GUŁAG PEŁEN RADOŚCI

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVIII)

.

zapiski notatki kajet notes

.

“Ja będę twoim Dostojewskim, jeśli ty będziesz moim Tołstojem. Nasze życie razem będzie wypełnione taką rozpaczą, że śmierć będzie się nam wydawać gułagiem pełnym radości.” (Jarod Kintz)

* * *

Objaśnianie Putina Tołstojem byłoby podobnie bezsensowne, jak objaśnianie Hitlera Goethem. Ale już objaśnianie Putina Dostojewskim miałoby większy sens, podobnie jak objaśnianie Hitlera Nietzschem. To świadczy o tym, że objaśnianie życia literaturą może być równie sensowne, co bezsensowne.
Innymi słowy, autonomia literatury jest na tyle duża, że nie może być ona zakładnikiem społecznego kodu, czy nawet historycznego momentu. Wielka literatura ma wartość uniwersalną. Dlatego rosyjscy pisarze cieszą się takim poważaniem na Zachodzie. (Ale to niestety nie oznacza, że takim samym poważaniem cieszą się Rosjanie jako naród. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie można utożsamiać literatów z narodem, a tym bardziej z jego przywódcami czy politykami.)

* * *

Wydaje mi się, że nie zrozumiemy istoty zbrodniczych systemów (takich np. jak faszyzm czy komunizm) jeśli będziemy demonizować ich twórców czy przywódców, przypisując im samo zło i radykalną “nieludzkość”.
Cała przewrotność ich “sukcesu” (poparcie szerokich rzesz społecznych), polegała na tym, że ludzie uwierzyli, iż czynią oni dobro. I rzeczywiście, pod wieloma względami, efekt ich rządów był pozytywny (np. wydobycie Niemiec przez Hitlera z zapaści gospodarczej).

Zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem.

Największa “demoniczność” masowych morderców – przywódców politycznych, polega na tym, że mają oni ludzką twarz.

* * *

Dopóki w krajach Zachodu kapitalizm był kompatybilny z demokracją (tzn. dopóki kapitaliści potrafili się dogadać z reprezentującymi społeczeństwo socjalistami), dopóty jakoś to wszystko grało, a większość ludzi żyła dostatnio (pomijam tutaj turbulencje światowych wojen). Lecz to się zaczęło psuć już w latach 70-tych ubiegłego wieku (konkretnie: w Stanach Zjednoczonych), z tym że istniały mechanizmy, które odwlekły nastanie głębokiego kryzysu o dobrych kilkadziesiąt lat.
Ten kryzys – wbrew pozorom polepszenia sytuacji – trwa w Stanach do dzisiaj, i niestety, zaczyna go również doświadczać Europa. A to dlatego, że kapitalizm (dzisiaj lepiej byłoby mówić o systemie bankowym i korporacyjnym) zaczyna się “rozjeżdżać” z demokracją – co widać doskonale na przykładzie kryzysu w Grecji.
Na szczęście – mimo tego, że wielkie pieniądze “wykupują” (de facto: przekupują) politykę i polityków (o mediach nie wspominając) – ludzie dysponują jeszcze narzędziami demokratycznymi, by się temu sprzeciwić (kiedy przestaną dysponować takimi narzędziami, to najprawdopodobniej dojdzie do rewolucji – lub masowych migracji).
Problem w tym, że sam sprzeciw to za mało. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na samorządność – na wprowadzenie ustroju, który działałby dla dobra całego społeczeństwa, a nie tylko “elit” finansowo-partyjno-oligarchicznych. A to, niestety, nie będzie łatwe.

* * *

Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy (jak np. system monetarny i bankowy).
Tylko besserwisserzy myślą, że to wszystko rozumieją – ale przecież to jedynie tak im się wydaje.
We are lost… Błąkamy się, jak te dzieci we mgle, nadrabiając miną i śpiewając (pisząc, tworząc, komentując świat) dla dodania sobie odwagi (i znaczenia).

* * *

Można zauważyć, że na internetowych forach publicznych (ale nie tylko tam, także we wszelkich dyskusjach w radio czy telewizji) wszyscy uważają się za besserwisserów. Własnej racji, (która często jest niczym innym jak naszym widzimisię) broni się jak niepodległości. Mało tego: opinię, która się różni od naszej własnej, odbiera się jak osobistą zniewagę – jak atak na nas samych.

Człowiek to jednak zarozumiałe zwierzę (a przecież pozbawiony jest kontroli nawet nad swoim mózgiem – nie wspominając o tym, że nadal, tak naprawdę, nie wie jak ten mózg działa – tzn. co jest istotą myślenia, pamięci, świadomości… etc.).

* * *

Wierzyciele pożyczają pieniądze, których sami nie mają. Dłużnicy je wydają – zarabiają na tym ci, którzy coś sprzedają. I to jest właśnie ten finansowy cud: pieniądze powstają ex nihilo. Ale w końcu i tak zapadają się w czarną dziurę.
Wszyscy uzależniają się od wirtualnego świata – nawet (a może nawet przede wszystkim) banki. Niestety, na dłuższą metę konkretnej rzeczywistości nie da się oszukać i następuje twarde lądowanie.

* * *

Stany Zjednoczone uzależniły świat od dolara (teraz to wygląda tak, że nigdy np. nie będą niewypłacalne, bo zawsze będą mogły spłacić dług papierkami, które – w przeciwieństwie do innych państw – sami mogą drukować i to bez limitu).
Podobnie najsilniejsze kraje Europy (Niemcy, Wielka Brytania, Francja) uzależniają kraje słabsze od siebie – właśnie za pomocą euro – nazywając to zwykle współpracą albo – jeszcze częściej – pomocą. A to jest taki ciekawy sposób pomocy, który zawsze – prędzej czy później – działa na szkodę tych, którym się (rzekomo) pomaga. (Grecja!)
W finansach nie ma sentymentu (a pomoc należy właśnie do kategorii sentymentalnych). (A ściślej: nie ma sentymentu z wyjątkiem miłości/żądzy pieniędzy; vide credo: Greed is good!)

* * *

Wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Guyem Standing ekonomistą, wykładowcą Uniwersytetu Londyńskiego.
Żakowski: “Wizja sfrustrowanych, która się wyłania, jest groźna dla demokracji?”
Prof. Guy Standing: “Sfrustrowani bronią demokracji zagrożonej przez postępujące utowarowienie polityki zdominowanej przez wielkie pieniądze. Od 30 lat demokracji ubywa. Coraz mniej osób czuje się reprezentowanych przez partie parlamentarne i ich polityków. Powstała demokracja manipulacyjna. Wielkie pieniądze manipulują partiami, mediami, wyborcami. To najbardziej wkurza sfrustrowanych. Dlatego instynktownie i intuicyjnie domagają się demokratyzacji.” (…)

Przykre to, ale w Polsce media i politycy dały się właśnie “utowarowić”, stając się jednym z elementów mechanizmu zagrażającego demokracji (a nie broniącego demokracji, jak łudzi się red. Żakowski i inni publicyści z kręgu „Polityki” i „Gazety Wyborczej”).

* * *

Niestety, kiedy walczy się o demokrację, największą ofiarą tej wojny może być sama demokracja.

* * *

Każdy naród ma poczucie wyższości nad innymi narodami. Czasami, to poczucie wyższości wyrasta – tak jak w naszym (Polaków) przypadku – z kompleksu niższości (kompleks ten ma różne przyczyny, zazwyczaj od nas niezależne).
Pretekst (do poczucia wyższości) zawsze się znajdzie, podobnie jak argumenty.

* * *

Niektórzy uważają, że „Polska musi przyjąć walutę euro, aby się liczyć w Unii”. Formując w ten sposób ten postulat, wyrażają niechcący pewną prawdę: Polska nie liczy się w Unii.
Według mnie posiadanie waluty euro nie ma wpływu na to, że kraj Unii liczy się bardziej lub mniej. Exemplum: Grecja licząca się w Unii, ale à rebours – czyli jako bankrut.
Przykład Grecji pokazuje także, iż nawet jeśli kraj posiada walutę euro, to wcale się jest łatwiej się z nim rozliczyć (czy też policzyć).

W przytoczonym na początku zdaniu zawarta jest jeszcze jedna bałwochwalcza wiara we wszechmoc pieniądza – waluta jako cudowny środek, którym można regulować rynek i gospodarkę (w praktyce rozregulowując – tak jak to jest w przypadku dolara w ostatnim kryzysie w Stanach Zjednoczonych).
Jeśli najważniejszymi instytucjami bankowymi świata kierują tacy ludzie jak kłamca Bernanke, cynik Wolfowitz czy krętacz Strauss-Kahn, to co tu mówić o etycznej wiarygodności całego tego systemu i towarzystwa?

Państwo to zbyt poważna sprawa, aby uzależniać go od bankierów i finansistów.

* * *

Bez wątpienia istnieje coś takiego jak kod społeczno-kulturowy narodu (wpierw jednak należałoby ustalić jego definicję, by można było na jego temat sensownie dyskutować). Nie uważam jednak, że tłumaczy on zachowania osobnicze (konkretnych ludzi). Bo o tym zachowaniu decyduje bardziej sytuacja – warunki i położenie człowieka. Również jego charakter, wyznawany (i stosowany przez niego) system etyczny, wzory i zasady wyniesione z domu, przyjęte wartości, rola społeczna… etc.
Czyli “kod kulturowo-społeczny” jest pojęciem zbyt ogólnym, by według niego tłumaczyć (odczytywać) zachowanie człowieka.
Nie stanowi on także żadnego usprawiedliwienia dla takiego, a nie innego zachowania i postępowania.
Ponadto, ważniejsza od “ewolucji” tego kodu, jest zmiana polityczna, ustrojowa, społeczna, która może być bardzo szybka, wręcz błyskawiczna. To ona bardziej wyznacza nowe zachowania ludzkie, a nie wolno (ewolucyjnie) zmieniający się kulturowo-społeczny “kod”. (Żeby to lepiej zrozumieć, dobrze byłoby zapoznać się w pewnymi ustaleniami behawioryzmu.) Przecież w słynnym eksperymencie Zimbardo wszyscy, którzy wzięli w nim udział, podlegli byli temu samemu kodowi kulturowo-społecznemu (bo przecież byli reprezentantami tego samego społeczeństwa), a jednak zaczęli się zachowywać zupełnie inaczej – w zależności od tego, czy zostali “strażnikami” czy “więźniami”. Czyli różnica w ich zachowaniu nie wynikała z ich podległości jakiemuś “kodowi kulturowo-społecznemu”, tylko z odmienności sytuacji w jakiej się znaleźli – a i te się różniły w zależności od charakterów poszczególnych uczestników eksperymentu.
Tak więc “kod kulturowo-społeczny” nie jest dobrym kluczem do tłumaczenia ludzkich zachowań, zwłaszcza w homogenizującym się, eklektycznym, otwartym na przepływ informacji i idei świecie – i to nie tylko dlatego, że to wszystko sprawia, iż ów kod ulega zaburzeniu.

* * *

Jak twierdzą niektórzy, “sprawczość” kodu społeczno-kulturowego, czyli jego efekt w społeczeństwie, może być zweryfikowana tylko statystycznie. Jeśli tak, to nie ma sensu “weryfikować” go w zachowaniach osobniczych, indywidualnych. Każdy bowiem człowiek jest podległy swojej własnej mentalności (lepiej chyba mówić tu o charakterze, osobowości), a nie jakiejś ezoterycznej “mentalności zbiorowej”.

Philip Zimbardo zamierzał zbadać, czy w jakimś społeczeństwie istnieje szczególna podatność ludzi na uleganie autorytetom aż do okazywania okrucieństwa. Kolejne badania potwierdziły tezę, że nie istnieją różnice w kodach społeczno-kulturowych, które ten eksperyment mógłby wykryć. Niezależnie od kraju badań wyniki były takie same.
To z kolei świadczy o tym, że o zachowaniach ludzkich bardziej decyduje “natura” gatunku Homo sapiens (rzeczywiście zapisana w genach), niż “kod społeczno-kulturowy” poszczególnych narodów czy grup społecznych – a jeszcze mocniej odnosi się to do zachowania konkretnego człowieka.

* * *

Czy można wierzyć statystyce?

Ogół to nie szczegół. Suma nic nam nie mówi o składnikach dodawania.
Statystyka jest elastyczna i płynna, tylko fakty mogą być twarde i konkretne.
Statystyka jest jedynie czymś w rodzaju poznawczej atrapy, za pomocą której usiłujemy opisać (rozpoznać) rzeczywistość, która wymyka się naszej percepcji. Tak więc, statystyka nie jest najlepszym narzędziem do poznania prawdy (nie bez kozery Mark Twain kiedyś powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyka).

* * *

Prawdopodobieństwo: coś podobnego do prawdy, ale prawdą nie będące.
Niestety, im bardziej (głębiej) drążymy rzeczywistość, tym bardziej się nam ona wymyka (im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma). Tak, jakby ta “rzeczywistość” bawiła się z nami w ciuciubabkę, podstawiając (przedstawiając) nam to, co chcemy (możemy?) – albo spodziewamy się – zobaczyć. Stąd zamęt, który “robi” za ład. Zamęt, z którym jakoś próbujemy sobie radzić, często przywdziewając maskę besserwissera (w końcu – najczęściej – się z nią utożsamiając).
W sumie większość z tych, którzy prowadzą zażarte dysputy, uważają się właśnie za besserwisserów, zwykle traktując swojego interlokutora jako Schlechterwissera, czyli tego, który „wie gorzej” (więc się myli).

* * *

Sprzeciw dla referendum.
Czyli NIE dla wypowiedzenia się społeczeństwa w istotnych dla niego sprawach? Czy aby nie jest to obawa przed “ciemnym” ludem? Czyli społeczeństwo jest za głupie, by o sobie decydować?
Tego rodzaju myślenie ma swoją długą tradycję. Ot, weźmy choćby klasyka José Ortegę y Gasseta, który prawił o buncie “mas”.

Każde myślenie o społeczeństwie w kategoriach masy jest myśleniem totalitarnym. Każde traktowanie społeczeństwa jako “ciemnego ludu” jest odruchem autorytarnym.

*  *  *

Zauważyłem, że ostatnio (gdzieś tak od wyborów prezydenckich w Polsce i niespodziewanego sukcesu pospolitego ruszenia pod wodzą Pawła Kukiza) na moim blogu nastąpiło gwałtowne zainteresowanie “Buntem mas” Ortegy y Gasseta, której to książce poświęciłem jeden ze swoich wpisów.
Przypomniałem sobie ów tekst, jak również komentarze, które się wtedy pojawiły. Mimo, że było to pisane jakieś 7 – 8 lat temu, uderzyła mnie aktualność treści tam zawartej, ot – dla przykładu – choćby w poniższej wymianie zdań.

MIZIOL: „Wydaje się, że te problemy, które poruszał Jose Ortega y Gasset w swoich esejach dzisiaj stały się dużo bardziej widoczne i odczuwalne. Masy wybierają swoich przedstawicieli, bo tak jest skonstruowana demokracja. Jest to system, w którym władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Dzięki takiemu stanowi rzeczy władzy nie sprawują fachowcy, specjaliści od rządzenia, ludzie szlachetni, ludzie z misją, lecz konformiści i oportuniści. Jest to system, w którym poziom (we wszelkich dziedzinach życia) jest zaniżany do poziomu masy. Z jednej strony to przykre i może być dla niektórych nawet bolesne, ale chyba taka jest logika rozwoju świata jako całości. Świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa czyli ‚masy’. Z tym się wiąże wiele pomniejszych problemów jak np. upadek sztuki – o czym Ortega y Gasset też pisał. I dzisiaj te problemy nabrały dużo większej ostrości w porównaniu z jego czasami. Populacja ludzkości zwiększyła się i coraz bardziej skupia się w dużych organizmach organizacyjnych jakimi są miasta. Kiedy idziesz na wsi i spotykasz drugiego człowieka, to nawet nie znając go dajesz w jakiś sposób do zrozumienia, że go widzisz. Pozdrawiasz, kiwasz głową, nawiązujesz kontakt wzrokowy, cokolwiek. Na ulicy Chicago, Warszawy czy Dublina to już niewykonalne. Ludzi jest za dużo i dla każdego z nas reszta zlewa się w jedną, przewalającą się masę, której sami jesteśmy elementem. Pozdrawiam z irlandzkiej wsi. My tu ciągle jeszcze jesteśmy jednostkami.”

Moja odpowiedź: Mam wątpliwości czy „masy” wybierają dziś swoich przedstawicieli. „Masom” poddaje się teraz zwykle na tacy do wyboru kandydatów, którzy już wcześniej zostali przez kogoś (czyli elity, lobbing, partie, organizacje…) wybrani i „namaszczeni”. System ten sprawdzał się w początkach demokracji, ale kiedy struktury państwa (władzy) ulegają skostnieniu (umacnia się choćby kapitalistyczny „beton”, mają miejsce jakieś pozakulisowe porozumienia, tworzą się „elity” korporacyjno-bankowe, media tracą swoją niezależność… etc.) to zachodzi podejrzenie, że ci kandydaci będą wyłaniani spośród tych, którzy będą reprezentować interesy tychże grup właśnie, a nie całej „masy” wyborców. Nie wiem czy „świat jako całość musi się dostosować do poziomu reprezentowanego przez większość społeczeństwa”, jak piszesz. Ludzie, którzy posiadają rzeczywistą władzę, mają jednak tendencje do podporządkowywania sobie społeczeństwa – a konkretnie do tworzenia warunków, w których będą chronione ich partykularne interesy, a nie interesy „ogółu”, czyli „masy”. (Oczywiście, wmawiając owemu „ogółowi”, że to wszystko robi się dla jego dobra.) Każda władza korumpuje w tym sensie, że wzmacnia się zwykle jej podmiotowość, przez co staje się ona coraz bardziej „arogancka” w stosunku do ludzi, nad którymi sprawuje władzę. W jakiś sposób więc się alienuje, dążąc przy tym stopniowo do zniesienia jakiejkolwiek (np. społecznej) kontroli nad sobą. I to jest niebezpieczne. (…) (Koniec odpowiedzi.)

Czy nie pasuje to jak ulał do obecnej sytuacji w naszym kraju?

* * *

Ktoś w komentarzach pod artykułem o książce y Gasseta napisał również: „Wydaje mi się, że indywidualizm jest zanikającą cechą. Ludzie sprawiają wrażenie masy bez własnego zdania. Nieliczni indywidualiści wybijają się ponad przeciętność, inni – osaczeni, siedzą cichutko, część legnie zdeptana przez pędzący na oślep tłum.”

Trudno jest mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że indywidualizm jest cechą zanikającą. Warto zauważyć, że WSZYSCY jesteśmy skłonni właśnie innych uznać za „masę bez własnego zdania”, ale już sami siebie uznajemy za indywidualistów.
Parafrazując Sartre’a możemy powiedzieć: tłum to inni.

* * *

Są różne rodzaje tłumów. Mamy tłum w filharmonii, mamy tłum na meczu futbolowym, mamy tłum w kościele, mamy tłum na zebraniu partyjnym… etc. Ważne jest to, jakie emocje mogą tym tłumem zawładnąć, kto chce przejąć władzę nad tym tłumem (lub choćby nań wpływać), jakie idee tłum opanują…

Nie przepadam za byciem w tumie, ale jest to niechęć raczej… fizyczna. Po prostu nie lubię być popychany, trącany, deptany – wolę przestrzeń, swobodę i dopływ świeżego powietrza. Kiedy jesteśmy w tłumie to musimy – chcąc nie chcąc – pogodzić się, że jednak stanowimy część tego tłumu. Czasem jest to przyjemne, czasem nie, niekiedy budujące, to znów destruktywne… wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

* * *

Nie każdy tłum zieje „czymś przeraźliwym”, jak ktoś to określił. Bycie w tłumie może także oddziaływać na nas pozytywnie (większość z nas tego doświadczyła: od pokolenia solidarnościowego zrywu i uwielbienia dla Jana Pawła II, po uczestnictwo w jakiejś zbiorowej imprezie – choćby w koncercie rockowym czy symfonicznym.)

Tłum znosi do pewnego stopnia naszą indywidualność – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony.
Do tych dobrych należy np. poczucie solidarności, więzi z innymi ludźmi, uniesienia, a nawet euforii – jeśli to jest budujące, oparte na pozytywnych emocjach.
Złe: jeśli mechanizmy te wyzwalają w nas wrogość, nienawiść – czyli są destrukcyjne, oparte na emocjach negatywnych.

Nie bez znaczenia jest również to, że zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku możemy poprzez uczestnictwo w tłumie „oszukać” własną samotność.

* * *

Ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych udowodnił m.in. i to, że nadal „człowieka masowego” można robić „w trąbę”. Inne niebezpieczeństwo: Chiny. Tam cięgle ludzi traktuje się bardziej jako „masę” niż zbiór ludzkich jednostek – indywidualności. I tą masą można będzie kiedyś pokierować tak, że wystąpi ona z brzegów i podtopi nieco nasz glob.

* * *

Niektórzy uważają, że Ortega y Gasset wynosi się poza „tłum”, gardzi „pospólstwem”, denuncjuje pośledniość „gawiedzi”… itp.
Czytając „Bunt mas” nie odniosłem takiego wrażenia, iż autor „gardzi” masą (choć dość ostentacyjnie pojęciem „masy” i „człowieka masowego” się posługuje). Wydaje mi się, że jest on bardziej historyczno-politycznym analitykiem, rodzajem socjologicznego proroka, próbuje ostrzegać przed nadchodzącym wielkimi krokami totalitaryzmem.
Jednakże sam nie „utylizuje” ludzkiej indywidualności, wprost przeciwnie: ukazuje, jak taką indywidualność w jego czasach zaczęto utylizować.
Według mnie cała krytyka „masowego” społeczeństwa wyrosła u Ortegi y Gasseta z jego przywiązania do elitaryzmu – i niezgody na ekspansję oraz panowanie przeciętności, banalności, bezmyślności (tudzież uzurpowania sobie przez to wszystko prawa do dominacji w społeczeństwie, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i samą historię).

* * *

Ortega y Gasset jest jednak „intelektualnie” przenikliwy, mimo tych swoich wahań i niekonsekwencji, które wynikały po prostu z trudności jakie stwarza zarówno analiza socjologiczna, jak i przewidywanie przyszłości historycznej społeczeństwa. Mimo wszystko udało mu się to doskonale. Oprócz tego, jak się okazuje, wiele jego spostrzeżeń do dzisiaj zachowało swoją aktualność.

Czy Ortega Y Gasset był mizantropem? Nie wiem. Zbyt mało wiem o nim jako o człowieku. Ale w pewnym sensie ten jego esej świadczy o nim. Kiedy więc czytałem “Bunt mas”, to oczywiście zauważałem to jego krytyczne nastawienie do pewnych ludzkich cech, skłonności czy zachowań, które mogłyby świadczyć o mizantropii. Z drugiej jednak strony, przeczy temu jego autentyczne zaangażowanie po stronie – nazwę to ogólnie i w uproszczeniu – humanizmu. I ta postawa dobrze o nim świadczy. Koniec końców, uwzględniał on dobro człowieka.

Myślę, że na miejscu będzie przytoczenie tu jednej z wypowiedzi y Gasseta, która sporo mówi o nim samym oraz jego nastawieniu do świata i innych ludzi: „Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w nie kończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.”

* * *

Podoba mi się konstatacja, którą ostatnio usłyszałem, że ludzie mają skłonność do tego, aby czuć się “wyjątkowymi w swojej nie wyjątkowości”. Co ciekawe, nawet bycie w tłumie wzmacnia owo poczucie bycia kimś wyjątkowym, bo przecież jest się w “wyjątkowym” tłumie, tzn. w tłumie mającym pewien szczególny cel, aspirację, odczuwającym coś specjalnego… – chodzi tu jednak o tłum “aktywny”, okazjonalny, “eventowy”.
Czym innym jest jednak tłum – nazwę go tutaj – zwykłym, “powszednim”. To taki, który widzimy codziennie np. na ulicach wielkich miast. W takim tłumie można się już “zgubić”, zatracić – zachować swoją anonimowość, nie tracąc jednak poczucia własnej wyjątkowości, która wszak w takim środowisku staje się na wskroś niewyjątkowa.
Tak, sporo pisze się książek (i kręci filmów) o tzw. przeciętnym, “średnim” człowieku – Everymanie (Jedermannie). Jednakże, moim zdaniem, autorzy takich utworów (bardziej lub mniej świadomie) czynią z takiego człowieka kogoś (mimo wszystko) wyjątkowego, szczególnego. Prawdę mówiąc, gdyby było inaczej, to by się pewnie nim nie zajęli. Ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest kimś wyjątkowym.

Pytanie: czy aby nie utonąć w „masie”, musimy iść z samym sobą na ustępstwa? Może dzieje się odwrotnie: toniemy właśnie wtedy, kiedy idziemy na te ustępstwa (bo – ulegając prawu mimikry – upodabniamy się do tłumu, z tym tłumem się zlewamy)?

* * *

Z wypowiedzi UW: „Niedoskonale działające ustroje demokratyczne, to efekt tego, że nad ekonomią zaczęła dominować polityka. Równość jak najbardziej istnieje, tylko każdemu zdaje się że takowa musi opierać się na braku różnic, a jest właśnie odwrotnie. Jedyny wymóg to odpowiednie proporcje tych różnic. Ja mimo wszystko sądzę, że nie ma indywidualizmu i nie ma masy.”

Nad ekonomią zaczęła – oprócz polityki – dominować zachłanność i irracjonalna, bezczelna spekulacja. W pewnym sensie wielkie systemy korporacyjne i finansowe nabierają cech systemów totalitarnych (nie tylko poprzez swoją globalizację, również wskutek sposobu w jaki traktują człowieka – czyli instrumentalnie, przedmiotowo, a-humanitarnie, lekceważąc jego prawa i potrzeby).

Nie ma indywidualizmu o tyle, że każdy człowiek jest uwikłany w stosunki społeczne, funkcjonowanie państwa i kultury, zdeterminowany genetycznym podporządkowaniem się prawom swojego gatunku… etc. (Totalne zaprzeczenie indywidualizmu równałoby się zaprzeczeniu istnienia wolnej woli.)
Nie ma masy o tyle, że społeczności ludzkie (tłum) składają się z poszczególnych osobników, indywiduów… (jeśli już tak nieelegancko nazywać człowieka).
Jednakże faktem jest, iż na każdego człowieka wywiera wpływ bycie w tłumie, stąd wrażenie, że tłum jest rodzajem „organizmu” o specyficznych właściwościach. I rzeczywiście tak jest, dlatego badania nad zachowaniem się tłumu (i nad jego cechami) mają swój sens i uzasadnienie.

* * *

Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do posiadania własnego zdania i to również w sprawach, w których nie jest ekspertem. Uważam jednak, że kluczowe są tutaj te oto słowa autora „Buntu mas”: „Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć”. (Kimś takim, według y Gasseta, jest właśnie „człowiek masowy”).

Ortega y Gasset ma tutaj na uwadze człowieka bezmyślnego, czyli takiego który poddaje się „owczemu pędowi”, ulega stereotypom i obiegowym opiniom, kieruje się impulsem, popędem i instynktem – takiego, któremu po prostu nie chce się (albo który nie jest w stanie) samodzielnie myśleć, (choć oczywiście nie jest on zbyt skory, aby się do tego przyznać).
Z tego typu człowiekiem mamy do czynienia choćby w kulturze tzw. „masowej”. Również na niwie politycznej, gdzie rozpolitykowany „człowiek masowy” ulega zbiorowemu amokowi bezkrytycznego opowiadania się za taką a nie inną partią – uważając przy tym, że jego wybór jest jedynie słuszny, mądry i prawdziwy (i naturalnie – niezależny). Ach te złudzenia społeczeństw liberalno-demokratycznych.

* * *

Gust człowieka masowego obowiązuje w przestrzeni komercyjnej. Wynika to z prostej zasady maksymalizacji zysku. Dotyczy to więc również kultury masowej – filmu, muzyki, sztuki… tego wszystkiego, co ma zarobić pieniądze. Sprawą otwartą pozostaje wieczny dylemat: w jakim stopniu ów „gust człowieka masowego” (można to nazwać bardziej elegancko „gustem publiczności”), może być kształtowany przez media, artystów, producentów – czyli przez twórców kultury masowej; a na ile jest on „niereformowalny”, czyli zdeterminowany specyficznymi cechami występującymi u wielu ludzi „masowych”, jak np. niewybredność, prostactwo, upodobanie kiczu i pospolitości, lenistwo w myśleniu, uleganie stereotypom,, kulturalna gnuśność, konsumpcyjny schematyzm… etc.

Mało kto uświadamia sobie to, że ten sam człowiek może przejawiać zarówno cechy, które plasują go w obrębie elity, jaki takie, które potwierdzają, że jest człowiekiem masowym. Jednak, opisując społeczeństwo, siłą rzeczy zmuszeni jesteśmy dokonywać pewnych klasyfikacji, uogólnień, dzielenia ludzi na grupy wyróżniające się jakąś statystyczną normą czy wielkością.
I co jest ważne: wszyscy – zapoznając się z podobnymi klasyfikacjami – mamy tendencje do identyfikowania się z tymi, których umieszczono w lepszej „szufladce”.

Na pewno nie chcemy być uważani za część składową masy, choć dość ochoczo szafujemy takim określeniem wobec innych (nadmieniłem o tej skłonności wcześniej, parafrazując Sartre’a, że… „tłum to inni”.)

„Bunt mas” został opublikowany dawno temu, lecz nie odniosłem wrażenia, że książka y Gasseta pisana była „w jakimś innym świecie”. Wprost przeciwnie. To jest ciągle „nasz” świat – stąd ciągła aktualność idei y Gasseta. Choć zgodziłbym się z tym, iż nieuprawnione było twierdzenie autora, że żadna z poprzednich epok nie była tak wyjątkowa, jak ta, w której aktualnie żyje on sam. Moim zdaniem wyjątkowa jest każda (bez wyjątku) epoka. Innymi słowy: każda epoka jest specyficzna i niepowtarzalna.
Mimo to heraklitejski postulat o zmienności (i przemijalności) wszystkiego obowiązuje nas nadal i obowiązywać będzie zawsze. (W odróżnieniu od nietzscheańskiej idei „wiecznego powrotu”, która, moim zdaniem, bardziej poetycka jest, niż realistyczna.)

* * *

Nie jestem pewien, czy wyznacznik „nie zgadzania się z tłumem” jest w pełni adekwatnym wyznacznikiem elitarnej supremacji „autentycznej mniejszości”. Poza tym: czy tłum nigdy nie ma racji? Wszyscy przecież znamy sentencję: Vox populi, vox Dei.

* * *

Marzenie o byciu kimś wyjątkowym oznacza najczęściej marzenie o wyniesieniu się ponad tłum, (czyli ponad ludzką „masę”) – pragnienie doznania swoich „15 minut sławy”. Ludzie – w swojej masie – są banalni, a mimo to każdy – w swojej indywidualności – jest jednak wyjątkowy.

* * *

Reklamy

Komentarzy 29 to “GUŁAG PEŁEN RADOŚCI”

  1. Janusz Mrozowski Says:

    BRAWO!
    BARDZO CIEKAWE I INTERESUJACE TEKSTY!

  2. tejot Says:

    Nie dość, że nie ogarniamy (myślą, zrozumieniem) świata, w którym żyjemy (nigdy nie ogarnialiśmy), to jeszcze tworzymy systemy, których sami nie ogarniamy…

    LA, wyważasz otwarte drzwi. Człowiek jako gatunek tworzył i tworzy stale systemy, których nie rozumie na początku. I na końcu tez do końca nie zrozumie.

    Czy homo sapiens rozumiał proces rozmnażania? A go stosował z całym zacięciem.
    Czy człowiek pierwotny rozumiał proces dymarkowy? A po co miał rozumieć, skoro otrzymywał w dymarce materiał taki który był przydatny – żelazo.
    Czy Rzymianie rozumieli freudowskie założenia lub jakieś teorie komunikacji społecznej? Nie rozumieli, ale stosowali.
    Czy ludzie średniowiecza znali strukturę aspiryny (kwas acetylosalicylowy)? Nie znali, ale ją stosowali w wywarach z kory wierzbowej?
    Czy ewolucja rozumiała co to jest DNA? Nie rozumiała. Wymyśliła DNA przez miliony lat metodą prób o błędów.

    Tak na dobrą sprawę cały tzw. postęp ludzkości został osiągnięty metodą prób i błędów. Teorie są dorabiane później.
    Pzdr, TJ

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      tejocie,
      możesz to nazywać wyważaniem otwartych drzwi, ale ja wyraziłem tylko pewną oczywistość, o której niemal wszyscy zapominamy. Człowiek wyraża się tak, jakby był alfą i omegą. Każdy z nas jest najmądrzejszy i wie wszystko najlepiej (tak by można sądzić z dyskusji, jakie się prowadzi w mediach, czy na publicznych forach (np. w internecie).
      Jeszcze raz mogę więc powtórzyć: Homo sapiens to zarozumiałe zwierzę.

  3. eurosceptyk Says:

    Na Twitterze pojawił się hasztag, który po raz pierwszy został wysłany przez Hiszpana Sandro Maccarrone. Ten nauczyciel z Barcelony napisał w niedzielę wieczór w reakcji na szkic propozycji, jakie strefa euro przedstawiła Grecji: „Propozycja eurogrupy jest ukrytym zamachem stanu przeciwko narodowi Grecji ThisIsACoup (To Jest Zamach Stanu), który szybko stał się drugim co popularności hashtagiem na świecie, zajmując w tym samym czasie pierwsze miejsce w Grecji i Niemczech.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Premier Grecji Tsipras właśnie udowodnił, że jest lewicowcem farbowanym – liskiem chytruskiem, który dosiadł populistycznego ogiera (SYRIZA: Koalicja Radykalnej Lewicy… “Radykalnej” – koń by się uśmiał!!!) tylko po to, żeby się dorwać do władzy i zrobić polityczną karierę. Dzisiejszej nocy (z niewyspania? wskutek nocnego prania mózgu?) zdradził demokratyczną wolę swoich wyborców – greckiego społeczeństwa, przystając na warunki europejskiej “elity” decydencko-finansowej (jeszcze bardziej surowe niż te, na które nie zgodzili się Gracy w ostatnim referendum), przymilając się do kamaryli – wszystkich tych piesków salonowych unijnej arystokracji, uważając się już pewnie za jednego z nich. (Cóż, tyle jest wart ten jego pseudo-eurosceptycyzm).
      Najwidoczniej także i jemu władza uderzyła do głowy. Najprawdopodobniej jednak czeka go twarde lądowanie – i to już wkrótce.

      Jeśli teraz zignoruje się totalnie wynik referendum, a politycy greccy staną po stronie Unii, to będzie oznaczać, że demokracja w Grecji przestała działać a politycy zostali kupieni (w najlepszym razie: zaszantażowani) przez Trojkę.
      Może więc dojść do rozruchów, totalnej już zapaści greckiej gospodarki i zupełnego kryzysu państwa.

      Teraz, po tych wszystkich dealach liczykrupów, dociera do mnie to, że w Unii Europejskiej przestaje (przestało?) chodzić o europejską solidarność, europejskie wellbeing, a nawet o europejski spokój (a może nigdy o to nie chodziło?). Wszystkie te ideały unijne okazują się zwykłą “ściemą” i fasadą. Chodzi głównie o kasę. (Forsa, głupcze!)

      To jest zresztą ciekawy moment w historii naszego kontynentu, bo rozstrzyga się to, czy można na walucie (systemie bankowym) stworzyć new european order.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Winić greckie społeczeństwo za ostatni kryzys finansowy w Grecji, to tak jak winić społeczeństwo amerykańskie za ostatni kryzys finansowy w Stanach Zjednoczonych.
      Przecież to totalna ignorancja, a może nawet i głupota.

      To nie społeczeństwo zawodzi, tylko SYSTEM. (Z tym, że nie chodzi tu o jakąś abstrakcję, bo przecież system ten stworzyli ludzie. Więc to ich należy w pierwszym rzędzie winić, a nie tych, których za pomocą tego systemu się „wrabia”, czyli ogół społeczeństwa – zwykłych obywateli, tzw. „szaraczków”.)

      Innymi słowy: Jeśli chodzi o kryzys systemowy, to nie może być mowy o odpowiedzialności (zbiorowej) całego społeczeństwa.

      Ludzie (chodzi mi o kredytobiorców), którzy świadomie (częściej jednak nieświadomie) przykładali rękę do kryzysu (np. przejadali ten kredyt czy też go roztrwonili w jakiś inny sposób), też są oczywiście winni – ale jest to wina drugorzędna (większość z nich padła jednak ofiarą oszustwa, złapana na haczyk wierzycieli).

      Winę pierwszorzędną (radykalną) ponoszą twórcy i animatorzy tego systemu.

      • zakołodko Says:

        Profesor Grzegorz Kołodko, ekonomista, były wicepremier i minister finansów: „Dzisiejsze porozumienie okaże się szybko wielkim nieporozumieniem, bo całkowicie nierealistyczne jest wyciśnięcie z biedniejących wciąż Greków setek i dziesiątków miliardów euro. Grecja to nie dojna krowa, lecz wychudły osiołek – za sprawą marnych ekonomistów i kiepskich polityków ‘Trojki’.
        Główny koszt niezbędnych dostosowań fiskalnych – tak po stronie podatków/dochodów, jak i transferów/wydatków – powinien obciążyć zamożnych Greków, tych którzy bezkarnie przez lata całe unikali płacenia podatków, transferowali zyski za granicę, operowali w szarej strefie, a nie – jak to wymusza ‘Trojka’ – greckich średniaków i biedaków. Byłbym zdumiony, gdyby oni to zaakceptowali…
        GRECKI DŁUG JEST NIESPŁACALNY, głównie z winy tych, którzy od kilku lat narzucają Grekom nieracjonalny „program oszczędności”, podczas gdy potrzebny jest program wzrostu. Produkcja nie może rosnąć, a gospodarka się rozwijać, jeśli tłamsi się popyt wewnętrzny po to, aby było z czego płacić odsetki od długów. Otóż jak się gospodarkę wpędza w recesję, to nie ma z czego. Jeśli dług jest NIESPŁACALNY – a w dodatku zawiniony przez siły zewnętrzne narzucające „terapię”, która bogatego wpędziłaby w biedą, a cóż dopiero słabo rozwiniętą Grecję – to z definicji nie będzie spłacony; jego istotna część musi być umorzona. Tak więc wszelki triumfalizm – od tych, którzy powinni coś więcej zrozumieć w Berlinie, Frankfurcie i Brukseli po tych którzy, niewiele pojmują w jakiejś warszawskiej gazecie – jest jaskrawym przejawem naiwności, krótkowzroczności i nieodpowiedzialności. To nie tylko nie przystoi profesjonalistom. To jest także niemoralne.”

      • Jacob Says:

        Hehe,
        iedy heroiczny i bohaterski lud grecki postanowil w demokratycznym referendum nie spłacać zaciągniętych przez siebie długów, to owo postanowienie zostało na lewicy okrzyknięte zwycięstwem demokracji. Czyli wychodzi na to, że system działa. Ale kiedy ten sam lud grecki bez sprzeciwu ze strony własnej mądrości zbiorowej (która przecież gdzieś tam istnieje, nawet w Grecji), kiedy ten lud zadłużał się wola demokratycznie wybranych przedstawicieli, i kiedy – wciąż w tej samej dekoracji – lud grecki przejadał zaciągane kredyty np. poprzez karykaturalnie rozbuchane przywileje socjalne, to winien jest każdy (w tym i system), ale nie lud umęczony, heroiczny, a dziś na dodatek upokorzony lud grecki, bo przecież winien jest system, elity reżim, ale nie lud, bo ten jest zawsze mądry i zawsze będzie poszkodowan. Bo przecież to system wymusił na Grekach chroniczne, głeboko zakorzenione w ich mentalności nieuczestniczenie w ponoszeniu ciężaru utrzymania państwa, z którego hojności Grecy korzystali bez zawahania się przez chwilę.

        Przecież Grecja nie jest dyktaturą. Grecy mieli zawsze swobodę wyboru sposobu realizowania polityki w ich własnym imieniu. Gdzie przez te tłuste lata przepędzone na kredyt byłi ci, którzy dziś lamentują do kamery, że oto dzieje się Grekom taaaaka wielka krzywda, że ich upokorzono w Brukseli, i że w ogóle. Winien system ? Chyba tylko system samoobronny Greków jako społeczności, przed samymi sobą o ile w ogóle taki system istnieje w tym społeczeństwie.

  4. litteratura Says:

    Dostojewskiego trzeba odczytać na nowo, bo to wysublimowany Main Kampf.

  5. Stanisław Błaszczyna Says:

    Z cyklu: politica europea.

    Tsipras oświadczył dzisiaj, że podpisał „porozumienie” – choć w niego nie wierzy – i że będzie go wprowadzał w życie przez następne cztery lata swoich rządów.„Narzucona nam polityka jest irracjonalna. Ale polityka ta oferuje wyjście z kryzysu” – powiedział rozbrajająco.
    Aha, i dodał jeszcze, że kredytodawcy przekazali mu, że „nie ma sensu przeprowadzać wyborów w krajach, które korzystają z pomocy pożyczkowej”. („There is no point in holding elections” in bailed out countries.)

    Warto zauważyć, że jest to oczywiste kwestionowanie suwerenności tych krajów.

    Czy jednak może to dziwić, skoro niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble, nie tak dawno w jednym z wywiadów stwierdził, że „większość krajów członkowskich nie jest w pełni przygotowana do zaakceptowania pewnych ograniczeń narodowej suwerenności. Lecz sądzę, że z tym problemem można sobie dać radę”. („Aber glauben Sie mir, das Problem ist lösbar.”)

    Innymi słowy: konstytuuje się IV Rzesza – Ekonomiczna.

    Plajta Grecji stworzy precedens, że Unia nie jest w stanie uratować przed upadkiem swojego członka, a wręcz przeciwnie – sama potrafi go pogrążyć.
    Podważy też dramatycznie zaufanie do euro, a tym samym do systemu bankowego Europy.
    Wskaże też na bezwzględną dominację Niemiec.
    Także na brak sentymentów (idealistyczne wartości unijne można już sobie między bajki włożyć).

    Wszystko to może być początkiem końca EU.

    W sumie… szkoda.

  6. M. Says:

    Dwa problemy Grecji

    1. Klientelizm politycznych partii od upadku junty (1974).
    2. Fikcyjna opiekuńczość państwa wraz z ogromnymi nierównościami i biedą.

    Mówi się coraz więcej o tym wśród wrzawy o “upokorzeniu Grecji”, “dławieniu gospodarki oszczędnościami” i odmowie umorzenia długu.
    http://blogs.lse.ac.uk/europpblog/2015/04/07/greece-requires-political-reform-as-much-as-structural-reform-of-its-economy/

    Syriza została wybrana głosami ludu, jak rozumiem. Ale zamiast rozwalać “grecki układ”, zaproponowała pół roku temu populistyczną opiekuńczość i wsparcie dla partykularnych interesów związkowych.

    Grecka gospodarka nie jest konkurencyjna, w ciągu ostatnich 5 lat eksport był w stagnacji – w odróżnieniu np. od Hiszpanii czy Irlandii, branże są regulowane, koszty prowadzenia biznesu i inwestowania wysokie, korupcja na rekordowym poziomie w UE i powszechnie tolerowana, system podatkowy skomplikowany i niesprawny, sądy niewydolne, system opiekuńczości państwowej archaiczny i pogłębiający nierówności. Reformowanie strukturalne Grecji to stajnia Augiasza. W tym zniesienie przywilejów emerytalnych, chodzi o ten Durchschlag, jak go nazywa niemiecki minister finansów.

    MFW krytykując niedomykanie się ostatnio uzgodnionego między UE i Grecją programu pomocy w spłacaniu długu po raz kolejny nawołuje, naciska na bezwarunkową konieczność reform strukturalnych.

    Oczywiście – krytycy reform strukturalnych mają w tym rację – cięcia zatrudnienia w budżetówce redukują popyt, ale z drugiej strony zwiększają zaufanie inwestorów. A z Grecji wyciekły miliardy euro, z kont (pasywów) greckich banków, aktywa się skurczyły, oraz pieniędzy zainwestowanych – one muszą powrócić.

    Być może do przeprowadzenia reform strukturalnych, oraz do przełamania politycznej stagnacji Tsipras zbiera kapitał, może część Syrizy lepiej niż w styczniu widzi problem i rozwiązanie. Może w “wielkiej” koalicji z ND. Może świadomość konieczności głębokich reform bierze górę w establishmencie, bo to jest także ich interes.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przykład Ukrainy, Grecji i wielu innych krajów pokazuje, że w d.pę zawsze biorą tzw. zwykli ludzie, którzy tworzą gross społeczeństwa. Politycy zawsze jakoś się ustawią, podobnie jak ci, którzy dysponują wielkimi pieniędzmi. To wokół nich wszystko się kręci. Wszyscy oni tworzą jakiś symbiotyczny układ, bez względu na ich rodowód polityczny czy państwowy. Są częścią większej struktury, która dominuje nad każdym ze swoich elementów. (Tak się składa, że większa część tej struktury jest wykreowana przez Unię Europejską.)
      I w tym sensie – to właśnie ten wadliwy system dopuścił do greckiej zapaści i de facto ją spowodował.

      Oczywiście, że spora wina leży po stronie Greków – ale przede wszystkim tych, którzy decydowali o długach, uchwalali idiotyczne ustawy, ulegali korupcji, mieli na uwadze tylko własne partykularne interesy, zasilali kasę rządzących partyjniaków i oligarchów, którzy ich wybrali… tych wreszcie, którzy te pożyczki rozkradali czy po prostu marnotrawili. Bez wątpienia system świadczeń w Grecji był ustalony ponad stan, nierealistyczny (i nie byłby możliwy bez zaciągania długów).
      To jedna sprawa, chyba oczywista dla wszystkich.

      Ale jest jeszcze druga sprawa, moim zdaniem jeszcze ważniejsza: postępująca, zbiurokratyzowana coraz bardziej centralizacja, która się nie sprawdza (właśnie to może oznaczać kryzys UE). Niestety, jednym z najważniejszych elementów tej centrali jest system bankowy, nad którym traci się demokratyczną kontrolę, i który demoralizuje polityków. To on zaczyna decydować o polityce europejskiej – bo to właśnie wielkie pieniądze “wykupują” politykę, często przekupując samych polityków.
      Albo tak zaczynają dominować nad politykami, że ci zmuszeni są mu się podporządkować/poddać (tak, jak to stało się ostatnio z premierem Grecji Tsiprasem, który “nie chciał, ale musiał” ulec dyktatowi Centrali, co w praktyce oznaczało poddanie się Niemcom).

      • dru' Says:

        Mam wrażenie, że podczas rozmowy zarzuciliście zupełnie to pojęcie „kodu kulturowo-społecznego” o którym pisałeś w notce. Grecy to nie są Polacy przemieszczeni 1500 km na północ. Nie są to również Niemcy, ani Francuzi. To kraj, w którym podpisanie umowy jest dopiero wstępem do negocjacji, a nie ich zakończeniem. To kraj, gdzie pop chciał nas orżnąć w biały dzień dyktując cenę około 20x wyższą niż nakazywała przyzwoitość. Kraj, w którym rektor uczelni w żywe oczy wypierał się swojego podpisu i twierdził, że musimy pospłacać długi ludzi, którzy mieszkali w akademiku przed nami. Pojęcie zaufania jest tam zupełnie inaczej rozumiane niż u nas, pisząc bardzo delikatnie.
        Rozumiem, że najgorzej w społeczeństwie ma zwykły zjadacz chleba, ale dziwi mnie, że przez tyle lat nie zrobiono z tym bałaganem. My jakoś nie oczekujemy cudu i nie głosujemy gremialnie na partie całkowicie populistyczne licząc, że najpierw należy przejeść, a potem będziemy się zastanawiać jak wyprodukować.
        Nie wiem, czy to wymaga jakiejś inteligencji społecznej, czy też osiągnięcia jakiegoś poziomu rozwoju cywilizacyjnego (który Grecy nieustannie podkreślają u siebie), żeby zrozumieć, że porządek i organizacja oraz racjonalne dysponowanie zasobami to rzeczy, które prowadzą do wytworzenia kapitału ekonomicznego, którym potem można dysponować. Nie da się uprawiać lenistwa stosowanego i nieustannego wyciągania ręki po kolejne pieniądze na dłuższą metę.
        Kraje takie jak Hiszpania i Irlandia otrzymały pomoc od tego „złego” systemu i potrafiły go przekuć w odnowienie wzrostu gospodarczego. Czy to pogorszyło sytuację zwykłych zjadaczy chleba? Myślę, że nie. Grecja, poprzez swoje zachowanie, również na poziomie jednostek, udowadnia jedynie, że nie jest w stanie przyswoić prostych prawd ekonomicznych. Chce żyć na kredyt i chce, żeby za jej kryzys zapłacił ktoś inny.
        Hasło „kup sobie Greka, który będzie robił wszystko to na co ty nie masz czasu będąc w pracy” jest dlatego śmieszne, że wyciąga na wierzch greckie rozumowanie na temat ich roli w UE i Eurolandzie. Jakoś nie daje się ukuć podobnego dowcipu o Polakach, ani innej nacji.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Być może rzeczywiście w próbach zrozumienia genezy kryzysu w Grecji, należałoby się przyjrzeć bliżej owemu „kodowi społeczno-kulturowemu”, ale moim zdaniem główne przyczyny leżą poza tym „kodem” – właśnie w sposobie funkcjonowania systemu bankowego w Europie (i na świecie), coraz większej centralizacji władzy administracyjnej w Unii, dominacji krajów silniejszych ekonomicznie nad słabszymi… etc. Są to więc przyczyny strukturalne odnoszące się do sposobu funkcjonowania Unii, a nie jej poszczególnych członków. Tak mi się wydaje. (Paradoksalnie: reprezentująca Unię Troika, demonstrując swoją siłę i dominację, obnaża swoją słabość – choćby w niemożności uporania się z greckim kryzysem.)

          Zwalanie całej winy na „kod społeczno-kulturowy” (używa się tego eufemizmu po to, by nie powiedzieć wprost, że Grek to leń, któremu nie chce się pracować i płacić podatków) jest moim zdaniem czymś rodzaju populizmu a rebours – używaniem bardzo uproszczonej argumentacji, która przemawia do wyobraźni i emocji szeregowego odbiorcy, wykorzystując jego ksenofobiczne resentymenty, niechęć wobec „Obcych”, którzy przecież zawsze są winni. To podobnie jak kreowanie niechęci do ogółu Polaków, mówiąc że Polak to pijak i złodziej, bo przecież takich – jak widzą to społeczeństwa Zachodu – nie brakuje: zawsze ich można znaleźć i z nimi się zetknąć.
          (Dlatego przykłady z pazernym popem i nieuczciwym rektorem nie za bardzo mnie przekonują.)

          Chcę zauważyć, że na partie „populistyczne” (np. Syriza) zaczęto w Grecji głosować dopiero po tym jak się okazało, w jakie bagno wciągnęły Grecję poprzednie ekipy rządowe, (które tez posługiwały się populistycznymi sloganami, ale tylko po to, by samemu doić unijną – i nie tylko unijną – kasę, mając na względzie przede wszystkim własne partykularne interesy, a nie dobro całego społeczeństwa).

        • dru' Says:

          Stanisławie, nie idzie odpowiedzieć na twoje uwagi inaczej niż załączając odpowiedź do własnego tekstu. Liczę, że pojawi się on pod twoim ostatnim wpisem.
          Nie chcę wdawać się w polemikę nad systemem bankowym w Europie, bo uczciwie mówiąc znam się na tym mało, a już na pewno nie wystarczająco, aby sformułować tu tezę, którą gotowy byłbym potem bronić. Moje podejrzenia zgodne są jednak z twoją tezą, że system ten jest niesprawiedliwy i więcej daje bogatym, niż biednym. Tezę swą opieram na tym, że gdyby taki nie był został by przez taki system zastąpiony. Ten kto posiada kapitał, dąży do tego, aby ciągnąć z niego zyski.
          Natomiast specjalnie podałem przykład krajów, które korzystając z tego niesprawiedliwego systemu, potrafiły zrobić z niego użytek również z korzyścią dla siebie i swoich „zwykłych zjadaczy chleba”. Przyznaję, że słowa Grek i leń, jakoś blisko w mojej głowie siedzą (wizualnie ten kraj wyglądał dla mnie tak, jak gdyby nikt tam nic nie robił – a przynajmniej nie robił tego z zamiarem osiągnięcia jakiegoś celu), ale daleki jestem od oskarżania ich o lenistwo jako jedyny lub główny problem ich problemów gospodarczych. Myślę, że to co nazywamy w skrócie lenistwem współistnieje z tragiczną (nieproduktywną) organizacją, brakiem szacunku do pracy (w konsekwencji) i nadużywaniem prawa z każdej strony (Ryba psuje się od głowy). To zjawisko braku wiary w prawo widać również w Polsce, ale chyba na mniejszą skalę lub w inny sposób.
          To jest ewidentnie słaby system, powiedziałbym, cywilizacyjnie zapuszczony, w którym ciężko o produktywność i niesprawiedliwy system bankowy niewiele tu zmienia. Patrząc teraz ogólnie, część z greckich zwykłych zjadaczy chleba nie ciągnęło z niedoskonałości tego systemu wielkich korzyści, ale wszyscy chyba widzieli, że bezproduktywności i silna gospodarka nie mogą iść w parze i prędzej albo później będą musieli za to zapłacić. I ja myślę, że problem UE z Grecją polega właśnie na tym, że oni mają pieniądze, które mogą w Grecję wpompować tylko wiedzą, jak się to wielokrotnie skończyło. Sam zachowywał bym się dokładnie tak samo. Ja myślę, że oni chcieliby mieć pewność, że te pieniądze pójdą na konkretne inwestycje, a nie na kolejne przeżarcie. Wcale nie jest prosto pożyczyć pieniądze na rozwój, komuś, o kim wiadomo, że obieca wszystko, podpisze wszystko, a po wzięciu pożyczki zrobi po swojemu (czyli roztrwoni, albo sprzeniewierzy).
          Przykłady z popem i rektorem mogą cię nie przekonywać, ja sam dla równowagi spotkałem wielu sympatycznych, uprzejmych, miłych i pomocnych Greków. Pomyśl jednak, jak żyłoby ci się w kulturze, w której podpisana umowa dla powiedzmy połowy mieszkańców to nic nie warty świstek papieru, a bezczelność i kłamstwo w świetle prawa to normalne sposoby załatwiania spraw. Spróbuj w takich warunkach, na przykład, prowadzić firmę. Przebywałem tam cztery miesiące studiując i na tych właśnie zasadach opierała się nasza relacja z władza uczelnianą i lokalną. Ja rozumiem, że oni oszukują na podatkach i kombinują, żeby przeżyć, ale chyba nie mogą równocześnie liczyć, że to wzmacnia gospodarkę. A skoro oni nie są w stanie podnieść się z tej cywilizacyjnej zapaści to gdzie szukać rozwiązania problemów „zwykłych zjadaczy chleba”? W bezwarunkowym wlewaniu kolejnych strumieni gotówki? To już się nie sprawdziło.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Moim zdaniem wada tego systemu nie polega na tym, że daje on więcej bogatym, niż biednym (nic w tym dziwnego i to jest przecież sprawiedliwe, że kiedy inwestujesz i masz większy wkład w inwestycję, niż inni, to twój zysk powinien być większy), ale że on biednym nie tylko, że nic nie daje, to jeszcze im odbiera (dlatego biedniejsi – i to jest istota problemu – stają się jeszcze bardziej biedni – co jest dowodem na to, że neoliberalizm, będący współczesną wersją kapitalizmu, się nie sprawdził).

          Moim zdaniem problem nie polega na tym, ze europejskie banki nie chcą pożyczać Grecji pieniędzy, tylko wręcz przeciwnie: chcą pożyczać (i de facto pożyczały nieumiarkowanie), wiedząc o fatalnym sposobie funkcjonowania państwa greckiego, a nawet o tym, że Gracja oszukiwała w swoich oświadczeniach majątkowych, składając podania o pożyczki (i o wejściu do strefy euro). Dlaczego więc chcą pożyczać? Bo jest to sposób na swoistą „materializację” wirtualnych pieniędzy, które te banki kreują. Te de facto puste pieniądze są dysponowane przez banki, które zabezpieczenia swoich pożyczek uzyskują od państw członkowskich, kiedy więc jest problem z ich spłatą, to wyciąga się te pieniądze od europejskiego podatnika (tak jak dzieje się to obecnie).

          Według mnie, jest to po prostu finansowy przekręt – podobny do tego, jaki zastosowały banki w Stanach Zjednoczonych, pożyczając na prawo i lewo „pieniądze” (a de facto: dystrybując długi, bo pieniądze te nie miały rzeczywistej wartości) społeczeństwu amerykańskiemu, wykorzystując ludzką naiwność, niewiedzę, słabośc i chęć szybkiego „wzbogacenia się” (co było przyczyną największego kryzysu finansowego od czasów Wielkiej Depresji). Obłowili się na tych machinacja cwani bankierzy bez skrupułów, a banki nie splajtowały (z nielicznymi wyjątkami), tylko dostały od państwa miliardowe subwencje (oczywiście z pieniędzy podatników) – nie wspominając o wieloset-milionowych premiach dla dyrektorów tych banków.

          Masz rację pisząc o różnicy mentalnej i kulturowej, jak istnieje między Europą Północno-Zachodnią a Południową.
          Jeśli chodzi o moje zdanie, to właśnie te różnice przemawiały za tym, aby jednak nie przyjmować Grecji do UE (a tym bardziej do strefy euro) – i że to wyszłoby jednak Grekom na lepsze (biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej znalazł się ten kraj obecnie).
          Niechby sobie gospodarzyli niezależnie – zgodnie ze swymi obyczajami i temperamentem. Wtedy odpowiadaliby za stan swojego państwa i społeczeństwa sami przed sobą.
          A tak, to wygląda na to, że pogrążyła ich Europa, a ściślej: członkostwo w Unii.

  7. Stanisław Błaszczyna Says:

    Ci, którzy pożyczali Grekom pieniądze, doskonale zdawali sobie sprawę, komu pożyczają pieniądze (audit był śmiechu warty, tajemnicą poliszynela były finansowe krętactwa Grecji przy wypełnianiu aplikacji). Ale pożyczali mimo to, bo wiedzieli, że i tak zarobią na swoich pożyczkach – m.in. kosztem europejskich podatników, (których w tej chwili znów chce się złupić, po pretekstem pomocy dla Grecji).

    Był to też sposób na zmaterializowanie pieniędzy wirtualnych (jakimi posługują się zazwyczaj współcześni wierzyciele – wielkie banki i inne finansowe instytucje).

    Nawet jeśli intencją UE nie było podporządkowanie sobie Grecji za pomocą euro (a konkretnie pożyczek w tej walucie), to w praktyce do tego doprowadziło.

    PS
    Niestety (wczoraj) wykrakałem:
    w Grecji zamieszki (koktaile Mołotowa lecą na Parlament), Syriza się rozpada, a Tsipras zapada się pod ziemię…
    Jednym słowem: całe to ostatnie “porozumienie” funta kłaków okazuje się niewarte.

    • rolka Says:

      Coś tam jednak przepchnęli.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Problem odwleczony w czasie.
        Obawiam się, że z tego „porozumienia” też nic dobrego nie wyjdzie, już choćby dlatego, że greckie długi są nie do spłacenia.

        Okazuje się, że całe to ostatnie referendum w Grecji to jedna wielka szopka była.
        Podobnie jak nazywanie partii Tsiprasa „Radykalną Lewicą”.

  8. Onibe Says:

    wydaje mi się, że sukces zbrodniczych systemów brał się po części także z odwołania do mroku ludzkiego umysłu. Bo każde społeczeństwo łatwiej w sumie opisać listą „czego nienawidzi” niż „co kocha”. Tworzenie wrogów jest taktyką starą jak świat, a działa, bo ludzie dobrze się czują jednoczeni przeciwko komuś/czemuś. Może to kwestia jakiegoś odniesienia do prymitywnych, pierwotnych układów społecznych, które powstawały przecież właśnie z uwagi na zagrożenie czy też w celu ułatwienia np. polowań. Czyli ludzie grupowali się przeciw przyrodzie czy zwierzętom, później także przeciwko sobie nawzajem.

    kapitalizm jest tak skonstruowany, że musi sam się pożreć. Musi także zjeść demokrację. Istotą kapitalizmu jest koncentracja kapitału, co oczywiste. W miarę upadania globalnych barier kumulacja kapitału osiąga poziom ekstremalny. Dodajmy, że pieniądz nieinwestowany – traci. Milion dolarów na koncie to po roku już milion minus inflacja i minus koszt utraconych zysków. Najwięksi kapitaliści muszą pożerać mniejszych, ale i całe państwa/społeczeństwa.

    współczesny świat oferuje mnóstwo leków zaleczających poczucie niewyjątkowości – łatwo zostać celebrytą, mniejszym lub większym, czasami wystarczy zjeść kurze odchody lub mieć wielki tyłek. To trochę jak system opisany w Limes inferior: z jednej strony bardzo hierarchiczny, bezwzględny wobec „dołów”, z drugiej zaś poprzez system celowych lub pozornie przypadkowych szczelin umożliwiający wybrańcom z „dołów” awans. Jego iluzoryczność wystarcza, aby chciało się żyć, to taki społeczny totalizator, w którym kupony kupuje się całe życie bo wystarczy jeden uśmiech losu…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Ciemna strona człowieka”. czytałem kiedyś dobrą książkę o tym właśnie tytule (autorem jest Michael P. Ghiglieri). Męska (wrodzona) agresja, etnocentryzm, ksenofobia… to chyba najistotniejsze „motory” wojny, które używano zazwyczaj do podboju obcych terytoriów albo unieszkodliwienia (eksterminacji) wrogiego sąsiada.

      Niestety, nienawiść cementuje ludzi – ale nie należy przy tym zapominać, że solidarność, współpraca, budowanie wspólnego dobra też jednoczy ludzi. Czyli nie tylko emocjonalna orientacja negatywna, ale i – wg mnie najbardziej uzasadniona etycznie i chyba jednak najbardziej konstruktywna, przynosząca najlepsze rezultaty – emocjonalna orientacja pozytywna. Innymi słowy – lepiej jest kochać, niż nienawidzić. Nienawiść niszczy (także tego, kto nienawidzi), miłość buduje. (Nie sądzę, że jest to jakiś naiwny romantyczny idealizm, bo do takich wniosków doszedłem używając jednak bardziej rozumu, niż serca.)

      Paradoks współczesnego kapitalizmu polega na tym, że – jak piszesz – pieniądz nieinwestowany traci na wartości, ale kiedy zaczyna się używać go w nadmiarze, to na wartości traci jeszcze bardziej (i nie mam tu na myśli jedynie inflacji). Właśnie wtedy może prysnąć bańka mydlana wartościowego dolara, kiedy Chińczycy zaczną się „pozbywać” swoich nieprzebranych zasobów rezerwy dolarowej (co oczywiście nie leży w ich interesie, więc te dolary nadal trzymają). To się jednak kiedyś skończy. Powodem może być upadek (drastyczne osłabienie) amerykańskiej gospodarki (a tym samym państwa i jego militarne potęgi: nota bene niektórzy uważają, że wartość dolara opiera się na sile amerykańskiej armii), albo stopniowe wypieranie dolara jako waluty międzynarodowej przez inną walutę. A że tak się stanie, to jest jedynie kwestią czasu (chyba jednak nie w najbliższej przyszłości).

      Jeżeli tzw. „kapitalizm” ma przetrwać (wydaje mi się, że współczesne oblicze kapitalizmu to neoliberalizm, którego głównym mechanizmem jest system bankowy i korporacjonizm), to musi wypracować jakiś consensus z siłami… nazwę je – społecznymi, o bardziej „lewicowym”, socjalistycznym zabarwieniu – uwzględniającymi potrzeby socjalne (czyli poczucie bezpieczeństwa) całego społeczeństwa.

      Masz rację: koncentracja kapitału jest w ostatecznym rozrachunku dla kapitalizmu zabójcza (bo zaczyna on wtedy zjadać samego siebie, poczynając od ogona – pożerając także tych, na których wcześniej żerował). To zresztą może kiedyś spowodować kryzys Europy, która – nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że okazuje w ten sposób swoje ciągoty totalitarne – dąży do centralizacji nie tylko kapitału, ale i władzy administracyjnej, chcąc w praktyce kontrolować wszystko i wszystkich.

      Celebrytyzm współczesny jest strasznie „cienki”, bo zachwyca się bzdurą, tandetą, głupotą i badziewiem. Dlaczego się zachwyca? Bo bzdura, tandeta, głupota i badziewie są na tyle powszechne w społeczeństwie, że stwarza to komuś większą szansę, by samemu stać się celebrytą – choćby pozornie (we własnej głowie) – choćby na te warholowskie „15 minut sławy”.

      • Onibe Says:

        współczesna forma kapitalizmu faktycznie ma kształt neoliberalny, a do korporacjonizmu i bankizmu – hehe, neologizm – dorzuciłbym jeszcze syndykalizm. Nigdy wcześniej w dziejach świata tak wąska grupa ludzi nie kontrolowała tak wielu ważnych spraw dotyczących całej Ziemi. Globalizm jest sojusznikiem kapitalizmu, ale zarazem sojusznikiem w samopożeraniu się owego. Zanim jednak kapitalizm się zeżre, połknie wszystkie społeczeństwa i narody, przetrawi i zniszczy. Kapitalizm jest pod wieloma względami dobry, ale nie jest to równoznaczne z koniecznością pozostawienia go samopas. Neoliberalizm ma zresztą bardzo ciekawy kształt: z jednej strony fantomowy wolny rynek, z drugiej skrajny etatyzm. Wielki biznes dogaduje się z aparatem etatystycznym nad głowami społeczeństw, które w gruncie rzeczy od dawna nie korzystają już z dobrodziejstw wolnego rynku. Bo dla przeciętnego Kowalskiego wolny rynek to tylko promocje w marketach.

        Europa chciałaby konkurować z USA, zarówno gospodarką jako taką, jak i walutą. Jedno i drugie jest niewykonalne. EUR to balast, podczas kiedy USD to żagiel dla amerykańskiej gospodarki. Zresztą, o czym mówimy? Czy gospodarka w której urzędnik mówi, co jest nowoczesne a co nie, co należy robić a co nie itd itp może być nowoczesna i prawdziwie konkurencyjna? Europa próbuje tworzyć i pielęgnować wirtualna konkurencyjność w krajach Unii, ale to trochę jak wyścig gospodarek socjalistycznych, centralnie planowanych o przetrwanie: zatykasz tamę palcem, ale w tym samym momencie powstają nowe dziury. Kiedyś zabraknie palców.

        Ja jednak wierzę bardziej w mroczną stronę człowieka, choć oczywiście znam ludzi dobrych, szczerych i pomocnych. Wiem jednak że społeczeństwo na WOŚP idzie raz w roku, w spektaklach nienawiści może uczestniczyć całą dobrę 365/365. Nawet ten cały WOŚP – którego używam tylko jako wygodnego przykładu/symbolu- co i rusz jest atakowany z wielką furią jako samo zło. I tak to wygląda właśnie.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Wiele słusznych uwag, ale co rozumiesz przez to, że syndykalizm jest jedną ze składowych współczesnego kapitalizmu?
        Syndykalizm wydaje mi się pojęciem cokolwiek przestarzałym, choć zawierał w sobie parę niegłupich pomysłów na radzenie sobie z kapitalizmem (był też mniej radykalny niż rewolucjonizm, o anarchizmie nie wspominając).

        Kapitalizm jest dobry do stymulacji, ale fatalny później – wskutek kumulacji.
        Koncentracja kapitału pociąga za sobą koncentrację władzy – w ten sposób powstaje coś w rodzaju ekonomicznego „totalitaryzmu” – decyzje o globalnym znaczeniu podejmowane są przez garstkę ludzi dysponujących astronomicznym bogactwem.

        Etatyzm też próbuje przeciwdziałać kapitalizmowi, ale na dłuższą metę jest niebezpieczny, dławiąc przedsiębiorczość i rozbudowując biurokrację, stając się przez to korupcjogenny a i niewydolny.

        Podsumowując: i tak źle – i tak niedobrze

        ***

        Widzę, że jesteś pesymistyczny jeśli chodzi o ludzką naturę.
        Ja chyba wierzę w jej większą elastyczność (choć skrzecząca rzeczywistość dostarcza mnóstwo argumentów przeciwko tej wierze bardziej optymistycznej).

  9. arachne Says:

    Nie chcąc popaść w oczywistość oklepanych frazesów, należy zacząć od pytania, na ile rzeczywiście radykalny i przełomowy jest „Bunt mas”, wymieniany wśród klasyki myśli społecznej XX wieku i umieszczany często w jednym rzędzie z „Kapitałem” czy „Umową społeczną”. Czy wnosi coś nowego do postrzegania społeczeństwa książka, która prezentuje je jako czarno-białe, składające się z dwóch warstw, pomiędzy którymi można przeprowadzić jasną granicę, i będąca w zasadzie intelektualną obróbką uprzedzeń większości ludzi? Czy niezwykle błyskotliwy i przejrzysty styl, którego nie można Gassetowi odmówić, nie jest jedynym, co sprawia, że czytelnik zostaje przekonany do wiary w tak płytką socjologicznie teorię?

    Społeczeństwo, według autora, jest sumą dwóch grup. Pierwsza z nich to elita, którą stanowią wybrane mniejszości, ambitne, pokorne, stawiające sobie duże wymagania i pragnące przede wszystkim własnego rozwoju. Druga grupa to identyczne w swojej przeciętności i banalności umysłów i jednocześnie w pełni zadowolone z siebie masy. Cechuje je bezczelność, nijakość, brak prób samodoskonalenia. Są milionami kopii i zdają się być całkiem zadowolone z takiego stanu rzeczy. Tytułowy bunt, bądź też tryumf „hiperdemokracji” mas, to sytuacja, w jakiej znalazła się Europa w XX wieku: masy osiągnęły pełnię władzy. Masy, pomimo braku stosownych kwalifikacji i zdolności umysłowych, sprawują rządy, sterują nauką i kulturą. Nie zważają przy tym na normy prawne i narzucają wszystkim swoje upodobania. Wyjątkowość chwili obecnej polega na tym, że nigdy wcześniej w historii takie zjawisko nie miało miejsca. Rzeczowy sposób argumentacji Gasseta i świetny styl sprawiają, że czytelnikowi chce się wierzyć w tę przerażającą wizję dyktatury mas, że wizualizuje sobie nacisk zalewu nijakości na jego własny niezwykły intelekt. Kiedy autor pisze o zjawisku aglomeracji, czyli „pełności”, przepełnieniu miejsc dotąd pustych szarym tłumem, niemalże czujemy na swoich plecach nacisk tysięcy takich samych ludzi, czujemy zaduch przepełnionych kin, dworców, ulic, sklepów. Równie niezwykłym wpływem, jaki udało się wywrzeć pisarzowi, jest magiczne wprost podreperowanie samooceny u potencjalnego odbiorcy książki. Żadna, absolutnie żadna osoba, z jaką dane mi było rozmawiać po lekturze „Buntu mas”, nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że sama jest częścią elity, chociaż nierzadko jej jedynym większym dokonaniem intelektualnym było zapoznanie się z treścią rzeczonego (gdzież ta pokora, chciałoby się zapytać, gdzie przekonanie o własnej niedoskonałości i dalekiej drodze do ideału?). Przy tak trzeźwym sposobie uzasadniania byłabym chyba jednak niesprawiedliwa, gdybym zarzuciła Ortedze manipulację czytelnikiem. Może to bazowanie na potrzebie silnych kontrastów i uproszczeń potencjalnego odbiorcy sprawia, że tylu ludzi wierzy, iż absolutnie każdego człowieka da się zaszufladkować pod hasłem „elitarny” bądź „masowy”; że umysły są przeciętne albo nie; że rozrywki i sposób życia mogą być tylko skrajnie wysokie bądź skrajnie niskie i nie ma żadnych warstw pośrednich. Może to być też kwestia autentycznie urzekającego stylu, który obrazuje przykładowy fragment:

    „Prawda jest taka, że przy pomocy janczarów nie sprawuje się rządów. Talleyrand tak kiedyś powiedział do Napoleona: »Bagnetami można wszystko załatwić, Sire, ale do jednego się nie nadają – nie można na nich usiąść«. A rządzenie to nie jest gwałtowne wymuszanie władzy, lecz jej spokojnie sprawowanie. Czyli, krótko mówiąc: sprawować rządy to znaczy usiąść. Tron, krzesło edyla, niebieska ława, fotel ministerialny, stolec. Wbrew naiwnym, obiegowym sądom rządzenie to nie tyle sprawa pięści, co pośladków”*.

    Kolejną diagnozą dotyczącą współczesnego człowieka masowego jest porównanie jego psychiki do psychiki rozpieszczonego dziecka. Traktuje on cywilizację i jej wygody jako coś całkiem naturalnego, wręcz domaga się prawa do realizacji swoich potrzeb. Wysunięta została przy tym teza, że po raz pierwszy w historii zaistniała taka łatwość w rozwiązywaniu problemów ekonomicznych oraz że nie istnieje warstwa pod tym względem uprzywilejowana. Można przy tej idealizacji odnieść wrażenie, że książka była pisana w jakimś kompletnie innym świecie, ewentualnie przyjąć, że obecny zanik stabilizacji ekonomicznej przeciętnego człowieka i miliony żyjące poniżej minimum socjalnego to kwestia jakiejś propagandy tworzonej przez demokratyczno-masowy spisek.

    Niesamowite jest też to, jak ta koncepcja głosi wyjątkowość swoich czasów, ignorując przy tym typowe dla praktycznie każdej epoki poczucie wyjątkowości na tle dziejów. Zakłada też, że nasza epoka jako jedyna odczuwa wyższość w stosunku do pozostałych, podczas gdy tamte cechowała tęsknota za przeszłością. Rzuca proste rozwiązania problemu: twarda, stabilna, scentralizowana władza, autorytet, słuchanie rozkazów. Grozi powrotem do ery barbarzyństwa. Opiera się na plastycznej, słodkiej, ładnie ujętej w słowa psychologicznej prostocie, która pozwala przez chwilę poczuć na skórze dreszcz wyjątkowości tych Innych Czasów, wyjątkowości siebie samego jako członka elity miażdżonego reżimem mas.

    Przyglądając się opisanej teorii, trudno nie zauważyć podobieństwa do klasycznego „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego. Być może każda epoka potrzebuje koncepcji, która w sposób niezbyt wymagający dokona możliwie najprostszej klasyfikacji społeczeństwa. Czy jednak rzeczywiście kolejne wcielenie Proroka Zachodu ma nam coś nowego do powiedzenia? Lata lecą, demokracja i egalitaryzm zaczynają się rozwijać, Zaratustra jest podstarzały i chrypi – mimo to wciąż cieszy się popularnością teoria przekładająca na może bardziej ludzki język nadczłowieka i jego społeczne klapki na oczy.

    • Jula :D Says:

      Mam wrażenie , że żyjemy w ciekawych czasach , o jakich filozofom się nie śnilo. ;)
      Jakiś tam ustanowiony porządek w świecie , uległ załamaniu.
      Są próby czynienia nowego , jak będzie „nowy ład” wyglądal nie wiadomo ?..
      Jaki będzie podział ludzi?
      Jak nowa kumulacja bogactwa z jednej strony a biedy z drugiej podzieli ludzi na nowo?
      Czy w przyszłości będzie podział na państwa , czy powstaną nowe formy społeczne ponadpanstwowe z innym kryterium podziału np. „majątek” i wszystko co można kupić!
      Pozdrawiam!
      :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s