VIRGIN ISLANDS REVISITED

every picture tells a story…

Piekło to inni, pisał Sartre. Ale raj też jest zawsze tam, gdzie nas nie ma. Lecz, podobnie jak piekło, również i raj jest ludzką konstrukcją – bardziej kreowaną w naszej wyobraźni, fantazji i marzeniach, niż istniejącą rzeczywiście w świecie, który uparliśmy się nazywać realnym. Tak naprawdę, raju na Ziemi nie ma. Jest tylko odbicie naszych pragnień i wyobrażeń – zachwyt istnieniem i poczucie piękna… ulotnego jak my sami. Ale przecież to, co prawdziwie odczuwane, jest (staje się) dla nas rzeczywiste – a przynajmniej takie się nam wydaje. Więc jeśli istnieje dla nas piękno, istnieje też i raj.
Takie myśli krążą mi po głowie, kiedy przeglądam zdjęcia, jakie zrobiłem niedawno podczas (kolejnej zresztą – o poprzedniej pisałem TUTAJ) podróży na Wyspy Dziewicze. Oto mała ich próbka. Każde opatruję małym komentarzem – wspomnieniem, opisem… refleksją, jaką ono przywołuje.

(Klikając na zdjęcia, można obejrzeć je w pełnym wymiarze.)

 .

Beach on St. John  (USA Virgin Islands)

Kąpiel w turkusowych wodach (St. John)

.

TURKUSOWY RAJ

Turkusowa woda, plaża, wyspy na horyzoncie… a wszystko to obramowane panoramicznie palmowymi liśćmi. Ładne, ale czy nie ocierające się o banał? Cóż, będąc na tej plaży – i robiąc to zdjęcie – o żadnym banale nie myślałem. A nawet jeśli był to banał (swoją drogą: czy raj nie jest w pewnym sensie banalny?), to… I couldn’t care less – nic mnie w tamtym momencie nie obchodziło oprócz cieszenia się chwilą i całym tym tropikalnym splendorem, który za pośrednictwem wszystkich zmysłów uderzał mi do głowy.
Widzę, że (całkiem przypadkowo) na tym zdjęciu znalazła się Liza (to ta czarna główka, tuż nad wodą, po lewej stronie zdjęcia), nasza znajoma od… kilkunastu minut, która zdradziła nam, że jest z pochodzenia Polką (mówiła do nas w naszym języku), mieszkała w Teksasie, ale tydzień temu przyleciała (do pracy sezonowej) na St. John, i codziennie rano zagląda na tę plażę, aby popływać. Zaprosiła nas do restauracji, w której była kelnerką. Obiecaliśmy, że przyjdziemy i słowa dotrzymaliśmy. Pewnie nagrodą za ową słowność były najbardziej smaczne ryby, jakie jedliśmy podczas naszego trzydniowego pobytu na St. John. (Aaa… muszę jeszcze wspomnieć, że restauracja ta nazywała się – nomen omen – Fish Trap. Polecam.)

greydot.

Kids platying in The Baths - Virgin Gorda

Kids playing in The Baths (Virgin Gorda)

.

KIDS IN THE BATHS

Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Karaibach – The Baths (czyli Łaźnie). Potężne granitowe głazy (będące pamiątką po wulkanicznej przeszłości wyspy) legły na wypełnionej piaskiem plaży – i zarówno one, jak i sam piasek, swoją strukturę zawdzięczają erozji, która w tym przypadku bardziej jest siłą kreatywną, niż destruktywną (ot, taki naturalny paradoks).
W The Baths palm nie ma zbyt wiele, lecz w wielkiej obfitości rosną tu krzewy, które wszyscy nazywają całkiem adekwatnie seagrapes, czyli „morskimi gronami”. I to właśnie one zwisają niczym baldachim nad miejscem, w którym się skryłem przed skwarem – dzięki czemu mamy u góry zdjęcia piękną ramę z liści przypominających serca i wiszących kiści owoców, które choć przypominają winogrona, to są, niestety, niejadalne – i żadnego wina nie da się z nich zrobić.
Liście seagrapes są prześwietlone słońcem – dlatego mają taki intensywny kolor; na horyzoncie są widoczne jachty, chmurki układają się fotogenicznie na niebie, woda jak zwykle turkusowa a piasek żółty… jednak cały obrazek ożywia dopiero para dokazujących w tej fantastycznej scenerii dzieciaków, których starałem się uchwycić w miarę dynamicznej pozie – co zresztą, (zważywszy na hiperaktywność chłopca i dziewczynki), nie było wcale takie trudne.

greydot.

Ram Head Trail

W drodze na Ram Head w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych (St. John)

.

W DRODZE NA BARANIĄ GŁOWĘ

Panorama wyspy dziewiczej Św. Jana – niemalże w całej okazałości. Widać tu całą południową część wyspy – z jej zatoczkami i wzgórzami, a nawet z małym osiedlem domków rozłożonym na zboczu jednego z tych wzgórz. Rzecz się dzieje na terenie Parku Narodowego Wysp Dziewiczych, a konkretnie na szlaku prowadzącym na… Baranią Głowę (Ram’s Head – tak obrazowo nazwano jeden z półwyspów St. John, z wysokim skalnym klifem przypominającym ponoć barani łeb).
Lubię nie tylko kompozycję tego obrazka (falująca linia horyzontu, który tworzą grzbiety wzgórz; Morze Karaibskie wcinające się między ląd zarówno pierwszego, jak i drugiego planu…) ale i kolorystykę, którą „rozmiękcza” tutaj słońce chylące się ku zachodowi, dzięki czemu barwy nie są już tak jaskrawe, a kontrasty bardziej stonowane nadają zdjęciu spokojnej atmosfery dobrze spełniającego się dnia.
Oczywiście – aby mieć jakiś ludzki element w całym tym dzikim, choć przecież relaksującym, pejzażu – poczekałem aż na grzbiet Baraniej Głowy wespnie się grupka piechurów, tym bardziej, że jedna z kobiet tej grupy miała na sobie czerwoną koszulę, która stanowiła niezły akcent w tej malowniczej scenerii. Jednak na pierwszy plan zdecydowanie „wychodzą” tutaj kaktusy organowe, wsparte niejako rosnącymi niżej kaktusami baryłkowymi – każdy z charakterystyczną, czerwonawą główką najeżoną kolcami.
Lekko się zdumiałem, kiedy znalazłem się blisko tych ludzi. Zauważyłem bowiem, że jeden z jej członków, starszy pan, wchodził na tę górę po szlaku pełnym ostrych kamieni i jeszcze bardziej ostrych kaktusów… na bosaka! Fakir jakiś, czy co? – zdziwiłem się w duchu. Jeszcze dziwniej zrobiło mi się na duszy, kiedy się dowiedziałem, że cała grupa zostaje na szczycie Baraniej Głowy do nocy. Spytałem się – po co? Odpowiedziano mi – bo dzisiaj jest pełnia księżyca. Cóż, różne są sekty i różne dziwne się zdarzają w tych sektach zachowania – pomyślałem wtedy. Ale gdy schodziliśmy coraz niżej (nie mieliśmy latarek i chcieliśmy zdążyć zejść ze szlaku przez zmrokiem) spotykaliśmy coraz więcej takich grupek i od pewnej kobiety (z kółkiem hula-hop!) dowiedzieliśmy się, że to taka wyspowa tradycja, i że raczej świecka to jest i całkiem niewinna, bo nie sekciarska zabawa – bez obrzędowych rytuałów i składania krwawych ofiar Bogu Księżyca na Baraniej Głowie.

greydot.

Salmon Beach - Virgin Islands NP (St. John)

Palmy na Salmon Beach (St. John)

.

LIŚĆ ŻÓŁTY NA WIETRZE

Na Plaży Łososiowej (Salmon Beach – nie mam pojęcia, dlaczego tak została nazwana), rosną tylko trzy palmy, ale w bardzo nietypowy sposób: każda jest przegięta ku morzu tak samo (żałuję, że ta trzecia jest tutaj tak mało widoczna) – wszystkie znajdują się w takiej samej odległości od siebie i są tak samo oddalone od wody, tworząc niezwykłe palmowe trio. To zdjęcie jest jednak specyficzne nie tylko dlatego, że ukazuje ten kuriozalny tercet, ale że ukazuje go w cieniu i ukazuje go na wietrze – i to w momencie, kiedy powiew wiatru zawraca jeden z palmowych liści tak, że wypełniła on znaczną część kadru. Na dodatek liść ten nie jest zielony, a żółty – co jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tej wyjątkowej chwili.
Palmy palmami, ale to była pierwsza z wielu plaż, które odwiedziliśmy na Wyspach Dziewiczych – i tak się złożyło, że okazała się jedną z tych najbardziej przez nas ulubionych. Bo kiedy zza chmur wyłoniło się słońce, dostrzec można było niewiarygodnie czystą i przejrzystą wodę i chęć zanurzenia się w niej przeważyła u mnie chęć dalszego fotografowania palmowego tria. (To właśnie wtedy spotkaliśmy Lizę  – patrz: wpis „Turkusowy Raj” powyżej.)

greydot.

Little Bay - Vitgin Gorda

Jachty w Little Bay (Virgin Gorda)

.

BIRAS CREEK

Piękny szmaragdowo-turkusowy kolor tej wody w zatoczce, pełen przeróżnych odcieni, a nawet refleksu białych chmur – wszystko podkreślone ciemną tonią o barwie wpadającej w granat i otoczone brzegami, utworzonymi przez zielone wzgórza. Napisałem pod zdjęciem, że jest to Little Bay, ale nie jestem tego taki pewien, bo taką nazwę nosi zatoczka, która jest w pobliżu (skryta za wzgórkiem po lewej stronie obrazka). Natomiast pewien jestem tego, że sfotografowałem ten widok z tarasu jednego z najdroższych resortów na wyspie: Biras Creek Resort, który z ciekawości przyszliśmy obejrzeć, po zjedzeniu lunchu w pobliskiej Kafejce Tłustej Dziewicy (Fat Virgin Cafe), ponoć najlepszej restauracji na wyspie, która okazała się być dość skromnym baraczkiem z kilkoma zbitymi z surowych desek stołami, pomalowanymi na krzykliwe, jaskrawe kolory (ryba była, owszem, dobra, ale nie rewelacyjna – i na pewno wcześniej zamrożona, co odbierało jej status świeżej, a chyba nawet i lokalnej ryby).
Ale warto było tutaj przypłynąć łódką (do tego miejsca bowiem nie prowadzi żadna droga lądowa), by zrobić to zdjęcie, jedno z moich ulubionych, wcale nie tak typowych dla Dziewiczych Wysp, choć ukazujących nieodzowny ich element – jachty.
Na resort Biras Creek rzuciliśmy tylko okiem (jak również na astronomiczne ceny: od $600.00 za noc); spotkaliśmy kilku znudzonych wszystkim resortowiczów, którzy nie odzywali się do siebie – ani tym bardziej do nas – ani słowem, być może przytłoczeni własną wyjątkowością i snobistyczną ekskluzywnością miejsca. Sztywniaki. Ale już zupełnie inna była tubylcza obsługa owego „luksusu” – czarny pan na traktorze, którego śpiew usłyszeliśmy już z daleka; czarna pani, z którą wracaliśmy łódką-promem na drugi kraniec zatoki (moja żona dostała od niej przepis na pyszne curry).
I jeszcze ciekawostka: na horyzoncie dostrzec można Mosquito Island – wyspę, którą Richard Bronson kupił w 2007 roku za 10 mln. funtów, i na której chce teraz zakładać swoje prywatne ZOO. (Nota bene, jest on również właścicielem dwóch innych wysp należących do archipelagu Virgin Gorda).

greydot.

Virgin Islands NP (St. John)

Zmierzch nad Salt Pond Bay (St. John)

.

JACHTY O ZMIERZCHU

To zdjęcie wyróżnia się wśród innych dzięki swojej monochromatyczności, której sprawcą jest zmierzch. Monochromatyzm jest na kolorowych Wyspach Dziewiczych swego rodzaju anomalią, ale i pewnym wytchnieniem od barwnego rozpasania jakie cechuje karaibski pejzaż – chociaż, mimo wszystko, jego dominującym kolorem jest niepokalana niebieskość wody i nieba, jak również tropikalna zieleń. Nie tutaj i nie w tym momencie.
Jachty przycumowane są w Zatoce Słonego Stawu (Salt Pond to sporej wielkości jeziorko usytuowane na mierzei dzielącej zatokę i Ocean –  w momencie robienia zdjęcia znajduje się on za moimi plecami). Ich załogi ułożyły się już pewnie do snu. Jachty sprawiają teraz wrażenie bezludnych, ale parę godzin wcześniej, kiedy wybieraliśmy się stąd na Baranią Głowę (patrz: wyżej), na każdym z nich ktoś się kręcił po pokładzie, albo wylegiwał na pontonie obok.
Lubię srebrzyste refleksy, które tutaj widać. Zresztą, widoczne są one nie tylko na wodzie, ale i na piasku, którego jaśniejsze pasmo obramowuje niejako zatokową wodę (musiałem utrafić ze zwolnieniem migawki na moment cofania się fali – inne zdjęcia, które wówczas zrobiłem, tego efektu nie mają i wyglądają przez to bardziej ubogo, choć równie dekadencko i ezoterycznie).

greydot.

Yocgts in the Baths - Virgin Gorda

Głazy w The Baths (Virgin Gorda)

.

GŁAZY W KAPIELI

The Baths raz jeszcze. Tutaj: z jeszcze większym rozpasaniem kształtów, faktur i kolorów – ziemia, woda, powietrze w chromatycznej i formalnej unii; pierzaste chmury sunące po niebie, które bez nich byłoby nudne; przejrzysta czysta woda obmywająca porośnięte żółto-zielonymi glonami głazy; fragment piaszczystej plaży, a na horyzoncie – ustawione w rządku jachty i katamarany, które zwinęły żagle i kołyszą się teraz nad głębią kryjącą koralowe rafy.
Lecz, mimo tego lenistwa łódek, zdjęcie to – jak na moje oko – ma w sobie wielką dynamikę. Może to skutek pamięci tego momentu zakodowanego w jakimś zakamarku mojego mózgu – wspomnienia chwili, w której zadziwiło mnie to widowisko pełne ruchu fal, bryzy smagającej twarz i migotliwych promieni słońca zaglądających mi w oczy

greydot.

Na hamaku w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

Na hamaku na plaży w Mahoe Bay (Virgin Gorda)

.

NA HAMAKU

Hamak to nie jest moje ulubione miejsce wypoczynku, ale nie wszyscy tak mają ;) Zdjęcie to ma bardziej prywatny charakter (bo widać na nim Anię) a jednak zdecydowałem się go tutaj przedstawić, bo ukazuje też jedno z najbardziej malowniczych miejsc na wyspie: plażę, nad którą leży Mango Bay Resort oraz samą Zatokę Mahoe – widzianą z bliska.
Kompozycję zdecydowanie urozmaicają rosnące tuż nad wodą tropikalne drzewa, do których przymocowany jest hamak – kadrujące niejako widok na wodę zatoki, oddzieloną od nieba siną linią horyzontu. Całość urozmaica jasno-brązowy wtręt trójkąta płóciennego spłachetka. Dużą rolę odgrywa tu również cień – jakże pożądany w spiekocie leniwych południowych godzin.

greydot.

Mango Bay Resort, Virgin Gorda (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Wśród zielonego szaleństwa w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

.MA

ORGIA ZIELENI

Zieleń jest tutaj niemal orgiastyczna – w takiej oto scenerii zanurzeni byliśmy przez siedem nocy i dni – nie licząc codziennych wypadów na zwiedzanie wyspy. Słusznej wielkości bungalow, w którym spaliśmy (lub usiłowaliśmy spać przy dźwiękach stworzeń wszelakich zamieszkujących okoliczną gęstwinę, uaktywniających się w nocy i dających dowód swego istnienia dźwiękami przeróżnymi i o różnym natężeniu), widoczny jest częściowo z tyłu – wśród palm i krzewów, osłaniających od słońca jego ściany i patio z grillem, na którym pichciliśmy czasem naszą kolację. A na drugi dzień nie było nic bardziej ożywczego, niż szklanka zimnego pomarańczowego soku.

greydot.

Raj bez retuszu - Mahoe Bay widziana ze wzgórza   (Virgin Gorda)

Raj bez retuszu – Mahoe Bay widziana ze wzgórza (Virgin Gorda)

.

MAHOE BAY

A oto „nasza” zatoczka i „nasza” plaża – w pełnej swojej tropikalnej krasie. A wśród bujnej roślinności tropików: domki, z których jeden był „naszym” domkiem przez cały tydzień (tyle bowiem czasu spędziliśmy na Virgin Gorda – jednej z pięciu Wysp Dziewiczych, które odwiedziliśmy tym razem). Muszę się przyznać, że pierwszy raz zdarzyło mi się wrócić dokładnie do tego samego miejsca – w Mango Bay Resort byłem dokładnie przed sześcioma laty. Resort to jest dość myląca nazwa – bo MBR to jest zbiór małych willi otoczonych tropikalnym ogrodem – w jego obrębie nie ma żadnych sklepów, salonów, restauracji, biur obsługi turysty… jest za to pełna prywatność (drzwi nie zamyka się tutaj na klucz!), domowa, luźna atmosfera – bez tłumów, gwaru – całego tego szumu jakim cechują się (zazwyczaj mamucie) ośrodki all inclusive. Akurat to, że w MBR wszystko (z wyjątkiem kajaków, sprzętu do nurkowania i wygodnych apartamentów mieszkalnych z własną kuchnią) jest all exclusive, bardzo mi odpowiadało.
Patrząc na to zdjęcie, trudno jest chyba się dziwić, że chciałem nad Zatokę Mahoe (do dzisiaj nie wiem, czy mahoe w którymś z lokalnych narzeczy oznacza mango) powrócić. Dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych – nota bene: jeszcze nie stratowanych turystycznie – miejsc na Karaibach. Jak długo takie pozostanie? To wszystko zależy od tego, czy władze wyspy pozwolą na zabudowę okolicznych wzgórz – do tej pory dzikich i nie zagospodarowanych.
Codziennie rano, tuż po wschodzie słońca, jeszcze przed śniadaniem, wchodziłem do tej wody przy jednym końcu zatoki, płynąłem na drugi – i z powrotem. Kiedy był przypływ, płynąłem na przełaj, kiedy był odpływ – bliżej brzegu, by nie podrapać się i nie poobijać o skryte pod wodą rafy koralowe (to są właśnie te ciemne plamy na środku zatoczki), swoją drogą nadal pełne życia i podwodnych kolorowych stworów, które można zobaczyć pływając ze zwykłą maską snorkel. Rytuał ten powtarzał się późnym popołudniem (bo kiedy słońce było wysoko na niebie, trzeba się było chronić – najlepiej z książką – w cieniu).
Zdjęcie przedstawia Mahoe Bay niczym z lotu ptaka, dzięki czemu widać dobrze topografię całego terenu i wyspy – z plażą Savannah w oddali i wzgórzami, za którymi kryje się portowe miasteczko Spanish Town. Wody zatoki osłonięte są od wiatru i pełnego morza, dlatego woda jest tutaj bardzo spokojna, z łatwością więc można w niej pływać. A kto pływać nie chce, to może sobie pospacerować po piasku – jak widoczny na obrazku mężczyzna z dzieckiem – dwie małe sylwetki dostrzec można na plaży, w miejscu gdzie rozbijają się o brzeg białe, spienione fale.
Widać też – już z bliska – endemiczną florę: to te zielone zarośla na pierwszym planie – kaktusy, oleandry, hibiskusy, agawy… odcinające się od tła szmaragdowej wody.

greydot

Boy with a fish (Virgin Gorda)

Chłopiec z muralową rybą w Spanish Town (Virgin Gorda)

.

BIG FISH

Zatrzymałem się przy tej drodze prowadzącej do szkoły w Spanish Town (pierwszej szkoły podstawowej na wyspie, istniejącej dopiero od 2000 roku), bo chciałem sfotografować murale, jakie namalowano (w ramach akcji urządzonej przez lokalnych artystów, którzy ze sztuką chcieli wyjść do dzieci – czego się dowiedziałem od pewnej kobiety, którą spotkałem wcześniej). Zaintrygował mnie zwłaszcza obraz procesji czarnych niewolników skutych łańcuchami i w założonych na ich karki chomątach, nad którymi widniał napis: „DO YOU REMEMBER THE DAYS OF SLAVERY?” Tak się złożyło, że w tym samym czasie na chodnik wszedł czarny chłopiec, którego sylwetka wpasowała się w sylwetki zniewolonych ludzi, co uderzyło we mnie pewną analogią, ale także tym, iż uświadomiłem sobie przez to cały kompleks zmian, jakie od czasów niewolnictwa zaszły nie tylko w sposobie traktowania ludzi odmiennych rasowo, ale i w mentalności, która mimo wszystko coraz skuteczniej wypiera rasizm z głów ludzi uważających się tak niedawno za rasę panów. Wprawdzie właścicielami resortów, hoteli, restauracji – wszystkiego, co przynosi na wyspie większe dochody – nadal są biali, ale jest to bardziej sprawa nierówności materialnej, niż rasowej, bowiem Wyspy Dziewicze wydają się być zupełnie pozbawione rasowych antagonizmów: ludzie są przyjaźni, spokojni, pogodni i ufni.
Dlatego też tego czarnego chłopca przedstawiam tutaj z wielką kolorową rybą, bo to ona wydaje mi się być bardziej adekwatnym komentarzem do współczesności, niż ponury obraz nieszczęśników prowadzonych na targ niewolników. Rybka na seledynowym tle jest ładna, kolorowa i jasno oświetlona. Z tą feerią kolorów i światła mocno kontrastuje profil chłopca, którego ręce wydają się trzymać wielgachną rybę za ogon.

greydot.

Człowiek z muszlą - St. John (USA Virgin Islands)

Człowiek z muszlą – i dredami (St. John)

.

CZŁOWIEK Z MUSZLĄ

Stał ze swoimi muszlami przy wejściu na jeden ze szlaków w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych na St. John. Native son – mieszka na tych wyspach od ponad 50 lat, i być może dlatego jego twarz – a zwłaszcza oczy – były takie pogodne. Rozmawialiśmy cały kwadrans – człowiek otwarty par excellance – po kilku zdaniach mieliśmy wrażenie, że znamy go od dawna. Chętnie pozował do zdjęć (obiecałem wysłać mu najlepsze – niestety, zawieruszyła mi się gdzieś jego wizytówka, nad czym szczerze boleję), rozplótł nawet specjalnie dla nas te swoje długie na parę metrów dredy, które hoduje już od kilku dekad. Co jakiś czas dął w jedną ze swoich najpiękniejszych i najdźwięczniejszych muszli, a echo odpowiadało mu wdzięcznie (a może był to ktoś, kto właśnie zrobił u niego zakupy?)
Spotkani przygodni ludzie. To oni „uczłowieczają” niejako nasze podróże – związują nas z odwiedzaną przez nas ziemią, pozbawiając ją przy tym pewnej „nieludzkiej” anonimowości. Bo każdy kraj to nie tylko obszar zamknięty w sztucznych zazwyczaj granicach, ale przede wszystkim zamieszkujący ten kraj ludzie.
Z kilkunastu zdjęć jakie zrobiłem Człowiekowi z Muszlą wybrałem to, bo ma chyba najlepszą kompozycję, jest ponadto zrównoważone walorowo i kolorystycznie. Ukazuje profil nie tylko twarzy, ale i muszli – więc oba te profile nawzajem jakby się uzupełniają, tworząc na dodatek pewną ciągłość – stając się czymś jednym. Słońce oświetla głowę od góry i z boku, ale od przeciwnej strony, igrając na kręconych włosach i prześwietlając muszlę, dzięki czemu materia z jakiej zbudowani są człowiek i muszla staje się lekka, a całość nabiera pewnej ezoteryczności. Komplementuje się też róż perłowej masy z różowymi paznokciami człeka, ale i z brązową skórą autochtona oraz białym barankiem jego siwiejących włosów. Ciekawa jest piramida brody – przedłużona trójkątem załamania się w łokciu ręki i ramienia. Niebieskawa biel koszuli tworzy kontrast z ciemną zielenią tła – ewidencją bujnej roślinności wegetującej na wyspie.

greydot.

White Bay Beach - Jost Van Dyke   (British Virgin Islands)

Iluminacje na plaży w White Bay (Jost Van Dyke)

.

PLAŻOWA ILUMINACJA

Plaża na małej, urokliwej wysepce Jost Van Dyke, będącej częścią Brytyjskich Wysp Dziewiczych, słabiutko zaludnionej, lecz z zatoczkami zawsze pełnymi jachtów – słynąca nie tylko z widocznej na zdjęciu White Bay Beach (uznawanej za jedną z najpiękniejszych plaż Karaibów – a przez to i świata, bo na Karaibach są chyba jednak najpiękniejsze plaże na świecie), ale i najbardziej hucznego karaibskiego Sylwestra, kiedy spływają tu tysiące żeglarzy, by balować w temperaturze 35 stopni Celsjusza, na żółtym i gorącym piasku, pod zieloną i szeleszczącą na wietrze palmą, nad ciepłą wodą i… wśród usianych wzdłuż plaży barów serwujących między innymi popularne wśród drinkujących imprezowiczów cocktaile, zwane obrazowo, sugestywnie ale i terapeutycznie pain killerami (tutejsza specjalność).
Pora jest wczesna, więc nie ma jeszcze tłumów, słońce jednak stoi już wysoko na niebie, świecąc bardzo jasno – kąpiąc w swych promieniach plażę, zacumowane na zatoczce jachty i katamarany, jak również nielicznych plażowiczów, przymierzających się co rusz do plażowania, kąpieli, pływania i ogólnego relaksu.
To ujęcie jest dla mnie ciekawe nie tylko tematycznie, ale i kolorystycznie, bo zrobione pod słońce, co nadaje całości właśnie taki iluminacyjny efekt – kolory są rozjaśnione, ale nie przejaskrawione, dzięki temu rzeczy zachowują wyraźne, może nawet ostre kontury, tworząc kontrast z bladoniebieską plamą nieba i wody, tudzież z czystą piaskownicą brzegu. Więcej światła nie potrzeba.

greydot.

Foxy Boss on Jost Van Dyke (British Virgin Islands)

Legendarny Foxy ze swoją wysłużoną gitarą (Jost Van Dyke)

.

FOXY Z JOST VAN DYKE

Bard Karaibów, o którym wiedzą wszyscy szwendacze po antylskich wyspach, plażach i zatoczkach: Philicianno Callwood, zwany i znany wszem i wobec jako Foxy. Swój pierwszy kram na Jost Van Dyke rozłożył jeszcze w latach 60-tych (parę desek podpartych kołkami), dzisiaj jego małe imperium to sporej wielkości bar (wraz z jadłodajnią i sklepem) Tamarind, rozłożony w jednym z końców plaży w Great Harbour (głównego portu małej skądinąd wysepki, której nazwa upamiętnia jakiegoś pływającego draba – pirata sprzed wieków) i dwie restauracje na wyspie, z których jedna nosi wdzięczną nazwę Foxy’s Taboo. Foxy jest teraz (jak podejrzewam) bogatym człowiekiem, ale nadal chodzi boso i często zabawia gości (i siebie) grając na gitarze i śpiewając dowcipne, często sprośne (i właśnie naruszające taboo) piosenki, z których każda jest czymś w rodzaju miniaturowej opowieści… z humorem kąsającym różne absurdy i absurdziki tego świata. Całego świata. Bo należy podkreślić, że Foxy jest człowiekiem (pełną gębą) światowym, o czym świadczą nie tylko fotografie zdobiące jedną ze ścian jego baru, ale i wykonywane przez niego śpiewne opowiastki, w których wspomina on swoje spotkania z różnymi możnymi tego świata (i nie wszystkie z nich są zmyślone!)
Występy Foxy’ego odbywają się na pełnym luzie, gdzie popadnie, sporo w nich improwizacji i interakcji z nadchodzącymi co rusz (i odchodzącymi – nikt tu nikogo na siłę nie trzyma) bardziej lub mniej przypadkowymi słuchaczami… A i widzami, bo Foxy (mimo 80-ki na karku) pełen jest czegoś w rodzaju… błazeńskiej dynamiki – gestykulacji i póz przypominających trochę lunatyka (czyt. lekkiego wariata). I choć nie wszyscy rozumieją wszystko co Foxy śpiewa – czy też deklamuje – ale zaśmiewają się już wszyscy… i to zaśmiewają szczerze, nawet przed uraczeniem się słynnym (nie tylko na JVD), wspomnianym już przeze mnie drinkiem zwanym adekwatnie painkillerem.
Przysiadłem obok Foxy’ego na dobrą chwilę (nie spodziewając się nawet, że go tu zastanę). Pozerem… sorry… pozującym do zdjęć też okazał się całkiem niezłym, ale do pokazania Wam wybrałem jedną ze spokojniejszych póz Lisickiego – darując sobie tę z zadartymi przez niego do góry łap… nogami. Poza spokojna, ale z promiennym uśmiechem – z pogodą kogoś, kto znalazł dla siebie perfekcyjne miejsce w świecie – na granicy żartu, przy plaży ze złotym pisakiem i lazurową wodą.
A na koniec: jedna ze zwrotek wierszyka, którego bohaterem (lirycznym) jest Foxy, znaleziona przeze mnie w internecie (tutaj):

This barefooted man with the saucer eyes
just loves to sing, while cracking wise.
With his big bowl chest and engaging grin,
Foxys’ never afraid to go out on a limb.

Czyli (mniej więcej):

Ten bosonogi facet z oczami jak spodki
uwielbia śpiewać szelmowskie zwrotki.
Z torsem wielkim jak micha i niewąską miną
sprawia, że twoje troski natychmiast giną.

greydot.

The Baths Big Splash (Virgin Gorda)

Uciekając przed tsunami w Spring Bay (Virgin Gorda)

.

UCIECZKA PRZED TSUNAMI

Z tym tsunami to oczywiście żart, choć wszędzie tam gdzie jest ocean – gdzie są wulkany i trące się o siebie płyty tektoniczne (a wszystko to dotyczy przecież także Karaibów) – niebezpieczeństwo katastroficznego tsunami istnieje, więc na Wyspach Dziewiczych spotkać można tablice ostrzegawcze, wskazujące drogę ewakuacji na wypadek Wielkiej Fali. Moja żona ucieka więc przed falą nie aż tak wielką, ale ciągle sporą, by rzuciła kobietą o piach i kamienie. Rzecz się dzieje we wspomnianych już The Baths, wczesnym rankiem (byliśmy wówczas na tej plaży praktycznie sami, nie licząc jednego kudłatego towarzysza) – przejrzyste, rześkie powietrze, lekka bryza znad oceanu, fale bijące o głazy i przyjemnie operujące słońce, jeszcze nie tak rozgrzane, jak to będzie miało miejsce za kilka godzin – w samo południe.
O tym, że jest to plaża oblegana przez tłumy (o pewnej porze dnia, kiedy do Virgin Gorda przybijają pełne jednodniowych turystów promy z innych wysp), świadczą tysiące śladów bosych stóp na piasku, pozostawione tutaj poprzedniego dnia. Tam, gdzie plaże obmywa woda porannego przypływu widać tylko „piętaszkowe” ślady nasze (i zabłąkanego skądś psa, który nam wtedy towarzyszył) – ich żywot będzie wszak krótki. Światło słoneczne nie jest jeszcze tak ostre, więc skały oświetlone są miękko (w ten oto sposób obraz broni się przed jaskrawością), choć oczywiście rozświetla już mocno grzywy fal rozpryskujących się o twardą powierzchnię gigantycznych głazów. Mimo wszystko głównym aktorem (statystą?) są tutaj owe wielkie kamienie, stojące jakby na granicznej straży między Oceanem a wyspiarskim lądem – i to one właśnie sprawiają, że obraz tej plaży jest doprawdy niezwykły, unikalny w globalnej nawet skali.

greydot.

sunset2

Karaibski zachód Słońca nad Antylami (Virgin Gorda)

.

CARIBBEAN SUNSET

Słońce już zaszło, ale często właśnie w tym momencie zaczyna się najpiękniejszy spektakl na niebie – bowiem światło Wielkiej Ognistej Kuli, Matki i Ojca Naturalnego wszystkiego, co żyje na Ziemi, Olbrzymiej Lampy Pana Boga, nie daje jeszcze zanurzyć się w czerni chmurom, choć te, które są najbliżej nas, nabierają już dramatycznie granatowej ciemni, dzięki czemu lepiej widzimy ich postrzępione, zmieniające się z każdą chwilą, kształty. Chmurki znajdujące się wyżej wydają się być bardziej uporządkowane, tworząc coś w rodzaju okresowych zgęszczeń, zaś te, które są dalej, mienią się jeszcze różem, purpurą i złotem, kładąc się równolegle do horyzontu, co bardzo różnicuje fakturę i chromatykę obrazu ukazującego kolejny, odprawiający się każdego dnia globalny cud zachodzącego Słońca.
Oglądałem to widowisko z tarasu Mine Shaft Cafe (zwanej tak w związku z kopalnią miedzi, której ruiny znajdują się nieopodal) w towarzystwie… (nie licząc mojej żony, muzyka rozkładającego swoje klamoty i pary młodych ludzi, którzy zabierali się właśnie za konsumowanie swoich… a właściwie… wieprzowych żeberek) kur, które mają tutaj zwyczaj włażenia na jedno z pobliskich drzew dokładnie w momencie schowania się Słońca za horyzont, i moszczenia się wśród jego gałęzi do snu (historia z tymi kurami warta jest osobnej opowieści).
Pół dzikie ptactwo domowe zasnęło, a dla nas zaczął się kolejny ciepły wieczór na wyspie – z lampką czerwonego wina, przy dźwiękach muzyki i owadziej orkiestry, usadowionej gdzieś obok w tropikalnym gąszczu drzew i kołyszących się od lekkiej bryzy zaroślach.

greydot.

Więcej karaibskich obrazów obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego, TUTAJ.

.

.

Advertisements

komentarzy 37 to “VIRGIN ISLANDS REVISITED”

  1. Simply Says:

    Hyc !

    .. & dub masterpiece from On-U Sound Records

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wybacz Simply, ale nie mialem jeszcze do tej pory mozliwosci otworzenia Twoich klipow… Nie moge wiec wejsc z Toba w muzyczna konwersacje, ktora udaje sie nam czasem uskutecznic na tym blogu.
      Ale zaintrygowal mnie tytul: „De Devil Dead”. Czyzby to bylo piewrsze skojarzenie po zapoznaniu sie z moim ostatnim wpisem o rajskich „Wyspach Dziewiczych”? ;)
      Czy tez moze Tobie wszystko kojarzy sie z diablerm i smiercia? … (Just kidding ;) )

      • Simply Says:

        Ano proste, że mi się wszystko tak kojarzy, nawet Raj,
        który się zwęża
        na kształt węża
        Ale ten kawałek Lee Perry’ego akurat nie ma z tym nic wspólnego – samo dobro i błogostan . Tytuł mówi sam za siebie – tu Zły już nie ma zasięgu. Jak przesłuchasz , będziesz wiedział, o co chodzi.
        Jesteś w Azji ?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Przeslucham.

          Jestes w Azji?

          Tak, wpierw zahaczylem o Singapur, teraz, od prawie miesiaca jestem w Birmie – przezywajac fotograficzno-kulinarne nirvany – o szoku kulturowym nie wspominajac ;)

          PS. Nie odzywalem sie dluzszy czas, bo – po pierwsze: postanowilem zrobic sobie urlop od blogowania i sieci, a po drugie: iternet w Birmie jest przerazliwie wolny. Teraz jednak jestem w miejscu (Ngapali Beach), gdzie jest w miare szybki (jesli jest – bo zdarza sie, ze w kazdej chwili poloczenie sie urywa), wiec moglem odpowiedziec na komentarze.

  2. Onibe Says:

    piękne miejsce. Karaiby „zaliczyłem” tylko dzięki pobytowi na Kubie, to za mało, aby cokolwiek o nich powiedzieć. Poza tym, że przynajmniej poznałem co to jest biały piasek i lazurowe morze… Zdecydowanie miejsce do długiej, długiej eksploracji…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No, Kuba to jest jednak calkiem inna historia… Jestes lepszy ode mnie. Mimo tego, ze na Karaibach bylem juz kilka razy, nigdy nie trafilem na Kube… ktora zawsze mnie kusila (i bynajmniej powodemtego nie byla moja obawa przed konsekwencjami zlamania amerykanskiego embargo).
      Moze uda mi sie zobaczyc ten kraj, zanim rusza na niego hordy Amerykanow po zniesieniu restrykcji, czego wazna zapowiedzia bylo ostatnie kroki zmierzajace do odtajanie stosunkow miedzy USA a Kuba?
      Swoja droga to w glowie sie nie miesci, ze kraj ten jest juz zamkniety od ponad polwiecza (to jedyne chyba takie miejsce na swiecie, polityczny skansen par excellance).

      Ale cieszy mnie, ze znalazles tam rowniez bialy piasek i lazurowe morze – bo po komunizmie wszystkiego mozna sie spodziewac ;)

  3. sarna Says:

    Jaka cisza, odezwę się zatem do Ciebie słowami piosenki, która zachwyciła mnie wczoraj na koncercie, Alosza Awdiejew potrafi wirtuozowsko grać na strunach mej słowiańskiej duszyczki – a przy tym mówi też o raju

  4. Metafizyk Says:

    To nie jest tak, że jeśli istnieje dla nas piękno, to istnieje i raj. Piękno istnieje bezwzględnie dla raju. Raj to zupełnie co innego.

  5. ulotna_wiecznosc Says:

    @Sarno a jak on tańczy :-)

    @Metafizyk a możesz rozwinąć czym dla Ciebie jest Raj?

    • Metafizyk Says:

      „Nie tam są laguny gdzie są laguny, ale tam są laguny, gdzie jesteśmy MY” !
      – powiadał Andrzej Kondratiuk (który nomen omen powiadał również, że „świat bez kamery jest jak niebo bez gwiazd”)
      Polecam też film „Wielkie piękno”.
      Wielkie piękno czyli nic. Pustka…. Piękny film! O przepięknym „nieraju”.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Cos w tym jest.
        Czasem mi sie wydaje, ze nie ma istotnej roznicy miedzy „wszystkim” a „nic”.
        Zycie jednak, kiedy trwa, blizsze jest jednak tego pierwszego, balansujac tylko na skraju nicosci.
        (I sam nie wiem, czy to, co przed chwila napisalem, bardziej jest madroscia, czy tez moze bzdura… A moze miedzy bzdura a madroscia tez nie ma takiej wielkiej roznicy, jak sie nam wydaje? ;) )

        • Metafizyk Says:

          Ze wszystkich bytów jedynie człowiek doświadcza, gdy woła doń głos bycia, cudu nad cudy: że byt jest” [Heidegger].
          Byt to nie są obrazy i słowa.
          Mówiąc inaczej między zjawiskowym i pełnym słów a nic nie wartym życiem, istnieć może w tym życiu „bycie” czy „byt” – który bardziej igra i z jednym i z drugim, aniżeli od nich zależy lub z nich wynika.
          Możemy rozmawiać, że wszystko to nic, mądrość to bzdura, ostatnio czytałem Michała Hellera dociekania o „kwantowej kreacji wszechświata z niczego”, ale to nie ma nic do rzeczy, nic wspólnego z naszym byciem.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A skąd Heidegger to wie? Tak jakby znał wszystkie byty. A przecież to niemożliwe. Przecież nie jest Bogiem ;)

          Byt to nie są obrazy i słowa.
          Top zależy od tego, co uważamy za byt – jak go zdefiniujemy.
          Skoro np. bytem jest to co jest, a niebytem to, czego nie ma, to obrazy (które się nam jawią) i słowa (które słyszymy i czytamy) jak najbardziej są bytami ;)

          O nie, według Hellera kreacja Wszechświata jak najbardziej ma do rzeczy z naszym byciem, a nawet z naszym pojęciem Rozumu, bo wg niego świat jest racjonalny (i to m.in. dzięki temu przeświadczeniu Heller – oprócz tego, że jest wybitnym fizykiem i kosmologiem – jest również człowiekiem wierzącym.

  6. telemach Says:

    Ale ci zazdroszczę. Szczególnie St. John. Jedno z miejsc, które tak bardzo chciałbym odwiedzić, że aż się boję, że mogę się rozczarować. A zdjęcia perfekcyjne. Respect!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak widze Telemachu pogloski o Twojej smierci tez okazaly sie mocno przesadzone ;)
      Co mnie cieszy.

      A czy Wyspy Dziewicze okazalyby sie dla Ciebie rozczarowaniem? Tego nie wiem. To zalezy od tego, czego oczekujesz. Jesli oczekujesz dziewiczosci rozbrajajacej, oniesmielajacej i niepokalanej, to – ogolnie rzecz ujmujac – na Wyspach Dziewiczych juz jej nie ma. Pozostala jednak dziewiczosc… jak tu rzec? – miejscowa. To wystarczy, (przynajmniej dla mnie) – nie mozna bowiem zbyt wiele oczekiwac od czasow powszechnej mobilnosci i nieprzyzwoitej wrtecz latwosci podrozowania.

      Prawda jest jendak, za nadal na St. John dostrzec mozna piekno – zwlaszcza to naturalne. Podobnie na Virgin Gorda – wyspie nie stratowanej jeszcze masowa tyurystyka. Mimo wszystko polecam.

  7. sarna Says:

    Pamiętasz YoYo? – żyje!

  8. Marcus Says:

    Inna strona wysp dziewiczych

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zycie ma wiele stron i faset. Podobno kazdy widzi to, co chce widziec lecz ja nie jestem jednak pewien, czy tak jest zawsze: czasem cos narzuca sie nam wbrew naszej woli…
      Wg mnie sprawa polega nie tyle na wybiorczosci, czy nawet na podzielnosci uwagi, ale… na pewnego rodzaju poznawczej uczciwosdci – o percepcyjnych mozliwosciach, ktore sa ograniczone (bywaja zludne i mylace) nie wspominajac.

  9. sarna Says:

    kiedyś napisałeś tak:

    Nabokov napisał kiedyś, że “kosmiczny” od “komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
    Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

    …….
    Piekło i raj są w nas na co dzień, są jednocześnie, chciałabym potrafić to od siebie oddzielić, potrafić wybrać i przy tym trwać, ale to nie takie proste….

    • Tess Says:

      Nie taki proste, bo czasami pieklo albo niebo wybiera dla nas ktos inny / cos innego.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Widze, ze pamietasz to, co napisalem w recenzji „Drzewa zycia” Malicka. Moze dlatego, ze jest w tym jakas uderzajaca (porzede szystkim mnie samego – ale moze tez i Ciebie) uniwersalna prawda?
      A moze to tylko zgrabny bon mot, literatura?
      Nie wiem…

      PS Wyobraz sobie, ze siedze teraz w olbrzymim hotelowym lobby otoczony rajskim niemalze ogrodem – w pieknym miejscu nad Zatoka Bengalska – a z glosnikowe saczy sie… „Canon” Pachelbela? (Czy to tez pamietasz?)
      Jak ten swiat sie skurczyl, jakie zycie jest powtarzalne… Na dobre i na zle… Na brzydote i piekno…

      • sarna Says:

        Nigdy nie byłam nad Zatoką Bengalską /prawie pewne, że nigdy nie będę/ i być może stąd moje wrażenie będące pochodną wyobrażenia, że „Canon” Pachelbela w tamtym miejscu to obce klimaty? Tam chyba bardziej pasują kotły, które współgrają z naturą tubylców i ich otoczenia. Wiem, że są wersje na różne instrumenty, ale bez skrzypiec wyrywających romantyczne bebechy Europejczyka, w moim przekonaniu to nie to. Tam chyba życie zwalnia w przeciwieństwie do tempa utworu Pachelbela. I pomyśleć, że dzieło powstało wieki temu, a taki na czasie – biegniemy, przyśpieszamy, a na końcu rzewne tony trąbki.
        Swoją drogą to ironia losu, że miejsce które doświadczyło piętna kolonializmu, dziś dobrowolnie serwuje turystom takie atrakcje – widać, że maksyma ‚pecunia non olet’ jest święta na całym globie.

        Te wszystkie nazwy miejscowości z członem Beach wzbudzają tylko moje ach ;)))
        Miłe pytanie ;)

        resetuj się i zbieraj siły, macham

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Birma – temat rzeka… nie moge jej tutaj skwitowac w kilku zdaniach, bo byloby to przestepstwo.
          Kolonializm – temat rzeka… podobnie nie da sie zalatwic tego w paru zdaniach.
          Ale moze napisze tylko, ze zycie w Birmie tez przyspiesza, niestety. Ale ludzie (w wiekszosci, bo nie pisze tutaj o nowej „elicie”) jeszcze nie zepsuci dyktatura materialnego sukcesu i pieniedzy.

          PS. A zglosnikow saczy sie teraz…. „Love Story” Francisa Lai ;)

          Gdyby nie moja dzisiejsza wizyta w wiosce rybackiej (gdzie nota bene dorwalo mnie fotograficzne szalenstwo – takie to wszystko bylo tam fotogeniczne ;) ), to moglbym teraz zapomniec, ze jestem w Azji – choc obsluga hotelu, w ktorym sie zatrzymalem (Thande Beach Resort) to sami przesympatyczni, mlodzi Birmanczycy.

        • sarna Says:

          Wyczuwam dobre wibracje, jesteś pogodny i skory do żartów, nabuzowany dobrą energią – cieszę się.
          Jeśli wszystko było tam fotogeniczne, to znaczy, że mnie tam z całą pewnością nie było ;)
          Jestem ciekawa zdjęć.

          macham

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Chyba dobrze wyczuwasz ;)

      A skoro jesteś ciekawa zdjęć, to może pierwsze lepsze z brzegu, właśnie z wioski rybackiej nad Zatoką Bengalską – córki (i żony) rybaków suszą ryby z nocnego połowu:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2015/02/lonthar-suszenie-ryb.jpg?w=780

  10. dragonfly Says:

    Ile radości i piękna na tych zdjęciach. Grzebanie w piasku białym i drobnym jak mąka musi być niezwykłą przyjemnością. W ogóle grzebanie w piasku jest niesamowite. Przecież grzebią w piasku, grzebia w planecie…

    Trio palmowe jak z jakiegoś planu filmowego!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Grzebanie grzebaniu jednak nierowne ;) Nawet jesli jest to tylko grzebanie w piasku. (Tutaj przypomina mi sie jeden taki pies pogrzebany ;) )

      Ale wazne jest to, ze – nawet wobec tych wszystkich roznych grzeban – dostrzec mozna (nawet specjalnie sie w tym grzebaniu nie wysilajac) – radosc i pieko swiata… tego swiata. (I nawet nie trzeba po to wyjezdzac na Wyspy Dziewicze.)
      Ciesze sie wiec, ze to wlasnie dostrzegasz na moich obrakach. Tego chcialem – zarowno robiac te zdjecia, jak i tutaj je pokazujac.

  11. Jula :D Says:

    Piękne zdjęcia, cudowne miejsce , ale jeszcze piękniej , że można to wszystko kontemplować z bliska osobą u boku. ;) :D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda Jula… Chociaz od ponad miesiaca juz podrozuje sam i… tez to ma swoje zalety ;)
      Ale w tym miejscu, w kotyrm teraz jestem, rzeczywiscie brakuje mi mojej zony, bo wiem, ze by sie jej tutaj spodobalo (czego nie moge wszak powiedziec o innych miejscach – i momentach – mojej dlugiej podrozy).

  12. Jula :D Says:

    Mnie te zatoczki kojarzą się jeszcze z pirackimi żaglowcami , które wśród tych powulkanicznych , czy lagunach wśród koralowców , szukały schronieni przed armadami ; hiszpańska, francuska czy angielska, ociekając z łupami. ;)

    To , gdzie teraz jesteś, w jakich to ciekawych zakątkach naszego globu ?… Jaka to kolejną przełajową podróż odbywasz?…
    Możesz to nam zdradzić?… Pozdrawiam i sprzyjających wiatrów!..

    Ps.Moja koleżanka co wyemigrowała i wyszła za Kanadyjczyka, ma podwójne obywatelstwo to z Kanady z koleżankami swobodnie do Kuby jeździ na wczasy , na wymianę z Meksykiem , bo twierdzi ,że tam tanio i pięknie. Na Kubie jeszcze salsy się nauczyła. :D)))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Utrafilas w sedno z tymi piratami, Jula (nawet jedna z wysp ukazanych no moich zdjeciech nazwana zostala – na czesc??? – holenderskiego pirata ;) )

      Jestem w Birmie – o czym zreszta pisalem juz w poprzednich komentarzach – w trakcie jednej z najdluzszych podrozy w moim zyciu (samego zycia w to nie wliczajac – bo przeciez zycie samo jest podroza… dluzsza lub krotsza ;) )

      Tez mysle sie wybrac na Kube przez Kanade (lub Meksyk). Moze jeszcze uda mi sie to zrobic, zanim zjawia sie na tej wyspie hordy spuszczonycvh z postronka (rzadowych sankcji) Amerykanow ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s