UDRĘKA I EKSTAZA

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

Znacznie bardziej i głębiej porusza nas – a niekiedy wręcz nami wstrząsa – to, co jest rezultatem smutnej albo wręcz bolesnej refleksji nad światem, doświadczeniem cierpienia…
Może właśnie dlatego, iż (podświadomie) uznajemy, że istotą naszej (ludzkiej) egzystencji jest tragizm?

Czy nasze życie nie jest przypadkiem ciągłą polemiką – wadzeniem się, dyskursem – z owym narzuconym nam przez narodziny tragizmem losu?

Czy nasza afirmacja życia nie jest ciągłym zaprzeczaniem tragiczności wiszącego nad nami fatum (śmierci, unicestwienia)?

A może dobrze byłoby uświadomić sobie to, że samo poczucie tego tragizmu jest jednak złudzeniem?

No tak, ale wtedy za złudzenie uznać musielibyśmy także nasze poczucie szczęścia i radość.

Mimo wszystko nie mógłbym się zgodzić z tym, że cierpienie i absurd definiuje ludzkie życie. Moim zdaniem definicja ta powinna uwzględniać także inne aspekty ludzkiej egzystencji – np. poczucie szczęścia, zdolność do miłości, zachwytu nad pięknem… Być może właśnie stąd wynika moja niechęć (czasem wręcz nawet sprzeciw) wobec twórczości jednoznacznie negatywnej, nihilistycznej… jednym słowem – beznadziejnej.

*

Nie wypada się z naszym cierpieniem „obnosić”, narzucać go innym ludziom, ogłaszać go wszem i wobec, ale też nie należy się go wstydzić, za wszelką cenę ukrywać…
Pożądane jest więc – jeśli już zdarzy się nam cierpienie – cierpieć tak „w sam raz”. (Oczywiście jest w tym oświadczeniu pewien sarkazm.)

Tylko co zrobić z cierpieniem, które nas przerasta? Nie każdy przecież ma możliwość – taką jak miał np. Hiob – by rozmawiać o swoich nieszczęściach z Bogiem, a nawet… z drugim człowiekiem.

*

Należy robić wszystko, by nasze cierpienie nie „negowało” szczęścia, radości, empatii, otwarcia… I to nawet nie z powodów altruistycznych ale egoistycznych: jeśli bowiem zanegujemy te wartości, to one niejako nas „opuszczą”.

*

Nie wszyscy są w stanie wypełnić „przepaść” (nad jaką wszyscy stoimy) Bogiem.
Co im pozostaje?
Czy można się dziwić, że można wtedy zacząć myśleć o nicości, pustce…  całej tej otchłani – udręce ludzkiej samotności w przepastnych otchłaniach Kosmosu?

*

Czytam ciekawe rozważania o cierpieniu, których autorem jest Bogusław Nowak. Ich autor zwraca uwagę przede wszystkim na cierpienia psychiczne (zwane też prze niektórych ludzi „duchowymi”) i ich relatywizację, mówiąc, że to, czy coś jest dla nas źródłem cierpienia, zależy od okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, od wartości jakie uznajemy – czyli od naszego subiektywnego podejścia do tego, co może być (jest) przyczyną cierpienia. (Nie mówimy tu oczywiście o cierpieniu, które jest związane z bólem „fizycznym”, somatycznym – bo z tym stosunkowo łatwo można sobie poradzić, a ponadto nie ma on właściwie takiego znaczenia egzystencjalnego, jak ból „psychiczny”.)

To wszystko powinno nam uświadomić, że jednak warto o cierpieniu rozmawiać, bo jest ono uwarunkowane kulturowo – czyli przez czynniki, na które mamy wpływ i które w zasadzie sami tworzymy. Innymi słowy, zależy ono także od tego, co sami wybraliśmy. Czyli mamy jednak wpływ na to, czy coś nam sprawia cierpienie, czy nie.

Doskonałych przykładów radzenia sobie z tym cierpieniem „egzystencjalnym” mogą dostarczyć np. filozofie Wschodu, a zwłaszcza buddyzm, który bywa jednak bardzo skuteczny (medytacje, odpowiedni stosunek do świata, życia i innych ludzi) w redukcji, a nawet i eliminacji tego cierpienia.

*

Ktoś, z kim rozmawiałem o cierpieniu, oświadcza na koniec naszej rozmowy: „Piszę to w dniu, kiedy w Polsce wybuchło niespodziewanie lato, kiedy rozmyślania o cierpieniu przegrywają z jazdą na rowerze po pachnącym i zielonym lesie. Jest teraz jasno, ciepło i dobrze. I chcę być szczęśliwa.”

Tak, właśnie takie chwile sprawiają, że mimo wszystko kochamy życie, potrafimy zachwycić się światem, dostrzec jego piękno, możemy poczuć się szczęśliwi. Takie momenty warto pielęgnować, bardzo sobie cenić, być wdzięcznym (Bogu, losowi, przypadkowi, życiu, własnej wrażliwości, zdrowiu…) za to, że możemy ich doświadczać, poczuć, doznawać…

Ale przecież mamy też świadomość tego, że są to tyko chwile i że życie jest bardziej złożone, że oprócz radości jest też cierpienie a „ciemna” strona jest tuż za „jasną”. Tak, jak to jest w słynnym haiku Issy:

Nigdy nie zapominaj:
Chodzimy nad piekłem
Oglądając kwiaty.

Jednakże nie chodzi tu o jakieś umartwianie się, posypywanie głowy popiołem, poddawanie się cierpiętnictwu, rozdrapywanie egzystencjalnych ran i przejmowanie się wszystkimi nieszczęściami i całą nędzą świata. Chodzi według mnie o pewną… wyważoną mądrość, o pełniejszą świadomość tego, czym jest ludzkie życie, o empatię (o nie zapominanie jednak o tym, że – nawet jeśli mi w danym momencie, czy okresie życia nie cierpimy, może nawet czujemy się szczęśliwi – to jednak cierpią inni ludzie, i że to cierpienie w olbrzymich ilościach jest jednak obecne w ludzkim świecie).

Myślę, że do tego, by poczuć się pełnym człowiekiem, taka świadomość jest niezbędna i nie można o tym zupełnie zapominać, wyrzucając to całkowicie z naszego pola widzenia. Bo ta świadomość nas jednak pogłębia, uczy właśnie empatii, sprawia, że bardziej jesteśmy w stanie zrozumieć innego człowieka.

Wydaje mi się, że ja bym podziękował jednak za taką „cielęcą” szczęśliwość beztroskiego motylka wąchającego tylko kwiatki – zapominając o wszystkim, nie wiedząc i nie widząc niczego, co mogłoby mi owo „cielęce” poczucie szczęścia zburzyć. Jeśli miałbym do wyboru: być w ten sposób „szczęśliwym” kosztem wiedzy lub wiedzieć kosztem szczęścia, to wybrałbym jednak to drugie. Bo wolę jednak wiedzieć „z czego się żyje” – nawet kosztem poczucia własnego szczęścia.

*

Czy dobrobyt, (w którym ponoć żyjemy współcześnie) daje nam szczęście i zaspokaja nasze poczucie sensu życia? Czy te wszystkie namiastki i ersatze, którymi karmimy się na co dzień, udawanie beztroski albo narkotyzowanie się byle czym (np. kulturą masową, medialno-plotkarską polityką, konsumpcjonizmem, wirtualnymi światami…) – czy to wszystko może sprawić, że będziemy mogli żyć życiem bardziej szczęśliwym, pełniejszym i satysfakcjonującym?
Wątpię.

*

Być może cierpienie nie jest warunkiem koniecznym tworzenia, ale jednak, biorąc pod uwagę biografię wielu największych twórców i artystów w dziejach sztuki (wliczając w to pisarzy), jest ono w ich życiu istotnie i znacząco obecne.
To cierpienie przenika przecież także całe epoki (np. romantyzm, barok, secesja…), stanowiąc jeden z ich głównych rysów. Niewątpliwie dzieje się tak również dlatego, że cierpienie jest nieodłącznym elementem La Condition humaine – bo jakiemuż człowiekowi nie jest ono znane?

Artyści są tutaj w tej lepszej (?) sytuacji, że mogą poddać cierpienie twórczej transformacji (wyrazić je przed światem, tworząc jednocześnie coś wartościowego dla kultury, coś cennego dla innych). „Zwykłemu” człowiekowi jest pod tym względem trudniej. Choć jeśli się odbiera sztukę (literaturę, muzykę, film…) i jest się w stanie ją „przeżywać”, to wynikające stąd doświadczenie katharsis jest dostępne nie tylko twórcom, ale i odbiorcom sztuki.

*

Natura wdzięczy się i uwodzi wszystkich nas kwiatami. To, że jesteśmy czuli na ich piękno – odbieramy je i się mu poddajemy – to jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo jednak jesteśmy z tą Naturą nadal związani, będąc przecież jej częścią, mimo cywilizacyjnej „emancypacji”.

*

Racją istnienia każdej wiary jest nadzieja na coś lepszego niż to, co spotyka nas w życiu. I to „coś lepszego” ma nas spotkać po śmierci.

Wiara jest też czymś co zastępuje ludziom wiedzę tam, gdzie ona nie sięga.

*

Wczoraj trafiłem na blog osoby, która zmarła na raka parę dni temu. Zaczytałem się, przejąłem… Bliskość śmierci, cierpienie, rozpacz…

To jedno z tych doświadczeń, które zdzierają z nas wszelkie maski, godzą w nasze wrażliwe centrum, rysuje w naszej duszy (wnętrzu) najgłębsze doświadczenie życia i śmierci.

Ale dzięki tej świadomości jestem też wdzięczny (komu? czemu?) za każda przeżytą chwilę.

*

Poraża mnie cudowność życia (choć przerażenie tym życiem też nie jest mi obce).

*

Według mnie każde wybitne dzieło sztuki jest w pewnym sensie moralitetem – tzn. czymś konstytuującym wartości naszej kultury. A to wymaga od twórcy zajęcia konkretnej pozycji – niekoniecznie sędziego expressis verbis, ale właśnie sugerującego swoją pozycję, zdanie, postawę… A to zawsze zawiera w sobie pewien osąd.

Może właśnie sztuką jest to, aby ów sąd niejako ukryć, albo go zniuansować, nie wypowiadać wprost?

*

Film Cristiana Mungiu Za wzgórzami. Głównym jego dylematem jest kwestia wolności człowieka w konfrontacji z jego wiarą i okolicznościami, w jakie wepchnęło go życie. Na ile wiara człowieka jest determinowana przez warunki w jakich przyszło mu żyć? Czy miłość do Boga musi konkurować z miłością do człowieka – a nawet ją wykluczać? Czy dobro, jakie daje człowiekowi wiara (i religia), zbyt łatwo nie zamienia się w zło, które zniewala i niszczy – zarówno jego samego, jak i innych ludzi? Jakie są źródła władzy i czym jest władza w kontekście religii? Gdzie kończy się wiara a zaczyna przesąd – i czy istnieją między nimi jakieś wyraźne granice. Czy warunki egzystencji i sama ludzka kondycja nie wymuszają na człowieku irracjonalnych zachowań? Czym jest Zło, kim jest Diabeł? Czy nieświadomość czynienia zła może zwolnić kogoś od winy, a tym samym i kary?
To nie są błahe pytania.

Wydaje mi się, że Mungiu zrobił ten film dlatego, aby uświadomić nam jednak, że ludzkie intencje czynienia dobra prowadzą czasami (często?) do tego, że człowiek wyrządza zło. Że tak naprawdę klasztorna klauzula, mimo ujmowania ludzi w ścisłe ramy i narzucająca im określony sposób zachowania (a nawet myślenia), może wprowadzić do ludzkich głów zamęt. Że ludzie, tak naprawdę, chroniąc się w murach klasztoru przed prawdziwym życiem (uciekając przed światem?) nie zaznają tam spokoju i nie doznają wolności, a wręcz przeciwnie: stają się (mogą się stać?) zniewoleni nie tylko przez monastyczny reżim, ale też i przez własne lęki i obsesje… Że religia ma ścisły związek z władzą, i że w dzisiejszych czasach bardziej jest przesądem, niż depozytariuszem tradycyjnych wartości… etc.

Oczywiście, że takie podejście reżysera, (które pozwala nam to wszystko sobie uświadomić) zawiera już w sobie pewien moralny osąd, jednakże Mungiu, jako twórca świadomy pułapki wykładania wszystkiego wprost (nachalnie, stronniczo, ostentacyjnie…) swoją pozycję (sąd, wyznawane wartości) niejako kamufluje – wprowadzając argumenty (fakty, motywy, zachowania, słowa…) wspierające „drugą stronę” (stąd ludzka, „niewinna”, a nawet dobrotliwa twarz tych, którzy de facto główną bohaterkę filmu uśmiercili). Muszę się przyznać, że kiedy to sobie uświadomiłem, to pomyślałem nawet o pewnej manipulacji widzem – a przecież można na to spojrzeć zupełnie inaczej: a mianowicie jak na artystyczny zabieg, do którego przecież reżyser ma prawo, a nawet obowiązek.

Lecz z tego wszystkiego bierze się u mnie wahanie: jest w tym filmie osąd reżysera, czy też go nie ma?
Otóż można się tu pokusić na odpowiedź: tak, ten osąd jest, a zarazem go nie ma. Co może wygląda pokrętnie, ale chyba wynika to z natury samej sztuki, która cała jest przenikaniem się prawdy i kłamstwa, pozy i autentyczności, dosłowności i niedomówień, oczywistości i kamuflażu…

*

Wywiad z Woody Allenem. Zastanawiam się nad fenomenem tego reżysera i przychodzi mi do głowy coś nowego – taki mały (a może i wielki?) paradoks. Oto Allen przyznaje się, że jest „bezwstydnym złodziejem” (bo „kradnie”, czy też – nazywając to bardziej elegancko – zapożycza, i to od tych najlepszych: Bergmana, Chaplina, Keatona, Felliniego i in.), a mimo to sam pozostaje nie do podrobienia. Myślę, że coś takiego może być udziałem jedynie wielkiej indywidualności.

No i jeszcze sprawa tego jego (legendarnego już) neurotyzmu.
Ależ oczywiście, że Woody Allen jest neurotykiem (choć sam temu zaprzecza). Mało tego: on jest współczesnych neurotyków królem! Tyle, że od klinicznego neurotyka różni go to, iż jest on człowiekiem niesłychanie kreatywnym, który ten neurotyzm potrafi zaprzęgnąć jak konia pociągowego dla swojej twórczości. Innymi słowy, on ten swój neurotyzm ujeżdża jak łysą kobyłę.

Być może Allen wypiera się neurotyzmu, gdyż zwykle kojarzony jest on z chorobą – a przecież nikt nie chce uchodzić za człowieka nerwowo chorego. Ale akurat w jego przypadku bycie neurotykiem utożsamia się z byciem człowiekiem twórczym.
Zresztą: któż z nas nie jest neurotykiem?

*

Bardzo często odbiór jakiegoś filmu jest po prostu kwestią naszego nastawienia – do reżysera, aktora, tematu… wreszcie do samego filmu. (To zresztą odnosi się także do odbioru każdego wytworu sztuki.) Także kwestią samopoczucia, okoliczności, momentu, w jakim znajdujemy się w życiu…

Odbiór sztuki to jednak sprawa bardzo indywidualna, czasem nawet kapryśna, zależna od tzw. przypadku… sugestii, autosugestii, predyspozycji – niekoniecznie wiedzy.
Chodzi chyba o to, aby w tym wszystkim odnaleźć jakiś wspólne, kluczowe, w miarę obiektywne kryteria, które mogłyby nam pomóc w formowaniu i dzieleniu się bardziej przemyślanymi, głębszymi i adekwatnymi opiniami – które wcale nie muszą być przez to wyrachowane, niespontaniczne.

*

Odnoszę wrażenie, że często to, co ma się ludziom podobać, musi być niejako zatwierdzone przez jakąś instytucję: czy to popularny program telewizyjny, czy też muzeum, operę, filharmonię, wystawę…
Generalnie rzecz biorąc, większość ludzi odbierając sztukę (zwłaszcza masową, ale też i tę „elitarną”) ma tylko złudzenie tego, że myślą samodzielnie, a tak naprawdę poddają się jedynie modzie, sugestii, snobizmowi, pozie…
I co ciekawe: niekiedy zaczyna to nabierać znamion autentyzmu.

*

Wracam do tych kanonów sztuki z uporem maniaka bo zdaję sobie sprawę, że właśnie one stanowią punkt odniesienia, bez którego wszelka dyskusja o sztuce jest niemożliwa (gdyż samo pojęcie sztuki traci wtedy swój sens). A generalnie rzecz biorąc, we współczesnej sztuce dotychczasowe kanony (normy) zostały zniesione (lub rozbite) w imię (moim zdaniem fałszywie rozumianej) wolności artystycznej. Tym sposobem wolność zamieniła się w dowolność a to z kolei w pewien rodzaj rozwolnienia, dzięki czemu do galerii i muzeów zaczęło trafiać dosłownie wszystko: począwszy od muszli klozetowej, przez wszelkiego rodzaju śmieci i złom, po zupełnie nieczytelne bohomazy (lub zgoła puste płótna), o prawdziwym gównie nie wspominając (Manzoni). Osobną działkę stanowi cała masa niedorzecznych instalacji lub jednorazowych pomysłów tak często banalnych i trywialnych, że aż rozbrajających.

Ktoś właśnie zarzucił mi „renesansowość” – ponoć z tego ma wynikać moje „niezrozumienie” sztuki współczesnej.
No właśnie, to co jeszcze nie tak dawno byłoby powodem do chluby, teraz staje się zarzutem. Czy ja się mam wstydzić otwarcia na człowieka, zamiłowania do piękna i harmonii, szacunku dla mistrzostwa, skłonności do ustalenia (i respektowania) pewnych kanonów estetycznych, respektu dla klasyki…?

Ale przecież moje postrzeganie sztuki nie jest tylko „renesansowe”, bo doceniam także znaczenie w niej np. brzydoty, spontaniczności, poszukiwanie nowych dróg… Równie dobrze mogę się zachwycać harmonijną i doskonałą kreską Rafaela, co ekspresyjnie drapieżnym szkicem Egona Schielego, albo delikatnym sfumato Leonarda i prowokacyjną kontrastowością płócien Maneta, Degasa czy Toulouse-Lautreca… Jednym z najbardziej cenionych przeze mnie malarzy malarzy jest np.Van Gogh – artysta raczej odległy od klasycznego zrównoważenia, a przecież człowiek będący artystą par excellence. A przy tym wielkim humanistą.

Zamykamy się, szufladkujemy – węszymy kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem… Budujemy między sobą ściany choć nie jest to wcale konieczne.

*

Czy sztuka może istnieć bez człowieka?

Pojęcie sztuki z konieczności zawężamy do naszego ludzkiego świata. Sztuka jest elementem kultury, której twórcą jest właśnie człowiek. Poza naszym światem, czyli bez ludzkiej perspektywy – sztuka przestaje istnieć (bo nie ma wtedy ani twórcy ani odbiorcy).
No chyba że weźmiemy pod uwagę perspektywę boską (ale ona jest przecież dla nas niedostępna).

*

Lubię trzymać w ręku piękne przedmioty – a jeśli to niemożliwe, to choćby patrzeć na nie, czuć ich obecność, poddawać się ich formie…
Ale nie jest to tylko sensualne wrażenie – lubię sobie wyobrażać, że przedmioty także mają coś w rodzaju duszy. Dlatego możemy wejść z nimi w pewien związek – nie tylko fizyczny.
Czasem może być to zwykłe, proste, gliniane naczynie – ślad czyjegoś istnienia.
Dowód na istnienie własne?

*

Androgyne – pełnia czy ułomność?

*

Po co mężczyźnie sutki?

Stuprocentowy mężczyzna i stuprocentowa kobieta to ekstrema nienaturalne, czyli w przyrodzie niewystępujące.

W każdym mężczyźnie jest anima (pierwiastek kobiecy), w każdej kobiecie zaś animus (pierwiastek męski).

*

Świat w rzeczywistości – jako całość – pozbawiony jest płciowości. Stąd wynika nasza semantyczna dezorientacja, kiedy usiłujemy go nazwać i opisać słowami innymi, niż rodzaj nijaki.

Dlaczego siła jest rodzaju żeńskiego a strach męskiego?
Dlaczego np. Księżyc jest w naszym kraju męski a już np. u Anglosasów kobiecy?

Świat w swojej istocie jest bezpłciowy, jakkolwiek kłóciłoby się to z pejoratywnym wydźwiękiem, jaki nadajemy temu słowu.
Bezpłciowy, czyli pełny.

*

Męski, kobiecy…
Atrybuty płci nie mają metafizycznego zastosowania.
Wbrew temu, co sądził Schopenhauer, nie ma, moim zdaniem, czegoś takiego jak „metafizyka miłości płciowej”. Jest tylko metafizyka miłości.

A jednak w naszej kulturze pojęcia „męstwo”, „kobiecość” wydają się być czymś esencjonalnym – konstytuować jakieś centrum, stanowić punkt odniesienia.
Stąd wynika nasz sprzeciw (niechęć, awersja) wobec „bezpłciowości”, czy też „dwupłciowości”.
Stąd dyskryminacja (tępienie, nienawiść, odrzucenie) homoseksualisty; stąd ośmieszenie (wyszydzenie) transwestyty czy transseksualisty.

*

W politeizmie daje się zauważyć większą tolerancję dla homoseksualizmu, niż w monoteizmie. Także dla hermafrodytyzmu.

Jednakże bezpłciowość aniołów łagodzi nieco odium seksizmu wśród zastępów oddających cześć jednemu, patriarchalnemu Bogu.

*

Dlaczego przydajemy płeć Bogu?
(Innymi słowy: jaki sens może mieć płeć Boga?)

*

Nie znam nic piękniejszego i bardziej ekstatycznego niż widok nagiego kobiecego ciała wyłaniającego się z mroku niedostępności – jaśniejącego erotycznym blaskiem w tym jednym spazmatycznym momencie (mikro)kosmicznego zespolenia.

Podejrzewam, że osoby homoseksualne również mogą odczuwać podobnie.
I jest to naturalne.

*

Androgynia jest czymś bardziej totalnym, niż jednopłciowość, która zresztą pociąga za sobą pewne wyobcowanie – podobnie jak wyobcowany może stać się człowiek, który nie godzi się na swoje seksualne zdeterminowanie.

*

Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, dopiero później istotami płciowymi.

*

Wbrew temu, jak byśmy mocno chcieli zaprzeczyć, podobieństwa nasze (nas – czyli istot uważających się za „mężczyzn” i za „kobiety”), spotykają się w hermafrodycie.

Erotyzm nie jest tylko funkcją płciowości, czy też koniunkcją odrębnych płci.
To wzajemna atrakcja poszukujących się kawałków układanki zwanej życiem.

Genitalia nie muszą tu mieć coś do rzeczy.

*

Moja znajoma S. napisała kiedyś do mnie (w związku z poruszonym przeze mnie tematem hermafrodytyzmu): „Niedawno szukałam w bibliotece książek polecanych mi przez ciebie, ale że są nieosiągalne więc zaprzyjaźnione ze mną panie bibliotekarki podsunęły mi pokrewną w temacie Nieoczekiwaną zamianę płci Cezarego Harasimowicza. Najpierw książka okropnie mnie nudziła i nie mogłam zmęczyć pierwszych dziesięciu stron, ale że nurtowała mnie ciekawość dlaczego panie, które wiedzą co lubię czytać, podsunęły mi takie badziewie, więc byłam uparta.
Właściwie było warto, choć książka sama w sobie nie jest jakimś białym krukiem. Dobrze się bawiłam przez jedno popołudnie, bo dowcipnie została pokazana zamiana płci między prezydencka parą RP.
Jak to parafrazował Harasimowicz, kobieta i mężczyzna mogą bardzo się starać zrozumieć druga stronę, ale jednak nie da się zmienić faktu, że „wy jesteście z Marsa, a my ze Snikersa”.

Na co odpowiedziałem (chyba jednak zbyt serio): Tak, sprawą „zamiany płci” można się nieźle bawić, ale niestety, dla dotkniętych płciowym „niedookreśleniem” ludzi, jest to ciągle tragedia (głównie wskutek naszych stereotypowych wyobrażeń o płciowości człowieka i społecznemu, ciągle mającemu miejsce, ostracyzmowi osób o niejednoznacznie zdeterminowanej płci).

A dlaczego tak się dzieje?
Otóż właśnie dlatego, że (nadal) zbyt mocno nasze człowieczeństwo identyfikuje się z płcią. Nie traktuje się „obojniaka” jako człowieka, tylko jak jakiegoś dziwoląga, „wybryk natury”, czemu zresztą, często podświadomie, poddaje się on sam – sam za takiego się uznając, i przez to cierpiąc, bo społeczeństwo nie przewidziało dla niego – w tej postaci – żadnej roli.

A przecież wcale tak nie musi być. Bowiem traktowanie człowieka w związku z jego płciowością, to tylko kwestia kultury, obyczajowości, podejścia do ludzkiego seksualizmu… (a więc tego co jest względne – co się kulturowo zmienia, i co kreujemy my sami – jako ludzka społeczność).
W Azji osoby transseksualne traktowane są zupełnie inaczej (bardziej tolerancyjnie), niż to odbywało się w naszym kręgu kulturowym – i to do niedawna.

Można jeszcze raz powtórzyć: na człowieka trzeba patrzeć przede wszystkim jako na istotę ludzką, a nie płciową. Innymi słowy: płeć jest w człowieku czymś wtórnym, drugorzędnym wobec jego człowieczeństwa – co oczywiście nie znaczy, że nieważnym.

Naturalnie płciowość ma swoją wartość – co jednak wcale nie musi wiązać się z wartościowaniem „lepszy – gorszy”.

Powoli dochodzimy do uświadomienia sobie tego, ale „obciążeń” cywilizacyjnych (kulturowych), pod tym względem, nie da się, ot tak – z dnia na dzień – przeskoczyć.

*

W poezji, według mnie, bardzo ważne są autentyzm oraz szczerość.
Poezję, w moich oczach weryfikuje coś, co dawniej nazywało się „natchnieniem” (niestety, strasznie staroświeckie, zbanalizowane i wyświechtane to pojęcie) – czyli moment (chwila), kiedy człowiek ma wrażenie, iż – tylko proszę się nie śmiać! – wstępuje w niego jakiś „duch”, ogarnia go jakaś zewnętrzna (wewnętrzna?) siła i napięcie; że przechodzi on niejako na inny stopień świadomości, gdy wszystko zaczyna postrzegać w innym nieco świetle – poddając się czemuś w rodzaju lirycznej iluminacji.
Oczywiście nie wszystko jest poezją, ale w takim momencie wszystko zaczyna wydawać się poezją.

Bycie poetą to właśnie możliwość doświadczania takich stanów.
Według tej definicji, poetami bywają także ci, którzy – z różnych przyczyn – nie zapisują takich stanów w słowach; także ci, którzy te stany zapisują za pomocą np. barw (malarze), kształtów (rzeźbiarze), dźwięków (muzycy)… etc.

A jeśli chodzi o podatność na poezję?
Najgłębiej (i najbardziej autentycznie) można ją przeżyć (odebrać) wtedy, kiedy samemu jest się zdolnym do wejścia w stan przypominający właśnie „natchnienie”, „flow”, czyli, poniekąd zestroić się z poetą, odtwarzając (we własnej „przestrzeni duchowej” – czyli wrażliwości, wyobraźni…) ów specyficzny i unikalny moment, w którym powstał wiersz.

Konkludując: poezja nie znosi udawania.
(A może ja tylko piszę o jednym z rodzajów poezji?)

*

Temat poezji to jednak skomplikowany temat.

Moim zdaniem, w żadnej innej sferze literatury nie jest tak ważna szczerość i autentyzm odczucia, jak właśnie w poezji. Wprawdzie są tacy, którzy tworząc „poezję” zaczynają (po jakimś czasie, rutyniarsko) stosować swoje warsztatowe sztuczki, ale to jest – jakimś szóstym zmysłem – do przejrzenia i taka poezja, moim zdaniem, się kompromituje i lirycznie unicestwia.

Podobnie nie uznaję poezji, która powstaje w sposób „mechaniczny”, drogą nazbyt luźnych (a dowolnych) skojarzeń; również takiej, która lekceważy formę, nacechowana jest językową dezynwolturą i swoistym „widzimisizmem”…

*

W poezji polskiej istniał nawet (w okresie międzywojennym) kierunek zwany autentyzmem, postulujący, iż przedmiotem poezji może być tylko to, co stanowi osobiste przeżycie autora, a więc wywodzące się z jego własnych doświadczeń życiowych – odnoszące się tylko i wyłącznie do jego osoby i otoczenia, w którym żyje.

Moim zdaniem jednak to nic innego, jak narzucenie poezji drastycznego ograniczenia – pętanie jej, ujarzmianie, wtłaczanie we własne, dość ciasne podwórko z mocno ograniczoną perspektywą. Jednym zdaniem – pozbawianiem poezji jej istoty, czyli mocy, którą czerpać może ona z bezgranicznej swobody myśli i wyobraźni. (Nic dziwnego, że postulowana przez „autentyków” szczerość i bezpośredniość, wyprowadziła ich głownie na wieś – bo do takiej tematyki, koniec końców, zaczęła się ograniczać ich twórczość.)

Jednakże, w moim pojęciu, warunkiem autentycznego doświadczenia poetyckiego (zarówno jeśli chodzi o tworzenie poezji, jak i jej odbiór) wcale nie musi być osobiste przeżycie – czyli własne doświadczenie życiowe. Natomiast bardzo przydaje się wyobraźnia, wrażliwość i empatia.

*

Sztuka (czyli w pewnym sensie, coś „sztucznego”) pozwala człowiekowi – wskutek ogromnej mocy ludzkiej wyobraźni i inwencji – na pewne wyzwolenie się od siebie samego (oczywiście, że będzie to zawsze do pewnego stopnia iluzoryczne), na próbę wejścia w obcą skórę, doświadczenia odmiennych stanów, wyobrażenia sobie alternatywnych osobowości, zaprzęgając przy tym swoją naturalną zdolność do empatii, współodczuwania, wykorzystując uniwersalność ludzkich uczuć…

Tołstoj nie musiał być kobietą, ani tym bardziej Anną Kareniną, by stworzyć jedną z najbardziej przejmujących (i tak! – autentycznych) kobiecych postaci, odtworzyć (w niezwykle przekonywujący sposób) jej ból, tragizm i cierpienie.
Podobnie Flaubert – choć sam powiedział, że „Pani Bovary to ja”, to przecież nie znaczy, że był kobietą, ale że wszedł w duszę swojej bohaterki, dzięki czemu potrafił oddać (autentycznie) jej odczucia, opisać je tak wiarygodnie – i to bardziej wiarygodnie niż niejedna kobieta, która by się znalazła w jej sytuacji.

*

Jeśli jakiś utwór (literacki, czy jakikolwiek inny) do mnie trafi, zachwyci mnie, spowoduje że przeżyję coś niezwykłego… to nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, czy napisała go kobieta, czy mężczyzna, ani też – czy napisał go człowiek chory czy też zdrowy, mulat, mańkut czy kaleka.

Dzieło sztuki pozostaje dziełem sztuki – bez względu na osobę twórcy, autora (w tym jego płci, czy stanu zdrowia), bez względu na okoliczności, w jakich powstało.

Mężczyzna może pisać z perspektywy kobiecej znacznie lepiej, niż zrobiłaby to kobieta (tzn. bardziej przekonująco… a wtedy „wydźwięk” tego co pisze może być bardziej kobiecy, niż w przypadku, kiedy autorem byłaby kobieta).
Jest to sprawa talentu, zdolności do empatii, wrażliwości, maeastrii władania słowem… a nie tego, czy ma się pochwę czy członka.

Tak więc: czytając jakiś wiersz, nie musimy od razu sprawdzać płci autora, ani nawet… znać jego nazwiska. Przy odbiorze danego utworu, nie powinno to mieć w zasadzie żadnego znaczenia. Liczy się artystyczna skuteczność, (czyli moc „wydźwięku” słowa).

*

Ktoś zwrócił mi uwagę na to, że regulaminy konkursów literackich wymagają tylko „podpisania” pracy godłem (pseudonimem). Jury nie wymaga podawania stanu umysłu wraz z danymi osobowymi (dane o autorze w osobnej zamkniętej kopercie opatrzonej godłem).
To jest trafna uwaga.
Chodzi o to, by nie sugerować się niczym innym, jak tylko wartością artystyczną utworu (odrzucając „dane osobowe” możemy mieć do czynienia niejako z artystyczną „nagą” prawdą).

Nie chcę jednak, by mnie tu źle zrozumiano.
Bowiem ja sam zazwyczaj zainteresowany jestem osobą twórcy (a w przypadku niektórych nazwisk – to nawet bardzo), często też okolicznościami, w jakich powstawał utwór, (gdyż interesuje mnie coś takiego jak psychologia twórczości) ale to jest jednak zupełnie inna sprawa.

Uważam, że wartość artystyczna utworu jest w pewnym sensie czymś autonomicznym w stosunku do osoby twórcy i warunków, w jakich powstawał dany utwór. Co nie znaczy, że nie może on nabrać dodatkowych znaczeń, niuansów i odcieni w konfrontacji z naszą wiedzą o autorze i okolicznościach, w jakich był tworzony.

*

Podczas jednej z naszych rozmów o muzeach Paryża, Cz. wspomniała o wspaniałym muzeum Rodina, gdzie znajduje się również wiele rzeź wykonanych przez Camille Claudel, rzucając taką oto uwagą: „Z całym szacunkiem dla Rodina, w zestawieniu z Camille, zawsze miałam wrażenie, że w jej pracach jest więcej polotu, subtelności i finezji…”

Byłem skłonny się z tym zgodzić.
Rodin był (jest) bardziej taki… solidny, zdecydowany, pewny, monumentalny, zwalisty (no tak się złożyło, że są to… surprise!, tzw. „męskie” cechy) – czasem także manieryczny i karykaturalny, (lecz, po prawdzie, która epoka nie jest manieryczna, a przesadna ekspresja – karykaturalna?). A jednak w pewnym okresie tworzyli oni (razem) bardzo podobnie (cóż, w końcu Camille była uczennicą Rodina).

W Camilli, zanim się poznali, musiało już tkwić ziarno szaleństwa, które wybuchło, kiedy zorientowała się, że Rodin już jej nie kocha tak namiętnie, jak dawniej (a może już w ogóle jej nie kochał?). Te wszystkie gwałtowne uczucia (łącznie z gorączką tworzenia) ją spaliły.
Jej historia mentalna przypomina biednego Nietzschego, który, podobnie jak ona, spędził kilkadziesiąt lat w stuporze i apatii, nic już nie tworząc. Camille w zakładzie dla obłąkanych przebywała 30 lat.
To może świadczyć o tym, że oboje doświadczyli podobnych napięć (zarówno wzlotów, jak i upadków), od których jedyną ucieczką okazała się ucieczka w obłęd.
Mimo swojej kruchości jednak – byli wielcy.

*

Zupełnie nie interesuje mnie merkantylna strona „przemysłu” filmowego. Mam też ten komfort, że nie jestem związany z żadnym środowiskiem filmowym, ani tym bardziej z żadną opcją polityczną (czy społeczną), z którą muszą się liczyć np. zatrudnieni w jakichś pismach dziennikarze – krytycy. Ale nawet wtedy, kiedy publikowałem w prasie, nigdy nie pisałem pod żadną z góry przyjęta tezę, ani czegoś, co byłoby zgodne z oczekiwaniami wydawców.

Kiedyś rozmawialiśmy o tym (korespondencyjnie) z Zygmuntem Kałużyńskim, (który zawsze był dla mnie przykładem człowieka niezależnego w swoich opiniach) i zgodziliśmy się w jednym: jeśli ktoś jest związany z danym środowiskiem filmowym (a tak się sprawy mają z większością krytyków) to nigdy nie będzie zdolny do obiektywnego wyrażenia swojej opinii (publicznie). To jest w sumie zrozumiałe i ludzkie: jeśli z kimś się spotykamy na stopie towarzyskiej, to inaczej będziemy podchodzić do twórczości takiego człowieka (np. filmowej, ale nie tylko), niż wtedy, kiedy jest to człowiek nam (osobiście) nieznany.

Inną jeszcze sprawą jest koniunkturalność (konformizm, oportunizm), pisanie „pod układ”, w czyimś interesie, z obawy o własną pozycję… etc.
Jeśli to wszystko weźmiemy pod uwagę, to możemy sobie uświadomić, pod jaką presją może być – i jakimi pobudkami może kierować się krytyk. Dlatego ja – nawet tej  „profesjonalnej” – krytyce często nie dowierzam. A i tak czasami mi się zdarza, że nie mogę się pozbyć zdziwienia, kiedy czytam (ub wysłuchuję) czyichś opinii.

*

W., w jednym ze swoich komentarzy cytuje to, co kiedyś napisałem (przy okazji recenzowania filmu M. Szumowskiej Sponsoring): „William Blake napisał w The Marriage of Heaven and Hell, że więzienia zbudowane są z kamieni prawa, a burdele z cegieł religii. Czyli wynika z tego, że burdel jest pewnego rodzaju więzieniem.” a następnie stwierdza: „Mój wniosek z tego cytatu jest inny. Tak jak ‚skutkiem ubocznym’ prawa są więzienia pełne przestępców, tak ‚skutkiem ubocznym’ religii (zasad moralnych zawartych w postawie religijnej) są burdele, które pozwalają na spełnienie potrzeb blokowanych przez religię. W tym kontekście burdel staje się więc w pewnym sensie przestrzenią ‚wyzwolenia’ a nie więzieniem.”

Ja wiem, że taki oczywisty wniosek ze stwierdzenia Blake’a narzuca się (najprawdopodobniej) wszystkim, którzy się z nim stykają (bo chyba to samo miał na myśli sam Blake), ale ja celowo – z przekory i może nieco prowokacyjnie – zinterpretowałem to inaczej, bo jednak wydało mi się trafne porównanie burdelu do więzienia.

Moim zdaniem więzienie nie jest „skutkiem ubocznym” prawa, tylko ludzkich skłonności do aspołecznych zachowań (czyli zachowań przestępczych, takich np. jak kradzież, zadawanie gwałtu innym ludziom, morderstwo… – które prawo stara się eliminować).
Podobnie burdel nie jest „skutkiem ubocznym” religii, tylko dysproporcją między popytem (nadmiar popędu seksualnego człowieka) a podażą (zastosowanie/ograniczenie tego popędu co celów stricte reprodukcyjnych gatunku Homo sapiens) – którą usiłują regulować nasze normy i kodeksu moralne (w czasach Blake’a opierające się na podstawie religijnej bardziej zresztą, niż dzisiaj).

Trudno mi się zgodzić z tym, że burdel jest przestrzenią „wyzwolenia”… chyba że wyzwolenie weźmiemy właśnie w cudzysłów, który według mnie implikuje właśnie owego burdelowego „wyzwolenia” iluzoryczność.

Zresztą, nie chcę pisać o oczywistości, że tzw. „domy publiczne” były – i są nadal – miejscem gdzie zmusza się wiele młodych dziewczyn do prostytucji, stosując wobec nich szantaż i zastraszenie. Są też powodem tzw. human trafficking – współczesnej formy niewolnictwa.

*

Małgorzata Szumowska w jednym ze swoich wywiadów mówi o różnicy w podejściu do seksu kobiet i mężczyzn: „Kobiety potrzebują tego inaczej niż mężczyźni. U kobiet jest ta tęsknota za miłością, za namiętnością – to ma być spotkanie metafizyczno-erotyczne.”

Ale ja też bym tak chciał, mimo że jestem mężczyzną.

*

Temat seksu wiecznie żywy.

S., przeczytawszy moja recenzję z filmu Mój tydzień z Marilyn, a w niej moje zwierzenie [„Nic na to nie poradzę, ale pierwszym głębszym (?) wrażeniem jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z Marilyn Monroe, był widok jej biustu w pamiętnej scenie na jachcie (z Tony’m Curtisem) w Pół żartem, pół serio. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać to, że miałem wówczas kilkanaście lat i po nocach śniły mi się moje panie nauczycielki – w sytuacjach bardziej uwzględniających ich ciała i aparycje, niż mądrość i wiedzę. Ale nawet teraz, kiedy już człowiekowi jest łatwiej (?) utrzymać swoje żądze w ryzach, wybierałem się do kina raczej nie po to, by intelektualnie (i chłodnym okiem) ogarnąć (i przerobić sobie ponownie) kulturowy fenomen bogini seksu, ale by bardziej zmysłowo poczuć ów nieprzemożny kobiecy sex-appeal, który był istotą pozycji Marilyn Monroe w masowej wyobraźni całego zachodniego świata, opanowanego wówczas przez hollywoodzką mitologię ekranowych bożyszczy i przesiąkniętego uwielbieniem dla gwiazd kina.”], napisała: „Wiem, że już w chłopięcym wieku snułeś swoje erotyczne fantazje wywołane postacią MM, a i dziś ciągle wywołuje Twoje męskie westchnienia. Ale jak to jest, że jedną kobietę nazywa się prostytutką, a inną wynosi na piedestał? Przecież kryteria oceny są jedne dla wszystkich, zachowania dziewczyn i MM identyczne, skąd więc tak różne oceny? Oczywiście nie wnikam w jej aktorski fenomen tak jak i nie wnikam w to, na jakich być może wysokiej klasy profesjonalistów wyjdą dziewczyny po ukończeniu studiów na kierunkach na których się uczą. Nie wnikam, bo bez znaczenia jest zawód, wykształcenie czy pozycja zawodowa. Meritum dyskusji jest moralność, rzeczywiste zachowania kobiet (a tym samym mężczyzn) oraz nasz szacunek dla prywatności innych i poszanowania ich praw. Potrafisz odpowiedzieć, jak udaje Ci się – przy całym (niezdarnie tu skrywanym) niesmaku dla postaw dziewczyn – zachwycać jednocześnie MM?”

Cóż, odpowiedzieć spróbuję.

„…dlaczego jedną kobietę nazywa się prostytutką, a inną wynosi na piedestał?”
Bo nie wszystkie prostytutki są boginiami seksu dla całego świata.
A już poważniej: oczywiście, że zachowanie Marilyn Monroe było niemoralne (chodzi mi o spanie z kim popadnie), ale przy tym była właśnie kobietą niepowtarzalną (a o jej niepowtarzalności akurat nie decydowało to, że była puszczalska – to jest aż nazbyt powszechne – tylko jej niebywały urok osobisty, sex appeal, uroda, no i oczywiście gwiazdorska sława).
Ponadto (nie powinno Cię to dziwić) to nieprawda, że jeśli uznaję jakąś kobietę za niemoralną, to automatycznie przestaje mnie ona pociągać… Wręcz przeciwnie. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim – moje hormony nie znają moralności (jeśli już to „bożą wolę”.)

Podobnie erotyczne fantazje – one wydobywają się z takich głębin, do których ja (świadomie) nie mam dostępu, i nad którymi nie mam kontroli.

Jeszcze jedno chciałem tu zdecydowanie podkreślić: ja nie czuję do postępowania dziewczyn uprawiających sponsoring niesmaku, a tym bardziej nie czuję niesmaku do nich samych (zwłaszcza do tych, które tak smakowicie wyglądają). Może z wyjątkiem kobiet naprawdę wulgarnych (czy też zachowujących się wulgarnie), żadne inne zachowanie kobiety „rozwiązłe” czy też uważane przez ogół za niemoralne, nie budzi we mnie takiego uczucia (absmaku). Odnosi się to nawet do prostytutek – ja w tych kobietach widzę przede wszystkim ludzką istotę (no, nie zawsze jednak „przede wszystkim”, to tell the truth). Ani mi w głowie pogardzać nimi, czy też w jakiś sposób „potępiać” – nie czuję wobec nich żadnej odrazy (choć oczywiście, nie ze wszystkimi z nich chciałbym się znaleźć w łóżku).

To prawda, że ja również niekiedy usprawiedliwiam, łagodzę, wybielam i utylizuję (sprawy związane z seksem). Także mam ambiwalentne podejście do seksu, bo (jak każdy zresztą z nas) odczuwam swego rodzaju dysonans (konflikt?): między atawistycznym popędem, jakiego doświadcza człowiek (zwłaszcza mężczyzna – bo popęd seksualny mężczyzn jest jednak silniejszy) a stworzoną kulturą, która usiłuje te atawizmy okiełznać i kontrolować.

Czy wymagasz jeszcze ode mnie, abym się przyznał do tego że jestem grzeszny, albo że zdarzyło mi się zachowywać niemoralnie (jeśli zastosować powszechnie przyjęte, a właściwie deklarowane, normy moralne)?
Przecież napisałem to wyraźnie w moim tekście.

I tak, tak… miewam erotyczne fantazje, jak każdy zdrowy mężczyzna.
I podobają mi się różne kobiety.
Choć ta, którą kocham, jest jedna.

*  *  *

Advertisements

Odpowiedzi: 31 to “UDRĘKA I EKSTAZA”

  1. ulotna_wiecznosc Says:

    ,, Poraża mnie cudowność życia (choć przerażenie tym życiem też nie jest mi obce).”

    Piszesz L.A. bardzo mi się to zdanie podoba :-)
    Serdeczne pozdrowienia ze zwierzynieckiego, zmierzającego ku końcowi , tegorocznemu LAF-u.
    A co do kondycji człowieka:

    ,,Yann Arthus-Bertrand (ur. 13 marca 1946 w Paryżu) – francuski fotograf, dziennikarz, reporter i obrońca przyrody.
    Gdy miał 30 lat opuścił rodzinną Francję i wyjechał do Kenii, aby badać i fotografować lwy w parku narodowym Masai Mara.
    Nakręcił film o problemach środowiska naturalnego zatytułowany S.O.S. Ziemia!.
    W 2015 roku nakręcił film Human, który za darmo został udostępniony w serwisie YouTube. Praca nad nim trwała trzy lata, film zawiera wypowiedzi ponad 2000 kobiet i mężczyzn z całego świata i próbuje odpowiedzieć na pytanie Co czyni nas człowiekiem?..”( żródło ;wikipedia)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Znakomity trailer, fantastyczne zdjęcia.
      Dziękuję za przypomnienie tego filmu i to właśnie pod tym wpisem, w którym starałem się coś powiedzieć o kondycji człowieka.
      Całego filmu jeszcze nie obejrzałem, ale na pewno to zrobię.
      Rzeczywiście całość (i to w znakomitej jakości technicznej) dostępna jest (jak do tej pory) w internecie:

  2. SABATOWKA Says:

    Czy nie jest przypadkiem tak, że do szczęścia, wygody, powszechności jakiś cech wspólnych, etc. łatwo się przyzwyczajamy – jak do starych kapci? Nieszczęście – choćby maleńkie – uwiera, wprowadza dyskomfort, zmienia punkt widzenia z całościowego na skupienie na sobie. Jest jak to cholerne ziarenko piasku w bucie. (Przepraszam za obuwnicze porównania.) Podobnie wszelkie różnice – im rzadziej występujące, tym bardziej przez nas dostrzegane. Zaraz je chwytamy, analizujemy, co gorsze (a czasem lepsze) wartościujemy – tylko dlatego, że wprowadzają jakieś zamieszanie w naszym wygodnym constans. A jednak, jacy bylibyśmy bez tych zawirowań, czy bylibyśmy skłonni do refleksji, czy potrafilibyśmy dostrzegać szczęście bez odczucia nieszczęścia? Grunt żeby zachować jakiś umiar – zwłaszcza w pochopnym wartościowaniu i żeby umieć szacować, ile drobnych szczęść, pozytywów się nam przydarza. Rzadko kto ma nieszczęście być Hiobem. Eh, tyle refleksji na dziś.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Cierpienie, którego sami doświadczamy jest paradoksalne, bo z jednej strony „skierowuje” nas niejako ku sobie (to dlatego ktoś kiedyś powiedział, że kiedy boli nas ząb, to wydaje się nam jakby cały świat składał się z bólu zęba), z drugiej zaś pogłębia egzystencjalnie – wspomaga nasze rozumienie tego świata, wzmacnia w nas empatię, prowokuje do refleksji (nie bez racji dość powszechne jest przekonanie, że cierpienie w pewnym sensie „uszlachetnia” człowieka).

      No ale – zwłaszcza w dobie Facebookowej powierzchowności, niechęci do głębszego i niestereotypowego myślenia, tudzież gloryfikacji młodości, zdrowia, urody i sukcesu, cierpienie stało się czymś wstydliwym, czymś co jest spychane na margines… ktoś, kto zwraca na nie uwagę, popełnia coś w rodzaju faux pas.
      Być może właśnie dlatego, wydaje się nam, że cierpienia jest na świecie mniej, niż to jest w rzeczywistości.

      Wprawdzie Hiob to przykład egzystencjalny cokolwiek ekstremalny, to jednak wydaje mi się, że jakieś elementy tego hiobowego cierpienia „udzielają się” większości ludziom. Ale wystarczy uświadomić sobie bardziej, jak wielu jest wśród nas ludzi, których doświadcza choroba, starość, kalectwo, samotność… a co za tym idzie – cierpienie. Dla nich Hiob staje się kimś bliskim.

      Zgadzam się: w tym wszystkim nie można zatracić zdolności do dostrzegania wokół nas i w naszym życiu – a ogólnie: w świecie – szczęścia, piękna i dobra (jakkolwiek patetycznie i trywialnie by to nie zabrzmiało ;) )

  3. Matrix Says:

    „Nie wszyscy są w stanie wypełnić „przepaść” (nad jaką wszyscy stoimy) Bogiem. Co im pozostaje? Czy można się dziwić, że można wtedy zacząć myśleć o nicości, pustce…”
    Ludzie wypełniają przepaść nie tylko Bogiem, ale mają też inne fantazje, żeby np. kimś innym (ostatnio czytałem jak pięknie ktoś ocenił swój były związek: „ćpałem Magdę trzynaście lat…” ), no i narkotyki martwe dusze, alkohol to wiadomo, no i w kasę, no i w inne tematy, wiadomo, kultura ma, kultura da.

    Żeby zacząć myśleć o pustce, żeby w efekcie poznać siebie, to trzeba się skłonić ku sobie. A to przyjemne nie jest, więc większość zwyczajnie spierdala gdzie się da. Przepraszam za brzydkie słowo, ale to tak właśnie się odbywa, a ucieka to by było za mało powiedziane.
    A o tym że chodzimy nad piekłem podziwiając kwiatki to bardzo celne.
    I cenne. Doskonałe wręcz.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To, żę większość ludzi – przed tragizmem losu, a i przed zwykłą nudą, tudzież właśnie pustką – „spierdala” gdzie się da, jest jedną z głównych idei egzystencjalizmu (dużo pisał o tym Sartre, również Camus).
      Wszyscy zaś wypełniamy nasze życie jakąś treścią – więc mamy jednak wpływ na to, jakiej ta treść jest jakości.
      Tragiczne jest to, że sporo z tej treści to śmieci i wszelkiego rodzaju badziewie.
      A może to bardziej komiczne niż tragiczne? ;)

  4. kowalskiwojciech Says:

    Cierpienie jest niezwykle trudnym zagadnieniem. Jeśli zastanowić się nad samą kwestią przyczynowości i intensywności cierpienia, z pewnością można dojść do zaskakujących konkluzji. Samej empatii, o której mowa wyżej, nie będę rozwarstwiać, dlaczego? Sam uznaję ją w pewnej części za słabość, jestem nonkonformistą i wiem, że od wszelkich wzorców stadnych niezbędna jest ucieczka, by zachować odrobinę autonomii i uratować ducha.

    Pisze Pan o olbrzymich ilościach cierpienia obecnych w ludzkim świecie. Od zawsze wspominałem w gronie przyjaciół, że cierpienia niestety wystarczy dla nas wszystkich, a sam świat nie będzie mnie kontentować, do kiedy choć jedna żywa istota zdolna do jego odczuwania, będzie ten stan odczuwać. Cierpienie jednak, to nie jest wyłącznie pejoratywny stan fizyczny, psychiczny. Jak każda strona monety, tak i ta, ma swój rewers. Przypominają mi się w tej chwili słowa, których autorem jest Bertrand Russell „W cierpieniu jest tysiąckrotnie więcej doświadczenia niż w przyjemności”.

    John Stuart Mill słusznie przekształcił myśl Epikura ”Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem”. Stosunek wiedzy do cierpienia od zawsze mnie intrygował, na przykładzie własnej autopsji wiem, że najszczęśliwsze chwile mojego życia miały miejsce wtedy, gdy towarzyszył mi deficyt wiedzy. Oczywiście w późniejszym czasie zrozumiałem, że poczucie szczęścia wynikające z małostkowych potrzeb, braku górnolotnych aspiracji, było jedynie efemeryczne i iluzoryczne (jak wszystko). Obecny stan informacji, pozwala mi być wolnym od wielu cierpień, jak i od stanów szczęścia, zobojętnienie było czymś nieuniknionym.

    Chciałem się odnieść do wiary, która jest wyżej kilkukrotnie wspomniana. Jednak jako ateista, człowiek uważający wszelkie pochodne słowa Bóg za wytwór człowieka słabego, samoponiżającego się, powstrzymam się od szczegółowej analizy Pańskich słów, by nie naruszyć kruchej fasady wrażliwości wierzących. Jak każdy święty temat, tak i ten, ma to do siebie, że nie można o nim wypowiadać się w negatywny sposób.

    Swoją drogą ciekawe i wartościowe wpisy, po przeczytaniu kilku najnowszych wiem, że będę regularnie w wolnych chwilach odwiedzać to wirtualne miejsce..

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Witam i dziękuję za ciekawy komentarz.
      Odniosę się do kilku poruszonych w nim kwestii.

      Empatia. Nie uznaję jej za słabość. Wręcz przeciwnie. Jest ona według mnie ważnym elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która m.in. pozwala nam na twórcze uczestnictwo w kulturze. Człowiek jest jednak istotą społeczną i spełnia się w relacjach z innymi ludźmi. (Wolność, autonomia jednostki – również nonkonformizm – to jednak inne zagadnienia.)
      Wiem, że bez empatii nie mógłbym też – głębiej ani pełniej – odbierać twórczości innych ludzi (kino, literatura, sztuka…), która w dużej części przedstawia ludzkie emocje i doświadczenia, które dzięki empatii jestem zdolny nie tylko odczuć, ale i zrozumieć.
      W sumie: szeroki to temat i trudno skwitować go w kilku zdaniach.

      Zgadzam się z tym, że cierpienie to nie tylko wartość negatywna. Pełni ono, nie tylko w przyrodzie (gdzie związane jest przede wszystkim z odczuwaniem bólu) ale i w ludzkiej kulturze, ważną funkcję. Jest czymś złym jeśli niszczy człowieka – uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie, paraliżuje, powoduje, że człowiek przestaje być osobą kreatywną, zdolną do rozwoju…
      Ale, oczywiście, istnieją także pozytywne aspekty cierpienia (choćby takie, które pewnie miał na myśli Bertrand Russell mówiąc, że „w cierpieniu jest tysiąckrotnie więcej doświadczenia niż w przyjemności”).
      Ja nawet posunąłbym się do stwierdzenia, że gdybym sam nie doświadczył w swoim życiu cierpienia, to byłbym osobą w pewnym sensie ułomną.

      Paradoksalnie, wiedza może zarówno wzmagać, jak i redukować nasze cierpienie.
      To zależy od tego, jaka to jest wiedza – i jak jest przez nas przyswajana i wykorzystywana.

      Niewątpliwie istnieją kulturowe źródła cierpienia.

      Nie uważam się za ateistę (bardziej za agnostyka), ale też nie sądzę że sprawy wiary należy traktować jak jakieś tabu – że niemożliwa jest otwarta dyskusja o wierze, (której należy unikać, by kogoś nie urazić).
      Ja jednak takie dyskusje mam chyba za sobą.

      Nie sądzę, iż koncepcja („wytwór”) Boga (a w ogólności – religii) wynika tylko z ludzkiej – jak Pan to pisze – „słabości” i „samoponiżenia”. Ale to też dłuższy temat.

      PS. Odnoszę takie – być może trochę dziwne ;) – wrażenie, że to „miejsce” (moja strona w internecie) nie jest jednak „wirtualne”. Choćby z tego względu, że nie ukrywam się za żadnym pseudonimem, a i piszę o sprawach jak najbardziej (dla mnie przynajmniej) rzeczywistych, obchodzących mnie i dotykających nawet „do żywego” ;)

      Pozdrawiam

      • kowalskiwojciech Says:

        Pełna zgoda. Empatia to cenny atrybut człowieka, jak pisałem – uznaję ją w PEWNEJ części za słabość, a to oznacza, że nie zamierzam o niej wyrażać się w samych superlatywach, zaś po analizie wybranych dzieł najdonioślejszych badaczy ludzkiego umysłu, mam świadomość złożoności tego zagadnienia. Jak zawsze, zdobywając dodatkowe informacje na dany temat, pojawia się jeszcze więcej nowych czynników, wątpliwości, pytań etc. Omawianie tak złożonych kwestii, niesie za sobą wiele nieporozumień i niedopowiedzeń, przez samą lakoniczność mojego wpisu.

        Stosunek wiedzy do cierpienia jest uwarunkowany mnóstwem przyczyn, bodźców, o czym Pan wspomina. Wyżej napisałem, jak wyglądała transformacja ta, na przykładzie mojej osoby.

        Oczywiście, że nie wynika tylko z tego, antropologia, historia, socjologia, psychologia, pokazują nam cały wachlarz czynników odpowiedzialnych za istnienie terminu Bóg, za powstanie tak wielu religii. Słabość i samoponiżenie to słowa, których użyłem celowo i wyłącznie po to, by podkreślić absurdalność religijności, tej opierającej się na dogmatach ”świętych” ksiąg (szczególnie kwestii moralnych) w roku 2016, tak, niestety. W Polsce otwarta dyskusja na tematy wokół religii jest niemożliwa, z wyjątkiem wąskich kręgów (np. akademickich). Bardziej martwi mnie, że poglądy w tej sferze większości znanych mi osób są głównie (choć nie chcę generalizować) wynikiem indoktrynacji, a to implikuje konieczność reformy systemu edukacyjnego, ale to temat rzeka.

        Przyjmuję naganę z pokorą (oczywiście dowcipkuję). Każde miejsce w sieci nazywam wirtualnym, domyślam się, że często niewłaściwie. Moja skłonność do nadużywania słowa wirtualny, wynika z moich poglądów na postępującą technologizację naszego życia.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja zawsze miałem rezerwę wobec wszelkich instytucjonalnych przejawów religii (dlatego, gdyby mieszkał w Polsce, to byłbym przeciwny nauczaniu religii w szkołach publicznych, które przecież powinny być dla wszystkich obywateli – także dla tych którzy wyznają inną religię, niż katolicka).
          Nie sądzę, abym się mógł poddać jakiejś jednej – jedynie słusznej i jedynie prawdziwej – dogmatyce, a w ogólności: ideologii.
          Wolę myśleć sam – na własny rachunek i na własne ryzyko.

      • Matrix Says:

        Pisze Pan: „Empatia. Nie uznaję jej za słabość. Wręcz przeciwnie. Jest ona według mnie ważnym elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która m.in. pozwala nam na twórcze uczestnictwo w kulturze”.
        Bardzo ładnie napisane, ale nie mogę zgodzić z ani jednym słowem.
        Empatia jest raczej mechanizmem obronnym niż elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która sama jako zjawisko wymyślona została celem pewnej systematyzacji pojęć i więcej w sumie nie wiem po co, bo na dobrą sprawę nikt nie wie co to jest, choć wielu wie że sporo tam się zmieści, więc korzysta.
        Empatia pozwala nam na twórcze uczestnictwo w kulturze, dokładnie tak samo, jak twórczo uczestniczą w kulturze bandyci zupełnie bez sumienia, wegetarianie, weganie i kobieta z brodą, wygrywająca Eurowizję.

        Piękna ta czarna plaża na Hawajach, może i ja bym kiedy taką zobaczył. Trochę zazdroszczę Panu tych podróży, widoków w powidoku, zachodów i wschodów. Nie żebym mógł tak całe życie podróżować, bo takiego aż apetytu nie mam, ale niektóre krajobrazy w Pana fotografii porywają. Piękne.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Widzę, że mamy inne pojęcie zarówno empatii, jak i inteligencji emocjonalnej. Ponadto empatia jak najbardziej jest elementem tzw. inteligencji emocjonalnej, która jest konstruktem dość sprawnie opisującym i objaśniającym zachowanie człowieka, jako istoty społecznej. Oczywiście, zważywszy na specyfikę przedmiotu jakim się zajmuje (psychika, emocje, reakcja, myślenie….) nie jest (bo być nie może) nauką ścisłą.
          Ale o empatii i inteligencji emocjonalnej spisano już tomy, więc kogo to interesuje, to może się bliżej z tą tematyką zapoznać. (I wtedy, mniej więcej będzie wiedział co to jest.)

          Nie rozumiem porównania osób obdarzonych empatią z bandytami w kontekście uczestniczenia w kulturze.
          Z tego co wiem, ci pierwsi znacznie częściej bywają twórcami i odbiorcami kultury, niż ci ostatni.

          Cieszę się, że niektóre krajobrazy z moich fotografii Pana porywają.
          Warto jest jednak ten wirtualny w sumie poryw zamienić na prawdziwy – i zobaczyć to wszystko na własne oczy.

  5. Onibe Says:

    1. moim zdaniem współczesny dobrobyt to zaledwie ersatz prawdziwego dobrobytu, takiego który przynosi satysfakcję. Widzę po otaczających mnie ludziach, jak z jednej strony narzekają na brak środków, z drugiej zaś dzień w dzień ów brak środków topią w śmieciach. Współczesny dobrobyt to kultura materializmu niskich lotów, czyli byle szybciej, byle częściej, byle więcej. Dobra, którymi się otaczamy to najczęściej kolorowe śmieci o zerowej wartości dodanej. Jest jednak i pozytywna strona współczesnego dobrobytu: wszyscy mamy gdzie mieszkać i co jeść. Większość ludzi nie martwi się o brak ubrania czy butów czy jedzenia… zresztą, skoro juz o tym mowa: jedzenie nigdy nie było tak tanie jak teraz. Zatem zgadzam się z Tobą w pełnej rozciągłości: mamy ochotę na lody, ale zamiast iść i kupić te prawdziwe, przez cale życie liżemy mrożoną wodę udając, że odpowiednia jej ilość (ogrom) załatwi sprawę. Nie załatwia.

    2. cierpienie uszlachetnia – piszę to na poważnie. Pewna doza cierpienia przydaje wartości temu, do czego cierpienie prowadzi. We współczesnym świecie cierpienie jest passe bo nijak nie przystaje do podstawowych zasad konsumpcyjnego świata. Jest zbędne, skoro nie służy konsumpcji. A konsumpcja powinna być szybka, łatwa, bezbolesna. I powinna odbywać się bez udziału świadomości.

    3. żyć zaczynamy dopiero przed śmiercią – stając w jej obliczu zmieniamy optykę postrzegania świata, nagle zaczynamy coś doceniać. Szukamy czegoś autentycznego. Autentyczności szuka się także w ekstremach, we wspinaczce na wysokościowece bez zabezpieczeń, w głębokich nurkowaniach, w hardcorowych survivalach. Obszar codzienności został zawłaszczony przez banalny konsumpcjonizm, który wypiera to, co mu nie pasuje. Przykład z mojego własnego życia: zawzięcie kłócę się z rodziną, która za wszelką cenę próbuje czcić mojego syna na wszystkie możliwe sposoby. Czterolatek – ich zdaniem – ma obchodzić nie tylko urodziny ale i imieniny, dzień dziecka, mikołajki, boże narodzenie, sylwestra, wielkanoc – a wszystko to oczywiście w rozumieniu okazji do dania prezentu. Plus ma dostawać prezenty jak są okazje innych ludzi „aby mu nie było smutno”. Smutne, że relacje rodziny z nim w coraz większym stopniu sprowadzają się do tworzenia okazji konsumpcyjnych. Smutne tym bardziej jest, że dyskusja nie ma sensu: w oczach brak zrozumienia, jakbym gadał z kosmitami. Okazuje się że ja jestem na straconej pozycji, ja nie przystaję do obrazka. W rodzinie mojej żony – skądinąd są to ludzie bardzo inteligentni i oczytani – książek się obecnie nie czytuje, bo oczy męczą, ale wszystkie gazetki marketowe owszem. Bo a nuż się trafi okazja by kupić coś co nie jest potrzebne…

    4. wszystko już było, więc i Woody Allen nie tworzy w próżni. Chwała mu za uczciwość. Nie bez przyczyny najlepsi pisarze czytują mnóstwo książek, najlepsi reżyserzy oglądają multum filmów. Dobry twórca potrzebuje nadać swoim umiejętnościom głębi wiedzy. Potrzebuje być zapłodniony przez innych. Tworzenie na bazie innych dokonań to nie plagiatowanie. Plagiat to copy and paste.

    5. odbiór nie tylko filmu ale i każdego innego dzieła sztuki (lub niesztuki) jest kwestią okoliczności. Ostatnio wróciłem do Agathy Christie. Ksiażki, które kiedyś mnie nudziły, dzisiaj mnie fascynują z uwagi na niesamowicie precyzyjną fabułę, genialną konstrukcję. Wtedy wydały mi się wolne, dzisiaj w sam raz. W przypadku filmów dochodzi jeszcze magia marketingu: idąc na nowy film na ogół jakoś ulegamy manipulacji i szykujemy się pozytywnie na odbiór. Ten sam film obejrzany ponownie parę lat później czasami krępuje: jak mogliśmy coś takiego obejrzeć? Wstyd…

    6. bardzo ciekawa obserwacja dotycząca konieczności „zatwierdzania gustu”. To zresztą nie dotyczy tylko sztuki jako takiej. I nie dotyczy tylko szeroko rozumianych instytucji. Coca cola jest pijana wyłącznie dlatego, że jest zatwierdzona społecznie jako świetny napój, choć w rzeczy samej jest to woda farbowana, gazowana i słodzona o zerowych walorach smakowych i bardzo szkodliwa (nie wiadomo ilu cukrzyków wyprodukowała coca cola i podobne napoje). Sok marchwiowy w Polsce stał się akceptowalny dopiero, kiedy był reklamowany w odpowiedni sposób, wcześniej jako coś passe był omijany szerokim łukiem. A skoro ludzie gotowi są zatruć się i pochorować tylko i wyłącznie dlatego, że boją się braku akceptacji i unikają samodzielnych wyborów, czego oczekiwać w kwestii sztuki? Aby nauczyć się odbioru sztuki nie wystarczy gust, trzeba mieć pewne obycie. Tak jak z muzyką: musisz się nauczyć zejść poniżej wiodącego rytmu, wsłuchać w głos, poszukać czegoś co wyróżnia muzykę, w przeciwnym wypadku słuchanie jest po prostu procesem biernym. Słuchasz bo leci w radiu, ergo: radio każe ci tego słuchać, a tobie to wystarcza. Ect.

    7. sztuka była kanoniczna kiedyś, w czasach kiedy była elitarna. Elitarna podwójnie: zarówno odbiorca jak i twórca nie byli przypadkowi. Odbiorcą sztuki pięćset lat temu był przede wszystkim bogaty ziemianin / przemysłowiec / arystokrata, który miał pewną edukację w temacie. Twórca musiał przejść dłuższą drogą. Musiał terminować u mistrza, uzyskać akceptację. Dzisiaj sztuka ma być tania, dostępna, egalitarna. Swoboda stała się kamieniem węgielnym sztuki, umiejętności zepchnięto na bok uznając, że ograniczają, krępują. W jakimś zakresie jest to dobre, dzięki temu mamy wiele objawów sztuki, których nie doczekalibyśmy się gdyby ta pozostała elitarna. Np. streetart. Niektóre z przykładów tej sztuki są niesamowite i nie waham się przed określeniem murali mianem sztuki. Inne przejawy są jednak warte mniej niż materiały za pomocą których je przygotowano.

    8. metkowanie otaczającej nas rzeczywistości wg płci to zamierzchła sprawa. To przejaw tego samego trendu który służył tworzeniu bogów, boginek, faunów, satyrów, grzęzawic ect. Musieliśmy poddać świat pręgieżowi naszej percepcji, co było łatwiejsze niż zmodyfikować plemienno-płciową percepcję do okoliczności wyższych.

    9. homoseksualizm mnie nie rusza. Siedzisz poza Polską więc nie wiesz, ale jednym z haseł na sztandarach wyborczych obecnego rządu było tępienie inności. Oczywiście nie żeby PIS kogoś nie lubił, wręcz przeciwnie, oni wszystkich kochają, ale zarazem głosili ochronę hetereseksualistów przed genderem. A gender w Polskim rozumieniu to nie jest kulturowe znaczenie płci, ale właśnie homoseksualizm, pedofilia (na ogół są zestawianie razem) itd. Nie kumam czemu musimy od nowa tępić ludzi kochających inaczej, ale tak czy siak staje się to racją stanu. Jestem hetero i nigdy w życiu nie czułem się zagrożony przez homoseksualistów. Parę razy byłem okradziony, oszukany, wystawiony… ale czy czyniły to osoby homo? Kto to wie? Z pewnością nie zostałem skrzywdzony tylko dlatego, że kocham kobiety. Wolę oceniać ludzi przez pryzmat tego co sobą prezentują, a nie przez ich zachowania łózkowe, lecz jestem w mniejszości. Mój syn będzie jednak uczony w szkole czegoś innego, trochę mi tego szkoda, ale cóż… takie czasy.

    10. ciekawe czy burdele istniałyby w społeczeństwie ateistów? Wynika z tego, że nie, ale moim zdaniem nic by się nie zmieniło. Potrzeba fizycznego kontaktu seksualnego jest ponad sprawy religijne. Owszem, religia krępuje, zabrania nam skakać na lewo i prawo, do czego się dostosowujemy czyniąc „zdradę” sprawą instytucjonalną (jak gdyby wizyta w burdelu była lepsza od bzyknięcia dopiero co poznanej laski, dajmy na to: na stacji benzynowej). Zauważmy jednak, że burdel jako taki uzyskał akceptację wiele wieków temu, także przez żony. Przez setki lat burdele funkcjonowały w myśl zasady: wiemy ale nie mówimy. Inna rzecz, że w pewnych epokach można było mieć kochanki – właściwie wszędzie tam, gdzie małżeństwa były transakcjami finansowymi, prawo do kochanki traktowano jako logiczne uzupełnienie owej transakcji. Posiadanie kochanki nie wykluczało wizyt w burdelu. Moim zdaniem burdel jest miejscem smutnym, bo symbolizującym desperację i bezsilność. Jeśli miałbym zdradzić, to chyba wolałbym w tym akcie uzyskać maksimum korzyści, czyli np. zaznać spontaniczności, emocji. Czegoś wiecej niźli tylko instytucjonalnej sprawności obsługi klienta.

    11. długie te posty piszesz… już nie dam rady przeczytać dalej, odniosę się tylko do Marilyn. Jestem dziwnym człowiekiem: bardziej mnie kręci ładna dziewczyna z sąsiedztwa niż bogini seksu z Hollywood. Łatwiej wybaczę rozpasanie kobiecie porzuconej przez męża, desperacko próbującej utrzymać się na powierzchni niż łasej na kasę i zaszczyty aktoreczce lub piosenkareczce. Iza mi coś wspominała, że Lana del Rey (piosenkarka lotów niskich, ale one wszystkie nie latają wysoko) przyznała w wywiadzie, że by dostać swojego „hita” musiała dawać na lewo i prawo. Jakże nisko upadliśmy w takich kobietach widząc boginie, równie chętnie krzywiąc się i biadoląc nad moralnością ludzi walczących o przetrwanie? Cóż, celebrytów nie cierpię żywiołowo i szczerze. To jedna z moich drobnych pasji ;-).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      1. Niestety – z tego co piszesz o śmieciowej konsumpcji – widzę, że to co jest w Stanach, dotarło już także do Polski. Ale to chyba lepiej, że narzekamy na przerost konsumpcji nad treścią, niż gdybyśmy się mieli martwić, że do garnka nie ma co włożyć i na zimę butów też nie ma.
      Mimo wszystko, jak się tak dobrze rozglądnąć, to w tych naszych społeczeństwach dobrobytu, pełnych dóbr konsumpcyjnych wszelakich, też jest cała masa biedy – a nawet i niedożywienia.

      2. W „kulturze” konsumpcjonizmu, pożądane jest tylko takie cierpienie, które wiąże się z pragnieniem posiadania rzeczy, których się jeszcze nie posiada ;)
      Nie bez kozery niektóre „gospodynie domowe” szukają ukojenia skołatanych nerwów – i zaspokojenia swojego apetytu na rzeczy materialne – w kompulsywnych orgiach zakupów ;)

      3. Świadomość nieuniknioności śmierci zmienia radykalnie perspektywę, z jakiej patrzymy na świat i życie (gdyż pociąga to za sobą pewne konkretne przewartościowania). Niby każdy o tym wie, że umrze, ale do zdecydowanej większości ludzi tak naprawdę to nie dociera. Tego trzeba doświadczyć samemu i do głębi – sama wiedza tu nie wystarcza.

      4. Woody Allen osiągnął już taką pozycję, że mu przyznanie się do zapożyczeń (czy też, nazywając rzec bardziej elegancko: do inspirowania się dziełami innych twórców) w niczym nie może zaszkodzić (wręcz przeciwnie ;) )

      5. To, że inaczej odbieramy (literaturę czy kino) w zależności od wieku – i ogólnie: od okoliczności – świadczy o tym, że my sami się zmieniamy (i to nie tylko z wiekiem). Jest też dowodem na pewien percepcyjny relatywizm, który może być doświadczany nawet przez tego samego odbiorcę kultury i sztuki.

      6. Ludzie, jako istoty społeczne, są bardzo podatni na sugestię – także na zachowania konformistyczne, typu mimikra, owczy pęd, uleganie modzie… Ta ludzka właściwość ma zarówno dobre, jak i złe strony. Dobre: bo wzmacnia poczucie jedności grupy (społeczeństwa); złe: bo można np. ludziom wciskać kit i różne takie badziewia (innymi słowy: można nimi łatwo manipulować).

      7. Mimo wszystko dobrze się stało, że mimo „egalitaryzacji” (a nawet swoistego „rozmycia” sztuki), nadal (mimo wszystko) ceni się (wśród pewnej grupy ludzi, spokrewnionych niejako estetycznie z dawnymi elitami) osiągnięcia artystyczne poprzednich epok, klasykę, obowiązujące wcześniej kanony… I wynika to nie tylko ze snobizmu ;) Pewne kanony piękna są w pewnym sensie uniwersalne i nieprzemijające.

      8. Nie uważam, że – jak piszesz – „metkowanie” naszej rzeczywistości wg płci, to zamierzchła sprawa. Świadczą o tym choćby nie tak dawne awantury o „gender”, czy nadal obecna w naszym (polskim) społeczeństwie stygmatyzacji homoseksualistów czy (zwłaszcza) osób transpłciowych.

      9. To co piszesz o tępieniu w naszym kraju „inności” potwierdza tylko to, co napisałem powyżej.
      Nie zapominajmy, że większość religii zawsze wtrącała się w sprawy ludzkiej płciowości i seksualizmu, a to dlatego, że seks jest jednak bardzo ważnym elementem życia (i osobowości) człowieka. A religie chcą ująć tego człowieka całościowo (czyli, niestety, jak by na to nie patrzeć: „totalnie”).
      Jeśli chodzi o mnie, to nigdy mi się nie podobało to, że Kościół chce wchodzić do mojego łóżka (czyli kontrolować moje zachowania seksualne).

      10. Wygląda na to, że burdel będzie jednak trwał wiecznie ;)
      (Tzn. tak długo, jak będzie istniała ludzka cywilizacja. „Sprzedajna miłość” może jedynie przybrać inne formy.)

      11 I tak daleko zabrnąłeś w lekturze mojego wpisu ;)
      Ale to nieprawda, że mój tekst (w tym przypadku) jest długi. Bo on, tak naprawdę, składa się z krótkich, czasem wręcz lakonicznych tekstów – tekścików. Tego chyba jednak nie można przeczytać „hurtem” – „jednym cięgiem”, i ja sobie zdaję z tego sprawę. Jest to właściwie zbiór takich luźnych notatek, wypowiedzi wyartykułowanych przy różnych okazjach… Można np. przeczytać jedno zdanie – i się nad nim zastanowić ;) Bo często jest w nim dość duża kondensacja treści i znaczenia.
      Dlatego, jeśli ktoś te zbiory czyta tylko wyrywkowo, to ja to rozumiem – i naturalnie żadnych pretensji o to nie mam ;)

      Ja z fascynacji „boginiami seksu” wyrosłem już dawno. Ale ja je dobrze pamiętam – i się ich wcale nie wstydzę.
      Zacząłem z tego wyrastać chyba wtedy, kiedy zacząłem się umawiać właśnie z „dziewczynami z sąsiedztwa”.
      A kiedy byłam zakochany w dziewczynie/kobiecie – tej rzeczywistej i „dostępnej” – to jednak nigdy bym jej nie zamienił na jakąś medialną sex-bombę, celebrytkę czy modelkę (bo dla mnie moja dziewczyna była najpiękniejsza i najbardziej pożądana ;) ).

      • Onibe Says:

        1. Ja jednak jestem zwolennikiem wyborów. Lepsza od nadmiaru jest konieczność życia w umiarze. I nie zrozum mnie źle: nie żyję pod mostem, mam więcej niż dwie sztuki ubrań a i samochód na dobrą sprawę mógłbym mieć wolniejszy niż ten który mam… Ale i tak pośród znających mnie ludzi uchodzę za ekstremalnego minimalistę, tylko dlatego, że nie kupuję wszystkiego jak leci. Oczywiście niedożywienie to już inna strona medalu: wcale nie życzę komuś głodu, jednak pomiędzy głodem a ekstremalnym przesytem jest bardzo, bardzo, bardzo wiele etapów pośrednich. Samo „optimum” też jest dość szerokie, bo przecież przesyt w jednej dziedzinie można kompensować niedosytem w dwóch innych. Niestety, człowiek ma wbudowane parcie na rozlazłość. To już chyba genetyka. Płakać mi się chce jak jeżdżąc po miastach trafiam np. na wycieczki szkolne. Dzieciaki w wieku niskoszolnym wyglądają jak kule bilardowe… obowiązkowo odziane w odjechane czapki, buty, kurtki z markowymi logo (w Polsce logo to cel sam w sobie). Smutne to wszystko…

        2. tak, masz rację. Dopuszczalne jest cierpienie polegające np. na staniu w kolejce do marketu parę godzin przed otwarciem, jeśli prowadzi to do nagrody, tzn. udziału w orgii wyprzedaży. Parę lat wstecz filmiki z ludzi szturmujących lidle i biedronki czy markety elektroniczne robiły furorę, dzisiaj to już po prostu standard. Ciekawostkowo, ale trochę nie na temat, wspomnę Ci o pewnej dyskusji którą toczyłem na jakimś forum. Była mowa o emigracji zarobkowej. Z jakichś powodów temat przeszedł na kulturę. Wspomniałem (nie pamiętam w jakim kontekście) o tym, że jeśli kobieta wybiera emigrację „małżeńską” to niech nie oczekuje że tam ktoś ją będzie w drzwiach przepuszczał czy traktował jak damę, bo zachód jest bardziej egalitarny. Usłyszałem z kilku ust bardzo konkretną odpowiedź, że lepiej jest ożenić się ze szwabem, który będzie traktował jak szmatę ale dawał kasę na samochód, ciuchy, restauracje i co tam zapragnie, niż klepać biedę z kolegą z sąsiedztwa, który wprawdzie w drzwiach przepuści i zapyta o zdrowie, ale nie zapewni corocznej wyprawy na Malediwy.,,

        3. przeszedłem kilka bardzo bliskich zderzeń ze śmiercią, oczywiście nie własną ;-). Właściwie to od czasu do czasu muszę sobie przypominać, że większość znanych mi osób ma mniejsze doświadczenia. Ot, jakiś pogrzeb raz na jakiś czas, trochę trupów na ekranie. Ja się śmiercią poniekąd czuję naznaczony, choć nie chcę aby to brzmiało bardzo hardcorowo. Nie zabijałem ludzi na wojnie, nie byłem świadkiem masowych egzekucji… właściwie to moje doświadczenia są ektremalne wyłącznie z punktu widzenia rozleniwionego, izolującego się od tematu śmierci społeczeństwa. Obiektywnie zaś są po prostu przeciętne….

        4. prawda!

        5. oj tak, to bardzo ważny wniosek. To, że Ty to wiesz, jest czymś co znacznie podnosi wartość Twojej opinii. Tak jak obniża wartość opinii kogoś, kto tkwi ciągle w jednym punkcie i nie zdaje sobie sprawy z relatywności ocen. Sztuka, w tym ujęciu, jest przestrzenią dynamiczną i elastyczną, częściowo podążającą za nami, częściowo zaś dokonującą przemian niekoniecznie wg naszego zapotrzebowania.

        6. dokładnie. Odporność na manipulację, to bardzo ponura konstatacja, właściwie zamyka drogę przed uczestniczeniem w życiu społecznym. Ludzie nie lubią tych, którzy są w stanie dokonywać własnych wyborów. Jeśli nie pijesz litra coli dziennie to zapewne nie jesteś równym gościem…

        7. sądzę, że w pewnym sensie łatwiej docenić sztukę dawną, bo ta jest bardziej realistyczna (pomijam gotyk i czasy zaprzeszłe). Współczesna sztuka (poczynając na impresjonizmie, który może nie do końca jest współczesny) chętnie testuje rejony trudniejsze do zdefiniowania. Abstrakcja, surrealizm, skrótowość i minimalizm… to nie każdemu musi pasować.

        8. pisząc o zamierzchłości sex-metkowania chodziło mi o to, że jest to zjawisko historyczne, historycznie ugruntowane. Może nawet mające historyczny sens. Tego ostatniego nie chcę udowadniać, po prostu uznaję, że jest taka opcja. Oczywiście jest to rzecz jak najbardziej aktualna. Z tego co wiem dyskryminacja płciowa jest poważnym problemem nawet w USA, a co dopiero w takiej patriarchalnej Polsce, w której rząd państwa czy władze kościoła katolickiego oficjalnie potrafią opowiadać się przeciwko równouprawnieniu, nawet gromią je jako nieetyczne ect…

        9. tak, kościoły zawsze działały na zasadzie dzielenia i napuszczania. Religia może i być religią dobra, ale struktura za nią stojąca zazwyczaj toczy pianę i zieje nienawiścią. Jeszcze w państwach w których kościół ma niewielkie wpływy stara się on samoograniczać, bo dba o PR. Tam jednak gdzie kościół trzyma władzę jest jatka. Oczywiście piszę o kościele katolickim, ale zjawisko dotyczy także innych kościołów, by wspomnieć tylko o Islamie (tu jednak sprawa jest szczególna o tyle, że islam właściwie nie ma kościoła w rozumieniu instytucjonalnym).

        10. i dobrze ;-P

        11. pisząc o długości bardziej chodziło mi o zawartość merytoryczną niz długość tekstu jako takiego. Pojedyncze „cząstki” Twojego tekstu nadają się na pełnoprawne wpisy, pod którymi mogłaby się rozgrywać interesująca dyskusja.
        Żadna celebrytka nie ma szans z kobietą z krwi i kości ;-).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          1. Masz rację, umiar jest dobry, ale nie wydaje nam się taki wtedy, kiedy jest koniecznością ;)

          2. Lepiej jest klepać biedę z kimś, kogo się kocha, niż opływać w bogactwa z kimś, kogo się nienawidzi. Ot, taka „mądrość” aforystyczna mi się skleciła ;)

          3. Każdy jest naznaczony śmiercią, tylko nie do wszystkich to dociera.
          Nigdy śmierci cudzej nie przeżywa się tak, jak się przeżywa (czy też raczej nie przeżywa ;) ) własną – z wyjątkiem śmierci osób, które naprawdę kochamy. (Dla mnie przynajmniej byłaby ona bardziej bolesna, niż moja własna… bo z tą się już pogodziłem ;) )

          5. To jest taki paradoks: mimo, że się zmieniamy, to cały czas jesteśmy sobą ;)

          6. Ja nie piję litra coli codziennie. Może litr w całym roku? Dla producenta coli to pewnie jest skandal.

          7. Tych, co naprawdę lubią i znają (a tym samym: cenią) sztukę dawną, jest mikroskopijna ilość w porównaniu z ilością tych, którzy się pławią we współczesnej pop-kulturze (która zwykle – i na dodatek – ze sztuką niewiele ma wspólnego).

          8. Nie wydaje mi się, że dyskryminacja płciowa w Stanach jest poważnym problemem (czyli takim, który ma znaczenie ogólne, społeczne, o szerokim zasięgu…) Zauważ, że kobieta jest o krok od zostania prezydentem USA.

          9. Kościół Katolicki zmienił się jednak w ciągu kilku ostatnich pontyfikatów. Ostatnim takim bastionem jatki przy asyście Kościoła, była chyba dyktatura Franco w arcy-katolickiej ponoć Hiszpanii.

          11. Czasem jedno słowo niesie ze sobą więcej treści, niż sążnisty elaborat ze słów tysiącami.

        • Onibe Says:

          2. myślę, że choć jest to prawdziwe i dobre, to zarazem 9 osób na 10 mając do wyboru kiepskiego partnera i niekiepską kasę wybierze taką właśnie alternatywę. Sam bym się zawahał ;-)

          6. przeciętny człowiek zatem nawet w Ciebie nie uwierzy, bo czy widział ktoś by nie pić coli? ;-P

          7. no tak, ale pewnie inaczej to wygląda jeśli skoncentrowalibyśmy się stricte na pasjonatach sztuki. Trudno mi uwierzyć by większość pasjonatów sztuki odrzuciła ot tak dorobek klasyczny. Przypadki pojedyncze: owszem, ogół: niet. Mamy natomiast miliony osób które się znają na wszystkim nie znając się na niczym. Pewnie mnie też do tej kategorii można zaliczyć, ale przynajmniej od wielu lat staram się nadrabiać braki i powiększać wiedzę. Wskazałbym tutaj na osoby, które nigdy wiedzy de facto nie starały się powiększyć, po prostu rodziły się im teorie i tych teorii broniły. Bo tak. Po co wchodzić w głąb lasu, skoro stoimy koło jednego, jedynego drzewa na polu i możemy udawać, że drzewo jest tylko jedno…?

          8. tak, trochę przegiąłem. Bardziej mi chodzi o to, że kwestia płci jest daleka do uregulowania nawet w USA. Regularnie czytam o skandalach seksistowskich w polityce, biznesie czy siłach zbrojnych, a wnioski wcale nie są budujące. A to dlatego, że dostrzega się niechęć załatwiania tych problemów tak by było sprawiedliwie. Jest ukryta i prężna siła w amerykańskim społeczeństwie, która odrzuca reguły równości płci. I tak już pewnie będzie zawsze. Ci ludzie to nie tylko farmerzy z Minnesoty, ale również prominentni politycy, generałowie, wielcy biznesmeni ect. A że kobieta może zostać prezydentem… o czym mówisz, drogi Logosie, skoro u nas kobieta jest premierem – czy na tej podstawie gotów jesteś uznać, że Polska jest aż tak do przodu z równością płci? ;-P Przecież wiadomo, że premier w Polsce jest na krótkiej smyczy i równie dobrze mógłby być wiewiórką lub szynszylą, byle tylko umiał dostarczać na posiedzenia rządu ukazy prawdziwej władzy… ;-).

          9. kościół się zmienił ale tam gdzie musiał. W Polsce nie musiał, więc się nie zmienił. Właściwie to w Polsce kk jest chyba główną siłą konserwatywną, stojącą na straży patriarchatu ect. Ale to dłuższa historia. O ile rząd ten czy inny prędzej czy później upadnie i pojawi się szansa na jakąś odnowę, to w tym temacie nie widzę wielkiej nadziej, zwłaszcza teraz, kiedy wokół kk zaczyna się budowa tarczy przed inwazją islamską…

          11. oj tak, oj tak…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          2. Alternatywy się nie wybiera. Alternatywa jest (albo jej nie ma) ;)
          PS. Moja mama zawsze mi mówiła: „z pięknością nie będziesz żył” ;)
          Chodziło jej oczywiście o to, że uroda (dziewczyn, z którymi „chodziłem”) nie jest najważniejsza.
          Podobnie jest z pieniędzmi, które szczęścia nie dają ale… „kufereczek stóweczek, daj Boże” ;)

          6. To prawda, są tacy, którzy twierdzą, że nie istnieję ;) Ale chyba trochę z tym przesadzają ;)

          7. Rzadko kto chce posiąść wiedzę dla samej wiedzy.
          Ale to jest paradoks, że niby wszyscy ludzie chcą być praktyczni, ale w rzeczywistości większość z nich zachowuje się nieracjonalnie (marnując czas, siły i pieniądze na bzdety).

          8.Piszesz, że w społeczeństwie amerykańskim jest „ukryta i prężna siła, która odrzuca reguły równości płci”.
          Nie wiem. Ja jej za bardzo nie czuję. Pop-kulturę przenika jednak bardziej kult kobiecego piękna, powabu – sex-appeal… Nie ma według mnie jakiejś daleko posuniętej dyskryminacji płciowej, choć nadal kobiety, w wielu przypadkach, zarabiają mniej, niż mężczyźni (wykonując tę samą pracę).
          Zresztą, nie można mylić zrównania prawnego płci ze zrównywaniem samych płci, które przecież w naturalny sposób się różnią, a przecież nie ma w tym nic złego – wręcz przeciwnie.

          9. Kościół Katolicki jest bardzo ważnym elementem polskiej tożsamości narodowej – na dobre i na złe,
          Nie wiem, czy wynika z tego więcej złego, czy dobrego.
          Moim zdaniem, więcej dobrego, niż to chcą przyznać zdecydowani wrogowie tego kościoła.

        • Onibe Says:

          2. wiadomo: lepiej być pięknym, młodym i bogatym, a kobietę mieć jeszcze młodszą, jeszcze piękniejszą i niekoniecznie bogatszą ;-P
          8. z transoceanicznej perspektywy równouprawnienie w USA jest nie do końca logiczne i konsekwentne, aczkolwiek z pewnością zaszło dalej niż w Polsce, która równością nie stoi. Piszesz że popkulturę przenika ideał kobiecego piękna? Hmm… myślę, że w losowo otworzonym teledysku faktycznie obejrzę całą pledjadę młodych, ślicznych dziewczyn, tyle że ruszających się jakby były w rui. Showmanki z absolutnego topu ubierają się jak dziwki, bo według amerykańskiego modelu równości płci jeśli nie pokażą cycków i czegoś jeszcze to po prostu nie utrzymają się na topie. Co ciekawe, faceci wcale nie muszą pokazywać penisów (thanks God!), nie muszą być nawet atrakcyjni (choć i to jest mile widziane). Amerykańska popkultura promuje równouprawnienie płci w bardzo, bardzo szczególny sposób – moim zdaniem jest w tym więcej niesmaku i obrzydzenia niż promowania piękna kobiecego ciała. Możemy wspomnieć jeszcze o roli kobiecego ciała w sprzedawaniu proszków do prania, płynów do mycia podłóg i samochodów – we wszystkich tych przypadkach kobieta jest po prostu przedmiotem, który czemuś służy. Kultura nie pozwoli drogim paniom wyzwolić się z tej roli, bo póki faceci będą mieli jakieś działające hormony, póty sprzedaż musi na tym bazować. Może jestem stronniczy, zapewne już zauważyłeś, że amerykańską kulturę oceniam bardzo nisko. Może byłbym bardziej tolerancyjny gdyby nie fakt, że u nas następuje bezrozumny import najgorszego szajsu z ameryki. Gdyby jeszcze sami Amerykanie musieli z tym żyć i umierać byłoby mi to właściwie obojętne… Cóż, chyba faktycznie nie jestem obiektywny ;-)
          9. tak, nie powiedziałeś nic nowego. Elementem tożsamości narodowej są także nasi królowie, a jednak nikomu się nie śni powrót do monarchii. Dyskusja o kościele to trochę jak dyskusja o skansenie gdzieś w Afryce: chcielibyśmy aby Afrykanie żyli w taki sposób jak żyli tysiąc lat temu, byśmy mogli zrobić fajne zdjęcia podczas wycieczki, oni jednak pewnie woleliby chodzić w wygodnych adidasach i korzystać z komputerów… Od Polaków oczekuje się czapkowania kościołowi z uwagi na jakąś tradycję. Tradycja w Polsce służy odmawianiu prawa do samorealizacji. Tradycja staje przeciwko kobietom, homoseksualistom, ateistom, żydom, masonom… każdemu, kto nie jest mężczyzną, heteroseksualistą i katolikiem. Na domiar złego kościół ma lepkie rączki i co chwila sięga po coś co mu się nie należy, co prawicowi politycy natychmiast kamuflują, a wycieczki różańcowe opluwają tego kto to wyciąga na jaw. I tak to się toczy w tym kraju w środku Europy. Z tego co pamiętam, Logosie, Tobie się w tym skansenie mieszkać nie chciało ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          8. Przyznaję się: zważywszy na to, że pop-kultura amerykańska najwyższych lotów jednak nie jest, moje stwierdzenie, że przenika ją ideał kobiecego piękna, zabrzmiało cokolwiek górnolotnie. I nieprawdziwie, bo kiedy tak spojrzy się na to, co wyprawiają takie „gwiazdy” jak Lady Gaga, Miley Cyrus czy nawet Madonna, to głowa boli. To wygląda jak propagowanie dość wulgarnego seksu. No i jeszcze ten seksizm w reklamach, czy gdziekolwiek indziej.
          Nie wiem, może odezwał się we mnie sentyment do dawnym „bogi seksu” jak np Marilyn Monroe czy Rita Hayworth, tudzież obraz innych pięknych Amerykanek, że coś takiego napisałem?

          9. Wszystko prawda, co piszesz o kościele w Polsce. I rzeczywiście nasza „tradycja” obejmuje też rzeczy wstydliwe i niezbyt chlubne. Ale zważ, że jednak przywiązanie do kościoła i „wiary” umożliwiło utrzymanie naszej tożsamości narodowej przez całe zabory, jak również bardzo pomogło w wyzwoleniu się od „komunizmu”.
          Poza tym: warto zawsze mieć na uwagę tę pozytywną stronę nauki, jaką niesie dzisiaj choćby papież Franciszek. Dobro (ludzką solidarność, miłosierdzie, współczucie, miłość, rezygnację z przemocy i zabijania) jakie propaguje dzisiaj kościół na świecie (co można było odczuć np. podczas ostatniego zlotu młodzieży w Polsce) – to jednak nie jest „mrzonka”. To jednak jest jakaś alternatywa (przeciwwaga?) dla świata, w którym pełno wulgarności, seksizmu, agresji, pustki, nudy i rozwolnienia…

        • Onibe Says:

          8. tak też myślałem, że pisząc o kulturze masz na myśli przede wszystkim „starą i dobrą” kulturę popularną z lat, które były, odeszły i już nie chcą wrócić ;-(. Nie ma porównania pomiędzy twórcami i celebrytami kultury popularnej sprzed trzydziestu – czterdziestu lat a dzisiejszymi. Gdzieś widziałem mema, porównującego kilku celebrytów – jakąś piosenkę Biebera składającą się dosłownie z pięciu słów pisał sztab ludzi, z kolei Bohemian Rhapsody Queenu stworzył jeden Freddie. Czasami odnoszę wrażenie, że dawne Hollywood, bardzo konserwatywne i szowinistyczne, niechętne podnoszeniu statusu kobiet, hołubiło kobiecy wizerunek pełen szacunku, bardziej wartościowy, niż obecne Hollywood, które kobiety wciska gdzie może, ale zarazem traktuje je jak kawałki mięsa. Tak jak kiedyś żartowaliśmy: żadna współczesna „bogini” seksu nie przebije dziewczyny z sąsiedztwa, która może mieć gorszą figurę, ale jest człowiekiem, podczas kiedy domniemana bogini jest manekinem o mentalności gorszej niż, za przeproszeniem, portowa dziwka…
          9. problem właśnie z tą tradycją. Tradycją, której nikt nie neguje, bo kościół zaiste miał wielki wkład. Teraz jednak ów wkład i owa tradycja stały się rodzajem znaku handlowego z zastrzeżonymi prawami. A to z kolei służy wiadomo czemu. Dzisiaj kościół w sojuszu z prawicą nie tyle chronią naszą tradycję, co próbują nas w niej uwięzić, spacyfikować. Jako domniemani obrońcy mówią nam co możemy, czego nie możemy, a za plecami dzielą się kasą. Przykro mi to powiedzieć, ale Franciszek w polskim kościele nie jest lubiany. Kościół nie chce pojednania, tolerancji, życia w biedzie. Mógłbym ci opowiedzieć jakie akcje się dzieją z kościołem… mam firmę na wsi, gdzie wszyscy wszystko wiedzą. To że księża sprowadzają sobie np. dziewczynki do towarzystwa nie dziwi już nikogo, to że mają w garażach mercedesy i lexusy zdaje się irytować jednak bardziej. Zlot młodzieży byłby fajnym prognostykiem, gdyby wskazywał na to, że kościół rzeczywiście poważnie traktuje swój zakres obowiązków. Ja odnoszę wrażenie, że to tylko taka pokazówka. Ale nie miałbym nic przeciwko temu gdybym się mylił. Bo przeciwwaga jest potrzebna. Tyle, że jeśli faktycznie ktoś jej szuka, to niekoniecznie w kościele. Znam całą grupę ludzi – inteligentnych, odpowiedzialnych, którzy od kościoła odwrócili się dawno temu. Jeśli potrzebują wsparcia tego typu to szukają go w jodze, buddyzmie czy czymś takim. Z kolei ci którzy do kościoła chodzą tłumaczą to w pokrętny sposób: bo rodzice chodzili, wiec oni też czują się do tego zobowiązani, bo nie wypada się nie pokazać, bo to okazja do spaceru, ect. Nie znam nikogo kto by przyznał, że znalazł w kościele oparcie, opokę. Obawiam się, że do tradycji ochrony „narodowego rdzenia” kościół dopisał już kolejną, mniej pozytywną tradycję. I nawet jeśli się zacznie starać, nawet jeśli ulegnie odświeżeniu jego wizerunek, to nieprędko ludzie w to uwierzą.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          9. Tak naprawdę, seksistowskie podejście do „gwiazd” się nie zmienia, przybiera tylko inną formę – i masz rację że teraz bardziej wulgarną, mimo względnie lepszej pozycji kobiet, jeśli chodzi np. o gaże czy oficjalne równouprawnienie.
          A jeśli chodzi o pop-kulturę muzyczną? Patrząc np. na te najnowsze teledyski, dochodzę do wniosku, że same te młode dziewczyny (najczęściej królowe jednego sezonu) chcą być traktowane, jak „kawałek mięsa”, bo eksponują jedynie seks, bardzo wyzywający często (kudy mu do dawnego uroku kobiecego sex-appealu).

          10. Pisząc to wszystko o dzisiejszym kościele w Polsce pewnie masz rację, bo widzisz to z bliższej perspektywy. Mnie samego od kościoła oddaliło jeszcze w kraju to, z czym się nie mogłem zgodzić i co mi się nie podobało.

          Jeśli wszystko to, co piszesz zdominuje polski kościół, to jednak ludzie od niego odejdą.

          W Stanach Zjednoczonych miejsce kościoła jest takie, jakie powinno być: on służy ludziom, społeczności – bez wtrącania się w politykę, czy wpływania na media. Nie opływa też w żadne luksusy.
          Sam widzę to na przykładzie „naszej” parafii (moja żona jest praktykująca katoliczką).
          Rolę i znaczenie takiego kościoła oceniam zdecydowanie pozytywnie.

        • Onibe Says:

          9. rzeczywiście, masz rację. Seksizm stanowi w pewnym sensie podstawę showbiznesu, wszak showbiznes to jednak sprzedawanie i kupowanie pewnych uproszczonych wizerunków grawitujących w stronę najbardziej masowego, najbardziej prymitywnego zapotrzebowania. Sex w kinie istniał od zawsze, acz kiedyś „sex” to był widok gołej kobiecej kostki. Dzisiaj sex to sex, a jak nie ma sexu to wszystko inne musi go przypominać, choćby wymiana opon. Z gażami to chyba grubsza sprawa, bo jednak najwięcej zarabiają ciągle mężczyźni. A nawet jeśli niewiasta przebije się na top, to zwykle procentowy udział płci pięknej w owym topie jest mniej lub bardziej znikomy. Zauważ, że producenci to jednak zazwyczaj mężczyźni, a to oni decydują o kształcie biznesu… ;-). I pewnie masz, niestety, rację, że kobietom nie przeszkadza takie traktowanie, bo zazwyczaj do tego biznesu trafiają osoby o niewielkich walorach etyczno-moralnych, natomiast o gigantycznym głodzie pieniądza. Ci ludzie nie chcą być mili i grzeczni, chcą mieszkać w willach, ćpać, jeździć limuzynami i mieć własne helikoptery. Aby do tego dojść gotowi są chyba na wiele. Acz nie wiem jak to wygląda w praktyce, nie chcę kogoś skrzywdzić wrzucają wszystkich do jednego worka. Na pewno są przypadki lepsze i gorsze. Nie pamiętam czy pisałem czy nie (dłuuugi wątek się robi) ale podobno Lana del Rey przyznała oficjalnie, że musiała dawać pupki na lewo i prawo aby dostać swojego „hita”. Posypały się na nią gromy, ale zapewne nie jest ona przypadkiem jednostkowym, po prostu ona z jakichś powodów zgodziła się to powiedzieć. Może dla większej popularności?
          10. pamiętam moje wczesne dzieciństwo, kiedy tata wyjeżdżał np. do Francji by zarobić jakieś pieniądze. W ogromnym szoku opowiadał, jak to kiedyś wybrał się ze swoimi gospodarzami do kościoła. Po mszy świetej ksiądz stał przed wrotami i osobiście żegnał się z wiernymi, wielu ściskał dłonie, rzucał jakieś osobiste uwagi. Pamiętam, że myśleliśmy wtedy, że do Polski to też kiedyś dotrze. Nie dotarło. U nas ksiądz to „pan na włościach” lub urzędnik kwitujący opłaty. Większość z nich to spasione świnie, tak obleśne że powinno się im zakazać głoszenia kazań. Ale oczywiście są wyjątki. Mnie i Izie udzielał ślubu świetny ksiądz, bardzo normalny i ludzki człowiek. Taki, dla którego informacja o należności za udzielenie sakramentu zdawała się być przykrością a nie racją stanu. W dodatku okazał się pomocny i rozumiejący. Jako że braliśmy ślub w obcej parafii, każde z nas w swoich parafiach musiało uzyskać pozwolenie na ślub w innej parafii (tak, tak… w Polsce się przynależy do parafii tak jak w średniowieczu chłop przynależał do pana feudalnego). Od tego czasu Iza przestała chodzić do kościoła i z kościołem zerwała – jej ksiądz potraktował ją jak jakąś lafiryndę, był tak chamski i opryskliwy, że się prawie popłakała. Ja się nie popłakałem, ale mój też był wtedy niezbyt miły i oczywiście zasunął mi „opłatę administracyjną” na tyle „symboliczną” by mu się opłaciła utrata zysków ze ślubu… Pytanie brzmi: czy Polska doczeka się kościoła ludzkiego, pomocnego, współczującego, rozumiejącego, skoro i tak co niedziela kościoły są pełne. A – mało tego – większość osób chodzących do kościoła nawet kościoła nie lubi i nie ceni, bo takich opowieści jak moje mógłbyś usłyszeć miliony. Jest to właśnie tradycja, która się wykoślawiła, stała się własnym cieniem i kpiną samą z siebie, ale dzięki instytucjonalnej obudowie, jest to tradycja silna, nie do ruszenia. Dlatego nie jestem optymistą. A wierz mi, nie jestem wrogiem kościoła bezmyślnym – po prostu nie cierpię hipokryzji.

      • Matrix Says:

        Nie chcę się tu z Panem sprzeczać, więcej tematu inteligencji emocjonalnej nie podejmę ;), ale zastanawia mnie fakt, jak to jest że człowiek który cytuje Miłosza na podstronie „o mnie” postrzega świat i człowieka poprzez wymysły psychologii i dałby się pokroić, że wie o czym mówi.
        Miłosz i psychologizowanie rzeczywistości do jednego pieca?
        Chleba z tego nie będzie.
        Dla mnie Miłosz to jeden z największych odkrywców świata. Uczy rozumu. Na początku twórczości podmiot szybujący nad dziełem, w nieskończonym szeregu luster, później jakby dał się unieść, a na koniec wydać pochwałę „uważności”. Ja sam mam podobne rozterki, czy nie miał przypadkiem racji, bo na koniec tak właśnie zainstalował się w świecie. Szukał tego czego ja szukam.

        Do zobaczenia na Hawajach. Obok krajobrazów co tam dobrego do jedzenia? Homary? Co tam Pan zajada?
        Zapraszam na kolację.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Miłosz nie tylko psychologizował (polecam „Zniewolony umysł”) rzeczywistości, ale i ją umetafizyczniał ;)

          Nie sądzę, że postrzegam człowieka i świat poprzez „wymysły psychologii”. Proszę sobie obejrzeć moje zdjęcia ;)

          Proszę o podanie przykładu, kiedy Miłosz „szybuje nad dziełem, w nieskończonym szeregu luster”, a później „daje się unieść”, a na koniec „wydaje pochwałę ‚uważności’.” Chętnie się przyjrzę takiemu „szybowcowi” ;)

          Dziękuję, kolację już jadłem. Były nią krewetki ;)
          Ale fakt, że na Hawajach owoce morza smaczniejsze, niż na kontynencie.

        • Matrix Says:

          Witam,
          Temu „szybowcowi” Miłoszowi można się uważnie przyjrzeć, jeśli szuka się go nie tyle w słowach, co pomiędzy nimi, co w gruncie rzeczy dotyczy podmiotu.
          Prof. Marek Zaleski z PAN pisze o Miłoszu ze zrozumieniem, przynajmniej moim skromnym zdaniem, to jakby Pan poczytał,
          to byśmy porozmawiali, bo Pan o Miłoszu takie rzeczy pisze, że to nic z jego twórczością na dobrą sprawę nie ma.
          Nie krytykuję, możemy nie kontynuować tego tematu, nie zależy mi na przekonywaniu Pana, choć stwierdzam z całą powagą, że Pan Miłosza nie rozumie w ogóle, co udowadnia Pan pisząc o tym, że on „psychologizował, że o „metafizyce” nie wspomnę.

          Odwiedzam tą stronę z innych względów. Pytanie „czym jest sztuka?” zajmuje mnie od lat. Tak tu trafiłem. Przeszedłem drogę przez malarstwo, filozofię, metafizykę, architekturę, literaturę, poezję, psychologię, religie czy myśl Freuda i wiele innych…

          Dzisiaj moją ścianę, po tej całej wędrówce zdobi czarny kwadrat na białym tle Malewicza. Coś w tym jest dla mnie samego niebanalnego, jestem absolutnie zaskoczony, bo pierwszy raz w życiu mam poczucie, że to się już raczej nie zmieni.
          No to może po to jest sztuka.

          Co Pan myśli?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          W takim razie na pewno nie rozumiem Miłosza tak, jak by Pan sobie życzył.
          A czy nie rozumiem go „w ogóle”?
          Ja go rozumiem po swojemu – i to jest dla mnie ważne.
          Przeczytałem większość z tego, co napisał Miłosz i myślę, że robiłem to, uważnie się tej twórczości przyglądając.

          Ogromna część twórczości Miłosza obracała się wokół spraw metafizycznych.
          Nawet jeśli on sam nie był metafizykiem, to na pewno miał temperament metafizyczny (żeby nie napisać: religijny).

          Pisze Pan, że przeszedłszy „drogę przez malarstwo, filozofię, metafizykę, architekturę, literaturę, poezję, psychologię, religie czy myśl Freuda i wiele innych…” wrócił” Pan do czarnego kwadratu na białym tle – i jest to dla Pana niebanalne, właściwie kres Pańskich poszukiwań i doświadczeń sztuki.
          No cóż, wydaje mi się, że znalazł się Pan w kropce (czarnej na białym tle).

        • Matrix Says:

          Szanowny Autorze,

          Rzecz w tym, że Miłosz poprzez swoją twórczość sensu stricte zadawał pytanie „A co, jak metafizyki nie ma”?

          To jest Miłosz. Oto wielkość tego człowieka. Oto pytanie na miarę geniuszu, które tak bardzo spędzało mu sen z powiek. Oto twórczość, szukanie czegoś „poza pozorem”, czegoś co świeci światłem jasnym, autentycznym, coś z poza granicy naszego języka, a zarazem coś co nie ma nic z metafizyki.

          Malewicz po namalowaniu czarnego kwadratu na białym tle mówił do uczniów: Nie dajcie się zwieść, ten kwadrat nie jest pusty, jest brzemienny w znaczące.
          Strzemiński zafascynowany Malewiczem napisał „Teorię widzenia”.
          Nie czuję się jakbym był w kropce.
          To na mnie tak wpływa, że chyba napiszę książkę, choć zupełnie nie o malarstwie.

          Pozdrawiam,

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „A co, jak metafizyki nie ma”?

          No proszę, Miłosz miał podobny dylemat, co ja ;)
          Kiedyś napisałem (tutaj):

          „Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki… biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
          Pewnie tak.
          Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy, w przeciwieństwie do niej, obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
          Mrówka pada – ot, tak sobie.
          Ale czy my padamy metafizycznie?”

          Z książką chętnie się zapoznam.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s