MĘDRCY, GŁUPCY, WIZJONERZY, KOMEDIANCI…

o monodramie A kaz tyz ta Polska, kaz ta? wg tekstów Wyspiańskiego, w wykonaniu Olgierda Łukaszewicza

    „Jest mi wstrętne i nieznośne to robienie Polski na każdym kroku i codziennie” – mówi Konrad Wyspiańskiego ustami Olgierda Łukaszewicza w piwnicznym salonie Teatru Chopina na tzw. „starym trójkącie” polonijnym, a my – imigranci, którzy już dawno opuścili swój kraj ojczysty – zastanawiamy się, ile w tych słowach jest prowokacji, ile zniecierpliwienia, ile prawdy, ile ironii… A może tylko podziwiamy kunszt wybitnego aktora, który może mówić wszystko, a my i tak będziemy tym zafascynowani… jeśli akurat nie znuży nas hermetyczność trącącego anachronicznością języka narodowych wieszczy, którzy skądinąd „wielkimi poetami byli”, więc jednak zachwycać nas powinni.

    A może już nie zachwycają? Może przestaliśmy ich rozumieć? Może nigdy nas nie zachwycali? I nigdy ich nie rozumieliśmy? Bo jak tu np. zrozumieć niedorzeczność? Albo zachwycać się histerią, karykaturą uczuć czy kosmicznym wręcz patosem?

aDSC_2774

Chochole tańce odprawiają się nadal

     Wprawdzie polski romantyczny bohater narodowy miota się między skrajnościami, sam kwestionując swoją poczytalność i zdając sobie sprawę ze stanu własnych nerwów, ale przecież… jakąż to ma w sobie dramaturgię! A poza tym: czy zaburzenia afektywne dwubiegunowe deprecjonują treść przeżywanych stanów, czy też wręcz przeciwnie – intensyfikując je, sprawiają, że stają się one bardziej wyraziste, a przez to głębiej trafiające do naszej świadomości?
I dotyczy to nie tylko tych, którzy taki stan przeżywają, ale i tych, którzy z zewnątrz to obserwują.
W sensie dramaturgicznym korzystają z tego wszyscy: autor, który użycza swej wrażliwości i zdolności żonglowania słowem kreowanej przez siebie postaci; aktor, który w skórę, do serca i do mózgu tej postaci wchodzi; no i – last but not the least – widz, który temu wszystkiemu nie tylko się przygląda, ale także przeżywa i próbuje to zrozumieć.
To dlatego, zarówno XIX-wieczny Konrad Adama Mickiewicza (z Dziadów), jak i XX-wieczny Konrad Stanisława Wyspiańskiego (z Wyzwolenia), zdolni są mimo wszystko budzić emocje publiczności w XXI wieku. I to publiczności oddalonej o kilka tysięcy kilometrów od miejsca „akcji”.
Oczywiście, nie do przecenienia jest w tym fenomenie rola Olgierda Łukaszewicza, który słowo Wyspiańskiego nam tu przez Ocean przywiózł i przedstawił.

    Nie jest tajemnicą, że sztandarowe dzieła naszej narodowej literatury mają w sobie na tyle uniwersalizmów, że mogą być w każdym momencie naszej historii adekwatnie interpretowane – zachowując przez to swoją aktualność. Czasem są to interpretacje naciągane bardziej, czasem mniej; zrazu odnieść możemy wrażenie, iż jednak zaczynają się one przemieniać w jakiś archaizm czy skamienielinę, to znów uderza nas ich świeżość – tak czy siak tworzą pewien kanon, do którego raz po raz sięgają twórcy naszej kultury – czy to w kinie, czy w teatrze (polska literatura współczesna jest w tym jednak bardziej powściągliwa). Tak jak zrobił to Olgierd Łukaszewicz, który za materiał do swoich scenicznych rozrachunków z polskością (i polskim społeczeństwem) obrał sobie twórczość Stanisława Wyspiańskiego, przede wszystkim jego dramaty narodowe: Wesele i Wyzwolenie. (Notabene, utwory te, mimo, że z etosem romantycznym się wadziły – a nawet miejscami z niego kpiły – to jednak tego romantyzmu kontynuacją – w wersji młodopolskiej – jak najbardziej były.)

    Jeśli się nie mylę, to swój pomysł Łukaszewicz zrealizował już 17 lat temu, a od tego czasu w naszym kraju sytuacja zmieniała się wielokrotnie – tym samym musiała się zmieniać interpretacja jego monodramu. Nie dało się więc uniknąć tego, że i w Chicago każdy nadstawiał ucha i dociekał tego, jak też słowa, które padały ze sceny, mają się do obecnej sytuacji w Polsce – nie bez emfazy samego aktora, który przywdział błazeńską czapeczkę z gazet, potrząsał małym dzwoneczkiem (czasem przypominało to drwinę z wawelskiego Dzwonu Zygmunta) i w złości darł na strzępy polską prasę (niewątpliwie narodową, skoro w każdym tytule były przymiotniki „polski”, „polska”, „polskie”…)

    Mnie samego uderzył kontrast między tym, co deklarował Łukaszewicz w „słowie wstępnym” (że jest ponad partyjnymi podziałami, że nie dał się usidlić żądnej „idei”, że nie przypiął sobie w klapie żadnego znaczka, który by go do czegoś zobowiązywał), a intensywnością jego aktorskiego przekazu, w którym roiło się nie tylko od idei i symboli (obecnych przecież immanentnie w twórczości Wyspiańskiego), ale który pełen był także zaangażowania i pasji, co moim zdaniem nie wynikało jedynie z mocy i kunsztu artystycznej interpretacji. Bo jest to oczywiste, że już sam wybór Łukaszewicza (chodzi zarówno o twórczość naszego „czwartego” wieszcza jako taką, jak i autorską wybiórczość w obrębie tekstu Wyspiańskiego, z którego aktor swój monolog – jak sam to wyraził – „wykrawał”) miał w sobie jakiś przekaz i sugestię, nie wspominając o własnej, nadanej przez aktora, logice. Innymi słowy, Olgierd Łukaszewicz chciał nam, publiczności polskiej, coś ważnego powiedzieć. A czy można coś takiego zrobić bez opowiedzenia się po stronie pewnych treści i konkretnych znaczeń?

    Czegóż więc od Łukaszewicza-Wyspiańskiego się dowiedzieliśmy? Czy mogliśmy się w tym przeglądnąć jak w zwierciadle? Jeśli tak, to na ile było to zwierciadło krzywe, a na ile odsłaniało naszą prawdziwą twarz, nawet jeśli użyto przy tym wielu – nie tylko scenicznych – masek?

    To jednak wymaga pewnej ekwilibrystyki, by zestawiać rzeczywistość Polski pod zaborami, (w której żyli wszyscy nasi wieszcze) z Polską dzisiejszą, która „wybiła” się na niepodległość dobre ćwierć wieku temu.
Ale, ale… przecież i dzisiaj są tacy, którzy twierdzą, że nasza Ojczyzna nadal jest niesuwerenna, że musi podnieść się z kolan (przy czym nie chodzi tu akurat o odrzucenie wiary katolickiej – bardziej o odzyskanie narodowej dumy), że chcą nam Ją ograbić, a nas samych wykorzenić… więc musimy chronić naszą tożsamość.
A ponadto: czy jednak tzw. polski charakter narodowy zmienił się tak bardzo od tamtych czasów? Czy przestał w naszym społeczeństwie działać kod kulturowy, który powoduje to, że stale popełniamy te same błędy, że cały czas jesteśmy podzieleni (wręcz toczymy ze sobą polsko-polskie wojny), że nie potrafimy się na dłużej solidaryzować, ani dobrze samo-rządzić? Czy nie wisi nad nami stale jakieś fatum, które powoduje, że coś się w polskim losie powtarza – i są to najczęściej nieszczęścia, tragedie, zdrady, mnożące się trupy i groby?

greydot.

Olgierd Lukaszewicz w monodramie wedlug tekstów Wyspianskiego (Chopin Theatre, Chicago, 21 sierpnia, 2016 r.)

Błazen, mędrzec… lustro dla aktora, w którym przeglądnąć możemy się wszyscy

.

    Nic w tym monodramie nie było jednoznaczne. I takie pewnie być powinno. Aby jednak ustrzec się przed konsternacją wynikającą z niemocy rozszyfrowania „tego, co poeta miał na myśli”, należało poddać się niekiedy intuicji, asocjacji wrażeń – potokowi słów i gestów, które za sprawą aktora niosły się w małej salce Teatru Chopina.
Jednak sama zmysłowość nie wystarczała, gdyż wypadało, aby także rozum miał w tym swój udział. Chodziło wszak o poznanie znaczeń – a to wymagało bardziej racjonalnego podejścia do treści. Bo tylko wtedy jest się w stanie uchwycić sens spektaklu w kontekście rzeczywistego świata, który nas otacza, w tym przypadku: naszej Ojczyzny, polskiego narodu i społeczeństwa. Do tego właśnie odnosiło się wszystko, co działo się na scenie.
A działo się sporo.

    Rekwizytów jakimi posługiwał się aktor było mało, ale pełniły one jednak kluczową rolę w określeniu charakteru postaci w jakie się on wcielał. Była więc wspomniana już błazeńska czapka zrobiona z polskich gazet narodowych (wyraźne nawiązanie do Stańczyka), no i ta „zabawka” błazna – dzwoneczek będący miniaturką kultowego dla Polaków Dzwonu Zygmunta, kolosa z pękniętym sercem.
Już same te rekwizyty znaczyły główne pole dramaturgicznego napięcia obecnego w tekście, który tworzył biegunowe przeciwieństwa – patosu i kpiny, zmyślenia i prawdy, symbolu i konkretu, zabawy i powagi, ideału i rzeczy…

    Odniosłem wrażenie, że emocje Łukaszewicza przechylają się dość wyraźnie ku błazenadzie, czy też raczej „błazeńskości” całego widowiska, sprawiając, że posuwa się on najczęściej do kpiny, ironii, szyderstwa i drwiny, czasami wręcz do histerii i szaleństwa, choć bez zatracenia czegoś, co można by nazwać pewną… narodową solennością. Przy czym mam tu na myśli zarówno widowisko, jakie na naszych oczach rozgrywa się dziś w Polsce, (a w którym główne role odgrywają nasi rodacy) jak i spektakl serwowany nam przez aktora. Zauważyłem też dość ostre cięcia tekstu Wyspiańskiego, które wynikały chyba nie tylko z tego, że Łukaszewicz musiał go odgrywać w pojedynkę, i był ograniczony czasowo. Otóż, kiedy przypominałem sobie tekst (zwłaszcza) Wyzwolenia, to uderzyły mnie tam idee, które Wyspiański wydawał się propagować w swoim dramacie, a które dzisiaj raczej chwały by mu nie przyniosły. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o wyłamywanie się z politycznej poprawności.
Wprawdzie Olgierd Łukaszewicz w swoim monodramie do wszystkich tych wątków nawiązał, niemniej jednak urywał tekst tam, gdzie Wyspiański schodził na pole minowe, które mogłoby go teraz wysadzić w powietrze, a co najmniej zakwestionować jego rozsądek, mądrość a nawet humanitaryzm. O posądzeniu o rasizm i faszyzm nawet nie wspominam. Spróbuję tu jednak o kilku z nich wspomnieć, gdyż moim zdaniem mówią one sporo o polskiej mentalności (charakterystycznej nie tylko dla tamtego czasu), jak również wskazują na przyczyny tego, co działo się w Polsce później – oraz tego, co dzieje się z polskim społeczeństwie dzisiaj. Ciągle zasadne jest to pytanie Panny Młodej z Wesela: „A kaz tyz ta Polska, a kaz ta?” Gdzie jest ta Polska, i jaka?

    Oto słyszymy np.: „Bo my mamy za wiele poczucia solidarności narodowej. I tym nas okłamują, że my powinniśmy mieć to poczucie solidarności narodowej. Bo my zawsze będziemy mieć do rozporządzenia tę lichą część naszego narodu. Niepotrzebnie wyrabiamy poczucie solidarności z lichą częścią naszego narodu. Jest to rzeczą złą i niepotrzebną. Obrażam nasz naród? Chcę go zasłonić przed oszustami, tymi, co mu kradną duszę za cenę rzeczy…”
I tu monolog się urywa. A jednak warto przytoczyć do końca słowa Wyspiańskiego, bo dopiero pełny cytat pozwala na ogarnięcie ich prawdziwego znaczenia: „ …zasłonię (naród) przed oszustami, tymi, co mu kradną duszę za cenę rzeczy nieuchwytnych. (Tak naprawdę więc, chodzi nie o rzeczy materialne, jak by to sugerowała interpretacja Łukaszewicza, ale o ich przeciwieństwo, czyli coś niematerialnego – przyp. St.B.) Co mu odbierają dumę i każą się pokorzyć; tymi, co mu odbierają pychę i każą się kajać w prochu upodlenia i żebrać. Przed tymi chcę naród mój ocalić, co każą mu jak żebrakowi skomleć i jęczeć, – jemu bogaczowi (…) który jest bogaczem takim samym, jak każdy inny.”
Pełny tekst Wyspiańskiego wyjaśnia też, dlaczego to, że ktoś nas namawia do poczucia solidarności narodowej, jest oszustwem: „Bo wszędzie są złodzieje i rozbójce i oszusty. I gorsi i lepsi. A mimo to żyją jak kompleks ludzi pod jednym tytułem. A nam z okazyi tej właśnie połowy, która jest złą… W nas chcą wmówić, że za to jesteśmy odpowiedzialni i że jesteśmy do niczego. A cóż nas ta zła część naszego narodu obchodzi? No więc nie powinniśmy żyć solidarnie ze sobą.”
I dalej: „(…) za nich nie może być odpowiedzialny naród. Oni nie są narodem. Niepotrzebnie wyrabiamy poczucie solidarności z lichą częścią naszego narodu. Jest to rzeczą złą i niepotrzebną. Bo my zawsze będziemy mieć do rozporządzenia tę lichą część naszego narodu. A oczywiście tem bardziej i lepiej, gdy ona będzie w naszych rękach. Tak jest, w naszych rękach. Powinniśmy mieć wszystko w naszych.”

    Czyż nie odzywają się tutaj echa „ludzi gorszego sortu”? Polskiego ludu „ciemnego”, który „wszystko kupi”? Manipulacji, populizmu – wręcz chęci spacyfikowania społeczeństwa, podporządkowania go „jedynie słusznej” opcji? Solidarności, która tak naprawdę jest pozorna i złudna? Odseparowania się od tych „innych” (czyli gorszych), którzy wcale narodem nie są, a którzy powinni się nam – i naszemu narodowemu totalizmowi – podporządkować?

    Wyspiański pisze przy tej okazji rzeczy jeszcze bardziej bulwersujące: „A tak. Powinna być cenzura narodowa, któraby działała tak, jak działają cenzury we wszystkich państwach wszystkich narodów.” (Sam Olgierd Łukaszewicz zwrócił uwagę na to, że Wyspiański chciałby być redaktorem wszystkich gazet wychodzących w Krakowie – przyp. St.B.) „Ja chcę tego, co jest wszędzie. Tylko z usunięciem oszustwa narodowego. Z usunięciem kradzieży narodu, oszustów, którzy rujnują naród! Złodziei, którzy okradają naród! Z czego? Po pierwsze z duszy! Z duszy! Z duszy! Duszę mu kradną!!! U nas jest kraj gościnny. No, tak się zmieści każdy złodziej. No tak. Ale on zawsze będzie wiedział, że jest złodziej. Złodziej tym ludziom, którzyby się urodzić mieli z czystej krwi narodu. Oto przede wszystkim powinniśmy uszanować krew narodu. I nie dać jej marnować. Nie powinniśmy marnować krwi narodu. Nie pozwolić prostytuować naszych kobiet. My nie powinniśmy pozwolić naszych kobiet (oddawać) obcym, tym obcym, którzy siedzą wśród nas. (Maska: Ależ kobiety są niezależne.) Nie, nie są i nie będą. Bo całem ich życzeniem i dążeniem powinno być, żeby od tej myśli niezależne nie były. One same są niczym. Nie mogę ścierpieć i znosić i słuchać, że kobieta Polka przeistacza dom męża obcego i czyni zeń dom polski. Jeśli tak czyni, to czyni podłość, która prędzej czy później odezwie się w charakterze potomstwa. Że wytwarza się tłum ludzi obojętnych dla naszego narodowego społeczeństwa, którzy go zaprzedają. (…) I tacy się zmieszczą. Ale winniśmy przeciwdziałać i nie pozwolić marnować naszej krwi i naszych dziewcząt, tak dobrze obcym, jak swoim. A to tylko może zrobić polski rząd. Bo żaden inny naszych interesów, interesów naszej krwi bronić nie będzie.”

    Na domiar złego, Konrad Wyspiańskiego wskazuje na nienawiść, jako na główną siłę motoryczną w walce o polskość. Wprawdzie w monodramie Łukaszewicza znalazły się słowa: „Nienawidzimy się! Nienawidzimy się wzajem! Na nienawiść trzeba się zdobyć. Tylko nienawiść jedna zdoła…”. Lecz w tym momencie znów monolog się urywał, więc nie usłyszeliśmy już tego: „Nienawidzimy się nawzajem i w tem nie ma nic dziwnego. Jestem z mojej nienawiści dumny. Nienawiść jest potężniejsza, niż miłość. Nienawidzimy się nawzajem i to nie jest nasze najgorsze złe. Niemal to jest nasze najlepsze. (…) Miłość, ta wszechmiłość jest kłamstwem. Otóż mam optymistyczne pojęcie nienawiści.”
Czyżby więc zbyt daleko posunięta szczerość Wyspiańskiego świadcząca o obecności wśród nas tego resentymentu, który nie tylko jest koniecznością, ale i zaletą?
Czy jednak do dzisiaj nie ciążą nam wielkie pokłady nienawiści, jakie osadziły się w polskim społeczeństwie – które jednak nie są żadną siłą konstruktywną, tylko destruktywną? Czy wyrugowanie apologii nienawiści z tekstu naszego wieszcza narodowego nie jest swego rodzaju unikiem – zaprzeczeniem, że to uczucie nie miało dostępu do dusz polskich najwznioślejszych i artystów naszych najprzedniejszych? Bo przecież Wyspiański wypowiada ustami Konrada przekonania własne, polskiego społeczeństwa i ówczesnej epoki.

Olgierd Lukaszewicz w monodramie wg tekstów Wyspianskiego - Teatr Chopina w Chicago, sierpien 2016 r,

Stańczykowa czerwień, przywoływanie duchów, narodowe egzorcyzmy…

   Jak bardzo Wyspiańskiemu w głowie poprzewracał Nietzsche? To, co pisał Krakowianin, czasami żywcem przypominało histerię (krzyczy bohater Wyspiańskiego: „Nienawiść niosę palącą! Krwi wołam! Chcę święcić noże!”) słynnego niemieckiego filozofa, któremu konflikt apollińsko-dionizyjski i opowiedzenie się po stronie woli i mocy (bo miłość i współczucie to sentymenty chrześcijańskiego słabeusza) odebrały w końcu rozum. Kult czystości rasowej i „nadczłowieka”, (któremu ulegli Niemcy); rzeź w łaźni krwi i stosy trupów, jakie wkrótce zafundowała sobie Europa (i jej cywilizacja będącą awangardą wszystkich cywilizacji) – to wszystko okazało się nie tylko snem „wariata śnionym nieprzytomnie”, ale i rzeczywistością. Wśród cierpień, w skołatanej duszy Wyspiańskiego – z tym jego rozkładającym się wskutek kiły ciałem – kwitły myśli, które były udziałem jednego z największych polskich artystów (i piszę to bez cienia ironii, wbrew temu, że np. taki Sienkiewicz uznał Wyspiańskiego za grafomana).

    Wróćmy jednak do teatru naszego maleńkiego i monodramu Olgierda Łukaszewicza, który już wcale taki maleńki nie był, gdyż wyzwolił jednak kaskady znaczeń i emocji (a przynajmniej miał taki potencjał), o których książkę można by spisać. Ale to może innym razem, bo na koniec chciałbym jeszcze raz przywołać jego dramaturgię wynikającą z napięcia między przeciwieństwami, a może nawet antynomiami, (które notabene też przywodzą mi na myśl Nietzschego i osobowość – sorry za ten psychologizm – z zespołem maniakalno-depresyjnym).
Bo oto mamy teatralne orgie w rodzaju Wesela albo Wyzwolenia – z teatrem ogromnym, w którym ważą się losy Ojczyzny i gdzie słychać jej śpiewy, widać orle loty; gdzie wykuwają się idee dla Narodu najważniejsze; miejsce będące „oazą patriotyzmu i polskości”. A z drugiej strony zniechęcenie i zmęczenie („mam dość teatru!”); świadomość tego, że wszystko to chimera, „złuda i udanie”, reklama, prostytucja, fraszka, komedia, zabawka… taki „tęczowy most czułości nad pustką rozpięty”; przekonanie że sztuka nie wystarcza, że teatr utracił teraz „funkcję wspólnotową”; a w ogóle, to słowo „wzniosłe, piękne romantyczne” się wyczerpało („straciliśmy wiarę w słowo”), a koncept narodowy „gaśnie” („społem to jest malowanka, społem to jest papuzia kochanka”)…
Bo nasz bohater, z jednej strony chce „walić młotem” w społeczeństwo, zbudzić go, zerwać do czynu; pragnie zwycięstwa „z krwi i ciała, z woli żywej i żywej potęgi” – gloryfikuje moc i chce osiągnąć wolność absolutną siłą woli. A z drugiej – trefniś taki – drepcze sobie boso po pustej teatralnej scenie, „po-my-ka, po-my-ka, po-my-ka”… w błazeńskiej czapeczce zrobionej z gazet, pobrzękując miniaturowym dzwoneczkiem, gadając z sobą samym („w mowę własną dziwnie zasłuchany”). Wódz i niewolnik zarazem. Taki mocarz-impotent, którego „wielkość” – a właściwie sny o potędze – wyrastają z własnej niemocy.
Jak obudzić ten naród ze snu i marazmu, jak przerwać ten taniec chocholi – odbywający się na dodatek nad mogiłami pełnymi rozkładających się trupów? (A żebyśmy tak „padli potruci jadami w pogrzebowej stypie” – marzy Dziennikarz biorący udział w polskim – pożal się Boże! – „weselu„). Jak tu podać sobie ręce, skoro groby nas tak dzielą (choć przecież, jak pisał Norwid, u kresu wszystkich nas one zrównają). Jak uzdrowić to nasze serce „spodlone, niewolne”, strute jadem goryczy, „które naszą krew zaprawia (…) czym się tylko kiejś kto truł, wsączał w siebie i pił, czym tylko kto gdzie gnił”. (Notabene to także z „Wesela„.)

    Tak, jak artysta romantyczny, czy właśnie młodopolski, „brał na bary logikę dziejów” (określenie Łukaszewicza, które „zaleciało” mi Brzozowskim i jego Legendą Młodej Polski), tak Olgierd Łukaszewicz wziął na bary (nielekką przecież i bardzo meandryczną)  logikę słowa Stanisława Wyspiańskiego i moim zdaniem dał sobie radę z tym ciężarem nieźle – miejscami wręcz znakomicie – choć wymagało to pewnej ekwilibrystyki i przypominało żonglerkę (nie tylko słowem i mimiką, ale i gestami), która w każdej chwili mogła grozić małą katastrofą, czy choćby tylko spuszczeniem z tonu. (Nie bez znaczenia była w tym wszystkim doskonała kondycja fizyczna aktora – sam Łukaszewicz wspomniał o swoich nadchodzących 70. urodzinach, więc tylko pozazdrościć takiej sprawności i młodzieńczej sylwetki.) Znane – i wydawałoby się: „wytarte” – cytaty nabrały w jego interpretacji zupełnie innych barw i odcieni, a ich wymowa – innego znaczenia. Bogactwo brzmieniowe zamieniało się w bogactwo znaczeń, czasem niuans zamieniał się w dominantę – a nawet odwrotnie. Zaskakiwało mnie to wielokrotnie. Np. beznamiętne „przybywaj, przybywaj, przybywaj” (za każdym słowem rozpalał się nowy płomyczek, który aktor krzesał pożyczoną od widza zapalniczką), albo ironicznie, niemalże szyderczo (?) i prześmiewczo (?) brzmiące „Ale świę-to-ści nnnieee szszaaa…rrgać, bo trza żeby święęęte były!” Ważna była modulacja i zmienny tembr głosu.
Innymi słowy, Łukaszewicz z Wyspiańskim robił co chciał, ale wcale przez to wieszczowi korona z głowy nie spadła. Bo przecież mocno jest już tam umocowana i nic nie jest w stanie naszego największego dramaturga wśród plastyków, i największego plastyka wśród dramaturgów zdetronizować, czy choćby tylko mu zaszkodzić.

greydot

.

olgierd-lukaszewicz-monodram "A Kaz Tyz Ta Polska, a Kaz Ta?" -wg-wyspianskiego-z-dedykacja-aktora (Chicago)

Z jednej strony „komediant”, z drugiej mędrzec, a na dodatek społecznik – i za każdym razem narodowy

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Spektakl odbył się w Teatrze Chopina w Chicago, 21 sierpnia, 2016 r.

O spotkaniu i dyskusji Olgierda Łukaszewicza z publicznością – w następnym wpisie.

.

Advertisements

komentarzy 9 to “MĘDRCY, GŁUPCY, WIZJONERZY, KOMEDIANCI…”

  1. teatromatrix Says:

    Z blogu Edwina Bendyka w „Polityce”:

    W Teatrze Polskim we Wrocławiu miało być tak, jak niestety bywa w polskim życiu kulturalnym.
    Niewygodnego dyrektora miał zastąpić wygodny, powołany w zdumiewającej zgodzie ponad partyjnymi podziałami. Zespół, publiczność i środowiska kultury z całego kraju powiedziały dość. W piątek setki osób zebrały się w teatrze, a następnie przemaszerowały pod Urząd Marszałkowski, by bronić tej wyjątkowej sceny.
    O sednie sprawy pisałem krótko w poprzednim wpisie, świetnie istotę problemu komentuje Mike Urbaniak w tekście „Perła rzucona przed wieprze”:

    Krzysztof Mieszkowski jest krnąbrny i bezczelny. Nie ma w sobie za grosz pokory, nie para się dyplomacją. Często jest irytującym chwalipiętą. Bardzo nie lubi przymilać się do urzędników i polityków (dzisiaj sam jest posłem). To generalnie typ, który by znakomicie funkcjonował w Stanach Zjednoczonych, gdzie szczególnie się ceni ludzi odnoszących spektakularne sukcesy i mających dużą siłę przebicia. W Polsce takich się przede wszystkim nienawidzi, w świecie teatralnym wzbudzają głównie zawiść – szczególnie kiedy się zaczyna mówić i pisać o ich teatrze „najlepsza polska scena” albo „wrocławski teatr narodowy”. Bo taki mniej więcej status osiągnął w ostatnich latach Teatr Polski we Wrocławiu, status teatru narodowego – wielkiej sceny wielkich artystów wystawiających wielkie inscenizacje na wielkie tematy. To dzisiaj teatr publiczny przez wielkie „P”, chluba już nie tylko Wrocławia czy Dolnego Śląska, ale kraju. To teatr podziwiany od Paryża do Pekinu, gdzie gra spektakle kończące się owacjami na stojąco. Teatr krnąbrny i bezczelny jak jego dyrektor.

    Co się robi z takim teatrem?

    Teatr Polski próbowali zniszczyć politycy Platformy Obywatelskiej (partia kulturalnych szkodników), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jaki kraj, taka lewica), Polskiego Stronnictwa Ludowego (wieś tańczy, wieś śpiewa) oraz Prawa i Sprawiedliwości (Sieg Heil!), bo tak naprawdę różnice między nimi są niewielkie. Polityków wszystkich tych partii łączy kompletny brak wiedzy o kulturze, filozofia prowadzenia kulturalnych instytucji polegająca na obsadzaniu dyrektorskich foteli kolegami gwarantującymi mierną politykę repertuarową świętego spokoju oraz cierpienie na dolegliwość, którą w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób oznacza jest symbolem F70 czyli debilizm.

    Nad zagadką antykulturalnych energii w polskiej polityce zastanawialiśmy, wracając z Wrocławia z aktorkami Teatru Polskiego, Romanem Pawłowskim z TR Warszawa i Pawłem Sztarbowskim z warszawskiego Powszechnego. Roman podsumował na fejsbuku:

    W jakim stopniu decyzja dolnośląskich urzędników, niszcząca unikalny charakter Teatru Polskiego jest wynikiem cynizmu i zakulisowych układów, a w jakim jest przejawem wieloletniego spychania kultury roli rozrywki i wypełniacza wolnego czasu. Czy to nie fakt, że media umieszczają informacje kulturalne w dziale rozrywka lub life style jest zachętą do oddawania publicznych teatrów takim postaciom, jak Cezary Morawski, aktor telenowelowy? Czy to nie powtarzanie na okrągło, że teatr jest produktem i ma przede wszystkim zarabiać oraz bawić, sprawiło, że politycy nie odróżniają farsy „O co biega” od „Dziadów” i „Wycinki” i dziwią się, gdy ktoś im wskazuje różnicę? Czy to nie pomieszanie pojęć kultury wysokiej i niskiej, komercyjnej i artystycznej leży u podstaw tego fundamentalnego nieporozumienia, które sprawia, że w całej Polsce ciekawe, żywe teatry zamieniają się w sceny estradowe, grające farsy ze stołecznymi gwiazdami? Myślę, że aby rozwiązać pat wokół scen we Wrocławiu, Toruniu, Białymstoku i innych miastach, musimy odbudować szacunek dla kultury, wyciągnąć ją z wesołego miasteczka, do którego wysłali ją liberałowie i nadać jej znów wartość. We Wrocławiu ujęto to bardziej dosadnie: „Miasto chałtury, nie kultury” – krzyczeli demonstranci pod Urzędem Marszałkowskim.

    W obu analizach są oczywiste emocje (…) Ale też z obu tych wpisów wyczytać można poważniejszy problem, z którego wynika, że idiotyczna, niszczycielska polityka kulturalna uprawiana przez wszystkie praktycznie siły polityczne jest skutkiem, a nie przyczyną poważniejszego procesu, który nazywam „kryzysem kultury”.

    Całość pod linką:
    http://antymatrix.blog.polityka.pl/2016/08/27/twierdza-teatr/?nocheck=1

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No cóż, spór polityczny – i podziały w społeczeństwie (także te światopoglądowe) – te konflikty przenoszą się do kultury. Mnie zaskoczyła forma tego protestu (zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu chce swojego dyrektora, komisja konkursowa, sterowana ponoć przez urzędników Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Warszawy, wybiera innego) – nie tylko spontaniczna, ale i jakaś taka… plemienno-buszmeńska (z tam-tamami, okrzykami jak z filmów o Indianach), w pewnym momencie nawet przy akompaniamencie hard-rockowym ACDC ;)
      Trochę dziwne jak na artystów polskiej sceny narodowej.

      Problem chyba leży także w tym, że ci, którzy utrzymują teatr (samorządy dysponujące pieniędzmi de facto podatników) chcą wpływać na repertuar tego teatru, który byłby także refleksem pewnej polityki kulturalnej. Także tej, prowadzonej przez państwo, kierowane teraz przez partię, która wybrała ostatnie wybory.

      Przeglądnąłem kilka relacji video z tego protestu, ale były one wyrazem opinii tylko jednej strony konfliktu.
      Tutaj pokażę jeden z tych filmików, na którym notabene w pewnym momencie (9:50) pojawia się prezes ZASP – właśnie Olgierd Łukaszewicz – wygłaszając swoje zdanie, dość dyplomatycznie, zresztą:

      Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego nie można byłoby dyrektora wybrać tak, jak zrobiono to w teatrach krakowskich – z uwzględnieniem przede wszystkim opinii (zdania, poparcia) środowiska twórczego, teatralnego – reżyserów i aktorów, którzy mają przecież dany repertuar wykonywać

      Mam wrażenie, że upolitycznianie/upolitycznienie wszystkiego (prasy, mediów, i ogólnie – kultury) jest w Polsce (już od dawna, zresztą) dość karkołomne. Nic dziwnego, że przypomina to walkę między partiami, w którą na dodatek zamieszania jest biurokarcja.

  2. rolka Says:

    Bo teatr to zabawa i zwida jest…
    A artyści maja ego jak stąd do wieczności…

  3. PR Says:

    Tadeusz Kantor wskazywał, skąd się bierze hermetyczność sztuki Wyspiańskiego: „Wyspiański był odkrywcą wielu wartości, których się nie bierze pod uwagę, a które są wartościami uniwersalnymi. Natomiast bierze się pod uwagę jego zaangażowanie narodowe, jego zaangażowanie w historię, religię, w jakiś antyk. Nic nie zrobiono, aby Wyspiański stał się wielkością światową. Nawet europejską! Zaczęto od stwierdzenia, że Wyspiański był wielki, po czym klęcząc przed Wyspiańskim, stworzono o nim legendę, a ta legenda Europy i świata nic nie obchodzi!”.

    Sposobem na przekroczenie obiegowego, „pomnikowego” wizerunku Wyspiańskiego, który „stąpa na szczudłach i smakuje jak surowa marchew” (to słowa z jednego z esejów Czesława Miłosza), może się okazać lektura jego zapisków, listów i artykułów. Zdaniem prof. Jacka Popiela: „ostatnie lata dowodzą, jak wielkim dziełem Wyspiańskiego są listy […]; edycja listów pod redakcją Marii Rydlowej, będzie, jak sądzę, coraz bardziej odkrywana.”
    Artysta jawi się w nich w całym bogactwie swojej osobowości, a jego poglądy okazują się niezwykle śmiałe i aktualne.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Bardziej „uniwersalna” była twórczość plastyczna Wyspiańskiego.
      Jego dramaty jednak zajmowały się głównie materią „narodową” – co jednak może tworzyć pewną hermetyczność jego sztuk, zdecydowanie bardziej zrozumiałych w Polsce, niż za granicą.

      Ale, że Wyspiański wielkim artystą był, to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości.
      Nie przeszkadza mi jego legenda w Polsce – a tym bardziej nie przeszkadzało by mi to, gdyby stał się on „wielkością światową”.

      Nigdy by mi nie przyszło do głowy porównanie wizerunku Wyspiańskiego z surową marchwią. To że jego autorem jest Miłosz, nie znosi moim zdaniem jego niedorzeczności (to już na rzeczy bardziej były te szczudła.

      Chętnie zapozanm się z listami Wyspiańskiego – i nie miałbym nic przeciwko temu, aby poświadczyły one o bogactwie osobowości Wyspiańskiego, tudzież o śmiałości i aktualności jego poglądów (mam nadzieje, ze nie byłaby to ta śmiałość, która mu kazała w „Wyzwoleniu” nawoływać do czystości krwi, szowinizmu (zarówno patriarchalnego, jak i narodowego) i święcenia krwawych noży.

  4. Saloon24 Says:

    Kiedy byłem w liceum obowiązywał standardowy pakiet lektur o zabarwieniu patriotycznym. Oprócz tych wszystkich Mickiewiczów, Słowackich czy Żeromskich był i Stanisław Wyspiański ze swoim „arcydziełem” pt Wesele. Oczywiście przebrnąłem przez te urojenia bez trudu, kiedy jednak przyszedł dzień sprawdzianu, którym miało być wypracowanie na temat dramatu, postanowiłem napisać przy okazji co o tej lekturze sądzę. Biorąc pod uwagę stopień jaki za owo wypracowanie uzyskałem gra nie była warta świeczki ale przynajmniej po dziś dzień mam satysfakcję, a moja była polonistka pewnie zapamiętała to (zarówno samo wypracowanie jak i mój późniejszy występ) do końca życia.

    Temat rozprawki odnosił się do symboliki w Weselu i po napisaniu tego co trzeba postanowiłem dodać jeszcze moją opinię na temat dramatu. Bardzo zadowolony z rezultatów swojej pracy czekałem jak odniesie się do tego elaboratu polonistka. Kiedy nadszedł „dzień wypłaty” odebrałem kartkę z wypracowaniem pod którym widniała duża czerwona dwója (najniższym stopniem było wtedy ‘jeden’ och jakaż litościwa była nauczycielka) oraz tekst na pół strony A4 w którym pani przekonywała mnie dlaczego się mylę. Na końcu widniało zdanie „opinia o dramacie kompromitująca”. Podszedłem do niej by zapytać czy ocenę dostałem za to że źle odniosłem się do symboliki czy za opinię, na co usłyszałem że ocena jest „za odbiór”. Nie dawało mi to spokoju i na tej samej lekcji kiedy polonistka omawiała nasze wypociny postanowiłem „zaatakować” przy całej klasie.

    Do końca tej lekcji kłóciłem się z nauczycielką o Wyspiańskiego i jego bzdurny zresztą, nie wart nawet dogłębnej analizy poemat, jak o coś naprawdę ważnego. Nie obchodziło mnie czy zaraz wstawi mi „pałę” czy będę miał przechlapane na maturze, po prostu postanowiłem bronić swojego zdania. Możecie mi wierzyć nie było to proste bez wsparcia klasy gdzie przytłaczającą większość stanowiły dziewczyny i to albo takie które miały wszystko w d… albo wystrachane lizuski. Broniłem swojego zdania zaciekle, nie wiem czy starczyłoby mi nerwów by się tak wykłócać przy Mickiewiczach i Słowackich natomiast przy Wyspiańskim już po prostu nie wytrzymałem. Może gdybyśmy wcześniej nie omawiali Dziadów i Konrada Wallenroda to i z większym spokojem podszedłbym do Wesela ale dotarło to mnie, że do samego końca nauki będziemy przerabiać tego typu bzdury (szczęśliwie dla wytchnienia był też Ferdydurke i Sklepy Cynamonowe).

    Nie wiem ile potrzeba złej woli i politycznego zacietrzewienia by wciskać młodym ludziom takie rzeczy jak Wesele czy Dziady u progu nowego stulecia czy teraz na początku lat 2000. Niechże ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy, bo naprawdę karmi się młodych Polaków tak niskich lotów grafomaństwem, gdzie jedno co może wygenerować u samodzielnie myślącego młodziana to śmiech albo wzruszenie ramion. Ojczyzna stoi przed innymi wyzwaniami, mamy po stokroć ważniejsze problemy na głowie, po co katować młodych ludzi tymi rusofobicznymi pierdołami? Mickiewicz miał wizje, Wyspiański miał wizje, to chyba był taki patent pod zaborami, kiedy Żeromski pisał o szklanych domach, przynajmniej poddał to jakiejś analizie, ale mesjańskie wizje, duchy, zjawy widma, a wszystko to podlane quasi patriotycznym sosikiem jest wybitnie ciężkostrawne i nieprzystające do naszych czasów.

    Nie wiem co obecnie w młodych ludziach wywołują te lektury, ale idę o zakład że gdyby któryś zdobył się na odwagę mielibyśmy scenę rodem ze wspomnianego zresztą Ferdydurke gdzie uczeń Gałkiewicz przekonuje profesora Bladaczkę, że Słowacki go nie zachwyca ale nudzi i że wszystkich nudzi, nikogo to nie obchodzi itd. W dzisiejszych czasach nie można narzucać młodym co ma ich zachwycać, zresztą efekty tego typu edukacji nigdy nie były zadowalające o czym pisałem już przy okazji „patriotyzmu wieszczów” ale w czasach obecnych to już totalny anachronizm. Podoba mi się jednak inne Wesele, film Wojciecha Smarzowskiego z 2004 roku. Bo powiedzcie sami, czy dzisiejsze wesela wyglądają tak jak za czasów Wyspiańskiego czy bliżej im do tego co pokazał Smarzowski w swoim obrazie? To raczej Polska pokazana przez Smarzowskiego jest dzisiaj realnym problemem i tę Polskę należy zmieniać.

  5. WYTARGAĆ Z SIEBIE TO, CO W ŚRODKU GRA… | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Spotkanie odbyło się w Teatrze Chopina w Chicago, 21 sierpnia, 2016 r., po spektaklu  „A kyz tyz ta Polska, a kaz ta?”, o którym przeczytać można w poprzednim wpisie TUTAJ. […]

  6. lemarc Says:

    Gombrowicz o Wyspiańskim:
    „Nuda tych dramatów (…) Wyspiański jest jednym z największych wstydów naszych, gdyż nigdy nasz podziw nie rodzi się w podobnej próżni, oklaski, hołdy, wzruszenia nasze w tym teatrze nie miały nic wspólnego z nami. Jaki był sekret tego triumfu? Wyspiański (…) zaspokajał potrzeby, ale były to potrzeby jak najdalsze życiu indywidualnemu, potrzeby Narodu. Naród potrzebował posągu. Naród domagał się wielkiej sztuki. Dramatyczność narodu domagał się narodowego dramatu. Naród potrzebował kogoś, kto by w sposób wielki celebrował jego wielkość. Wyspiański, przeto stanął przed narodem i powiedział: Oto mnie macie! Żadnej małości, sama wielkość i w dodatku z greckimi kolumnami.”
    Ta bezpardonowa krytyka „Wesela”, dramatu uważanego za genialne dzieło, odkrywa przed nami innego Gombrowicza. Uznanie sztuk Wyspiańskiego bierze się – według niego – z potrzeby leczenia narodowych kompleksów. Jednak takie poczucie dumy narodowej i uparte poszukiwanie bohaterstwa w niedawnych dziejach nie prowadzi – zdaniem Gombrowicza – do niczego dobrego. Polacy w ten sposób czują się zagubieni w bezmiarze kosmosu, całkowicie bezradni wobec szybko zmieniającej się sytuacji.”


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s