NAJDROŻSZA FOTOGRAFIA ŚWIATA

rozmowa z Onibe

 

Andreas Gursky, Rhein II

Andreas Gursky, Rhein II

.

W 2011 roku, fotografia niemieckiego artysty wizualnego Andreasa Gursky’ego pt. „Rhein II”, została sprzedana na aukcji w nowojorskim Christie’s za $4,338,500. Niedawno trafiłem na artykuł brytyjskiego Guardiana (TUTAJ) o najdroższych fotografiach świata. Przypomniał mi on jeden z wpisów Onibe na ten temat, pod którym wywiązała się rozmowa, jaką pozwolę sobie teraz przytoczyć, bo podejmuje ona kilka istotnych aspektów sztuki współczesnej, a zwłaszcza rynkowej manipulacji w handlu dziełami sztuki. Czy ma w tym całym procederze jakiekolwiek znaczenie wartość artystyczna obiektu wystawionego na sprzedaż, za który płaci się bajońskie sumy? Pojawiają się w tej rozmowie także inne wątki: m. in. pytania o to, czym jest artyzm i czym jest sama sztuka.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zawsze zacznie zgrzytać kiedy do sztuki (współczesnej) podłączymy kasę. Mnie interesuje dzieło sztuki samo w sobie – ewentualnie w związku ze swoim twórcą. Cała reszta to nadbudowa (nie twierdzę, że zbędna, ale dla mnie zawsze mniej ważna niż samo dzieło) i interpretacja (zawsze subiektywna i dyskusyjna).
A jego cena – to dla mnie właściwie tylko ciekawostka (często nie mająca wiele wspólnego z samą sztuką – bardziej z rynkiem i kupiecką umową).

ONIBE: cena jest składową dzieła. Moim zdaniem uwzględniamy walutową wartość dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami. Często to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować. Tym zdjęciem z pewnością nikt z nas by się nie zaciekawił, gdyby nie cena… W taki przekorny sposób potwierdza się mariaż kasy i sztuki.

StB: Trudno mi się zgodzić z tym, że cena jest składową dzieła. (Czy wszystko musi być wystawione na sprzedaż?) Ja na pewno nie „uwzględniam walutowej wartości dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami.” Dla mnie najważniejszym parametrem jest artyzm, a nie metka, jaką się do dzieła sztuki przyczepia.
Piszesz, że „to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować.”
To mi przypomina podejście tabloidowe: często tylko to, że zaczyna się o czymś mówić (pisać) powoduje, że zaczynamy się czymś interesować. Według mnie „twórca”, jeśli tworzy tylko po to, by się sprzedać, jest przede wszystkim handlarzem a nie artystą.
To dlatego o niebo wyżej cenię choćby takiego Van Gogha, (który za swojego życia nigdy niczego nie sprzedał), od takiego choćby Hirsta, (który zarobił na swoich „dziełach” miliony – zresztą, to nawet nie były jego dzieła, tylko seryjne produkcje, które zlecał on zatrudnionym w jego „firmie” wyrobnikom).
A wszystko przez to, że zwykle „kasa” robi na ludziach wielkie wrażenie, zwłaszcza teraz, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu.

ONIBE: czy rzeczywiście cena nie gra roli? Idąc ulicą dowolnego miasta zatrzymujesz się przy każdym malowidle naściennym? Pochylasz się nad dokonaniami dresiarzy ze sprejami? Kiwasz głową i mówisz: tak, to jest sztuka, mimo że tania? Ile czasu poświęcisz muralowi przedstawiającemu pięć kresek na krzyż? A ile czasu poświęcisz bykowi Picassa?

sztuka jest powiązana z kasą, bo kasa wynosi sztukę ponad przeciętność. Sztuka bez kasy to puszka zupy pomidorowej – oczywiście możemy ochać i achać nad takimi cudami, ale czy sztuka pozbawiona wartości materialnej jest w stanie obronić się sama przed czymkolwiek? Gdyby nie tezauryzacyjna funkcja sztuki, to by jej dzisiaj nie było. Niestety. Albo i stety. Artyści też jedzą. VanGogh nic nie sprzedał za życia, ale z tego co kojarzę, z jednego z jego obrazów wykrojono jakiś fragment, który spodobał się kupującemu – pośrednio więc jednak dokonał sprzedaży…

StB: Jest taki klasyk w polskiej literaturze, autorstwa Jana Białostockiego, pt. „Sztuka cenniejsze niż złoto”. I właściwie to powinno wystarczyć na odpowiedź Tobie.
Ja nie chodzę po muzeum i nie sprawdzam ceny każdego zawieszonego tam obrazka (na szczęście nie wpadli jeszcze na ten pomysł, by do każdego obrazu przyczepiać metkę z ceną). Nawet jeśli jestem w galerii, gdzie każdy obraz wystawiony jest na sprzedaż i ma swoją cenę wypisaną obok, to mnie interesuje głównie to, co jest na tym obrazie – moje oko ustala niejako jego wartość artystyczną. Cenę sprawdzam czasami z czystej ciekawości. Gdyby było tak jak piszesz, to wpierw sprawdzałbym cenę, a później dostosowywał do niej mój odbiór.
Dla mnie sprawy merkantylne związane ze sztuką są absolutnie drugo… a może nawet trzeciorzędne.

Oczywiście nie mam nikomu za złe, że chce się utrzymać ze swojej sztuki sprzedając to, co tworzy. I jeśli ktoś płaci za to duże pieniądze – to bardzo dobrze: jego wygrana. Sądzę jednak, że dla prawdziwego artysty najbardziej liczy się sama sztuka, samo dzieło, które on tworzy – i którym chce przekazać pewne wartości intelektualne, moralne czy duchowe – i raczej nie jest to związane z podniecaniem się na widok jego ceny detalicznej.
Taki np. Rubens, moim zdaniem artysta genialny, był także znakomitym biznesmenem, który w swoim warsztacie rozkręcił niebywały interes, wspaniale prosperujący. Ale dla mnie to jest tylko ciekawostka, i jestem pewien, że kiedy Rubens malował swoje obrazy, to wkładał w nie cały swój artyzm, kunszt, idee… – tworzył przede wszystkim sztukę, a nie towar na sprzedaż. I z taką świadomością staję przed jego dziełem i to jest źródłem mojego podziwu: jego czysto malarski geniusz.

Możesz w to wierzyć, albo nie, lecz rzeczywiście zdarza mi się dość często, że zatrzymuję się przed muralem, czy przy ulicznym rysowniku czy rzeźbiarzu – i jestem pełen podziwu, jeśli uświadamiam sobie, że to co widzę ma wartość artystyczną, mimo, że w danej chwili warte jest grosze (albo zgoła nic, bo nikt tego nie kupuje) i jest wytworem kogoś doskonale anonimowego.

Sugerujesz, że podziwiam jakiś obraz (np. Picassa) tylko dlatego, że jest wart ileś tam milionów dolarów? Obrażasz mnie trochę, bo ja jednak takim snobem nie jestem.
Z drugiej strony to, że puszka zupy (już nie mówię – kału, jak było to w przypadku Manzoniego) ma cenę dziesiątków tysięcy dolarów, nie czyni tej puszki w moich oczach sztuką (a raczej jest dowodem tego, jak nisko ta sztuka upadła – że zabrnęła w ślepy i absurdalny zaułek, skupiając się na handlu, czyniąc z niego wartość najważniejszą i nadrzędną). Moim zdaniem, samym przyczepieniem metki z astronomiczną ceną sztuki się nie robi, bo jaki może być w tym artyzm? Może tylko handlowy i kupiecki. Ja jednak nie zaliczam go do sztuki (bo nadal dla mnie – w przeciwieństwie do kryteriów wartościowania i oceny sztuki, jakie lansuje się od jakiegoś czasu, i to zarówno w modernizmie, jak i postmodernizmie – nie wszystko jest sztuką).

ONIBE: nie sugeruję, że podziwiasz jakiś obraz tylko dlatego, że jest wart milion dolarów. Niepotrzebnie bierzesz to do siebie. Próbujesz się wybielić podczas kiedy nikt Cię nie oczernia. Po prostu chodzi mi o to, że sztuka jest z założenia elitarna – oczywiście możemy wymienić tysiące przykładów dzieł sztuki powszechnej, banalnej, codziennej itd, ale nie o to chodzi. Sztuka nie byłaby sztuką gdyby polegała jedynie na zmianie wzornictwa telewizorów czy pralek. Sztuka musi stać wyżej od przeciętności, dzięki temu jest sztuką. A pieniądz daje możliwość wyniesienia sztuki ponad ową przeciętność. Jeśli zabierzesz pieniądze ze sztuki, to pośrednio odbierzesz jej elitarny charakter. Każdy z nas ma – załóżmy – dość gustu, by na targu staroci, w antykwariacie czy u sąsiada na wyprzedaży, kupić za parę złotych fajne cacko będące świetnym przykładem szeroko rozumianej sztuki, ale to, że nie kierujemy się ceną a gustem nie wyklucza wcale, że właśnie cena stanowi mechanizm wyznaczający trendy, nagradzający i karzący artystów.

W muzeum nie pytasz się o cenę obrazu, ale przecież domyślasz się, że żadne z dzieł sztuki w Luwrze nie kosztuje pięć złotych, prawda? To trochę tak jakbyś udał się do Braci Brooks i powiedział, że chcesz kupić dowolny garnitur, bo wcale nie jesteś snobem i cena nie ma znaczenia…

Cena puszki zupy jest dowodem przez zaprzeczenie. To przykład nadużycia mechanizmu nagrody, a zarazem próba zrównania sztuki z asfaltem. Jak widać sama kasa nie wystarcza aby regulować zjawisko sztuki, trzeba mieć jeszcze gust. Tym niemniej zauważ: ani o tym zdjęciu, ani o puszce zupy byśmy nie rozmawiali, gdyby nie pieniądz właśnie. Gdyby pieniądz nie miał w sztuce znaczenia, to każdy machnąłby ręką. Co z tego, że banalne zdjęcie kosztuje milion dolarów? To z tego, że jednak podświadomie oczekujemy, że zaistnieje możliwie obiektywna metoda wyceny dzieł sztuki…

StB: Moim zdaniem tym, co wynosi sztukę ponad przeciętność nie jest – jak piszesz – kasa, tylko artyzm (i to właśnie on jest, czy też raczej powinien być obiektywną metodą wyceny dzieł sztuki). To, że podnosi się cenę danego dzieła (artefaktu), nie ma żadnego wpływu na to, że wzrasta jego artyzm (wartość artystyczna). Czy obraz będzie się robił coraz lepiej namalowany, kiedy będziemy zwiększać jego cenę? To byłby absurd! To jest według mnie dowód na to, że sztuka (artyzm) nie jest (nie powinna być) funkcją ceny.
Ale sztuka jak najbardziej powinna być (i moim zdaniem jest) elitarna. jednakże tym, co powinno określać jej prawdziwą wartość (przynależność do elity) powinien być artyzm, a nie pieniądz.

ONIBE: a co to jest artyzm? Bo ja nie kumam tego pojęcia. Dla jednego artyzmem jest namalowanie czarnego kwadratu na białym tle, dla innego artyzmem jest stworzenie hiperrealistycznego obrazu z mnóstwem detali. A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…

co to znaczy: „obraz lepiej namalowany”? masz jakieś obiektywne kryteria/definicje na te sprawy? Bo opisywanie zjawiska poprzez stosowanie słów-wytrychów niewiele tutaj pomoże…

StB: Onibe, jeśli „nie kumasz” co to jest artyzm, to może poczytaj trochę o teorii sztuki, gdzie są różne koncepcje artyzmu. Moja zbliżona jest do definicji klasycznej i oznacza z grubsza kunszt wykonania, doskonałość warsztatową, talent, biegłość, zdolność przekazu wrażeń, piękna, idei, głębi… etc.
Kwestionujesz to, że o jednym obrazie można powiedzieć, że jest lepiej namalowany od innego? Ja twierdzę, że jak najbardziej można określić, który obraz jest lepiej namalowany, a który gorzej – i nie potrzebna jest do tego znajomość jego ceny.
Na pewno obraz namalowany przez Rembrandta jest lepiej namalowany od tego, który namalował pan Mietek ostatniej niedzieli, bo zapragnął przedstawić jelenia na rykowisku. Na pewno Zimmerman lepiej zagra Chopina, niż pan Zenek, który dorabia na weselnych chałturach. Na pewno Michał Anioł lepiej rzeźbił od pana Janka, który taśmowo produkuje odpustowe świątki… itp.
Jeśli człowiek nie dał się zwariować różnym takim spekulantom współczesnym, którzy handlując sztuką wciskają ludziom kit i mieszają im w głowach, to kryteria oceny sztuki i artyzmu są w miarę proste i czytelne. I tylko wtedy można określić, kto jest artystyczną elitą.

Piszesz: „A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…”
Ależ ja właśnie do znudzenia powtarzam, że to nieprawda, iż artyzmem jest wszystko, albo że wszystko może być sztuką. Gdyby tak było, to właśnie pojęcie elitaryzmu byłoby bez sensu – bo co to za elitaryzm, jeśli wszystkich uznamy za artystów, i wszystko, co ktokolwiek (czyli byle kto) raczy spłodzić, nazwiemy sztuką?

A czy Ty uważasz, że wszystko może być artyzmem (sztuką)? Może więc czas abyś – tak sam dla siebie, aby nie ulegać bełkotowi współczesnych „znawców” sztuki, jej sprzedajnym „kuratorom” i spekulatorom-handlarzom – ustalił, czym dla Ciebie jest artyzm i sztuka? Bo jeśli tego nie zrobisz, to zrobią to za Ciebie inni i nadal nie będziesz wiedział z czym to się je.
Jeśli zaś chcesz oceniać wartość sztuki na podstawie metki z ceną, którą ktoś sobie podpiął do zupełnie przeciętnej fotografii czy malunku, to Twoja sprawa. Ja wolę bardziej zajmować się elitą twórców-artystów, niż elitą handlarzy sztuką.

ONIBE: ok, czyli Twoim zdaniem, jeśli jestem zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki, to tym samym nie jestem skłonny do oceny sztuki samemu, muszę się zdać na wybór innych, tak? Natomiast Ty, będąc zwolennikiem czystej sztuki (nie wierzę w to pojęcie) sam decydujesz co jest sztuką a co nie, tak? Czyli, pewnie w przeciwieństwie do mnie, nie chodzisz po muzeach (gdzie selekcją dzieł sztuki zajmują się „inni” i robią to często na bazie finansów), nie czytujesz i nie przeglądasz albumów malarskich (znowu: dobór, druk, komentarz – to jest coś, co robią „inni”). Prawdziwej sztuki szukasz chodząc po studiach malarskich, zaglądając do starych, zdezelowanych komórek, w których biedni ale natchnieni ludzie generują sztukę niezauważeni przez takich jak ja zwolenników kasy. Hmm… nie wiem skąd przekonanie, że skoro oglądamy tych samych twórców i często ich tak samo oceniamy, Ty czynisz to obiektywnie, a ja subiektywnie…

wspominasz o panu Mietku. Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycką jest zbędna? Jeśli dobrze Cię rozumiem, to Mietek może generować porównywalny artyzm co van Gogh a różnica wartości ich obrazów nie ma nic do rzeczy. Podając jako przykład zderzenie uznanej marki z no-namem sam przeczysz swojej teorii, przyznajesz natomiast rację mnie. Bo mnie właśnie o to chodzi, że potwierdzeniem umiejętności i pozycji artysty jest jego rozpoznawalność połączona z kwestiami pieniężnymi.

StB: Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycka jest zbędna?
Otóż wystarczy zestawić obok siebie obrazy Rembrandta i pana Mietka. Wtedy Twoje oczy powinny dostrzec, czy jego malarstwo jest lepsze czy gorsze od Rembrandta – a nie powinna o tym decydować metka, którą im doczepiono, ani nawet to, że jakiś obraz powieszono na ścianie w muzeum. (I oczywiście może się tak zdarzyć, że sztuka pana Mietka będzie porównywalna ze sztuką Rembrandta, choć jest to bardzo mało prawdopodobne. A jeśli chodzi o muzea, to niestety, ale one również mogą być – i są – wypełnione badziewiem, zwłaszcza współczesnym.)
Jestem przekonany, że oceniając dzieło sztuki nie można kierować się metką, ani nawet tym, że jakieś muzeum ma to w swoich zbiorach.
Ja (nie wiem, może to zarozumialstwo) uważam, że na tyle lubię malarstwo, na tyle je znam, że jestem w stanie powiedzieć, który obraz jest dobry, bez zaglądania do cennika.

Jeszcze raz (do znudzenia pewnie) powtórzę: dawniej kryteria oceny sztuki były dość jasne i rzeczywiście artyzm decydował o tym, jaki malarz miał wzięcie i jakiego artysty sztukę ceniono, uznawano mistrzem (to była właśnie artystyczna elita par excellence). I zazwyczaj twórcy ci dobrze zarabiali, ich działa miały swoją wymierną wartość (dlatego są teraz w muzeach – które nota bene odwiedzam dość często).
Ze sztuką współczesną jest już zupełnie inaczej: tutaj zwykle decyduje nie artyzm (warsztat, talent, praca, talent) ale widzimisię tych, którzy właśnie przyczepiają metki, którzy kreują sztuczną zadymę (tzw. trend), często wykorzystując przy tym głupotę i naiwność snobów, albo też wyrachowanie kupieckie handlarzy. (To dlatego m. in. za sztukę – i to wysoko cenioną – uznano puszki z gównem Manzoniego, czy kibel Duchampa, który nota bene w pewnej ankiecie poważanych krytyków uznano za „najwybitniejsze dzieło sztuki XX wieku”. Ja dziękuję za taką elitę.)

Tak, to prawda, wygląda na to, że jesteś zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki. Ja jednak kieruję się innymi kryteriami, (o których już chyba napisałem wystarczająco dużo, więc nie chcę się powtarzać).

ONIBE: dzięki za ciekawą dyskusję

greydot

Powyższa konwersacja miała miejsce dobrych kilka lat temu, na początku naszej znajomości blogowej z Onibe – może dlatego można w niej wyczuć pewną dozę zniecierpliwienia, może nawet sarkazmu… Odnoszę też wrażenie, iż nie została ona przeprowadzona do końca, pozostawiając pewne kwestie otwarte. Od tego czasu poznaliśmy się lepiej, tudzież przeprowadziliśmy wiele innych rozmów na różne tematy (choćby TUTAJ), co zawsze było dla mnie przyjemnością, bo Darek to rozmówca interesujący, inteligentny i uważny, z którym wymianę zdań wielce sobie cenię.

Wracając jednak do meritum. Fotografia Gursky’ego, za którą zapłacił ktoś absurdalnie wysoką cenę, to jedynie pretekst do zastanowienia się nie tylko nad sztuką współczesną, ale i nad kondycją dzisiejszego świata i ludzkiej kultury en bloc. Dom aukcyjny Christie opisał „dzieło” Gursky’rgo, jako „dramatyczne i głębokie spojrzenie na ludzką egzystencją i nasze relacje z naturą na zakręcie XXI wieku”, co jest stwierdzeniem trafnym, tyle że jego trafność wynika bardziej z całej tej artystyczno-socjologicznej otoczki i zamieszania jakie sprowokowała fotografia (a konkretnie: jej sprzedaż), niż z samej jej wartości artystycznej. Warto przy tym nadmienić, że zdjęcie Renu autor zmanipulował, usuwając z niego za pomocą Photoshopu ludzi spacerujących z psem, rowerzystów, fabrykę na horyzoncie… Nie widzę w tym nic złego ale czy w takim razie może to zdjęcie obrazować „naszą relację z naturą”? W tym kontekście dość niepoważnie brzmią zachwyty, jak np. ten, recenzentki „Daily Telegraph”, która napisała: „Ten obraz jest żywy, piękny i niezapomniany. To współczesna wariacja na temat Niemiec i ulubionego w kraju romantycznego krajobrazu oraz relacji człowieka z naturą.” Jak się okazuje, napisać można wszystko. Co jednak weryfikuje taką ocenę i sąd? Czy na pewno jest to konkretne współczesne dzieło sztuki? Czy naprawdę nie jest tak, że jednak przestaje być ono istotne, a liczy się tylko czyjeś ludzkie „widzimisię” – to, co sami sobie wymyślimy?

greydot.

Gwoli żartu (broń Boże nie po to by porównywać się z Gurskym) zamieszczam przy okazji dwie moje fotografie, które mi się w tej chwili przypomniały, bo trochę są podobne w tematyce i minimalizmie:

.

Fale w słońcu (Pacific Rim NP, British Columbia, Canada)

Fale w słońcu (Park Narodowy Pacific Rim, Kanada)

Reklamy

komentarzy 28 to “NAJDROŻSZA FOTOGRAFIA ŚWIATA”

  1. Kamila Racieda Says:

    Ja się zawsze zastanawiam jakie trzeba mieć koneksje, żeby potem takie coś – rzeczone zdjęcie trawnika z morzem w tle sprzedać za takie pieniądze…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trzeba mieć koneksje takie, by włączyć się do całej tej machiny reklamowo-handlowej, stać się częścią pewnego establishmentu, od którego zależy lansowanie, ocena i wycena konkretnych twórców sztuki. Moim zdaniem, bardziej niż artystyczny talent, liczy się w tym wszystkim zdolność autopromocji, jak również siła promocji różnych agencji i domów aukcyjnych tworzących rynek sztuki.

      PS. To co widać na zdjęciu Gursky’ego to nie morze tylko rzeka (Ren)

  2. kędzior Says:

    nie rozumiem tego rodzaju sztuki i normalnie nie podoba mi się, gdy – aby docenić obraz, rzeźbę lub cokolwiek innego – muszę znać biografię, nastrój autora lub cokolwiek innego – dla mnie to dorabianie teorii do czegoś co nie reprezentuje wartości – oczywiście to tylko moje zdanie.
    Fotografia powinna bronić się sama – czasami ważny jest element opisu, aby zrozumieć dokładnie sytuację, lecz sam opis nigdy dla mnie nie jest wystarczający aby zrobić z przeciętnego zdjęcia „sztukę” – (literówka jest celowa)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja również uważam, że w sztuce najważniejsze jest dzieło sztuki – jego wartość artystyczna powinna wynikać niejako sama z siebie, a nie z dorabianych do niego (arbitralnie) teorii. Jednak czasem warto znać biografię artysty, wiedzieć o nim więcej, zapoznać się z jego procesem twórczym… Może to bowiem pogłębić nasz odbiór jego twórczości, pozwolić na lepsze jej zrozumienie – także rozwinąć nasze zainteresowania, apetyt na sztukę.

  3. Marcin Says:

    Dzieło Gurskyego nie jest już najdroższą fotografią na świecie.
    Prywatny kolekcjoner z LAS Vegas kupił zdjęcie Petera Lika pt. „Phantom” za oszałamiającą sumę 6,5 miliona dolarów, czym ustanowił nowy rekord.
    Peter Lik tworzy historię fotografii artystycznej sprzedając najdroższe obecnie zdjęcie na świecie. Prywatny kolekcjoner zapłacił 6,5 miliona dolarów za zdjęcie pt. „Phantom”, które Peter wykonał w jednym ze swoich ulubionych miejsc do fotografowania – Kanionie Antylopy w stanie Arizona, USA. Zdjęcie przedstawia podziemną jaskinię szczelinową kształtowaną przez miliony lat przez wodę.

    Ten sam kolekcjoner kupił także inne prace Petera Lika: „Illusions” za 2,4 miliona oraz „Eternal Moods” za 1,1 miliona dolarów. W tym momencie Lik zajmuje cztery pozycje na liście 20 najdroższych fotografii na świecie.


    Peter Lik, „Phantom”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Rzeczywiście, pod koniec 2014 roku rekord fotografii Gursky’ego został pobity i umknęło to mojej uwadze.
      Tak się złożyło, że dobrze znam to miejsce, gdzie Lik zrobił swoje zdjęcie. To Kanion Antylopy w Arizonie.
      Zdjęcie jest ciekawe, ale moim zdaniem nie oddaje piękna Kanionu i jego charakteru (to jest akurat fotografia czarno-biała, ale widziałem inne zdjęcia Lika ukazujące Antelope Canyon, moim zdaniem przebarwione i zmieniające naturalny kolor skał na zbyt intensywna moim zdaniem i nieciekawą, gryzącą w oczy czerwień.

      Tutaj znowu pozwolę sobie dorzucić swoje fotograficzne 3 grosze i pokazać kilka moich zdjęć Kanionu Antylopy, na których według mnie lepiej jest widoczna bardziej autentyczna, rzeczywista kolorystyka tego niezwykłego miejsca:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/02/kanion-antylopy-fot-stanisc582aw-bc582aszczyna-3.jpg?w=780

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/02/kanion-antylopy-fot-stanisc582aw-bc582aszczyna-2.jpg?w=780

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/02/kanion-antylopy-fot-stanisc582aw-bc582aszczyna1.jpg?w=780

      Z wpisem jaki poświęciłem Kanionowi Antylopy można zapoznać się tutaj:

      https://wizjalokalna.wordpress.com/2015/09/17/kanion-antylopy/

    • Swiat w Obrazach Says:

      „Phantom” i „Eternal Moods” to czarno-białe wersje kolorowych zdjęć Lika – „Ghost” i „Eternal Beauty” wykonanych w Antelope Kanyon w Arizonie. „Celem wszystkich moich zdjęć jest uchwycenie potęgi natury i pokazanie jej w taki sposób, by zainspirowała widza i rozbudziła w nim emocje i poczucie związku z obrazem”- mówi fotograf.
      Prace Lika, przede wszystkim z serii „Spirit of America” były wielokrotnie nagradzane i wystawiane w najważniejszych galeriach na całym świecie.
      Wśród krytyków sztuki pojawiają się głosy, że sukces Petera Lika psuje rynek i wysuwa na pierwszy plan fotograficzną bylejakość, która w najlepszym wypadku powinna znaleźć się na okładce magazynu o podróżach. Tym samym daje zły przykład potencjalnym inwestorom, zmniejszając szanse zdolnych artystów na zrobienie kariery.

      „Nie przeceniałbym wpływu, jaki będzie to miało na rynek. W przypadku Gursky’ego (poprzedniego rekordzisty) było zupełnie inaczej. Tam mieliśmy do czynienia z fotografem obecnym w świecie sztuki, o ugruntowanej pozycji artysty. Trudno porównywać te sytuacje, ale myślę, że świat sztuki nie zwróci na tę transakcję większej uwagi” – mówi historyk fotografii Zbigniew Tomaszczuk.

      • spitfire Says:

        Nie wiem co ludzi upoważnia do wydawania takich opinii, jak wypowiedź p. Tomaszczuka. Może brak dystansu do własnej twórczości… W każdym razie przytoczona myśl, że „…W przypadku Gursky’ego było zupełnie inaczej. Tam mieliśmy do czynienia z fotografem obecnym w świecie sztuki, o ugruntowanej pozycji artysty…” jako żywo odwołuje się do światłej tradycji polskich „artystów fotografików”, która twierdzi, że dobre zdjęcie nie jest dobre dlatego, że jest dobre, ale jest dobre dlatego, że jego autorem jest fotograf, pardon, fotografik, czyli fotograf-artysta, o ugruntowanej pozycji w świecie innych fotografików i najlepiej stowarzyszony w licznych towarzystwach artystycznych. Oczywiście każdy ma prawo do własnej opinii, a moja opinia tutaj akurat jest taka, że czarno-biały „Eternal Moods” jest naprawdę intrygujący, natomiast „Ren” Gursky’ego jest nudny jak flaki z olejem i nie zmienią tego żadne brednie nawiedzonych krytyków o jego ukrytej symbolice. Nie wiem, ile trzeba wypić, żeby dostrzec w tym zdjęciu jakiekolwiek przesłanie poza rozciągniętym do nieskończoności słowem „nuuuudaaaaa….”. Jedyne co je broni, to rozmiar (można nim zakryć naprawdę dużą dziurę w ścianie) i osoba autora, na którą po prostu jest moda…

        A jeżeli miałbym skomentować ten zakup, to powiem tak: może właściciel tych 10 baniek ma już tyle dziwadeł w swojej kolekcji, że wreszcie zapragnął czegoś normalnego, czegoś np. rodem z okładek magazynu o podróżach? Czegoś co się samo obroni przed widzem, czego nie trzeba objaśniać wyssanymi z brudnego palucha dziwnymi teoriami i pseudofilozoficznym bełkotem? Pamiętacie reklamę skody octavii z parą zwiedzającą wystawę w galerii i grupę kontemplującą wieszak przy wyjściu? Można pomyśleć, że sztuka stała się karykaturą samej siebie, a Ansel Adams mógłby dzisiaj co najwyżej robić zdjęcia dla „magazynów o podróżach”. Na szczęście, jak na razie, dzięki nieznanemu kolekcjonerowi, na giełdzie zwycięża jednak NORMALNOŚĆ, czy się to panu Tomaszczukowi podoba czy nie :))
        Pozdrawiam.

  4. Beata Rosiak Says:

    nie zdradzę swego zdania na ten temat, ale przekornie skrobnę, że może owa współczesność polega na sprytnych modyfikacjach, cięciach, lekkim przekłamaniu, które nijak ma się do wielu spraw, zauważ, że z malarstwem jest podobnie, a my drapmy się i zachodźmy w głowę, co autor miał na myśl

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, z malarstwem jest podobnie, jeśli chodzi o ustalanie cen dzieł sztuki.
      Ten handel jest według mnie jedną wielką manipulacją, grą inwestorów, wykorzystywaniem ludzkiego snobizmu… etc. Wynika także z chęci zysku (by nie napisać „chciwości”) – z tego, że na sztuce chce się po prostu zarobić. A dotyczy to przede wszystkim dzieł sztuki współczesnej, bo ją w sumie bardzo łatwo zmanipulować, jako że przestały funkcjonować jakiekolwiek kanony artystyczne, które każdy ustala sobie sam – wedle własnego widzimisię.

  5. Onibe Says:

    fajnie, że przypomniałeś dyskusję. Faktycznie, była momentami ostra, na krawędzi, ale w sumie i dobrze, bo wytrwaliśmy po właściwej stronie tejże krawędzi ;-).
    Zdania nie zmieniłem, być może mógłbym je nieco lepiej przedstawić, a może nie (dostrzegam pewne nieścisłości w swoim wywodzie, ale samo rozumienie pozostaje bez zmian). Sztukę traktuję bardzo subiektywnie i nie pozwalam sobie narzucać wzorców z zewnątrz. Pasjonuję się (moja Iza też, nawet jeszcze bardziej) malarstwem w pełnym jego spektrum od dawna, ale dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że tak naprawdę ciągle się uczę jego odbioru. Szanuję gust innych, ale swoje zdanie mam. Nie traktuję go jako szkicu obowiązującego kanonu i jedynego słusznego spojrzenia, ot, jest to po prostu mój selektywny wybór.

    Nadal uważam, że finanse odgrywają ogromną rolę w sztuce, przy czym często trudno rozdzielić tutaj przyczynę od skutku. Docenienie dzieła powoduje, że nabiera ono ceny – prosta relacja „boskiej” rynkowej regulacji popytu do podażu. Jeśli coś staje się pożądane to zapotrzebowanie zaczyna przerastać podaż i cena rośnie.
    Z drugiej strony, rosnąca cena może powodować (i moim zdaniem powoduje) wzrost zainteresowania danym dziełem (lub innymi dziełami danego twórcy). Dla marszandów ważniejsze od obiektywnej lub subiektywnej wartości estetycznej dzieła (tudzież jego głębi psychologiczne ect) jest to, czy „produkt” się sprzeda. Sztuka jest często kreowana, tzn. poprzez zastosowanie instytucjonalnej otoczki pewne dzieła nabierają wartości. Jest to po prostu promocja, choć w malarstwie promocja ma inny charakter niż np. w filmie czy książce.

    Gatekeeperzy sztuki elitarnej (a za taką, mimo wszystko, częściej uchodzi malarstwo, choć trudno w ten sposób zlabelować całość twórczości malarskiej) są z założenia mniej liczni i bardziej „syndykalni” niż gatekeeprzy poliarchicznej sztuki egalitarnej/masowej. Co nie zmienia faktu, że jedni i drudzy mają możliwość kreować dzieła, wybijać je na wyżyny popularności. Pieniądz jest obecny na każdym etapie tego procesu, jest jego składową naczelną (jest wazniejszy niż dzieło, gdyż to dzieło bywa dopasowywane, nie na odwrót) i bardziej wpływa na efekt procesu niż jakość dzieła.
    Oczywiście nie twierdzę, że każdy popularny obraz jest efektem kreacji. Zwykle kreacja nakłada się na bardziej uczciwy proces jakim jest ocena dzieła przez szarych (mniej lub bardziej) odbiorców. Tak samo z filmem, prawda? Doskonała promocja i wielki budżet marketingowy nie oznaczają, że film jest kiepski, bywa że po prostu masywna kampania reklamowa umożliwia nam zainteresowanie się samym dziełem.

    Z moich obserwacji wynika, że amatorzy interesujący się sztuką wcale nie unikają świadomości o walorach finansowych. Być może jest w tym nieco protestanckie podejście do tematu: dzieło wartościowe (czyli ekwiwalent pracy) musi zostać docenione w sposób doczesny; nagroda potwierdza wartość.

    Powoli szykuję się do pisania na onibe o ulubionych artystach. Beksińskiego już ugryzłem, zbieram się do dokończenia tego wątku. A później… wybór ogromny. O malarstwie mógłbym godzinami gadać, choć jako amator miewam problemy z twardą wiedzą.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Rozmowę przeprowadziliśmy na początku naszej blogowej znajomości (5 lat temu! – jak ten czas leci! ;) ), dziś pewnie wyglądała by ona inaczej (bo znamy się lepiej i mamy chyba do siebie większe zaufanie), ale też wydaje mi się, że używalibyśmy podobnych argumentów, bo nasze spojrzenie nie uległo jednak radykalnej zmianie.

      Patrząc z perspektywy czasu, mógłbym wymienić wskazać na jeden podstawowy wątek, który – zarówno wtedy, jak i teraz – jest według mnie istotny, jeśli chodzi o topic naszej rozmowy:

      wartość artystyczna dzieła sztuki jest niezależna od wartości rynkowej, jaką mu się przydaje (w procesie jego promocji, czy handlowania nim). Jeszcze raz mogę użyć tu tego samego argumentu: to, że wartość rynkowa jakiegoś obrazu rośnie, nie powoduje tego, że staje się on coraz lepiej namalowany (wartość artystyczna nie jest funkcją ceny – wartości rynkowej). Dla mnie to jest oczywiste. Poza tym, nie wszystko jest na sprzedaż i nie wszyscy tworzą po to, by tym handlować. Ja wiem, że w naszym świecie totalnej konsumpcji i wszechmocy rynku trudno to sobie wyobrazić, ale tak jest. Zdaję sobie sprawę, że w tym podejściu jest wiele z idealizmu, ale czymże byłaby sztuka bez idealizmu? Tylko i wyłącznie wyrobnictwem/rzemiosłem – handlem, w którym przede wszystkim chodzi o pieniądze.

      W naszej rozmowie najbardziej mi chyba zależało na tym, aby jasno przedstawić właśnie to, że sztuka jest wartością samą w sobie – że można ją wyabstrahować z merkantylizmu, który w swojej istocie jest manipulacją (wskutek której mamy np. takie absurdy, jak zupełnie przeciętne zdjęcia, za które płaci się miliony dolarów).

      • Onibe Says:

        Zgadzam się. Wartość artystyczna jest niezależna od wartości finansowej dzieła. Na dobrą sprawę nie wiadomo od czego zależy wartość artystyczna, to bardzo subiektywna rzecz. No właśnie, dla odmiany wartość finansowa jest znacznie bardziej klarowna, może dlatego ten akcent ma takie znaczenie. Kowalskiemu łatwiej ocenić, że obraz kosztujący mniej jest wart mniej. Oczywiście mówimy o pewnej abstrakcji. Tak jak np. nauczycielka oceniająca opowiadanie ucznia może mu postawić każdą ocenę, ale ostatecznie stawia jedną decydując się na określony paradygmat oceny.

        Sporo czasu spędziłem kiedyś na różnych forach fotograficznych. Wiele lat byłem użytkownikiem forum onephoto.net (a nawet moderatorem – zadaniem redakcji było m.in. usuwanie prac, które naszym zdaniem nie spełniały norm, wiodło to do wielu kłótni a moja anarchiczna natura ostatecznie pchnęła mnie do ucieczki…).

        Nadal uważam, że mnogość teorii dotyczących sztuki nijak się ma do istnienia wiarygodnej i obiektywnej wykładni oceny dzieł sztuki. Podoba się nam obraz i dopisujemy do tego pozytywnego odczucia teorię, która ma wyjaśniać czemu obraz lubimy. Rzecz się przestaje jednak sprawdzać przy innym obrazie. Można piętrzyć teorie, można też uznać, że ocena indywidualna jest absolutnie nieprzewidywalna, opierać się może na „tym czymś” w dziele, ale i brać się zupełnie znikąd. Obiektywna wartość dzieła związana jest z rzemiosłem – to ma znaczenie, ale generalnie przyjmuje się, że drugorzędne jako punkt łatwiejszy do osiągnięcia niż „czary-mary”.

        Wartość artystyczna nie jest funkcją ceny, ale wartość odbiorcza dzieła jest funkcją wartości artystycznej i wartości finansowej. Do końca świata możemy się spierać co do procentowych relacji, ale chyba nie ma tutaj liczby ostatecznej, raczej każde dzieło i każdy przypadek są indywidualne.

        Acha, trzeba wspomnieć o jednym drobiazgu. Michał Anioł Bunarotti był doceniony przez mecenasów z uwagi na umiejętność, którą dysponowało bardzo niewiele osób mu współczesnych (zapewne wielu geniuszy zmarło nierozpoznanych). W dzisiejszych czasach – przy obecnym poziomie edukcji, mnogości kursów, szkoleń, popularności amatorskiej sztuki ect, trudno znaleźć dziedzinę, w której dałoby sie wyłuskać kilku geniuszy. Weźmy fotografię: na lokalnych forach internetowych znajdziesz fotografie nie ustępujące tym z konkursów Nikona czy National Geographic, a nawet je przerastające. Mamy zatem nadpodaż dobrej rzemieślniczo sztuki. Cena pojawia się tutaj jako wyróżnik. Trochę jak boskie błogosławieństwo, decydujące czy śmiertelnik umrze w biedzie czy spędzi życie w bogactwie…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Coś mi mówi, że wartość artystyczna (którą rzeczywiście trudno „wymierzyć”, bo granice „artyzmu” nie mogą być jednak wyraźnie oznaczone) nie jest czymś arbitralnym (tzn. nikt z całą pewnością nie może jej ustalić). Ale można ją (przynajmniej starać się) określić za pomocą zarówno naszej wiedzy, jak i intuicji czy wrażliwości. (Tak więc nasz „gust” też musi mieć w tym swój udział.)
          Ale przede wszystkim: wartość artystyczna nie może być czymś do końca arbitralnym, bo jest osadzona w ludzkiej kulturze – to zakłada jej pewien obiektywizm (pewne wartości kulturowe musimy uznać za „niezbywalne”, bo w przeciwnym razie będziemy dokonywać negacji tej kultury).
          To, że można coś zbudować po zniszczeniu fundamentów naszej kultury i cywilizacji (nulifikując wszystkie jej wartości) jest mrzonką.
          W tym sensie tradycja (wliczając w to klasyczne kanony) jest dla mnie ważna – bo zapewnia ciągłość kulturową, bez której nastąpiłby chaos, który moim zdaniem jest antytezą sztuki. Oczywiście nie zaprzecza to istnieniu ewolucji tej sztuki – a nawet radykalnych „przeskoków” estetycznych i ideowych (jakimi były np. impresjonizm, czy wszelkie „izmy” modernistyczne). Należy przy tym zauważyć, że np. Van Gogh, (którego dość powszechnie uznaje się za prekursora malarstwa modernistycznego), jak i Picasso (który przez wielu uznany został za największego artystę XX wieku) – czyli, jak by się wydawało, wielcy rebelianci sztuki – wyrażali szacunek dla mistrzów z przeszłości, (którzy nota bene wyrażali się za pomocą zupełnie innej estetyki i stosowali inny kanon artystyczny).
          Dla mnie dezynwoltura współczesnych „artystów”, którzy odrzucają cały dotychczasowy dorobek w sztuce, jest nie do przyjęcia.

        • Onibe Says:

          Nie broniłbym tezy, że wartość artystyczna dzieła jest uzależniona od kulturowego zakotwiczenia i obiektywnych z tego wynikających przesłanek. Weźmy chociażby Beksińskiego czy Baudelaire’a: ich twórczość opiera się w pewnym sensie na negacji tych obiektywnych wytycznych kulturowych o których mówisz, a więc piękna, dobroci ect. Beksiński stworzył system estetyczny właściwie na gruzach cywilizacji…
          Oczywiście nie wyklucza to istnienia kontinuum o którym piszesz, ale być może – tylko być może – wyklucza konieczność jest istnienia dla procesu twórczego.
          Współcześni twórcy są właściwie na straconej pozycji. Bo, z jednej strony, wszystko już było, mogą zatem w nieskończoność modyfikować, dopisywać, dorysowywać, renegocjować, odświeżać (remasterować) lub pseudotworzyć. Lub kontestować, rewolucjonizować, palić mosty, stawiać wszystko na głowie. W obu przypadkach sukces jest dyskusyjny, stąd tak chętnie sięgamy jednak ku klasykom. Zresztą, wiele rzeczy dzieje się po środku. Taki impresjonizm – czyż nie był odsądzany od czci i wiary przez akademików i konserwatystów? Czyż nie grzmiono, że jest upadkiem sztuki? Dzisiaj uznajemy, że jest to zaledwie element kontinuum, wydarzenie po przecinku…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie zrozumieliśmy się jednak. Ja nic nie mówiłem o „wytycznych kulturowych” typu „dobroć” czy „piękno” (czy naprawdę podejrzewasz mnie o to, że ja w sztuce toleruję tylko „dobroć” i „piękno”? ;) ) tylko o zakotwiczeniu sztuki w kulturze (czasem nawet na zasadzie negacji „tradycyjnych wartości”) i o konieczności zachowania pewnego continuum, bez którego sztuka – i jej sens kulturowy – przestaje istnieć.

          Podajesz przykłady Beksińskiego i Baudelaire’a jako tych, którzy tworzyli na „gruzach cywilizacji”. Ale przecież Baudelaire jest już teraz niemalże klasykiem ;) – on był jak najbardziej zakotwiczony w kulturze francuskiej (i nie tylko), dlatego właśnie tak bardzo nią zatrząsnął i miał na nią wpływ – mimo (dość pozornej jednak i „abstrakcyjnej”) apologii brzydoty i zła. Zważ, że był on (jako krytyk sztuki) mistrzem języka francuskiego (posługiwał się pięknym literackim językiem). Poza tym, jego twórczość jest bardzo mocna zakorzeniona w europejskim romantyzmie początku XIX wieku.
          Wbrew pozorom malarstwo Beksińskiego też jest bardzo tradycyjne (i nota bene głównie figuratywne, mimo początkowej fazy fascynacji abstrakcją). On sam swoje sposoby malowania dzielił np. na „barokowy” i „gotycki” (czy to nie jest zakotwiczenie w kulturowej tradycji?).
          Tematyka jego malarstwa – jej katastrofizm, sado-masochizm, turpizm czy swoista nekrofila – nie mają nic wspólnego z negacją kultury, na bazie której przecież powstały. Bardziej są trwogą przed jej niszczeniem czy wręcz zagładą.

        • Onibe Says:

          a jednak takie „wytyczne kulturowe” istnieją, gdyż kultura dąży w stronę unifikacji odbioru rzeczywistości i narzucenia pewnych wzorców. Kultura nie jest tolerancyjna, kultura jest zanurzona w tradycji, a ta ma względnie określone spojrzenie ;-). I właśnie piękno jest dogmatem kultury, podczas kiedy brzydota kontrdogmatem. Wręcz kultura zdaje się sugerować, że brzydota jest metką znakującą zło.
          Fakt, iż Baudelaire czy Beksiński wyrośli z kultury i szanowali ją, nie oznacza, że ich twórczość stanowi prostą korespondencję z poprzednikami. Moim zdaniem widać u nich zaprzeczenie tradycji, zerwanie z nią. Tyle, że zerwali w aksamitny sposób, oddając cześć temu z czego wyrośli. Wielu współczesnych twórców uważa, że powinni pomiatać historią i dawnymi dokonaniami (to takie trochę komunistyczne spojrzenie na kulturę materialną, prawda?).

          Dadaiści też już są klasykami.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pojęcie kultury jest bardzo szerokie, więc – aby uniknąć nieporozumień i lepiej się zrozumieć – musielibyśmy ustalić pewną definicję kultury, z którą byśmy się zgodzili.

          Masz rację, że istnieją w kulturze silne tendencje dogmatyczne (a to dlatego właśnie, że w jej obrębie ludzie ustalają systemy etyczne, które umożliwiają im funkcjonowanie w społeczeństwie), ale też, z drugiej strony, kultura podlega także ewolucji, a wraz z nią zmieniają się jednak wartości i pojęcia (choćby dobra i zła, brzydoty i piękna). Przy czym szybszej zmianie ulegają wartości estetyczne, niż etyczne.

          Widzę, że Tobie bliższe jest pojęcie klasyczne kultury, (o której Cicero wyrażał się że jest „wynalazczynią praw, nauczycielką dobrych obyczajów i ładu”), ja rozumiem ja w szerszym znaczeniu, ale ciągle w takim zakresie, że uznaję konieczność jej ciągłości – nawet w przypadku zmian, które mają charakter rewolucyjny.

          Piszesz, że „kultura nie jest tolerancyjna”, a to przecież zależy od rodzaju kultury ;) Np. kultura, którą wykształciła cywilizacja Zachodu w ostatnich dekadach, jest bardziej tolerancyjna, niż ta, którą nadal cechuje cywilizacja islamu.
          Podobnie jest ze stosunkiem do tradycji: bo przecież można tej tradycji oponować, ale ciągle robić to w sposób konstruktywny, twórczy… well… kulturalny ;)

          Ja jestem zwolennikiem tego właśnie, by – używając Twojego stwierdzenia – nie „pomiatać historią i dawnymi dokonaniami”. Nawet wtedy, kiedy czujemy się rewolucjonistami (nie reakcjonistami) i chcemy uwolnić się od ciężaru tradycji, by wprowadzić jakieś znaczące zmiany. Wtedy właśnie zapewnimy ciągłość w kulturze i to, co stworzymy, stanie się jej częścią (tak, jak np. częścią europejskiej kultury jest już np. twórczość dadaistów ;) )

        • Onibe Says:

          rewolucja jest wrogiem konserwy, ale prędzej czy później rewolucja tworzy koryto ewolucji i jako taka zostaje wchłonięta przez tradycję. To zabawne, jakby na to spojrzeć z pewnej perspektywy. Historia sztuki (podobnie jak nauki, prawda?) to historia walki z nowymi prądami. Niekończącej się walki, która zresztą bywa wygrywana jedynie taktycznie. Długoterminowo nowe prądy odnoszą sukces, mniejszy lub większy i nadbudowują rdzeń kultury. Są wtedy natychmiast adoptowane przez zelotów tradycji i już w tym momencie przez nich nieodróżnialne od wcześniejszego rdzenia. Oczywiście istnieje jeszcze coś takiego jak gust, więc kulturę – nawet klasyczną – dzieli się na lepszą i gorszą. Zresztą, to tylko rys, historia kultury jest zbyt skomplikowana by zamknąć ją w jednej teorii, jednym zdaniu czy nawet jednej wypowiedzi. Sygnalizuję tylko pewien proces. Proces, który ma charakter swego rodzaju paradoksu.

          Dla bardzo wielu ludzi sztywne normy, twarda baza to podstawa „bezpieczeństwa”. Ci ludzie często nie dostrzegają faktu, że znajdują się w środku kipieli czy też gdzieś w połowie procesu ewolucji, traktują stan bieżący jako ostateczny i najlepszy. Obrona status quo jest zresztą typowa także dla naukowców, polityków itd.

          Nie wiem czy jestem zwolennikiem koncepcji klasycznej, brakuje mi tutaj aparatu teoretycznego. W sensie szerokim poprzez kulturę rozumiem wszystko, całokształt ludzkich dokonań, ogół wydarzeń związanych z „produkcją” artefaktów. W sensie węższym kultura to dla mnie malarstwo, rzeźba, grafika, literatura, fotografia ect, a więc poszczególne dziedziny sztuki. Oczywiście także teatr czy film. W takim ujęciu kultura to jest to, co powstaje dla rozrywki (innej niż stricte fizyczna). Ale, znowu, rozrywka to szerokie pojęcie. Innej dostarcza film porno, innej zaś lektura wiersza.

          Masz rację, kultura bywa tolerancyjna, ale zarazem owa tolerancja jest domeną pewnych kręgów. Klasyczny uczestnik kultury zachodniej wcale nie jest tolerancyjny. Uważa, że jego – jakkolwiek wąskie – postrzeganie kultury stanowi ostateczne osiągnięcie ewolucji człowieka i cywilizacji. Upewniają go w tym gatekeeperzy, którzy przecież nawet w oświeconej cywilizacji Zachodu co i rusz dokładają do ognia, nie przebierają w środkach broniąc „rdzenia” przed naleciałościami. Inna rzecz, że kultura islamu jest z założenia mało tolerancyjna, więc porównując jedną do drugiej musimy nieco zaokrąglić liczby ;-)

          Dzisiaj w Polsce dyskusja o kulturze powinna odżywać w świetle tego co robi rząd. A doczekaliśmy się grupy średnio wykształconych ludzi z klapkami na oczach, którzy uważają, że zniszczenie wszystkiego co im się nie podoba stanowi misję cywilizacyjną. Już mieliśmy próby mieszania się do spektaklów teatralnych, a po przejęciu mediów publicznych i stopniowym ale pewnym eliminowaniu jakiejkolwiek opozycji (także, a może nawet zwłaszcza instytucjonalnej) dochodzimy do punktu, w którym ludzie sami z siebie będą się bali robić czegoś, co się władzy nie spodoba. Śmiej się jak chcesz, ale ja sam parę razy chciałem opublikować jakiś post polityczny, ale właściwie uznałem, że lepiej nie. Bo po co ryzykować w walce z kimś, kto nie uznaje limitów? Kultura, niestety, jest podatna na takie sytuacje, bo z natury rzeczy jest delikatna.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zgadzam się z większością tego, co poruszyłeś w swoim komentarzu (nie ma więc potrzeby „okopywania się na swoich pozycjach” ;))

          Wspomnę tylko o jednym: zaintrygowało mnie Twoje spostrzeżenie o tym, że „klasyczny uczestnik kultury zachodniej wcale nie jest tolerancyjny”. Kładąc na boku kwestię, kto to jest „klasyczny uczestnik kultury”, muszę stwierdzić, ze coś jest na rzeczy. Bo chociaż rzeczywiście – obiektywnie rzecz biorąc – kultura Zachodu jest bardziej tolerancyjna i liberalna, otwarta za inne kultury, to istnieje też mocne (najczęściej skrywane) poczucie o wyższości tej kultury nad jakąkolwiek inną.
          Ale, może ktoś w tym momencie powiedzieć, czy rzeczywiście europejska sztuka, a zwłaszcza rzeźba czy malarstwo, nie osiągnęła poziomu, którego nie osiągnęła kultura afrykańska czy azjatycka?
          To jednak zależy od kryteriów, jakimi będziemy oceniać wytwory kultury. Zwykle przyjmujemy te, które są częścią kultury, w której wyrośliśmy – bo przecież zawsze bliższa ciału koszula.

        • Onibe Says:

          Nie jest kultura europejska z założenia nietolerancyjną kulturą, to raczej ludzie są nietolerancyjni. Aby sięgać poza horyzont (choćby literacki, teatralny czy malarski) trzeba odwagi, a większość ludzi odwagą nie grzeszy. W zbyt wielu przypadkach widziałem już kurczowe trzymanie się status quo by uwierzyć w coś innego.

          Warto nadmienić, że mniej zorientowani uczestnicy kultury są cynicznie rozgrywani przez polityków, którzy zwykle najwięcej zyskują właśnie poprzez wskazywanie zagrożeń.

          Nawet nie próbuję waloryzować „obiektywnie” artefaktów różnych kultur… W ramach jednej kultury jest to niemal niemożliwe, porównanie kilku odmiennych kultur to niemożliwość do potęgi…

  6. Onibe Says:

    acha, a propos głównego zdjęcia… Też mi się zdarzało fotografować takie liniowości. Generalnie bardzo lubię geometrię, a fotografie z planem ułożonym na zasadzie równoległości to mój konik (choć zdaję sobie sprawę z faktu, że zwykle cierpią one na głębi ostrości ect). Nie chce mi się przeglądać archiwów, ale coś na moim fotoblogu by się trafiło. Podobnego, okolicznego, nie identycznego.
    https://onibephoto.wordpress.com/2014/02/01/180-los-horizontales-instagram/
    https://onibephoto.wordpress.com/2011/08/05/009-mierniczy-horyzontu-horizon-surveyor/
    https://onibephoto.wordpress.com/2011/07/30/007-samotny-the-solitary/

    Ciekawostka: https://onibephoto.wordpress.com/2013/07/28/163/ – kiedyś w innym miejscu komentowano mi to zdjęcie jako bzdurne, bo po co fotoszopować takie coś. Fotka jednak nie była szopowana (nie licząc jakiejś korekty poziomów ect, być może poprawiałem niebo), sama „płaska ziemia” powstała naturalnie ;-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niektóre z tych zdjęć widziałem już wcześniej. Rzeczywiście ich liniowość i pewien minimalizm przypominają koncepcję estetyczną, jaką widzimy na fotografii Renu Gursky’ego.
      Zwraca też uwagę ich monochromatyzm. Także pewna prostota – do której przyczynia się także i to, że ukazują raczej pejzaż swojski, mało… egzotyczny ;)

      Przy okazji zamieszczę tutaj parę z tych Twoich zdjęć, które mi się szczególnie spodobały:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/02/4mix-1001.jpg?w=780

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/02/1352.jpg?w=780

      • Onibe Says:

        Też lubię te fotki. Ten monochrom zrobiłem w pracy ;-P. Druga to okolice Sieradza z czasów jakiejś powodzi. Lubię prostotę, chyba ideałem jest dla mnie fotografia zbliżona do grafiki (grafikę też bardzo lubię). Akurat wybrałeś zdjęcia, które nie uderzają prostotą ;-). Ostatnio zdjęć niemal nie robię. A jak już zrobię to nie publikuję, bo doszedłem do wniosku, że nikogo i tak nie rajcuje prosta fotografia. Mnie zaś kręcą okolice banału. Wiem, dziwne to…

  7. Marek S. Says:

    To chyba dobrze, że sztuka się sprzedaje. Lepiej, gdy posiadacz takich pieniędzy kupuje fotografię, niż buduje willę z lusterkami (to teoretyczny przykład). Ceny zawsze budziły emocje, ale jestem za tym, żeby sztuka sprzedawała się jak najdrożej. Na tym skorzystają wszyscy.

    • Paweł Says:

      Niestety nie ja. W latach 80-tych szkic Dali widziałem za $300. Ostatnio widziałem go w galerii za $50.000. Nie stać mnie już na znane nazwiska. Przestawiłem się na młodych polskich obiecujących :)

      • Marek S. Says:

        Młodzi artyści też muszą zacząć się sprzedawać :) Tu chodzi o inny problem, bardzo polski: narzekanie, gdy sztuka się nie sprzedaje, albo narzekanie, gdy sztuka się sprzedaje. Jestem za drugim rozwiązaniem, choć wolałbym, żeby wszyscy cieszyli się, że sztuka się sprzedaje (nie do osiągnięcia wśród nadwiślańskich smutków).
        Na placu św. Marka w Wenecji jest galeria, która od ponad pół wieku sprzedaje: Picassa, Chagalla i Dalego, ceny są różne: przystępniejsze i mniej przystępne.

    • Jamróz Says:

      Dziwne.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s