LUDZKIE BESTIARIUM – W LABIRYNCIE ŚWIATA

.

Porozumieć się z bestią (Peter Paul Rubens,

Porozumieć się z bestią (Peter Paul Rubens, „Dedal i Minotaur”)

.

W epoce bezmyślnych memów i powierzchowności, tudzież uwagi, która trwa pięć sekund (Facebook); w czasach powielania stereotypów i umysłowego lenistwa; przy całej ludzkiej niechęci, by poddać się głębszej refleksji… cenne są uważne i dłuższe rozmowy, w których szanuje się interlokutora. Rozmowy dotyczące czegoś, czym nie zajmują się środki masowej (dez)informacji, ani też pop-kultura. Niekiedy udaje mi się przeprowadzić taką rozmowę na moim blogu, gdzie trafiają ludzie wrażliwi i myślący, z którymi wymiana myśli jest dla mnie czymś stymulującym i poznawczym. Takie konwersacje bardzo sobie cenię.

Jedną z nich jest rozmowa z autorem bloga „Świątynia Krzyku”, który skomentował mój wpis zatytułowany „Grot z obsydianu”, będący liryczną (?) próbą zmierzenia się z tym, co w nas dzikie i pierwotne – z bestią, która drzemie w nas samych – i z którą szamotamy się w labiryncie świata, szukając tego, co złe, a co dobre – próbując przy tym odróżnić jedno od drugiego.

Myślę, że warto ją tu przytoczyć, wydobywając z wirtualnej czeluści, ocalając ją tym samym od zapomnienia – choćby tylko na chwilę, i choćby dla tych paru uważniejszych Czytelników.

.

♦ SIGIL OF SCREAM: Obrazy zwracają uwagę swoją wyrazistością. Zwłaszcza fragment o metalu pozostawia wiele fascynujących możliwości. I doceniam to. Jednak ten rodzaj prymitywizmu, choć interesujący literacko, nie zgadza się z moim własnym doświadczeniem genetycznym. Dlatego traktuję go jako obraz estetyczny, nie zaś jako przebłysk pewnej Prawdy, w duchowym sensie.

◊ STANISŁAW BŁASZCZYNA: A może dla kogoś innego jest to Prawda (nawet w duchowym sensie)? Jeśli tak, to czyja Prawda jest prawdziwsza?

♦ SoS: Ja mogę odnieść się jedynie do mej własnej recepcji – i komentarz mój mówi tylko o niej. Trudno, bym wypowiadał się inaczej, niż subiektywnie.
Jednak to prawda, iż zaciekawiło mnie, czy podobne doświadczenie może być przez kogoś odczuwane jako prawdziwe. Myślę, że spotkanie z taką perspektywą mogłoby być dla mnie np. interesujące poznawczo. Więc skoro już dyskutujemy, czy jako twórca tekstu możesz odpowiedzieć mi na to pytanie: czy tego typu doświadczenie odczuwasz, jako prawdziwe genetycznie?

◊ StB: Ale co to znaczy „prawdziwe genetycznie”?

♦ SoS: Chodziło mi o doznanie, które mógłbym porównać z tym, czego doświadcza moja świadomość, gdy znajduje się na poziomie genetycznym. Odnoszę się tutaj do teorii T. Learego, wykorzystywanej w psychologii transpersonalnej i dotyczącej poziomów programowania świadomości. Poziom genetyczny łączy się z przekroczeniem ego i połączeniem świadomości z wcześniejszymi formami życia (czasem, przez niektórych bywa to przeżywane jako np. wizja przeszłych wcieleń). Skojarzenie z twoim tekstem narzuca się oczywiście samo. Oczywiście, zahacza to o mistykę, i inne tego typu nieostre, lecz niesłychanie żywe, i interesujące mnie sprawy.

StB: Nie wiem, czy genetycznie mogą być przekazywane jakieś obrazy, idee (albo „archetypy” – jak twierdził Jung). Mnie się to wydaje zbyt ezoteryczne, abym bez wątpienia mógł dać temu wiarę. Ale na pewno za pomocą genów zapisane są w nas informacje kształtujące nasze popędy, instynkty, skłonności… (i to jest zakodowane na innym poziomie niż świadomość naszego ego). W moim tekście jest wyraźne nawiązanie do pewnego pierwotnego stanu naszej kultury, w której człowiek jest drapieżnikiem, gdzie podnieca go zabijanie zwierząt i sama krew (czy to na polowaniu, czy na ofiarnym stole) – kiedy sam czuje się na poły zwierzęco, ale kiedy jednocześnie zaczyna się w nim budzić pewna świadomość transcendentalna (kobiecości w samicy, boskości w idolu kamiennej figurki, magii w szamanie… etc.) I jest to przeniesione niejako w czasy nam współczesne (bo jednak to, co w nas „zwierzęce”, według mnie nie nadąża za postępami naszej kultury, więc jest spychane na dalszy plan – zwykle w sferę tabu).
To jet w sumie prosty obraz, być może pojawił mi się we śnie, albo w tzw. „pomroczności jasnej” ;) Nie pamiętam już tego dokładnie.

A wracając jeszcze do Twojego pytania z poprzedniego komentarza (o „Prawdę” podobnego doświadczenia) – myślę, że mogę odpowiedzieć twierdząco: tak, wierzę, że ktoś podobne doświadczenie może uznać za (swoją) Prawdę. Taką właściwość mają np. wspomnienia z poprzednich wcieleń u ludzi wierzących w reinkarnację (piszę to abstrahując od tego, czy ja sam w reinkarnację wierzę, czy też nie).

SoS: Obrazy ze snów są szalenie interesujące, prawda? Prawie cała moja twórczość jest na nich oparta. Ale to była dygresja, wróćmy do rzeczy.
Rozumiem wizję, jaką przedstawiłeś. Wydaje mi się, że jest ona bardzo charakterystyczna dla sposobu odczuwania człowieka Zachodu. Stan o którym piszesz, w mojej interpretacji, mówi o atawistycznym połączeniu z bestią, jednocześnie jednak to połączenie budzi opór świadomego umysłu. Człowiek widząc swą pierwotną naturę doznaje pewnego rodzaju szoku, alienuje się od niej, stara się ją ujrzeć z dystansu, wyjaśnić przed sobą… Więc jest to także wizja wewnętrznego konfliktu, wygnania ze stanu pierwotnej dzikości (a wiec i z raju), naznaczona opozycją pomiędzy naturą i umysłem, bestią i sacrum. Ten konflikt rozdziera duszę, która z jednej strony pragnie powrócić, a z drugiej powrócić nie może.

I tutaj pojawia się moja dalsza konkluzja: stoimy na zupełnie przeciwnych biegunach postrzegania (co jednak uważam za interesujące). Ja widzę świadomość jako wyłaniającą się z transcendencji. Stan pierwotnej dzikości jest dla mnie tożsamy z doświadczeniem sacrum. Bestia jest święta – jest szamanem, jest tym, który widzi boginię (nie przypadkiem Potnia Theron to Pani Dzikiej Zwierzyny). Dopiero oddzielenie niszczy ten raj. Narodziny ego, świadomości siebie budują osobowość, lecz siłą rzeczy muszą wyjąć człowieka ze stanu pierwotnego połączenia z Wszechświatem. Jednak ten stan był stanem pierwotnym – dlatego uważam, że to nie budząca się świadomość dostrzega transcendencję, lecz właśnie zostaje z niej wyjęta. Pierwotna świadomość jest w niej zanurzona, rozumie ją naturalnie, nie tworzy rozdzielenia.
Innymi słowy: człowiek stając się sobą traci raj.

To doświadczenie, o którym piszę powyżej (zjednoczenie sacrum i bestii) jest dla mnie tak naturalne i głębokie, iż trudno mi nawet postrzegać świat inaczej. Jednak większość ludzi na Zachodzie, przeżywa to w zgoła odmienny sposób (co, jak sądzę, jest powodem wielu cierpień). Sam wspominasz o tym, pisząc, iż zwierzęce cechy stają się Tabu. Jednak Tabu dawniej oznaczało to, co święte.
Pytając więc o Twoje doświadczenia miałem na myśli właśnie to wszystko o czym rozmawiamy. Dziękuję, że zechciałeś mi odpowiedzieć.

StB: Z przyjemnością czytam Twoje komentarze, bo poruszają pewne struny, na drganie których i ja jestem wyczulony.
Zdaje sobie sprawę z tego, że jestem człowiekiem Zachodu i że ma to swoje konsekwencje. Dlatego też nie chcę „na siłę” zmieniać mojej, nazwę to, konstytucji psychicznej, (która była jednak ukształtowana przez takie a nie inne elementy kulturowe) a raczej wykorzystać to do zrozumienia tego, czego jeszcze do tej pory nie znałem. Świadomy jestem też tych wszystkich dualizmów występujących w mentalności Zachodu i tego, że przez to moje własne myślenie jest (być może) zbyt… dialektyczne. Z czasem jednak coraz bardziej dociera do mnie to, że to co istnieje, posiada bardziej płynne continuum.

Ciekawe jest Twoje widzenie pojęcia świadomości w odniesieniu do transcendencji. Również i ja skłaniam się ostatnio coraz bardziej do tego, że powstanie świadomości (zwłaszcza egoistycznej) oddaliło nas od transcendencji, „odgrodziło” nas niejako od Absolutu. Lecz moim zdaniem niewykluczone jest także to, że wspinając się na najwyższy poziom świadomości (być może dotykają tego stany iluminacji albo medytacji dążącej do osiągnięcia – jak w buddyzmie – nirwany), tego Absolutu (transcendencji) możemy jednak w jakimś stopniu doświadczyć (byłoby to nic innego, jak powrót do pierwotnego stanu Jedni, boskiej esencji… do sacrum właśnie).
To, co piszę wydawać się może zbyt spekulatywne i niejasne, ale to dlatego, że są to jednak uproszczenia, posługujące się na dodatek pojęciami z różnych „parafii” religijnych czy filozoficznych.

Czy stan tzw. „pierwotnej dzikości” (a tym może też być „bestia”) można utożsamić z sacrum? Być może – tak jest chyba w religiach animistycznych i panteistycznych. Ale znowu: czy nie istnieją różne stopnie „dzikości” (ergo: różne stopnie uzyskiwanej świadomości)? Nasz mit Genesis nauczył nas widzieć to jako zjawisko skokowe (Grzech Pierworodny, zerwanie Zakazanego Owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego – co można uznać za pojawienie się w człowieku samo-świadomości, wygnanie Pierwszych Rodziców z Raju… etc.), ale czy w rzeczywistości zyskiwanie tej świadomości nie odbywa się stopniowo (w sposób ciągły, ewolucyjny)? W takim razie należy uznać, że także i zwierzęta, (od których tak bardzo się kulturowo odseparowujemy) posiadają pewien stopień świadomości (a to dyskredytuje w jakiś sposób pojęcie „pierwotnej dzikości” – bo wtedy nie za bardzo wiadomo, czym mogłaby ona być – i w którym momencie się kończy).

Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że ktoś, czytając o Twoim doświadczeniu zrównującym – jak piszesz – bestię z sacrum, może Cię posądzić o jakiś krypto-satanizm. ;)
Ale rzeczywiście takie postrzeganie sacrum pojawia się w ludzkiej głowie (doświadczeniu, świadomości, wyobraźni?), choćby w słynnym stwierdzeniu Blake’a, że „Natura jest Kościołem Szatana” co, abstrahując od kontekstu satanistycznego, wskazuje na sakralność Natury, a więc „dzikości”).
I oczywiście nadal tabu oznacza to, co święte – podobnie jak to, co „zwierzęce” – i zbieżność tutaj nie jest przypadkowa.

Ten wątek (świadomość – Natura) pojawił się też we fragmencie mojego ostatniego wpisu:

Między jednością a osobnością plącze się twoja świadomość w Naturze
Wtedy, kiedy czujesz, że jesteś jedną z przyrodzonych jej cząstek
Może cię cieszyć ta więź – przepełniać błogie poczucie harmonii
Ale bywa też tak, że wobec Przyrody czujesz się obco, nieswojo
Bo przecież zostałeś kiedyś wygnany z jej naturalnego Raju
Dowiadując się wówczas (na dobre i na złe), że jesteś jednak INNY
Możesz to uznać za bezcenny dar, ale też i za wieczną klątwę, bo odtąd
Rozdarty między wspomnieniem niewinności a przekleństwem wiedzy
Żyjesz na granicy naturalnie i sztucznie stworzonych światów
Wiesz za mało by stać się w pełni mądrym i rozumnym człowiekiem,
A jednak zbyt dużo, by pozostać dzikim i bezmyślnym zwierzem

To wszystko w jakiś sposób łączy się ze sobą

SoS: Dziękuję, mi także bardzo przyjemnie się z Tobą dyskutuje. Zwłaszcza, iż nie masz w zwyczaju zaburzać się na inne widzenie świata – lecz jesteś otwarty, przedstawiając jednocześnie swój punkt widzenia. Mi to bardzo odpowiada, bowiem lubię poznawać inne perspektywy.
Szczerze rozbawiła mnie myśl, że ktoś mógłby posądzić mnie o jakieś satanistyczne inklinacje. Zawsze postrzegałem satanizm jako wyraz buntu, względem obecnej w monoteizmie koncepcji boga. Ja sam nie mam nic wspólnego z monoteizmem, nie uznaję również aksjologicznego dualizmu, który cechuje ten typ religijności (mam na myśli podział na dobro i zło). Nie mam więc przeciwko czemu się buntować. W istocie tego typu rozdzielenie, o którym mówię, zawsze było to dla mnie sztuczne, które prowadzi człowieka do alienacji – od sacrum, od natury i od siebie. Sam, jako tantryk, uznaję iż świat przeniknięty jest boskością. Nie ma elementów, które mogłyby być od niej oddzielone. Nie ma zła ani dobra – jest tylko świat, który istnieje. To, jak na niego reagujemy, to czy staje się dla nas piekłem czy rajem, placem zabaw czy komnatą tortur – stanowi nasz wybór. I nawet ci, którzy udają, że nie mają wyboru, dokonują go.

Oczywiście mógłbym odpowiedzieć na pytania dotyczące pojawienia się świadomości, rozwoju jej i kontaktu z sacrum – ale byłyby to odpowiedzi odnoszące się bardzo ściśle do mojego doświadczenia duchowego, mojego sposobu widzenia świata i mojego światopoglądu. Trudno mi więc powiedzieć, czy okazałyby się interesujące dla kogoś innego. Zwłaszcza, że nie chcę narzucać nikomu własnej percepcji spraw duchowych. Myślę, że najlepiej jest dochodzić do tej wiedzy samemu, dzięki doświadczeniu (np. medytacji). Powiem tylko tyle: nikt nie jest odgrodzony od Absolutu. Absolutu nie da się odgrodzić, jesteśmy w nim zanurzeni. Jedynie percepcja, która została nauczona postrzegać rzeczywistość jako pozbawioną sacrum (padół łez i królestwo grzechu) może popaść czasowo w taką iluzję.

Wracając jednak do tematu: uważam, że zwierzę w swej dzikości pozostaje niewinne, bowiem dzikość jest elementem jego natury. Człowiek traci niewinność, gdy dokonuje decyzji z jego naturą sprzecznych. Czy to oznacza, że człowiek, ma się zachowywać jak zwierzę? Nie, bowiem naturą człowieka nie jest stan zwierzęcy – lecz stan istoty świadomej, obdarzonej zdolnościami: autorefleksji, tworzenia i duchowego wglądu. Istoty, której zadaniem jest rozwijanie własnych zdolności i udoskonalanie natury poprzez sztukę. Jednak często człowiek rezygnuje z tych zadań, na rzecz pragnień ego, oraz niższych emocji (nienawiści, zazdrości, strachu). Każda podjęta decyzja jest naszą decyzją i konstytuuje osobowość oraz nasz odbiór świata. Możemy więc żyć w harmonii, lub w pomieszaniu – zależnie od tego, co wybieramy. Nie uważam więc aby istniało jakieś zło, którego nie tworzymy sami. Niestety, współczesny obraz świata nie napawa optymizmem, jeśli idzie o kierunek, który wybiera wielu ludzi.

StB: Także uważam, że w naturze (a konkretnie: w rzeczywistości pozaludzkiej) zło i dobro nie istnieje. Kiedy jednak człowiek zaczął tworzyć coraz bardziej złożoną kulturę, (w której wstępował na coraz wyższe jednak stopnie świadomości – odróżniając się nota bene coraz bardziej od zwierząt) to pojęcie dobra i zła stało się niezbędne, ponieważ bez tego człowiek nie mógłby stworzyć etyki, czy też raczej moralności – następnego elementu odróżniającego nas od zwierząt. Bez systemu etycznego życie społeczne człowieka byłoby niemożliwe (innymi słowy: niemożliwe byłoby stworzenie społeczeństwa). Człowiek odseparowywał się więc coraz bardziej od zwierząt, czyli de facto, od natury. (W tym znaczeniu nasza kultura jest tworzona niejako w opozycji do natury – czego echo mamy choćby w micie o wygnaniu z Raju Pierwszych Rodziców.) Sądzę że – chcąc mienić się człowiekiem – nie możemy żyć poza etyką (człowiek nie jest istotą amoralną – wbrew temu, co twierdzili ci, którzy uważali się za ludzi „wyzwolonych”).

Zgadzam się: zwierzę w swojej dzikości pozostaje niewinne. Ale to dlatego, że nie tworzy żadnej wyższej kultury charakteryzującej człowieka. Za człowieczeństwo „płaci” się więc tym, że alienuje nas ono coraz bardziej od amoralnej w swej istocie Natury. Nasza moralność (wrażliwość etyczna) jest tym samym najważniejszym wyznacznikiem naszego człowieczeństwa. Bez niej cofamy się do „dzikiego” świata zwierząt – przestajemy być ludźmi.

SoS: I znów nie do końca mogę się zgodzić z tym podejściem. Wedle mnie podział na dobro i zło oparty jest nie tyle na wyższych własnościach świadomości, co raczej na kompleksie ego. Większości osób dobro kojarzy z tym co dla nich jest pożyteczne lub przyjemne – zło zaś z odwrotnością pożądanych stanów. Taki punkt widzenia zawęża percepcję i skazuje podmiot na wieczne ocenianie świata, według kryteriów tego podziału. Jednak one same ulegają z czasem zmianie, tak więc i moralność jej ulega. Nie istnieje coś takiego jak moralność ponadczasowa. Etyka dąży do pewnej uniwersalności, jednak aby ją mogła zrealizować, nie może opierać się na wartościach zmiennych w czasie.
Z kolei np. holizm traktuje świat jako całość – niezależnie od jego wartości moralnych. Jest to powiązany splot procesów i manifestacji. Istnieją doświadczenia, które mogę zinterpretować w różny sposób. Czy złem staje się dla mnie śmierć kogoś bliskiego, jeśli dzięki niej odkryję nowe struny w swej duszy i napiszę nieśmiertelny poemat?

W mej interpretacji rzeczywistości dobro i zło zostało stworzone przez ludzi o dość fundamentalistycznych upodobaniach. Tych, którzy swoją dobrą prawdę przeciwstawiali złej prawdzie innych. W mojej interpretacji istnieją jedynie różne tunele rzeczywistości. Można więc przyjąć, że dobro i zło istnieje w ludzkich głowach – ale znów nie istnieje ono obiektywnie, w naturze. Dla mnie pozostaje iluzją umysłu, bez której znakomicie sobie radzę. A nawet zaryzykuję twierdzenie, że porzucenie tych wartości wyzwoliło mnie z wielu dylematów. Czy jednak oznacza to druzgocący brak etyki? Niekoniecznie… Uznaję, że rzeczy można podzielić na te, które rozwijają mnie, oferując mi jakieś inspirujące i konstruktywne doświadczenia, oraz na takie, które mogłyby mi zaszkodzić, lub nie wniosłyby nic istotnego do mojego życia. Mogę wiec decydować świadomie o kierunku mej wędrówki – nie potrzebuję do tego moralnego straszaka, a jedynie własnej świadomości i woli.
Zapewne jest to postawa dość amoralna. Jednak czy moralność jest dobrem, aby amoralność miała stawać się złem?

StB: Również uważam, że nie istnieje coś takiego jak „moralność ponadczasowa”. Nie zgadzam się natomiast z tym, że nie można „realizować” etyki, jeśli nie opiera się ona na wartościach niezmiennych w czasie. Moim zdaniem etyka (moralność) ulega ciągłej ewolucji – tak, jak ewolucji ulega cała ludzka kultura. System etyczny można oczywiście tworzyć bez odwoływania się przy tym do jakiejś Wyższej Instancji – tak jak to się dzieje obecnie w nowoczesnych społeczeństwach opartych na świeckich podstawach, nie odwołujących się bezpośrednio do żadnej religii.

Piszesz: „Czy złem staje się dla mnie śmierć kogoś bliskiego, jeśli dzięki niej odkryję nowe struny w swej duszy i napiszę nieśmiertelny poemat?”
Myślę, że warto jednak zachować tutaj pewne proporcje. Czy na pewno śmierć kogoś bliskiego (np. Twojego dziecka) można zestawiać z korzyścią napisania „nieśmiertelnego poematu”? Według mnie jest to poważne zaburzenie hierarchii wartości (przynajmniej w systemie etycznym wyznawanym przeze mnie). I ponadto: czy w tym przypadku Twój „nieśmiertelny poemat” nie mógłby być Twoją „iluzją umysłu”?

Piszesz: „Wedle mnie podział na dobro i zło oparty jest nie tyle na wyższych własnościach świadomości, co raczej na kompleksie ego. Większość osób dobro kojarzy z tym co dla nich jest pożyteczne lub przyjemne – zło zaś z odwrotnością pożądanych stanów. Taki punkt widzenia zawęża percepcję (…)”
A nieco dalej: „Uznaję, że rzeczy można podzielić na te, które rozwijają mnie, oferując mi jakieś inspirujące i konstruktywne doświadczenia, oraz na takie, które mogłyby mi zaszkodzić, lub nie wniosłyby nic istotnego do mojego życia.”
To jest właśnie podejście bardzo egoistyczne. Wydaje mi się, że pisząc to Ty sam opierasz się na jakimś „kompleksie EGO”, które uznajesz za jedyny wyznacznik wartościowania.
Deklarujesz także własną amoralność. A to właśnie amoralność jest według mnie postawą skrajnie egoistyczną, a przy tym wysoce aspołeczną ponieważ odrzuca (czy też lekceważy) wartości przyjęte przez społeczeństwo, którego jesteś członkiem. Bowiem, nawet jeśli nie przyjmuje się wszystkich tych wartości uznawanych przez większość społeczeństwa (bo jednak wielu ludzi myśli bardziej samodzielnie, chce żyć bardziej świadomie i nie poddawać się etycznemu automatyzmowi), to jednak tworząc własną hierarchię wartości, należy moim zdaniem brać także pod uwagę wartości wyznawane przez innych ludzi, żyjących obok ciebie – i mieć na uwadze nie tylko tzw. „dobro” własne (bo to byłoby właśnie uleganie „kompleksowi EGO”), ale i „dobro” innych.

Według mnie pojęcia dobra i zła – nawet jeśli powstaje tylko w ludzkich głowach – nie można umieszczać w kategorii „umysłowych iluzji”. Jak możemy się bowiem przekonać (choćby z niedawnej historii, vide: systemy totalitarne, masowe ludobójstwa…) to jednak to, co uznamy za dobro, a co za zło (czyli to, po której stronie się opowiemy i jaki system etyczny uznamy za wart respektowania) przekłada się bardzo konkretnie na jakość rzeczywistości i świata w jakim żyjemy.

SoS: Mam wrażenie, że nie do końca mnie zrozumiałeś. Być może stało się tak z uwagi na lapidarność mojej wypowiedzi. Pozwól więc, że dokładniej wyjaśnię, co miałem na myśli:
Dobro i zło nie może być oparciem dla żadnego zdrowego systemu etycznego: ponieważ uznanie obu tych zasad, zasadza się na całkowicie osobistym odbiorze. Różni się ono nawet pomiędzy poszczególnymi ludźmi. Np. naziści, których sam wspominasz, wierzyli że czynią dobro, mordując żydów. Żydzi byli złem, a wartości aryjskie najwyższym dobrem. Inkwizycja Kościelna także czyniła dobro paląc ludzi na stosach. Podobne przykłady można byłoby mnożyć. Od momentu, gdy człowiek wymyślił dobro i zło, były one jedynie narzędziami w rękach wszelkiego rodzaju fundamentalistów, którzy wykorzystywali te „wartości” do niewolenia, niszczenia i manipulowania innymi ludźmi. Ponieważ wiara w tego typu moralny dualizm usprawiedliwia fundamentalizm. Jeśli istnieje dobro i zło, ktoś musi mieć absolutną rację, a ktoś musi się mylić, być zagrożeniem, być chory, lub niebezpieczny. Jak łatwo jest wtedy popełniać zbrodnie w imię dobra: większego dobra, społecznego dobra, etc.
Ludzie od zarania dziejów kierując się swym ego, nie zaś swym rozumieniem, czynią zło by chronić dobro, kłamią by chronić prawdę i czynią rzeczy brzydkie by chronić piękno.

Jeśli zaś o ewolucjonizm chodzi – uważam, że jest to bardzo przestarzała teoria, która miała poprawiać humor ludziom Zachodu. Ewolucjonizm nie istnieje w kulturze, zarówno na poziomie religijnym, jak i etycznym. Dowodzi tego wiele badać etnograficznych, które informują nas, iż kultury pierwotne niejednokrotnie wyprzedzają rozwinięte cywilizacje pod względem filozoficznym czy etycznym (i nie muszą do tego znać idei dobra i zła: często jej nie znają). Porównać można w tym zakresie niektóre aspekty kultury Aborygenów czy Indian Amazońskich. Także wiele dawnych cywilizacji nie opierało się na dychotomii dobra i zła. Można powiedzieć, że jest ona właściwa jedynie na religii monoteistycznych. Np. społeczeństwo Wedyjskie opiera się na obowiązku kastowym i karmicznym, którego wypełnianie zapewnia ład społeczny. Niejednokrotnie jednak związane jest z tym, co człowiek zachodu określiłby jako zło. Porównać w tym aspekcie można rozmowę księcia Ardżuny z Krishną w Bhagavacie Gicie.

Zaskakuje mnie bardzo (i też nieco martwi) sposób w jaki odczytałeś moją deklarację o etyce opierającej się o samorozwój. Dla mnie jest niezwykle oczywistym, iż to miłość stanowi siłę, która pozwala mi się rozwijać i prowadzi mnie dalej. Miłość do świata, czy do innych istot. Nie potrafię więc pojąć, w jaki sposób miałoby to doprowadzić mnie do egoistycznych decyzji? Egoizm nie rozwija jednostki, buduje jedynie różnego rodzaju iluzje i czyni nas nieszczęśliwymi. Proponowana przeze mnie wizja, opiera się na świadomych wyborach, a także na przekonaniu, iż świat (więc i moja natura, od której w przeciwieństwie do monoteistów nie czuję się oddzielony) jest doskonały. Świat jest przeniknięty miłością i boskością. Ludzie czasami tego nie rozumieją i oddzielają się od niego, błądzą i robią sobie krzywdę. Ale też nie uważam, aby to było złe. Być może taka właśnie nauka jest im potrzebna, aby w końcu zauważyli Raj, który ich otacza i zrozumieli, że nikt nigdy ich nie wygnał z niego…

To mniej więcej miałem na myśli prosząc o śmierci osób bliskich i poemacie. To, że świat jest miejscem w którym doświadczamy i uczymy się. Nie wszystkie lekcje są przyjemne, ale każda z nich może pozwolić nam rozwinąć mądrość, zrozumienie i współczucie. Każda z nich być dla nas kolejnym stopniem na drodze rozwoju, zamiast być jakiegoś rodzaju złem, które odrzucamy.
Świat jest doskonały. Jeśli twoje dziecko umiera, abyś mógł napisać poemat – to może właśnie to był jego dar? Może ta istota urodziła się właśnie po to, abyś mógł to zrobić? Nie możesz tego wiedzieć. Może twój poemat zmieni tak wiele, iż ludzie staną się dzięki niemu lepszymi i bardziej świadomymi istotami? Oczywiście, wiele jest tych może. Niemniej sięgając po ten przykład, próbuję ci unaocznić, że nigdy nie znamy całości splotu karmy. Widzimy fragment. Nie jest mądrze na tej podstawie uznawać coś za dobro czy zło, ponieważ zwykle nie widzisz skąd wyrasta dane zdarzenie i do czego dąży. Naturą świata jednak jest harmonia i doskonałość (do czego doszedł też Ginsberg w epilogu Skowytu), więc wszystkie rzeczy dążą do niej w sposób naturalny.
Co więcej, chciałbym nadmienić, że nie jestem teoretykiem jedynie. Żyję w zgodzie z tą filozofią i wynika ona z moich doświadczeń, wśród których także było wiele bolesnych zdarzeń (również śmierć bliskich osób). Jednak nigdy nie traktowałem ich jako zło a raczej jako doświadczenia. Śmierć także nie jest złem – jest naturalnym stanem transformacji, do którego dąży świadomość żywej istoty. Nie ma w niej nic, czego należy się bać. Dlaczego więc obciążać zmarłych naszym żalem czy niezgodą na ich los, kiedy raczej powinniśmy wspierać ich poprzez zrozumienie?

Tak, też mam wrażenie, że zboczyłem mocno w stronę mistyki. Niemniej trudno mówić o wartościach nie mówiąc o sferze ducha. Wartości ze swej natury mają duchowy charakter i jedynie w ten sposób mogą być w pełni percypowane. Umysł tworzy na ich temat idee, ale jest to tylko labirynt luster.

Nadmienię na koniec także, że nie czuję się źle nie będąc częścią współczesnego społeczeństwa. I nie uważam tego za zbrodnię. Społeczeństwo jest chore – nie jest zdrowym aktualnie przebywać razem z nim. Dlatego działam raczej w kontrkulturze – która zawsze miała za zadanie odnawiać wartości i szukać nowych dróg w momencie kryzysu.

Mam nadzieję, że teraz stało się nieco jaśniej i moja aktualna wypowiedź jest bardziej klarowna.

StB: Myślę, że Cię zrozumiałem, tyle że nie podzielam niektórych Twoich poglądów. (Czy gdybym się z wszystkim zgodził, to dopiero wtedy uznałbyś, że Cię zrozumiałam? ;))
Postaram się zakreślić pewne różnice w naszym zapatrywaniu na dobro i zło ( w odniesieniu do tego, co napisałeś w ostatnim swoim komentarzu):

– Co to znaczy „zdrowy system etyczny”? Pisząc tak, już tym samym przyznajesz, że istnieje zdrowie, (które można nazwać – i nazywa się – dobrem) i choroby, (która jest uważana przez ludzi za zło)

– Ja nie przeczę, że pojęcie dobra i zła jest relatywne, tylko że mamy obowiązek opowiedzieć się za tym, co uważamy (uznamy – czy to za sprawą własnego, „egoistycznego” wyboru, czy to kierując się normami stworzonymi przez społeczeństwo, w którym żyjemy) za dobre, a unikać tego, co uznamy za złe. (Uważam, że życie społeczne bez zasad moralnych – czyli bez rozróżniania dobra od zła – nie byłoby możliwe. Ale o tym napisałem już wyraźnie w jednej z poprzednich odpowiedzi Tobie – zaczynającego się od stwierdzenia: „Także uważam, że w naturze (a konkretnie: w rzeczywistości pozaludzkiej) zło i dobro nie istnieje (…) ”
Ja np. nie uznaję za swój system etyczny nazistów, w którym zabijanie Żydów (i stworzenie obozów masowej zagłady ludzi) było (dla nazistów) dobrem. W moim systemie etycznym to było (jest) ewidentne zło, któremu należało się sprzeciwić (i to jest właśnie wybór moralny – a wyborów moralnych w naszym życiu nie da się jednak uniknąć).

– Kiedy człowiek „wymyślił” dobro i zło, (czyli stworzył system etyczny – moralność), to służyło to nie tylko do – jak piszesz – niewolenia, niszczenia i manipulowania innymi ludźmi (oczywiście to też miało miejsce), ale także (może nawet przede wszystkim) do organizacji samego społeczeństwa, bez czego jego funkcjonowanie byłoby niemożliwe.

– Pisząc: „Ludzie od zarania dziejów kierując się swym ego, nie zaś swym rozumieniem, czynią zło by chronić dobro” jesteś niekonsekwentny, bo przecież uważasz, że coś takiego jak dobro i zło nie istnieje. Biorąc to pod uwagę nie masz więc prawa używać takich słów jak lepszy czy gorszy.

– Ewolucjonizm nie jest według mnie przestarzałą teorią (tu zresztą wyłania się pytanie: jaki ewolucjonizm?) Moim zdaniem ewolucjonizm jak najbardziej istnieje w kulturze a to z tej prostej przyczyny, że kultura (a wraz z nią stworzony przez nią system etyczny) się zmienia (czyli ulega ewolucji). Oczywiście, można czasami uznać, że kultura się „uwstecznia”, czy też degeneruje, ale to też jest spowodowane ewolucją.

– Każda ludzka kultura tworzy moralność (czyli system norm regulujących życie grupy społecznej). Nie musi tego nazywać złem czy dobrem (to jest przecież tylko sprawa nazewnictwa), lecz np. (sam o tym wspominasz) obowiązkiem. Czyli dobre jest to, co robi się zgodnie ze swoim obowiązkiem, a złe to, co się temu obowiązkowi sprzeciwia (to jest właśnie moralność, czyli zdolność rozróżniania tego co jest dobre od tego, co jest złe – a pochodną tego jest sumienie).

– Pojęcie dobra i zła w systemie etycznym nie opiera się jedynie na egoistycznych (czyli osobniczych, indywidualnych) przesłankach, jak twierdzisz. Wprost przeciwnie: system etyczny powstaje by przezwyciężyć wrodzony człowiekowi egoizm (czyli dbanie jedynie o WŁASNE dobro) w celu ochrony tego, co dobre jest dla całej społeczności. Skrajnym egoizmem jest więc całkowite odrzucenie tego systemu (spotykane np. wśród socjopatów).

– Piszesz o miłości jako głównym motorze Twojego rozwoju. Wspaniale! (piszę to bez cienia ironii). Tylko czy wtedy miłości nie uznasz za dobro, a nienawiści za zło? Przy czym, nieważne jest, czy nazwiesz to „dobrem” czy „złem” – bo to są tylko słowa służące ludziom do tego, by się porozumieć. Chodzi o to, że deklarujesz, iż miłość jest czymś przez Ciebie akceptowanym, pożądanym, wybieranym (czyli można to nazwać „dobrem”), zaś nienawiść – przeciwnie: jest czymś czego należy unikać, co trzeba odrzucić (ergo: jest „złem”).

– Piszesz o miłości, która jest „miłością do świata i innych ludzi”, piszesz o rozwoju, który pozwoliłby rozwinąć w Tobie „mądrość, zrozumienie i współczucie”. Piszesz, że świat jest doskonały, przepełniony „boską miłością”. Ale jak mógłbyś przy tym pozostawać obojętny wobec… np. dymiących kominów oświęcimskich krematoriów? (bo przecież nie uważasz, że to było „złe”). Co z tym współczuciem? Bo przecież katowani i zgładzani tam całymi setkami tysięcy ludzie przeraźliwie cierpieli – czy myślisz, że oni także uważali, że przepełnieni są „boską miłością” i że żyją w doskonałym świecie? Uważasz, że nie jest „mądrze” uznawać tej zbrodni za zło (bo to jest tylko „fragment” rzeczywistości?) Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co piszesz.

– Jak możesz pisać o „odnawianiu wartości” (co ponoć czyni kontrkultura) skoro nie uznajesz, że coś może być lepsze, a coś gorsze (bo to właśnie jest konsekwencją zaprzeczenia temu, że istnieje dobro i zło) – to pozostaje dla mnie tajemnicą.

– Tajemnicą jest też dla mnie to, jak możesz pogodzić „miłość do świata i innych ludzi” z oświadczeniem, że nie jesteś częścią współczesnego społeczeństwa, bo ono jest chore.

SoS: Oj, a dla mnie to nie tajemnica. Patrzymy na te sprawy z bardzo różnych punktów widzenia.
Nie, nie chcę, żebyś się ze mną zgadzał. Raczej chodzi mi o otwartość i rozumienie. Trudno mi wyjaśnić słowami różnicę, którą postrzegam między Twoim a moim podejściem, jednak jest ona w mym odczuciu bardzo namacalna i istotna.

Ja po prostu uznaję, że nienawiść, ból, wojny etc. też mają swoje miejsce i czas. Współczuję istotom, które doświadczają cierpienia – ale czasem jest to potrzebne, aby móc pojąć pewne rzeczy i znaleźć mądrość. Mnie samego bardzo wiele nauczyły takie przejścia. Przede wszystkim rozumieć. Nie zawsze usunięcie choroby bywa rozwiązaniem. Czasem choroba zmusza nas do przepracowania problemu. Nie jest czymś co należy odrzucić lecz w co należy wejść. To podejście jest stosowane także klinicznie w psychologii transpersonalnej Groffa, czy też w szamanizmie ludów pierwotnych. Cierpienie bywa oczyszczeniem. Można się zastanowić w tym kontekście jakiego oczyszczenia potrzebowała Europa tworząc dwie ostatnie wielkie wojny? Nie zawsze wybory jakich dokonuje się, są poprawne – ale taka jest cena poszukiwania. Poszukując odkrywamy nowe odniesienia, co inspiruje nasz rozwój.

Różnica, którą próbuję uchwycić polega chyba na tym. Iż nazywając coś złem odbierasz mu rację istnienia, wyganiasz to, odcinasz się od tego. Ja zaś uważam, że wszystkie te rzeczy są częścią nas, częścią świata. Nie czymś od czego powinniśmy uciekać, lecz czymś co należy zrozumieć i przepracować. Druga Wojna Światowa i zagłada żydów to nie jakieś zło, które należy potępić i uwiązać u pręgierza. To lekcja dla nas o nas. Lekcja, która nas uczy wiele o tym, co jest w stanie uczynić człowiek taki jak my. Z psychologicznego punktu widzenia: potępiając Cień w sobie nie zrozumiesz go i nie zintegrujesz. W efekcie zaś nie będziesz kompletną jednostką. To co zepchnięte w podświadomość włada psychiką w sposób bardzo przewrotny i silny.

Jeśli idzie o cierpienie – zapewne mój stosunek do niego wyda Ci się dziwny. Jednak, jak mówiłem, nie jest ono złem lecz oczyszczeniem. Współczuję istotom, które muszą go doświadczać. Ale sam doświadczałem go także wiele razy i to dość skrajnie. I wiem ile mnie to nauczyło. Więc dlaczego mam nie doceniać mądrości cierpienia? Wiedza o karmie to pożyteczna rzecz. Daje ci szerszą perspektywę niż jedno tylko życie.

Miłość jest siłą we wszechświecie, która unifikuje przeciwieństwa. A więc jest także ich śmiercią. Czy można nazwać śmierć dobrem? Nienawiść oddziela rzeczy od siebie i tworzy konflikty między nimi. To nie zawsze jest złe. To jest taniec Shiva-Siakti. Energie dopełniają się w cyklach, czasami jako destrukcja, czasami jako tworzenie. Ja po prostu chciałbym przekazać myśl o otwartości na nie, zrozumieniu i harmonii.
I możesz powiedzieć, że w takim razie stan bez harmonii uznam za zło. Ale to nie prawda. Uznam go za naukę. Czy jeśli dziecko sparzy się ogniem nazwiesz to złem? Poprzez takie doświadczenia wciąż się uczymy. Nie sądzę, że istnieje jakiś stan mistycznego dobra do którego można dotrzeć. Mówiąc prawdę, sądzę, że droga ku doskonałości jest drogą bez końca – to właśnie jest piękne.

Np. w Hinduizmie droga ku wyzwoleniu polega na przekroczeniu iluzji dobra-zła, co dzieje się w momencie wzniesienia ponad gunę satvas. Satvas oznacza dobro i jest uważane za jedną z zasad świata materialnego, która niewoli duszę. Ponieważ istnieje coś więcej niż to dobro i coś więcej niż zło. A tym czymś jest boskość którą mamy w sobie i która przekracza to rozdzielenie.

Myślę, że błąd, który popełniam polega na tym, iż gdzieś wierzę, że każdy człowiek jest w stanie kierować się swoją Świadomością i realizować na poziomie, o którym piszę. Podejrzewam, że to utopia niestety. Podejrzewam, a nawet jestem pewien, że masz rację mówiąc o tym, iż społeczeństwo potrzebuje zasad moralnych. W sumie wiele nauk duchowych też o tym mówi wprost. Nietzsche stworzył swojego Nadczłowieka… Trzeba być zapewne gotowym na to, aby przekroczyć ten dualizm i kierować się swoim Światłem. Na niższym poziomie potrzebny jest ład.

Odnośnie twojego ostatniego argumentu odpowiem, iż mogę kochać istoty i ich światło a jednocześnie odmawiać uczestnictwa w ich chorym wzorcu. Jeśli współczujesz komuś choremu to leczysz go, a nie dążysz do tego, by dzielić z nim niedolę, prawda?

Może robię błąd pisząc o tym wszystkim tutaj, bowiem rozmowa ta staje się powoli zbyt osobista. Ale mam nadzieję na to, iż z zetknięcia naszych światopoglądów stworzy się coś interesującego.

P. S. Tak na marginesie: ewolucja nie zakłada nigdy ewolucji wstecznej. To paradoks, który się wyklucza. No cóż… Mi się jak widać też wymykają dialektyczne wstawki, mea culpa.

StB: Sądzę, że nie możemy się porozumieć, gdyż to, co mówisz jest wyniesione na jakiś abstrakcyjny poziom (wiele z tych koncepcji filozofii i mitologii Wschodu, do których się odwołujesz, to są dla mnie po prostu koncepcje nieweryfikowalne – tak jak nieweryfikowalne są np. pewne elementy wierzeń religijnych), który nie przystaje niestety do rzeczywistości (kulturowej, społecznej), w jakiej żyjemy. Bo już to, że wsiadasz do tramwaju, idziesz z kimś na kolację, siedzisz w kinie, pracujesz w konkretnych warunkach ekonomicznych… to i mnóstwo innych uwarunkowań sprawia, że musisz się przystosować do pewnych reguł społecznych, musisz – chcąc nie chcąc – respektować normy i zasady obowiązujące wśród ludzi, z którymi masz styczność. Oczywiście, że możesz myśleć co chcesz – tworzyć w swojej głowie najbardziej fantastyczne koncepcje – ale i tak musisz kupić bilet, nie możesz wylać komuś rosołu na głowę albo okradać jawnie swojego pracodawcy… nie możesz też zabić swojego dziecka (bo uważasz, że to wcale nie musi być złe – skoro np. dałoby Ci możliwość napisania „nieśmiertelnego poematu”)… Tzn. możesz to wszystko zrobić, ale zostaniesz w końcu z tego społeczeństwa wyizolowany (mógłby ktoś powiedzieć: „unieszkodliwiony”). I Ty o tym wiesz, i dlatego nie posuniesz się do skrajności, (które wg Ciebie nie byłyby żadnymi skrajnościami, ale tylko konsekwencją i realizowaniem swoich koncepcji – np. takiej, że można dokonać czynu złego, bo on wcale nie jest zły – jako że „zło” to iluzja).
Tak więc swój światopogląd możesz realizować tylko w swojej wyobraźni (bo w praktyce i w rzeczywistości, w której żyjesz byłoby to niemożliwe), albo uciec na pustynię i żyć w oderwaniu od cywilizowanego świata w jakiejś jaskini i tam wznosić się „ponad gunę satvas”. Moim zdaniem to właśnie jest iluzoryczne.
Ja wiem, że w tej chwili możesz się zżymać (że znów Ciebie nie rozumiem) i już chyba nawet wiem, co możesz mi na to odpisać.
Rozumiem Twoje koncepcje, ale powtórzę: nie podzielam ich i nie widzę raczej dla nich miejsca w świecie, w którym żyję. Rozbrajają mnie choćby takie Twoje stwierdzenia, jak: „Druga Wojna Światowa i zagłada żydów to nie jakieś zło, które należy potępić”. Wiem, co chcesz powiedzieć i dlaczego to mówisz, ale jest to dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ stawia to na głowie cały mój światopogląd, godzi w system etyczny, który przyjąłem, burzy całą moją wizję pożądanej cywilizacji i samo pojęcie człowieczeństwa, czy choćby zwykłej przyzwoitości… etc. To była wg mnie zbrodnia, której należało się przeciwstawić. Tym samym, dyskusja z Tobą na ten temat staje się niemożliwa, bo zaczynamy operować zupełnie różnym językiem etycznym. (Może nie tyle niemożliwa, co bezcelowa). Ale mimo to rozumiem to, co pisałeś.

Oczywiście, że nazwanie „zła” jest próbą jego (czy też raczej tego, co ono reprezentuje) wyodrębnienia i odseparowania się od niego. Nawet wtedy, kiedy ma się świadomość, że całkowicie nie da się go ze świata wyeliminować. (Piszę „zło” ujmując to słowo w cudzysłów, by zaznaczyć, że w moim pojęciu jest to jedynie konstrukt pojęciowy, który ułatwia/umożliwia ludziom orientację w przestrzeni etycznej – którą oczywiście sami stworzyli. I bez której nie mogliby stworzyć społeczności, w jakiej dałoby się żyć.)

PS. Istnieją koncepcje tzw. „ewolucji wstecznej” (dewolucji), ale masz rację: jest to właściwie antonim. Miałem oczywiście na myśli to, że proces zmian dokonuje się nieprzerwanie – i niekoniecznie musi to być „rozwój”, „doskonalenie”… ale też i pewnego rodzaju regres, powrót do form bardziej prymitywnych, pod pewnymi względami „gorszych”.

SoS: A ja z kolei, z przewrotnością właściwą chyba tylko mnie dochodzę do wniosku, że właśnie osiągnęliśmy porozumienie, dochodząc do ograniczeń naszych koncepcji. ;)
Odniosę się tylko na chwilę do Wojen Światowych – naprawdę uważasz, że wystarczy to potępić, zamiast uświadomić sobie to, co próbujemy zepchnąć i wziąć za to odpowiedzialność? To nie było nieludzkie, bo ludzie to zrobili. To było bardzo ludzkie. I jak dla mnie tylko wtedy kiedy uświadomimy sobie ten fakt i zaczniemy pracować nad własnym wnętrzem, możemy wyeliminować takie sytuacje w przyszłości.

Poza tym trochę naciągasz niektóre moje wypowiedzi i demonizujesz je. Ja proponuję po prostu odpowiedzialność przed samym sobą i własnym sercem, (które jest Światłem i Prawdą w nas – w duchowym sensie oczywiście), zamiast odpowiedzialności względem systemu moralnego czy społecznego. Wierzę chyba, że w swoim wnętrzu ludzie są boscy. Gdyby to pojęli może przestaliby się tak strasznie plątać, co skazuje ich niestety na cierpienie.

Rozumiem poza tym, że nasza rozmowa z punktu widzenia intelektu stała się za bardzo rozmyta. Aczkolwiek dla mnie sprawy o których mówię, są całkowicie namacalne i wynikają z doświadczeń. By the way: żyję aktualnie w pewnego rodzaju samotni właśnie dlatego, by móc się realizować. Więc jak widzisz można, nawet w tym społeczeństwie. ;)
Masz rację, musiałem wybrać: kariera naukowa i życie społeczne albo rozwój duchowy. Można zawsze się pocieszyć, że eremici są na tyle oderwani od realiów, że stają się lekko szaleni. ;) Chociaż z drugiej strony czasem wiele rzeczy lepiej widać z dystansu.

Mimo tego, że nie możemy się zgodzić, całkiem milo mi się z Tobą rozmawia, za co dziękuję i pozdrawiam.

StB: Spodobało mi się w Twoim podejściu do naszej dyskusji to, że z Twojej strony nie wyczułem żadnej agresji (jakże częstej przecież w wirtualnych sporach), mimo że nie mogliśmy się zgodzić co do wielu kwestii. Dlatego jej nie przerwałem.
To prawda, niektóre z Twoich wypowiedzi – nie tyle demonizowałem – co, kontrargumentując je, sprowadzałem do absurdu, celowo podając trywialne przykłady (bo uważałem, że w konsekwencji właśnie do tego prowadzą). Innymi słowy: starałem się wykazać ich nieprzystawalność i pewną utopijność w stosunku do realiów społecznych w jakich żyjemy. (Nie „naciągałem” więc, tylko wyprowadzałem z nich pewne logiczne konsekwencje.)

Co do Wojen Światowych: oczywiście, że potępienie ich to za mało. Mnie zawsze zależało na tym, aby dotrzeć i uświadomić sobie to, co rzeczywiście leżało w rdzeniu ich przyczyn. I aby tego dokonać posługiwałem się m.in. pojęciami dobra i zła (czyli patrzyłem na to przez pryzmat systemu etycznego, który bardziej lub mniej świadomie przyjąłem). I niestety, już dawno dotarło do mnie to, że zbrodnie jakie popełniali np. naziści były właśnie jak najbardziej „ludzkie” (przymiotnik „nieludzki” używany jest przeze mnie raczej metaforycznie – po to, by podkreślić mój sprzeciw wobec tego typu zachowań, które urągają mojemu pojęciu „człowieczeństwa” i uznania dla wartości humanistycznych).

Temat przemocy i agresji zawsze mnie zajmował. Jeśli chcesz, to możesz zapoznać się z moim tekstem pt „Czas przemocy”, który właśnie się do tego odnosi.

Ja również proponuję „odpowiedzialność przed samym sobą i własnym sercem”. Właśnie z tych pobudek piszę to, a nie coś innego – i właśnie dlatego staram się bronić pewnych moich koncepcji etycznych.

Nie żyjemy w próżni i – chcąc nie chcąc – musimy także brać pod uwagę to, jaki system etyczny dominuje w kulturze (społeczeństwie), w którym żyjemy. Co oczywiście nie oznacza, że musimy go przyjmować ślepo, bezrefleksyjnie – że nie możemy go kontestować. Ja zresztą robię to w wielu swoich wpisach.

Wybierając „rozwój duchowy” też należy uważać, by nie ulegać jakiejś iluzji, która może nawet zniszczyć (zdeformować) człowieka nie tylko fizycznie, ale i duchowo.

* * *

*

Reklamy

Komentarze 24 to “LUDZKIE BESTIARIUM – W LABIRYNCIE ŚWIATA”

  1. avemi Says:

    „człowiek stając się sobą traci raj” – nie zgadzam się – naruszając osobę w jej raju – tracimy swój raj. Póki jesteśmy sobą dla siebie nasz raj istnieje… jeśli stajemy się bestią dla innych tracimy swój raj i niszczymy cudzy… TO JEST POZNANIE ZŁA!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę, że ta różnica w postrzeganiu „raju” bierze się z różnicy w tym, co rozumiemy przez „raj”.

      W swojej wypowiedzi SoS używa go – jak mi się wydaje – w kontekście biblijnym, któremu jednak nadaje szersze znaczenie, odnosząc to także do filozofii Wschodu. Kiedy stajemy się sobą, zaczynamy rozróżniać to co uważamy za złe, od tego, co dobre. Tak więc pierwsi ludzie, spożywając jabłko z „drzewa wiadomości dobrego i złego” stali się sobą, ale zostali za to wygnani z raju (czyli stracili „raj”). Ergo: raj jest możliwy tylko wtedy, kiedy nie istnieje wyodrębnione Ego – czyli na tym głębokim, pierwotnym poziomie (gdzie właściwie sacrum i profanum/bestia pozostają tym samym).
      Tak to rozumiem.

  2. Anna Hyra Says:

    Ciekawa konwersacja !

  3. enen Says:

    Twoj rozmowca na poczatku napomknal o Learym a temat jest bardzo ciekawy bo wydaje mi sie ze korzysta z jego idei ale tak naprawde nie wie skad biora sie korzenie tych idei.
    Dotyczy to tez naszego zatwardzialego spoleczenstwa, ktore zakazuje wszystkiego w „trosce” o nasze zdrowie. Dotyczy rowniez wiarygodnosci nauki w okreslaniu tego co dobre, a co zle, tak samo jak i kultury czy religii.
    To co dobre wiemy bez kultury, religii i nauki a te „zdobycze” kulturalne, religijne I naukowe czesto tylko ograniczaja nas.
    To jest oczywiscie powierzchowne, co teraz napisalem I wymaga sprecyzowania.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „To co dobre wiemy bez kultury, religii i nauki a te „zdobycze” kulturalne, religijne I naukowe często tylko ograniczają nas.”

      Nie mogę się z Tobą zgodzić. Bo jeśli tego, co dobre (i złe) nie wiemy od kultury, religii i nauki, to skąd mamy to wiedzieć? Nawet jeśli my sami decydujemy o tym, co dobre a co złe, to zawsze to będzie się odbywało w odniesieniu do kultury (wliczając w to naukę i religię).

      Trudno sobie wyobrazić istnienie jakiejkolwiek kultury bez kodeksu etycznego (podobnie jest z religią).
      Czy uważasz, że człowiek może funkcjonować w społeczności bez moralności?
      Bez zasad, norm moralnych i obyczajowych niemożliwe byłoby powstanie żadnego społeczeństwa.
      Czy np. lekarz (reprezentant nauki) może wykonywać swój zawód bez stosowania się do etyki? (Oczywiście teoretycznie może, ale po kilku „numerach”, w których złamałby przyjętą powszechnie etykę lekarską, przestałby być lekarzem, a może nawet skończyłby w więzieniu.

      Ludzie generalnie (zwłaszcza publicznie) nie lubią się odnosić do spraw etycznych (tak jakby to było czymś wstydliwym, albo ich niegodnym, bo przecież oni są „wyzwoleni” i poza stadną moralnością – i nie chcą tego, by ich oskarżono o moralizowanie. (Oczywiście nie mówię o „zawodowych” moralizatorach, takich np. jak kapłani, czy nauczyciele.

      • enen Says:

        Sos dobrze to opisał – mamy to w sobie. Nie potrzebujemy katechizmu, czy kodeksu etycznego, by czuć co jest dobre. Daj mi przyklad jakiegoś zwierzęcia, ktore czyni zło? Robi tylko tyle by przeżyć. Życie żeruje na życiu i to chyba nie jest złe, bo zajadasz czasem mięsko a chyba nie powiesz mi, ze masowa zagłada zwierzat jest jakimś wyimaginowanym dobrem skoro ludzkość musi napelnic żołądki.
        Oczywiście nie żyjemy w próżni, i musimy stosować się do zasad. To oznaka inteligencji, ale nie ma to nic wspolnego z tym ze kultura, nauka i religia wskazuja na to, co jest dobre lub zle.
        Zgadzam sie z Sos ze wspolczesny swiat jest chory, ale tak jak medycyna żeruje na chorym czlowieku tak i my mozemy wiele zdziałać próbując uleczyc nasz świat. Problem jest jaką definicję zdrowia przyjmiemy. Dobrostan? Czy to nie utopia? Niektórzy uwazaja, ze nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zdiagnozowani.
        Nieskonczona sciezka rozwoju – podoba mi się twoj tantryczny rozmowca Sos.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Niestety, wygląda na to, że w ogóle nie zrozumiałeś tego, o czym piszę.
          Czyli powiadasz, że człowiek nie potrzebuje kierować się żadnym systemem etycznym – bo to jest „nieskończona ścieżka rozwoju”?
          Źe nie musimy rozróżniać zła ani dobra – bo tak naprawdę one nie istnieją?

          Ale, jak widzę, mogę pisać po sto razy, że też uważam, że zło i dobro są pojęciami funkcjonującymi tylko w świecie stworzonym przez człowieka (oczywiście zgadzam się, że nie ma zła i dobra w przyrodzie, we Wszechświecie, że pojęcie dobra i zła się zmienia, dlatego jest ono względne… etc. – pisałem o tym wiele razy). Ale jednak człowiek musi tworzyć systemy etyczne, (czyli musi rozróżniać co jest złem, a co dobrem) by móc funkcjonować w społeczeństwie. (Przeczytaj jeszcze raz ze zrozumieniem mój ostatni komentarz, bo nie chcę się powtarzać.)

          Nawet jeśli nie nie kierujemy się systemem etycznym danej religii, czy jakimkolwiek innym (ja się takim ściśle nie kieruję – nawet jeśli chodzi o dekalog – bo nie chcę, żeby mi to było narzucane z góry), to jednak sami musimy stworzyć niejako swój własny system etyczny – sami musimy „czuć”, jak piszesz, co jest złe a co jest dobre – i wedle tego „osobistego”, wewnętrznego systemu starać się postępować, być mu niejako wiernym (sumienie).

          Tak czy owak, gdybyśmy nie rozróżniali zła od dobra, żylibyśmy jak zwierzęta. A jednak się od zwierząt różnimy – m.in. tym, że posługujemy się pojęciami dobra i zła, że tworzymy kulturę, a tym samy systemy etyczne, (bez których nie powstałoby żadne społeczeństwo).
          Twój przykład ze zwierzęciem jest więc zupełnie nietrafiony. Oczywiście, że zwierzę nie zna pojęcia dobra ani zła. Bo nie tworzy żadnej wyższej kultury. I dlatego jest zwierzęciem, a nie człowiekiem (czy Ty chciałbyś żyć jak królik, małpa, osioł, cielę czy baran?)
          Ja myślałem, że są to sprawy oczywiste, ale jak widać – takie oczywiste dla niektórych nie są.

  4. enen Says:

    Czlowiek to najgorsze zwierze jakie znam. Twierdzisz ze kieruje sie dobrem i zlem. Czy nie zyjemy jak ziwerzeta? Gorzej, bo siebie traktujemy gorzej niz zwierzeta. Te chociaz moga przekraczac granice bez problemow, wiz – apropo imigrantow.Wyzsza kultura? Nastepny frazes zupelnie do mnie nie przemawiajacy. Zwierzeta zyja zgodnie z natura – wiec przejawiaja wyzsza faze rozwoju niz my. My degradujemy nature – czyzby to byla ta wyzsza kultura? Chcialbym zyc jak osiol – chciales mnie urazic. Ale zycie osla nie jest takie zle – i na dodatek niczemu poza trawa nie czyni zla. Oczywiste sprawy nie istnieja. jesli tak myslisz to znaczy ze wpadles w trybiki maszyny i widzisz tylko system. Oczywiscie to tylko slowa i tak traktuje tez twoja odpowiedz. Poza tym co to znaczy nie chcesz sie powtarzac – Uwazasz ze nie rozumiem co piszesz? To ty mnie nie rozumiesz. Chodzi mi o to ze nawet w systemie moralnym, etycznym przez nas przyjetym zadne zwierze poza czlowiekiem nie czyni zla. O to mi chodzilo. A co ty mozesz wiedziec o psychice zwierzat i ich rozumieniu swiata? Typowa antropologizacja. Delfin np to tez zwierze a lepiej uzywa mozg niz my.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No tak, idąc Twoim torem rozumowania, najfajniej byłoby być bakterią albo wirusem, bo one są najlepiej przystosowane do życia (tylko co to jest za życie, jak nie ma nawet świadomości tego, że żyje?), no i nie łamią sobie głowy tym, co est dobro, a co zło.
      No tak, życie osła też jest fajne, zwłaszcza wtedy, kiedy ma co żreć. No więc żre i sra, i tak w kółko aż do usranej śmierci. (Ale czy Ty kiedykolwiek słyszałeś osła grającego jazz, który tak lubisz?)

      Piszesz, że wszystkie zwierzęta żyją zgodnie z naturą, wiec przejawiają (wg Ciebie) „wyższą fazę rozwoju, niż my”. Czyli: ameba, pierwotniak, gąbka morska, krewetka, żaba, bakteria, mucha, chrząszcz…itd. przejawiają wyższą fazę rozwoju, niż my. (Wybacz, ale wg mnie to stwierdzenie jest bzdurą.)

      Piszesz: „człowiek to najgorsze zwierze jakie znam”. Mocne ale bezsensowne. Człowiek potrafi zachowywać się wspaniale, tworzyć rzeczy wspaniałe… Swoją drogą musisz bardzo cierpieć żyjąc wśród ludzi, tych „najgorszych zwierząt” (bo przecież są nimi Twoi znajomi, przyjaciele, wreszcie Twoja rodzina – żona, dzieci…)

      Powiadasz, że oczywiste sprawy nie istnieją. Ale czy nie jest oczywiste to, że słońce świeci, krew krąży, 2+2 jest 4, koło jest okrągłe, kwadrat ma cztery boki, a ja teraz piszę do Ciebie list?

      Ja nie twierdzę, że człowiek kieruje się dobre i złem, tylko to, ze stworzył pojęcie dobra i zła (system etyczny), bez którego nie mógłby funkcjonować w społeczeństwie.

      Zwierzęta wcale nie mogą przekraczać granicy bez problemu (zwłaszcza jak jest zagrodzona drutem kolczastym, ale też kiedy jest ich teren rozdzielony np. autostradą, zabudowaniami… etc. Zwierzęta są bardzo ograniczone swoją niszą ekologiczną. Żadne zwierzę nie może żyć w tak różnorodnych środowiskach, jak żyje człowiek (jego zdolność przystosowania się do różnych środowisk jest zdumiewająca – a jest możliwa głównie dzięki technologii, jaką człowiek stworzył. (Dlaczego ja muszę tu pisać takie oczywistości?)

      Oczywiście, że żadne zwierzę nie czyni zła w systemie etycznym przez nas przyjętym, bo ono tego systemu nie przyjęło, czyli do niego nie należy (jest poza nim). Oczywiście my sami możemy go tam wciągać i np. twwierdzić, że zrobiło coś źle – np. wtedy, gdy zjadło nasze dziecko – co przecież każdy normalny człowiek nazwie złem – tylko że to jest jego (człowieka) zło, a nie zwierzęcia.

      Nie gniewaj się (nie jest moja intencja Cie obrażać), ale piszesz takie rzeczy, że aż się prosi żeby sprowadzać je do absurdu (bo absurd z nich logicznie wynika).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Poza tym, wszystko to co napisałeś świadczy o tym, że za nic masz ludzką kulturę (która jest rozwinięta w sposób niebywały w znanym nam świecie).
      W Twojej hierarchii, (sam to wyraziłeś expressis verbis) wyższą formę życia (wyższą fazę rozwoju) reprezentuje pantofelek.

      • enen Says:

        Chodzi mi o to ze człowiek wywyzsza sie za bardzo. Kazde zycie jest wartością. Żebyśmy przetrwali, nawet pantofelek jest potrzebny. Niepotrzebnie reagujesz agresją, sprobuj mnie zrozumieć. Wszytko to tylko slowa i do tego niescisle. Mnie denerwuje ten egocentryzm ludzki, wszedzie tylko Ja czlowiek! Czlowiek centrum wszechświata! Poza tym nie napisalem, ze nie potrzebujemy zadnej etyki czy moralnosci, tylko watpie czy kultura, nauka czy religia nam pomoze w tym.
        Nie musisz tez z taka emfaza osadzac mnie i poddawac w watpliwpsc poszanowanie kultury. Przeceniasz ja jednak zbytnio, co pokazuja ci naocznie fundamentalisci niszczac zabytki starożytności. Czyz nie taki byl temat ludzkie bestarium? Holistyczne pojmowanie swiata powinno wg mnie zrzucic czlowieka z piedestalu i nad tym chcialem na chwile sie zastanowic.
        Mozna by dyskutowac na temat przystosowania czlowieka do srodowiska – choc to temat zastepczy. Czlowiek nie przystosowuje sie tylko niszczy środowisko – mam na mysli wspolczesnego czlowieka. Aborygeni np zachowywali sie inaczej.
        Co do oczywistości – zostawie bez komentarza – nadajemy na innych falach.

        A skąd etyka?
        Z serca.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No właśnie, ja też uważam, że etyka powinna pochodzić „z serca”, ale także z rozumu (choć trzeba uważać, bo ten „rozum” może nasz czasami sprowadzić na manowce).
          Tak czy owak przyszło Ci się zgodzić ze mną, że człowiek nie może się obejść bez systemu etycznego (czyli bez zdolności rozróżniania dobra i zła) – co chciałem wykazać zarówno w rozmowie z Tobą, jak i z moim interlokutorem z wpisu. Abstrahując od tego skąd ten system się wywodzi: z religii, prawa, czy z naszego serca.
          W każdą kulturę, którą tworzy człowiek wpisana jest moralność. Śmieszą mnie próby udowadniania przez niektórych „wyzwolonych”, że są oni wolni od jakichkolwiek moralnych zobowiązań – także tych narzuconych im przez społeczeństwo, a nawet przez religię (mimo, że uważają siebie za ludzi niezwiązanych z żadną religią).

          To prawda, że warto niekiedy spojrzeć na wszystko z dystansu – z innej, nie tylko ludzkiej perspektywy, bo przecież nie jesteśmy sami na tym świecie, dzieląc go z innymi istota,i żywymi. Że powinniśmy bardziej respektować nasze środowisko naturalne i nie uważać, że wszystko jest nasze i że wszystko się nam należy. Masz rację pisząc, że ten tan antropologiczny egoizm jest przez nas strasznie rozdmuchany. Ja też uważam, że brakuje nam pewnej pokory, co jest może nawet śmieszne i absurdalne – zważywszy na naszą marność i znikomość wobec ogromu Wszechświata.

          Czy przeceniam ludzką kulturę? Wiesz, jest kultura i kultura. Ale bez kultury nie byłoby ludzkiej cywilizacji, a bez cywilizacji nie moglibyśmy teraz do siebie pisać (i to znajdując się po przeciwnych stronach Oceanu).
          Kultura jest tym co buduje naszą ludzką tożsamość, więc trudno ją przecenić.

          I na koniec jedna uwaga: nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale niemal wszystko co piszesz dowodzi Twojej mizantropii (o pesymizmie wobec ludzkiej cywilizacji nie wspominając). Wydaje mi się, że takie podejście (perspektywa) zniekształca jednak Twoją percepcję człowieka, a ogólnie: tego co ludzkie.
          Skąd ten pesymizm? Z tego że wszystko przemija, a my wszyscy jesteśmy śmiertelni?

  5. Joanna Says:

    Jestem w trakcie czytania książki – Paula Valadiera – „Pochwała sumienia”. Pada w niej cytat Jana Patouka :

    „Moralność nie jest po to, by umożliwiać funkcjonowanie społeczeństwa, lecz po prostu po to, by człowiek był człowiekiem. To nie człowiek ją określa według swych potrzeb, życzeń, dążeń czy pragnień. Przeciwnie, to moralność określa człowieka… Wszelki obowiązek moralny opiera się na tym, co można by nazwać obowiązkiem człowieka wobec samego siebie.”

    „Istnieje wyższy autorytet zobowiązujący jednostki w ich osobistym sumieniu, autorytet wyższy niż instytucje polityczne, oparty na szacunku do tego, co jest wyższe w człowieku.”

    Według Valadiera etyką możemy nazwać – kształtowanie jednostki przez wiele odniesień , treści te – odbieramy w procesie nauczania, ale także w trakcie współżycia z innymi ludźmi, które jest nacechowane różnymi obyczajami, zwyczajami, przyzwyczajeniami. Do tego dochodzi także prawo, którego znajomość powinna leżeć w interesie każdego człowieka – i to bez względu na wyznawaną przez niego religię czy filozofię …

    Moralność – jest to „poziom, na którym dochodzi do głosu sąd o tym, co powinienem czynić, by czynić dobrze. Co jest słuszne, a co niesłuszne, nawet jeśli moje postępowanie musi się przeciwstawiać rutynie czy zwyczajom grupy…”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trudno mi się zgodzić z tym pierwszym cytatem. Bo co to np. znaczy „by człowiek był człowiekiem”. Trochę mi to zalatuje frazesem. Dalej: to jednak człowiek określa moralność – i to „według swoich potrzeb, życzeń, dążeń czy pragnień”. Ale to prawda, że moralność określa człowieka i jest dla niego pewnym obowiązkiem.

      Nie wiem, czy istnieje „wyższy autorytet”. Wydaje mi się, że człowiek jest skazany na samego siebie.

      Zgadzam się natomiast z podaną na końcu definicją moralności:

  6. Repsak Says:

    Zgadzam się, że człowiek określa moralność. Słusznie też „moralność określa człowieka”, ale w sensie odniesienia do tego, co kwalifikuje człowieka jako człowieka a nie stopnia jego człowieczeństwa. Bo w takim przypadku człowiek niemoralny przestałby być człowiekiem.
    Mam kłopot z przyjęciem punktu odniesienia „według swoich potrzeb, życzeń, dążeń i pragnień”. Czy nie ma zewnętrznego punktu odniesienia? Chyba, że owe 4 atrybuty postrzega się wewnątrz ustalonego i przyjętego społecznie kodu moralnego, a wtedy nie indywidualna istota określa i przyjmuje albo nie przyjmuje ów kod, tylko społeczność, w której owa istota antropomorficzna żyje.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda, człowiek nie przestaje być człowiekiem nawet wtedy, kiedy jest amoralny, ba, nawet wtedy, kiedy jest zbrodniarzem.
      Ale czasem mówi się o „człowieczeństwie” jako pewnym wzorcu, może nie tyle idealnym, ale wyznaczającym pewne standardy przyzwoitego, dobrego – właśnie „ludzkiego” zachowania,, pewnej solidarności z innymi ludźmi, nie krzywdzenia innych, poszanowania drugiego człowieka a nie pogardzania nim, także okazywania miłosierdzia czy empatii… Większość z nas wie jednak jakiego człowieka można nazwać dobrym człowiekiem. Wynika to z pewnego uniwersalizmu norm moralnych, jakie mimo wszystko ludzie ze sobą dzielą.

      Piszesz: Mam kłopot z przyjęciem punktu odniesienia „według swoich potrzeb, życzeń, dążeń i pragnień”.
      Wcale się temu nie dziwię, bo nie do końca to moje stwierdzenie sprecyzowałem, więc wygląda ono na pochwałę egoizmu. Otóż jest jednak ten zewnętrzny punkt odniesienia, a są nim inni ludzie, także kod moralny (system etyczny) obowiązujący w danej społeczności, (z którym można się jednak zgadzać, albo nie – i w tym sensie człowiek bardziej świadomy może wybierać i tworzyć niejako swój własny system etyczny – i to niekoniecznie uwzględniający tylko jego dobro w sensie czerpania z tego korzyści – czyli na wskroś egoistyczny).

  7. Sigil of Scream Says:

    Myślę, że i dziś podpisałbym się pod twierdzeniami, sprzed trzech lat Właściwie moje doświadczenia z tego okresu, wykazały mi, że kierunek w którym szły me rozważania był całkiem obiecujący poznawczo. Przynajmniej w mym, osobistym przypadku. Myślę wszakże, że (jak to u mistyka) zwiększyła się moja wiedza duchowa, a także zrozumienie, co oczywiście wpłynęło także na moją percepcję i ocenę rzeczywistości. Bynajmniej wszakże nie stałem się w tym czasie bardziej racjonalny ni dialektyczny – a wręcz przeciwnie, jak sądzę. Poza tym chyba wiem więcej, co sprawia, że jednak bardziej dystansuję się, niż wtedy. Poznałem wartość cierpienia z duchowego punktu widzenia…
    Oczywiście rozumiem, że moja, duchowa logika, może być dla Ciebie, patrzącego z poziomu ziemskiego, zupełnie absurdalna. Nie mam chyba już potrzeby przekonywać kogokolwiek o swoich racjach. Komentując więc powyższą dyskusję, mogę tylko powiedzieć, iż pewnych rzeczy należy doświadczyć samemu, aby móc je zrozumieć. mam tutaj na myśli te wszystkie rozmyte, duchowe wartości, które wszakże stają się bardzo czytelne dla kogoś, kto żyje i realizuje się przez nie. :)

    Dziękuję jednak za przypomnienie dyskusji. To bardzo miłe jak sądzę. Cieszę się także, że nie przepadła gdzieś w odmętach Twego bloga. Myślę bowiem, że może być inspirującą dla wielu czytelników, sprawiając, że zadadzą sobie pytania lub też po prostu będą musieli określić swoje preferencje etyczne bądź moralne. A to zawsze może poprowadzić ich dalej. :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę, że nie musimy przekonywać kogokolwiek o swoich racjach, a raczej przedstawiać je komuś, z kim dyskutujemy – bez jakiegoś nawracania czy zmuszania kogoś do zmiany zdania i przyjęcia naszego punktu widzenia, jako jedynie słusznego, czy też bardziej słusznego, bo naszego ;) Wydaje mi się, że taka była nasza rozmowa – służyła raczej poszerzeniu naszych horyzontów w sensie wzbogacenia wiedzy o drugim człowieku – o tym, jak można inaczej widzieć i odbierać świat, w którym wszyscy żyjemy. Niby ten same, a jednak dla każdego z nad inny.
      Każdy powinien szukać własnej drogi. A im bardziej będzie w tym autentyczny, niezależny, autonomiczny – tym lepiej, bo to oznacza niepoddawanie się żadnej indoktrynacji, która jest chyba źródłem największego Zła na świecie.

      Nie wiem czy ta rozmowa będzie miała wielu czytelników (od wielu powierzchownych, ważniejszych jest tych kilku uważniejszych), ale dobrze się stało, iż o niej sobie przypomniałem i wydobyłem na światło dzienne. Bo uważnych rozmów w naszym rozbrykanym popkulturowo i internetowo świecie jak na lekarstwo.

      • Sigil of Scream Says:

        Tak, podobnie myślę o tej dyskusji. I dlatego także była dla mnie ciekawa i wartościowa. To prawda, iż współcześnie rzadko można niestety liczyć na podobną wymianę zdań. Nie zawsze przy tym wynika to z braku czasu – wielu osobom brak bowiem w mym odczuciu odpowiedniego dystansu, który pozwala im nie utożsamiać się z głoszonymi poglądami, lecz umieć ujrzeć całość – tezę i antytezę – w odpowiednich proporcjach. Zawsze wszakże rozwijamy się poprzez syntezę tych sprzeczności. :)

        Mam również nadzieję, że rozmowa znajdzie kilku uważnych czytelników. Wydaje mi się, że jest tego warta. :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Niestety, dzisiaj większość ludzi jest wręcz przerażona tekstem dłuższym, niż taki, który dałby się umieścić na jednej stronie monitora i byłby widoczny cały, bez dalszego przewijania. Attention span współczesnych użytkowników internetu, np. Facebooka, jest bardzo krótki, w sam raz by przeczytać parę zdań czy obejrzeć filmik (najczęściej z jakimś zwierzątkiem), który trwa… góra półtorej minuty. Podobnie mało poświęca się czasu na kontakt z drugim człowiekiem tą drogą. Moim zdaniem kontakt taki jest to żaden kontakt – właściwie jest to namiastka relacji z drugim człowiekiem.
          Ludzie mają dziś dostęp do nieporównanie większej ilości informacji niż dawniej, ale wcale nie przekłada się to na większą wiedzę o świecie (bo ta jest wartościowa tylko wtedy, kiedy potrafimy docierające do nas informacje poddać analizie, a następnie syntezie, czyli przyswoić je i zrozumieć) ani na ludzką mądrość. Wręcz przeciwnie: ludzie dlatego, że nie potrafią się skupić, poddają się bodźcom jak pies Pawłowa, mamią migotliwymi obrazkami i pustymi, bezmyślnymi memami… stają się niestety takimi bezwolnymi połykaczami lub przeżuwaczami papki, jaką karmi się ich w tym totalitarnym świecie konsumpcji, jakim jest zachodnia cywilizacja. Nie wiem, czy w tym świecie czują się dobrze, czy to ich satysfakcjonuje? Moim zdaniem nie.

          Teraz widzę, że mógłbym nieco tę naszą rozmowę skrócić, przystrzyc nieco powtarzające się motywy (zwłaszcza w moich wypowiedziach) ale mam nadzieję, że i bez tych skrótów jest ona zrozumiała i czytelna, nie nadwyrężająca cierpliwości ewentualnych czytelników. A ci zawsze się znajdą, bo jak widzę, ludzie trafiają na wpisy na tym blogu nawet po latach od ich opublikowania. I na pewno znajdują się wśród nich ci bardziej uważni.

  8. Sigil of Scream Says:

    Złośliwość losu sprawiła, że w naszej dyskusji i braku czasu, sam aktualnie miałem bardzo niewiele czasu (w związku z przygotowywaną stroną i projektem artystycznym). Niemniej moje opóźnienia z odpowiedziami wynikają nie z niedostatku chęci do dyskusji, lecz ze zbyt małej ilości czasu.

    A tak na marginesie, gdybyś był zainteresowany, tu znajdziesz efekty naszej pracy:
    http://www.sibsi.com.pl/

    Całkowicie zgadzam się z tym, co napisałeś. Niestety, obserwując współczesną młodzież można zauważyć przykre skutki tego, iż zwykle nie są oni przyzwyczajeni do prawdziwej dyskusji czy kontaktu z inną osobą. Raczej opierają się tylko na tej namiastce i wręcz obawiają się czegoś więcej. Nie mam pojęcia do czego to prowadzi, ale nie będzie to nic dobrego. Obawiam się trochę tego, jak społeczeństwo wyglądać będzie za jakieś 15 – 20 lat. I jak wyglądały będą relacje międzyludzkie… Zastanawiam się czasami, czy to spłycenie świata i szum informatyczny wywoła falę wszechogarniającej indolencji, czy też jednak jakiś element ludzkiego ducha pozostanie z tym w konflikcie i przebudzi się, aby powstać z hukiem w łunie nowej rewolucji kulturalnej?
    Oczywiście to pytanie czysto retoryczne. Mam jednak nadzieję, że stanie się to drugie. mam nadzieję, że ludzkiego ducha nie da się pogrzebać tak łatwo pod stertą chłamu.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s