„KARBALA”, albo o tym PO CO JECHALIŚMY DO IRAKU

.

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew ("Karbala")

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew („Karbala”)

.

Po co wysyłaliśmy wojsko polskie do Iraku? Przyczyny oficjalne znamy: chodziło o tzw. misję stabilizacyjną. Na ile jednak było to wypełnianie zobowiązań wynikających z sojuszu, a na ile „wysługiwanie się” Amerykanom – naszemu kolejnemu Wielkiemu Bratu? Czy w związku z tym, że agresji na Irak dokonali Amerykanie, którzy de facto zaczęli ten kraj okupować, nie czyni automatycznie z tych, którzy wkroczyli tam jako ich sojusznicy, również agresorów i okupantów? A jakie były motywy polskich polityków, którzy mieli parcie na (wspomagającą Amerykanów) interwencję zbrojną Polski w Iraku? Czy nie chodziło o wzmocnienie własnej pozycji politycznej, jak również o materialne zyski (kontrakty, ropa) naszego kraju w związku z tym angażującym nas militarnie w obcym kraju posunięciem?
Czy polscy żołnierze, którzy zgadzali się na wyjazd na wojnę do Iraku (wypełniając rozkaz?), robili to z patriotycznych pobudek? Czy raczej jechali tam po to, aby zarobić pieniądze na utrzymanie siebie i swojej rodziny, na spłatę długu, na wybudowanie domu?

Ja nie mam kłopotu z tym, by uznać wojnę Stanów Zjednoczonych z Irakiem za wojnę niesprawiedliwą – uważam że pobudki i powody wywołania tej wojny były niewystarczające, by ją moralnie uzasadnić. Zaatakowanie Iraku przyniosło w rezultacie ruinę tego kraju, chaos i setki tysięcy ofiar; również destabilizację tamtego rejonu świata, dzięki której wyrosła hydra ISIS i kto wie, czy w konsekwencji tego wszystkiego nie rozpętało się piekło w Syrii? Każda wojna oparta na kłamstwie (tutaj: pretekst nieistniejącej broni masowego rażenia) i motywowana ekonomicznie (tutaj: surowce, olbrzymie pieniądze zarobione przez prywatne firmy, które konflikt w Iraku obsługiwały) jest wojną nieetyczną. W związku z tym każdy, kto wspiera tę wojnę – wliczając w to walczących w niej żołnierzy – postępuje nieetycznie.

No i teraz w to wszystko miesza się kino. Trudna sprawa, bo w sumie nie wiadomo jak traktować filmy zajmujące się tą wojną: jako obrazy batalistyczne, które same w sobie posiadają walory widowiska – czyli jako kino czyste, wyabstrahowane w pewnym sensie z „newsowej” rzeczywistości, czyli z publicystyki? Czy też wręcz przeciwnie: ujmować je w kontekst społeczny i historyczny, z wszystkimi tego konsekwencjami: propagandowymi, politycznymi, moralnymi – ulegając zazwyczaj stronniczości, lokując się po tej a nie innej stronie frontu, poddając się subiektywnej ocenie i określonej (naszymi przekonaniami i uprzedzeniami) perspektywie?
Nauczony przykładem ewolucji wątku wietnamskiego w kinie amerykańskim, jestem wyczulony na swego rodzaju manipulację widzem, kiedy to usiłuje się nakłonić go do przyjęcia określonej perspektywy, zazwyczaj zgodnej z intencją i zapatrywaniem autorów filmu. Niekiedy przyjmuje to postać pewnego rodzaju szantażu emocjonalnego, przez co nie jesteśmy w stanie zdystansować się do wizji twórców, grających na naszych uczuciach i wartościach.

Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej cenię te filmy, które owych manipulacji zawierają najmniej, które nie epatują widza patosem, które unikają stereotypów i czarno-białej jednoznaczności – o propagandzie nie wspominając. To dlatego najlepszym jak do tej pory filmem o wojnie w Iraku, jest moim zdaniem „The Hurt Locker”, Kathryn Bigelow, natomiast „Snajper” Clinta Eastwooda to dla mnie obraz spalony, bo wpisujący się w nurt amerykańskiego kina propagandowego, którego sztandarowym przykładem są choćby „Czerwone berety” Wayne’a (a wszelkiej propagandy, zwłaszcza wojennej, nie cierpię).
Są też obrazy, które poprzez swoją widowiskowość – dzięki posiadaniu czystych walorów wojennego spektaklu – oddziałują na nas bardziej sensorycznie, niż intelektualnie, w związku z czym poddajemy się im jako widz kina gatunkowego, czyli takiego, w którym ważniejsza jest konwencja i styl, niż realizm i przystawanie do tzw. rzeczywistości (zwłaszcza tej politycznej). Zaliczyłbym do nich np. słynny „Helikopter w ogniu” Ridley’a Scotta, jak również – zachowując jednak odpowiednie proporcje – właśnie film Krzysztofa Łukaszewicza.

Przyznam się, że „Karbala” mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Wybierałem się do kina zdając sobie sprawę z tego, jak mizerne w końcu środki przeznaczono na realizację tego filmu; wiedząc że ci, którzy zrazu projekt poparli, później się z niego wycofali; że niemal cały film nakręcono w… Żeraniu, a budżetu starczyło ledwie na 8 dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie (Jordania), gdzie też wszystko się sypało, bo sprzęt nie dotarł na czas, lokalna ludność wchodziła na plan nieproszona, zaś ekipa została oskarżona o profanację i o to, że kręci izraelską propagandę.
Byłem też w pewnym sensie do tego filmu uprzedzony, gdyż uważałem, że żołnierze polscy do Iraku jechać nie powinni.

Cóż więc się stało?
Otóż na ekranie zobaczyłem solidne kino wojenne, dobrze sfotografowane, nieźle zagrane… a co najważniejsze: pozbawione propagandowego patosu i szowinizmu wobec wroga (bądź co bądź byli to Irakijczycy, którzy walczyli w swoim kraju z obcym najeźdźcą) – czyli tego wszystkiego, co tak mi przeszkadzało – i irytowało – np. w „Snajperze”. Co ciekawe, zarówno „Karbala”, jak i „Snajper” niemal zupełnie pomijały historyczno-polityczne tło tej wojny, ignorowały racje tych, którzy się jej sprzeciwiali. A jednak, podczas gdy w przypadku filmu Eastwooda uczyniłem z tego jeden z głównych zarzutów wobec reżysera, to w przypadku „Karbali” nie miałem o to pretensji.

Zastanawiam się teraz skąd bierze się ta niekonsekwencja.
Otóż na pewno nie z powodu lokalnego patriotyzmu – z tego, że każda pliszka swój ogon chwali więc kino polskie samo przez się jest mi bliższe, niż amerykańskie. Nie, tu chodzi o zupełnie inne podejście zarówno do militarnego aspektu opisywanych wydarzeń, jak również – i to chyba zadecydowało – o stosunek do rdzennej ludności, mieszkańców Iraku. W „Snajperze” każdy Irakijczyk był dla amerykańskich żołnierzy „dzikusem”, w „Karbali” nawet „terroryści” z bojówek as-Sadra mają ludzkie oblicza, o cywilnych mieszkańcach nie wspominając. W „Snajperze” Amerykanie włamywali się do irackich domów, nie zważając na cywilów, siejąc terror i zniszczenie (jak najbardziej zasługując na to, by uznać ich za agresorów), w „Karbali” Polacy bronili się w miejscowym City Hall zaatakowani przez bojówki (była to więc samoobrona); „bohaterski” Chris Kyle strzelał z ukrycia do ludzi, znajdując ponadto w tym przyjemność, polscy żołnierze strzelali bo musieli, stawiając czoła przeciwnikom, którzy mieli nad nimi przewagę liczebną; Chris Kyle został uznany w swoim kraju bohaterem, Polacy nawet nie mogli przyznać się do tego, że w Iraku brali czyny udział w walce i bitwę wygrali (ze względów propagandowych, obronę karbalskiego City Hall przypisano sprzymierzonym z Amerykanami policjantom irackim, mimo tego, że ci stamtąd po prostu uciekli, zostawiając na placu boju Polaków i Bułgarów).

„Karbala” sprawdza się też jako widowisko. Wprawdzie bardziej uważne oko dostrzeże w tym obrazie pewne niedociągnięcia wynikające z budżetowych oszczędności; ktoś bardziej krytyczny zauważy, iż pewne wątki scenariusza mogły być wykorzystane lepiej i bardziej logicznie, to jednak film broni się swoją dynamiką i batalistyką, zachowując przy tym wiarygodność jeśli chodzi o motywacje bohaterów, dzięki czemu są oni dla nas ludźmi z krwi i kości, a nie tylko scenariuszowymi marionetkami. Kadry, mimo rozedrganego prowadzenia kamery, sprawiają solidne wrażenie, dzięki czemu cały film ma ciężar (w dobrym znaczeniu tego słowa) maskulinistyczny, co oczywiście przydaje się w przedstawieniu całego tego bitewnego zgiełku wojny i żołnierskiego znoju tak, byśmy to mogli również odczuć na własnej skórze, mimo że zanurzeni bezpiecznie w kinowym fotelu.

greydot

UWAGA: Film obejrzany w ramach odbywającego się w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

Reklamy

komentarzy 16 to “„KARBALA”, albo o tym PO CO JECHALIŚMY DO IRAKU”

  1. pascalalter Says:

    Cytuję:„… – naszemu kolejnemu Wielkiemu Bratu?”
    Pamięta Pan Napoleona? Zawsze Polacy szukali oparcia – wsparcia (choćby Litwa i „dwa narody”. Tutaj mamy art.5 Paktu i nadzieję, że jakby co…
    Lecz proszę popatrzeć jeszcze inaczej. Polska de facto ma jedynego sojusznika – USA. Tak wyszło
    jakoś. Prawda?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Kolejny Wielki Brat… Nie użyłbym tego stwierdzenia, gdyby nie padło on w filmie i to podczas rozmowy dowódców Polaków i Bułgarów broniących City Hall w Karbali. Z niezłego angielskiego przechodzą na jeszcze lepszy rosyjski i to właśnie wtedy dociera do nich (i do nas) to, że znowu występujemy pod „egidą” jakiegoś mocarstwa, realizując w sumie jego interesy, które nie do końca leżą w naszym interesie.

      To jest naturalne, ze – jako państwo średnie – szukamy wsparcia u silniejszego. Ale to idzie w parze z tym, że zdajemy się na jego łaskę i niełaskę. Nie mówiąc o tym, ze zazwyczaj ten wielki sojusznik ma coś za uszami i nie zawsze możemy jednak na niego liczyć (tak było z Napoleonem, który traktował Polskę bardzo instrumentalnie a przy tym obrócił połowę Europy w perzynę z tą swoją militarno-imperialną megalomanią).

      A Stany Zjednoczone? Czy nie odpuściły nas sobie w po II wojnie światowej, przehandlowując nas Sowietom w Jałcie?
      Jednak zgadzam się z tym, że obecnie sojusz z USA leży w naszym interesie. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo amerykanie są pragmatyczni i jeśli taki będzie ich interes, to i tym razem mogą nas sobie „odpuścić”.

  2. z_bliska Says:

    Co to wszystko mialo wspolnego z polska racja stanu? co przez to zyskal nasz kraj? co zyskal Bliski wschod? to chyba jasne, tylko idioci nie kumaja: Bliski wschod dostal doszczetnie zdestabilizowany, stal sie wylegarnia terroryzmu i na tej glebie wyroslo panstwo islamskie, ktorego konsekwencja jest autentyczne tsunami uchodzcow, ktorzy zalewaja Europe,nasz kraj uwiklany jest w bulenie odzkodowan facetom, ktorych jankesi nielegalnie przesluchiwali na naszym terytorium, chlopcy na filmie kropili do szyitow, ktorzy obecnie sa jedna z sil walczaca z panstwem islamskich, to ze po powrocie dobrze urzadzili sobie mieszkania i podreperowali konta jest niewatpliwie ich zasluga ale co to mialo wspolnego z polska racja stanu?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wszystko to prawda. Obecnie ponosimy konsekwencje polityki Zachodu wobec Bliskiego Wschodu, która czasem przypomina gaszenie pożaru benzyną.
      Filmy, które ukazują wojnę w Iraku a zupełnie pomijają ten aspekt, nie są po prostu uczciwe. Polska „Karbala” jest zawieszona gdzieś tak pośrodku. Na szczęście filmem propagandowym i szowinistycznym jest w minimalnym stopniu.

  3. halszka Says:

    obejrzalam film Karbala, i doszlam do wniosku ze sens jego jest taki, ze kazda wojna jest bez sensu. Zupelnie obnazyl dylematy dowodcow, watpliwosci zolnierzy, cierpienia niewinnej ludnosci, zniszczenia dorobku materialnego spoleczenstwa, dramaty ludzkie i pozytywne jedynie to, ze za zarobione pieniadze pomoga rodzinom, ale czy nie ma innego sposobu zarobienia pieniedzy?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wojna w Iraku, podobnie jak w Wietnamie, nie tylko nie miała sensu, ale i była według mnie zbrodnią, w wyniku której życie straciły miliony ludzi. Do wielu młodych ludzi, których wysłano walczyć do Iraku czy Wietnamu, dotarł właśnie absurd tych wojen, oraz to, jak łatwo wojna odziera człowieka z godności i sensu. Stąd masowe występowaniu wśród nich syndromu PTSD, stąd tysiące samobójstw.
      Ale niestety, do większości ludzi to nie dociera.

      A, jest jeszcze aspekt biznesowy wojen: niektórzy zarabiają na nich olbrzymie pieniądze – i już to jest dostatecznie silnym motywem, by je wywoływać i prowadzić.

  4. menes Says:

    Oglądałem. Porównać ten film do „Helikoptera w ogniu” można, bo kto zabroni? Grany przez Schuchardta por. Sobański podczas walki „zaciął się”, Królikowski stchórzył i wraca później do kraju stanąć przed sądem,Głowacki handluje alkoholem i pornosami oraz naśmiewa się z kapelana(ale szybko ginie), oblężeni po pierwszej nocy walk mają niewiele amunicji ale walą do irackich megafonów całymi seriami…
    Owszem, są dobrze zagrane postacie i epizody ale ogólnie nie jest to dobry film. Trochę na miarę „Demonów wojny według Goi” Pasikowskiego.

    • piotrek Says:

      Najemnik to najemnik za dolary. Nie ma to nic wspólnego z zadnym bohaterstwem skoro żołnierz jedzie zarabiać kase za strzelenie to musi się z tym liczyc ze zrujnuje sobie zdrowie. Potem jak urwie noge czy ręke to placz w rodzinie a ja i temu podobni musimy płacić za leczenie za naszych podatków. Naród wybrany napedza konflikty na swiecie po to by była wojna i sprzedawac na prawo i lewo bron i liczyć grubą kasę … W imie pokoju włazi się z buciorami na cudze podwórka . Po co? ano wlasnie po to by zarabiac a naiwny zołnierz zawsze się znajdzie za dolarki. Dla mnie walka na smierc i zycie ma sens wtedy jak ktoś atakuje mój kraj. Wtedy trza brać karabin do ręki i strzelać.Proste

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Trochę to spojrzenie uproszczone, ale generalnie można się zgodzić, że jeżeli ktoś dobrowolnie zaciąga się do wojska, a następnie (też często dobrowolnie) jedzie się bić do odległego, obcego kraju, to musi się liczyć z konsekwencjami – i to nie tylko z tym, że można zostać zabitym albo stać się na całe życie kalką.
        Moim zdaniem ważnie jest to, w imię czego tak naprawdę (a nie w wersji polityków i propagandzistów) toczy się wojna. To ustala etyczną perspektywę, z jakiej powinno patrzeć się na daną wojnę.
        Niestety, młodzi ludzie – a takich wysyła się głównie na wojnę – nieświadomi są wielu rzeczy, a na dodatek (to jest w zasadzie istotą wojskowego drylu przygotowującego żołnierza do walki) poddawani są swoistemu praniu mózgów, które raczej nie uczy ich samodzielnego myślenia. Wrecz przeciwnie: wojsko usiłuje z nich zrobić skuteczne maszyny do zabijania.
        Dopiero kiedy znajdą się ci ludzie na wojnie, dociera do nich jej bezsens i absurd – to, że zostali w nią wrobieni. Następuje szok, trauma… Dlatego wielu z nich wraca do domów jako psychiczne wraki. Dlatego tak wielu popełnia samobójstwo.

  5. nieobiektywny Says:

    Z niecierpliwością oczekiwałem premiery filmu „Karbala”. Nie chciałem powtórki serialu „Misja Afganistan’” – płytkiej i miałkiej fabuły, kiepskiego odwzorowania realiów służby, kończąc na słabej scenografii. Każdy odcinek był męczarnią i wychwytywaniem rażących w oczy błędów w zachowaniu aktorów próbujących udawać żołnierzy. Obawy co do produkcji realizowanej przez Łukasiewicza dodatkowo rosły po tym jak do mediów przekazano informację, że tylko kilkanaście dni zdjęciowych odbędzie się na Bliskim Wschodzie, a City Hall wyrośnie na Żeraniu.
    Jeśli spojrzymy na film jako całość to mamy naprawdę dobre kino! Karbala to co prawda nie Helikopter w ogniu Ridleya Scota – nie porównujmy choćby budżetów obu produkcji. Ale nie ma się czego wstydzić. Akcja często nie zwalnia przez bardzo długi czas, a to plus. Jest dynamika, jest głośno, wybuchają granaty, a ziemia i gruz unosi się w znacznych ilościach w powietrzu po każdym wybuchu. W końcu jest realistycznie.

  6. KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] nie umierać”  (TUTAJ); „11 Minut”  (TUTAJ); „Karbala”  (TUTAJ); „Karski”  […]

  7. Onibe Says:

    cóż, jak w czasach napoleońskich przyszło naszym bohaterom otwierać zamknięte wąwozy… Ale że wyszło z tego dobre kino? Jestem zaskoczony.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Też byłem zaskoczony.
      Ten film nie jest jakąś rewelacją, ale być może moje małe oczekiwania wobec niego spowodowały to, że oglądało m się go całkiem nieźle.
      Dodatkowym plusem było to, że zawierał on minimalną dawkę plemiennego szowinizmu, który tak mnie zraził w przypadku eastwoodowego „Snajpera”,


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s