RAK JAKO WIDOWISKO – o filmach „ŻYĆ NIE UMIERAĆ” i „CHEMIA”

.

Życie w konfrontacji z nadchodzącą śmiercią, przestaje być banałem. Z tego wniosek, że  żadne życie nie jest banałem, ponieważ każdy, kto żyje, musi umrzeć. Niby wszyscy o tym wiemy, ale zachowujemy się tak, jakby śmierć dotyczyła innych, a nie nas samych. Podobnie jest z chorobą nowotworową – na raka chorują inni, a nie my sami, dopóki… nie przypełznie on do nas. Wtedy przeżywamy szok, dostajemy obuchem po głowie, lecz zwykle łapiemy powietrze i próbujemy utrzymać się na powierzchni życia, które nabiera innego wymiaru i smaku, podobnie jak śmierć, która wreszcie staje się realna. I paradoksalnie, dopiero wówczas staje się ona częścią życia – kiedy dociera do nas świadomość (a nie wiedza, bo tę cały czas posiadamy), że śmierć to życie kończy. W tym momencie również i ona przestaje być banałem, mimo że jest tak powszechna – bo w końcu wszyscy musimy jej doświadczyć.

.

Jak się zachować przed "cesaerzem wszystkich chorób"? (Kadr z filmu "Żyć nie umierać")

Jak się zachować przed „cesarzem wszystkich chorób”? (Kadr z filmu „Żyć nie umierać”)

.

Z chorobą nowotworową zetknął się każdy z nas – choćby tylko dlatego, że ktoś z naszej rodziny, czy bliskiego otoczenia jest, czy też był, chory na raka. Jest więc ona zjawiskiem występującym powszechnie. Nic dziwnego, że kino, które na swoją kanwę bierze wszystkie aspekty ludzkiego życia, zajmuje się także rakiem, a właściwie ludźmi, którzy na niego zachorowali. Niezręcznie jest o tym tak pisać, ale w pewnym sensie rak jest dla kina tematem… hm… wdzięcznym, mimo, że wszyscy się raka boją i zazwyczaj od myśli o nim uciekają. Jednakże dla niektórych twórców kina pociągająca jest dramaturgia, jaką do życia ludzkiego wnosi rak. Zwykle postrzegana jest ona jako tragedia, a ta, jak wiemy, zawsze ma w sobie spektakularny potencjał – nic więc dziwnego, że rak staje się tu swego rodzaju widowiskiem.
Lista filmów związanych z tą chorobą jest długa. Mówi się nawet o czymś takim jak genre kina onkologicznego. Można tu przypomnieć kilka tytułów, poczynając od legendarnej „Love Story” Hillera; przez „Szepty i krzyki” Bergmana, „Za wcześnie umierać” Schumachera, „Czułe słówka” Brooksa; po „Żródło” Aronoffsky’ego, „Volver” Almodóvara czy „Biutiful” Iñárritu.
Naturalnie, także i w rodzimej kinematografii natrafiamy na ten wątek, a w tym roku aż dwa polskie filmy za główny swój temat obrały sobie raka. Tymi obrazami są: „Żyć nie umierać” Macieja Migasa oraz „Chemia” Bartosza Prokopowicza. Co ciekawe, inspiracją dla nich były autentyczne postaci „medialne” (czyli bardziej lub mniej znane w „celebryckim” świecie osoby „publiczne”). W pierwszym przypadku Cezary Harasimowicz oparł swój scenariusz na życiu i śmierci swojego przyjaciela, Tadeusza Szymkowa, aktora znanego m.in. z filmów Pasikowskiego; w drugim zaś, scenarzystka Katarzyna Sarnowska zainspirowana była postacią Magdy Prokopowicz, „ikony” kobiet chorych na raka piersi, założycielki fundacji Rak’n’roll (prywatnie żony reżysera Prokopowicza). Dwa spektakle zajmujące się praktycznie tym samym tematem, ale oczywiście odmienne w jego egzekucji, mimo zachowania pewnych podobieństw, wynikających z samej natury raka, dokonującego inwazji nie tylko na ciało człowieka, ale i zamachu na całe jego życie, najczęściej niestety skutecznego.

BARTEK

Jak byś zareagował na wiadomość, że zostało ci tylko trzy, najwyżej cztery miesiące życia? Czy znasz siebie na tyle dobrze, by odpowiedzieć na to pytanie? Czy może, jak większość ludzi, wypierasz z własnej głowy myśl o śmierci, uważając, że spotyka ona innych, ale nie ciebie – że to coś abstrakcyjnego, co ciebie nie dotyczy, a jeśli już, to dopiero w odległej przyszłości? Co byś zrobił – załamał się, czy zaczął walczyć? Pogodził się z losem, czy zbuntował przeciw jego bezwzględności i niesprawiedliwości, zadając przy tym sakramentalne a jednocześnie retoryczne pytanie: „dlaczego ja”?
Przed takim dylematem staje Bartek, główny bohater filmu „ŻYĆ NIE UMIERAĆ”, niespełniony aktor i były alkoholik, u którego zdiagnozowano raka płuc. Mając do wyboru trzy – przedstawione mu przez jego przyjaciela z klubu anonimowych alkoholików – opcje: samobójstwo, balangę lub życiowy remanent, wybiera to ostatnie. Cały film Macieja Migasa to właściwie koncert w wykonaniu Tomasza Kota, któremu udaje się tu zrzucić ciężar swojego wystąpienia w “Bogach”, gdzie wcielił się w postać charyzmatycznego chirurga, profesora Religę tak skutecznie, że istniało niebezpieczeństwo uwiązania Kota do specyficznego typu ról, ograniczającego jego aktorskie emploi. Tak więc “Żyć nie umierać” to jest “one man show” (nie ma bodajże sceny w filmie, w której by nie było Kota), jednakże tło wraz z innymi postaciami jest zarysowane żywo i konkretnie, przez co nie odczuwamy przesytu aktorską wirtuozerią Kota, tym bardziej, że przepoczwarza się on na ekranie kilkakrotnie (nie tylko psychicznie, ale i fizycznie), w miarę jak postępuje (lub cofa się) choroba głównego bohatera, tudzież w rytm jego przemiany duchowej.

LENA

Bohaterka filmu Bartosza Prokopowicza Lena jest młodą i piękną kobietą, ale to wszystko nie chroni ją przed chorobą, która w swej wybiórczości nie dyskryminuje nikogo. Oboje jej rodzice zmarli na raka. Miała kilkanaście lat kiedy musiała patrzeć na cierpienie umierającej matki, poddawanej niemiłosiernym terapiom, które były równie bolesne, co nieskuteczne. Dlatego też, po zdiagnozowaniu u niej nowotworu, przez dłuższy czas nie leczy się (nie godząc się na zalecaną jej przez wszystkich lekarzy mastektomię i chemioterapię), ratunku szukając w medycynie niekonwencjonalnej. Kiedy Lena orientuje się, że choroba postępuje, decyduje się na amputację obu piersi i przyjęcie chemii. W tym samym czasie okazuje się, że jest w ciąży, co dodatkowo komplikuje i tak już dramatyczną dla niej sytuację.
Wcześniej, pełna życia, barw i fantazji Lena spotyka pogrążonego w buntowniczym marazmie Benka. Młodzi ludzie zakochują się w sobie, przeżywają kilka szalonych tygodni i mimo rezerwy Leny pobierają się, wypowiadając wojnę temu „chujowi” rakowi. Na dodatek, wbrew zaleceniom lekarzy, Lena decyduje się na urodzenie dziecka, mimo wielkiego ryzyka, jakie to ze sobą niesie.
Cała „CHEMIA” jednak to nie tylko zmaganie się z chorobą i własnym ciałem, ale przede wszystkim relacja Leny z Benkiem – ich miłość wystawiona na wielką próbę. To związek między ludźmi o trudnych charakterach, którzy zmuszeni są do odpowiedzialności nie tylko wobec siebie samych, ale i wobec dziecka.
Świetna moim zdaniem jest kreacja Agnieszki Żulewskiej (to jej debiut w tak wielkiej roli), której Lena łączy w sobie kobiecą zmysłowość i strach przed oszpeceniem, czułość i temperament, instynkt macierzyński z ogniem namiętnej kochanki; odwagę i zdecydowanie z lękiem i zagubieniem, czy wreszcie pewien tradycjonalizm (macierzyństwo, wiara) z postmodernizmem (niezależność, ekscentryzm). Lena, będąc postacią bardzo złożoną a jednocześnie pełną, dzięki Żulewskiej jest również postacią wiarygodną, bez czego ten – w dużej mierze eksperymentatorski – film Prokopowicza by się nie udał.

NOWOTWÓR A FORMA I STYL

Komórki rakowe to są komórki, które oszalały. Można powiedzieć, że przestały dbać o formę, rozrastając się w jakąś bezkształtną masę – stając się pasożytem, który żeruje na ciele, psując jego złożony i misterny mechanizm. W „Chemii” mamy nawet animowane wstawki, które ukazują nowotwór atakujący wnętrze nosiciela. Widzimy więc jakieś dziwne, czarne i ohydne stwory jak z innej planety, dokonujące inwazji na ciało człowieka i siejące tam zniszczenie – w scenerii przypominającej filmy science-fiction.
Rak jest więc pozbawiony formy, ale formą musi posłużyć się ktoś, kto chce nam coś o raku – i o ludziach, których on dopadł – powiedzieć. Jest to również kwestia stylu – czyli pewnej stylizacji, bez której nasze ekranowe zetknięcie się z osobą chorująca na raka nie różniłoby się wiele od wizyty w onkologicznym szpitalu. A przecież nie po to idziemy do kina. Bo tam, patrząc nawet na umierającego na raka człowieka, oczekujemy zawsze nie tylko tego, by dano nam nadzieję, ale i tego, byśmy doświadczyli duchowego katharsis.
„Żyć nie umierać” i „Chemia” posługują się więc formą i stylem, ale każdy z tych obrazów zmaga się ze swoją treścią inaczej.
„Żyć nie umierać” chce być słodko-gorzki; chce byśmy razem z Bartkiem na przemian się śmiali – kiedy się wygłupia, a kiedy cierpi – smucili. I zwykle – dzięki sprawnemu i skutecznemu aktorstwu Kota – to się udaje.
Mam wrażenie, że twórcom „Chemii” bardzo zależało na tym, aby podejść do tego – często przecież przerabianego w kinie – tematu jak najbardziej oryginalnie. Widoczne jest to zwłaszcza w pierwszej części filmu ukazującej nowoczesny romans Benka i Leny w konwencji, która przypominała mi skrzyżowanie komedii romantycznej z teledyskiem – lekko surrealnej, może nawet z elementami absurdu. Muszę przyznać, że na początku mnie to nieco irytowało, wydawało się jakieś dziwaczne i przestylizowane, jednak z czasem się do „Chemii” przekonałem, zwłaszcza że druga część filmu zmieniła jego ton na bardziej naturalny – z widowiskowej abstrakcji bohaterowie zeszli na ziemię, estetyczną fantazję zastąpił realizm.
Sam rak jest bezkształtny, ale jednak wymusza na człowieku fizyczną metamorfozę. Muszę podkreślić, że wielkie wrażenie wywarła na mnie ta metamorfoza ciała, jaką na ekranie pokazał zarówno Kot w „Chce się żyć”, jak i Żulewska w „Chemii”. Jednym słowem, oboje pięknie zagrali ciałem ale tak, że zsynchronizowali to z wielką przemianą, jaka zachodziła jednocześnie w ich psychice i duszy – w takt cofania się i nawrotów raka.

RAK NAS UCZY MĄDROŚCI

Bartek z filmu Migasa to alkoholik, który zmarnował swoje życie, zraził do siebie całą rodzinę, a teraz opuszcza go nawet kochanka (dla innej kobiety). Aby utrzymać się na powierzchni łapie się za jakieś chałtury. Zostali mu tylko koledzy pijaczkowie i rak. Fatalna diagnoza go jednak nie załamuje, poddaje się terapii, nie wraca do picia, a co najważniejsze, chce – i próbuje – naprawić swoje relacje z najbliższymi mu kiedyś ludźmi: byłą sympatią, żoną i córką – z kobietami, z którymi wskutek nałogu stracił kontakt, wcześniej rujnując te związki swoim zachowaniem. Z efektem tych koncyliacji jest różnie, mimo to Bartek zyskuje świadomość tego, co tak naprawdę w życiu się liczy i to w pewien sposób pomaga mu pogodzić się ze światem, a tym samym zaakceptować nawet swoją chorobę i zbliżającą się śmierć.
Również i Lena w „Chemii” uświadamia sobie, że jej choroba nie tylko przyniosła jej cierpienie, ale i zmieniła jej stosunek do życia, przewartościowała wartości i ustaliła sens, pozwoliła bardziej uważnie żyć, cieszyć się każdą chwilą; doceniać to, co z pozoru jest drobiazgiem, a okazuje się być cennym darem i może wypełniać treścią życie. Z drugiej strony dojrzała bardziej jako kobieta i matka. Na początku jak tragedię odbierała to, że choroba zabiera jej takie atrybuty kobiecości, jak uroda, piersi i włosy, po jakimś czasie zrozumiała, że na czymś innym polega prawdziwa kobiecość – że jest to sprawa nie tylko aparycji, ale przede wszystkim relacji z najbliższymi ludźmi – z mężem (który zaakceptował ją taką, jaką się stała w czasie choroby) i synkiem, który stał się w jej życiu kimś najważniejszym na świecie.
Film, jak się okazuje, był pomysłem samej Magdy Prokopowicz, będącej pierwowzorem Leny, i której przykład jeszcze bardziej potwierdza to, że rak, oprócz tego, że próbuje cię zabić, to jednocześnie potrafi wyciągnąć z ciebie to, co najlepsze – a co nigdy by się nie ujawniło i nie zaistniało – mobilizując człowieka do działania, tworzenia, pełniejszego doświadczania świata, intensywniejszego przeżywania – i doceniania – prawdziwej przyjaźni i miłości. Moim zdaniem warto posłuchać samej Magdy (choćby TUTAJ), która na kilka miesięcy przed śmiercią potrafiła tak trzeźwo i mądrze patrzeć na świat, nie skarżąc się i narzekając, zachowując zdrowy dystans do własnej choroby, wykazując się siłą i rozsądkiem – nie tracąc nawet poczucia humoru i zdolności do śmiechu. Tak więc, choroba ta nie tylko zabiera i niszczy, ale także daje i pozwala tworzyć.
To, co teraz piszę o dobroczynności raka, może się wydać dziwne i cokolwiek naciągane, ale zapewniam autopsyjnie, że tak właśnie jest.

TO JESZCZE NIE KONIEC

Czy opowieść o kimś chorym na raka może się kończyć happy-endem? To prawda, że zazwyczaj kończy się śmiercią, ale czy rzeczywiście śmierć jest tylko samym złem wcielonym? Nie chcę tu pisać banałów, (np. takiego, że przecież śmierć jest czymś zupełnie naturalnym, a jako taka nie musi oznaczać tragedii) bo wszyscy, których dotknęło boleśnie odejście najbliższej osoby, i tak wiedzą, że to nie potrafi w najmniejszym stopniu być dla nich pociechą.
Jak sobie radzą z zakończeniem „Żyć nie umierać” i „Chemia”?
Otóż ten pierwszy film ucieka w metaforę (zmarły Bartek ukazuje się swojemu koledze łowiącemu ryby), sugerując jednak pewien banał o tym, że człowiek żyje tak długo, dopóki żyje o nim pamięć wśród innych ludzi. „Chemia” jest bardziej bezlitosna – jak to się mówi „dołująca” (ostatnie kadry filmu to mąż Leny samotny wśród morza grobowców). A może jest taka „dołująca”, bo jest bardziej szczera? Jednakże czy styl musi mieć cokolwiek wspólnego ze szczerością?
Szczerze mówiąc, bardziej natchnęło mnie optymizmem to, czego dowiedziałem się o Magdzie Prokopowicz po „Chemii” jej męża, kiedy wysłuchałem jej wywiadów, zapoznałem się z jej działalnością, obejrzałem film „Magda, Miłość i Rak”, (który polecam). Bo to nieprawda, że tylko fikcja może nas podnosić na duchu, i tylko zmyślenie dawać nam nadzieję.

.

Życie na krawędzi ("Chemia")

Każde życie, to życie na krawędzi (Agnieszka Żulewska w „Chemii”)

.

UWAGA: Filmy obejrzane w ramach trwającego w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

Reklamy

komentarze 22 to “RAK JAKO WIDOWISKO – o filmach „ŻYĆ NIE UMIERAĆ” i „CHEMIA””

  1. najlepszewspomnienie Says:

    To prawda, że nowotwór nie patrzy na wygląd, status związku, ilość doświadczenia życiowego i stan konta. Może dopaść nas wszystkich i przerażające jest to, że w moim otoczeniu w przeciągu kilku lat zachorowało kilka osób. Różnych, tych którzy są instruktorami fitness i tych pogodnych, pełnych życia. Nie ma reguły, żadnej. Spośród kilku osób niestety jedna umarła i pożegnała się z nami. Wraz z Nim umarła też jakaś cząstka nas, bo tak jak napisał Ken Wilber my też umieramy za życia żegnając kogoś bliskiego… Zaś reszta osób z mojego otoczenia wygrała walkę, choć nie była ona łatwa.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Reakcja otoczenia ma ogromne znaczenie dla człowieka chorego na nowotwór. Chodzi o przezwyciężenie… strachu przed taka osobą, który często maskujemy za ostentacyjnymi gestami poparcia dla niej, przy jednoczesnej chęci ucieczki od tego, żeby nie być blisko cierpienia z obawy… nie wiem… przed tym, żeby się tym cierpieniem nie zarazić? Żeby nie psuło nam dobrego humoru, optymizmu – żeby nie przypominało, że i my możemy się znaleźć w takiej samej sytuacji?
      Jest też sprawa stygmatyzacji człowieka chorego na raka – bo on sam staje się często w oczach innych takim chodzącym rakiem.
      Wygląda na to, że mamy kłopoty ze zrozumieniem tego, że nawet jeśli kogoś dotknęła ta choroba, to jest on w stanie prowadzić normalne życie – że może się on nawet czuć człowiekiem szczęśliwym.

  2. Simply Says:

    ,,…zapewniam autopsyjnie…”
    ???!

  3. Jula :D Says:

    Trudno powiedziec cokolwiek laikowi akurat o tej chorobie, przy której każdy chory czuje się, jakby miał wyrok, ten najwyższy, tj. „zgładzenie”.
    I to jest najstraszniejsze, choć generalnie wszyscy ludzie umierają, ale bez tej wiedzy i oszacowania ilości dni życia.
    Wydaje mi się jeszcze wielce niesprawiedliwie, że jedni potrafią „wygrać”, a inni „przegrać” życie.
    Lekarze też różnie podchodzą do tej „walki”. Niektórzy twierdzą, że z „rakiem” się nie wygrywa, z „nowotworem” tak.
    W tych filmach jest nadinterpretacja, jakaś filozofia niby przemiana w człowieku. Natomiast w zyciu realnym jest tak niekoniecznie.
    Przekonałam się oglądając ostatnio filmy (bo na różnym etapie mojego życia inaczej to widzę), że wizja rezyserow, scenografów, oko kamer itd… inaczej mi pokazuje to, co ja widzę czytając książkę. Moja wyobraźnia niewspółgra z wizją kina.
    Jednym słowem, czasy „komiksu”, pojęcie można rozszerzyć – nie dla mnie. :)
    Nie lubię oglądać świata obcymi oczami. ;)
    Podrawiam!
    Jestem

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem, czy to jest straszne, że wszyscy ludzie umierają. Na pewno jest to naturalne.
      Myślę, że to dobrze, iż nie znamy dokładnie ilości dni, jakie nam jeszcze zostały do przeżycia. Życie ze świadomością dokładnej daty naszej śmierci byłoby chyba trudne do zniesienia.

      To jest zrozumiałe, ze nie zawsze nasze odczucia podążają za autorem filmu, czy książki.
      Oczywiście, że najlepiej jest oglądać świat własnymi oczami, ale przecież wielką przyjemność (może to być również bardzo pouczające) jest oglądanie tego świata – może nie tyle innymi oczami, co przez pryzmat dzieła stworzonego przez innego człowieka, artystę – filmowca, rzeźbiarza, malarza, pisarza… Na tym przecież opiera się sens istnienia sztuki.

      • Jula :D Says:

        Problem jest taki, że przy zaawansowanej chorobie, jaką jest „rak” lekarze wiedzą ile zostało życia choremu i chorzy też. Być może dlatego ta choroba tak się rózni. Bo chorzy mają te wiedzę.
        Ja tym bardziej jestem pelna podziwu dla lekarzy, którzy jak „bogowie” czasami muszą podejmować decyzje ostateczne a wynikające z najważniejszego „bożka” jakim są pieniądze. To on decyduje, czy szpital ma fundusze na leczenie takie czy inne. To ubezpieczenie chorego decyduje, czy może być zastosowana leczenie skuteczne, czy nie. Reasumując przy obecnej wiedzy medycznej często chorzy wiedzą ile im jeszcze został zycia.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Każdy przypadek chorobowy jest inny więc statystyka nie może dokładnie określić ile człowiekowi zostało jeszcze życia. Lekarze nie są „bogami” i oni dobrze o tym wiedzą. I nie wszyscy przejmują się tak pacjentem – w końcu to ich podopieczny jest chory, a nie oni sami.
          W Polsce dochodzi jeszcze sytuacja, o której piszesz, wynikająca z fatalnej sytuacji służby zdrowia i braku środków na leczenie ludzi chorych onkologicznie. To jest okropne, że administracja (finansowa biurokracja) decyduje często o tym, czy poddać pacjenta takiemu, a nie innemu leczeniu.

  4. avemi Says:

    zapewne trudny temat – życie z chorobą dotyczy części ludzi, życie ze śmiercią każdego… nie rozumiem zdania, że myślimy, że śmierć dotyczy innych, a nie nas – to nasza śmierć jest dla nas czymś normalnym, a śmierć bliskich czymś nie do zniesienia…
    inaczej z chorobą… nasza choroba jest dla nas czymś nie do zniesienia, a bliskich potrafimy wspierać… pozdrawiam śmiertelnik :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Stwierdzenie o tym, że myślimy, że śmierć dotyczy innych, ale nie nas samych, odnosi się zwłaszcza do ludzi młodych. Bo przecież to inni umierają, a nie my ;)
      Odróżniałbym wiedzę o tym, ze musimy umrzeć, od świadomości tego, tzn. od głębokiego uświadomienia sobie własnej śmiertelności, którego zwykle doświadczamy, kiedy sami umieramy, lub umiera ktoś, kogo kochamy. W przeciwnym razie śmierć wydaje się pewną abstrakcją, choć przecież wiemy, że jest faktem – że jeśli ktoś się urodził to musi też umrzeć.
      Życie, dopóki trwa, jest w pewnym sensie „impregnowane” na śmierć.

      PS. Myślę, że bywa i tak, że własną chorobę możemy łatwiej znieść, niż chorobę kogoś bliskiego.

  5. ana Says:

    Film Prokopowicza „Chemia” zapowiadał się lepiej niż w rezultacie wyszedł. Że tę historię można było opowiedzieć nieco inaczej, więcej o samej walce z chorobą, więcej o fundacji i jej działaniach, bo przecież w te Magda Prokopowicz była bardzo zaangażowana.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zawsze historię można opowiedzieć nieco inaczej. To należy do reżysera, scenarzysty… Prokopowicz podkreślał, że nie chciał zbyt głęboko wchodzić w osobiste doświadczenia, bo za dużo by go to kosztowało. Ale i tak cały film (którego nota bene pomysłodawczynią była Magda Prokopowicz) opiera się na przypadku jego żony, z tym, że nie jest wiernym jego opisem. Tak więc, niekonieczne było moim zdaniem, rozwijanie w nim wątku fundacji, którą założyła Prokopowicz.

  6. orczi Says:

    Choć „Żyć nie umierać” nie jest najlepszym filmem – a wielu uzna, że daleko mu do bycia choćby dobrym, ma jedną ważną zaletę: będąc utrzymanym w lekkim tonie, nie niesie ze sobą łatwego, taniego pocieszenia. Nie wyciska z widza łez po to, by po chwili poklepać go po plecach, mówiąc: „wszystko będzie dobrze”. I nie traktuje go jak idioty. A takie podejście w polskim kinie mainstreamowym wcale nie jest oczywiste.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Najlepszym filmem może nie jest ale jest według mnie filmem dobrym. Głównie dzięki wystąpieniu Tomasza Kota, ale nie tylko… Realizatorzy nie idą tu na tzw. łatwiznę – nie stosują szantażu emocjonalnego, nie wyciskają łez na siłę, nie grają na sentymentalizmie… W tym słodko-gorzkim filmie nie przesadzają ani ze słodyczą, ani chyba też z goryczą, chociaż tej ostatniej – co chyba jest zrozumiałe – nie brakuje.

  7. Justyna Mądra Says:

    Obejrzałam większość filmów, które były na festiwalu i wydaje mi się, że właśnie „Chemia” była jednym z najlepszych. Podobnie jak „Żyć nie umierać”. Warto zresztą dodać, że wszystkie bilety na te seanse były wyprzedane, a na „Chemii” trzeba było dostawiać krzesła.
    Tego nie można powiedzieć np.o tragicznej „Hiszpance”, na której sala kinowa świeciła pustkami, bo chyba ktoś dał „cynk”, że jest to raczej poroniony pomysł polskiej kinematografii.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Do tych dobrych filmów dodałbym jeszcze „Ziarno prawdy”, „Karbalę”, „Fotografa”… Nie był zły’ „Czerwony pająk”, znośna była (zwłaszcza dla innych, bo mnie trochę śmieszyła) „Anatomia zła”. Zaskoczyła mnie mile „Warszawa nocą”, choć w Polsce na niej psy wieszano. Rozczarował „Pilecki”, lepiej było z „Karskim”…
      Większość filmów oglądało się nieźle, ale – jak to z kinem polskim bywa – większego szału nie było.
      A „Hiszpanka” to kamień milowy, jeśli chodzi o katastrofy polskiego kina. Głupszego filmu – nakręconego na dodatek z niebywałą pompą – dawno nie widziałem. Marnotrawstwo środków i czasu widza.

  8. zuza Says:

    Bartosz Prokopowicz nie chciał robić filmu biograficznego. I „Chemia” do tego gatunku z pewnością nie należy. Bo nie jest to historia o umieraniu, ale o życiu. Być może dlatego właśnie wywołuje wśród polskich widzów skrajne opinie i emocje. Reżyser nie pokazał bowiem w swoim filmie patosu śmierci, który my – Polacy, tak bardzo uwielbiamy. Mało tego, pokusił się o elementy surrealistyczne, dodał do tego nieoczekiwaną muzykę, a chora główna bohaterka ośmiela się nawet nie raz zażartować ze swojego stanu zdrowia. Nie mówiąc już o tym, że jej mąż w pewnym momencie okazuje słabość i w ich małżeństwie dochodzi do kryzysu. To wystarczyło, by „Chemia” zebrała u nas jak najgorsze recenzje, a za granicą… została nazwana brawurową i zgarnęła kilka nagród.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, to jest film o życiu, ale też i o umieraniu. I nie jest filmem biograficznym, choć jednak czerpie pełnymi garściami z doświadczeń samego reżysera – wbrew temu, co on sam mówił, że nie chciał się opierać na swoim życiu, bo by go to zbyt dużo kosztowało.
      A że recenzje są różne, czasem przeciwstawne, to temu nie ma co się zbytnio dziwić.

  9. KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA | WIZJA LOKALNA Says:

    […] „Anatomia zła”  (TUTAJ); „Chemia”, „Żyć nie umierać”  (TUTAJ); „11 Minut”  (TUTAJ); „Karbala”  (TUTAJ); „Karski”  […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s