OSKARY 2018, czyli o co tyle hałasu?

.

 

     Pozostawiając tym razem obszerne analizy na boku, chciałbym dorzucić kilka luźnych uwag à propos Oscarowej hecy, która będzie miała dzisiaj miejsce w Hollywood. Obejrzałem niemal wszystkie filmy z Oscarowej puli, nie pisałem o nich w tym roku, gdyż ostatnio więcej przyjemności przynosi mi oglądanie filmów niż pisanie o nich. Oczywiście moje uwagi są jak najbardziej subiektywne, opierają cię wyłącznie na moich – doświadczonych „na gorąco”, pochwyconych in statu nascendi – wrażeniach jakie wyniosłem ze spotkań z tymi filmami w sali kinowej i abstrahują one w zasadzie od obiektywnej (warsztatowej, artystycznej, kulturowej) wartości samych filmów (jeśli taka „obiektywna” wartość w ogóle istnieje).
Może zacznę od tego, że zdecydowana większość tych filmów (zwłaszcza anglojęzycznych) wydała mi się być filmami bardziej średnimi niż wybitnymi – w kilku tylko przypadkach (np. „Phantom Thread”, „Dunkirk”) wyrastającymi ponad średniość.

     Najsłabszym filmem wśród nominowanych w kategorii Best Picture jest według mnie zupełnie przeciętny horror „Get Out” – jego obecność tutaj jest według mnie nieporozumieniem, wynikającym z deklarowanej w Hollywood rasowej otwartości (podobnie było z wychwalanym nie tak dawno pod niebiosa „Moonlight”, który to film jednakże jest od „Get Out” zdecydowanie lepszy).
Najbardziej przereklamowanym tytułem jest moim zdaniem „The Shape of Water” – zupełnie nie rozumiem owego gremialnego zachwytu nad tym przeraźliwie wtórnym, rojącym się od zapożyczeń (tutaj na paradoks zakrawa to, że wszystkie filmy del Toro mają famę obrazów oryginalnych ze względu na swoją „bajeczną” treść, formę i klimat) i tak naprawdę – w swojej dziecinności i naiwności – intelektualnie płytkim utworem.
Ładnym filmem (tutaj to kolokwialne i potoczne określenie wydaje mi się jak najbardziej na miejscu, bo oddaje adekwatnie „ducha” tego obrazka) była homoseksualna fantazja „Call Me by Your Name”, dość przyjemna w oglądaniu, lekko anachroniczna (to pewnie za sprawą scenariusza Ivory’ego, który starszym panem już jest – nie pozbawionym wszak nostalgii za chłopięcą urodą). Film przepełniony włoskim dolce far niente, wykorzystującym na dodatek niezwykłą fotogeniczność sielskiej Toskanii. Ale czy to wystarcza, by konstytuować jego wybitność?
„The Post” to typowa spielbergowska konfekcja – czyli dość efektywna emocjonalnie, moralnie poprawna, ale nie wytrzymująca (jak zwykle) konfrontacji z twardą, pozbawioną sentymentów rzeczywistością, w jakiej zanurzona była amerykańska afera z wojną w Wietnamie wraz z jej kontekstem społecznym i medialnym.
Filmem na swój sposób spielbergowskim był dla mnie również „The Darkest Hour” (z typowo hollywoodzkim sentymentalizmem, mimo że firmowanym tutaj przez Brytyjczyków) – opierający się głównie na wybitnym aktorstwie Gary’ego Oldmana, który na szczęście nie dał się przygnieść tonom kostiumu i kilogramom charakteryzacji, z sukcesem dominując przy tym cały obraz – a właściwie niosąc go na swoich barkach wielkiego aktora.
Filmem, który „obrósł” również wokół jednej postaci był „Phantom Thread”, zdominowany z kolei przez aktorską kolosowatość i emploi Daniela Day-Lewisa – figurę, która jest larger than life, ale której akromegalia nie niweczy jej artystycznej klasy i wymowy, chociaż usuwa nieco w cień inne (tutaj: bardzo dobre, kobiece) role. Jednak, “Phantom Thread” to dla mnie przede wszystkim styl (w który znakomicie wpisuje się „krawiecka” kreacja Lewisa) – estetyka tego obrazu jest równie ważna jak jego klimat. Jeśli zaś chodzi o treść, to znowu: jest ona tutaj cokolwiek „kusa”, nomen omen niemalże widmowa.
Zbyt wielkie halo rozrosło się według mnie wokół „Lady Bird” – w moich oczach filmu pozbawionego większego „kinowego” ciężaru (tego, przyznaję, niezbyt zgrabnego określenia używam tutaj by podkreślić moje wrażenie, iż „Lady Bird” ma cechy produkcji bardziej telewizyjnej niż kinowej). Oczywiście, jest to film dobry, ale bez przesady – w historii kina raczej się nie zapisze i już za kilka miesięcy mało kto o nim będzie pamiętał. No chyba że rzeczywiście jego reżyserka – nota bene nominowana w kategorii Best Director – jest tak dobra, że nie każe o sobie zapomnieć i udowodni, że jej „Lady Bird” to nie był incydent, który swój sukces zawdzięczał przede wszystkim reklamie i lansowi.
Skłamałbym, gdybym napisał, że „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri” mnie wynudził. Wręcz przeciwnie: ten film oglądałem z niewiele tylko mniejszą ekscytacją niż „Dunkierkę”, co – jak na dramat obyczajowy, a nie wojenny – jest bez wątpienia dla „Trzech Billboardów” komplementem. Faktem jest, że jego twórca (Martin McDonagh będący zarówno reżyserem, jak i scenarzystą filmu, nawiasem mówiąc nominowanym w kategorii Best Original Screeplay) potrafi znakomicie nie tylko opowiadać historie, ale i przenosić je na ekran. Jednakże, kiedy tak porównam „Three Billboards…” z innym tytułem (również zajmującym się życiem amerykańskiej prowincji), a mianowicie z „Manchester by the Sea”, to porównanie to wypada jednak na korzyść tego ostatniego. Po prostu „Manchester” był dla mnie obrazem bardziej prawdziwym, o większej psychologicznej głębi, natomiast „Three Billboards…” – zbyt wykoncypowanym.
Bardzo dobre zdanie mam natomiast o „Dunkierce”, głównie ze względu na reżyserskie mistrzostwo Christophera Nolana (nominacja w kategorii Best Director). Film jest świetnie zrealizowany technicznie (fantastyczne zdjęcia, dźwięk…) a jednocześnie nie gubi tego pierwiastka „ludzkiego”, co zdarza się często innym superprodukcjom, w których rozbuchana widowiskowość przytłacza i robotyzuje bohaterów – i gdzie forma staje się w końcu ważniejsza od treści. Nolan jest reżyserem „totalnym” (w najlepszym tego słowa znaczeniu) – i właśnie dlatego „Dunkierkę” można uznać za jego sukces, wręcz zwycięstwo. Należy także zwrócić uwagę, że przy tym wszystkim narracja „Dunkierki” zupełnie opiera się hollywoodzkim stereotypom, a to jest w mojej opinii wielkim komplementem, podkreślającym na dodatek odwagę reżysera i jego wierność własnej wizji. Wizji, która zrobiła na mnie spore wrażenie – w przeciwieństwie do wielu innych bohaterów dzisiejszego wieczoru w kalifornijskiej fabryce snów.

*  *  *

Reklamy

Komentarzy 17 to “OSKARY 2018, czyli o co tyle hałasu?”

  1. Mechaniczna Kulturacja Says:

    Bardzo interesujące podsumowanie. W niektórych tytułach zgadzamy się co do joty. Z Lady Bird zgadzam się, że to film pozbawiony większego „kinowego” ciężaru i zapewne szybko się o nim zapomni, ale doceniam go tym mocniej, że coraz mniej w tych oscarowych zestawieniach zwyczajnych, prostych, szczerych opowieści, których twórcy nie zahaczają o „temat” specjalnie pod Akademię.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Z tego samego względu „Lady Bird” cenię. Bardzo dobre aktorstwo, bardzo dobra reżyseria, ale mimo wszystko podobne filmy się spotyka – z tym że one już takiej łaski lanserskiej nie doznają.
      Być może moja obiekcja bierze się też stąd, że jednak Oskary przyzwyczaiły mnie/nas, że film „zwyczajny, prosty, szczery” nie nadaje się z bardzo na film „Oscarowy”. Może to pewne skrzywienie, bo przecież ja takie filmy lubię i cenię.

  2. Stanisław Błaszczyna Says:

    Oscary 2018 rozdane. Nie łudziłem się, że będzie bardzo dobrze, ale też nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Nagrodzono średniactwo z polityczną poprawnością w tle. Ceremonia dość nudna, przemowy banalne, humor taki sobie, błyskotki Swarovsky’ego bijące w oczy, usilne lansowanie rasowej otwartości (stąd nadreprezentacja artystów o ciemnym kolorze skóry… jakby w Hollywood nie zauważano tego, że nadal jest to pewna forma rasizmu, tylko takiego… à rebours). Ponownie rzuciło mi się też w oczy podejście do kobiety jako ofiary – już nie tylko seksizmu, ale i dyskryminacji.

    Wszystko to spowodowało, że sama sztuka kina odeszła jakby na dalszy plan – co zresztą znalazło odzwierciedlenie w wielu nominacjach, jak również w przyznanych Oscarach. W konsekwencji pierwiastek filmowy zostaje zastąpiony propagandowym. Hollywood chce z siebie zrobić rzecznika spraw społeczno-politycznych ale zbyt dobrze mu to nie wychodzi i jest mało przekonywujące. Od biedy z liberalizmem może być Hollywoodczanom do twarzy, ale z moralizatorstwem to już nie za bardzo, bo tu hipokryzja staje się po prostu niestrawna (vide: fake puritanism).

    Głosowania Akademii, czyli przyznanych Oscarów, nie będę komentował, bo zajęłoby to zbyt wiele miejsca (wspomnę tylko że uznanie „Kształtu wody” za Najlepszy Film roku wydaje mi się zupełną przesadą, a scenariusza do „Uciekaj!” za najlepszy z wszystkich nominowanych – małym skandalem). Może więc tylko – gwoli uzupełnienia – podam moją prywatną klasyfikację filmów nominowanych w kategorii Best Picture (z uwagą, że jest to raczej zabawa, niż wyrokowanie o ich artystycznej wartości).

    Uciekaj! – 4/10
    Kształt wody – 5/10
    Czas mroku – 6.5/10
    Czwarta władza – 6.5/10
    Tamte dni, tamte noce – 7/10
    Lady Bird – 7/10
    Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – 7.5/10
    Dunkierka – 8/10
    Nić widmo – 8/10

  3. Jula :D Says:

    Z tego , co mi wiadomo, w Polsce nasi krytycy filmowi zachwyceni byli przesłaniem niektórych filmów z ich normalnością bez hollywoodzkiego patosu, zwłaszcza Trzy billboardy za Ebbing i Lady Bird. Celebryci polscy zaś, którym zgasł blask, polecają Czwartą władzę.
    Jak w USA teraz ta fabryka snów, a raczej ten biznes oparty na tym wygląda, po akcji „#Mee Too”? Trochę oklapł? !..
    Jednak te zwycięskie aktorki, to nie gwiazdy, wyglądały bardziej normalnie , to już nie lalki , wzór idealnej urody.
    Nawet te suknie od znanych projektantów żyły własnym życiem, nie scaliły się z tymi aktorami. Mężczyźni na drugim planie, tak jakby tam było trzęsienie ziemi, tym razem „układów międzyludzkich”.
    Pompa mniejsza, aż dziw, że aktorki nie na czarno. 😉

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Filmy, które wymieniłaś to są dobre filmy, tylko według mnie takie trochę mało „Oscarowe” (przy czym określenie to według mnie niekoniecznie oznacza wadę).

      Biznes w Hollywood nadal się kręcie, mimo że wielu mężczyzn rzeczywiście zeszło jakby na dalszy plan. Ale to chyba tylko chwilowe – i pozorne – bo przecież oni nadal dzierżą w przemyśle filmowym władzę.

      Cały ten ruch „MeeToo” wydaje mi się cokolwiek paradny i przesadzony, a ponadto podszyty hipokryzją, bo przecież w tym światku od zarania takie zachowania były znane, i na swój sposób tolerowane. A tu nagle wszyscy się ocknęli i ubierają na czarno (tak było przynajmniej podczas rozdania Złotych Globów, bo Oscary były już bardziej „kolorowe” ;) )
      Pompa trochę mniejsza, ale jednak oprawa scenograficzna nadal atakująca wzrok błyskotkami (tym razem Swarovsky’ego :))

      PS. A co to znaczy: „celebryci polscy, którym zgasł blask” ?

      • Jula :D Says:

        Nie chce się rozwodzić w tym temacie, chodzi w skrócie o to, że pewni ludzie będący na topie, w oderwaniu od rzeczywistości, kreowali i wymądrzali się na temat, o którym nie mieli pojęcia a teraz bardzo są zdziwieni, że w realu Polacy są inni niż im się wydawało.

        Ruch #metoo jednak wniósł też trochę pozytywnych rzeczy, wiadomo, że to nie tylko światek szołbiznesu.
        Podkreślił, że problem jest, a jak to świat i czy w ogóle rozwiąże, to już inna para kaloszy. ☺

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jak już mówiłem, ruch „#metoo” obnażył hipokryzję Hollywood, ale być może przyczyni się do tego, że jednak kobiety będą tam traktowane inaczej niż do tej pory (chodzi mi o wymuszanie na nich „świadczeń” seksualnych w zamian za pomoc w karierze).
          Ale mam nadzieję, że nie zlikwiduje instytucji flirtu i nie przyćmi kobiecego sex-appealu ;)

  4. Jula :D Says:

    Można by odpowiedzieć tytułem sztuki Szekspira w formie pytania.
    ” Wiele hałasu o nic. ” ?!…

  5. Simply Says:

    Te filmy nie są ,,takie trochę mało oscarowe” , lecz jak najbardziej . Nagradzanie kameralnych dramatów z mocnym aktorstwem w kategorii Best Picture ma bardzo długą tradycję. Chociażby ,,Marty” ,, Garsoniera” ,, Na Nabrzeżach” ,, Nocny Kowboj” ,, Zwykli Ludzie ” ,, Czułe Słówka” ,, American Beauty” czy z ostatnich ,Moonlight” . Regularnie co jakiś czas Akademia przyznając nagrody odpuszcza superprodukcje nas rzecz takiego właśnie kina i tak się dzieje od lat.

  6. Simply Says:

    Budżetowego barachła holiłódzkiego nie oglądam bodaj od czasu, jak Paul Verhoeven powiedział ,adios’ i wrócił do Europy. Czasem robię wyjątki ( Mad Max ; Fury Road, nowy Blade Runner i Alien Convenant- pierwszy bardzo dobry , drugi niezły , trzeci do zaorania) ale bardzo rzadko. Uważam, że w tym temacie od dawna panuje tak głęboki kryzys scenariuszowy, że należałoby mówić o jakiejś martwicy totalnej.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Też mam dobre zdanie o filmach, które wymieniłeś w poprzednim komentarzu. W sumie bardzo mi odpowiadało amerykańskie kino lat 70-tych (typu: „Midnight Cowboy”, „Terms of Endearment”, „Serpico”, „Taxi Drover”, „Deer Hunter”… Niestety, wtedy też weszły „Gwiezdne wojny” i wszystko zaorały, wprowadzając modę na wizualne fajerwerki, za którymi niewiele się kryło. (W sumie, same „Star Wars” – a konkretnie jakieś 2 części – były niezłymi filmami, pewnym kulturowo-technicznym fenomenem, tylko zepsuły pod pewnym względem kino, stawiając na jego widowiskowość/formę, kosztem zawartości myślowej/treści. A kontynuacja tej franczyzy to moim zdaniem już tragedia – takie klony do zbijania kasy.)
      Mam wrażenie, że nadzieją kina (w typie jaki robił np. Verhoeven) jest Villeneuve, którego filmy wyróżniają się pozytywnie z całej zgrai produktów kina komercyjnego.
      Nie wiem czy widziałeś „Kształt wody”. A jeśli widziałeś, to co o tym sądzisz?

  7. Simply Says:

    Nie widziałem i wołami mnie do tego nie zaciągną. To już lepiej oryginał odświeżyć ( przecież to jest swobodny rimejk ,, Potwora z Czarnej Laguny” Jacka Arnolda z 54 ‚) . Antropoichtiosploitation interesuje mnie wyłącznie w wydaniu Lovecrafta.
    Jak mnie na coś takiego najdzie, to zamiast tych ciepłych klusków zapodałbym powtórkę ,, Wyspy Ludzi Ryb” Sergia Martino , albo ,, Humanoids from the Deep” Barbary Peters . Kochane i przegięte kino lat 70’ !

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tych zapożyczeń w „Kształcie wody” jest znacznie więcej. (Sprawa oparła się chyba nawet o oskarżenie o plagiat – chodzi o pewną sztukę teatralną, której tytułu nie pomnę).
      W sumie wyszła z tego dość banalna bajeczka.
      To dziwne, bo zawsze uważałem kino del Toro za oryginalne. (Ale być może dlatego, że byłem mniej krytyczny i dociekliwy.)

      Nie można mieć nic przeciwko temu, że ktoś się inspiruje tym, co lubi, ceni, i co go „bierze”. Problem zaczyna się wtedy, kiedy mamy trudność w odróżnieniu inspiracji od zwykłego „rip-offu” – wtedy, kiedy coś zaczyna nas przytłaczać wtórnością, dzięki czemu przeżywamy coś w rodzaju permanentnego déjà vu.

  8. Simply Says:

    Oczywiście, że tak. Zasadniczym tu problemem ( dla mnie) jest nie tyle wtórność rozwiązań, patentów, etc., ile sama story jako taka. To nie jest moje kino

  9. tess Says:

    oscarowe wpadki etc….


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s