„FUGA” – w poszukiwaniu straconego „ja”

.

Poszukując siebie (Gabriela Muskała)

.

Po zaskoczeniu „Powrotem” Magdy Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, kolejne zaskoczenie: tym razem najnowszym filmem Agnieszki Smoczyńskiej, która swoim debiutem „Córki dancingu” parę lat wcześniej zwróciła na siebie uwagę off-mainstreamowej widowni kolorową, energetyczną i szaloną historią syrenek, które ni stąd ni zowąd pojawiają się w Warszawie i rzucają w wir nocnego życia stolicy. Eklektyzm „Córek” był niczym nie skrępowany – musical, horror, komedia w jednym. Kampowa publika załapała to w lot, ta bardziej tradycyjna zareagowała z pewnym oporem, nie za bardzo wiedząc o co w tej ekstrawagancji chodzi. A chodziło m.in. o to, że młoda reżyserka już w pierwszej odsłonie popisała się niezwykłą sprawnością w kreowaniu na ekranie świata, który pojawił się w jej wyobraźni.
W „Fudze” również zjawia się nagle w Warszawie postać jak nie z tej planety, lecz trudno byłoby o bardziej odmienną rzeczywistość w jaką ona wchodzi – tak zaskakujące jest w tych kolejnych filmach Smoczyńskiej przejście z jednej tonacji do drugiej – zmiana konwencji, która barwny, gorący i frenetyczny show „Córek” zastępuje szarą, zimną i powolną psychodramą „Fugi”. Można się zastanawiać, czy to tylko popis możliwości zdolnej reżyserki, czy też coś głębszego: wniknięcie w pewną fundamentalną dla każdego człowieka kwestię tożsamości, która może się określić jedynie w relacjach z innymi ludźmi?
Ja obstawiam to drugie.

Początek filmu szokuje i to w kilku wymiarach. Z ciemnego tunelu, po kolejowych torach wychodzi chwiejnym krokiem kobieta w zabrudzonym płaszczu (przypominająca zombie, które właśnie wygramoliło się z grobu), wspina się na peron, kuca i… oddaje mocz na oczach zbulwersowanego tłumu. Już ta pierwsza scena wprowadza ton całego filmu, ustalając nie tylko jego charakter – ciemną paletę obrazu, tajemnicę i niedookreśloność tego, co dzieje się na ekranie; bliską filmom grozy atmosferę zagrożenia i odium szaleństwa – ale i przedstawiając nam główną bohaterkę, która niczym zmaltretowane zwierzę konfrontuje ludzi z odrazą i lękiem, nie zdając sobie sprawy z ich konwenansów i wstrętów.
Okazuje się, że kobieta wskutek jakichś gwałtownych przejść (gwałt, pobicie, wypadek?) straciła pamięć – nie wie kim jest, co się z nią stało i jak się nazywa. Po dwóch latach spędzonych w ośrodku dla nerwowo (psychicznie?) chorych, Alicja (to jej nowo przybrane imię) pojawia się w studio telewizyjnym i podczas programu zostaje zidentyfikowana przez swojego ojca (jako jego córka Kinga). Wraca więc do (odległego od Warszawy) domu i swojej rodziny, którzy są dla niej teraz zupełnie obcymi ludźmi. Jest szorstka, opryskliwa, antypatyczna, czasem wulgarna… zachowuje się nieprzyzwoicie nawet w obecności swojego kilkuletniego syna. Nic więc dziwnego, że nikt w zasadzie nie cieszy się z jej pojawienia – dziecko ją przezywa wyganiając ze swego pokoju, mąż ma nawet pretensje do tego, że wróciła („co ja ci zrobiłem, że mi to zrobiłaś?”), nawet rodzice nie okazują jej żadnego ciepła. Alicja/Kinga postanawia więc wyrobić sobie „papiery” i zaraz potem zniknąć z tego środowiska pełnego niechętnych jej ludzi. Jednakże z czasem zaczyna odkrywać swoje dawne „ja”, ponownie nawiązuje bliższe relacje z mężem, a zwłaszcza z dzieckiem.
Podążamy za zmieniającą się świadomością i osobowością kobiety, wraz z nią poznajemy coraz więcej szczegółów z jej poprzedniego życia; dowiadujemy się wreszcie o okolicznościach w jakich straciła pamięć i postanowiła uciec… de facto nie tylko od własnej rodziny i świata, w którym do tej pory żyła, ale i od samej siebie. (Fuga to po łacinie „ucieczka”, także jednostka chorobowa jaką w niej zdiagnozowano, której pełna nazwa brzmi „fuga dysocjacyjna”. Ale jest to również słowo z terminologii muzycznej, co jest dość istotne, bowiem cały film przypomina pod wieloma względami kompozycję muzyczną.)

A „Fuga” skomponowana jest świetnie. Nie ma w niej zbędnych elementów, zaś te, które są, układają się doskonale w pewnego rodzaju estetyczno-fabularny puzzle, którego monochromatyczność i minimalistyczny soudtrack stanowią tło nie tylko dla psychicznej i fizycznej, lecz również tożsamościowej transformacji głównej bohaterki. Przy czym, mimo że wszystko jest tu przemyślane i precyzyjnie zmontowane, to jednak nie sprawia wrażenia elaboratu.
Film jest dziełem nie tylko Smoczyńskiej, ale przede wszystkim autorki scenariusza a zarazem odtwórczyni głównej roli Gabrieli Muskały, która udowadnia w nim, że jest nie tylko wybitną aktorką (która tą rolą jeszcze bardziej rozszerzyła swoje aktorskie emploi) ale i wielce uzdolnioną scenarzystką. Można powiedzieć, że to ona „niesie” ze sobą cały film, występując praktycznie w każdej niemal scenie. To wokół niej – a ściślej: wokół jej psychicznej przemiany – skupia się cała dramaturgia „Fugi”. To właśnie stworzona przez nią postać jest nośnikiem (sorry za tę przemądrzałość) antropologicznego paradygmatu ludzkiej tożsamości, określanej bardziej przez społeczno-kulturowy topos, niż przez istotność konkretnego człowieka i jego charakter.

To było spore wyzwanie, żeby się w tej aparycyjno-psychologicznej ewolucji głównej bohaterki nie pogubić, dozując przed kamerą zachodzące w niej stopniowo zmiany. Muskała poradziła sobie z tym doskonale, grając tak naprawdę kilka różnych kobiet. Moim skromnym zdaniem to jej należały się Złote Lwy w Gdańsku (choć nagroda dla Grażyny Błęckiej-Kolskiej też mnie ucieszyła).

„Fuga” to dzieło niezwykle dojrzałe, znakomicie radzące sobie z przekazaniem widzowi uczuć i emocji – i to nie tylko za sprawą świetnego aktorstwa, ale i posługując się wszystkimi środkami filmowego przekazu, od tych wizualnych po dźwiękowe, jak np. w genialnej scenie nad brzegiem morza, w której poczuć można grozę i paniczny strach Kingi/Alicji, po zniknięciu jej syna. Zresztą, jest w tym filmie wiele kapitalnych scen, o których można by tu wiele pisać, bo ich symbolika jest przebogata a nastrojowość przejmująca.
Jeśli zaś chcielibyśmy się pobawić w skojarzenia (głównie) stylistyczne, to całość przypominała mi nieco skrzyżowanie obrazów Lyncha, filmu „The Blair Witch Project” i kina skandynawskiego, jednak z wyraźnie polskim obyczajowym zacięciem. W efekcie otrzymaliśmy jeden z najlepszych filmów roku, co przychodzi mi z wielką satysfakcją tutaj stwierdzić.

*  *  *

Obcość wśród swoich (Łukasz Simlat w „Fudze”)

.

Reklamy

Komentarzy 9 to “„FUGA” – w poszukiwaniu straconego „ja””

  1. Olga Says:

    Bardzo mocny film, ciężki i daje dużo do myślenia, ale myśle, że warto go obejrzeć!

  2. Andrzej.k Says:

    Jutro premiera, chyba czas kupić bilety i zasuwać, szczególnie po takiej recenzji :)

  3. Gabriela Muskala Says:

    Panie Stanisławie dziękuję za wspaniałą recenzję. I tyle miłych słów. Nie wiem tylko skąd wziął Pan informację że moje emploi pochodzi od sitcomów😞. Nigdy w takich nie grałam, jeśli decyduje się na serial to ambitny.
    Trochę ta informacja mija się z prawdą….

  4. ammi Says:

    Ten film wzbudza gigantyczne emocje. Skrajne. Obejrzeliśmy dzisiaj z ogromnym zainteresowaniem i wyszliśmy prawie pokłóceni. Znamy prawdziwe historie osób, które przeżyły utratę pamięci po przeżyciu ogromnych emocji, wiemy jak wracały ponownie do normalnego życia. Ma rację aktorka i autorka scenariusza, że fuga jest tylko pretekstem do pokazania tego jak bardzo ciasny jest gorset, w którym uwięzione są współczesne kobiety. Jednak, nie wszystkie zdecydowałyby się na taki krok jak Alicja. To smutne kino, refleksyjne, nie dla wszystkich. Jednak dobrze że dziewczyny zdecydowały się na realizację.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s