KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA

o fimach XXVII Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

.

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie ("Panie Duslkie" w reżyserii Filipa Bajona)

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie („Panie Dulskie” w reżyserii Filipa Bajona)

.

MĄDROŚĆ PANI DULSKIEJ?

Niestety, z filmami Filipa Bajona – bądź co bądź twórcy w kinie polskim znaczącego – jest coraz gorzej. Po znośnym jeszcze „Przedwiośniu”, były niezbyt udane „Śluby panieńskie”, zaś teraz reżyser zaserwował nam niezborne „PANIE DULSKIE”, według mnie filmowe nieporozumienie par excellence. Intencje były dobre, pomysł ciekawy, obsada aktorska doborowa… jednakże cały film okazał się w moich oczach fiaskiem. Próbuję więc teraz zrozumieć, dlaczego tak się stało.
W tym, że wraca się do klasycznych dzieł polskiej literatury – nawet tych szkolno-lekturowych, które starszym pokoleniom mogą się wydawać wręcz oklepane – nie ma oczywiście nic złego. Zresztą film Bajona nie jest adaptacją sztuki Gabrieli Zapolskiej, raczej wariacją na jej temat, rozpisaniem dalszych losów rodziny Dulskich, umieszczeniem ich w kontekście innych epok. Tak więc, oprócz tego że wracamy się do początku XX wieku, gdzie dzieje się akcja znanej nam sztuki, to przenosimy się także do lat 50-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Bajon, sądząc z tego co mówił w wywiadach, miał ambicję ukazania tej wędrującej – „dryfującej” jak sam to określił – „dulskiej duszy” (dzisiaj nazwalibyśmy to pewnie przenoszeniem rodzinnego genu) – tego jak się ona przystosowuje do środowiska w zależności od zmieniających się warunków historycznych i społecznych. Zamiar ambitny, niestety z wykonaniem poszło już coś nie tak, bo rezultat jest moim zdaniem mierny.

Zabrakło jednak spoiwa, które by łączyło te przeskoki w czasie, przez co zapanował na ekranie bałagan. Wskutek tego film nie porwał a konsternował – utrudniając uchwycenie wątku, zrozumienie tego, co dzieje się na ekranie – i wreszcie eliminował empatię, emocjonalne „wczucie się” w bohaterów. Z logiką wydarzeń – z ich prawdopodobieństwem – też nie było najlepiej, wliczając w to „tajemnicę” rodzinną, przedstawioną tu niczym jakąś kryminalną zagadkę, na domiar złego „okraszoną” elementami horroru.
Nie wiem, może przyczyną był tutaj pośpiech w jakim kręcono „Panie Dulskie”, może błędy scenariusza, albo zły montaż, który nie był w stanie zapewnić obrazowi spójności, zarówno tej narracyjnej, jak i estetycznej? Ciągle miałem wrażenie, iż oglądam jakiś materiał „roboczy”, próbę – film przed obróbką, która nadałaby mu ostateczny, satysfakcjonujący kształt. Nawet to, że wystąpienia aktorów (Krystyna Janda, Katarzyna Figura, Maja Ostaszewska, Olgierd Łukaszewicz) same w sobie były świetne, nie uratowało filmu, bo przecież żywioł aktorski też musi być na swój sposób artystycznie ujarzmiony – podporządkowany ogólnej koncepcji, ujęty w jakąś zborną formę – dla dobra obrazu jako całości.

Jeśli „Panie Dulskie” miały być satyrą na „dryfujące” mieszczańskie kołtuństwo, to okazały się satyrą mało śmieszną, bo komediowość nakreślona tu została zbyt ciężką ręką. Jeśli film miał ukazać kolejne wersje „dulszczyzny” w takt zmieniających się czasów, to było to zbyt grubymi nićmi szyte – entourage epoki był nieautentyczny, świat wyglądał jak dekoracja do filmu. Bowiem stereotyp i gadżet nie jest w stanie oddać rzeczywistości w przekonujący sposób, zwłaszcza jeśli zawodzą także swą kartonowością pojawiające się na ekranie postacie (i nie pomogło tu nawet dobre aktorstwo).
W sumie film Bajona jest według mnie przekombinowany, a na dodatek niedopracowany. Daleko mu do nośności sztuki Zapolskiej, której prostota stanowiła o jej dramaturgicznej sile, a jednoznaczna wymowa moralna – o etycznej uniwersalności, zachowującej swą wartość do dzisiaj. Dlatego też zadziwił mnie Filip Bajon, kiedy na konferencji prasowej, po premierze „Pań Dulskich” na Festiwalu w Gdyni stwierdził, że dla niego pani Dulska jest postacią… pozytywną. Ot, czyż nie jest to oświadczenie jakimś znakiem czasu – wraz z ekshibicjonizmem naszej epoki, w której wszystko jest na sprzedaż, choć nikt nie ma nic do oclenia?

greydot

.

OD BOHATERA NARODOWEGO DO LEGENDY SERYJNEGO MORDERCY

.

Dzięki chicagowskiemu Festiwalowi miałem okazję obejrzeć na dużym ekranie kilkanaście filmów – względnie nowych produktów naszej rodzimej kinematografii. Do większości z nich odniosłem się – bardziej lub mniej obszernie – w ostatnich wpisach na mojej stronie. Chciałbym jednak wspomnieć także o tych, które do tej pory, z różnych względów, tutaj pominąłem. Układają się one w mozaikę obrazów o różnej jakości.

"Pilecki"

„Pilecki”

Zwracając uwagę na film o Janie Karskim, ciekaw byłem także tego, jak potraktowano filmowo inną słynną postać, równie kontrowersyjną, choć przez wielu Polaków uznaną za narodowego bohatera. Chodzi oczywiście o Witolda Pileckiego, który, podobnie jak Karski, ryzykując własnym życiem, chciał zaświadczyć o hitlerowskich zbrodniach, decydując się na dobrowolne zamknięcie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, a następnie, już po zakończeniu wojny, stawiając opór nowemu porządkowi politycznemu, narzuconemu naszemu krajowi przez Sowietów.
Niestety, film „PILECKI” nie spełnił moich oczekiwań, głównie z powodu nader słabej realizacji, która – przykro to pisać – sprawiała wrażenie amatorskiej. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad brakami tego obrazu (a znalazłoby się ich sporo), lecz doprawdy szkolne przedstawienie suchych faktów z życia Pileckiego, na dodatek wynoszonego zbyt ostentacyjnie na piedestał sprawy narodowej patriotyzmu, nie pomagało w poznaniu prawdziwego człowieka, a zamiast tego niebezpiecznie upodobniło przedstawiający go obraz do hagiografii. Tych, dla których Pilecki jest postacią świętą, mogło to zadowolić, lecz tych, którzy chcieli go poznać bliżej, na pewno zawiodło.

"Fotograf"

„Fotograf”

Spodobał mi się natomiast „FOTOGRAF”, najnowszy film Waldemara Krzystka, twórcy w zasadzie solidnego kina, który obok filmów średnich („80 milionów”), potrafi nakręcić coś bardzo dobrego („Mała Moskwa”). Również i w „Fotografie” Krzystek (podobnie jak w „Moskwie”) nawiązuje do tematu stosunków polsko-rosyjskich przez pryzmat obecności wojsk radzieckich w naszym kraju, jednak w tym przypadku nie ukazuje tego (jak poprzednim razem) w konwencji romantycznej, tylko w mroczno-kryminalnej, realizując psychologiczny thriller, którego gęsta atmosfera przywodzi nawet skojarzenia z klasycznymi horrorami typu „Milczenie owiec”, „Zodiak” czy „Siedem”. Sam klimat odczuwamy autentycznie, nieco gorzej jest z kryminalną intrygą w filmie, który na dzień dobry ujawnia nam to, kim jest seryjny zabójca, obdarzając go na dodatek pewnym (zupełnie niewiarygodnym) atrybutem: nie może on mówić własnym głosem, naśladuje tylko głosy innych. Niemniej jednak film psychologicznie się sprawdza, jego atmosfera się udziela i przekonuje, postaci są ciekawe (zwłaszcza po stronie rosyjskiej), dzięki czemu całość ogląda się nieźle. Na szczęście Krzystek nie zmarnował swojego oryginalnego pomysłu na scenariusz, a zakończenie sugeruje, że nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego.

"Król życia"

„Król życia”

Z dość ponurej atmosfery kryminałów i dreszczowców pozwalała się otrząsnąć widzowi komedia Jerzego Zielińskiego „KRÓL ŻYCIA”, głównie dzięki temu, że po(d)niósł ją swoim talentem niezastąpiony jak widać Robert Więckiewicz, grający zatrudnionego w korporacji workoholika, którego w normalność (pieniądz i praca przestają być najważniejsze w jego życiu) wpędza… wypadek. Jak się okazuje, dopiero trwałe uszkodzenie głowy potrafi w dzisiejszych czasach zrobić z kogoś normalnego człowieka: wydobyć go z marazmu, wykorzenić cynizm – obdarzyć energią, inwencją i tchnąć weń optymizm; spowodować, by zaczął wreszcie dostrzegać świat i bliskich mu ludzi – aroganta przemienić w kogoś uważnego i spolegliwego. „Król życia” jest w zasadzie pozbawiony fabuły, pełen jest natomiast obyczajowo-komediowych gagów i sytuacyjnych anegdot, w których bryluje ze swoim komicznym sznytem Więckiewicz. Kilka świetnych i zaskakujących momentów, dobre towarzystwo aktorskie, jazda na luzie… to wszystko sprawia, że film ogląda się nieźle. Zrobione w Polsce kino „feel good” i w dodatku niegłupie? Okazuje się, że jest to jednak możliwe.

"Czerwony pająk"

„Czerwony pająk”

No tak, zbyt długo nie cieszyliśmy się komediowym wicem, jasnym światem i lekkością bytu, bo oto w mrok koszmaru i fascynację mordem wciąga nas Marcin Koszałka swoim fabularnym debiutem „CZERWONY PAJĄK”, zajmującym się seryjnym zabójcą z Krakowa, który w latach 60-tych zamordował kilkanaście osób i ponoć stał się przez to legendą. Tak twierdzi sam reżyser, który na dodatek raczy nas takim oto stwierdzeniem: „Zło jest dużo ciekawsze od dobra, jest w nim tajemnica. Podobnie w lęku. W dobru tkwi tylko banał. Jest zbyt oczywiste. Dlatego tak trudno jest zrobić świetny film o czymś dobrym. Odrzuca mnie pomysł zrobienia filmu o dobrym człowieku.”
Efektem tego odrzucenia wydaje się być właśnie ostatni jego film, w którym poświęca swoją uwagę dwóm odrażającym psychopatom, skrytym wszak za maską banału i psychologicznej szarzyzny. Jeśli chodzi o mnie, to mnie w tych postaciach nic a nic nie pociągało,wręcz przeciwnie: wydały mi się one obrzydliwe i odstręczające, ale skoro Koszałka uparł się zrobić z nich swoich bohaterów, to ja, tak trochę z recenzyjnego obowiązku pochylam się nad tym jego twórczym aktem i mimo uznania dla jego niewątpliwego (głównie operatorskiego) talentu dziwię się… I może nawet mu współczuję, że tak celebruje zło – że pociąga go człowiek zły, a odrzuca dobry.
Dźwięczy mi w uszach cytat z Koszałki i jestem gotów zgodzić się z tym, że ludzi bardziej (nie tylko w kinie) ciekawi (i pociąga) zło, niż dobro. Ale czy jest to takie odkrywcze, skoro ja zauważyłem to będąc jeszcze pacholęciem? Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że dobro jest banalne, nieatrakcyjne i mniej widowiskowe. Sądzę bowiem, że łatwiej jest być człowiekiem złym niż dobrym – że łatwiej poddać się złu, niż dobru – że większej siły wymaga czynienie dobra niż zła, którego najbardziej banalnym wyrazem jest obojętność.
Być może sukces filmu Koszałki wynika już z tego, że prowokuje on do podobnych dywagacji na temat natury dobra i zła, ale czy jest to obraz rzeczywiście strawny dla tzw. „szeregowego” widza? Sam reżyser nastawiony był do frekwencyjnego powodzenia filmu w kinach sceptycznie, po części dlatego, że nie kręcił klasycznego thrillera (podobnie jak w „Fotografie” Krzystka, również i tutaj wiedzieliśmy kto jest mordercą od początku), a przedstawiał swoją wizję fascynującego dlań zła, więc nawet Kraków w jego obrazie zagrał rolę czarnego charakteru. I wszystko jest OK, bo kiedy ma się w sobie na tyle zaparcia, by kręcić kino autorskie i na tyle siły, by zamiar swój doprowadzić do końca, to można przyjąć to z respektem. Jeśli jednak na siłę kreuje się legendę z mordercy i psychopaty – na dodatek czując się nim zafascynowanym – to… sorry Houston, ale mamy problem.

"Hiszpanka"

„Hiszpanka”

Według mnie „HISZPANKA” to jedna z najbardziej spektakularnych porażek w polskim kinie ostatnich lat. Tym bardziej rzucającą się w oczy, iż formalnie jest to obraz imponujący rozmachem, scenografią, kostiumem, użytymi środkami technicznymi… Od strony estetycznej dawno nie mieliśmy w kraju tak okazałej i efektownej produkcji. Niestety, wszystko się sypie, kiedy próbujemy zajrzeć do środka tej wydmuszki w poszukiwaniu sensu oraz tego, co mogłoby ewentualnie usprawiedliwić to formalne rozbuchanie i plastyczny eksces. Usiłując zrozumieć zamysł reżyserski Łukasza Barczyka i jego intencje, wysłuchałem tego, co mówi on o kinie i dopiero wtedy dotarła do mnie przyczyna tej klęski, którą upatruję w typowo post-modernistycznej przypadłości zachwytu reżysera formą, przy jednoczesnym lekceważeniu treści, która jest dla niego zaledwie jednym (i to wcale nie najważniejszym) z elementów dzieła.
Tak więc, wcale nie mam za złe Barczykowi, (będącemu jednocześnie autorem scenariusza i producentem filmu), że do polskiej historii (w tym przypadku: powstanie wielkopolskie w 1918 roku) podchodzi bez większej rewerencji – bez dbałości o realia i zwykły rozsądek, wprowadzając okultyzm, spirytualizm, i telepatię w sam środek wydarzeń, które decydowały o naszym wybiciu się na niepodległość. Nie, ja mam mu za złe to, że napisał tak niewydarzony – nie trzymający się kupy – wyprany z emocji, napięcia, logiki i sensu scenariusz. Przykro to pisać, ale stężenie głupoty w tym filmie przekroczyło jak na mój gust stan krytyczny (jeszcze jeden dowód na to, że wysoka inteligencja twórcy niekoniecznie chroni go przed bzdurą). Co z tego, że w „Hiszpance” roi się od cytatów, nawiązań, aluzji i zapożyczeń ze światowego kina, skoro ich rozpoznanie nie przynosi widzowi żadnej satysfakcji (o tych, którzy ich nie dostrzegli nawet nie wspominam), wręcz przeciwnie – powoduje przesyt i percepcyjną niestrawność. Cały czas odnosiłem wrażenie, że film w swój (teatralny, a przez to i sztuczny) świat chce nas wciągnąć – pusząc się przed nami, jaki to on jest atrakcyjny; a z drugiej strony, że nas z tego świata wypycha – zakręcając nam w głowie fantasmagorią, oniryzmem i fikcją. Może to zawracanie głowy nie powodowało mdłości, ale już na pewno dezorientację, zdziwienie, a w cięższych przypadkach – to nawet osłupienie. Lecz mimo to ciekaw jestem następnego filmu Barczyka.

greydot

KUCHNIA POLSKA FILMOWA

Trudno jest podsumować chicagowski Festiwal, bo siłą rzeczy prezentuje nam miszmasz krajowego kina – taki trochę groch z kapustą, mieszankę tytułów, w której problemem jest wyróżnienie jakiegoś trendu, tendencji, kierunku w jakim zmierza polskie kino. Bowiem nigdy chyba jeszcze nie było ono tak zróżnicowane, zarówno pod względem tematycznym, jak i stylistycznym. Nie to, co w przeszłości, kiedy mieliśmy wyróżniającą się szkołę polską, kino moralnego niepokoju – nurt komediowy, historyczny, psychologiczny, społeczny… Kiedy wszystko było bardziej spójne i uporządkowane – co pewnie wynikało z większej kontroli na kinem, zarówno jeśli chodzi o państwowe instytucje, jak i zespół reżyserów, którzy wyrobili sobie mocną pozycję w rodzimej kinematografii.
Teraz niekoniecznie robią filmy ci, którzy mają jakiś pomysł na kino. Kręcą przede wszystkim ci, którzy potrafią zdobyć pieniądze na ich realizację. Jest Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który próbuje się rozeznać w tym, co bardziej wartościowe – decydując o tym, na co przeznaczyć dość ograniczone środki, jakimi dysponuje mecenat państwowy.
Zdolnych twórców nam nie brakuje, świetnie sobie dają radę zwłaszcza operatorzy, mamy trochę ciekawych debiutów. I to jest pocieszające, bo niektórzy z uznanych już filmowców ze znacznym dorobkiem, są jakby nie w formie – zawiodła ich kondycja bądź utknęli na swej drodze z jakimś ciężarem przeszłości.
Nie mogło być dla mnie zaskoczeniem to, że w repertuarze tegorocznego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazło się najwięcej produkcji średnich (w końcu wynika to z zasad samej statystyki), jednak liczyłem na parę pozycji, które by we mnie uderzyły mocniej – takich wyrastających ponad filmową konfekcję. Niektóre obrazy się do tego poziomu zbliżyły, ale zawsze znalazło się coś, co powstrzymywało (mnie przynajmniej) od stuprocentowej satysfakcji. Niemniej jednak to, że już od ponad ćwierćwiecza odbywa się w Wietrznym Mieście takie święto kina, jest fantastyczną sprawą. Zwłaszcza dla tych, których dostęp do filmów polskich na dużym ekranie jest mocno ograniczony (na bieżąco praktycznie niemożliwy), a którzy ciekawi są tego, co się w polskiej kuchni filmowej gotuje na co dzień.

greydot.

O innych filmach  Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce  przeczytać można w poprzednich wpisach: „Body/Ciało”, „Warsaw by Night”, „Carte Blanche”, „Ziarno prawdy”, „Anatomia zła”  (TUTAJ); „Chemia”, „Żyć nie umierać”  (TUTAJ); „11 Minut”  (TUTAJ); „Karbala”  (TUTAJ); „Karski”  (TUTAJ).

.

Reklamy

komentarzy 31 to “KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA”

  1. telemach Says:

    „Niestety, z filmami Filipa Bajona – bądź co bądź twórcy w kinie polskim znaczącego – jest coraz gorzej.”

    Naprawdę jesteś przekonany że kiedykolwiek było naprawdę dobrze? A jeśli tak, to kiedy?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Może nie przekonany, ale z tego co pamiętam stara „Aria dla atlety” – jeden z pierwszych filmów Bajona – wydała mi się ciekawa, natomiast filmem bardzo dobrym był dla mnie „Magnat”. W kilku następnych filmach Bajona zawsze mi czegoś brakowało – może dlatego, że zbyt wiele się po nich spodziewałem?

      A odpowiadając na Twoje pytanie wprost: tak, kiedy powstał „Magnat” to miałem wrażenie, że z kinem Bajona jest dobrze.

      Natomiast kiedy oglądałem „Pani Dulskie” to doszedłem do wniosku, że z kinem Bajona jest naprawdę źle.

      • telemach Says:

        To faktycznie przykre. Kiedy przypomnę sobie jakie wrażenie zrobił na mnie (jako pacholęciu jeszcze) jego debiut książkowy…
        Niektórzy ludzie odchodzą. I to naprawdę boli. Bo nagle czegoś jest brak.
        Niektórzy najzwyczajniej w świecie przestają być tym czym byli.
        Stają się kimś innym.
        A jeszcze inni niby są, a równie dobrze mogłoby ich nie być. Niby produkują, produkują, wyrzucają z siebie słowa i obrazy – a tak naprawdę dawno ich już nie ma.
        Tyle tylko, że nikt im o tym nie powiedział.

        Smutne to z tym Bajonem.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Z Bajonem rozmawiałem kilka razy. On ma się również za literata, ale niestety, nie dane mi było się o tym przekonać naocznie samemu, choć wiem, że kilka książek napisał.
          Za każdym razem kiedy przyjeżdżał tutaj ze swoim kolejnym filmem, miałem nadzieję, że tym razem to będzie to.
          Ale nie było.

          Jest kilka takich nazwisk w kinie polskim, o których można powiedzieć to, co Ty powiedziałeś: „Niby produkują, produkują, wyrzucają z siebie słowa i obrazy – a tak naprawdę dawno ich już nie ma”.
          Ja np. liczyłem na to, że na króla polskiej komedii filmowej i kina rozrywkowego wybije się Juliusz Machulski. Ale okazało się, że to co najlepsze wyszło z niego kiedy był jeszcze bardzo młody, a później to było już bardzo różnie – ja już się cieszyłem, kiedy udało mu się wyprodukować nie-gniota (którymi były wg mnie np. „Szwadron” czy „VIP”) – coś powyżej dolnych stanów średnich rodzimego kina (a trzeba przyznać, że to poziom niski).

          Dziwna sprawa jest ze Skolimowskim. On sam w zasadzie uważa, że już go nie ma, i to od dawna, a tak się składa, że coś go tam zawsze reanimuje. I wtedy ludzie mówią mu, że jest.
          No i malarstwo podobno mówi mu że jest.

  2. snake Says:

    Koszałka to reżyser, który ma w dupie widza. Jego film nie zawiera bowiem żadnego „pierwiastka atrakcyjności” – ani w warstwie estetycznej, ani dramaturgicznej, ani psychologicznej…, po prostu żadnej. Dwa smętne snuje kręcą się w kółko po szaroburym świecie, który w większości zapełniają ludzie-duchy. Nikt tu nie wyraża żadnych emocji, nie rozmawia o uczuciach czy intencjach. I również akcji nie ma tu praktycznie żadnej. Fabuła „Czerwonego pająka” toczy się powolnie, jak glut z nosa i nie dociera do żadnej konkluzji. Relacja seryjnego mordercy z aspirującym do tego miana młodzikiem jest tu równie fascynująca, co rekonstrukcje przestępstw w programie „997”.
    Są recenzenci, którzy mówią o „łamaniu schematów” i doszukują się w opowiadanej historii licznych ukrytych znaczeń. A dla mnie prawda jest taka, że Koszałka idzie na totalną łatwiznę, bo najprościej jest kazać bohaterom przeżywać wszystko „do środka” i zmuszać widza do interpretowania tego, co ogląda. Nie trzeba się wysilać intelektualnie, pisać frapujących dialogów czy budować psychologicznego napięcia. Wg mnie Koszałka nie wyjaśnia motywów działań bohaterów, bo zwyczajnie nie ma nic do powiedzenia na ten temat. Nie jest także zainteresowany robieniem kina gatunkowego, w związku z czym serwuje widzowi 1,5 godziny nudy.
    A najbardziej zadziwia mnie, że rękę do tej niestrawnej filmowej kluchy przyłożyło w sumie trzech scenarzystów i niezliczona ilość producentów z całej Europy. Naprawdę wszyscy uważaliście, że właśnie taki film jest potrzebny ludzkości? ;-) Gratulacje jedynie dla scenografów za niezwykle wierne odtworzenie epoki. Szkoda tylko, że ich ciężką pracę zmarnował reżyser-dyletant. Koszałka wracaj do kręcenia dokumentów!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Koszałka zrobił film specyficzny, który – jak sądzę – spotka się ze skrajnym przyjęciem. Ci, którzy oczekują kina gatunkowego, będą zawiedzeni; natomiast ci, do których trafi klimat i estetyka tego kina, mogą być nawet zachwyceni. Mnie do zachwytu daleko, mimo że widzę pewne zalety tego obrazu, jak np. formalną spójność, dobre zdjęcia – ale to są raczej walory techniczne. Nie kupuję natomiast owej „atrakcyjności: zła ani fascynacji mordercą – a zwłaszcza nie bierze mnie jego „legenda”, której Koszałka wcale się nie dziwi, a wręcz ją podsyca i celebruje. Trochę to dla mnie pokrętne (bo przecież mamy do czynienia z ewidentnym psychopatą), jak również odpychające – stąd nie mogłem się zanurzyć do końca w aurze „Czerwonego pająka”.

  3. Jula :D Says:

    Z tych filmów oglądałam tylko „Panie Dulskie”.
    Hmm, zauważyłam , że tu pociagnal optymistyczne zakończenie losów Zbyszka i służącej Hanki. ;)

    Powiedziałabym , że wbrew statystykom miedzywojnia . Słynny Boy-Żelenski , jako lekarz i świetny obserwator obyczajów , tamtych czasow – świetnie to pokazywal , może to na nim bardziej się wzorowal rezyser. ;)

    Ja sztuke Gabrieli Zapolskiej , raczej odczytalam , jako tragedię.
    Na równi z inną z tamtych czasow ot. „Granica” .

    To tak dla przypomnienia , że Polska „miedzywojnia” raczej nie była państwem demokratycznym typu USA. Były te bariery „pochodzeniowe”.

    I dlatego pomimo , zgrabnych gagow , ten film w formie komedii mnie tez razil , choć takie pokoleniowe rodziny „dulskich” w mmieście Krakowie znam. :)
    Pa!
    Niektórzy do tej pory tęsknią za „cesarzem Józefem”. :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niektórzy do tej pory tęsknią za cesarzem Józefem.

      Bo niektórzy potrafią się urządzić w każdej epoce – w każdych warunkach i okolicznościach… bez oglądania się na jakąś wyższą moralność czy zwykłą przyzwoitość. Zwłaszcza ci, którzy mają dulską duszę „dryfującą”, jak mówił Bajon. To pewnie dlatego reżyser stwierdził, że Dulska to postać pozytywna, bo nie tylko trzymała w kupie całą rodzinę (dom), ale i potrafiła urobić sobie otoczenie. Innymi słowy: lawirantka, hipokrytka i oportunistka. Ja nie przepadam za tego typu ludźmi, dlatego mocno mnie zdziwiło stwierdzenie Bajona.

      Optymistyczne zakończenie losów Zbyszka i Hanki? No fajnie, mnie też cieszyło, ale czy musiano przy tym wymyślać takie niewydarzony podstęp, pakując Dulską w sytuację jak z horroru (pokój we krwi? Nawiasem mówiąc mnie to się wydało groteską.

      • Jula :D Says:

        Tak, dla mnie też to było dziwne.
        Dla mnie postać Dulskiej jako wzór, w żadnym wypadku.
        Ależ ten „babsztyl” nie jest postacią pozytywną. ;) Choć jej córka , żeby się jej despotyzmowi nie poddać, trzymała ją w poczuciu winy, to ten element horroru raczej dla widza. „Dulskie” żadnych wyrzutów sumienia nie mają. ;)

        Ja, jak zajrzałam do Wiki, to pierwowzór, ta tragifarsa Zapolskiej, właśnie też sprawiała mieszane uczucia. Niby śmiech ale i poczucie winy u „kołtunskiej” ówczesnej opisanej krakowskiej i lwowskiej widowni. Ta „Dulska” nazwisko, to jakiś dziennikarz tak się podpisał krytykując traktowanie służących i to wykorzystała pisarka. To tak z ciekawości.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Też zajrzałem do Wiki. O pani Dulskiej piszą tak:
          Główna bohaterka – Aniela Dulska – jest postacią obłudną, dwulicową, fałszywą, chciwą, nie potrafi okazać życzliwości, gardzi ludźmi biednymi, słabymi i wrażliwymi. Wszystko co robi, robi na pokaz. Jej postawa, nazywana „dulszczyzną”, prezentuje pozorną moralność; życie w zakłamaniu i obłudzie.

          Filip Bajon powinien więc chyba wcześniej przeczytać ten wpis z wiki. Może wtedy nie plótłby głupot, że Dulska jest postacią pozytywną ;)

        • Jula :D Says:

          Ciekawe, postać pozytywną?..
          No skoro wówczas twórcy mieli odwagę za te „dulszczyznę” krytykować, gdy polskie społeczeństwo było bardzo rozwarstwione.
          Może reżyser F. Bajon ironizował, bo w obecnej Polsce „dulszczyzna” ma się całkiem dobrze.
          Wystarczy tylko wnikliwie spojrzeć – „dulskich” naokoło tłum. ;)

        • Jula :D Says:

          Nawet nasi narodowi bohaterowie, obojętne jakiej strony, są na pokaz, a w domu „pod dywan brudy”. To mnie razi.
          Wystarczy tylko lupa i wychodzi z „patriotyzmu” prywata, chciwość, obłuda, hipokryzja, brak tolerancji, empatii – czyli to wszystko, co jest „dulskie”.

        • Jula :D Says:

          A w ogóle, to Polacy mają moim zdaniem pokrętny patriotyzm.
          U Anglików są prostsze „hasła” typu: „Anglia od każdego oczekuje wypełniania obowiązku”. Jakże to logicznie brzmi z naszym „Bóg, honor, ojczyzna”.
          Może w tym aspekcie, ta tradycja „dulskich” jest pozytywna, bo mimo oczywistego zakłamania, wykonywali i wykonują swoje obowiązki wynikające z pracy i w rodzinie. ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No tak, Zbyszko wypełniał swoje obowiązki wynikające z jego samczości ;)

          Niestety, nie mogę uznać „dulszczyzny” za wartość pozytywną, gdyż byłoby to postawienie na głowie mojej hierarchii wartości wynikającej z systemu etycznemu, który przyjąłem i którym chcę się kierować.
          Ale żeby nie być takim patetycznym: „pani Dulska” jest w każdym z nas, więc dobrze jest czasem spojrzeć na siebie z dystansu i jeśli ten widok nas nie przerazi, to dobrze byłoby się pośmiać z samego siebie? ;)
          Ale jak wielu z nas na to stać?

        • Jula :D Says:

          No ale ten profesor, „zeskrobek” czy jakoś tak, co przyjechał szukać swoich przodków, to właśnie syn Zbyszka i Hanki.
          No a młoda reżyserka cała w pretensjach (inna linia tej rodziny ), że jednak morderstwa nie było i o czym ona może opowiedzieć w swoim filmie o rodzinie. ;)
          No tak, dulscy w nas są, niestety. :D ))

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ten profesor Rainer z Wiednia (nota bene psychiatra) to nie wiadomo dlaczego zrobiony został, zdaje się, na Freuda. ;)
          Najmłodsza Dulska jest reżyserką i niektórzy przebąkiwali, że ta postać to jakaś aluzja pod adresem Małgorzaty Szumowskiej („Sponsoring”, „Body/Ciało”).
          A tak w ogóle, to miałem wrażenie, że Bajon pomysł na kontynuację „Dulskiej” podebrał Marcinowi Wronie, który nie tak dawno wyreżyserował „Moralność Pani Dulskiej” dla Teatru Telewizji, przenosząc stopniowo akcję sztuki aż do czasów nam współczesnych. (Nota bene Wrona był asystentem Bajona przy realizacji „Przedwiośnia”. Zdolny człowiek. We wrześniu popełnił samobójstwo – w Gdyni, podczas trwania Festiwalu Filmowego, na którym zresztą prezentowane były „Panie Dulskie” Bajona. Tak jakoś wszystko mi się skojarzyło.)

        • Jula :D Says:

          „(…) Zrobiony był na Freuda.”
          A na kogo miał być, pasuje jak ulał, akcja rozgrywa się przecież Galicji, wpływ Austriaków. Ten „psychiatra” był bardzo modny w owym czasie. Mógł być jego uczniem. No i ta cała „zwichrowana” rodzina. :) Takich mnóstwo dookoła nas.

          Co do Wrony, to szkoda człowieka, musiał mieć jakieś mocne problemy, że popełnił samobójstwo.
          To „przywilej” ludzi zbyt wrażliwych.
          Szkoda.

        • radek Says:

          Koszałka, reżyser „Czerwonego pająka”:
          „Ale myślę o moim koledze Marcinie Wronie. Wyobrażam sobie, że chciał wiele, mieć wszystko. Chciał być na samej górze, jak my wszyscy. Teraz pytanie: czy dla czegoś takiego jesteśmy w stanie poświęcić życie? Człowiek, który nie ma zabezpieczenia, czuje, że samobójstwo może przerwać pasmo cierpienia. Możliwe, że bohater „Czerwonego pająka” widzi, iż poprzez śmierć stanie na upragnionym szczycie, jak skoczek na trampolinie.”

          Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75475,19253228,film-czerwony-pajak-morderstwo-czyli-dzielo-sztuki-rozmowa.html#ixzz3tk8gjUKV

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie wiem czy samobójstwo jest „przywilejem” ludzi wrażliwych – i czy w ogóle może być jakimkolwiek przywilejem.
          Każdy może się zabić, choć ludzie wrażliwi mogą mieć tych powodów do samobójstwa jakby więcej. Wrażliwość zawsze przynosi ze sobą cierpienie. A chyba głównym powodem popełnienia samobójstwa jest właśnie cierpienie, jak również zupełna utrata nadziei.

  4. mega_recenzent Says:

    Krzysztof Varga miażdży „Hiszpankę” i samego Barczyka w tekście „Kuriozum roku, czyli pycha Barczyka”.
    Fragmenty-cymesy:
    Prawdziwej brawury wymaga, aby jeszcze przed premierą ogłosić film arcydziełem, a wszak takim hasłem reklamuje się „Hiszpanka” Łukasza Barczyka, dzieło, o którym od dawna już było niebywale głośno, albowiem głośno zawsze będzie o każdym filmie, który jak na polskie warunki ma niebosiężny budżet. Barczyk machnął megaprodukcję, i to nawet megawiększą niż Komasa, trudno się dziwić, że pognałem „Hiszpankę” oglądać, mogę powiedzieć nawet, że mega pognałem, aby się mega zachwycić, przeczuwając jednocześnie, że doświadczyć mogę obcowania z megaściemą. (…) Mimo że rok dopiero nam się rozpoczął, niniejszym nominuję już „Hiszpankę” do zwycięstwa w kategorii filmowego kuriozum roku. Nawet jeśli konkurencja będzie się starała, to nie spodziewam się, aby ktoś mógł tu Barczykowi podskoczyć, Barczyk bowiem wyprzedza wszelką konkurencję o kilka długości. Oczywiście będą jacyś słabi pretendenci, będą nieśmiali przeciwnicy, ale podług mojej intuicji Barczyk już czuć się może zwycięzcą.(…)
    Przez pierwszy kwadrans byłem „Hiszpanką” oszołomiony, a wręcz zahipnotyzowany, resztę seansu spędziłem już w stanie naprzemiennie osłupienia i głębinowej nudy, tak bezdenna to była nuda, że nawet na irytację sił nie starczyło. (…) Usiłuje Barczyk w pięknych strojach i w cudownych wnętrzach ukryć fenomenalną pustkę swego pomysłu. Pomysłu, przypominam, nadmuchanego za największą w naszym kinie kasę – za ten hajs, który Barczyk dla ukazania światu swego mamuciej wielkości ego spożytkował, dałoby się trzy świetne filmy zrobić.
    W tym filmie jest wszystko, ale jednocześnie niczego nie ma, to nie jest wcale żaden paradoks, to jest wysokiej klasy wyczyn, w tym sensie „Hiszpankę” za mocno awangardową rzecz uznać należy. Geniusz Barczyka też na tym polega, że z pewnością kazał aktorom umyślnie źle grać dla wzmożenia efektu sztuczności, który w tym filmie dominuje, a ci jego zalecenie perfekcyjnie wykonali: w „Hiszpance” wszyscy bardzo mocno przykładają się do tego, aby grać fatalnie. O Polsce niczego po prawdzie się tu nie dowiemy, a wszak o Polsce ma być ta megaprodukcja; niestety z artystyczną pychą Barczyka nawet Polska przegrywa.

    Cała laurka znajduje się tutaj:
    http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142476,17285868,Kuriozum_roku__czyli_pycha_Barczyka.html

  5. Tess Says:

    Znacznie lepszy jest ten film o Pileckim:

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No, lepszy. Mimo że też wielkich pieniędzy na zrobienie tego filmu nie było. Nieźle nawet wypadł w roli rotmistrza Marek Probosz, mimo że mi akurat trudno go było jako Pileckiego sobie wyobrazić.
      Zresztą, „Śmierć rotmistrza Pileckiego” to bardziej teatr, niż film (czego oczywiście nie należy traktować, jako zarzutu).
      Podobno za film o Pileckim biorą się sami Amerykanie, ale nic pewnego na ten temat nie wiem.

  6. issa Says:

    Widziałem „Fotografa”. Fabuła nie jest rozegrana według oklepanego schematu, nie ma radykalnych zwrotów akcji, chociaż zaskoczeń nie brakuje. Film unika tanich chwytów – jeśli ktoś oczekuje typowego kryminału z zakończeniem „a mordercą jest…” to może dostać coś, co mu nie do końca podejdzie – bo „Fotograf” to nieco „inny” thriller z własnym klimatem, i spora dawką domysłu, które należy przeżyć i przetrawić prywatnie. Aktorzy grają na wysokim poziomie, postacie są bardzo krwiste i wiarygodne, opowiedziana historia również, zwłaszcza, że porusza swojską tematykę z haczykiem w historii, co uwielbiam. Możliwe, że miałem ochotę akurat na taki film w momencie wizyty w kinie, ale obejrzałem „Fotografa” z wielką przyjemnością, a z małżonką rozkminialiśmy długo już po filmie niektóre wątki. Bardzo zgrabnie pokazano współczesną Rosję, godząc realia ze stereotypami, a kilka międzywierszowych przekazów dotyczących stosunków polsko-rosyjskich było dla mnie jak wisienka na torcie. Polecam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Cóż, im więcej czasu upływa od momentu kiedy obejrzałem ten film, tym lepsze mam o nim zdanie.
      Prawdę mówiąc obejrzałbym go po raz drugi. Wart jest tego nie tylko dlatego, że jest tak dobry, ale także dlatego, że znajdują się w nim wątki i elementy, którym trzeba się przyjrzeć bliżej, aby w pełni zrozumieć fabułę i wymowę – wszystkie smaki i niuanse – filmu.

  7. Pietras Says:

    Zdzisław Pietrasik w „POLITYCE” pisze:

    Wśród nich zaś bohater największy – rotmistrz Witold Pilecki. Gdyby nie istniał naprawdę, może wymyśliłby go hollywoodzki scenarzysta. Uczestnik wojny 1920 r., potem bierze udział w kampanii wrześniowej 1939, po kapitulacji organizuje tajną organizację wojskową, wreszcie – co jest wyczynem niedającym się z niczym porównać – z własnej woli pozwala się złapać Niemcom i wywieźć do obozu Auschwitz. Z którego pisze bezcenne raporty, a następnie organizuje ucieczkę. Potem jeszcze jest Powstanie Warszawskie, później – w największym skrócie – gdy zmienia się ustrój, podejrzany o zdradę, trafia na Rakowiecką, gdzie jest torturowany, a następnie w parodii procesu skazany na karę śmierci. Wyrok zostaje wykonany.

    Jak takie życie opowiedzieć w jednym filmie, w dodatku nie mając pieniędzy (PISF się nie dołożył). Mirosław Krzyszkowski, reżyser „Pileckiego”, wybiera formułę fabularyzowanego dokumentu, co raczej nie mogło się udać, ponieważ takie hybrydy rzadko się udają. W dodatku chce opowiedzieć wszystko, dosłownie wszystko, od dzieciństwa przyszłego rotmistrza poczynając, nic zatem dziwnego, że dostajemy swego rodzaju bryk z biografii. Może przemówi do dziatwy szkolnej, ale też nie ma pewności. Jedynym niezaprzeczalnym walorem filmu jest odtwórca głównej roli, Marcin Kwaśny, który w scenkach inscenizowanych udowodnił, że byłby w stanie zagrać Pileckiego w „normalnym” filmie.

    Taki film musiałby jednak zerwać z formułą kina hagiograficznego. Może należy wziąć przykład z Amerykanów, którzy potrafią pokazać bohatera wielowymiarowo, także jego słabości i wady. Przez co staje się bardziej ludzki. Na naszych pomnikach, także tych z celuloidu, stoją martwe figury. Ponoć w Hollywood zrodził się pomysł, by nakręcić film o rotmistrzu Pileckim. Może się doczekamy.

    Cały tekst:
    http://pietrasik.blog.polityka.pl/2015/09/26/hollywoodzki-bohater-w-polskim-filmie/?nocheck=1


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s