CYWILIZACYJNA GALARETA – o książce Zachara Prilepina „KLASZTOR”

.

.   Z pewną obawą brałem do ręki cegłę, jaką stanowi najnowsza powieść Zachara Prilepina Klasztor, tym bardziej, że wiedziałem, iż jest to przykład tzw. „literatury obozowej” więc lekko nie będzie. Ale przecież w przeszłości nie unikałem książek, których zawartość nie była świadectwem sielanki ludzkiego bytowania na Ziemi, a raczej stanowiła dowód na coś wręcz przeciwnego, uświadamiając nam, że są sytuacje, kiedy człowiek wobec świata i przerastających go sił wydaje się być tylko małym trybikiem wielkiej machiny jaką jest poruszająca się niczym perpetuum mobile Rzeczywistość. Albo nic nieznaczącym robaczkiem – męczonym i maltretowanym – który w każdej chwili może być rozgnieciony i pozbawiony życia przez molocha Historii, Losu, Natury, Przypadku…
Jednak nie uważam, że w mojej skłonności do tego typu literatury był jakiś masochizm, szukanie sensacji; upodobanie do makabry, przemocy, okrucieństwa czy grozy… Nie. Ja po prostu chciałem się dowiedzieć więcej o człowieku – o jego ludzkiej naturze, (która często sprawia wrażenie „nieludzkiej”); o mechanizmach, które kierują jego postępowaniem; wreszcie o tym, jaki jest zakres naszej wolności – czy wolna wola nie jest aby tylko naszym złudzeniem? Nie zapominałem przy tym o przestrodze Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (nota bene autora Innego Świata, książki stanowiącej już klasykę powieści łagrowej), żeby nie oceniać (ani tym bardziej sądzić) ludzi, którzy zachowują się tak a nie inaczej w warunkach ekstremalnych – zniewolenia, udręczenia, zastraszenia i opresji… upodlenia i „zbydlęcenia” wreszcie. Nie powinno nas dziwić, że ludzie w warunkach nieludzkich zachowują się nieludzko – wydawał się sugerować Herling-Grudziński.
No tak, ale czy to również nie wystawia świadectwa ludzkiej naturze?
A co z tymi, którzy nawet w takich okolicznościach starali się zachować swoją godność i człowieczeństwo, prawość i przyzwoitość – i mimo wszystko opierali się temu, by nie postępować jak podła kanalia? Czy ich przykład nie świadczy o tym, że jednak można było dokonywać wyborów? A jeśli tak, to zasadna jest jednak ocena etyczna człowieka – nawet jeśli poddany jest on presji egzystencjalnego ekstremum.

     Z pewnością nie wyczucie dramaturgii, ani tym bardziej scenograficzna dbałość  o prezencję zadecydowały o tym, że pierwszy obóz koncentracyjny pracy przymusowej założyli bolszewicy na odludnych Wyspach Sołowieckich, położonych na dalekiej i szarej Północy, oblanych zimnymi wodami Morza Białego – wykorzystując do tego znajdujący się tam od wieków średnich prawosławny klasztor. Zadecydowało o tym odosobnienie miejsca, odcięcie od cywilizacji (choć nazwanie tego, co stworzyli w praktyce Sowieci, „cywilizacją”, jest chyba określeniem cokolwiek na wyrost), jak również obecny już tam olbrzymi kompleks zabudowań monastyru, obwarowany na dodatek wysokim murem (swego czasu cerkiewni prominenci – patriarchowie, mnisi i popi – stworzyli tu prawdziwe państwo w państwie, które potrafiło się nawet oprzeć wieloletniemu oblężeniu przez carskie wojska).
Wszystkie te atrybuty wykorzystał też po mistrzowsku Prilepin, stwarzając dzieło na miarę (bez mała) Czarodziejskiej góry Manna, Archipelagu GUŁag Sołżenicyna czy (zwłaszcza!) Zapisków z martwego domu Dostojewskiego.

      Co decyduje o wielkości tej powieści? Z pewnością nie jej gabaryty (656 stron), choć epicki rozmach Klasztoru nie jest tu bez znaczenia. Myślę, że wyznacza ją przede wszystkim olbrzymi talent autora, który, mimo że kreuje rzeczywistość fikcyjną, to jednocześnie przekazuje nam coś do głębi prawdziwego. Dzięki temu mamy wrażenie, że oto zapoznajemy się z dokumentem epoki – nie tak znowu odległej w czasie i przestrzeni, nadal wywierającej swoje piętno na naszej współczesności, i niestety mogącej się (ze swoimi koszmarami) powtórzyć. Prilepin ukazuje nam całą galerię postaci, których większość (i to jest ważne!) ma swój pierwowzór w rzeczywistości. I jest opisana tak, że nie kłóci się to ze znanymi faktami, których przecież nie brakuje, co zawdzięczamy piekielnej machinie sowieckiego „imperium”, które wszystko i wszystkich chciało mieć pod kontrolą – stąd wynikała jego ewidencyjna gorliwość i papierkowy biurokratyzm, zostawiający za sobą liczne ślady.

      Życie obozu sołowieckiego widzimy oczyma Artioma Goriainowa, młodego człowieka osadzonego w klasztorze za morderstwo, którego obozowy los okazuje się niewiarygodnym ciągiem przypadków umożliwiających mu przetrwanie w warunkach obozowej rzeczywistości, będącej jednym wielkim permanentnym zagrożeniem życia. Pomaga mu w tym nie tyle silna psychika (to też), co niezwykła wytrzymałość fizyczna – wszystkie otrzymane w obozie rany goją się na nim, jak na – nie przymierzając – psie. Oczywiście, nie bez znaczenia jest też jego charakter – hardość, zadziorność, upór, odwaga, inteligencja… wreszcie „szczęście”, które ratują go z najgroźniejszych opresji. Wiem, że nie jest to porównanie za bardzo na miejscu, ale obozowe dzieje Artioma czyta się jak powieść przygodową, mimo że jej podszewką jest koszmar, jaki zafundował ludziom totalitaryzm.

      Jeszcze z jednego powodu pomysł Prilepina na książkę wydaje się być pomysłem genialnym. Otóż na Wyspach Sołowieckich osadzano ludzi różnej proweniencji – obok bandytów, złodziei, morderców i zwykłych przestępców przebywali tam (często w jednej celi czy baraku) również inteligenci, artyści, naukowcy, aktorzy, literaci, poeci… Obok przedstawicieli starego porządku (białogwardziści, arystokraci, ziemianie) i tzw. „wrogów ludu” czyli kontrrewolucjonistów, byli tam także byli rewolucjoniści, bolszewicy i czekiści (tych ostatnich było nawet więcej niż „kaerowców”).
Czyż można sobie wyobrazić lepszy materiał do tego, by stworzyć mieniącą się różnorodnością typów, charakterów i fizjonomii powieść, wraz z całym bogactwem językowo-kulturowej mieszanki, która – choć czasami przypominała kipiel czy breję – to okazała się też znakomitą ewidencją ścierania się ludzkich postaw, osobowości, klas, światopoglądów, pozycji społecznych, życiowych filozofii a nawet kultur.
I znowu Prilepin stanął na wysokości zadania, używając tego wszystkiego do skreślenia obrazu przebogatego, który pochłania naszą uwagę – zaskakując, bulwersując, drażniąc… przewracając na nice stereotypy, amplifikując naszą wrażliwość.
Zdumiewa wręcz umiejętność autora do plastycznego oddania obozowej atmosfery, przeżyć bohaterów, czy wreszcie życia wewnętrznego Artioma i perypetii, w jakie jest on uwikłany. Jest w tym jakaś solidna fizyczność – niemal fizjologiczna namacalność zarówno scen, które – dzięki gęstej, obrazowej, „dotkliwej” prozie Prilepina – odsłaniają się z całą swą ostrością przed naszymi oczami; jak również myśli i przeżyć bohatera, które okazują się sporym wyzwaniem dla naszej wyobraźni, czucia i empatii.

      Na Wyspach Sołowieckich powstał swoisty mikrokosmos, świat zamknięty i odizolowany, w którym – niczym w laboratoryjnym tyglu – mieszały się ludzkie byty, a jednocześnie odbywał się eksperyment socjologiczny na olbrzymią skalę. Kwestią najważniejszą było to, jak w takich warunkach zachowuje się człowiek – jak sprawdza się jego élan vital, jakie się tworzą hierarchie, jak się zmieniają ludzkie relacje – czyli jak funkcjonuje człowiek poddany presji, która wydaje się przerastać jego wytrzymałość. I wreszcie: jak te wszystkie przemiany umiejscawiają się w wymiarze etycznym? Czy powstaje tu jakiś inny rodzaj moralności? A może zaczyna funkcjonować amoralizm, w którym wszystko podporządkowane jest chęci przeżycia – i to przeżycia za wszelką cenę? Potwierdza się to w jednej z konstatacji Artioma, który zauważa, że „kartofle z dorszem mają większą wagę niż sumienie, a pluskwy są bardziej namacalne, niż piekło”.
Wszystko to sprawiało, że czytając książkę Prilepina ciągle miałem wrażenie, że oto mam do czynienia z jakąś cywilizacyjną galaretą – że jest to jednak jakaś kulturowa anomalia, stężały wywar z tego, co w człowieku najgorsze i co z niego w warunkach normalnych jednak nie wychodzi.

      W sumie – zaskoczył mnie Zachar Prilepin. Nie spodziewałem się, że jego powieść tak bardzo mnie porwie. Tym bardziej czułem się zaskoczony, że – jak to sobie właśnie uświadomiłem – im jestem starszy, tym rzadziej lektura pochłania mnie tak, że nie mogę się od niej oderwać. A tak było właśnie z dziełem tego rasowego pisarza.
Mimo niezbyt radosnej zawartości (choć w książce nie brak jest jednak humoru, dowcipu i błyskotliwości, a nawet szczególnego rodzaju lekkości), trzymałem w rękach cegłę Klasztoru z przyjemnością, zapoznając się z losami Artioma, który dość szybko stał się dla mnie kimś bliskim. Z wielką ciekawością przebiegałem oczami po kolejnych stronach, chcąc się dowiedzieć tego, co się z nim będzie działo.

      Patrzę teraz na okładkę książki i widzę, że jest na niej jej bohater. Sama okładka jest moim zdaniem świetna. Bo oto w swojej prostocie jej przekaz jest bardzo wymowny, a przy tym wieloznaczny. Głowa Artioma znajduje się w pajęczej sieci, w którą jest on schwytany i omotany. Zaś patrząc na to inaczej: jego skroń znajduje się w samym środku tarczy, którą ta sieć przypomina. W nią uderzają pociski losu. Ale jest jeszcze coś innego: te koncentryczne kręgi jako żywo przypominają halo, jakie widzimy nad głowami świętych. Bo przecież galernik Artiom staje się kimś w rodzaju świętego męczennika, skazanego na cierpienie przez cywilizację, która się wykoleiła. I prawdziwym cudem jest to, że mimo wszystko pozostaje on człowiekiem.

*  *  *

*

Reklamy

Komentarzy 14 to “CYWILIZACYJNA GALARETA – o książce Zachara Prilepina „KLASZTOR””

  1. małgosia (guciamal) Says:

    Tego typu literaturę czytuję z tych samych przesłanek, aby spróbować zrozumieć coś, czego i tak zrozumieć nie jestem w stanie i czego tak naprawdę może lepiej nie zrozumieć, bo mogłoby to być nie do uniesienia. Abstrahując od treści książki (którą przedstawiasz w bardzo ciekawy sposób) zaciekawiło mnie to stwierdzenie, iż z wiekiem coraz trudniej Tobie wciągnąć się w lekturę. Zaciekawiło, bo poczułam więź pokrewieństwa. Też z wiekiem coraz rzadziej lektura jest w stanie mnie tak zafascynować, tak wciągnąć, jak jeszcze parę lat temu. Zresztą nie tylko lektura :(.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trudno to zrozumieć, bo obozy koncentracyjne – pracy przymusowej czy zwłaszcza masowej zagłady – są niewyobrażalnym gwałtem dla przyjętego przez nas (Ciebie i mnie np.) systemu etycznego. Lecz niestety, są one historycznym faktem i niewątpliwie należą do (wiem, jak te określenia się ze sobą gryzą) dziedzictwa kulturowego ludzkości. Dlatego trzeba o nich pamiętać, zdawać sobie sprawę (przynajmniej czynić takie próby) co doprowadziło do tego cywilizacyjnego skandalu. I w jakiś sposób wyrazić swój sprzeciw. To może być pewnym przyczynkiem do tego, żeby uniknąć takiej humanitarnej katastrofy w przyszłości.

      To, że z wiekiem nie wciągają nas już tak filmy czy lektura (jak to było w latach naszych młodzieńczych) jest chyba zjawiskiem powszechnym i normalnym :) Przyczyn jest kilka – rozwinięcie tego tematu mogłoby być materiałem na osobny wpis.
      Najważniejsze, aby nadal nam się chciało – oglądać nowe filmy, czytać nowe książki.
      Nie jest jednak tak źle – zwłaszcza z kinem, które nadal zdarza mi się odbierać bardzo emocjonalnie ;)

  2. KaCe Says:

    Kiedy pisarze spoza Rosji zabierają się do przepracowania łagrowego doświadczenia, ich próby zwykle wypadają w najlepszym razie znośnie. Weźmy choćby powieść jednego z najlepszych współczesnych brytyjskich prozaików Martina Amisa „Dom schadzek” albo „Matki” nagrodzonego Angelusem i popularnego u nas Pavla Rankova – w obu wypadkach czytelnika nie opuszcza poczucie, że wiedza pisarzy o funkcjonowaniu sowieckiego systemu opresji jest czysto książkowa.
    Dlatego powieść Zachara Prilepina „Klasztor” mogła budzić wielkie nadzieje. Prilepin oczywiście na Sołowki się nie załapał, ale przewinął się przez nie jego pradziadek. Różnicę między autorem „Patologii” a Amisem i Rankovem czuć zresztą od pierwszego zdania. Nieprzypadkowo bohaterowie rozmawiają ze sobą po francusku (wyraźny ukłon w stronę początku „Wojny i pokoju”), nieprzypadkowo roi się tu od nawiązań do rosyjskiej klasyki (Puszkin, Turgieniew, Czechow, Dostojewski), nieprzypadkowo wreszcie akcja rozgrywa się na Sołowkach, czyli tam, gdzie narodził się późniejszy Archipelag Gułag.

    Od razu widać, że „Klasztor” miał być w dorobku Prilepina pozycją szczególną ze względu na rozmach i ciężar gatunkowy. Czy pisarzowi udało się jednak sprostać celowi? Nie do końca.
    Dzieje Artioma i innych łagierników być może są materiałem na wielką rosyjską powieść rozliczeniową, ale brak tutaj problemów moralnych na miarę Dostojewskiego czy panoramy epoki na miarę Tołstoja, choć „Klasztor” – jak się zdaje – miał być właśnie czymś na kształt współczesnych „Biesów”. Problem także w tym, że o ile Prilepin świetnie radzi sobie w dialogach i scenach symbolicznych, jak ta z królikami, które nie zwracają właściwie uwagi na to, że jeden z ich towarzyszy został przed momentem rozszarpany przez kota, o tyle „Klasztor” zbyt wyraźnie ciąży ku powieści popularnej, momentami wręcz przygodowej, co w zderzeniu ze scenami przesłuchań i rozstrzelań ma w sobie coś niestosownego.

    Twórczość Prilepina nierzadko budzi poważne wątpliwości natury etycznej, choć raczej niesłusznie. Bardziej wpływają na to poglądy pisarza (należy do antysystemowej Partii Narodowo-Bolszewickiej, krytykuje współczesne liberalne społeczeństwo) niż jego świetne powieści. Trudno bowiem dopatrywać się nacjonalistycznego rysu w poświęconych wojny w Czeczenii „Patologiach” czy rehabilitacji władzy sowieckiej i sołowieckiej w „Klasztorze”. Owszem, jedną z najokrutniejszych postaci w ostatniej powieści Prilepina jest białogwardzista Burcew, ale komendant obozu Eichmanis (wzorowany na Fiodorze Eichmansie) nie wypada na jego tle wiele lepiej. „Klasztorem” co prawda Prilepin pomnika nie postawił, ale też Sołowkom pomników nie trzeba. Wystarczy pamięć.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Kilka słusznych uwag, z którymi trudno się nie zgodzić.
      Swoją recenzję napisałem jeszcze pod wpływem emocji, jakich mi dostarczył „Klasztor”, ale kiedy nieco ochłonąłem, to zadałem sobie kilka pytań. Np. o to, czy rzeczywiście proza Prilepina (pod względem ciężaru gatunkowego – poruszonych w niej kwestii filozoficznych, społecznych, cywilizacyjnych, kulturowych…) sięga wyżyn takich gigantów literatury, jak np. Mann czy Dostojewski. Bo, że czyta się ją świetnie – to dla mnie fakt.

      Również odniosłem takie wrażenie, iż Prilepin w niektórych momentach pisze tak, jakby pisał książkę przygodową, co przy tej tematyce rzeczywiście może nieco razić (czy też wydawać się czymś niestosownym). Ale z drugiej strony, to właśnie dlatego czytanie tej powieści może tak bardzo wciągnąć.

      Nie wydaje mi się, żeby to co pisze Prilepin było kontrowersyjne. Myślę, że właśnie to jest zaletą książki, że nie jest ona czarno-biała: źli komuniści (organizatorzy i dozorcy obozu) i dobrzy więźniowie (osadzeni, skazańcy). Nie – jedni i drudzy mogą się zachować nieludzko, jak kanalie, albo ludzko, jak człowiek (niestety, tych pierwszych okazuje się być znacznie więcej, niż tych drugich).

  3. kamysz Says:

    Zachar Prilepin był zaproszony do Polski na dwa festiwale literackie. Pod koniec października ubiegłego roku miał być gościem najpierw Festiwalu Conrada w Krakowie, potem Słowiańskiej Wieży Babel w Poznaniu. Zaproszenia odwołano, gdy w połowie września przeciw obecności Prilepina zaprotestowali ukraińscy literaci. Też mieli być gośćmi obu festiwali i nie chcieli występować obok aktywnego „krymnaszysty” i stronnika rebeliantów z Donbasu.
    Prilepin komentuje to, co się stało, sarkastycznym tekstem „Za naszą i naszą wolność”. Przyznaje, że nie może ogarnąć swą „być może niewolniczą” wyobraźnią, czym „kierowali się wolni i niezależni ludzie”. I przewiduje: „Teraz oni tam będą się spotykać w samotności, przedstawią sobie nawzajem wyłącznie ten sam jeden, a przez to jedynie słuszny punkt widzenia i rozstaną się w poczuciu pełnej satysfakcji”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Prilepin to kontrowersyjna postać, bo idzie pod prąd utartym opiniom – no i kojarzony jest z rosyjskim nacjonalizmem (brał udział w wojnie w Czeczenii, po rosyjskiej stronie, oczywiście; organizował też konwoje pomagające rebeliantom z Donbasu…), ale angażuje się też po stronie opozycyjnej w Rosji, jest krytykiem Putina… Moim zdaniem warto posłuchać jego głosu. Być może wtedy lepiej zrozumiemy Rosjan.

      Co ciekawe, tematyka łagrowa jest tylko jednym z wątków, czy też tematów, którymi Prilepin zajmuje się w swoich książkach.
      Przy okazjo, przytoczę fragment jednego z wywiadów, jakich udzielił pisarz polskim dziennikarzom.

      Weronika Nykiel: Krytykuje pan „Archipelag GUŁag” Sołżenicyna. Miał pan zastrzeżenia do tego, że powieść nie została udokumentowana faktami, i zaproponował, żeby zamienić tę pozycję w spisie lektur szkolnych. Z jaką reakcją środowisk literackich spotkał się pan po takich wypowiedziach?

      Zachar Prilepin: Już dawno przyzwyczaiłem się do różnorodnej reakcji, która nigdy nie jest taka sama. Jedni całkowicie cię popierają, drudzy wpisują na listę wrogów. Wszystko mi jedno. Ale pewien jestem jednego: jeśli dalibyśmy tę książkę do oceny dowolnej, bezstronnej grupie historyków, to wszyscy specjaliści, tak czy inaczej, przyznaliby, że książka w najlepszym wypadku zawiera zbyt dużo domysłów, a konkretnie: zmiana faktów, oczywiste falsyfikacje oraz praca w oparciu o niewiarygodne źródła.
      Nie mówię nawet o tym, jaka byłaby reakcja rodziców, jeśli odbyłoby się w Rosji głosowanie. Zapewniam, że 90% byłaby za tym, by „Archipelag GUŁag” usunąć z programu. Wcale nie dlatego, że dotyczy represji, a w Rosji rzekomo nie chcą pamiętać o represjach. Bzdura.
      Jeśli chodziłoby o „Opowiadania kołymskie”, to 90% głosowałaby za tym, żeby znajdowały się w kanonie lektur szkolnych.
      „Archipelag…” to nieobiektywna i patetyczna książka.

      WB: Spodziewał się pan, że obie książki – „Klasztor” i „Archipelag GUŁag” – będą porównywane ze względu na podobną tematykę?

      ZP: Nie bardzo się nad tym zastanawiałem. I nawet niespecjalnie je porównują. Napisałem fikcyjny utwór na temat jednego roku pod koniec lat 20., a Sołżenicyn czterotomową publicystyczną epopeję, dotyczącą trzydziestu lat istnienia sowieckiego systemu penitencjarnego.
      Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie licząc tego, że w jego drugim tomie znajduje się rozdział o Sołowkach, w którym fakty przedstawił bardzo jednostronnie. Jego wąskie pole widzenia finalnie dało nie do końca prawdziwy obraz o łagrze.
      I tradycyjne nagonki Sołżenicyna na bardziej doświadczonych kolegów po fachu – w tym wypadku na Gorkiego.
      Kiedy Gorki pojechał na Sołowki, jechał nie po to, by móc usprawiedliwić łagier. Jechał po to, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. I opisał to, co zobaczył. Gorki nie popełnił ani jednego błędu w opisie Sołowek.
      Proszę sobie wyobrazić, że jutro zawiozą panią do więzienia, będzie pani chodzić na stołówkę, do tamtejszego teatru, na zajęcia terapeutyczne. Opisze pani to, co widziała. A za pół wieku napiszą, że jest pani draniem, ponieważ torturowano tam ludzi, a pani wszystkich okłamała.
      I to jest podejście Sołżenicyna.
      (…)

      Więcej: http://booklips.pl/wywiady/wszystko-mi-jedno-wywiad-z-zacharem-prilepinem/

  4. zaharprilepin.ru Says:

    «…Книга стоит в одном ряду с „Записками из мёртвого дома“ Достоевского и „Волшебной горой“ Манна». Польская рецензия на «Обитель». Читайте здесь или на нашем сайте в разделе СМИ о романе «Обитель».

    http://zaharprilepin.ru/ru/pressa/pressa-o-romane-obitel/wizja-lokalna-17032017.html

  5. Jula :D Says:

    No cóż, teraz na Świecie wojna permanentna.

    Mimo to Wesołych Świąt życzę.
    Kolorowych, jak wiosna, uśmiechniętych, jak słońce, gorących, jak rodzinna miłość!
    I tak z tradycją polską, smacznego jajeczka i obfitego smigusa-dyngusa. Do wyboru, woda lub rózeczki. 🐣

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jula,
      dzięki (mocno spóźnione) za życzenia.
      Mam nadzieję, że Święta Ci się udały.
      U mnie było – tak jak mi życzyłaś – wszystkiego do wyboru :)

      PS. Niestety, Wojna na świecie jest permanentna – zmienia tylko miejsce, pochłaniając coraz to nowe ofiary.

  6. sarna Says:

    Wiem, że to nie to miejsce i nie ten czas, ale o cywilizacyjnej galarecie dookoła nas zapewne niejedno ciekawe spostrzeżenie miał Profesor Jerzy Vetulani, ale się już nimi z nami nigdy więcej nie podzieli :)

  7. sarna Says:

    No nie, jakiś chochlik drukarski płata mi figle i wstawia niestosowne do sytuacji emotikonki.
    Swoją drogą los okrutnie zadrwił z Profesora fundując Mu w sędziwym wieku taką alternatywę rozstania się z tym światem.
    Szkoda, że już Go z nami nie ma – niesamowity Człowiek.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Człowiek wyjątkowy, to prawda. Choć nie ze wszystkim, co mówił (a gawędziarzem był przednim) się zgadzałem (Oczywiście nie dotyczy to neurobiologii, ale spraw odnoszących się do etyki, którą on uważał za pochodną – w zupełności – biologizmu człowieka. Ja sądzę, że człowiek, tworząc systemy etyczne, wznosił się często ponad czysty biologizm. To m.in. wyróżnia go wśród innych zwierząt.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s