„ANIOŁY I DEMONY”, „GŁÓD”, ” CAPOTE”, OPÓR”, „WĄTPLIWOŚĆ”, „LEKTOR”, „WALKIRIA”…

z filmowego notatnika

W dobie internetowego dostępu do dóbr wszelakich – w tym filmów, które już dawno zeszły z kinowych ekranów – warto przypomnieć pewne tytuły, jakie być może umknęły niegdyś naszej uwadze, albo do których warto wrócić. Stąd ten mały przegląd filmów starszych i nowszych, który być może pomoże niektórym w wyborze czegoś ciekawego do obejrzenia. (Poniższe noty o filmach nie były dotychczas publikowane na stronie Wizji Lokalnej – co jest dodatkowym powodem ukazania się ich tutaj.)

.

„OPÓR” („Defiance”, reż. Edward Zwick)

OpórSam temat uznać można za sensacyjny i wręcz niewiarygodny: dowodzona przez braci Bielskich żydowska partyzantka (czasy II wojny światowej), zdołała w lasach na polskich kresach wschodnich ocalić od zagłady około 1200 swoich współbraci.
Niestety, twórcy „Oporu” poszli drogą najłatwiejszą, bo hollywoodzką, pichcąc dość zgrabne, ale jednak przeciętne widowisko dla (nieświadomego historii i psychologicznej głębi) średniego widza. Dodajmy: widowisko martyrologiczno-heroiczne i niewiele ponadto.
Zniekształcając przy tym nie tylko historię (w rzeczywistości bracia Bielscy dopuszczali się nie tylko grabieży, ale i mordów na polskiej ludności), ale i rysunek psychologiczny postaci, o których wszak sam reżyser Zwick wypowiedział się następująco: „używali na co dzień przemocy, byli seksualnie drapieżni, czasami morderczy”. Innymi słowy, oprócz tego, że byli oni herosami, to zachowywali się jeszcze jak bandyci. Jednakże, tego ostatniego aspektu ich uczynków raczej w filmie nie uświadczymy, podobnie jak nawiązania do stosunków polsko-żydowskich (Polskę zamieniono nawet na Białoruś).
Bynajmniej nie chodzi mi tu o rewindykację wzajemnych oskarżeń, ani nawet o historyczną (i psychologiczną) głębię, a o zwykłą faktograficzną rzetelność. Zamiast tego mamy zbyt daleko idące uproszczenia, niepotrzebny patos i teatralizację.
No i sporo strzelaniny (nic dziwnego, że sprawdza się w tym trzymający pierwszy karabin Daniel Craig), co może w wieku, kiedy sam bawiłem się „w strzelanego” spotkałoby się z moim entuzjazmem, jednakże dziś z większą uwagą podchodzę już do tego, co jest zawarte między bijatykami. A z tym jest raczej sztampowo.
Niestety, nie udało mi się odebrać „Oporu” bez pewnych oporów.

„ANIOŁY I DEMONY” („Angels & Demons”, reż. Ron Howard)

Anioły i demony„Kod Leonarda da Vinci” sprowokował przed kilku laty pewne dyskusje wpisujące się w schemat teorii spiskowej – doszukujące się drugiego dna historii (zwłaszcza Kościoła Katolickiego), ale wydaje mi, że „Anioły i Demony” takiej dyskusji już nie wywołają, bowiem kolejny film Howarda (oparty o książkę Dona Browna), idzie w swym absurdalnym nieprawdopodobieństwie jeszcze dalej.
Trzeba napisać, że absurd nie musi być koniecznie gwoździem do trumny jakiegoś widowiska (i często nie jest, o czym świadczy powodzenie wielu filmów „akcji”), ale kiedy zawodzą sami bohaterowie, to klapa jest już murowana. A w tym przypadku Tom Hanks został po prostu rozjechany przez filmową machinę (he was „wasted”, jak by powiedzieli anglo-języczni).
„Anioły i Demony” zarobią pewnie (z rozpędu) tych kilkaset milionów dolarów (to chyba jednak był główny powód ich nakręcenia), ale tym co wniosą do sztuki filmowej, jest ZERO.
Z filmu można mieć niejaką frajdę, ale pod warunkiem, że zdołamy jakoś wyłączyć na ponad dwie godziny wyższe funkcje naszego (myślącego, z założenia) mózgu. W końcu, sam „L’Osservatore Romano” napisał, że to w sumie „niegroźna rozrywka”. Amen.

„SERAFINA” (reż. Martin Provost)

SerafinaFilm zdobył aż 5 francuskich Cezarów, ale to nie jest jeszcze powód, by zwrócić na niego uwagę.
Tym powodem są jego estetyczne aspiracje i próba sięgnięcia po artyzm.
Także temat, który mnie samemu wydaje się być interesujący, a niekiedy wręcz pasjonujący: źródło ludzkiego geniuszu, szaleństwa, talentu, imperatywu tworzenia…
Jeśli chodzi o „akcję” to niewiele jej tutaj – ot, sprzątaczka, praczka i posługaczka, która w dzień haruje, w nocy zaś maluje. Przypadkiem jej obrazek trafia do rąk (i przed oczy) znanego i uznanego krytyka sztuki (który jest także marszandem, właścicielem paryskiej galerii, przyjacielem Picassa, kolekcjonerem Braque’a i „prymitywistów”, odkrywcą naiwnego Celnika Rousseau). Ten dostrzega talent Serafiny i po kilku perypetiach większych lub mniejszych (jak np. I wojna światowa, czy śmierć kochanka), pozwala ją odkryć innym i wylansować.
W filmie tym, moim zdaniem, nie ma wiele do myślenia (zrozumienia, wyjaśnienia – choćby fenomenu bożej iskry zapalającej się w człowieku, który wydaje się jakby najmniej do tego predestynowany), jest jednak sporo do odczucia, kontemplacji – estetycznej przyjemności, możliwości zagłębienia się w klimacie.
A jednak film mną nie poruszył tak mocno, jak np. było to w przypadku cudownie subtelnej i pełnej niuansów „Dziewczyny z perłą”. Bynajmniej nie dlatego, że Serafina rzeczywiście wyglądała bardziej na „zarobioną” praczkę niż artystkę (choć przecież artystką była ona niewątpliwie).
Dlaczego więc?
Jej los naprawdę był przejmujący (skończyła w domu dla obłąkanych), ale jednak sztuka, która ją pochłonęła, pozostała w tym filmie czymś… obcym – jakimś żywiołem, którego nie da się wyjaśnić zachwytem na listkiem, kwiatkiem, mówieniem do ptaszka, czy przytulaniem się do drzew.
Określenia typu „naiwny”, czy też „modernistycznie prymitywny”, które słyszymy z ekranu, również tak naprawdę niczego nie wyjaśniają. Podobnie jak pozostawienie (jak to zrobiono w filmie) dramatu tworzenia – w euforii i cierpieniu – na pastwę raczej obiegowego, stereotypowego pojęcia o sztuce.

„GRAN TORINO” (reż. Clint Eastwood)

Gran TorinoSenior Clint Eastwood jest jednak niezawodny. Co za facet! Na progu 80-ki kręci film za filmem… i to jak! Chwała mu: zdołał się jakoś wygrzebać ze spaghetti westernów – z tej misy, do której wrzucił go Sergio Leone; przeżył w jakiś sposób Brudnego Harry’ego, by na starość (?) zostać autorem filmów, obok których nie da się przejść obojętnie (bowiem każdy z nich rzeczywiście mówi o czymś ważnym).
A o czym mówi Gran Torino?
O przekraczaniu między-pokoleniowych i między-rasowych barier, o chorobie społeczeństwa post-industrialnego, o patologii jakiej ulegają dzieci pozostawione samym sobie; o fasadowości i dysfunkcji amerykańskiej rodziny, o wyzwalaniu się wrażliwości skrywanej za skorupą rezygnacji i zgryźliwości; o poświęceniu, o przyjaźni wreszcie…
Oczywiście, że znalazłoby się parę zastrzeżeń: kreślony niekiedy zbyt grubą kreską scenariusz, lekko przerysowane oczywistością sceny, pewne repetycje… czy wreszcie „większa niż ekran” postać Eastwooda przemieniona w weterana Kowalsky’ego, którego z polskością wydaje się łączyć tylko malkontenctwo i nerwowość, aż nadto zniekształcająca czasem twarz bohatera.
Jednakże całość trafiona jest emocjonalnie, dzięki czemu możemy się zaangażować w los ludzi, o których film opowiada. Po raz kolejny – jak to zazwyczaj z Eastwoodem bywa – identyfikujemy się, popieramy kogoś, kto nie jest ani sympatyczny, ani łagodny, ani nawet czysty czy jakiś tam święty, a po ludzku ułomny, a także odważny na tyle, by się poświęcić i stawić czoła złu o wiele większemu, niż on sam.

„WĄTPLIWOŚĆ” („Doubt”, reż. John Patrick Shanley )

WątpliwośćMałe środowisko, wielki dramat.
Kameralność „Wątpliwości” podkreśla jedynie aktorską wirtuozerię Meryl Streep i Philipa Hoffmana, którzy zwarli się na katolickim gruncie pełnym wzajemnej podejrzliwości, podskórnych konfliktów i tłumionych emocji.
Filmów o takiej psychologicznej kompleksowości, głębi i moralnej niejednoznaczności niewiele pojawia się na amerykańskich ekranach. Dlatego warto skorzystać z okazji i sięgnąć po kasetę z tym tytułem.
„Wątpliwość” nie dostarczy nam łatwej rozrywki, taniego sensacjonizmu ani uproszczonych tez na temat wychowania w katolickim drylu, czy też przypadków seksualnego molestowania dzieci przez księży. Nie ma tu także czarno-białych schematów (mimo będącej na granicy karykaturalności kreacji Meryl Streep), ani wskazywania palcem winnego; nie ma nawet moralnego osądu, mimo niewątpliwie dziejącego się zła.
Jest natomiast problem: któż z nas nie przyczynia się do tego zła zaistnienia.
Tak więc zło jest niewątpliwe, ale czy niewątpliwa jest również nasza wina?
Oto pytanie, które może się wydawać jakąś aksjologiczną asekuracją, a w rzeczywistości jest tylko potwierdzeniem naszej konsternacji.
Twórcom filmu udało się przekazać nam prawdę o jeszcze jednym paradoksie: aby być człowiekiem moralnym, trzeba się moralności niekiedy przeciwstawić.

„WALKIRIA” (reż. Bryan Singer)

WalkiriaHistoria, podobnie jak cała otaczająca nas rzeczywistość, jest jedynie naszą interpretacją, motywowaną zresztą przez całą złożoność kontekstów, które nas określają: ideologię, światopogląd, interes, konformizm, oportunizm, niewiedzę, manipulację, złudzenia, nadzieje… etc.
Zaś historia prezentowana przez kino jest w zasadzie tylko filmem. I mając jedynie to ostatnie na uwadze, można stwierdzić, że „Walkiria” jest filmem bardzo dobrym: wielkoformatową produkcją, z pięknie sfotografowanymi kadrami, ze znakomitym aktorstwem, sprawną reżyserią, inteligentnie rozpisaną, trzymającą w napięciu dramaturgią…
Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy zaczynamy wszystko odnosić do tego, co naprawdę motywowało zamachowców, jakim człowiekiem był – i jakie reprezentował poglądy – Stauffenberg w rzeczywistości. (Chodzi naturalnie o nieudany zamach na Hitlera w lecie 1944 r., którego Stauffenberg był głównym wykonawcą.)
Na ekranie widzimy wszak herosa: jedynego Sprawiedliwego, szlachetnego rycerza, który poświęcając własne życie ratuje honor „Świętej Germanii”. Nic natomiast nie ma o jego elitarystycznym nacjonalizmie, dość podejrzanym mistycyzmie łączącym się w nim w jakiś dziwny stop mesjanizmu z militaryzmem; nic nie usłyszymy o jego poparciu dla głównej linii polityki Nazistów, o rasistowskich skłonnościach, o akceptacji okupacji Polski, o przyjaźni jaka łączyła go z ewidentnymi faszystami i zbrodniarzami… itp.
Dlaczego?
Otóż wydaje mi się, że nie tylko dlatego, iż zburzyłoby to dramaturgiczną tezę filmu – zaburzając szlachetny wizerunek głównego bohatera, ale również dlatego, że taki obraz Stauffenberga potrzebny jest większości widzom – i to nie tylko Niemcom, ale i nam wszystkim.

„AUSTRALIA” (reż. Baz Luhrmann)

AustraliaNiestety, spóźniłem się i nie zdążyłem obejrzeć „Australii” na wielkim ekranie. A tylko tam warto oglądać obrazy stworzone na tak wielką, spektakularną, epicką skalę, z jaką zrobiono ten film. Została mi tylko plazma, więc mogłem sobie jedynie wyobrazić, jak wielkie wrażenie – pod względem wizualnym przynajmniej – mógł film zrobić w kinie.
Nastawiony byłem jednak sceptycznie i choć moje obawy po części się sprawdziły, to owa rezerwa stopniowo ustępowała miejsca przyjemności, jaką jest dla nieuleczalnego kinomana obcowanie z „prawdziwym kinem” (cokolwiek złego czy dobrego by się z tym określeniem nie wiązało).
Ależ naturalnie wiem, jakie zarzuty można by wobec „Australii” wytoczyć: naiwność i nieprawdopodobieństwo fabuły, naciągany patriotyzm i dość mętny mistycyzm, uromantycznianie cokolwiek „na siłę”, trącąca kiczem i technikolorem przebarwiona „malowniczość”, montażowa nieskładność, zbyt grubymi nićmi szyty scenariusz, lekko chaotyczne przeskoki w czasie (i przestrzeni), brak wątkowego polotu, psychologiczne płycizny, sytuacyjne cliché
Także, jeśli zestawimy „Australię” z filmami, do których, jeśli chodzi o genre, próbuje się ona upodobnić (jak np. „Pożegnanie z Afryką”, czy „Przeminęło z wiatrem”), to owo porównanie wypada dla filmu Luhrmanna raczej mało korzystnie.
A jednak, mimo wszystko, te trzy godziny obcowania z „Australią” nie są według mnie czasem straconym. Bowiem zobaczymy tu obrazy, które zdolne są nasze oko nacieszyć; sceny, które nas porwą albo wręcz zauroczą; aktorstwo (zwłaszcza Nicole Kidman), które zyska nasze uznanie; intencje, których szlachetna naiwność może nas ująć; wysiłek, który nie wydaje się iść na marne…

„BRUNO” (reż. Larry Charles)

Bruno

Tak naprawdę to trudno ów zbiorek skeczy i gagów uznać za film. I choć rechotałem miejscami jak głupi (czym upodabniałem się chcąc nie chcąc do prawie wszystkich widzów, z jakimi oglądałem „Bruna” w kinie), to mimo wszystko wiem, iż mądrzej byłoby jednak po tym filmie nieco się „przejechać”, denuncjując ten jego niskich lotów humor; skatologię i seksizm ponad miarę, powtarzalność gagów, zbytnią dosłowność i ekshibicjonizm; żerowanie na homofobicznych stereotypach (pod pozorem walki z nimi). Cała ta dobrego smaku dekadencja.
Ani mi w głowie jednak podchodzić do „Bruna” z jakąś moralizatorską miarką. Wyznam jedynie, iż byłbym lekko przerażony, gdyby tego typu estetyka i dowcip miał zawładnąć filmowym mainstreamem. Bowiem w zestawieniu np. z anarchizującym, ale też miejscami piekielnie inteligentnym (i mimo wszystko wyrafinowanym) poczuciem humoru „Monthy Pythona” czy też Mela Brooksa, jest to jednak moim zdaniem regres i cofnięcie się do kabaretowego prymitywizmu.
No bo czyż jeszcze raz chcielibyśmy oglądać ten obłędny taniec gadającego członka, zmechanizowany gwałt na ciotach, częste (i dogłębne) zaglądanie do odbytu, obsesję genitaliami, nałogowe wpędzanie wszystkich w ambaras… itd. itp.
Jeśli Sacha Cohen et consortes mówią, że ten film ma jakąś socjologiczną wartość satyrycznej krytyki, której ostrze (czy też żądło) skierowane jest przeciwko współczesnej nam pop-kulturze, niewybrednym mediom i zdziwaczałym do bólu celebrytom – to ja im nie wierzę. Mało tego, myślę że jest akurat odwrotnie: „Bruno” to wszystko nie tyle ośmiesza, co na tym żeruje.

„CO NAS KRĘCI, CO NAS PODNIECA” („Whatever Works”, reż. Woody Allen)

Co nas kręci, co nas podniecaOglądanie kolejnych filmów Woody’ego Allena stało się dla mnie nie tyle obowiązkiem (zazwyczaj zresztą przyjemnym), co pewnym rytuałem.
I choć od lat nie zderzyłem się z arcydziełem na miarę choćby „Annie Hall” czy „Manhattanu” (ostatnim filmem, który się do tego zbliżył, był chyba „Deconstructing Harry” ), to jednak zawsze jest to dla mnie swego rodzaju święto, jaki również radość, że ten genialny twórca nie odszedł gdzieś jeszcze w rejony lekko zmartwiałej i skostniałej klasyki, a jest w dalszym ciągu kimś żywym, ruchliwym i kreatywnym.
„Co nas kręci…” arcydziełem nie jest, ale jest za to filmem dobrym, a momentami nawet bardzo dobrym.
Ktoś może się zżymać: a to, że jest to odgrzewanie starych pierników (scenariusz ma ponad 30 lat), że podobne allenowskie neurotyczno-zgryźliwo-błyskotliwe tyrady słyszeliśmy już wiele razy, że film jest bardziej wypichconą metaforą, niż kawałkiem prawdziwego życia, że prezentowany tu żydowski humor jest już raczej na wymarciu…
Ale ja się zżymał nie będę, bo „Whatever Works” „pracowało” także w moim przypadku. A to oznacza, że kupiłem to, co Allen chciał nam sprzedać.
Co to takiego?
Ano historia podstarzałego profesora mechaniki kwantowej („prawie, że nominowanego do nagrody Nobla”), który spotyka przypadkiem o 40 lat młodszą od siebie dziewczynę i mimo, że wszystko wydaje się ich dzielić, zakochuje się w niej (nota bene ze wzajemnością) tak, że zostaje ona nawet jego żoną, (co stawia pod znakiem zapytania jego cyniczny stosunek do świata – a nawet Wszechświata.)
Zderzenie się tych osobowości, jak również fascynacja hulającym w naszych żywotach przypadkiem, jest głównym tematem filmu.
Skrzy się przy tym to wszystko typowo allenowskim humorem, którego sarkazm wszelako nie jest czymś złośliwym – będąc bardziej sokratejskiej, niźli schopenhauerowskiej natury.

„OBYWATEL MILK” (reż. Gus Van Sant)

Obywatel MilkTomasz Raczek napisał niedawno: „Ostatnio usłyszałem, że to, iż Jarosław Kaczyński jest gejem (zasugerował to Janusz Palikot), to obelga. Zrobiło mi się przykro. Nie wiem, czy mój szkolny kolega z warszawskiego liceum im. Lelewela jest, czy nie jest gejem, ale ja jestem i nie widzę w tym powodu do wstydu”.
W kulturze „macho”, z jaką mamy cały czas do czynienia, wskazanie na kogoś, że jest gejem, uważane jest ciągle za zniewagę. „Prawdziwy” mężczyzna czuje się obrażony, kiedy posądza się go, ze jest „pedałem”. Przepraszam za to ostatnie słowo, ale użyłem go świadomie by wskazać, że niestety nie wyszło ono jeszcze z obiegu, choć przecież ma ono wydźwięk zdecydowanie pejoratywny, wręcz obraźliwy (więc może właśnie dlatego jeszcze nie wyszło). Mimo wszystko wypierane jest ono przez słowo „gej”, a to dzięki temu, że jednak coraz powszechniej zaczyna się patrzeć na homoseksualistę jak na pełnoprawnego człowieka, bez wartościowania jego seksualnej orientacji.
To wszystko dzieje się za sprawą kultury, którą tworzy również taki film, jak „Milk”.
Nie wiem jednak, czy doczekamy się takich czasów, kiedy orientacja seksualna rzeczywiście nie będzie miała żadnego znaczenia przy ocenie człowieka będącego np. osobą publiczną, czy też zajmującego jakieś ważne stanowisko. Podobnie jest z kolorem skóry. Mimo wszystko, nadal każdy ma świadomość tego, że Obama jest czarny (czy też „pół-czarny”). Chodzi więc o to, by kiedyś kolor skóry naprawdę nie miał żadnego znaczenia – był czymś, w pewnym sensie, „niezauważalnym”.
Gdyby tak już było, powstanie takiego filmu jak „Milk” nie miałoby już sensu, a reżyser Gus Van Zandt i scenarzysta (Dustin L. Black) – obaj zresztą homoseksualiści – zajęliby się czymś innym.
Póki co, z pomocą Seana Penna (heteroseksualisty pełną gębą… choć kto go tam wie?) stworzyli obraz zdolny podniecić widza, o czym świadczy cały ten zgiełk – także oscarowy.
I choć to dość sztampowa w warstwie narracyjnej historyjka, tudzież sentymentalna i lekko efekciarska – poruszyła także i mnie.
Chyba głównie za sprawą rewelacyjnej gry Penna, aktora zostawiającego w tyle różnych Pittów, Fordów, Cruisów, czy Kostnerów.
Wygląda na to, że Sean Penn jest zdolny zagrać wszystko, włącznie z kijem od miotły – i zawsze będzie to fascynujące widowisko.

„CIEKAWY PRZYPADEK BENJAMINA BUTTONA” (reż. David Fincher)

Ciekawy pzypadek Benjamina ButtonaWprawdzie ducha F. S. Fitzgeralda (na podstawie jego opowiadania napisano scenariusz filmu), nie poczułem, to jednak całkiem nieźle oglądało mi się tę niewiarygodną i wielce meandryczną odyseję B. Guzika, któremu czas biegnie na odwyrtkę. Rodzi się on bowiem jako 80-letni starzec a umiera będąc ssącym smoka oseskiem… nota bene na rękach swojej żony staruszki.
Co zniwelowało dziwaczność filmu?
Przede wszystkim niezła kreacja Brada Pitta (choć z tym nominowaniem go za tę rolę do Oscara to jednak według mnie przesada) oraz rewelacyjne wystąpienie Kate Blanchet. Poza tym obrazek ten ma zaiste epickie wymiary, jest – nakręconym z rozmachem i dbałością o szczegóły – wielkim widowiskiem, zdolnym przykuć uwagę przez te trzy godziny z nim obcowania.
Nie bez znaczenia jest także fantastyczna robota charakteryzatorów i speców od efektów specjalnych, którzy, bawiąc się z młodniejącą twarzą Brada Pitta, dokonali istnych cudów transformacji.
Solidna hollywoodzka – w dobrym znaczeniu tego słowa – produkcja.
Łagodnym okiem patrzę na ten film… choć przy odrobinie złej woli można byłoby go z… (chciałem oczywiście napisać „skrytykować”).

„FROST/NIXON” (reż. Ron Howard)

Frost NixonMam kłopot z tym filmem. Przyprawia mnie on bowiem o lekką schizofrenię: kiedy patrzę na niego okiem kinomana – wydaje mi się on bez mała znakomity; kiedy zaś myślę o nim w kontekście historycznym – wydaje mi się niedopuszczalnym fałszerstwem.
W pierwszym wypadku zawieszam swój krytycyzm – nie odnoszę filmu do amerykańskiej rzeczywistości lat 70-tych, ani nawet do autentycznej postaci Richarda Nixona; w drugim – trzeźwa ocena ówczesnych realiów i ważności debaty nad istotą konstytucyjnej praworządności, nie pozwala mi na tolerancję wobec filmu Rona Howarda.
W jego wersji, słynny wywiad, jaki przeprowadził David Frost z Nixonem (w trzy lata po upadku prezydenta), jest walką dwóch krańcowo odmiennych osobowości o zwycięstwo, nie tylko medialne, ale i osobiste – także nad samym sobą.
W rzeczywistości całe wydarzenie było ukartowane. To była zwykła umowa dwóch publicznych wyjadaczy, w której chodziło głównie o pieniądze i podreperowanie własnych wizerunków, tudzież położenia – Nixona w polityce, Frosta w telewizji.
W filmie Nixon jest wręcz dającym się lubić, żywym i nie pozbawionym poczucia humoru człowiekiem, który toczy moralną walkę z sobą samym, rozdarty pomiędzy makiawelizmem własnych posunięć politycznych a poszanowaniem dla konstytucji i sprawiedliwości.
W rzeczywistości Nixon był dość sztywnym, chorobliwie ambitnym, odizolowanym od świata megalomanem, który stawiał siebie ponad prawo i pogardzał swoimi adwersarzami, trzymając się fanatycznie własnej „misji”.
Powstaje pytanie: czy walory artystyczne filmu mogą usprawiedliwić tę jego manipulację historyczną rzeczywistością, zwłaszcza w przypadku tak ważnego wydarzenia drugiej połowy XX wieku, jakim była afera Watergate.
Raczej nie mam większych trudności z udzieleniem na to pytanie odpowiedzi.

„SLUMDOG. MILIONER Z ULICY” („Slumdog Millionaire”, reż. Danny Boyle)

Slumdog. Milioner z ulicyJeden z największych gwiazdorów kina bollywoodzkiego powiedział niedawno, iż pokazywanie w filmie „Slumdog Millionaire” hinduskiej nędzy kłuje boleśnie jego wrażliwe serce. Tutaj można się owego pana zapytać, czy nie kłuje jego serca faktyczna tragedia hinduskich slumsów, ale kłuje dopiero wtedy, kiedy ukazana zostaje na ekranie?
Wiemy jednak, że hinduskie Bollywood jest jeszcze większą bajką – oderwaną od rzeczywistości, eskapistyczną iluzją – niż amerykańskie Hollywood, więc nie możemy wymagać od jego reprezentantów jakichś wiążących społecznie analiz.
A prawdziwe Indie są takie, jak te dwa kadry ze „Slumdoga”, o których chciałbym tutaj wspomnieć: umorusany w szambowym kale chłopiec, który na dnie slumsowej biedy cieszy się z autografu swojego idola – i piękna kobieta, która uosabia cały uwodzicielski czar, jakim także zdolny jest powalić nas ten niesamowity kraj.
Film Danny’ego Boyle’a (reżysera niezapomnianego, genialnego „Trainspotting”) składa się jakby z dwóch warstw: pełnej przemocy i okrucieństwa walki o przetrwanie w wypełnionych mizerią slumsach oraz z dość ckliwej opowiastki o wielkiej miłości i ziszczeniu się marzenia „od pucybuta do milionera” – współczesnej wersji mitu „kopciuszkańskiego”.
Jednakże warstwy te składają się na całkiem znośny, a czasem wręcz ekscytujący przekładaniec, głównie dzięki włożonemu weń sercu i żywiołowości ludzi, którzy go sporządzili.
W sumie powstało kino zdolne porwać nie tylko wizualnie, ale i emocjonalnie.

„LEKTOR” („The Reader”, reż. Stephen Daldry)

LektorByć może nie byłem w zbyt dobrej hormonalnej formie, kiedy oglądałem ten film, bowiem dość chłodno patrzyłem na nagość, jaką śmiało obnażała na ekranie Kate Winslet. A wyczucie erotycznego napięcia jest chyba czymś niezbędnym, aby przejąć się losami tego niezwykłego romansu w post-hitlerowskich Niemczech. Trzeba jednak poczuć tę „chemię” aby wszystko zagrało.
Winslet uwodzi o kilkanaście lat młodszego chłopca – dziewicę. Oboje uprawiają seks spontaniczny – tym bardziej szalony, iż kobieta, niejako zamiast gry wstępnej, nakazuje swojemu młodocianemu partnerowi by… czytał jej na głos książki. Przy czym są to książki nie byle jakie, a sam kanon literatury światowej, począwszy od Homera i Sofoklesa po Czechowa i Tołstoja.
Może więc nie chodziło tu o obnażenie ciała a duszy?
W każdym razie miłość ta, choć krótka (kobieta nagle znika), musiała być na tyle głęboka, by mogła wpływać na całe późniejsze życie kochanków, co też się stało.
Film wchodzi w gwałtowny zakręt, kiedy w 10 lat po rozstaniu, młody mężczyzna przypadkowo dowiaduje się o nazistowskiej przeszłości swojej miłości. Szok!
Tutaj jak długi rozciąga się przed nami konflikt między miłosnym porywem i czułością serca a zimnym koszmarem zbrodni, w którą zamieszana była kochana ongiś osoba.
Moim zdaniem o powodzeniu filmu zadecydowało mocne wystąpienie Kate Winslet (Oscar… ale to nie jest tutaj takie ważne). Wprawdzie, jak na mój gust, przesadzili nieco majstrujący koło jej twarzy charakteryzatorzy, to jednak nie przeszkodziło to aktorce wyrazić za pomocą mimiki całą kaskadę myśli, uczuć i emocji.
Nagość Winslet jakoś szczególnie mnie nie poruszyła, ale już jej gra twarzą – bardzo. Nie wspominając o procesie, w którym ponownie, niczym zadra, odezwał się bolesny problem odpowiedzialności tzw. „normalnych” i „zwykłych” ludzi za wojenne zbrodnie.

„CAPOTE” (reż. Bennett Miller)

CapoteFilm “Capote” zbiera najlepsze recenzje z wszystkich filmów, jakie są teraz na ekranach kin, co zresztą nie ma dla mnie większego znaczenia. To, że kreacja Hoffmana, aktora grającego postać tytułową, jest wybitna, nie ulega jednak wątpliwości. Ale co w tym filmie jest naprawdę niezwykle, to konflikt rozgrywający się w duszy i umyśle Trumana Capote między jego ludzkim porywem serca (być może nie chodzi tu nawet tylko o współczucie ale i o miłość) a kalkulacją pisarza, który chce sfinalizować dzieło swojego życia.
Podczas zbierania materiałów do artykułu dla “New Yorkera” homoseksualny Capote związał się emocjonalnie z młodym zabójcą Perry’m, który wraz ze wspólnikiem zamordował w 1959 r. cztero-osobową rodzinę. Artykuł przerodził się w książkę “Z zimną krwią”, która miała się okazać jedną z najważniejszych pozycji w historii literatury amerykańskiej.
Dopóki jednak mordercy nie zostali skazani, dopóty Capote nie mógł skończyć swojej książki.
Niezwykle trudno jest rozeznać się w motywach, które powodowały postępowaniem Capote’a, ale wydaje się, że w końcu wzięła górę literatura. Pisarz wiedział, że tworzy coś wybitnego, dlatego nie zrobił wszystkiego, co mógł, by uratować Perry’ego – jedynego człowieka, którego darzył uczuciem.
Za swój wybór zapłacił drogo. Przez 20 lat po opublikowaniu “Z zimną krwią” nie wydał już ani jednej książki. Zamiast tego coraz bardziej pogrążał się w alkoholizmie i depresji, by umrzeć w zupełnej samotności.

„MONACHIUM” („Munich”, reż. Steven Spielberg)

MonachiumTak na marginesie tego filmu: Steven Spielberg nie jest kontrowersyjny opowiadając bajki. Kłopoty zaczynają się, kiedy bierze się on za historię. Tak było z „Listą Schindlera”, tak jest teraz z „Monachium”.
Obdarzony wrażliwością, fantazją i emocjonalnością dziecka, rzutuje własny infantylizm na nasze realne ludzkie tragedie. Trudno tego uniknąć kiedy wprost z „Parku Jurajskiego” przenosi się z kamerą do obozu koncentracyjnego, kręcąc Holocaust. Jego filmowa techniczna doskonałość tylko to pogłębia, bowiem naraża go dodatkowo na zarzut manipulacji. Jednakże wahałbym się nazwać to nieuczciwością. Spielberg jest tu po prostu wielce utalentowanym technikiem od emocji, a nie akuratnym historycznym kronikarzem. Patrząc na niego z tego punktu widzenia, trudno się nań obrażać – na to jego „kombinowanie” z rzeczywistością. Kino jest tylko kinem. Nie jest dobrze kiedy zaczynamy go traktować jako źródło wiedzy historycznej.
Przyjąwszy taką perspektywę „Monachium” całkiem nieźle się ogląda.
Film dość sprawnie prowadzony, zajmujący się pamiętnymi, tragicznymi wydarzeniami podczas igrzysk olimpijskiej w Monachium 1972 roku, kiedy to grupa izraelskich sportowców została pojmana, a następnie zamordowana przez terrorystów z organizacji Czarny Wrzesień. Nic dziwnego, że taki temat wymusił na Spielbergu pewną mroczność i nie pozwolił na ucieczkę w tak charakterystyczny dla tego reżysera sentymentalizm.

„ZAPAŚNIK” („The Wrestler”, reż. Darren Aronofsky)

ZapaśnikTakże podczas oglądania tego filmu nie opuszczał mnie pewien dyskomfort. Lecz to chyba normalna reakcja, kiedy na ekranie widzi się ludzką tragedię i przestaje się patrzeć na nią okiem estety mamionego czarem ekranowej fikcji. Zasługa to głównie Mickey Rourke’a, który wyłonił się wprost z aktorskiego niebytu i rzucił nam w oczy kreację wręcz przeszywającą.
Jego rola w „Zapaśniku” to kawał krwistego mięsa – dosłownie i w przenośni.
Stary, chory i zmęczony bohater „wrestlingu” próbuje rozpaczliwie przezwyciężyć własną samotność. Lecz tego nie potrafi. Wraca więc tam, gdzie wydaje mu się, że jest sobą, gdzie jego miejsce – do jedynej pracy, którą umie wykonywać. Ale czy jest w stanie to przeżyć?
Muszę zaznaczyć, że to nie jest film hollywoodzkiego mainstreamu. Bo przecież nie od głównego nurtu amerykańskiego kina oczekujemy demaskacji bankrutującego i zamienionego w koszmar mitu, któremu na imię American Dream.

„GOMORRA” (reż. Matteo Garrone)

GomorraMafia w kinie.
Jakże różnie może się ona panoszyć na ekranie.
Dajmy na to, taki „Ojciec Chrzestny” powstał np. na osnowie mitycznej, „Dick Tracy” – komiksowej, „Sopranos” – mydlano-operowej, „Gomorra” zaś… grzebie w zgrzebnej (choć wychodzi z tego kolaż) w rzeczywistości.
Film oparty na motywach książki Roberto Saviano opisującej neapolitańską camorrę, odziera mafijną rzeczywistość z wszelkiego „romantyzmu” zbrodni serwowanego nam ongiś (po mistrzowsku zresztą) choćby przez Francisa Forda Coppolę, a nawet z morderczego demonizmu, jakim często epatował nas (poniekąd) Martin Scorsese. Może właśnie dlatego z pewnym zdegustowaniem patrzyłem na film Matteo Garrone, podświadomie oczekując kanonu, jakim zazwyczaj kino opisywało gangsterów i mafiozów. To, co zobaczyłem, było zaś dość niezborną, poszarpaną narracyjnie zbitką podrabianych na dokument obrazów. Jednak owo „zdegustowanie” absolutnie nie dotyczyło filmowej roboty, (która, moim zdaniem, jest jednak znakomita) a raczej tego, co widziałem na ekranie – czyli „zwykłego” piekła egzystencji włoskiej biedoty, „zwykłych” mordów dokonanych przez „zwykłych” zabójców na „zwykłych” ludziach. To jest według mnie największa siła tego filmu: odarcie zbrodni i świata przestępczego z jego mitycznego płaszcza, ukazanie całej tej banalności zła hersztbandy, złożonej głównie z prozaicznych, choć będących na granicy idiotyzmu i psychopatii, rzezimieszków.

„URODZENI W ’68” („Nés en 68”, reż. Jacques Martineau, Olivier Ducastel)

Urodzeni w 68Francuskie, dość przyjemne, para-telewizyjne patrzydło podejmujące ekscytujące skądinąd tematy paryskiego Marca ’68, wolnej miłości, flower-power, komunistycznych sentymentów, społecznej utopii…
Właśnie: owo „dość przyjemne” jest największym zarzutem jaki można mieć wobec filmu, bowiem materiał na ostry, kontrowersyjny obraz rozmył się moim zdaniem w stereotypowym, sentymentalnym cliché przewidywalnej sagi. Sceny orgietek, zbiorowego pląsania na golasa po ukwieconej łące, czy lesbijsko-gejowskich „momenty” nie są w stanie rozbić przeestetyzowanej wizji pastoralnej idylli, tudzież ckliwego sentymentalizmu relacji między ukazanymi w filmie ludźmi.
Na próżno szukać tu politycznego i psychologiczno-filozoficznego dyskursu, jaki rozpalił świat ludzi myślących (jak również bezmyślnych) w tamtym czasie. Ani razu nie wymienia się np. Sartre’a, autora idiotycznego, ale jakże bałamutnego i mimo wszystko nośnego filozoficznie back-groundu dla całej tej ruchawki Marca ’68.
Utopię komuny utrzymuje się w sferze romantycznego idealizmu, mimo ukazania tragedii, w jakich po kolei niszczeni są główni bohaterowie powieści.
Niemniej jednak dałem się uwieść owej gładkiej estetyce i łagodnej (wbrew pozorom) psychologii obrazu, przez trzy godziny pławiąc się w przyjemnościach nieuleczalnego kinomana (wydatnie pomogła mi w tym postać byłej modelki Laetitii Casta, którą zobaczyłem tu w jednej z wiodących ról).
Krytyczna refleksja przyszła później. (Np.: jak można poważnie traktować filozofię życia młodych Francuzów, którzy swoim dzieciom nadają takie imiona, jak Ludmiła i Borys?)

„GŁÓD” („Hunger”, reż. Steve McQueen)

GłódFilm wzbudził kontrowersje w Irlandii i na Wyspach, i wcale się temu nie dziwię. Rozdrapuje bowiem całkiem jeszcze świeże rany odniesione podczas walki irlandzkiego ruchu oporu z brytyjską „okupacją”, a konkretnie dotyczy strajku głodowego więźniów, członków IRA, protestujących przeciwko traktowaniu ich jako kryminalistów, bez przyznania im statusu więźniów politycznych.
Ukazując to, twórcy „Głodu” poddali swój obraz niezwykle wyrazistej stylizacji i mocnej dramatyzacji opisywanych wydarzeń, wskutek czego – mimo oparcia całej fabuły na faktach – całość staje się na swój sposób odrealniona, a przez to mniej wiarygodna. A przecież taka była prawda: w walce o swoje ideały zagłodziło się wówczas – w północnoirlandzkich kazamatach – dziesięciu więźniów.
Mimo swego szokującego potencjału film mną nie wstrząsnął, może właśnie dlatego, iż zacząłem nań patrzeć bardziej jak na twór estetyczny niż autentyczny. Zwraca uwagę kreacja Michaela Fassbendera.

„CHŁOPIEC W PASIASTEJ PIŻAMIE” (reż. Mark Herman)

Chłopiec w pasiastej piżamie.jpegWstrząsająca opowieść o przyjaźni dwóch 8-letnich chłopców, którzy przynależą do dwóch światów, które dzieli przepaść.
Jeden żyje w świecie ludzi, drugi – w świecie „zwierząt”; jeden przynależy do klasy panów, drugi – niewolników; jeden jest Niemcem, drugi – Żydem; jeden z nich ma na imię Bruno, drugi – Szmul.
Bruno jest synem niemieckiego komendanta obozu koncentracyjnego, Szmul – synem więźnia. Spotykają się potajemnie, każdy po innej stronie znajdującego się pod elektrycznym napięciem kolczastego drutu.
Bruno żyje jeszcze w błogiej nieświadomości okrutnego świata, Szmula dotknęła już tego świata melancholia, uderzyła jego brutalność. Obaj spoglądają na świat innymi oczami, obu wciąga bezlitośnie otaczający ich koszmar.
Pomysł na scenariusz dość karkołomny, jednakże twórcy filmu zręcznie unikają zarówno niewiarygodności, jak i banału… obnażając absurd stworzonej przez człowieka rzeczywistości.

„RUSAŁKA” (reż. Anna Melikyan)

Rusałka.jpegTym, czym bronią się często Rosjanie przed ciemnym fatalizmem swojej topornej i przyduszonej egzystencji jest sarkastyczny humor i cięta autoironia, która pośród mizerii i egzystencjalnej szarzyzny skrzy się pełnym swoistego uroku humanizmem schwytanych w tę zgrzebność ludzi.
Właśnie taki duch przenika „Rusałkę”, będącą sprawnie prowadzoną komedią, ukazującą przypadki Alisy, 18-letniej dziewczyny, która przybywa do wielkomiejskiej Moskwy z pewnego prowincjonalnego nadmorskiego miasteczka.
Tak, widać tu na każdym kroku (a właściwie w każdym kadrze) tę „nową” rosyjską rzeczywistość udającą cudowne dziecko neokapitalizmu: kolejną „świetlaną przyszłość” kraju, który zmienił ideologię jak rękawiczki, ale dalej budzi się z chamską grabą w nocniku.
Nie wypada mi zdradzać zakończenia, jednak nie mogę się oprzeć zacytowaniu słów, jakie usłyszałem w kinie od mojej amerykańskiej sąsiadki: „It’s always a sad end in all Russian movies”.

„CICHY CHAOS” (reż. Antonio Luigi Grimaldi)

Cichy chaosW programie chicagowskiego Festiwalu, na którym film pokazano, napisano, że może się on poszczycić 18 nominacjami do włoskiego „Oscara”, ale już nie podano, ile tych „Oscarów” zdobył. Zresztą, jakie to może mieć znaczenie, oprócz… reklamowego? Podobne informacje zaostrzają jednak nasz apetyt, więc kiedy oglądamy film doznajemy niejakiego rozczarowania, bo oto na ekranie nie pojawia się przed nami żadna rewelacja, a jedynie lekko wyrastający ponad przeciętność obraz.
I tak właśnie było w moim przypadku.
„Cichy chaos” opowiada historię mężczyzny w średnim wieku, który nagle zostaje wdowcem i musi zająć się swoją 10-letnią córką. Zaczyna postępować w sposób cokolwiek nieortodoksyjny, bowiem zamiast spędzać czas w swoim gabinecie dyrektora jednej ze stacji telewizyjnych, cały dzień przesiaduje na ławce przed szkołą, czekając tam na córkę, aż ta skończy zajęcia.
Grający głównego bohatera aktor wygrywa wszystko na jednej nucie, co można uznać za pełne powściągliwości przedstawienie kipiącego za tym pozorem psychicznego tumultu. (Rzeczywiście, kiedy wybucha on wreszcie przejmującym szlochem, trudno nam w to wątpić.) Do końca jednak nie wiadomo, jaka jest jego rzeczywista relacja ze światem.
Mimo dość powolnego tempa, znalazła się w filmie jedna scena gorąca. O tyle nietypowa, w sposób bardzo intymny, bezpośredni i otwarty ukazująca cielesną miłość dość zaawansowanych w swojej dojrzałości protagonistów.
Nie sposób jednak nie wspomnieć o czymś jeszcze.
Oto pod koniec filmu pokazuje się na ekranie sam… Roman Polański – w całej swej wielkopańskiej krasie (jako korporacyjny super-kapitalista). Ponadto, przez cały czas, przez park, w którym przysiaduje bohater, przebiega (przechodzi) z wielkim bernardynem nasza rodaczka Kasia Smutniak – roztaczając czar modelowo pięknej dziewczyny (i współgrając z melancholią, tudzież erotyczną tęsknotą, starzejącego się mężczyzny).

„FALA” („Die Welle”, reż. Dennis Gansel)

FalaTen temat zawsze mnie fascynował: mechanizm powstawania i funkcjonowania autorytatywnej władzy. Tutaj pokazane jest to przez pryzmat młodego pokolenia Niemców, co czyni go tym bardziej dla nas nośnym.
Przyczynia się również do tego fakt, że scenariusz oparto na autentycznych wydarzeniach.
Oto obdarzony charyzmą nauczyciel szkoły średniej, w ramach zajęć wprowadza w życie eksperyment polegający na stworzeniu modelu społeczności funkcjonującej w systemie opartym o rządy autorytarne.
Eksperyment wymyka się jednak spod kontroli prowadząc do szokującego finału. W międzyczasie jego uczestnicy przechodzą szereg zaskakujących – nawet dla nich samych – transformacji.
Film w bardzo sugestywny sposób odpowiada na pytanie, czy we współczesnym społeczeństwie europejskim możliwe jest odrodzenie się dyktatury, brutalnego nacjonalizmu i totalitarnej ideologii. Ta odpowiedź niestety brzmi: tak!
Chciałoby się wydarzenia ukazane w filmie potraktować jako fikcję, ale nie pozwala nam na to choćby historyczna świadomość: koszmar społeczności manipulowanej i poddającej się zbrodniczym totalitaryzmom oraz ogłupiającym i zniewalającym ideologiom wydarzył się naprawdę i to dopiero co wczoraj – w samym środku „cywilizowanej” Europy. U obu naszych sąsiadów.

.

Advertisements

komentarze 43 to “„ANIOŁY I DEMONY”, „GŁÓD”, ” CAPOTE”, OPÓR”, „WĄTPLIWOŚĆ”, „LEKTOR”, „WALKIRIA”…”

  1. Onibe Says:

    może i dobrze, że pojawiają się takie filmy jak Defiance. Powodują, że z balona nieco schodzi nadmiar powietrza. No i nie zapominajmy, że – z tego co tutaj w Polsce rozumiemy – typowy, amerykański widz zainteresuje się danym tematem dopiero wtedy, kiedy ów temat zostanie przedstawiony jako połączenie rewii na lodzie z wizytą w oceanarium ;-). Od dawna zresztą kino mainstreamowe jest oceniane bardziej w kategorii sprawności technologicznej i narracyjnej realizacji obrazu niż przez pryzmat głębi psychologicznej, poszukiwania prawdy ect.

    Oglądałem Gran Torino, moim zdaniem niezły standardzik. Lubię filmy z Clintem. I filmy Clinta. Poza wpadkami (jaką np. Twoim zdaniem jest Snajper) tworzy on równe, sensowne kino. Nie nazbyt mądre, ale i też nie głupie. Gdyby mainstream miał taki poziom średni, to byłoby fajnie ;-)

    Valkirii nie widziałem, zniechęciło mnie połączenie twarzy Toma Cruisa z ekstremalnym bullshitem historycznym. Tak jak wspomniałeś, zamach na Hitlera nie był aktem czystego dobra, a jedynie elementem walki pomiędzy dwiema frakcjami mroku. Bo ci, którzy zamach poparli nie mieli nic przeciwko holokaustowi, mordowaniu słowian i posyłaniu na rzeź coraz młodszych roczników własnych obywateli. Przeszkadzało im jedynie to, że wojnę przegrywali i chcieli ocalić własne tyłki. Słowem: klasyczna minipulacja historyczna, trochę jak wybielanie Białych jako kontrast dla Bolszewików w czasie Rewolucji, podczas kiedy niewielu z owych Białych zasługiwało na coś więcej niż katowski pieniek. Taktyka wróg mojego wroga jest moim przyjacielem prowadzi czasami na przykre manowce, których mainstream oczywiście nie może dostrzec, bo przestałby być łatwostrawnym mainstreamem ;-)

    Australia była fajna, Benjamin Button to też niezła ciekawostka, ale bez szału. Slumdog podobał mi się, może z uwagi na egzotykę produkcji. O reszcie filmów nie potrafię się wypowiedzieć, ale bardzo fajne upichciłeś zestawienie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Masz rację, że nie ma sensu spodziewać się po kinie mainstreamowym, żeby akuratnie i kompleksowo wykładał nam historię. Kino to przecież pełni funkcję bardziej rozrywkową, niż edukacyjną – i choćby z tego się to bierze.
      Ja niby zdaję sobie z tego sprawę, ale kiedy widzę w kinie jak wciska mi się kit (np. propagandowo-sentymentalny) i upraszcza wszystko do jakiegoś schematu, to mnie to trochę mierzi i kręcę nosem. Ale nie zawsze. Zwłaszcza sentyment łatwiej mi przełknąć, zwłaszcza jeśli robi się przy tym niezłe kino gatunkowe.

      Przy jakiejś okazji zgodziliśmy się już z tym, że Clint to równy gość – i chyba nawet lepszy reżyser, niż aktor. „Snajper” to według mnie taki jego wypadek przy pracy. On sam chyba zdawał sobie sprawę, że zrobił obrazek wyraźnie propagandowy i że przesadził z tą bohateryzacją osobnika takiego, jak Chris Kyle.

      „Walkirię” bym Ci jednak polecał – nie jest tak źle (wygląda na to, że nie lubisz za bardzo Cruise’a, który moim zdaniem nie jest złym aktorem). Skoro bronisz „Defiance”, to te same (Twoje) argumenty można też zastosować właśnie do Walkirii, który to film daje nam uproszczoną, ale pełną dobrej woli, wersję trudnej i niewygodnej historii.

      Właściwie, mimo ze żaden z zaprezentowanych przeze mnie filmów nie jest jakimś kinematograficznym szałem, to moim zdaniem wszystkie z nich warto jest obejrzeć. Nawet tak głupi i kretyński (mniemam, że z założenia) film, jak „Bruno”.
      Ale „Zapaśnik”, „Capote”, „Wątpliwość”, „Lektor”, „Gomorra” to jednak tytuły ponad przeciętne (w „Głodzie” po raz pierwszy zwróciłem uwagę na Fassbendera – kilka lat później zrobił on z tym samym reżyserem, Stevem McQueenem bardzo dobry „Wstyd”, co jednak nie uchroniło tego ostatniego od fiaska „Zniewolonego”.)

      • Onibe Says:

        Zasadniczo nie mam nic przeciwko Cruise’owi. Lubię go nawet bo facet ma ewidentnie parcie na kino science fiction, a ja science fiction lubię ;-). Oczywiście nie miałbym nic przeciwko gdyby było kino z wyższej półki niż ekranizacje Dicka, ale dobre i to. Ostatnio widziałem Na krawędzi jutra, całkiem przyjemne science fiction akcji, pozbawione głębszej treści, ale i tak niezłe.

        Przyznam się, że nie mam czasu na oglądanie filmów. Telewizji jako takiej nie mamy (z wyboru), filmy kupujemy na dvd lub pożyczamy. Do kina nie łazimy bo się nie chce a i drogo… W rezultacie oglądamy film miesięcznie ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No, mnie to się w głowie nie mieści, żeby można było tylko jeden film na miesiąc w kinie obejrzeć ;)
          A brak czasu, to jest zwykle wymówka, nie sądzisz? ;)

          Tom Cruise rzeczywiście w filmach sc-fi gra sporo. „Na krawędzi jutra” mi się podobało – uważam, że to film niedoceniony – mądrzejszy moim zdaniem od ostatnich „Gwiezdnych Wojen”, które moim zdaniem są rozdmuchane (także jeśli chodzi o powodzenie w kinach) do niebywałych rozmiarów.

          A w „Walkirii” Cruise był niezły (przynajmniej sądząc z tego, co pamiętam).

        • Onibe Says:

          jeden film miesięcznie in total, łącznie z kinem ;-). No, może dwa ;-).

          Ostatnio brakuje mi czasu nawet na czytanie, a jednak preferuję literki od obrazków. Filmy mają to do siebie, że rzadko kiedy pozostawiają naprawdę istotną przestrzeń interpretacyjną. Na ogół zresztą nie o to w nich chodzi. Ja zwykle jestem głodny pokarmu, który karmi moją wyobraźnię a nie ją zastępuje – przynajmniej jeśli muszę wybierać. Na co dzień nie wartościuję literatury kontra kinematografię, to po prostu inne rodzaje kultury ;-)

          Na ostatnie Gwiezdne wojny stanowczo nie poszedłem i nie pójdę. Już oryginalna trylogia była głupia – choć przyjemna w oglądaniu i miała jeszcze tą wartość dodaną, której nie mają nowe wybryki spod znaku SW. Na dobrą sprawę chodzi w tym wyłącznie o machanie mieczem i wygłaszanie natchnionych banialuków o mocy. Bleee… wolę Matrixa, który w swojej głupocie jest przynajmniej new age’owy ;-)

          Co do Valkirii i trailera… zaczyna się hasłem „comes the true story”. Spadłem prawie z krzesła ;-). Montaż trailera wskazuje na film akcji, zakładam jednak że to po prostu trailerowa manipulacja (nihil novi sub sole). Postaram się mieć ten film na uwadze, może jak mi wpadnie w łapy to go obejrzę. Acha, z tego co pamiętam spiskowców wieszano na fortepianowych strunach – jest ten wątek w filmie? ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Spiskowców na filmie też powieszono, ale nie pamiętam czy na strunie.

          Ja odpoczynek od kina mam w porze letniej, kiedy na ekranach żywcem niczego dobrego nie uświadczysz. Nie oglądam też filmów, kiedy jestem w podróży – ze zrozumiałych chyba względów.
          Staram się jednak śledzić nowości, no a jesienią mamy tutaj dwa duże festiwale filmowe: jeden międzynarodowy, drugi polski – i wtedy zwykle oddaję się filmowej rozpuście… którą nadal lubię ;)
          Jutro wybiorę się chyba na najnowszego Tarantino („Hateful Eight”), no a w przyszłym tygodniu – z wielkimi nadziejami i oczekiwaniami – idę na najnowszy film Iñárritu, reżysera, którego bardzo cenię. Podobno razem z DiCaprio zrobili coś niezwykłego („The Revenant”). Zobaczymy co im z tego wyszło.
          To, że – zwłaszcza zimą – oglądam sporo filmu wynika również z tego, że dosłownie 5 minut od siebie mam znakomite kino, dysponujące najnowocześniejsza techniką – a ja wolę jednak oglądać filmy na dużym ekranie.

          Zgadzam się – książki to jednak zupełnie inna parafia, niż kino.

        • Onibe Says:

          najbliższe kino mamy w Łodzi, będzie ze 20 km. Nie bardzo daleko, ale dla filmu nie chciałoby mi się tyle jechać ;-P

          Poczekam aż mi wena wróci. O ile wróci…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No, to trochę daleko, ale jak dobrą drogą, to nie tak bardzo.

          Moja rodzina i znajomi w Leżajsku jeżdżą czasami do kina 40 km – bo najbliższe jest (chyba) w Rzeszowie.
          I pomyśleć, że za czasów licealnych (to był jeszcze PRL) mieliśmy w Leżajsku świetne kino Radość, (w którym po raz pierwszy oglądałem filmy Felliniego, Bergmana, Kubricka, Altmana, Viscontiego, Chabrola…)

        • Onibe Says:

          Ano, kiedyś kina bywały w małych miasteczkach, ale dzisiaj kino to musi być multiplex lśniący złotem i chromem. Małe kina już dekadę temu padały, a ostatnio wyłamują się najtrwalsze z nich. Na placu boju pozostają sieciówki kinowe, które przy tej okazji nieco windują ceny biletów (w cinema city w weekend bilet kosztuje 27 zł na osobę dorosłą – niby nie majątek, ale na ogół trzeba to pomnożyć razy dwa i już się kwota robi). Kiedyś chadzałem jeszcze do mniejszych kin studyjnych, ale nawet nie wiem czy jeszcze istnieją. Repertuar miały niezły, tylko że teraz nie idzie się stricte na repertuar a na film który ma najlepszy trailer i najlepszą kampanię marketingową. Smutne to, ale Polska hipermarketami kinowymi stoi…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Niestety, trailery coraz rzadziej oddają istotę i charakter filmu – bardzo często są wręcz mylące. Podobnie kampania reklamowa może zrobić ludziom wodę z mózgu (tak, jak ma się to np. w przypadku ostatnich „Gwiezdnych Wojen”). Ludzie jednak są bardzo podatni na sugestię – jakoś tak genetycznie chyba. Dlatego tak łatwo można im wcisnąć kit. (Czasem mam wrażenie, że oni sami tego chcą.)

        • Onibe Says:

          u siebie zauważam skłonność odwrotną: im coś mocniej jest reklamowane tym mocniejsze u mnie założenie, by daną rzecz ominąć ;-P. Zresztą, w przypadku Gwiezdnych wojen przychodzi mi to o tyle łatwo, że już w drugiej trylogii (czyli tej sprzed paru lat) nie dostrzegłem niczego, co choćby w przybliżeniu nawiązywałoby do klimatu oryginału. Właściwie to trudno mi powiedzieć czemu pierwsze GW były tak fajne, ale podobały mi się: mimo umowności, sterty banialuków i paru innych rzeczy ;-).

          Trailer powinien informować, choć dopuszczam pewną manipulację: wszak nie musi (nie może?) to być sucha informacja, rzetelna sensu stricto, ale rodzaj zachęty, coś co stworzy podłoże pod przyjęcie filmu.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pierwsze Gwiezdne Wojny zdobyły szturmem masową publiczność (choć już nie wszystkich profesjonalnych krytyków) bo (w latach 70-tych) były jeszcze czymś świeżym, oryginalnym (mimo posiłkowania się komiksem i bajką, który to fakt starano się później nobilitować, mówiąc o nawiązaniu do uniwersalnych ludzkich mitów). Nie bez znaczenia była scenograficzna oprawa Wojen, plastycznych rozmach, młodzieżowy (dziecięcy) appeal, efekty specjalne… etc. Wszystko to jednak wpłynęło na formułę kina masowego, z jaką mieliśmy do czynienia w następnych dekadach. Nie jestem wszak pewien, czy był to dobry wpływ, bo przecież otrzymaliśmy masę filmów, w których formalne rozpasanie przyduszało mizerną treść.

          Co do trailerów. Zdaję sobie sprawę z tego, że trailer ma zachęcić widza do obejrzenia filmu, ale często robi to w ten sposób, że potencjalnego widza wprowadza w błąd, obiecując to, czego w końcu nie dostarcza. Sprawia wrażenie, że jest czymś lepszym, niż w rzeczywistości. Albo coś udaje, podczas gdy film okazuje się być czymś innym. Stąd rozczarowanie.

        • Onibe Says:

          pierwsze GW (ja je nazywam: oryginalne GW) miały jeszcze jeden bonus – dało się je wbić w kontekst zimnowojenny. Sam termin gwiezdne wojny przeniknął szybko do nomenklatury polityczno-medialno-wojskowej, stając się notabene ważnym aspektem rządów Reagana. Amerykanom łatwo przyszło skojarzyć Imperium z Sowietami, a Rebeliantów z samymi sobą. Moim zdaniem był to wytrych, który ułatwił zdobycie rynku przez GW. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach: wytrych został zapomniany, popularność została. A dzisiaj popularność nakręca się sama…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Trafne spostrzeżenie z Gwiezdnymi Wojnami jako fenomenie wywindowanym na bazie zimnowojennej.
          Mała wszak korekta: myślę, że popularność (w popkulturze) rzadko nakręca się sama. Głównym nakręcaczem są jednak media, no i oczywiście spin doktorzy marketingowi (pieniądze wydawane na reklamę kinowego produktu zbliżają się czasem do kosztów wyprodukowania samego filmu).
          Wyjątkiem są sukcesy „viralne” niektórych postów w internecie, których popularność rzeczywiście nakręca się niejako „sama” (swoją drogą ten fenomen wart jest zbadania, bo sporo może powiedzieć o ludzkiej percepcji rzeczywistości wirtualnej – a i o samych ludziach, ich psychice, także).

          Zresztą, ciekawe jest również to, dlaczego – mimo zniknięcia stymulatora zimno-wojennego – tak mało filmów powstaje „na bazie” zderzenia cywilizacyjnego (Zachód vs. islam) Tzn. takie filmy powstają, ale mają raczej charakter „lokalny”, nawiązując np. do wojny w Iraku, czy do incydentów terrorystycznych (jak np. atak na amerykańską placówkę dyplomatyczną w Bengazi).
          Myślę, że jednak pewną rolę gra tutaj tzw. polityczna poprawność, by nie przedstawiać świata arabskiego en bloc, jako wroga Zachodu.

        • Onibe Says:

          masz rację, oczywiście mówiąc, że „nakręca się sama” chodziło mi o ogół zjawisk pozaekranowych ;-P. Bo skoro popularność filmu rośnie choć nikt go jeszcze nie zobaczył świadczy o tym, że… de facto film jako taki nie jest potrzebny do animacji owej popularności ;-).

          Myślę, że nowa oś podziału świata jest bardzo niewygodna dla filmowców. Bo wschód kontra zachód to było coś klarownego, oczywistego, łatwego do zaznaczenia na mapie. No i wiadomo było kogo zbombardować w ramach naprawiania złego samopoczucia. Dżihad nie jest taki wygodny, bo linie podziału przebiegają zarówno na mapie strategicznej i globalnej (bogata północ kontra biedne południe oraz/lub syty, znudzony zachód kontra reaktywujący się, młody bliski wschód) jak i wewnątrz poszczególnych społeczeństw. Weźmy Francję czy Niemcy, w których mniejszości islamskie bywają czasami tak głośne, że zdają się być większościami. Kino popularne nie lubi takich komplikacji ;-). Chyba, że – tak jak wspominasz – dotyczy to pojedynczych, łatwych do wyekstrahowania sytuacji. Taka opowieść może mieć charakter sensacyjny, a to już jest pole, na którym hollywood ma wiele do powiedzenia.

          No i poprawność polityczna, tak jak piszesz, dodatkowo krępuje ręce. Dodajmy, że zasilona komplikacjami ekonomicznymi, gdyż filmowcy chcieliby aby na filmy poszli także obywatele wyznający islam.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ba, żeby tylko poprawność polityczna. Kinematografie krajów zachodnich jak ognia unikają tego, by z czarnego czy muzułmanina robić głównego „shwarzcharaktera”. To tylko z pozoru jest pozytywnym trendem wynikającym z dobrej woli pojednania, anty-rasizmu i asymilacji mniejszości etnicznej, bo w rzeczywistości wskazuje na nadal istniejące – ostre i niebezpieczne – podziały w społeczeństwie (ponieważ, gdyby tego nie było, to nie byłoby podobnej powściągliwości i restrykcji).
          Niemniej jednak uważam, że byłoby jeszcze gorzej, gdyby w filmach wykorzystywano istniejące napięcia społeczne i rasistowskie resentymenty, czyniąc bohaterami negatywnymi imigrantów, czarnych, arabów…
          Może więc (jeśli chodzi o społeczne akcenty w kinie w tym kontekście) dobrze jest jak jest?

        • Onibe Says:

          z drugiej strony, jeśli kinematografia miałaby nadążać za rzeczywistością, to przecież nie powinna wykluczać możliwości, że to czarny, arab, imigrant ect jest zły, prawda?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wydaje mi się jednak, że kinematografia wcale nie chce nadążać za rzeczywistością, ponieważ sama – produkując iluzje – kreuje „rzeczywistość” fikcyjną. Rzeczywistość jaka nas otacza jest najczęściej dla niej zaledwie punktem wyjścia, odnośnikiem…
          Kino w swojej istocie jest eskapistyczne i jako takie nie chce się zbytnio przywiązywać do świata istniejącego naprawdę.

          PS. Nawet taka oczywistość, że arab, murzyn czy imigrant może być zły, bywa dla niektórych producentów kina popularnego problematyczna. Oni nie wyprodukują żadnego filmu bez kalkulacji, która przede wszystkim bierze pod uwagę psychikę (poglądy, oczekiwania) „masowego” odbiorcy (mimo, że siłą rzeczy, jest on pewną abstrakcją).

        • Onibe Says:

          kino musi jednak być blisko rzeczywistości, właśnie po to by z niej czerpać. Zbyt twarde ignorowanie rzeczywistości powoduje, że filmy które próbują coś opowiedzieć ponoszą klęskę na starcie. Pozostaje zatem… najgłupsze kino sensacyjne? Ale, ale… zdarzają się na szczęście wyjątki. Bywa zatem, że temat jest ujmowany w trudny sposób (choćby Bez reguł).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Trochę się zagalopowałem z tym „organicznym” stronieniu kina od rzeczywistości, bo przecież są różne stopnie przystawania „rzeczywistości” jaką kreuje kino do rzeczywistości „prawdziwej”, czyli takiej, w której wszyscy żyjemy. Można nawet mówić o pewnej skali realizmu, jaką spotyka się w kinie. Niektóre filmy chcą nawet „udawać” dokument, mając ambicję jak najwierniejszego oddania rzeczywistości na ekranie. Ale i tak pozostają iluzją, bo przecież jest ona istotą kina – podobnie jak najbardziej realistyczny obraz jest tylko i wyłącznie iluzją (i tym bardziej wydaje się nam realistyczny, im doskonalsza jest iluzja stworzona przez artystę).
          No ale to są takie dywagacje quasi-filozoficzne, dość nieprecyzyjne, bo posługujące się uogólnieniami i pojęciami, które nie zostały przez nas zdefiniowane.

          Broniłbym jednak tezy, że kino (jako medium popularne) pełni funkcję przede wszystkim eskapistyczną, (jak każdy rodzaj rozrywki). A eskapizm z definicji jest próbą ucieczki od rzeczywistości, która nas otacza. (Nota bene taka ucieczka zawsze jest iluzoryczna – co zresztą nie oznacza tego, że nie może być skuteczna.)

        • Onibe Says:

          z eskapizmem zgoda, jest to zresztą szersza definicja rozrywki jako takiej (ponownie zgoda).

          słusznie też piszesz o iluzji. Kino tworzy opowieści tak iluzoryczne, że wręcz hiper-realistyczne, co zresztą stanowi pewien problem z kinematografią. Świat przez nią ukazany zdaje się być bardziej rzeczywisty niż świat rzeczywisty.

          Kino bywa realistyczne przy pewnych gatunkach, jednak faktycznie, nawet bardzo duży realizm nadal posługuje się iluzją. Dodajmy, że kino stylu zerowego – a więc przezroczyste warsztatowo – jest także iluzją formalną. Bo przezroczystość – usilna – medium też staje się manipulacją.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Od stwierdzenia, że realizm (nawet ten „skrajny”) nadal posługuje się iluzją, jest bardzo blisko do konstatacji, że to, co w naszym życiu postrzegamy jako „rzeczywistość”, także jest iluzją. (Ale czy nie wynika z tego wniosek, że nasze życie jest iluzją?)
          Wygląda na to, że bez iluzji nie możemy żyć – a wiąże się to z tym, że już w samym charakterze ludzkiej percepcji zawarta jest iluzja. I to na wszystkich poziomach: od poznania materii po fenomeny duchowe („idealne”).
          To, co postrzegamy jako „rzeczywistość”, tak naprawdę jest INTERPRETACJĄ rzeczywistości istniejącej niezależnie od ludzkiego postrzegania. (Tutaj zresztą rodzi się ciekawe pytanie: czy interpretacja jest/musi być iluzją?)
          Iluzja jest nam też niezbędna ze względów psychologicznych, bo – jak już ktoś zauważył – zbyt dużej dawki rzeczywistości nie moglibyśmy znieść.

          Wobec tego wszystkiego kino jest swego rodzaju przedłużeniem naszej psychiki – pewną atrapą życia i rzeczywistości, która pomaga nam w drodze.

        • Onibe Says:

          Oj, uderzyłeś w klimaty gnosis ;-). No tak, rzeczywistość to jedynie projekcja rzeczywistości, trochę jak obraz w jaskini platońskiej. Tym niemniej, przemieszczając się w obrębie kultury musimy z konieczności przyjmować pewne skróty myślowe za „stałe”. Oczywiście nie ma czegoś takiego jak kolor czerwony, jest tylko odpowiednia długość fali świetlnej. Ta długość jest faktem, nasza percepcja (barwa) jest interpretacją umysłu, konieczną i wygodną, ale niczym poza tym.

          Wychodzi na to, że kino tworzy iluzję iluzji iluzji. Im głębiej w las tym trudniej to uchwycić ;-).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To, co postrzegamy jest o tyle projekcją rzeczywistości istniejącej naprawdę, że my sami stanowimy niejako ekran, na której odbija się ta rzeczywistość. Bez nas tej projekcji by nie było – byłaby rzeczywistość taka, jaka jest naprawdę.
          Tym ta projekcja różni się od projekcji w kinie, która może mieć miejsce nawet wtedy, kiedy na sali kinowej nie ma ani jednego widza – ale wtedy nie miałaby ona żadnego sensu ;) (Czy nie jest to kolejny dowód na to, że dopiero człowiek nadaje rzeczywistości sens? ;) )
          Czy istnieje jednak jakiś sens absolutny („poza-ludzki”)? Taki sens może istnieć tylko wtedy, kiedy rozwój Wszechświata jest celowy. W moim małym rozumku wydaje mi się, że taki cel istnieje (choćby dlatego, że Wszechświat rozwija się ewolucyjnie, ciągle tworząc nowe struktury nie tylko ilościowo, ale i jakościowo – jak np. życie). Jeśli zaś Wszechświat ma sens, to oznacza, że jest racjonalny, ergo: kieruje nim (być może nawet go stworzyła) jakaś Idea Nadrzędna, dla nas jednak niepojęta.

          Jeśli tak jest, to nawet to, co nazywamy „przypadkiem” jest wyrazem celowości Wszechświata

        • Onibe Says:

          nie uważasz, Stanisławie, że „sens” jest pojęciem którego – nomen omen – sens związany jest stricte z istnieniem człowieka? Dostrzegam, że nasza kultura jest przesiąknięta wirusem celowości. Nawet w programach naukowych – fizycznych czy biologicznych – non stop zdarzają się wyjaśnienia typu „deszcz pada aby mógł urosnąć las”. Tak samo tłumaczy się ewolucję, choć przecież wiadomo, że jest ona procesem chaotycznym i losowym. Czyli to nie jest tak, że żyrafy wyciągały szyje i się im one wydłużyły ;-). Tak samo nie szedłbym w pole minowe ze stwierdzeniem, że człowiek nadaje sens istnieniu wszechświata. Człowiek jako obserwator jest zmienną definiującą czas, który jest zależny wszak od obserwatora, na tym pewnie koniec ;-). Celowość wszechświata to zapewne po prostu cel do którego dąży układ zmiennych poddany działaniu czynników stałych (stałe są prawa fizyki, zmienne są np. rozmiary ciał niebieskich i ich położenie oraz wzajemne relacje wynikające z powyższego). Wszechświat ma cel w postaci ekspansji, który to cel istnieje od czasu Big Bang. Kiedy osiągnie punkt przegięcia, siły przyciągania wezmą górę i nastąpi faza inflacji, w wyniku której wszechświat skurczy się do nieskończenie małego i gęstego punktu, który eksploduje… itd itp. No, to tylko teoria, nawet nie wiem czy aktualna ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Oczywiście, że uważam, iż że „sens” jest pojęciem związanym z istnieniem człowieka. Napisałem to zresztą wyraźnie w moim ostatnim komentarzu: „…dopiero człowiek nadaje rzeczywistości sens”. (Ale to nie jest to samo, co stwierdzenie jakie mi implikujesz, że człowiek „nadaje sens istnieniu wszechświata” – takiego zdania nigdy bym nie napisał.)
          Zwróć uwagę, że wspomniałem też o sensie „absolutnym”, którego jednak człowiek ani nazwać, ani tym bardziej pojąć nie może (bo odnosi się on do Absolutu, czyli do czegoś, co jest domeną poza-ludzką, dla nas niedostępną). To dopiero ten Sens Absolutny można (od biedy) wiązałby się z sensem istnienia Wszechświata. My go nie znamy i (chyba) poznać nie możemy.

          Nie mogę się zgodzić z Twoim twierdzeniem, że ewolucja jest procesem chaotycznym. Myślę, że ewolucja jest procesem ukierunkowanym (a to przecież wyklucza jej chaotyczny charakter). Materia ma zadziwiającą właściwość samo-organizacji – tworzenia struktur coraz bardziej złożonych. Nota bene bez tej właściwości nigdy by nie powstało życie, ani też nie mogłaby zachodzić ewolucja.
          Jeśli się temu bliżej przyjrzymy, to możemy spostrzec (przeprowadzono takie badania), że Natura wcale nie wybiera losowo i chaotycznie ale – kierując się jakimś nieznanym nam prawem (własnością)? – często, w danym środowisku, „wybiera” wariant najbardziej optymalny, dzięki któremu do pewnej formy ewolucyjnej dochodzi wprost, „omijając” niejako czasochłonne próby losowe. Stąd istniejące formy życia i ich zadziwiające przystosowanie się do środowiska, których jednak nie można wyjaśnić „ślepą” ewolucją, która metodą „prób i błędów” dochodzi do takiej, a nie innej formy życia. Innymi słowy: gdyby ewolucja miałaby się dokonywać w chaosie i stricte losowo, to jednak daleko by nie zaszła. (i takie coś, jak człowiek ze swoim niesamowitym mózgiem – najbardziej złożonym tworem znanego nam Wszechświata – nigdy by nie powstało.)

          Są we Wszechświecie rzeczy, które nie tylko filozofom, ale i naukowcom się nie śniły.

        • Onibe Says:

          hmm… pozostanę przy osobnym zdaniu ;-). Mechanizmem działania ewolucji jest losowa mutacja która jest lub nie jest utrwalana w genach. Innymi słowy: zaczynasz od dziesięciu identycznych organizmów, ale u jednego z nich pojawia się mutacja zmieniająca np. długość szyi (nieznacznie) – jeśli organizm ten dzięki mutacji ma lepsze szanse w środowisku, mutacja ma lepsze szanse na zostanie utrwaloną. Proces działa na przestrzeni tysięcy pokoleń. Nie wiem kto udowodnił teorię celowości działania przyrody, ale na świecie istnieją różni naukowcy, niektórym nie przeszkadza łączenie teorii ewolucji z kreacjonizmem. Jeśli byś się tym bardziej zainteresował to weź pod uwagę, że specjacja prowadzi do powstania milionów gatunków. Gatunek A od B różni się czasami np. ilością włosków na kończynach (u owadów to bardzo częste zjawisko). Bywa, że odróżnienie gatunków jest możliwe wyłącznie pod mikroskopem bo osobniki są identyczne. Ewolucja zatem działa szerokim polem: tworzy wiele wariantów (gatunków), z których każdy ma własną zdolność do dalszej specjacji. W rezultacie ewolucja działa częściowo równolegle (sto podobnych gatunków będzie się rozwijało podobnie) a częściowo rewolucyjnie (…a kilka z tych stu gatunków odbije ostro od głównego nurtu tworząc zupełnie nowy pień specjacyjny).

          Zdolność organizowania się materii to już inna inszość. Zauważ, że inne prawa rządzą mikrofizyką (tutaj następuje organizacja materii na poziomie subatomowym), inne zaś fizyką „dużą”. W pierwszym przypadku mamy fizykę kwantową, w drugim einsteinowską czy coś co na jej bazie powstało. Przeskok od samoorganizacji materii do samoorganizacji procesu ewolucyjnego jest moim zdaniem błędem. To trochę tak jakby stwierdzić, że książka która się pisze sama prędzej czy później stanie się najlepszą książką świata (jest to prawdą w świetle praw fizyki kwantowej, ale bzdurą poziom wyżej).

          Poza tym nie doceniasz chaosu. Fizycy i matematycy coraz częściej dochodzą do wniosku, że ma on fundamentalne znaczenie w konstrukcji wszechrzeczy, a sam chaos też się rządzi określonymi prawami. Co więcej, zdaje się mieć elementarne znaczenie w wielu procesach, jak choćby w ewolucji. Żaden ukierunkowany proces nie doprowadziłby do takiej różnorodności gatunków (dla przeciętnego człowieka gatunek to biedronka, mszyca, motylek; w rzeczywistości biedronek jest plejada, mszyc też, a motyli to już ogólne zatrzęsienie). Zmienność musi opierać się na losowości, w przeciwnym wypadku ewolucja doprowadziłaby do powstania jednego gatunku organizmu a nie milionów. Losowość zmian plus szybki test w postaci akceptacji lub odrzucenia zmian przez środowisko to mechanizm doskonały (nie z punktu widzenia organizmów, ale zdolności utrzymania procesu).

          Ludzie nie rozumieją wielu rzeczy we wszechświecie, ale uciekanie się do argumentacji teistycznej niewiele tutaj zmienia. Zresztą, podobno sam Bóg gra w kości ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Podjąłeś temat (w bardzo ciekawy zresztą sposób), który trudno byłoby wyczerpać w tym miejscu (ponadto musiałbym powrócić do swoich studiów matematyczno-fizycznych ;) )
          Przy okazji: Dawkins mnie (w kilku fundamentalnych kwestiach) nie przekonuje (a przeczytałem jego najważniejsze książki).

          „Przeskok od samoorganizacji materii do samoorganizacji procesu ewolucyjnego jest moim zdaniem błędem.”
          Czyli według Ciebie powstanie życia było błędem (bo przecież był to właśnie „przeskok od samoorganizacji materii do samoorganizacji procesu ewolucyjnego” ;)

          „…podobno sam Bóg gra w kości”
          Einstein stwierdził coś przeciwnego: „Bóg nie gra w kości” – chodziło mu o to, że prawa rządzące najmniejszymi, elementarnymi cząstkami powinny być przyczynowe.

        • Onibe Says:

          Einstein – z tego co pamiętam – wycofał się ze swojego twierdzenia ;-). Tak jak początkowo był wrogiem teorii kwantowej – później swój opór wobec niej uznał jako być może swój najwazniejszy błąd ;-).

          Gwoli ścisłości: jestem humanistą, nie kumam większości z tych rzeczy ;-). Teoria ewolucji mnie pasjonuje o tyle, że od dawna dostrzegam w niej mnóstwo nieścisłości i szukam łatek. Lub lepszej teorii. Bo, wbrew pozorom, wcale nie uważam popularnej teorii ewolucji za perfekcyjną koncepcję. Ale, jak się okazuje, pomiędzy tym co rozumiemy jako teorię ewolucji a rzeczywistą, twardą teorią ewolucji jest przepaść. Co ciekawe, nawet nauczyciele zdają się nie kumać o co w tym chodzi, więc nauczają opłotkami, przekazując teorię jako koncepcję rachityczną, głupią, a na pytania dociekliwych uczniów odpowiedzieć nie potrafią…

          Przy okazji polecam Ci „Czy Bóg gra w kości”, fajna książka o matematyce i chaosie ;-).

          Czy powstanie życia jest błędem? Być może tak, ale mnie chodziło raczej o łączenie dwóch płaszczyzn fizyki w jednym zdaniu, właśnie z uwagi na inne zachowania materii na poziomie kwantowym i „dużym”.

  2. sarna Says:

    Żeby nie było, że nie czytam – o chłopcu w pasiastej piżamie już tu pisałeś ;-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Właściwie, to o „Chłopcu w pasiastej piżamie” nie pisałem tutaj, na Wizji Lokalnej, tylko na moim poprzednim blogu Brain Graffiti, który Wirtualna Polska jakiś czas temu wysłała w wirtualny niebyt (dlatego link na stronie, gdzie jest lista omówionych przeze mnie filmów, się nie wyświetlał).
      Natomiast Ty kiedyś o tym chłopcu wspomniałaś na stronie FILM – TUTAJ.
      Myślę, że jest sens, aby to teraz zamieścić:

      „Chciałam skonfrontować własne odczucia z Twoimi z filmu „Chłopiec w pasiastej piżamie”, ale post się nie wyświetla. Wydaje mi się, że po Twojej recenzji deklarowałam chęć zobaczenia filmu, a teraz po oglądnięciu go jestem bardzo rozczarowana. Fajny zamysł, dobra gra aktorów, ale generalnie nic co by mnie porwało. W zasadzie opowieść o brutalnych czasach bez drastyczniejszych scen, a więc dobry materiał edukacyjny dla młodego pokolenia. Pozwoliliśmy obejrzeć film dziesięciolatce, w trakcie zadawała pytania, które uświadomiły mi, że ona zupełnie nic nie wie o tamtych realiach. Przypominała swoją świadomością poziom wiedzy filmowego Bruna. Zastanawiałam się, czy jest jakiś dobry wiek, w którym dziecku powinno się zacząć objaśniać ciemniejsze strony życia i nie wiem, to chyba jednak sprawa indywidualna. Ja w wieku 10 lat będąc na koloniach letnich byłam już w Oświęcimiu. Zafundowali mi tę wycieczkę pedagodzy i nigdy nie miałam o to do kogokolwiek pretensji.”

      I przy okazji moją odpowiedź:

      To co napisałem o „Chłopcu” nie jest właściwie recenzją z filmu, a tylko małą notką ogólnego wrażenia jakie wyniosłem ze spotkania z nim. Nie pamiętam już szczegółów, ale wiem, że mi się film podobał (o ile można powiedzieć, że się podoba film o obozie koncentracyjnym)
      Sądzę, że im późnej w swoim życiu pozna się prawdę o obozach masowej zagłady, tym lepiej. Ja dowiedziałem się o tym zbyt wcześnie i skończyło się szokiem, który miał chyba wpływ na całe moje życie (podobnie jak przeczytanie artykułu o maskarze w wiosce My Lai, jakiej dokonali na Wietnamczykach amerykańscy żołnierze).
      Ale tu chodzi też o pewien rodzaj wrażliwości, także rzeczywiste uświadomienie sobie tego, czym w istocie swojej były te zbrodnie – i jaki to następnie może mieć wpływ na sąd o człowieku, jako istocie zdolnej do takich potwornych czynów. Są dzieci, do których to nie dociera – one po prostu nie są zdolne tego zrozumieć, ani objąć myślą – nie mając więc czego przeżywać ani przyswajać. Może to i dobrze?

      Na co Ty napisałaś:

      „Też zadałam sobie to pytanie i nie znalazłam odpowiedzi, która by mnie nie uwierała. Chyba jednak lepiej żyć świadomie, mieć wrażliwość która pozwoli nazwać coś dobrem lub złem, pozwoli dokonywać właściwych wyborów pomiędzy nimi – mądrość ludowa głosi, że lepiej wychować się na cudzych błędach. Czytałam niedawno o córce Rudolfa Hessa, jest w wieku ok. 90 lat, a boi się ujawnić nazwisko i wizerunek. Boi się osądu i zemsty. Prawdę o ojcu poznała bardzo późno i do dziś nie wierzy w przypisywane mu zbrodnie. Znała ciepłego, opiekuńczego ojca i nijak to się ma do portretu potwora. Jeśli świadek tamtych dni podważa ich wiarygodność, to jak przekonać pokolenia, które urodziły się obecnie? Wokół coraz większa konkurencja, walka o wpływy i przywództwo, kult pieniądza i młodości, szykany innych nacji, odradzające się bojówki faszystowskie – gdzie tu wnioski z historii?”

      I ja na koniec:

      Też uważam, że lepiej żyć świadomie – nawet jeśli wiązałoby się to z jakimś dodatkowym cierpieniem
      Młode pokolenia nie myślą o tym, co się wydarzyło w XX wieku (wojenne szaleństwo, obozy masowej zagłady, totalitarne zniewolenie, wymordowanie kilkudziesięciu milionów ludzi…) – a tym samym nie zdają sobie sprawy z istoty tych wydarzeń (nie mają o tym tak naprawdę większego pojęcia) bo myślą, że to ich nie dotyczy. Niestety, mylą się, bo natura ludzka nie mogła się tak bardzo zmienić przez te kilkadziesiąt lat, które minęły od czasów II wojny światowej, od totalitarnych zbrodni nazizmu i stalinizmu. A tym samym, w każdej chwili mogą zaistnieć warunki do powtórki z rozrywki – tym bardziej, że na świecie coraz więcej „zbędnych” ludzi, których już nawet nie można wykorzystać dla własnej korzyści, więc stają się tylko balastem. A zawsze mogą się znaleźć tacy, którzy będą chcieli wymyślić – i wcielić w życie – jakieś nowe „ostateczne” (tego problemu) rozwiązanie.
      Nauki z historii nie wynosimy żadnej.

      * * *

  3. chirurg Says:

    „Wątpliwość” opowiada o współczesnych problemach sprawowania władzy. Szczególny nacisk położono na bezkompromisową, pozbawioną refleksji manipulację i demagogię – charakterystyczną dla początku XXI wieku. Treścią przewodnią jest rozgrywka o suwerenność, której jednak osiągnięcie nie jest celem, ani nie leży w zasięgu żadnej ze stron konfliktu.
    Bardzo trafnie odzwierciedlono metodykę kształtowania społeczeństwa (widz zaczyna wyczuwać ironię postępowań). Mistrzowsko przedstawiona wprostproporcjonalność świadomości rzeczywistości do hierarchii.
    Opakowanie „Wątpliwości” bardzo przyjemne: kadry, gra aktorska, intryga. Sceny przemyślane, nafaszerowane symboliką. Film z dużą dawką emocji, miejscami przerażający.
    Subiektywnie: jest w stanie zasiać ziarno dobroci, chociaż nie wiem czy nie za bardzo skomplikowany. Ale wychodzę z założenia, że bardziej dosłownie nakręcić się nie dało.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      ‚Wątpliwość” jak mało który film hollywoodzki zmusza do refleksji, być może dlatego, że nakręcony został na kanwie sztuki teatralnej, która z założenia miała traktować o konflikcie postaw ludzi zderzających się z ideologią… może nie tyle totalitarną, co autorytatywną. I robiła to głównie za pomocą słów (dialogu), a nie obrazów – przez co zmuszała odbiorcę do większej aktywności myślowej, niż robi to oczywistość gotowego obrazu.
      Jest też poruszony problem tzw. „mniejszego zła” – o ile dobrze pamiętam sugerujący konkluzję, że decydując się na owo „mniejsze zło”, dobro i tak zostaje skażone – i dlatego może być nawet zakwestionowane.

  4. wróbel Says:

    „Amerykański dramat wojenny o losach trzech braci Bielskich, Polaków mojżeszowego wyznania, którzy przetrwali okupację w Puszczy Nalibockiej w okolicach Nowogródka, ratując przy okazji setki Żydów od zagłady, wzbudzał obawy na długo przed premierą. Pojawiły się przypuszczenia, że opowieść o oddziale żydowskich partyzantów, walczących zbrojnie z hitlerowcami i ściśle współpracujących z sowieckim ruchem oporu, stanie się okazją do antypolskiej nagonki i oskarżeń o antysemityzm. Ponadto że stworzy jednostronny obraz nie zawsze chlubnych czynów braci, rabujących żywność oraz kosztowności z okolicznych wiosek i zamieszanych w masakrę polskiej ludności w Nalibokach (śledztwo prowadzone przez IPN nie potwierdziło tych rewelacji). „Opór” Edwarda Zwicka nie jest wymierzony przeciwko Polakom.”
    Janusz Wróblewski, „Polityka”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Żadnej antypolskiej nagonki nie było, nie pokazano też w filmie niczego, co mogłoby być podstawą do oskarżenia o antysemityzm. Dokonano jednak idealizacji braci bielskich i kierowanego przez nich oddziału – omijając niewygodne i niezbyt chlubne kwestie, które jednak filmowych bohaterów dotyczyły.
      Trudno mi powiedzieć, które zarzuty dotyczące działalności braci Bielskich są prawdziwe. Zresztą, w czasach wojny i okupacji wszystko ulega pewnej relatywizacji – ludzie popełniają czyny, za które są odpowiedzialni w wymiarze indywidualnym, ale tak naprawdę wina leży po stronie agresora i okupanta, który stworzył takie a nie inne warunki, zmuszając – pośrednio o i bezpośrednio – ludzi do pewnych zachowań, które nie miałyby miejsca w czasach pokoju i normalnego życia społeczeństwa.

  5. liritio Says:

    Szalony, tyle filmów w jednym poście zmieścić.

    Buttona uważam za najsłabszy film Finchera (chociaż obecnie ustawiłabym go na równi z Dziewczyną z Tatuażem, na swój sposób oba mnie zawiodły, chociaż na „Dziewczynie…” przynajmniej się nie nudziłam).
    Ale Button ma dwie ogromne zalety i dwie mniejsze. Tilda Swinton – jedyna postać, którą nadal wyraziście pamiętam – i muzyka Desplata. A dwie mniejsze, no cóż, bardzo piękny wizualnie jest ten film, a szczególnie piękny w kręceniu Brada Pitta na łódkach/motocyklach i Cate Blanchett jako baletnicy. A też lubię Fitzgeralda, więc.

    Capote… Nie wiem, może za głośno i zbyt dobrze pisano o tym filmie, żeby końcowy efekt mnie jakoś uwiódł. Niewątpliwie zagrany jest pierwszorzędnie, ale jednak coś jest nie tak. Chociaż Hoffman cudownie pokazał postać pisarza, bez dziwaczności, której nie uniknął Toby Jones w bliźniaczym „Infamous”.

    A „Frostem/Nixonem” łamiesz mi trochę serce, to jest tak dobry film! I zawsze wejdzie w paradę ta odpowiedzialność historyczna, no cios (oczywiście jestem po Twojej stronie, ale oczywiście dwulicowa Liritio i tak będzie chwaliła Frosta/Nixona). Ale to może dlatego, że film uważam za cudo techniki/wykonania/zgrania-zagrania i ogółem, bardzo mi pasują takie filmy. Inną kwestią jest to, że po seansie wyszłam z kina zachwycona filmem i z pełną świadomością tego, że prawda jest inna. I tu ponownie ta odpowiedzialność społeczna twórcy… Bo w sumie naprawdę się z Tobą zgadzam.

    A filmy takie jak „Fala” mnie przerażają, swego czasu to oglądałam. To tak samo jak z filmami Fritza Langa, tłum zaszczuwający jednostkę przyprawia mnie o mdłości.

    Ach, i w zupełności się zgadzam, Sean Penn w roli miotły – obejrzałabym :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie chciałem nikomu łamać serca „Frostem/Nixonem”, a zwłaszcza Tobie ;)
      Pewnie, że przynudzam pisząc o nieprzystawaniu filmu do historycznych faktów ale postać Nixona znałem dość dobrze (nie tylko dzięki filmowi Olivera Stone’a) więc nie dało mi to spokoju – ale właściwie dopiero wtedy, kiedy zacząłem pisać o filmie Howarda. Bo sam film oglądało mi się bardzo dobrze – uważam że (abstrahując właśnie od historycznej akuratności) jest on zrobiony świetnie.

      Lubię Penna wiec żałuję, że tak mało go ostatnio na ekranach. Mam nadzieję, że swój szczyt ma on jeszcze przed sobą.

      Mówisz, że na Butttonie się nudziłaś? A mnie nawet spodobała się ta bajka i oczywiście przyczyniło się także do tego to, że – jak sama napisałaś – jest to film piękny wizualnie.

      • liritio Says:

        Nudziłam się niemilosiernie, ale tam jest mało dowcipu, to może być przyczyna. Dlatego te sceny kiedy Button ląduje na morzu są w moim odczuciu najlepsze, nie ma tam jego ukochanej to i atmosfera trochę zelżała.
        A Penna rzeczywiście mało ostatnio, nie zwróciłam na to uwagi wcześniej. Co on teraz planuje… Jakiś nowy film nakręcił, z Theron, Reno i Bardemem. To dobrze wróży, Penn sprawdza się w roli reżysera.
        Chociaż ostatni film z jego udziałem, „The Gunman” to moim zdaniem najgorszy film jaki widziałam w zeszłym roku. I stwierdzam to bez wahania.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Co planuje Sean Penn?
          Nie wiem czy wiesz ale Sean wycial wlasnie niezly numer, bo gdzies w meksykanskiej dzungli zrobil dla magazynu Rolling Stone wywiad z the most wanted drug lordem El Chapo. Mam nadzieje, ze wywiad jest lepszy niz The Gunman. (Gdybys tego filmu nie wspomniala, to bym o nim zapomnial – w ogole mnie nie ciagnelo, zeby go zobaczyc. Nie wiem, moze to wina trailera, moze tematu? Tak czy siak, zle sie dzieje, kiedy film z Pennem nie ciagnie.)

  6. Jula :D Says:

    Widzę świetnie recenzje z ostatnio zrobionych filmów .

    No cóż ze mnie kinomanka żadna i już wcześniej, chyba u Ciebie czytałam, że historii raczej na filmach nie ma co się uczyć, jest to tylko pewne subiektywne spojrzenie na jakieś wydarzenie.
    Sam twórca pokazuje to co chce, lub może. ;)

    Ja niektóre tytuły oglądam na komórce, i to tylko po to by porównać z oryginałem (książka) lub by zobaczyć czym to tak się zachwycają.
    O dziwo ogląda mi się świetnie i w każdych warunkach, nawet w drodze, bo nie jestem kierowcą.

    Do kina zwyczajowo idę tylko raz w roku na zdobywce Oskara, tak z ciekawości.

    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, dużo zdrowia i samych wybitnych filmów do oglądania, cokolwiek by to znaczyło. ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jula, te filmy nie są takie nowe – większość z nich powstała jakieś 7 – 8 late temu. Ale myślę, że prawie każdy z nich wart jest przypomnienia, a ci którzy ich nie oglądali, mają oto sposobność wyboru, bo przecież w internecie można teraz znaleźć sporo starszych filmów (jak się dowiedziałem, na polski rynek wszedł właśnie Netflix, który za niezbyt duże pieniądze oferuje tysiące filmów, które można obejrzeć na ich stronie).

      Nie wyobrażam sobie oglądania filmu fabularnego na komórce. Dla mnie zdecydowanie najlepszym miejscem do oglądania filmów jest kino – ze swoim dużym obrazem ;)
      No, ale Ty zaglądasz tam raz do roku – więc pod tym względem troszkę się różnimy, bo ja w kinie jestem co najmniej raz w tygodniu (zwłaszcza jesienią i zimą).

      Również życzę Ci wszystkiego dobrego w Nowym Roku, a najwięcej zdrowia.

  7. wikus Says:

    Na podstawie „Lektora” po raz kolejny widzę, jak sie oglupia publicznosc, ktorej chce sie tylko wcisnac, ze analfabetyzm jest wstydliwszy niz masowe morderstwo. W Spieglu wyczytalem, ze to nie jest „film o Holocauście, ale raczej żenujące studium samoużalania się nad sobą – wyprowadzonego na manowce kochanka.”…
    „Lektor” pokazuje o wiele za późno, że ponoc istnieja jeszcze jacys ludzie, którzy mieli zrobic o wiele gorsze doświadczenia z esesmanami, niz pojść z nimi do łóżka. „Poza tym – o tym glownym temacie „Lektora” (chyba?) – a wiec o „WiNiE” – Daldry musiałby znaleźć odpowiednie zdjęcia, ale zamiast tego to powtarza tylko caly czas te cierpiące oblicze Michaela” no i te „gustownie oświetlone” – jak zwykle u barci Weinsteinow – na wysoki polysk wypolerowane muzeum obozu koncentracyjnego.” Oczywiscie „gwiazda Winslet nie może być już sama w sobie złym człowiekiem. Obscenicznie wypadla ta cala kanonizacja Hanny.”
    No cos w tym jest…

    Dla mnie to tez jakas co najmniej dziwaczna inscenizacja – takie wspolczesne romansidlo o letniej milosci – z ktorego miejscami wystaja stickery z jakimis madrymi przekazami – czy to natury moralnej, prawnej czy filozoficznej…
    Rowniez niewiarygodnie wypada na koncu filmu ta proba pojednania – kiedy to ocalona z pogromu Żydówka – umieszcza pojemniczek do herbaty Hanny obok zdjęcie jej zamordowanej rodziny – tak jak gdyby sprawcy i ofiary mieli wspólne dziedzictwo. Ja wiem ze Hanna ma swoj gleboki sekret i jest tez jasne, że jest to klucz do wielu jej działań – jej wejścia do SS, z tym dla niej czytaniem zarówno przez więźniów obozu koncentracyjnego jak i Michała z książek, jej nagłego zniknięcia w 1959, a także do tego jej śmiertelnego złożenia na siebie głównej odpowiedzialności w procesie. I ma to oczywiscie prawo, zeby zostalo to wszystko takze pokazane i omowione – lecz tu wlasnie chodzi o ten kunszt wyczucia rezysera czy scenopisarza w balansie tych wszystkich rzeczy ze soba i do siebie.

    Mimo że film nie zaprzecza istnieniu ciężkiej winy i barbarzyństwa, jakiego dopuscili sie hitlerowscy Niemcy – Jednak próbuje przykryc ich traumę – innym szlochem… Placzem z powodu utraty tożsamości kulturowej. Taka akcja moze stac sie szybko niebezpieczna, bo moze szybko sprawic wrażenie, że Niemcy byli również takimi samymi ofiarami jak Żydzi… A to wtedy juz jest obsceniczne uczucie….

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niestety, cały czas „przepisujemy” historię na nowo. Zwykle tak, jak nam w danym momencie pasuje.
      Na tym tle ciekawe są polskie próby uderzania się we własne (?) piersi – wygrzebywania z historii zdarzeń stawiających nas w niezbyt dobrym świetle.
      Dlaczego tak się dzieje?
      Czy zawsze ci, którzy maczają w tym palce, mają dobre intencje?
      Ile w tym polityki, ile manipulacji?
      Czy rzeczywiście zawsze jest to robione po to, by dotrzeć do prawdy?


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s