WYTARGAĆ Z SIEBIE TO, CO W ŚRODKU GRA…

o spotkaniu Olgierda Łukaszewicza z publicznością, po spektaklu A kaz tyz ta Polska, a kaz ta? w Tetarze Chopina w Chicago

.

Olgierd Lukaszewicz z publicznoscia w Teatrze Chopina

Olgierd Łukaszewicz: „A przecież tańce chochole odbywają się nadal”

.

    Spotkanie z Olgierdem Łukaszewiczem nie zakończyło się na monodramie według tekstów Wyspiańskiego. Po spektaklu odbyła się rozmowa z publicznością, którą jednakże zdominował monolog aktora. Przypomniał on o swoich przeprawach z tzw. opinia publiczną, począwszy od afery ze sprowokowanym przez CBA burmistrzem Helu, (który, jeśli się nie mylę, pomógł stworzyć Łukaszewiczowi teatr w tym mieście); przez skandal z „wsadzeniem do więzienia lombardzisty”, (a Łukaszewicz bronił tylko rolnika, którego ów lichwiarz „wydudkał”); po sensację z 60-letnia aktorką, która urodziła bliźniaki, (a za którą – ściślej: za jej dziećmi – ujął się Łukaszewicz).
Wspomniał o swojej pasji społecznikowskiej, o swoim „wtrącaniu się” w różne sprawy, które go korcą, gryzą… na które się nie zgadza. Mają do niego pretensje, że chodzi w tych sprawach do obecnej władzy, do nowego prezydenta… A przecież: gdzie ma chodzić, jak nie do tych, którzy teraz mają władzę? „Jest konkret, to chodzę!” – obruszył się Łukaszewicz.
Na uwagę kogoś z publiczności, że „wiadomo, kto za tym prezydentem stoi”, odpowiedział, że on się „na tych sprawach (politycznych) nie zna”, co było oczywistym unikiem – niechęcią wypowiedzenia swojego „poglądu politycznego”, który – według tego, co stwierdził wcześniej – „trudno teraz mieć”.

UWIKŁANIE W POLITYKĘ

    Zgodnie więc z deklaracją, że chce być człowiekiem wolnym od jakiejkolwiek przynależności partyjnej, a nawet „idei” (tu chyba chodziło artyście o ideologię, bo są to jednak dwa różne pojęcia), Łukaszewicz rzeczywiście unikał wydawania jakichkolwiek sądów, które by go lokowały po tej, a nie innej stronie politycznego spectrum, czy też raczej sporu (nie wiem na ile przyczyniła się do tej postawy obecność na sali polskiego konsula, a na ile opinia, że Polonia chicagowska za Jarosławem Kaczyńskim murem stoi). Nadawało to niestety całej tej „dyskusji” ton pewnej nieokreśloności, więc często odnosiłem wrażenie, iż Łukaszewicz nie odpowiada wprost, albo odpowiada zbyt „dyplomatycznie”, dość szybko zmieniając temat, zwykle na sprawy dotyczące jego samego (albo środowiska, które – jako prezes Związku Artystów Scen Polskich – reprezentuje).
Mimo tej ostrożności apolitycznej, i tak – jak się poskarżył aktor – „wrabiany” jest on w politykę. Trudno chyba tego uniknąć, bo np. kiedy zagrał generała Nila, to dla pewnych ludzi był bohaterem, a kiedy w wyborach poparł Komorowskiego, to przez to samo stronnictwo obwołany został zdrajcą.

POLSKA – KRAJ ZACOFANY

    Atmosfera na Sali wyraźnie się ożywiła, kiedy Łukaszewicz zdecydowanym i dobitnym głosem oświadczył, że „Polska z własnego wyboru jest krajem zacofanym” i „zacofane jest polskie społeczeństwo”. Tak więc młode pokolenia muszą teraz „wyciągać Polskę z jakiejś dziury”. Bo niby gdzie jest ta nasza wielkość? I czy kiedykolwiek była? Sarmaci, mocarstwo od morza do morza – śmiechu warte złudzenia. „Żadnej pięknej przeszłości nie mamy” – skwitował na koniec te rewelacje artysta.
Ale jaki to ma związek z Wyspiańskim? – zapytał ktoś z publiczności.
Ano ma, i to wielki. Kiedy Łukaszewicz jeździł z przedstawieniem, pokazując je nie tylko w Polsce, ale i Polonii w kilku krajach Europy, to pytano się go tam, czy aby sam czegoś do tekstów Wyspiańskiego teraz nie dopisał – tak bardzo wydawało się to aktualne.
Ale przecież język Wyspiańskiego – nie tylko z innej epoki, ale i rymowany – jest jednak hermetyczny, więc czy aby na pewno wszyscy w lot pojmowali o co w tym wszystkim chodzi? – dopytywała się pewna pani polonistka.
„Ale co jest hermetyczne?” – dziwił się Łukaszewicz, bo jemu to wszystko wydaje się jasne. Ale może się myli, bo już nie ma do tego tekstu dystansu. Być może też emocje zaciemniają jego wywód? (Coś w tym jest – ja również pomyślałem o tym, że można odnieść takie wrażenie.) Kiedyś pewien recenzent zarzucił mu, iż na scenie strasznie wszystko przeżywał, wręcz histeryzował, ale to pewnie dlatego, że bardziej właśnie emocje, a nie słowo, przemówiły do niego.
Poza tym, wypominano mu, że skoro teraz w Polsce wszystko idzie ku dobrej zmianie, to dlaczego ciągle on się tak „ciska”? „Co się pan tak indyczy?”- mówili.
A przecież tańce chochole odbywają się nadal.

JEDNOŚĆ – IDEA CZY PIENIĄDZE?

    Raz jeden włączyłem się do tej dyskusji – i to niestety za sprawą, która oddaliła nas od Wyspiańskiego. Poszło o europejską Unię. Pozwolę sobie ten wątek przytoczyć.

    Mówił Łukaszewicz: „Młodzi aktorzy mówią dziś do mnie: ‘No, jest brexit, to teraz będzie pol-exit’. A ja mówię: ‚a gdzie ty się wybierasz?’” (śmiech na sali – przyp. St.B.) „Ty nie wiesz, że myśmy już tam byli?” Po czym nastąpił komentarz aktora: „No, kto sieje wiatr, ten zbiera burze. Nastąpiło ileś tam lekceważenia Unii Europejskiej w polityce (i są tego skutki). Dopiero później wódz zza kulis odwołał te kalumnie, mówiąc, że – a jakże – zawsze byliśmy w Europie. No, żeby się nie skończyło tak, że my demokratycznie wyjdziemy z tej Unii, bo młode pokolenie nie będzie miało pojęcia, że mocarstwo środkowo europejskie Jagiellonów, to nie jest do rekonstrukcji. No gdzież ta wielkość! W tym, że się wydawało, że się tutaj stworzy z Ukrainą, Litwą, Gruzją… potęgę, która się sprzeciwi Unii Europejskiej?!”

    Tutaj zauważyłem: „Ale to nie chodzi o potęgę, a raczej o przeciwwagę. Można też w ten sposób na to spojrzeć. Tym bardziej, że Europa przeżywa jednak obecnie kryzys i on najprawdopodobniej będzie się pogłębiał.”
Łukaszewicz: „Jeżeli powstanie tutaj jakaś wartość, taka produktywna, i będzie to wyjaśnione – to może to będzie jasne. I nie będzie to prowadziło do wystąpienia Polski z Unii. Jednak te słowa pani Pawłowicz, która flagę europejską nazwała ‘szmatą’, jednak ludzi do czegoś ośmieliły.”
Tutaj aktor ponownie wrócił do swoich zasług – w tym przypadku do „walki z Brukselą” i Komisją Europejską – choćby o zmianę ustawy o podatku VAT w kulturze. Trwało to dobrych kilka minut, ale na koniec Olgierd Łukaszewicz nawiązał do mojej uwagi: „Ja wiem, co to znaczy stworzyć równowagę dla biurokratów w Unii Europejskiej. Ja to rozumiem. Chodzi o to, by tego typu dyskusja z Unią była jawna. (…) Ale doprowadzanie sytuacji do ekstremum, że my możemy sobie z tej Unii wyjść i odejść, to jest zbrodnia na miarę tej, którą nam kiedyś nasi przodkowie zafundowali.”
Wtrąciłem: „No tak, ale w tej chwili Wielka Brytania to zrobiła.”
Na co Łukaszewicz wykrzyknął: „Wielka Brytanie jest Wielką Brytanią od wielu, wielu wieków!”
Ja: „No właśnie.”
Łukaszewicz kontynuował: „… a Polska nie jest wielka od Jagiellonów! Liczmy się z realiami.”
Ja: „Chciałem powiedzieć, że właśnie dlatego od Wielkiej Brytanii trzeba wymagać więcej. A tu ona robi takie faux pas.”
Łukaszewicz: „Jeżeli ma pan pieniądze – dużo pieniędzy! – to ja będę on pana więcej wymagał, a pan powie: ‘chwileczkę, to ja mam pieniądze, a nie ty’!”

    W tym momencie na Sali wybuchły gromkie śmiechy rozbawienia, przez które musiałem się przedzierać, mówiąc: „Ale przecież Unia Europejska to nie tylko pieniądze. Nie na tym polegały główne idee, kiedy tworzono Unię. Właśnie silniejsi mieli pomagać słabszym. Wcześniej była Europejska Wspólnota Gospodarcza – i tam najważniejsze były pieniądze. Moim zdaniem nie możemy zniżać sensu – i racji istnienia – Unii Europejskiej do handlu i pieniędzy.”
Ostatniego mojego zdana pewnie nikt już nie słyszał, ale uciszył wszystkich głos Łukaszewicza: „jeżeli propagowano w Wielkiej Brytanii opinię: kochany wyborco, rżnie cię na każdym kroku Unia Europejska – zabierają ci to i to, i jeszcze emeryturę ci zabierają – to jak oni się mieli zachować? Konkretnie się zachowali! Dbali o swoja forsę. Bo dla jakich idei oni się maja łączyć? Dla jakich?! Druga wojna światowa dawno się skończyła.”
Dałem więc sobie spokój na takowe dictum, choć argumenty Łukaszewicza wydały mi się trywialne (choć, niestety, było w nich coś na rzeczy). Nie chciałem jednak przedłużać tej dyskusji, bo zbyt daleko odbiegła ona od kultury.

TEATR MOŻE ZGASNĄĆ

    Rozmowa balansowała na styku kultury i polityki. Zygmunt Dyrkacz, właściciel Teatru Chopina miał pretensje o to, że o Polsce za granicą mówi się źle, że – jako kraj średni ze średnią kulturą – nie możemy się przebić z naszym kulturowym „brandem” wśród kulturowych wielkości, jakimi są choćby Francja, Niemcy, Włochy, Anglia…
Na co Łukaszewicz odparł czymś zaskakującym: „Należy sobie odpowiedzieć na następujące pytanie: czy kultura była potrzebna naszemu społeczeństwu?” I odpowiedział sobie sam, jeszcze bardziej zaskakująco: „Nie, nie była”.
Ale to nie chodzi o wyrabianie swojego „brandu”, ciągnął Łukaszewicz, bo do czego tak naprawdę jest sztuka? Do wyzwolenia naszej wyobraźni, wrażliwości, myślenia – większej świadomości… Nie martwmy się o „brand” naszej kultury za granicą, dbajmy i rozwijajmy to, co nasze – tutaj. Bo to przecież skandal, że polskie filharmonie nie grają naszych kompozytorów.

    Obecny na Sali polonijny filmowiec Kuba Łuczkiewicz zwrócił uwagę, że to właśnie za czasów PRL-u nasza kultura stworzyła to, co było najlepsze i co zostało docenione w świecie. „Wtedy polska kultura święciła tryumfy” – stwierdził. A działo się tak, choć czasy były trudne. Jednakże twórczość ta była wielka nie dlatego, że była wymuszona chęcią odniesienia międzynarodowego sukcesu, ale dlatego, że twórcy i artyści „wytargali z siebie to, co im w środku grało i wypowiedzieli to własnym głosem”. Czyli nie komercja… „Czy coś się w polskim kinie, teatrze dzieje takiego, co dawałoby nadzieję, że usłyszymy, zobaczymy siebie tak, jak w tym lustrze, co za panem się znajduje” – zakończył pytaniem swoją ciekawą wypowiedź Łuczkiewicz.
„Ja należę do tych, co mówią, że nie jest tak źle z polskim kinem” – zaczął Łukaszewicz. „Ja nie mówię, że jest źle, ale że nie słyszymy o tym kinie tutaj” – zauważył Łuczkiewicz, ale aktor kontynuował: ”Należy sobie zadać sobie pytanie, czy kultura miała lepsze warunki w PRL-u?” i również tym razem sobie odpowiedział: „Tak, miała. Choć wszyscy skazani byli na taką mniejszą egzystencję… bo co z tego, że pani Cichopek ma teraz 8 mln. zł. za serial? Ktoś to chyba tak wycenił, widocznie tak ma być – ale dlaczego tak musi być? Tak więc aktor staje się towarem, naklejką na towar – a kulturę sprowadza się do produktu. A przecież ambitnych i ciekawych ludzi w Polsce jest wiele.” Czy jednak najważniejsze jest to, żeby przebić się z polskim kinem w świecie? Według Łukaszewicza nie, bo to kryterium (dobrej kultury) nie jest za granicą. To my musimy dbać o dziedzictwo narodowe, a takim dziedzictwem jest teatr. Powinniśmy brać przykład z Niemiec, które są obecnie kulturalną potęgę. Tam prezydent zawarł sojusz z teatrem, a u nas? Teatr może „zgasnąć, być unieważniony”. Zamiast opieki państwa, są samorządy, które nie mogą sobie – z utrzymaniem teatru na „poziomie kreatywności” – dać radę. Ponadto młode pokolenie nie szanuje tego, co było przedtem.
Tak więc odpowiedź aktora znowu się rozmyła, zboczyła na inne tory… Łukaszewicz nie omieszkał dodać, że sam o teatr i dobro aktorów walczy. Ma nadzieję, że przysłuży się temu zorganizowane przez niego międzynarodowe forum ZASP-u, które odbędzie się wkrótce w „stolicy europejskiej kultury”.

CO JEST CENNE?

    Muszę się przyznać, że odczuwałem pewien niedosyt, jeśli chodzi o drążenie tematów w tej dyskusji. Na pierwszy plan ciągle wysuwało się „ja” aktora – ale może tak właśnie miało być? Jednak Olgierd Łukaszewicz zakończył spotkanie czymś sympatycznym: „Ceńmy sobie naszą dzisiejszą rozmowę – nasze spotkanie. To jest właśnie pielęgnowanie kultury. Raptem poświęciliśmy ten czas czemuś tak ulotnemu, niejasnemu… co jednak budzi w nas emocje – i w imię czego chcemy rozmawiać.”

greydot

Teatr i kino - lustrzane odbicia, w których możemy zobaczyć samych siebie? (Olgierd Łukaszewicz na spotkaniu z widzami w Teatrze Chopina)

Teatr i kino – lustrzane odbicia, w których możemy zobaczyć samych siebie? (Olgierd Łukaszewicz na spotkaniu z widzami w Teatrze Chopina)

 

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Spotkanie odbyło się w Teatrze Chopina w Chicago, 21 sierpnia, 2016 r., po spektaklu  „A kyz tyz ta Polska, a kaz ta?”, o którym przeczytać można w poprzednim wpisie TUTAJ.

.

Reklamy

komentarzy 18 to “WYTARGAĆ Z SIEBIE TO, CO W ŚRODKU GRA…”

  1. małgosia (guciamal) Says:

    Aktor jak każdy człowiek ma prawo do własnych poglądów politycznych, ale chyba demonstrowanie ich w teatrze po spektaklu to nie najlepszy pomysł, niezależnie od tego, czy są one zbieżne z naszymi, czy wprost przeciwnie. Ja w każdym razie byłabym zawiedziona kierunkiem, w jakim podążyła rozmowa. Platform demonstrowania poglądów jest sporo (prasa, telewizja, internet, manifestacje, organizacje).
    Z przytoczonych przez ciebie wypowiedzi aktora rzeczywiście wynika dość smutny obraz niezadowolenia, rozgoryczenia i podkreślania własnej roli w jakiejś niesprecyzowanej do końca walce. Bo niby nie za, ale też nie przeciw. Ja rozumiem apolityczność, ale to wygląda trochę inaczej niż apolityczność. Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jeśli odniosłaś takie wrażenie, że Łukaszewicz na spotkaniu „demonstrował” swoje poglądy polityczne, to pewnie moja wina, że tak ten tekst zredagowałem (choć starałem się oddać wiernie wszystkie ważniejsze wątki tej dyskusji).
      Ale jednak podkreśliłem to, że Łukaszewicz nie chciał się opowiedzieć po żadnej stronie politycznego spectrum, co by sugerowało postawę apolityczną (zgodnie z jego deklaracją niezależności, nie przynależności do żadnej partii).
      Choć przecież uwikłania w sprawy polityczne nie sposób uniknąć – będąc osobą publiczną, pełniąc funkcję prezesa ZASP-u, angażując się społecznie… wreszcie: przekazując ludziom pewne idee i wartości w teatrze.

      Nie było też moją intencją namalowania obrazu „smutnego”.
      Mimo wszystko, Olgierd Łukaszewicz, sprawia wrażenie człowieka spełnionego, a jego znakomitą formę fizyczną, a i chyba także psychiczną, widać jednak gołym okiem – i dobrze słychać.
      Smutne jednak było to, co mówił on o Polsce i o polskim społeczeństwie.

  2. Onibe Says:

    1. „polska kraj zacofany” – rozumiem o co chodziło Olgierdowi, ale minimalnie przesadził. Historia pokazuje, że spośród krajów / narodów które dotrwały do dwudziestego wieku, praktycznie każdy miał jakąś chwilę wielkości. Oczywiście Polska nie umywała się nigdy do Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec (szeroko rozumianych) czy Rosji, tym niemniej swoje momenty miała jako mocarstwo lokalne. A jednak, gotów jestem się z nim zgodzić, bo mam już dość epatowania w bieżącej polityce domniemaną dawną wielkością Rzeczypospolitej. Wielkość buduje się tu i teraz, nie trzeba do tego kłamania i ściemniania o „dawnych przewagach”, a nawet więcej: im częściej bajdurzymy o mętnych historycznych przypadkach, tym mniejsza skłonność do zakasania rękawów dziś.

    2. unia – zgodzę się z Tobą, że UE przeżywa poważny kryzys i osobiście nie widzę dla niej z niego wyjścia. A może inaczej: wyjście by się znalazło, gdyby UE wiedziała jeszcze po co właściwie istnieje. Obecnie jest istniejącym dla samego istnienia koncernem etatystycznym ze skłonnością do definiowania świata ustawami. Dawne idee… utracone, przygniecione miliardami stron bełkotu urzędniczego. Zgodzę się zarazem z Łukasiewiczem, że brexit a polexit to dwie różne jakości. Anglia się jakoś pozbiera, choć mają teraz naprawdę ciekawe czasy (wiem, bo moja firma w 99% handluje właśnie z Anglią). Polska w podobnej sytuacji byłaby na straconej pozycji, Anglia jednak ma szansę nadrobić straty. Jest bogata i ważna, więc wystarczy że przedefiniuje swoje miejsce na świecie. Jest takie powiedzenie: zanim gruby schudnie, to chudy z głodu umrze. I Polska jest tym chudym właśnie, niestety. Poza UE nie mamy szansy zaistnienia. Może za dekadę czy dwie, ale i w to wątpię. Inna rzecz, że prawdopodobnie i tak jesteśmy skazani na średnią prędkość, wyżej nie podskoczymy.

    3. kultura – szalenie zdumiało mnie stwierdzenie Łukasiewicza, że kultura Polsce potrzebna nigdy nie była. Zastanowiłem się nad tym dłuższą chwilę i chyba coś w tym jest. Na pytanie czemu „jako kraj średni ze średnią kulturą – nie możemy się przebić z naszym kulturowym „brandem”” odpowiedziałbym w ten sposób: bo nasz kulturowy „brand” nie jest interesujący dla nas samych, Polaków. Jesteśmy narodem który zawsze cudze chwalił. Korzystamy z języka angielskiego w życiu codziennym, bo nasz własny język jest dla nas passe. Oglądamy amerykańskie filmy, słuchamy amerykańskiej muzyki… a jeśli już filmy lub muzykę produkujemy to po prostu parodiujemy to co powstaje za oceanem. Sycimy się tym co najgorsze, najbanalaniejsze i najgłupsze na świecie. W tym wyścigu możemy prześcignąć świat jedynie głupotą, a nawet z tym sobie nie radzimy ;-P. Poniekąd Łukasiewicz wyraża się w tonie zgodnym z wnioskami z naszych niedawnych dyskusji ;-)

    • małgosia (guciamal) Says:

      UE- po bieżącym okresie programowania 14-20 środki przestaną już płynąć tak szerokim strumieniem.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Onibe,
      niewątpliwie Polska została w tyle za większością państw „zachodnich” – gospodarczo na pewno, i chyba jednak kulturowo też. Może w tym sensie należy rozumieć to Olgierdowe „zacofanie”. Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy jednak prowincją Europy. A skupiając się na kulturze: przecież tak naprawdę zawsze kogoś kopiowaliśmy (słynne „pawiem narodów byłaś i papugą” Słowackiego).
      Stąd m.in. wynikają nasze kompleksy.
      To jest w sumie prosty psychologiczny mechanizm kompensacyjny: przydawanie sobie wartości (mityczną najczęściej) wielkością, którą się miało w przeszłości, kompleks wyższości wynikający z kompleksu niższości…
      Jeśli się nie może być wielkim (silnym) w rzeczywistości, to buduje się własny obraz potęgi i siły w wyobraźni – w przestrzeni mitycznej.

      Ja również zgadzam się z Łukasiewiczem, że brexit to jednak nie polexit – przede wszystkim dlatego, że jednak dla nas przynależność do Unii jest ważniejsza, niż dla Anglików. Ale Łukasiewicz dość niechcący wskazał na interesowny charakter Unii – że górę biorą nie ideały wspólnej Europy i solidarności, ale własne korzyści (tutaj: materialne). Tak więc, te ideały wspólnej Europy, to w pewnym sensie „ściema”.
      Jego mocna reakcja wynikała także z tego, że jest on euroentuzjastą – ostro agituje za Polską w Europie. Fajnie, tylko że wtedy się ma tendencje to zamykania oczu na negatywy – podejrzewam, że (oficjalnie, przynajmniej) nie przyznał by tego, że Europa przeżywa kryzys i że ten kryzys będzie się pogłębiał (a skoro tak, to po co się pchać do takiej Europy)?
      Oczywiście, abstrahuję tutaj od oczywistości, że Polska w Europie zawsze była – i będzie.

      Kulturę w Polsce kształtowały elity (jakie były, to były), zaś tzw. „doły” społeczne o polską kulturę dbały tak sobie, czyli średnio lub wcale (Łukaszewicz opowiedział anegdotkę o tym, że kiedy przed wojną aktorzy chcieli na dworkach coś wystawić, to ich we wsi szczuto psami). Ale tu wchodzimy na pole kultury „masowej”, która jednak nie cechuje się wielką wybrednością.
      No i to nagminne kopiowanie zagranicznych wzorów – najczęściej pośledniego sortu.

      • Onibe Says:

        nawet nie wiesz jak mnie to denerwuje i zniesmacza! Jestem człowiekiem, który zawsze wolał zrobić własne – przeciętne – zdjęcie niż „pożyczyć” z netu cudze, znacznie lepsze. Nie kumam skąd w naszym narodzie aż taka niechęć do szukania własnej siły, przebojowości. Ale to coś więcej niż kultura. Zdumiewa mnie, że ilekroć idę do sklepów muszą mnie atakować nachalnie jakieś „sale”, „50% off” i inne hasła po angielsku. Oglądam program o urządzaniu wnętrz, a tam okazuje się, że nie ma już okiennic, są „shuttersy”, a na ścianie swojej sypialni muszę powiesić obowiązkowo jakieś hasło w języku angielskim. No, takie przynajmniej łatwo kupię w każdym sklepie – bo chyba cały rynek zgadza się, że słowa angielskie są bardziej handlowe i trendy niż polskie, nie ważne w jakiej by to nie było dziedzinie… Chyba niechęć do używania własnej mowy jest jakimś problemem rdzeniowym, od którego zaczynają się inne. Polacy chcą być konsumentami – pragną znajdować się na końcu kanalizacji i łykać wszystko co inne narody do owej kanalizacji wleją. Skoro mówimy o kulturze popularnej, to zgodzisz się chyba ze mną, że są to tematy bardzo kanalizacyjne ;-).

        Obawiam się, że faktycznie, w UE chodzi wyłącznie o pieniądze. UE wszystko postrzega przez pryzmat ustaw i pieniędzy. Bo dla UE coś się staje faktem dopiero jak powstaje program wokół tego czegoś, instytucje nim zarządzające, wydrukuje się parę milionów plakatów i wyda odpowiednie pieniądze. UE nic nie potrafi zrobić tanio, za wszystko przepłaca uzyskując w rezultacie efekty mizerne i nietrwałe. Ale w instytucjonalnym postrzeganiu świata jest to okay: bo nie efekt się liczy, lecz ilość papieru zmarnowanego na radzenie sobie z problemem. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że za UE stoją pewne siły, które chcą na UE zarobić. Normalka, nic nowego. Moim zdaniem UE jest z jednej strony koniecznością, bo w jedności siła, a zjednoczenie Europy jest być może jedyną szansą na przetrwanie Europy i jej dalszy rozwój, zwłaszcza w świecie, w którym potęgami – nie od dziś! – są Indie, Chiny, Japonia, Korea i naście innych państw. Aby osiągnąć sukces należałoby jednak znaleźć złoty środek pomiędzy unifikacją strukturalno-legislacyjną a swobodą działania. UE nawet nie udaje ze szuka tego środka, w coraz większym stopniu staje się instytucją totalitarną. Ciekawostkowo powiem ci, że ostatnio walczyłem przy zakupie nowego auta z dealerem – chciałem aby mi wyłączyli a nawet wyjęli system „start / stop”, który działa tak, że jedziesz autkiem, zatrzymujesz się na światłach i natychmiast komputer wyłącza silnik. Niby jest to oszczędność energii. Nikt mi nie wyjaśnił jak to jest możliwe, że oszczędzam energię przy np dziesięciokrotnym w ciągu minuty wyłączeniu i włączeniu silnika. Toż to by było permetuum mobile! Ostatecznie ustaliłem tylko tyle, że system jest wymuszany przez UE i że są dokumenty z których wynika, że generuje on oszczędność paliwa. Trochę na tej zasadzie jak to wykarczowanie lasu chroni drzewa przed pożarem… Taka jest UE. A będzie coraz gorsza.

        A jeszcze gorsze jest to, że nie ma dla nas alternatywy. Bo co? Rosja? Chiny? USA? I tak pewnie czeka nas TIPP. Ach, gdyby UE obroniła nas choćby przed TIPPem, to jeszcze miałaby sens, ale wiadomo, że ostatecznie i tak podpiszą co trzeba…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak, jak nie „makaronizmy”, to „amerykanizmy”. Komuś się wydaje, że jak zamiast „wyprzedaży” napisze „sale” to jego towar automatycznie będzie bardziej wartościowy, a handel światowy…
          Lista głupich podmian językowych, gdzie zamiast istniejącego od dawna słowa polskiego wprowadza się na siłę obce, jest niestety długa. Mnie na początku dziwiły wszystkie te dewelopery, managery, baby-sittery i lunche, później śmieszyły, teraz zaś wzruszam ramionami. W sumie czasem to jest żenujące, a zawsze pretensjonalne.
          Co za dużo, to niezdrowo. W języku polskim zagnieździły się oczywiście słowa pochodzenia obcego, zostały wchłonięte, przetrawione – tak, że już ich używanie tak nie razi. To jest w sumie normalne zjawisko, ale dobrze jest poddawać się temu z umiarem – i zwłaszcza nie tam, gdzie nie jest to konieczne.

          Zawsze byłem za europejską integracją, nie widzę też nic złego w tym, żeby Unia opierała się na zdrowej ekonomii i wspólnych korzyściach finansowych, z uwzględnieniem własnego interesu, ale jednak powinny istnieć pewne wartości ponad materialne, które scalałyby Europę ideowo, kulturowo i moralnie – coś, co byłoby ponad zwykłą mamoną. Chodzi też o to, by słabsze państwa nie czuły się przytłoczone przez te większe i silniejsze (z uwzględnieniem możliwości zachowania narodowej tożsamości, czyli pewnej kulturowej wolności, suwerenności i samodzielności).
          Niestety, problemem Unii jest już to, że jest to twór administracyjny, wymagający biurokratycznej oprawy. A ta, jak wiemy, ma tendencje do karmienia się samą sobą (albo inaczej: biurokracja rozmnaża się przez pączkowanie). A i tak, mimo tego biurokratycznego rozrostu, Unia czasami wydaje się być tylko tłem do mega-interesów, które załatwiane są ponad naszymi głowami, (i na które nie mamy żadnego wpływu, mimo, że mają one bezpośredni wpływ na nasze życie).
          Musimy jednak trzymać się razem. Zawsze to powtarzałem. Nie tylko po to, by uniknąć drastycznych konfliktów między europejskimi państwami, (które, jakie były, to dobrze pamiętamy), ale – w szerszej perspektywie – stanowić przeciwwagę dla rozrastających się imperiów na innych kontynentach (chodzi mi tu głównie o Chiny, ale nie tylko o nie).

        • Onibe Says:

          Proces słowotwórczy w dużej mierze polega na imporcie i przekształcaniu oraz jakimś mniej lub bardziej twórczym implementowaniu wyrazów obcych. I język polski nie jest tutaj osamotniony, bo przecież nawet angielski – lingua franca dzisiejszego świata – wchłonął multum wyrazów obcych. Nawet francuskich, w czym nie przeszkadzały stulecia wzajemnej wrogości obu narodów (balet, cabaret ect). Deweloper to słowo, które niestety nie ma w polskim sensownego odpowiednika. Parę razy próbowałem je zastąpić – czy to w jakichś opowiadaniach czy gdzieś – i zawsze mi wychodziło, że aby zdanie miało ręce i nogi musiałem użyć kilku wyrazów. Byłby to zatem zastępnik „dookoła”. Z managerem też trudna sprawa, ale tutaj już jednak są alternatywy (kierownik, brygadzista, zmianowy, zarządzający ect). Sale to jeden z tych przykładów, w których zapożyczenie nie ma absolutnie żadnego sensu i jest właściwie upokarzające dla nas, którzy tych słów używają. Niestety, prym w tym wiedzie młode pokolenie. Skłamałbym gdybym stwierdził, że „za moich czasów” było inaczej. Też zasysaliśmy wszystko jak leci, jedni mniej, inni więcej. Inna rzecz, że z punktu widzenia języka ważniejsze od czystości (która to jest parametrem całkowicie wirtualnym) jest jego żywotność. Język czysty a nieużywany traci rację bytu.

          Pytanie czy UE jest w stanie być przeciwwagą dla Chin? Mamy po jednej stronie starzejące się społeczeństwo, obrastające w coraz bardziej absurdalne przywileje socjalne, w dodatku bardzo niespójne zarówno pod względem kultury pracy jak i każdej innej kultury. W dodatku europejskie społeczeństwo jest właściwie poliarchiczne w tym ujęciu, że każdy rząd ciągnie w swoją stronę (po wyborach konfiguracje się zmieniają, więc jest to kalejdoskop), a dodatkowo jeszcze nad-rząd europejski ciągnie w swoją. Chiny, z kolei, to społeczeństwo młode, mające jasno określony cel i szybko się rozwijające. W dodatku względnie spójne. Chińska polityka jest także bardziej spójna od europejskiej. Notabene Chiny powoli stają się największym mocarstwem świata, UE zaś… w najlepszym wypadku określić ją można jako ciągle atrakcyjną kobietę lekkich obyczajów, która aby przeżyć musi odpowiednio szybko rozkładać nogi przed silniejszymi (męskimi) graczami. Także w temacie TIPP czytałem kiedyś taką interpretację, że choć TIPP jest bardzo zły dla Europy, to zarazem jest po prostu rodzajem rachunku, jaki USA wystawiają za parasol ochronny (nie do końca się z tym zgadzam, ale idea ogólnie jest sensowna).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie ma nic złego w zapożyczaniu z innych języków (jest to przecież proces naturalny – bo żadna kultura nie istnieje w próżni, bez związków z innymi), ale dobrze jest zachowywać charakter własnego języka – coś, co jest dla niego specyficzne, harmonizuje się z jego barwą, brzmieniem i melodią. W przeciwnym razie mamy zgrzyty – jakieś dziwności, śmieszności – ni przypiął, ni przyłatał – i często robi się pretensjonalnie.
          Sprawa językowej niechlujności nowego pokolenia zanurzonego po uszy w elektronicznych gadżetach i „porozumiewającego się” czymś w rodzaju językowego żargonu (który nota bene jest bardzo ubogi, rzec można prymitywny), to zupełnie inna historia. Raczej niewesoła.

          Chiny to jednak Wielka Zagadka.
          Podobnie jak Europa ;)
          Wynika z tego pewne niebezpieczeństwo, ale i nadzieja.

        • Onibe Says:

          zgadzam się – bez „zapożyczania” nie ma rozwoju. Rozwój to ciągła wymiana fragmentów kulturowego łańcucha DNA ;-). I oczywiście dobrze rdzeń DNA zachować, a przynajmniej to co najlepsze w nim…

  3. Aga Says:

    Olgierd Łukaszewicz to jeden z najprawdziwszych ludzi jakich kiedykolwiek spotkałam. Aktor z powołania, wszystko, co tworzy, tworzy z pasją. Człowiek humanista, wielki romantyk, kontemplator przyrody. Piękno zewnętrzne odbija piękno jego wnętrza – piękno duchowe. Naprawdę kocha teatr i czuje aktorstwo!!!

  4. zza kałuży Says:

    Najważniejsze są pieniądze?
    Najważniejszy jest kraj?
    W Niemczech dojdzie do władzy miejscowy Kaczyński i walnie z wysokiego taboreciku, że czas najwyższy aby Niemcy przestali się kajać i wstali z kolan. Że wystarczająco długo znosili upokorzenia a przecież nie ma na świecie wspanialszego od Niemców narodu. Że nauka, że literatura, że muzyka, że kultura, że inżynierowie, że przemysł, że najsolidniejsi pracownicy, najdzielniejsi żołnierze, najszlachetniejsi mężczyźni i najpiękniejsze kobiety, najlepsze matki i najczulsi dziadkowie.
    Że koniec z dawaniem jałmużny leniwym, brudnym i tępym. Nieważne, imigrantom czy nowym członkom Unii.
    Niemcy dla Niemców a wszelka obca hołota ma natychmiast iść do roboty i do szkoły a jak nie chce to kopa w zadek i won tam, skąd nalazła. Że koniec z okradaniem niemieckiego rolnika poprzez dotowanie konkurencji czyli polskich rolników.
    Po pierwsze i najważniejsze: JA!
    Taki to jest interes.
    Wolne żarty ta „unia”.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s