFinA tylko na MFFinC (kolejny dowód na to, że nie czytałeś mojego tekstu – a jeśli czytałeś to nieuważnie).
          – jeśli wybieram się na jakiś film, to nie dlatego, że go „popieram” (skąd to przypuszczenie Ci się wzięło, to doprawdy nie wiem ;)), tylko dlatego, żeby zobaczyć jaki on jest ;) Toż to oczywistość.

  2. Bogdan Kwiatek Says:

    Książka mocna. Mocno przerysowana.
    Mało inspirujaca, wręcz odrażająca. 😕

    Podaj 1-3 arg., bym poszedł. Bo że ekranizacja Kosińskiego to dla mnie mało. Ciekawie pisał, czytało się to jednym tchem, ale w relacjach polsko-żydowskich (a trochę się tym zajmowałem) nie budowało to dobrych relacji. Nawet tych, które są oparte na prawdzie…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Argumenty za? Proszę bardzo:

      – znakomita reżyseria
      – fantastyczne zdjęcia
      – świetne przeniesienie „materii” książkowej na filmową
      – bardzo dobre kreacje aktorskie
      Zresztą: przeczytaj moją recenzję, bo tam znajdziesz więcej wskazówek – i łatwiej Ci będzie zadecydować czy obejrzeć ten film, czy też nie.

      Moja wysoka ocena tego obrazu odnosi się bardziej do jego artystycznej klasy (formalnej), niż do jego treści, przesłania, wymowy… (Miałem naprawdę spory problem, chcąc ocenić ten film – zresztą, moja ocena nie ma tu nic wspólnego z osądzaniem.)

      PS. Ja tutaj abstrahuję od kontrowersji, jakie się rozpętały wokół książki Kosińskiego… Choćby tylko dlatego, że film zdecydowanie unika przywiązywania miejsca akcji do jakiegoś konkretnego kraju (aktorzym mówią językową mieszanką, którą reżyser nazwał Slavic Esperanto).
      To nie jest też film o antysemityzmie.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        tak, tak myślałem, że względy formalne. Rozumiem, że film „wysokobudżetowy”…

        Właśnie – w nawiązaniu do jakiejś uprzedniej recenzji – chyba „Kleru” /jakoś jeszcze nie byłem, a tu już rok minął/, myślę, że wskazane jest, byś jako dobry krytyk i recenzent, który nie tylko „widział film”, ale również „czytał źródłowy tekst”, który napisał recenzję filmu – chyba powinien odnieść się do tego źródła…

        Coś jakbyś oglądał zdjęcie Ansela Adamsa i nie napisał o swoim zachwycie samą Doliną. Doliną Y.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Do „Malowanego ptaka” książkowego już się w przeszłości odnosiłem, teraz piszę o „Malowanym ptaku” filmowym.

          Moim zdaniem jak najbardziej można oceniać film abstrahując od jego literackiego pierwowzoru.
          Ten film zupełnie pomija sprawę antysemityzmu, a tym bardziej antypolonizmu – a to należało przecież do istoty książki Kosińskiego – więc tym bardziej nie muszę wracać do tamtych sporów, które wokół niej wybuchły.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          można się nie odnosić, ale…
          głębsza jest ta analiza/recenzja/opinia IMHO, która SIĘ ODNOSI!

          Jeśli film nie ma takich „wycieczek” to i lepiej! Plus dla filmu.
          Ale z kolei, czy jest „wiernym” oddaniem treści książki?
          No logiczne, że NIE!
          Ergo?…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ergo… wcale takim być nie musi.
          Wierne jest oddanie poszczególnych scen.
          Zaś to, że reżyser wie o tym, że „Kosiński kłamał” *(sam to stwierdził explicite na spotkaniu z publicznością, choć ja zamiast słowa „kłamstwo” , użyłbym określenia „fikcja”) miało jednak wpływ na kontekst, jaki stworzył w swoim filmie dla tego, co się działo z Chłopcem. Dlatego w jego „Malowanym ptaku” nie ma antysemityzmu, a tym bardziej antypolonizmu… czym niektórzy mogą być rozczarowani ;)

        • Krystyna Arthur Says:

          @Bogdan Kwiatek – odrażająca, jak większość jego książek…zgadzam,się.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          @Krystyna Arthur – Trudno mi się z tym zgodzić. Czytałem wiele tekstów Kosińskiego, które według mnie trudno określić „odrażającymi”. (Bo cóż jest takiego odrażającego np. w „Beeing There”, „Pustelniku z 69 ulicy”, w jego zapiskach czy esejach?)

        • Krystyna Arthur Says:

          Co do Being there, it should be shown in US, soon !!! It explains so much. I loved the movie with Peter Sellers…I guess all I remembered were the sex/violence books.

  3. Darek Kuczborski Says:

    Kosiński napisał bardzo anty-polską książkę. Wielka niewdzięczność, bo to Polacy ukrywali go podczas wojny. Jako małe żydowskie dziecko nie miałby szans przeżycia.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Kosiński napisał „Malowanego ptaka” z wielu powodów. Wiem to z pierwszej ręki, ponieważ, kiedy mieszkałem na Florydzie, poznałem tam człowieka (Alexander Jordan-Lutoslawski) który przetłumaczył (pomagał pisać) Kosińskiemu „Malowanego ptaka”. (Nota bene Kosiński twierdził, że sam tę te książkę napisał – i to od razu po angielsku. To było niestety jedno z jego wielu kłamstw – sam był mitomanem i konfabulatorem – kreował swój image z wiadomych sobie powodów).

  4. Agata Burchardt Says:

    Może (odnosząc się do recenzji)… tym światłem jest obserwator – Widz?.
    Takie starcie i niezgoda, to radykalny sposób (być może) żeby uświadomić innym, sobie istotę dobra, i rozpoznać nie-bestię… Może sam reżyser wywlókł własne wewnętrzne demony z szafy na ekran… .
    Film pokazuje zło i sadyzm, ludzie wychodzą z kina? Jest w nich coś więcej niż ciemność, skoro wychodzą. A jeśli w popłochu, to czemu w popłochu?

    Filmu nie widziałam jeszcze, i chyba nie chcę oglądać „wampirycznego obrazu”, który odbiera siły i energię. Ale sądzę, że to ogromna metafora, która wykracza poza logiczne pojmowanie obrazu. Lustro – kim jestem? Po co idę jeśli wiem że jest o totalnym źle!? A ludzie idą.
    Właśnie to „coś”, dobrze, że było, to coś, a nie znużenie. Bo była by tragedia.

    Reżyser zatem poruszył stronę dobra, i w pewnym sensie włączył światło. Jak Jezus który dał pozostawił ludziom metaforyczny – miecz, symbol. Miłość, dobro, i piękno. Ale czy u wielu ludzi, po ucieczce z kina, nie zrodziła się silna potrzeba dobra? Wyszli i pierwszy raz doświadczyli dobra absolutnego – poza kinem, choćby przez chwilę…
    Oczywiście, że film o takiej podłości, jest jak bat na tyłek. Stos na czarownice. Czyli nie takie bezstresowe wychowanie 😉

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Ogromna metafora, która wykracza poza logiczne pojmowanie obrazu” – podoba mi się to określenie.
      Na pewno reżyser poruszył we mnie jakieś wrażliwe struny – i zdecydowanie bardziej stronę dobra, niż zła, które przecież też we mnie jest (jak i w każdym człowieku).

      Może właśnie klucz do zrozumienia wartości tego filmu leży w tym, że – jak piszesz – koniec końców rodzi on w ludziach „silną potrzebę dobra”? Bo przecież utożsamiamy się z ofiarą i jej cierpieniem (czyli ze stroną dobra) a nie oprawców, sadystów i okrutników stojących po stronie zła.

      • Mark Sailor Says:

        ludzie czy wyscie na glowy poupadali??? Jakie dobro? Przeciez tam opraWcami, sadystami i okrutnikami sa Polacy ludzie ktorzy ratowali dupy Kosinskich za cene wlasnego zycia!!!
        TYLKO NA TERENIE POLSKI NIEMCY USTSNOWILI PRAWO I KARZE SMIERCI DLA CALYCH RODZIN POMAGAJACYM ZYDOM!
        I WYKONYWALI TO PRAWO!!!! HISTORIA RODZINY ULMOW!!!
        No wescie ludzie do nauki historii przestancie traktowac zydoska Haggadah jak zrodlo historyczne!
        Nie wszystko co logiczne jest prawdziwe!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Tam” to znaczy gdzie?
          To może jeszcze raz powtórzę: to, co napisałem dotyczy FILMU A NIE KSIĄŻKI KOSIŃSKIEGO. A w filmie „oprawcami, sadystami i okrutnikami” NIE SĄ POLACY.

        • Mark Sailor Says:

          wasza dyskusja jest zachwycaniem sie nad forma jakie piekne zdjecia, jak ciekawie prowadzona narracja
          jak gra aktorska I ani slowa ze filmuja gwalt z morderstwem i krew leje sie po scianach (dla ulawienia wyjasniam TO PRZONESNIA nie rzeczywista tresc omawianego filmu )
          ;(((((

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          W hagiografiach świętych męczenników też przedstawia się „gwałt z morderstwem i krew leje się po ścianach” i nie tylko… Takich obrazów nie unikniemy, bo są one niestety częścią naszego świata. (Sama Biblia ocieka krwią zawartych w niej opowieści). Wszystko zależy od kontekstu, wymowy, intencji… filmu, książki, obrazów, które to ukazują. Ważna jest też forma i ranga artystyczna dzieła/utworu, który to przedstawia.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        @Stanisław – Właśnie piszę, utożsamiając się z prawdziwymi ofiarami narracji Kosińskiego – czyli rodzinami z Dąbrowy Rzeczyckiej… które pomogły autorowi przeżyć! / jako Żydowi ze „złym obliczem” trudno było pomoc./
        Wg materiału Joanny Sidleckiej/

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Bogdanie, to może jeszcze raz powtórzę: „to, co napisałem dotyczy FILMU, A NIE KSIĄŻKI Kosińskiego. A w filmie „oprawcami, sadystami i okrutnikami” NIE SĄ POLACY – a tym bardziej rodziny z Dąbrowy Rzeczyskiej.
          Chłopiec, którego widzimy w filmie NIE JEST Jerzym Kosińskim.
          Dlatego o tym filmie można mówić w oderwaniu od kontrowersji, jakie się rozpętały wokół książki Kosińskiego. Utożsamianie filmu z książką jest błędem – stąd nasze tutaj nieporozumienia. (Jeśli chodzi o Kosińskiego i jego książkę, to ja się z Tobą w zupełności zgadzam).

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Utożsamianie filmu i książki jest błędem”???
          A jakie są tytuły obu „dzieł”?!?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Film nie jest książką, a książka filmem – podstawy logiki się kłaniają, Bogdanie.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          coś za bardzo bronisz tu filmu! Książki na szczęście już nie!
          Ale filmu, jakbyś co najmniej był jego scenarzystą albo konsultantem. Albo recenzentem ;))) albo miał 10% z dystrybucji :///

          JA WIEM, ze to dwa różne „twory”.
          I ze ładne zdjęcia
          I świetna gra aktorów
          I ze dobry Niemiec puszcza dziecko na wolność, a nie zabija, bo strzela w powietrze. Ze ponoć dużo scen podobnych w filmie i w książce, choć przecież nie tożsamych…

          Ale dalej nie rozumiem:
          „Po co?”
          Pan Roman Ingarden ponoć w takich sytuacjach mawiał: „ja się na tym nie rozumiem”…
          I ja go rozumiem…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie bronię filmu, tylko mojego o nim zdania – bo napisałem jego recenzję, czyli jestem jego recenzentem.
          To zresztą trochę dziwna dyskusja, bo oprócz mnie nikt tutaj tego filmu nie widział.
          Ale widocznie mój wpis poruszył jakieś zadry, wzbudził zainteresowanie na tyle, ze sprowokował obecnych tutaj komentatorów do tej rozmowy.

          Tak więc, pisząc o filmie, robię to bezinteresownie – nikt mi za to pieniędzy nie daje, a wręcz przeciwnie: dostaje mi się za to po głowie, ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja tego filmu nie bronię, tylko wyjaśniam, skąd się wzięła moja o nim opinia. I to tej opinii bronię, jeśli już. Bo napisałem recenzję filmu (tak więc jestem jednak jego „recenzentem”). I robię to zupełni bezinteresownie – w tym, sensie, że nikt mi za to nic nie daje, wręcz przeciwnie – jak widać – dostaje mi się za to po głowie).

          A „po co”?
          A, to jest już filozoficzne pytanie, bo o wszystko, co robimy można zapytać „po co”?

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Właśnie!
          Sam sobie zgotowałeś ten los.
          Jakoś broniących Ciebie i Twojej recenzji nie widzę 😉

          Lepiej byś tego „Puchalskiego” zrecenzował 🙂
          Bo „po co” filozofować o temacie passé!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeżeli nikt tego filmu nie widział, to jak można bronić jego recenzji?
          Kontrowersje wokół książki Kosińskiego (do której/do którego żeście się „przyczepili” ;)) są passé – a nie film, który właśnie wszedł na ekrany.

        • Mark Sailor Says:

          W pierwszych słowach piszesz: „Do kin trafiła ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, wywołując nie mniejsze kontrowersje, niż jej literacki pierwowzór.”….a potem piszesz że film nie ma nic wspólnego z książką??? Czy wszyscy w domu????

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nigdzie nie napisałem, że film nie ma nic wspólnego z książką. Napisałem, że film NIE JEST TOŻSAMY z książką, co oznacza, że … proszę się skupić i postarać to zrozumieć: film NIE JEST książką.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          prawda czasu, prawda ekranu, prawda narracji…
          Fikcja, która stała się nie.prawdą.
          Która odbiorców wielokrotnie podzieliła. Czarna fikcja. Jak Czarny ptasior… 😉

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A tak w ogóle, Bogdanie, to zwykła uczciwość i wzajemne przyjacielskie poszanowanie wymagałoby, abyś przed tą dyskusją moją recenzję/tekst jednak przeczytał. (A zapewne nie przeczytałeś, skoro zupełnie nie odnosisz się do zawartych tam moich opinii o tym filmie). Tam byś mógł np. znaleźć argumenty za – lub przeciw temu, czy obejrzeć ten film (a nie pytać się mnie o to tutaj); dowiedziałbyś się jaka jest relacja między książką a filmem, że nie ma tam żadnego szkalowania Polaków… etc. A Ty od razu wsiadłeś na Kosińskiego, zacząłeś odgrzewać starego kotleta kontrowersji wokół książki, bronić mieszkańców Dąbrowy Rzeczyckiej… itd. A to de facto nie ma nic wspólnego z filmem, który mimo że jest ekranizacją, ma zupełnie inny kontekst i wymowę – inne „umocowanie” w rzeczywistości – więc jak najbardziej można go omawiać w zupełnym oderwaniu od swojego literackiego pierwowzoru. Innymi słowy, film żyje już swoim życiem.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Staszku!
          Tak, czytałem pobieżnie! Zwracając uwagę na dla mnie istotne szczegóły. Właśnie przeczytałem jeszcze raz i uważniej, ale żeby się do niej odnieść, musiałbym ją mieć pod ręka, a nie da się czytać fb i pisać na fb. Ale spróbuję!

          Otóż film Ci jest bliski, bo… rozmawiałeś z reżyserem i… kupiłeś /trochę/ jego punkt widzenia. Że jest o „dobru, nadziei…” i czy tam była miłość, to i „o miłości”.
          Hmmm – dalej racze wątpić, czym i ty /tym zwątpieniem – się dzielisz!

          Ja filmu nie oglądałem – znów to podkreślam – tylko odnoszę się teraz li tylko do Twojej recenzji, którą czytam jak zachętę lub jej brak do… pójścia do kina! /może będzie w samolocie, to… dalej nie wiem, czy obejrzeć ten obraz…

          W tle – bo książkę czytałem, ale dawno /jak pamiętasz ja nie pamiętałem, czy wisiał nogami do góry czy w dol… – trochę to istotne, bo chyba tym większe okrucieństwo!/
          Ale to dlatego, że wlaśnie książka wywarła na mnie mocne i mocno negatywne wrażenie. I cały czas szukam zachęty do obejrzenia tego filmu /czeskiego?!? – nigdzie nie piszesz, czy ten reżyser Marhoul /czy może przekręcam nazwisko/ jest Czechem, a film… czeskim filmem.
          Tak – pamiętam: slavic esperanto. //może i ciekawy zabieg: ale czemu służy??? – zdobądź się na analizę detalu!/

          Ech dużo by pisać, po przeczytaniu Twojej recenzji –
          Ale ja prawdę powiedziawszy postanowiłem DALEJ SIĘ W TYM G NIE GRZEBAĆ
          mimo, ze ładne monochromatyczne obrazy. I ze Dobry Niemiec i dobry saldat. Ale nie dobrzy ludzie/ cywile/ Słowianie – pewnie ze Słowenii??? 😕

          Ja lubię literaturę faktu. A jeżeli ktoś w fikcji przemyca jakieś swoje osobiste fobie, fantazje, swojego freaka – to nie wiem, czy chce się w tym grzebać!

          Czytałeś… Mein Kampf??? Ja zacząłem czytać parę lat temu, jak jeszcze był na indeksie… dziś ponoć już nie jest
          I można czytać. A nawet kupować. Może nawet sprzedawać…
          Powiem coś co może być dziwne: wole przeczytać Hitlera do końca /bo zacząłem czytać 1 cześć, chyba te z więzienia/ niż jeszcze raz Kosińskiego.
          Analiza 20 lecia XX wieku jest dość trafna. Konkluzje, które wyciągnął na pewno nie. I zwłaszcza praktyka, ale chyba początki miał dość racjonalne.
          Tyle, by nie było za długi /jak u Ciebie/ 🙂

          Aaa – można oglądac światło w świetle
          Tzn właśnie jechałem przez las bukowy Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd – w pięknie złotych i czerwonych liści.
          I nie patrzyłem na słońce, ale gdyby nie światło słońca, nie widziałbym tych liści i drzew…
          Świat nie jest monochromatyczny!! Jak chciał reżyser i Czarny Prasior!

  5. Ania Góralka Says:

    oj bidoki ale sie katowali, o dutki zebrali, zeby nakrecic takiego psychicznego gniota ,ktory nie ma nic wspolnego z prawda ,z reliami zycia na polskiej wsi ,,,, a Kosinski to wstretny zaklamany antypolak ,,,,,,,,,,,

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ale reżyser nie twierdzi, że jego film ma cokolwiek wspólnego „z prawdą, z realiami życia na polskiej wsi”. Wręcz przeciwnie – wie, że Kosiński kłamał. Ale to dla niego było bez znaczenia, bo film jest bardziej uniwersalną metaforą, nie odnoszącą się do konkretnego kraju, czy narodu.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Prawda nie ma znaczenia dla reżysera? To adaptacji w tym nie ma… tylko luźne wariacje. Ja rozumiem waria.cje. Ale prawda uber Alles!
        Za dużo kłamstwa i fikcji dookoła, bym je cenił!!

        Tylko prawda was wyzwoli.
        Bajki czytałem kiedyś dzieciom na dobranoc!
        Fikcja tak, ale niech będzie przynajmniej:
        Prawdo.podobna!
        A nie obrazo/wartoscio.burcza.

        Mam nadzieje, ze Twoje pisanie to jednak prawda. Prawda podróży i myśli podróżniczych. Prawda wywiadów i przemyśleń.

        Wole wrócić do Artystotelesa. Nawet jego „Meteorolgika” po 2.500 lat jest cenniejsza niż brednie niewdzięcznego kłamczucha!
        Czytałeś Arystotelesa?!
        To jak smakowanie dobrego chleba!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Prawda uber Alles? Gdyby tak było, nie byłoby Iliady, Odysei, Boskiej Komedii, Szekspira, a nawet Sienkiewicza czy Słowackiego. A nawet… Biblii ;) 99.99% literatury – i filmów – by nie było ;)

        • Bogdan Kwiatek Says:

          A może Twoje podróże w tym np. Podróż do Tajlandii to tez fikcja?! Literacka fikcja!
          A zdjęcia „ściągnięte” z internetu?!
          Nawet przez myśl mi nie chce przejść, ze mógłbyś tak „tworzyć”!
          Wiec proszę, nie usprawiedliwiaj „kolegi” po piórze

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pokaż mi Bogdanie, gdzie ja „usprawiedliwiam kolegę po piórze”?
          (Nigdy mi się też w życiu nie zdarzyło, bym pokazywał czyjeś zdjęcia jako moje).

          Ja nie stosuję w swoich tekstach fikcji, dlatego moje książki nie są beletrystyką. Nie tworzę fabuł, które zazwyczaj są zmyśleniem i nie oddają wiernie rzeczywistych faktów.
          Kosiński stworzył fikcję i rzeczywiście wyszedł na oszusta twierdząc, że opisuje prawdziwe zdarzenia, które go spotkały. Natomiast reżyser „Malowanego Ptaka” stworzył fikcję i się do tego otwarcie przyznaje. Nie twierdzi, że ukazuje prawdę o Polakach, o antysemityzmie, o holokauście…
          Za pomocą fikcji można ludziom przekazać coś ważnego, czasem nawet fundamentalnego. Paradoksalnie, fikcja niekiedy bardziej nas zbliża do prawdy, niż same fakty. Siła narracji (opowieści) – struktur wyobrażonych (czyli de facto fikcji) – w ludzkiej kulturze jest nie do przecenienia. Dzięki niej powstała cała kultura i cywilizacja.
          Zeus, Hamlet, Don Kichot, Vishnu, Mały Książę, Krishna, Baba Jaga, Kubuś Puchatek… o całych miriadach bogów nie wspominając… są postaciami fikcyjnymi, ale mogą mieć (i mają) wielki, rzeczywisty wpływ na ludzi i ich życie.

          Cała nasza kultura jest przestrzenią mityczną – w dużej mierze fikcyjną (w sensie: wyobrażoną).

          https://wizjalokalna.wordpress.com/2014/02/08/mit-prawda-i-zmyslenie/

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Właśnie z różnych innych względów przeczytałem teraz coś jak 3 biografie /nomen omen/ genialnego pisarza Stanisława Lema (albo Lehma) i – co chyba potwierdzisz – literatura polska i poniekąd światowa nie ma lepszej osoby jako twórcy fikcji w tym zwłaszcza nawet naukowej. I żeby było jasne: NIE POTĘPIAM FIKCJI LITERACKIEJ JAKO TAKIEJ ERGO MOŻE 90% całej literatury. A tylko takie dziwne zabiegi literackie, gdzie ktoś sugeruje, ze to jego, a nie jego twórczość – plagiat. Gdzie pisze, ze to autobiograficzne przeżycia. A tymczasem to kłamstwo – nie fikcja, a KŁAMSTWO!!
          Zadałeś sobie trud i obejrzałeś wywiad z dwiema osobami pt „Czarny ptasior”. Po tym klipie ja nie mam ochoty więcej rozmawiać nt JK. Bo szkoda mi czasu!
          Właśnie się dowiedziałem, ze Stanisław Lem tez cenił maksymalne wykorzystanie danego nam czasu. A marnotrawienie na bzdury to duży błąd. Bo czasu nie wrócisz!
          Aaa – jeśli film nazywa się dokładnie tak jak książka to „zakłada” „uzurpuje sobie prawo” do adaptacji. Czyli wiernej – w tym sensie prawdziwej odtwórczości.
          Jeśli „kradnie” tytuł. To jest fałszem.
          A kłamstwo kłamstwa to już wyjątkowo podła i ciemna gra pozorów. Lepiej jej unikać. Choć zapewne znajda się tacy, którzy się lubują w takich gatunkach i kochają się taplać w odchodach! To w nawiązaniu do czegoś wcześniej…
          Dobrej niedzieli Ci życzę!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „A marnotrawienie (czasu) na bzdury to duży błąd.”
          Podpisuje się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. (Swoją drogą, gdyby się wszyscy do tego stwierdzenia stosowali, to np. taki FB nie miałby racji bytu ;)

          I jeszcze à propos umiłowania prawdy: powiadasz, że 3 biografie Lema przeczytałeś ostatnio? Kiedy Ty na to miałeś czas, i jakie to były konkretnie biografie? (Tylko nie googlaj, proszę ;))

        • Bogdan Kwiatek Says:

          1/ tak i nie.
          Bo 1T: jest to swego rodzaju targowisko próżności
          1N: bo piszesz o 1 do wszystkich, co jak przeczytasz II tom mojego „5Lw2L” to już wtedy /w 1993/ o tym myślałem „na głos” ale rzecz jasna nie było ku temu narzędzi i jeszcze nawet internetu.
          – ciekawe ze w 80-tych latach S.Lem przewidział takie zjawiska jak internet
          I chyba FB tez.

          2/ napisałem „coś jak 3 biografie” to były recenzje jego ogromnego dorobku pisarskiego, w tym wywiad z synem Tomaszem – jako promocja pierwszej /T.L./ z książek o swoim ojcu.

          Stanislaw Lem sam gdzieś przyznał, ze – parafrazując jego słowa – przypuszczał ze ludzkość ma w głowach śmietnik, ale dzięki internetowi upewnił się, ze tak jest!
          😕

          Na marginesie tej wypowiedzi, z którą się zgadzam, dodam:
          1/ 90% wypowiedzi śmietnikowych daje 10% wypowiedzi normalnych. Albo ważnych. Do nich zaliczam Twoje /w przytłaczającej większości 😉 / wpisy. Z których większością się – jak wiesz – zgadzam.

          2/ we czwartek chyba odkurzałem m.in. dywan pod biurkiem, gdzie od paru dni zgrywałem na 4TB HDD chyba ze 20 kart SDHC /te najmniejsze, choć mające po 64 i 128GB pamięci/ z kamery GoPro itp. Niestety, mam ich dość dużo… nawet świeżo dokupiłem z 3-6. Ergo nie ogarniam ilości.
          Mam wrażenie, ze odkurzacz /centralny/ wessał jedna z nich.
          Ergo nawet na śmietniku może być dużo cennych rzeczy. 😕

          Vide legenda o Św. Helenie i znalezienie w starej, nieużywanej cysternie /śmietniku/ po prawie 300 latach relikwii z Krzyża Chrystusa…

  6. Marianna Says:

    Osobiscie na zachwycalabym sie tak tym filmem
    Jerzy Kosinski to postac kontrowersyjna
    Nie pisal ksiazki sam, korzystal z tlumaczy i redaktorow w Ameryce, oskarzano go nawet ze „wymyslil swoja przeszlosc…” Zbyt duzo tam bestialstwa, horroru,
    a ludzie w nim przedstawieni to nie ludzie, to bestie.
    Zydowskie dziecko z potezna chora wyobrazna.
    Koniec koncem Kosinski popelnia samobojstwo…
    Wyrzuty sumienia?, nienawisc do Polakow,
    pokrecona psychika, totalne zagubienie pomimo sukcesow, ukryta choroba psychiczna? czy cos jeszcze..
    Takie ksiazki sprawiaja, ze Amerykanie zydowskiego pochodzenia, jeszcze bardziej
    nienawidza Polakow,…

  7. Mark Sailor Says:

    Malowany Ptak Kosińskiego czyli o zabiciu rozsądku w zarażonym złem i okrucieństwem umyśle autora. Kto przeczytał choćby tylko 1/4 książki o tym jak sobie Kosiński Ptaka Pomalował i choćby kilka tekstów z biografii autora wie jakim świństwem jest rozpowszechnianie tego gó..na….Jakim cynikiem jest ten cymbał któremu Polacy uratowali życie. Kosiński nie przewidział jednego, że mieszkając z Polakami zakorzeni mu się w duszy maleńkie ziarenko sumienia. No i choć maleńkie to dało znać o sobie po latach spędzonych w glorii „Malowanego Ptaka”, skończył życie samobójstwie w wannie………może próbował zmyć z siebie to gó..no?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Mój wpis (recenzja filmu) nie jest ani o Kosińskim, ani o jego książce – jest o filmie Václava Marhoula „Malowany ptak”. Całkiem możliwe, że umysł Kosińskiego był „zarażony złem i okrucieństwem”, ale ja nie mam dostatecznej wiedzy, by wydawać taką diagnozę. (Można być człowiekiem zupełnie zdrowym psychicznie i tworzyć koszmarne i okrutne fikcje – czy to malarskie, czy to literackie).

      Ale zgadzam się – rozpowszechnianie książki jako autobiografii – twierdzenie, że ukazuje ona prawdziwe zachowanie Polaków wobec nioego – było czymś skrajnie nieuczciwym, skandalicznym, może nawet podłym. Tym bardziej, że Kosiński, kłamiąc, kierował się również własnym interesem – a chodziło konkretnie o pieniądze i sławę. Całkiem niechcący chyba „zdradził” to jego własny przyjaciel:

      • Mark Sailor Says:

        Przepraszam, a o czym jest film o Ustrzykach Dolnych??? Tak się składa że miałem okazję w NY rozmawiać dwa razy z Kosińskim i rzeczywiście złych manier mu nie można zarzucić, miał nienaganne zwłaszcza w Konsulacie na Madison Ave. Zawód „Płatny Morderca” nie znaczy że człowiekowi braknie gustu, czy nie wie jak się ubrać do filharmonii…

        Pisząc o biografii Kosińskiego mam na myśli teksty opracowane przez historyków i ludzi co go znali pisane już po jego samobóju…nie treści zawarte w „Malowanym Ptaku” bo one nic z Kosińskim Life nie mają wspólnego.

  8. Jacek Dygoń Says:

    Czy tam jest scena, jak cap rucha pannę? Jeśli tak, to opisz dokładnie, jak to zrobili (tj. żyw kozy, czy CGI)

  9. Jacek Dygoń Says:

    Coraz bardziej się jaram. Książka Kosińskiego układała się dla mnie w taki gobelin w stylu Boscha, to było doświadczenie totalne, całościowe. Kluczem jest wyobraźnia dziecka, która amplifikuje potworności w jeszcze gorsze, żeby podświadomie je oswoić. To ma sens. W finale chłopak już w sierocińcu jest mocny, bez trudu ustala sobie miejsce w hierarchii rówieśników. Zły czas się skończył. Teraz będzie już tylko ten lepszy. To jest opowieść o przejściu przez piekło, taka wolteriańska, ale bez morału. Odkrywanie nowego, lepszego życia które zacznie się po słowie ,,koniec” jest/będzie kolejnym doświadczeniem bohatera. Tym które utopi całe to zło minione. Jest to moralna powieść, bo przybliża mechanizm przetrwania Zła, jako czegoś doraźnego, temporalnego. Przez zrównoważenie go jego własnym nadmiarem w wyobraźni.

    To są doświadczenia atawistyczne, tu nie ma miejsca na nacjonalizmy, czy anty-. To jest bardziej, jak hicksploitation :)

    Zamiast kombinować bez sensu z anty-czymśtam, więcej dla zrozumienia tego rodzaju wizji da seans ,,Texan Chainsaw Massacre” (oryginal z 1974) a potem ,Eaten Alive” ,,Luther the Geek” ,, Backwoods” ,, Lunch Meat” czy ,,Midnight”. I na finał ,,White Lightnig” (2009) Kino eksploatacji twoim przyjacielem :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych recenzji tego filmu, jakie czytałem. I – co ciekawe – tak jest wbrew temu, że go jeszcze nie wdziałeś ;)

      Myślę, że utrafiłeś w sedno tego, co Marhoul chciał swoim filmem wyrazić i przekazać.
      Rzeczywiście, film kończy się tym, jak Chłopiec – jadąc ze swoim ojcem w autobusie – wypisuje na zaparowanej szybie własne imię – przełamując tym opór w wyjawieniu swojego imienia (w filmie nie wypowiada on ani słowa – w ogóle film jest bardzo oszczędny, jeśli chodzi o dialogi) – co oznacza (być może) pojednanie z ojcem i wkroczenie na ścieżkę nowego, lepszego życia.

      Ten film to metafora, a sam Chłopiec jest Symbolem (co przyznał w rozmowie ze mną sam reżyser… czego właściwie nie powinien robić, więc być może go tu trochę zdradzam ;))
      Chłopiec jest zarówno soczewką, jak i amplifikatorem zła świata świata – i to zarówno tego, jakie go spotyka, jak i tego (co słusznie zauważyłeś), które sobie wyobraża. A za nim (jego wyobraźnią) idzie reżyser i przedstawia to wszystko na ekranie.

      Moja żona np. tylko dlatego zniosła ten film, bo zaczęła go traktować właśnie umownie – to co widziała na ekranie przestało być dla niej odzwierciedleniem rzeczywistości, to była już dla niej „sztuczność” sztuki. A ja w tym kontekście uważam, że film w kategoriach artystycznych jest jednak dziełem wybitnym.

  10. Bogdan Kwiatek Says:

    On sam wiedział, ze kroczy po cienkiej warstwie lodu…
    Dlatego wybrał /chyba/ wannę i brzytwę. Ostateczna konsekwencja różnych, pewnie niedokończonych wizji i scenariuszy…
    Odrażający i obrazoburczy był i chyba sam wiedział o tym.

    A scena jak wisi nogami do góry przez ilestam czasu – tez jest?
    Tego sobie jako nastolatek nie mogłem wyobrazić. Tzn mogłem. Tylko jak to wytrzymać nie bardzo…. reszta to już jakas konsekwencja tamtego…
    Ale tymi dialogami trochę mnie „zachęciłes”… ;/

    • Jacek Dygoń Says:

      Nie wisiał nogami do góry, trzymał się rękami poprzeczki, bo atakował go pies. Wytrzymał, bo wiedział, że ten go zagryzie, jak opadnie z sił.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Aaa może! Czytałem ze 20-30 lat temu. Raz. Pewnie nałożyły mi się obrazy:
        Kmicica, Django, Williama Wallaca i pewnie KuntaKinte…. 🙂

        Nie byłem fanem książki, choć polot w pisaniu Kosiński miał.
        Pewnie pójdę zobaczyć ten obraz. I wcale nie ze względu na capa. Może jeszcze raz przeczytam wcześniej książkę. Choć sam nie wiem, jakich wartości miałbym szukać…

        Ja zwykle siedzę do końca na seansach, by się dowiedzieć, co poeta kina miał na myśli w swoim dziele, a czasem „dziele” w myśl zasady, że nawet z najgorszego filmu można wyciągnąć jakieś sensowne wnioski…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Przeczytaj sobie to, co napisał (w ostatnim komentarzu) Jacek Dygoń. Moim zdaniem bardzo trafnie ujął istotę filmu Marhoula. Nawet moja Ania to przyznała (swoją drogą nie spodziewałem się, że dotrwa do końca filmu i było mi jej szkoda, że musi to wszystko oglądać ;) Nasza znajoma wyszła przed końcem.)

  11. Jacek Dygoń Says:

    Ten utwór powinien się w soundtracku znaleźć. Był u Kubricka w FMJ , obok nomen omen ,,Paint it Black”. Podmiotowy surf – opis wojny na gorąco z punktu widzenia kogoś rzuconego w sam jej środek.

  12. Bogdan Says:

    Czytałem

  13. Bogdan Kwiatek Says:

    To jeszcze raz /i chyba na koniec/ w kwestii formalnej.
    Bo mamy tak: autor tematu – książka – film – recenzja.
    Jakby „napisał” Arystoteles: przyczynę sprawczą i celową (albo kilka przyczyn i ich następstwa).

    Ja /i pewnie wiele osób tu się wypowiadających pisemnie/ filmu nie oglądało. Twoja recenzja miałaby być niejako zachętą do powrotu do tematu „MP”. A że /jak mniemam/ większość tu polemizujących z Twoją recenzją czytała książkę /bo była głośna pod koniec lat 80-tych/ i ma ją jako podstawę |PODSTAWĘ!| swojej wypowiedzi plus Twoją recenzję, jako bezpośredni motus, to pisze tu, to co pisze (tautologia, ale warto ją tu przywołać). I odnosi się do książki, która /no nie zaczarujesz! — JEST PODSTAWĄ FILMU!/

    Książka się „broni” w warstwie formalnej i – zgodnie z tym co piszesz – film też. Piękne zdjęcia, dobra gra aktorska, wzruszające sceny. Na przemian ze scenami jakoś ohydnymi. Czyli wypisz wymaluj(!) – jak w książce.
    ///aaa ja nie oceniam filmu, bo go nie oglądałem, nie oceniam autora, bo musiałbym oceniać wszystkie jego dzieła, ja nie oceniam Kosińskiego jako człowieka, bo musiałbym znać i oceniać wszystkie jego myśli i działania… a to tylko dostępne Bogu. Natomiast oceniam podstawę filmu czyli książkę i to – pamięć o niej, bo się wryła te 30 lat temu (chyba 1989). I tyle!////
    Czyli tym lepiej, a ze względu na to co później, to jednak tym gorzej!
    Ale Ty w ogóle nie słuchasz, że tu liczy (i chyba ZAWSZE!) liczy się treść. Nie tyle temat, co wydźwięk, cel. „Co autor/poeta/prozaik/reżyser) chciał przekazać”. I Ty twierdzisz – że chciał pokazać, że w tym syficznym świecie pełnym zła (wojennego, powojennego, widzianego oczami dziecka) – jest jednak jakaś wartość, czy jakieś dobro!??!…
    Że w tej ciemności, jest jakieś światło… ?!?!

    To ja już/dalej wolę filmy stare (i te odnowione) Puchalskiego. I mam nadzieje, ze tą moją „antyrecenzją” zachęciłem choć 1 osobę na obejrzenie jakiegokolwiek filmu Włodzimierza Puchalskiego :))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja wiem skąd się wziął ton i charakter tej oto dyskusji: każdy się odnosił do książki Kosińskiego, a nie samego filmu, który jednak ma swój własny „cel” i „wydźwięk”. Stąd zarówno dziwność tej dyskusji, jak i nieporozumienia – bo niemal wszyscy komentujący skupili się na paszkwilanctwie książki i kłamstwach Kosińskiego, oczerniających ludzi, którzy de facto go uratowali i chronili. Że on te wszystkie okropności przedstawił jako prawdę – własne doświadczenie. To jest rzeczywiście oburzające i skrajnie nieuczciwe a nawet podłe, tym bardziej, że Kosiński zrobił to dla pieniędzy, kariery oraz sławy. Ale film tego unika, bo nie odnosi się do żadnej grupy narodowościowej. To dlatego w dialogach nie słyszymy żadnego konkretnego języka – czeskiego, rosyjskiego, ukraińskiego czy tym bardziej polskiego – a język wymyślony. Poza tym reżyser przy każdej okazji i wyraźnie mówi, że Kosiński „kłamał” – i to idzie w świat – i wiedzą o tym widzowie, którzy film oglądają (jeżeli kojarzą go z książką Kosińskiego).

      Poza tym:
      – Moja recenzja nie jest zachętą do tego, by obejrzeć film (jeżeli już, to bardziej jest przestrogą). Opisuje jedynie moje doświadczenia z zetknięcia się z filmem, jak również moją ocenę jego wartości – że tak powiem – artystycznej (która w dużej mierze odnosi się do formy).
      – No właśnie: sam piszesz, że liczy się nie tyle treść, co „wydźwięk”, „cel” – a to już jest sprawą interpretacji treści, a nie samej treści. Jak byś czytał uważniej moją recenzję, to byś zauważył, że ja właśnie NIE KUPIŁEM wyjaśnienia reżysera, że nakręcił film o dobru, nadziei i miłości. (a Ty wręcz piszesz, że „kupiłem”).
      – Kluczem do zrozumienia mojej interpretacji filmu jest konkluzja na końcu mojego tekstu, a zwłaszcza dwa ostatnie zdania: „Bo przecież nie pokazuje się ciemności, żeby pokazać światło (to przeczy nie tylko logice, ale i fizyce). Jeśli już, to pokazuje się ciemność, by uświadomić nam, czym jest brak światła. I o tym jest dla mnie ten film.”
      Jak widać: zupełnie tego nie zrozumiałeś. Mało tego: zrozumiałeś opacznie.

      • Bogdan Kwiatek Says:

        film Kapuścińskiego? –
        Czytam uważnie!
        Czy rozumiem opacznie? Nie wiem – jako autor recenzji masz prawo do ostatecznej oceny, czy Twój tekst został właściwie rozumiany…

        Tak, szukam światła w ciemności! Zawsze chciałem wiedzieć, „co to za światło na końcu… tunelu”. Może kiedyś się dowiem…

        Tak, za drugim /dłuższym- pewnie bardziej uważnym/ czytaniem Twojej recenzji, wiem, ze się „nieco” odcinasz… że ciemność jest brakiem światła. I „uświadamia brak światła”. Pełna zgoda!

        Film zatem obejrzę przy nadarzającej się sposobności, ale specjalnie na niego się nie będę wybierał!
        Jak myślisz, czy już będą go puszczać w samolotach?!

  14. Václav Marhoul Says:

    Dear Stanislaw,
    Many thanks for your review!
    I´ll leave it to translate to Czech, it will be much better, even that I can read some Polish.

    Many thanks again, have a nice day in Chicago and all my best to you!

    Yours sincerely,
    Václav Marhoul


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s