DEKALOG PODRÓŻNY

.

Na Czarnej Plaży - Hawaje

Na Czarnej Plaży – Hawaje

.

W swojej książce „The Tao of Travel” Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):

.
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko.
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową.
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać.
10. Zaprzyjaźnij się

.

Ciekawe. Jednak należy pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym”, tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym, zaczął on to swoje włóczęgi po świecie w czasach kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).

Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1. No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to wszystko w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienie konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.

Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy siak… dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik, kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.

rejs po Brahmaputrze - Tybet

Rejs po Brahmaputrze – Tybet

Ad 3. Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. „bagaż” doświadczeń. Lecz to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie

Ad 4. Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można buło poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.

Ad 5. „Podróżuj lądem.” Hm… dobrze mówić. Ale jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec, czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.

Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami musimy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać dlaczego.)

Ad 7. Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha, niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie. Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani – niekiedy nawet zdegustowani tym co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.

Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę nie związaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.

Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy.)
Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. „zasięg” – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.

Ad 10. „Zaprzyjaźnij się.” O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania” to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat, niż Theroux. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. W ten sposób niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie mam wrażenie.
Myślę, że na miejscu będzie jeśli przytoczę tu kilka słów, jakie na temat fotografowania (i tej jego ujemnej strony) napisałem podczas mojej podróży po Indii (teraz zauważyłem, że pobrzmiewa w nich zastrzeżenie jakie wysnuł Theroux): „Wyjazd do Indii z traktowanym poważnie aparatem fotograficznym ma swoje dość istotne konsekwencje. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo nadmiernej estetyzacji tego kraju. Również wizualizacji, która zajmuje się powierzchnią, przez co można mieć problem z dotarciem do wnętrza i poznania głębi. Ograniczenie się do patrzenia na obcy kraj przez wizjer aparatu zwiększa zwykle dystans do jego prawdziwej esencji.
Z drugiej jednak strony czuję (być może wikłam się tu w sprzeczności), że w jakiś sposób o wiele uboższe byłyby moje wspomnienia i doświadczenie Indii, gdybym teraz, po powrocie, nie mógł się wesprzeć tymi wszystkimi zdjęciami, gdzie utrwaliłem napływające do mnie zewsząd obrazy, odwiedzane miejsca, a przede wszystkim setki ludzkich twarzy spotkanych osób, w których oczach mogę dziś oglądać ich dusze, dopowiadać sobie historię ich życia.”

*  *  *

Mozaika zdjęć z moich podróży: Świat w obrazach.

.

Nie, żebym przeszedł na buddyzm - to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

Nie, żebym przeszedł na buddyzm – to mnisi zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia w jednej ze świątyń w Mandalay (Birma)

.

Reklamy

Komentarze 24 to “DEKALOG PODRÓŻNY”

  1. małgosia (guciamal) Says:

    Tak na gorąco parę moich refleksji.

    Mapa – uwielbiam podróże, ale zanim się one zaczną odbywam je przysłowiowym palcem po mapie, sprawdzam plan ulic, odległości od hotelu (niestety nie umiem być podróżnikiem obieżyświatem – muszę mieć z góry zarezerwowane lokum i są to najczęściej hotele), rozkładu komunikacji – to takie praktyczne przygotowanie, potem sprawdzam adresy miejsc, które chciałabym zobaczyć z różnych względów.

    Lubię podróżować sama – wówczas mogę się skupić wyłącznie na poznawaniu, choć miło jest dzielić z drugą osobą swoje zachwyty nad światem.

    Komórka, w zasadzie tylko jako koło ratunkowe na wypadek niespodziewanych zdarzeń, jak to, kiedy samolot, który miał lecieć popołudniu odleciał rano, poza tym mogłaby nie istnieć (staram się odcinać od przyziemnych spraw i od problemów).

    Aparat fotograficzny – koniecznie. Jakże do dziś żałuję, że podczas podróży po Grecji skończyła mi się klisza fotograficzna, umknęło tyle wspomnień – bo zabrakło takiego wspomagacza pamięci (tego zapasowego dysku).

    Książka – każda mile widziana, aczkolwiek taka związana z odwiedzanym miejscem, jak dla mnie, tylko potęguje doznania.

    Słowo „magiczne” powinno chyba zostać objęte embargiem – z powodu jego nadużywania zostało ono tak wyświechtane, że aż zgrzytam zębami, kiedy czytam, że Kraków jest miastem magicznym, a przejście uliczkami ma sobie jakąś magię, a na Wawelu czuje się magię przeszłości … brrrr. Kraków jest jedynym polskim miastem, które mogę odwiedzać wciąż i wciąż i czasami, aż korci zastosowanie tego przymiotnika, ale właśnie z powodu jego zużycia staram się tego wystrzegać.

    Nie lubię też udawania, jeśli jakieś miejsce nie przypadnie mi do gustu (nawet, jeśli mam świadomość, że jest ciekawe, warte obejrzenia i wiele oferuje, ale z jakichś powodów mnie nie ujęło) nie napiszę entuzjastycznych wrażeń tylko po to, aby … – no właśnie po co?

    Podróż to dla mnie słowo-klucz. Życie jest podróżą. Uwielbiam podróżować, na samą myśl gęba mi się śmieje.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak widzę mamy podobne podejście do podróży (łącznie ze śmiejącą się gębą ;) )

      Wiele wątków poruszyłaś, podejmę jeden: ja również wybieram się w podróż mając wcześniej dość dokładnie ustaloną trasę (tzw. itinerary), łącznie z najważniejszymi rezerwacjami. Nie wiem, najprawdopodobniej wynika to z mojego pewnego skrzywienia zawodowego, bo przed laty – kiedy ustalałem trasy wycieczek, które miałem prowadzić – musiałem mieć zabezpieczone miejsca noclegowe, czy ważniejsze opłaty, bilety… etc. To była konieczność. Podobnie dzisiaj, kiedy wybieram się w podróż prywatnie, robię podobnie, bo nie lubię przykrych niespodzianek i wolę mieć spokojną głowę, jeśli chodzi o tzw. logistykę podróży.

      Ale doceniam podróżne improwizacje (ja też czasem się na nie porywam) – pewną spontaniczność, którą zapewnia człowiekowi wolność wyboru – dostosowanie do rytmu i zmieniającego się nastroju czy warunków.
      Tak więc, nawet jeżeli mój plan jest dość dokładnie ustalony, to zawsze pozostawiam sobie pewien margines swobody, bo jednak nie lubię sztywności, która zawsze w jakiś sposób nas ogranicza – limitując nasze podróżne doświadczenia.

      PS. Muszę sprawdzić, czy w moim ostatnim wpisie o klasztorze Samje nie użyłem słowa „magiczny” ;)

  2. sarna Says:

    „podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani – niekiedy nawet zdegustowani tym co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.” – dlaczego więc nigdy o tym nie piszesz, zawsze są same achy i ochy?

    – Indie były moją wymarzoną podróżą, ale odkąd w internecie oglądam i czytam o tym moim wymarzonym celu wojaży, zwyczajnie odechciało mi się – za żadne skarby! – widok objawów braku podstawowych zasad higieny, ziejący nawet z monitora smród i bród potrafią zdominować koronki Radżastanu – to nie dla mnie. Jestem dzieckiem natury, czuję się na wakacjach 12 miesięcy w roku, mam na wyciągnięcie ręki krystalicznie czyste wody jeziora, pagórki i lasy – wszytko pachnie, kwitnie i świergoli – czasami współczuję ludziom za to, że muszą płacić ciężki grosz za kilka dni tego, co ja mam za darmochę na okrągło.

    Autentyzm? może, ne zastanawiam się nad tym, co jest do bólu tak powszechne i naturalne – dla mnie to stan normalny/naturalny, nie dorabiam do niego ideologii, nie szukam filozoficznych uzasadnień i wytłumaczeń – żyję, delektując się wespół z bliskimi mi ludźmi możliwością odróżniania różnych odcieni szarości, które w ich obecności okazują się być zwyczajnym szafirem, o tęczowej gamie barw. Sądzę, że owe TO tkwi w nas, nie można się tego nauczyć ani tego kupić, można je natomiast w sobie odkryć i się na nie odważyć, a wówczas świat ma się na wyciągnięcie ręki ;)
    macham

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Na pewno nigdy, kiedy pisałem o swoich podróżach, nie „markowałem” swojego zachwytu, kiedy jakieś miejsce mnie rozczarowało. Niczego nie udawałem, pisałem to, co czułem i myślałem.
      Tak się złożyło, że niemal wszystkie moje podróże były udane, a ponadto, kiedy o nich pisałem, to w zasadzie skupiałem się na pozytywnych ich aspektach, których była zdecydowana większość. Być może dlatego odniosłaś wrażenie, że wydaję tylko same „achy” i „ochy”. Ale to nie do końca prawda, bo jednak zdarzyło i się o pewnych miejscach (krajach) pisać krytycznie (np. jeden z moich wpisów o Indiach nosił nawet tytuł „Shitty Side of Life”).
      Mam nawet w planach napisanie czegoś takiego – opisanie tej ciemniejszej strony, zarówno krajów, które zwiedziłem, jak i masowej turystyki, która coraz bardziej zalewa świat.
      No ale rzeczywiście – zdecydowanie bardziej wolę pisać o tym, co mnie zachwyciło – o urodzie odwiedzanych miejsc, o tym, co dobrego mnie spotkało ze strony poznanych w czasie podróży ludzi.

      A jeśli chodzi o Indie – to jednak była najbardziej fascynująca dla mnie podróż. Nie wszędzie Indie są cuchnące, brudne, przerażające – byłem w wielu miejscach wręcz przepięknych, niemal wszystkie hotele, w których się zatrzymałem, były świetnie – i bardzo czysto – utrzymane, a poza tym (same w sobie) były fantastycznymi miejscami, zarówno jeśli chodzi o zajmujących się nimi ludzi, jak i wystrój, charakter, architekturę (zwłaszcza w Radżastanie).
      Tak à propos – do Indii nadal mnie ciągnie. Wcześniej odwiedziłem ich północną część, teraz chciałbym zobaczyć (zupełnie inne, podobno) południe. No i chciałbym się tam wybrać na dłużej – co najmniej na dwa miesiące.

      To prawda – świat jest na wyciągnięcie ręki. Czasem jednak musi się pokonać znaczne odległości, żeby uchwycić to, co w nim niezwykłe i nam nieznane.

      • sarna Says:

        Opisanie minusów miejsc odwiedzanych byłaby zapewne ciekawą, ale na dłuższą metę nużąca lekturą, więc może sobie odpuść ;) Szkoda trwonić cenny czas i energię, lepiej poświęcić je na zachwyt pięknem, które zresztą tak trafnie wychwytujesz nawet w załamaniach światła w tafli wody, ułożeniu kamieni czy skromnym kwiatku pośród morza piasku pustyni.

        Pisząc o świecie na wyciągnięcie ręki chciałam powiedzieć coś, co innymi słowy wyraził chyba Rilke „wszędzie tam, gdzie zawiedzie nas droga, natrafimy na samego siebie” – fajnie zatem jest siebie akceptować, lubić i mieć za co siebie lubić – w każdą podróż zabieramy z sobą przede wszystkim samego siebie. To od nas samych zależy czy jesteśmy ciekawi świata, czym jest dla nas ten „świat” i gdzie/ w czym go znajdujemy. Trudno (chyba) cieszyć się urodą świata gdy jest się zgorzkniałym, obojętnym, itp., itd.

        Czasami jest tak jak zauważasz, że musimy pokonać znaczne odległości, żeby poznać to, co nam nieznane, ale czasami to nieznane jest tuż obok, a nie potrafimy tego dostrzec lub co gorsza docenić i jak bohater z bajki autorstwa Makuszyńskiego szukamy po szerokim świecie tego, co jest bardzo blisko. Miłosz, którego zresztą Ty też cytujesz na swoim blogu pisał „Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu.”

        Co znaczy owe „No i chciałbym się tam wybrać na dłużej – co najmniej na dwa miesiące” – w czym problem ? przecież to Ty mawiasz, że wystarczy chcieć, by to mieć, więc zabieraj się za ustalanie trasy.

        • małgosia (guciamal) Says:

          Przepraszam, że wtrącę swoje trzy grosze. Ktoś kiedyś napisał mi, że tam gdzie się wybieramy odnajdujemy to co mamy w sobie. Pewne dlatego czasami nie zwracamy na pewne niedogodności uwagi. Mój obraz Indii- moje wyobrażenie o tym kraju jest podobne do Twojego Sarno, że bród, smród, ubóstwo, choroby i dlatego jakoś mnie tam nie ciągnęło. Ale z drugiej strony, kiedy byłam w Egipcie (poza obszarem zamkniętej enklawy hotelu) ta szarzyzna, bieda i brud urzekała w swej brzydocie (nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale mimo, że nie chciałabym tam mieszkać, to klimat tego miejsca był niepowtarzalny i w pewnym sensie nawet urokliwy, może dlatego, że oglądany bardziej zza szyb autokaru niż z perspektywy pieszych przechadzek). Pamiętam też, jak kiedyś dziewczyna opisała swoje rozczarowanie Paryżem, że brudno, że czarni, że kolejki do muzeów i w ogóle nie zobaczyła tam tego, co pokazują reklamowe foldery (cytując spieprzała stamtąd i nie zamierza wracać). Jak mogła odnaleźć to, czego w niej nie było, bo kiedy patrzy się z miłością to mimo, że widzi się ciemne strony miejsca, to zapamiętuje i opisuje coś, co bywa znacznie piękniejsze niż na reklamowych folderach. I to też prawda, że szukamy piękna daleko, a nie dostrzegamy go pod nosem. Pozdrawiam serdecznie

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Sarno,
          jak już powiedziałem, jeśli pisze się o własnej podróży, to wypada jednak pisać prawdę – chodzi mi o autentyzm własnego doświadczenia, które przekazuje się innym. Czyli jednak bliżej reportażu, niż literatury par excellence – o fantasy nie wspominając ;)
          Akurat Theroux potrafi to w swoich książkach doskonale łączyć (jego sprawozdania z podróży jak najbardziej są literaturą, i to dobrej jakości) – pewnie trochę zmyśla i koloryzuje, ale odbywa się to w dopuszczalnych ramach, które nie fałszują prawdy o miejscu i świecie, a jeszcze bardziej ją uwydatniają.

          Nie sądzę, że pisanie o „minusach” – czyli o tej ciemniejszej stronie odwiedzanych miejsc – jest (musi być) nudniejsze. Chyba jednak jest wręcz przeciwnie – odnoszę niekiedy wrażenie, że to bardziej interesuje ludzi, niż przedstawianie samych uroków ziemi (czyli, jak to nazwałaś, pisanie o „ochach” i „achach”).
          Zresztą, jak widzimy – np. na Facebooku – zdecydowana większość, zamieszczając zdjęcia ze swoich podróży, ogranicza się do owych „ochów” i „achów” – a to jest niczym innym, jak leniwym i sztampowym pójściem na łatwiznę, świadcząc zwykle o bardzo powierzchownym i banalnym odbiorze odwiedzanych miejsc.

          To, że wybierając się nawet w najdalsze zakątki świata, spotykamy tam zawsze samego siebie, jest zarówno naszym błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
          Błogosławieństwem, bo filtrując wszystko przez naszą osobowość (wrażliwość) doświadczamy świata, poznajemy go, a tym samym niejako kumulujemy go w sobie (co nas wzbogaca).
          Przekleństwem, bo nie jest tak łatwo uwolnić się od własnych złych przyzwyczajeń i psychicznych złogów – od wad i obciążeń, które czasami wloką się z (za) nami, jak zły duch.
          Jednakże, najczęściej podróż nas „przeczyszcza” – i „przemeblowuje” nasze wnętrze.

          Koniec końców, zawsze wracamy do siebie – do tych „dwóch gęsi” na brzegu rzeki w naszej wiosce.
          Czyli tam, gdzie są nasze korzenie i tam, gdzie budowała się nasza tożsamość (a to miało miejsce w dzieciństwie).

          PS. Za ustalanie trasy już się wziąłem. Ale… jak to powiedział kiedyś Woody Allen: „Jeśli chcesz rozśmie­szyć Bo­ga, opo­wiedz mu o twoich pla­nach na przyszłość”
          Niech się więc bozia śmieje, ale mam nadzieję, że jeszcze pozwoli mi w moim życiu na to i owo ;)

  3. babkafilmowa Says:

    Podróże od dzieciństwa były moim marzeniem, wychowałam się na „Kontynentach” (tych z czasów, gdy Elżbiecie Dzikowskiej jeszcze się nie śniło, że poślubi T. Halika) czy „Poznaj świat”. Czytałam książki podróżnicze (Fiedlera, Budrewicza itd., którzy wędrowali i odkrywali bez GPS i komórek, czy latających nad nimi helikopterów), książki z serii „Dookoła świata” – może pamiętasz?, także podróżniczo-przygodowe, oczywiście, całość „Tomka”, ale także mniej znane dziś książki Mrówczyńskiego, to z jego powieści dowiedziałam się, że kolej transandyjską skonstruował Polak Ernest Malinowski. Pisał także o wielu innych podróżnikach i odkrywcach, np. na Syberii.

    Niestety, nie udało mi się marzeń wcielić w życie, z różnych powodów, głownie charakterologicznych i takich a nie innych splotów życiowych. Ale podróżuję nadal, czytając książki, teraz głownie reportaże, z różnych stron świata. Także wspomnianego przez Ciebie Therouxa, z którym podróżowałam Pociągiem Czerwonym Kogutem przez olbrzymi obszar Chin.
    Może nie widzę, nie czuję wszystkimi zmysłami życia, jakie się tam toczy, ale dzięki wspaniałym podróżnikom i darze obserwacyjnym, oraz ich umiejętnościom pióra, doskonale sobie je wyobrażam.
    Jeślibym podróżowałabym, to nie w celu zaliczeniu zaliczenia najgłośniejszych zabytków kuli ziemskiej, chociaż też, przy okazji, czemu nie, ale głownie po to, by tam pożyć, życiem codziennym i problemami (nie wyłączając politycznych) ludzi. Dlatego tak bardzo lubię książki, dzięki nim może nie jestem, ale dość dużo wiem.
    Nie interesują mnie wycieczki organizowane przez biura turystyczne, przecież mogłabym dzięki nim poznawać zabytki, może nie od razu świata, ale chociaż Europy. Nie, nie, to nie dla mnie.

    Ale obecnie nie odczuwam już takiej wielkiej potrzeby podróżowania, uwielbiam przenosić się w różne zakątki świata, czytając. Wspaniały wypoczynek i przygoda oraz okazja poszerzenia horyzontów. Przy okazji polecam, na przykład „Chłopczyce z Kabulu” J. Nordberg czy V. S. Naipaula „Indie. Miliony zbuntowanych”, no i jako że mieszkasz w USA to mi sie skojarzyło – „Ku-Klux-Klan. Tu mieszka miłość” Surmiak-Domańskiej. Poza tym namiętnie czytam to co, ukazuje się o Rosji. m.in. Pomeratnsev „Jądro dziwności. Nowa Rosja”. O Czechach też, jako że mamy w Polsce M. Szczygła, który się w nich specjalizuje. :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Coś mi się wydaje, że należymy do tego samego pokolenia, bo moje koleje łapania podróżniczego bakcyla były całkiem podobne do Twoich. Oczywiście, że pamiętam „Kontynenty” i „Poznaj Świat”, również zaczytywałem się w przygodach Tomka Wilmowskiego opisanych przez Alfreda Szklarskiego, wielce na moją wyobraźnię oddziaływały książki choćby Juliusza Verne’a czy Arkadego Fiedlera. Na pewno pamiętasz wspaniałą serię Iskier „Naokoło świata”, czy choćby telewizyjny „Klub sześciu Kontynentów”, który prowadził Ryszard Badowski.
      Z dostępem do książek, pism czy publikacji podróżniczych o tyle miałem łatwo, że moja ciotka była nauczycielką (i pasjonatką) geografii. U niej w domu była wspaniała biblioteka – jedno z najbardziej ulubionych miejsc mojego dzieciństwa :)

      Pamiętam więc jakich przyjemności dostarcza czytanie książek o odległych rejonach świata – i zgadzam się, że jest to swego rodzaju podróż, na dodatek wzbogacająca naszą wiedze o świecie. Lecz mimo wszystko to nie jest to samo, co doświadczenie rzeczywistej podróży. Zawsze miałem tego świadomość i pewnie dlatego w końcu sam wyruszyłem w świat.

      To trochę przewrotne, ale mimo tego, że sam pilotowałem kiedyś grupy autokarowe – i znam dobre strony tego typu zwiedzania (bo one niewątpliwie istnieją) – to jednak wolę podróżować indywidualnie.
      Nie lubię, kiedy ktoś mi coś narzuca – zwłaszcza w podróży ;)

      PS. Dziękuję za reportażowe rekomendacje.

  4. Mariusz Says:

    Coś mi tu się nie zgadza? Omawiając kolejne punkty dwa razy napisałeś Ad. 4, a mimo to wyszło Ci 10 zasad. W dekalogu Theroux ostatnim przykazaniem jest „Zaprzyjaźnij się”, a w Twoim omówieniu ostatnie dotyczy fotografowania.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trafiony – zatopiony ;) Brawo za spostrzegawczość!
      Rzeczywiście, coś mi się pokręciło z numeracją tych „przykazań”, a to dlatego, że powstrzymanie się od fotografowania w czasie podróży uznałem za kolejne „przykazanie” Theroux, podczas gdy on wyraził to tyko jako swoją obiekcję – sam nie zabiera ze sobą w podróż aparatu fotograficznego, gdyż jego zdaniem stanowi on przeszkodę dla pamięci i stwarza dystans między nim a spotykanymi ludźmi.
      Błąd poprawiłem, dziękuję za zwrócenie mi na niego uwagi.

      • Mariusz Says:

        Tak się zastanawiam dlaczego wśród tych porad nie znalazło się takie: „Ucz się języków obcych”. Gdy podróżujesz, z pewnością masz łatwiej gdy, tak jak Cejrowski, biegle władasz hiszpańskim i angielskim.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Może Theroux uznał to za oczywistość?
          Wiadomo, że angielski przydaje się na całym świecie (hiszpański – w Ameryce Środkowej i Południowej), ale jeśli chodzi o Azję, to już warto byłoby znać mandaryński, czy hindi – czy jakiś inny w zależności od kraju, który chciałoby się poznać (jednakże wymaga to już większego zaangażowania i lat nauki danego języka – a jak wielu z nas na to stać?)
          Z tego, co wiem to Theroux jest poliglotą. Pisze po angielsku, ale przyznaje się do tego, że może się porozumiewać w takich językach jak włoski, francuski, niemiecki, hiszpański…a z tych bardziej „egzotycznych”: urdu, chichewa, swahili i właśnie mandaryński.
          No ale – jak już wspomniałem – nie ma się co przyrównywać do Theroux, bo jest on pisarzem i podróżnikiem zawodowym, a ponadto wybitnym ;)

  5. atlas Says:

    „Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca.”
    Ryszard Kapuściński

  6. Tess Says:

    A propos książki w podróży, takie ciekawe miejsce:

    https://ksiazkawpodrozy.com/blogi/

    Warto przejrzeć tę listę blogów i akcję „podrzucania” książek w różnych ciekawych miejscach w świecie.

  7. Onibe Says:

    1. ja bym punkt „wyjedź z domu” potraktował jako swego rodzaju przenośnię. Na przykład jako wyjazd mentalny ;-). Albo także wyjazd poza swoją prywatną terra cogita…

    2. podróżować wolę w towarzystwie – optimum to jedna osoba (w sensie: druga osoba). Koniecznie kobieta. Najlepiej moja własna lub taka, do której można sobie rościć pewne prawa ;-). Żona z dużym doświadczeniem już niekoniecznie, bo wtedy to tak jakby się człowiek nie ruszył z domu, skoro dom się ruszył razem z nim ;-)

    3. dzisiaj takie czasy, że podróżowanie zaczyna się – i często kończy – na przygodzie z gadżetami. Obowiązkowo nowiutka walizka podróżna, obowiązkowo milion dupereli… Dla mnie kiedyś punktem obowiązkowym był aparat, bo właściwie gdziekolwiek byłem to zawsze się koncentrowałem na robieniu zdjęć (co ciekawe: niemal nigdy nie były to zdjęcia typu „tu byłem” czyli z mordkami moimi i towarzyszy w kadrze). Dzisiaj mógłbym zrezygnować już z aparatu. Czyli chyba… postawiłbym na wygodne buty ;-)

    4. korzystanie z mapy zwiększa frajdę o jakieś 1000%. Co prawda zdarzają się przypadki. Z Izą dwukrotnie zabłądziliśmy na Mazurach, w efekcie każdy z „pechowych” spacerów wydłuzył się z zakładanych 25 km do prawie 40… Ale do dzisiaj wspominamy to miło. Choć z zastrzeżeniem, że mapa plus kompas to jednak czasami zbyt mało, zwłaszcza jak nie widać horyzontu…

    5. z tym podróżowaniem lądem to chyba chodzi o intensywność. Uwielbiam pływać, chociażby promami – każdy rejs to dla mnie ultra frajda. Ale chodzenie na pieszo sprawia, że czuje się każdy metr przestrzeni. Samochód czy rower, choć też są to środki do podróżowania lądem, już tego nie dają. Inna rzecz, że na wycieczkę przez pół Tunezji nie wybrałbym się na piechtę…

    6. zależy jaka granica. Z Polski do Czech można przejść nie zauważając granicy ;-). I niewiele to daje frajdy, poza możliwością spróbowania innego piwa…

    7. zdecydowanie na nie… Może, w ramach kompromisu, pewnym dziennikiem byłby dla mnie blog, ale jak już się sto razy odgrażałem, że zrobię w końcu „wspominkę” z wizyty na Kubie z 2009, tak mijają kolejne lata i nic się w tym temacie nie dzieje ;-). Dla mnie pamiętnikarstwo częściowo wyklucza frajdę z podróżowania – trochę jak z fotografią: przenosi akcenty z „jestem tu i teraz” na „jak to spisać by brzmiało to fajnie”.

    8. zgadzam się z Theroux i podejrzewam, że głównie chodziło mu o przewodniki i powieści, jakie kupują niedzielni turyści. Że dzisiaj jedziemy na Ukrainę więc czytamy coś o Ukrainie, a od jutro od nowa możemy nie wiedzieć gdzie ta Ukraina leży. Z drugiej strony dobrze jest mieć jakieś przygotowanie… Różnie można do tego podejść. Ogólnie jednak, sądzę że powieść powinna być ucieczką od tego co jest wokół, a nie dodatkowym nitem.

    9. niemożliwe do osiągnięcia dla przeciętnego zjadacza chleba, czyli kogos, kto nie ma asystentek i asystentów tudzież sztabu ludzi nadzorujących to co pozostało po drugiej stronie lustra…

    10. nie wypowiem się, nigdy przyjaźni nie zawierałem. Mam z tym problem nawet na normalnej stopie.

    Odnośnie fotografowania… sama prawda i tylko prawda.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      1. Ja jednak uważam, że Theroux zalecenie „wyjedź z domu” traktował literalnie. Bo jeśli chodzi o podróż, to owo „rusz się!” fizyczne, pociąga za sobą poruszenie się mentalne (a co za tym często idzie: duchowe).

      2. Podróżowanie z kobietą, do której nie można byłoby rościć sobie żadnych „praw” to jednak mogłaby być męka ;)

      3. Wygodne buty w podróży to podstawa, nawet wtedy, kiedy często chodzi się w niej… na bosaka ;)

      4. Oczywiście, przed ostatnią wyprawą zaopatrzyłem się w mapę. W mapę, której zupełnie już w czasie podróży nie używałem. Niestety (?) wszędzie – nawet na zupełnym odludziu, wśród dzikiej przyrody (niestratowana jeszcze przez turystów Norwegia) – działał GPS, a tym samym miałem wgląd w mapę na smartphonie. I do końca nie wiem, czy mam się tym cieszyć, czy też martwić.

      5. Dobrze jest czuć „fizyczność” przestrzeni. Ja ją czuję nawet wtedy, kiedy jadę samochodem. No ale w końcu trzeba z tego samochodu wyjść – i dopiero wtedy zwala mi się na głowę krajobraz, a płuca wdychają powietrze, które go wypełnia. Ale to prawda, że kiedy człowiek chodzi po ziemi (jest na szlaku), to tę ziemię czuje najbardziej i najpełniej. Tego dotyczy również zwiedzanie (doświadczanie) miasta.

      6. To fakt, że we współczesnym świecie granice się zacierają (zarówno te administracyjne, jak i kulturowe). Ale jednak nadal istnieją – zwłaszcza te geograficzne. Kiedy jednak Theroux podróżował (i pisał o tym książki), te granice (np. między „wolnym” Zachodem a „zniewolonym” Wschodem) były wręcz dramatyczne. Ja sam pamiętam mój szok, kiedy po raz pierwszy przekraczałem granicę między Niemcami Wschodnimi a Zachodnimi (NRD/RFN). Czułem się tak, jakbym wkraczał do innego świata.

      7. Ja jednak bardzo sobie cenię zapiski z podróży czynione „na żywo” (i wcale nie musi to być „dziennik”). Niestety, najczęściej nie mam na to czasu.

      8. Moim zdaniem nie po to jedzie się do jakiegoś kraju, żeby od tego kraju uciekać ;) To dlatego warto o nim coś przeczytać – zarówno przed, jak i w trakcie podróży.

      9. A jednak podróż bez „komórki” jestem sobie w stanie wyobrazić. Całę Azję zjeździłem bez używania „komórki” – chociaż przygotowując się do tych podróży dość intensywnie korzystałem już z internetu.

      10. Mnie nie tyle chodziło o zawieranie prawdziwych przyjaźni w podróży (jest to trudne, choć nie niemożliwe), co o pewne… przyjazne zachowania, gesty… pozytywne, pełne „dobrej” energii nastawienie do odwiedzanego kraju i spotykanych w nim ludzi

      • Onibe Says:

        u mnie komórka to mus, niestety. Bardzo bym chciał odciąć się od swojego świata na dwa tygodnie, ale tak totalnie, aby nie wiedzieć że coś się stało, że ktoś złamał rękę/nogę/mózg, że deszcz padał, że tamto, owamto… Na razie rzecz niemożliwa do osiągnięcia bo żona z kolei, kiedy już jedzie gdzieś bez syna (co się praktycznie nie zdarza) to nie przeżyje dnia bez raportu ;-). Paradoksalnie, ale łatwiej mi się wyrwać z obowiązków firmowych. Dojrzewam powoli do tego, by zrobić sobie chociaż tydzień odcięcia… może za rok ;-)

        Podróżować można na różne sposoby, mnie właściwie mierżą tylko wycieczki zorganizowane. Parę razy w życiu popełniłem ten błąd, np. parę lat wstecz udaliśmy się z Izą na wycieczkę do Kapadocji autokarem. Nie chciało mi się wynajmować samochodu w Turcji no i pomyślałem, że w autokarze można czytać książkę, prowadząc auto niekoniecznie. Efekt jednak przeciętny: z jednej strony widzieliśmy parę fajnych rzeczy, z drugiej zaś, te które nas zainteresowały najbardziej jedynie mignęły przez szybkę bo nie były na liście. Znam całą grupę ludzi którzy właśnie tak zwiedzają świat – z zegarkiem przewodnika w ręku, od punktu turystycznego do punktu turystycznego. Nie kumam czemu ktoś wydaje na taki szajs pieniądze… To trochę tak jak kiedyś, podczas któregoś ze spływów kajakowych spotkaliśmy grupę zorganizowanych spływowiczów. Nas pięć kajaków, załadowanych od dziobu po rufę wszystkim co trzeba do przeżycia, od jedzenia po namioty i ubrania. Tamci: piętnaście pustych kajaków, dwa samochody dostawcze dowożące namioty i jedzenie, ekipa rozstawiająca obóz i szykująca obóz by „zmęczeni” kajakarze po zejściu z kajaków (których nawet nie mieli obowiązku wyciągać z wody) mogli się porządnie najeść i iść spać. Takie trochę lizanie lodów przez szybkę ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To, co piszesz na początku jest dowodem na to, że jednak coś Cię pęta – albo, że samemu nie chce Ci się czegoś zrobić ;) Bo chyba jednak nie wynika to z konieczności – czy też z niemożności.
          Być może taki tryb życia Ci odpowiada, ale zważ na to, że kiedyś możesz jednak czegoś żałować – że np. nie uciekłaś, nie „odciąłeś się” od życiowej rutyny – nawet na te dwa tygodnie ;)
          No ale ja się nie mogę w to wtrącać, bo to jest – bądź co bądź – Twoje życie.

          Masz rację pisząc o badziewiu wycieczek autokarowych, ale jednak nie wszystkie są tak tragiczne. Ja w swoim życiu miałem taki epizod, że właśnie organizowałem – i prowadziłem – wycieczki autokarowe (o tej przygodzie życia pisałem TUTAJ) – z których najdłuższe trwały ponad trzy tygodnie (trasa prowadziła przez cały kontynent amerykański, od Pacyfiku do Atlantyku), ale ja to szaleństwo wspominam bardzo dobrze, bo jednak niemal wszystkie te wycieczki były bardzo udane i ludzie byli nimi wręcz zachwyceni (nie przesadzam, choć wygląda to trochę na samochwalstwo :) )
          Mimo to, od tamtego czasu – kiedy już wyjeżdżam prywatnie – nie angażuję się w zasadzie w żadne zwiedzanie grupowe (było wszak parę wyjątków) – nawet wtedy, kiedy korzystam z pomocy lokalnych przewodników (czasem jest to konieczne, np. w Tybecie, czy z powodu nieznajomości języka – poza tym poznaje się przy tym człowieka, który z danego kraju pochodzi, i w nim mieszka na codzień).

          W sumie, odnoszę wrażenie, że tzw. „podróżowanie”, (które najczęściej jest zwiedzaniem tzw. turystycznych „atrakcji”) stało się zbyt… wygodne (o totalnej komercjalizacji nawet nie wspominam) i powszechnie dostępne, co jednak psuje w dużym stopniu frajdę jaką można mieć z podróżowania po świecie.

        • Onibe Says:

          Tak sobie myślę, że jeśli dobierze się grupę ludzi na podobnym poziomie i zorganizuje się im wycieczkę – też na dopasowanym poziomie – to powinno to być okay. Problem zazwyczaj polega na tym, że do autokaru wchodzi 20-30 osób, z których niemal każdy ma inne oczekiwania, a organizator – zazwyczaj – chce załatwić sprawę minimalnym kosztem. Kiedy byłem w Kapadocji zaliczyliśmy „żelazne” punkty programu, ale starannie uniknęliśmy zajrzenia za parawan. Tylko z okien autobusu widzieliśmy jak naprawdę wygląda Kapadocja, z bliska natomiast mogliśmy podziwiać jedynie atrakcje turystyczne obstawione setkami straganów. Mimo paru fajnych wspomnień nie uważam tej wycieczki za udaną.

          Faktycznie, nie mogę odciąć się od rutyny. Ale mam też dość szczególną sytuację rodzinną – moja żona bez kontaktu z rodzicami nie przeżyłaby dwóch dni ;-P. Pomijając fakt, że nigdy nie była zwolenniczką dzikich wypraw. Zresztą, o czym mowa… w moim przypadku wyjazdy już i tak się definitywnie skończyły, więc mogę co najwyżej poprzypominać sobie stare czasy ;-)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s