GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

Reklamy

Komentarzy 75 to “GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)”

  1. sarna Says:

    Właśnie dzisiaj podziwiałam warmińskie aleje w szacie szadzi, a na horyzoncie jak okiem sięgnąć fantastyczna różnorodność warmińskiego pejzażu. Tego piękna nie sposób oddać w żaden sposób – podobnie jak na załączonym pejzażu Podkarpacia.

    Zastanawia mnie stanowisko Tischnera w kwestii rozpaczy. Skoro nawet osoba duchowna nie znajduje wytłumaczenia i ukojenia w swojej wierze, to co dziwić się nam maluczkim?

    Piszesz – Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym? – czasami odnoszę wrażenie, że rzeczy naprawdę piękne są udziałem czasów minionych, a dziś tylko mierność, jałowość, pospolitość, przeciętność, masowa produkcja, popkultura, tandeta, bzdety, bezpłciowość, itd, itp.

    Piszesz – Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość.
    No cóż, posiłkując się zwrotem ze sztuki miziola, jestem jakimś wybrykiem natury, bo nigdy tego nie robię. Dla mnie jest to sztuczna granica, nie czuję w związku z nią żadnych emocji. Ale w marcu, gdy słoneczko wyliże pierwsze jęzory zieleni w trawnikach, gdy pojawią się pierwsze soczyście zielone skupiska mniszka lekarskiego, o tak! wówczas czuję każdym nerwem, że zbliża się wielka obietnica czegoś pięknego.

    Niemniej wszystkim tym, którzy czują magię Nowego Roku na przełomie grudnia i stycznia życzę, by ich marzenia i plany się ziściły.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przeczytaj uważnie ten akapit z Tischnerem. Nie ma tam nic na temat rozpaczy i wiary samego Tischnera. Natomiast jest coś o podejściu Polaków do rozpaczy, a zwłaszcza do jej uzewnętrzniania. Jak zauważa Tischner, właśnie dlatego, że Polacy uważali się za ludzi wierzących, to nie wypadało im okazywać swojej rozpaczy, bo w ten sposób jakby zaprzeczali prawdziwości własnej wiary – jej skuteczności w niesieniu im ukojenia.

      Nie uważam, że piękno jest „udziałem czasów minionych”. Wręcz przeciwnie. Piękno, moim zdaniem, może być doświadczane tylko tu i teraz – w trwającej chwili obecnej. Doświadczane przez człowieka. Ale oczywiście, piękno było tworzone w przeszłości i dotrwało do naszych czasów, dzięki czemu może być przez nas dostrzegane i doświadczane.

      Wbrew pytaniom, które stawiam w tym akapicie dotyczącym piękna, sądzę jednak iż bez ludzkiego doświadczenia piękno nie istnieje (czyli: przestaje istnieć kiedy nie jest doświadczane przez człowieka – podobnie jak zło, dobro, może nawet prawda… bo to wszystko są pojęcia ludzkie – z ludzkiego świata ludzi żyjących – a nie uniwersalne. Takie przynajmniej mam wrażenie).
      Lecz wydaje mi się, że wiem o co Ci chodzi – bo piszesz o braku (niedostatku?) piękna w czasach nam współczesnych, pełnym badziewia, tandety, bylejakości i brzydoty. Mimo wszystko jednak to piękno w naszym (czyli w tym, w którym żyjemy teraz) świecie istnieje i tylko od nas zależy, czy potrafimy je dostrzec i go doświadczyć.

      Myślę, że jeżeli – jak piszesz – czujesz „każdym nerwem, że zbliża się wielka obietnica czegoś pięknego”, to jesteś zdolna do odczuwania transgresji – przekraczania granicy zmiany, odnowy – właśnie nadziei na lepszą przyszłość.
      W sumie to jest ten bardzo silny w nas (i powszechny) instynkt przetrwania – przejaw obecnej w nas (ożywiającej nas) siły witalnej, którą Bergson nazwał Élan vital (pędem życia).

      • sarna Says:

        Przeczytałam i nadal obstaję przy swoim. Owszem, Tischner mówi o podejściu innych do rozpaczy, ale jego podejście do ich podejścia jest bądź, co bądź dla mnie katolika jednak dziwne. On, ksiądz katolicki dziwi się, że Polacy uważają, że nie wypada im jako katolikom okazywać rozpaczy, ja natomiast dziwię się, że on dopuszcza jej istnienie. Nam maluczkim to uchodzi, ale on ma swoje powołanie, ufność, zawierzenie, które chronią przed rozpaczą- przynajmniej chciałabym w to wierzyć, skoro mam w takich jak on widzieć swoich przewodników duchowych.

        Nie twierdzę, że nie jestem zdolna do odczuwania transgresji, tylko że nie potrafię ulec sztucznie narzuconemu mi momentowi kiedy to ma się dziać.

        Chyba zgodzę się z Tobą co do piękna jako odczuwania zmysłami tu i teraz. W poprzednim komentarzu błędnie odniosłam pojęcie piękna do estetyki materii, utworu, itp. z pominięciem podmiotu i jego subiektywnych odczuć zmysłów, ale tu wracamy do dylematu gustów, a których się rzekomo nie dyskutuje.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A ja się nie dziwię, że Tischner dopuszcza to, że Polacy mogą rozpaczać. Co w tym dziwnego? Przecież rozpacz jest doświadczeniem ogólnoludzkim, a Polak to też człowiek ;) Owszem, jest wiara, ale wraz z wiarą jest też zwątpienie. Nawet Chrystusowi nie była obca rozpacz (Jego słowa na krzyżu: „Eli, Eli, lama sabachthani?”)
          Czy Chrześcijanie nie rozpaczają?
          Mnie się wydaje, że rozpaczają bardziej niż buddyści, może nawet bardziej niż muzułmanie. I to właśnie wbrew wierze w zmartwychwstanie i życie wieczne, Amen.

          Jesteś niekonsekwentna z tym Tischnerem. W poprzednim komentarzu napisałaś, że „nie znajduje (on) wytłumaczenia i ukojenia w swojej wierze, to co dziwić się nam maluczkim?”
          Teraz zaś piszesz, że „nam maluczkim to (poddanie się rozpaczy) uchodzi, ale on ma swoje powołanie, ufność, zawierzenie, które chronią przed rozpaczą…”
          Jedno przeczy drugiemu. Raz mu zarzucasz, że jest jak ten maluczki poddając się rozpaczy, a zaraz potem, że przed rozpaczą chroni go jego wiara (powołanie, ufność, zawierzenie) i wyniosłość (ponad maluczkich).

          Ja uważam, że o gustach można, a nawet należy, jak również warto jest dyskutować. Tylko w ten sposób można zrozumieć siebie i innych. A ponadto swój gust lepiej sobie „wyrobić”, może nawet bardziej uszlachetnić?

          Istnieje piękno niejako „zastygłe” w czasie i przestrzeni (np. to, stworzone w dawnych epokach przez człowieka lub wykreowane przez Naturę) , ale dopiero człowiek może spowodować, że ono „ożyje” – nabierze konkretności i sensu w jego zachwycie.
          Paradoksalnie, piękno jest obiektywne i subiektywne zarazem. To obiektywne można odkryć, to subiektywne… wynaleźć ;)

        • maria Says:

          Sonet XIII
          JOHN DONNE

          A gdyby to dziś była ostatnia noc świata?
          Twarz Ukrzyżowanego w koronie cierniowej
          Wrysuj mi w serce, duszo, i słowem swej mowy
          Odpowiedz, czy ten widok lękiem cię przygniata?
          W łzach gaśnie Jego oczu przedziwna poświata,
          Krew w bruzdy czoła spływa z poranionej głowy;
          Miałbyż cię wtrącić w piekło surowymi słowy
          Język, co łaski prosił dla mściwego kata?
          Nie, nie: wiem dobrze, nieraz mawiałem albowiem,
          Swoich świeckich kochanek namiętny zelota,
          Że piękno miłosierdzia jest znakiem, szpetota
          Znakiem srogości; tak też i tobie dziś powiem:
          Jak się z ohydą kształtów złe serce kojarzy,
          Tak dobroć ducha widać w pięknie Jego twarzy.

          (tłum. Stanisław Barańczak)

  2. Tess Says:

    What a joy!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Great joy, indeed! :)
      Ta kompozycja ma boską strukturę. Jeśli jakiś kompozytor sięga Absolutu, to jest to przede wszystkim Bach.
      Nawet Cioran – ten marudny nihilista i wróg istnienia – napisał kiedyś: „Sztuka fugi. Gdy słucham Bacha, wierzę.”

      • Rozmus Says:

        Cioran o Bachu:

        „Bez Bacha Bóg byłby tylko drugorzędną figurą.”

        „Muzyka Bacha jest jedynym argumentem na to, że stworzenia Wszechświata nie można uznać za kompletne niepowodzenie.”

        „Bach jest wszystkim. A czymże jest to wszystko? Samym Bogiem. Albowiem w Bachu nie ma niczego, co nie byłoby Bogiem.”

        „Bach jest czynnym sprawcą odrywania człowieka od ziemi. W wibracji każdej struny jego altówki tkwi tyle transcendencji, że nasuwa się obraz śniegu sypiącego się na serca aniołów.”

        • sarna Says:

          „obraz śniegu sypiącego się na serca aniołów” – nieco mrożąca krew w żyłach wizja, ale aniołowie nie są istotami z krwi, więc chyba niezbyt trafna analogia do człowieka.

          Nieustannie zachwyca mnie muzyka poważna, choć do konesera mi daleko, jestem szczęśliwa i bez wnikliwszej znajomości muzyki Bacha, zatem zdecydowanie jestem przypadkiem potwierdzającym kompletne niepowodzenie stworzenia wszechświata.

          Może mam dziś problemy z logicznym myśleniem, ale mimo Twojej podpowiedzi nadal nie dostrzegam niekonsekwencji swojej wypowiedzi w ocenie Tischnera.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zostawmy więc Tischnera, posłuchajmy muzyki :)

          Człowiek – wliczając w to oczywiście kobiety ;) – jest jak najbardziej przypadkiem potwierdzającym powodzenie stworzenia Wszechświata… mimo tego człowieka niedoskonałości.
          Cioran, oczywiście, stwierdził by coś zupełnie przeciwnego – ale on wszelkie życie (zwłaszcza swoje) uważał za zupełne nieporozumienie i jakąś kosmiczna pomyłkę. (Trochę to się kłóci z tym jego liryzmem śniegu spadającego na serca aniołów. Ale, ale… by the way: aniołowie, jak sama zauważyłaś, są istotami bezkrwistymi,, więc po co im serca? ;) )

          A jeśli chodzi o cytaty Ciorana o Bachu: przesada, przesada… ale to jest właśnie cały Cioran – mimo zadeklarowanej awersji do patosu, sam często go stosuje i weń wpada. A jego przesada, mimo że jest często przesadą patetyczną a może nawet rażącą, uderza jednak w jakąś autentyczną i dźwięczną strunę, która przywodzi na myśl intuicję zbliżającą się do prawdy.

        • sarna Says:

          Fakt – muzyka Bacha sprawia, że czuję się bosko :)
          Fakt – patos Ciorana jest rażący, a przez to dla mnie odpychający na tyle, by nie chcieć bliżej poznać jego filozofii – a niby jestem tak podatna na antyreklamę ;)
          Co z muzyki Bacha zachwyca Cię najbardziej ? – ja ciągle jeszcze nie potrafię wybrać.

  3. Stanisław Błaszczyna Says:

    Do Ciorana mam podobny stosunek jak do Nietzschego: bardzo ambiwalentny. Z tym, że wg mnie Cioran jest często pozerem, natomiast Nietzsche jest jednak w swym genialnym wariactwie autentyczny (choć też miejscami nieznośnie patetyczny – zresztą on tę patetyczność przepłacił dokumentnym obłędem.(Ale to są już inne historie.)

    Ja muzyki klasycznej słucham takimi… zrywami. Są miesiące, że nie mam na to nastroju, ale są i takie, kiedy słucham – a wtedy słucham dużo.
    Muzyka klasyczna jest jednak bardziej wymagająca niż rock czy jazz, o popie nie wspominając ;)

    Bacha różne rzeczy mi się podobały, w zależności od okresu, chwili…
    Przy okazji polecam Bacha w wykonaniu niezbyt ortodoksyjnym, bo ożenionym z jazzowym zaśpiewem Bobby’ego Mcferrina:

    Spodobał mi się jeden z komentarzy pod tym wykonaniem: „This is so beautiful, it’s a shame that we have to die.” ;)

    A moje stosunki z muzyką klasyczną zaczęły się kiedy miałem 12 – 13 lat. Leżałem chory w domu i sięgnąłem po płytę „VI Symfonii” (Pastoralnej) Beethovena, którą kupiłem jakiś czas wcześniej. To uruchomiło moją wyobraźnię (i co ciekawe, wiele z tego co sobie wyobrażałem wtedy, słuchając, pokrywało się z opisem „treści” Pastoralnej, o której przeczytałem później – symfonia ta jest bowiem bardzo „ilustracyjna”) i przekonało do muzyki klasycznej.
    Do dzisiaj uwielbiam tę symfonię (jest moim zdaniem bardzo melodyjna i w sumie prosta) – słuchałem Pastoralnej dziesiątki razy więc znam na pamięć każdą jej nutkę i potrafię ją sobie nawet w głowie „odtworzyć” ;)

    Tutaj wersja pod batutą „naszego” chicagowskiego symfonicznego Maestro Barenboima:

  4. sarna Says:

    Lepszy autentyczny wariat niż pozer ? – no nie wiem Staszku czy zaryzykowałabym taką tezę w realu.

    Zabawne zestawienie pojęcia ortodoksyjny z Bachem, ale jednocześnie bardzo trafne w odniesieniu do takiej interpretacji. W sumie fajnej, ale jednak to nie to, Bach to klasa, tu nie ma pójścia na skróty i łatwiznę, pod publikę, bo zatraca się piękno ukryte w oryginale.

    ‚A moje stosunki z muzyką klasyczną zaczęły się kiedy miałem 12 – 13 lat’ – kiedyś wspomniałeś jak wielki wpływ na ukształtowanie twojej osobowości miała Babcia – znała Bacha, czy też miała tą życiową wrażliwość i mądrość prostych ludzi? – zrobiła kawał dobrej roboty !

  5. Stanisław Błaszczyna Says:

    Aaaa… polecam również to (jeśli ktoś jeszcze nie zna a chce poznać).
    Piękne!

    I może jeszcze to, co z tej muzyki potrafią zrobić młokosy z rockową gitarą ;)
    Fantastyczne!

    Ale pierwszym, który zaaranżował Pachelbela na rockową gitarę był JerryC – młody chłopak z Tajwanu – i właściwie to jemu należy się chwała kompozytora tej wersji – wszyscy, którzy to grali na rockowo (a było tych wersji całe multum) opierali się na jego aranżacji:

  6. Simply Says:

    W nowym roku życzę… Szczęścia .
    … a oto jedno z najbardziej euforycznych dzieł napisanych w tonacji moll i pierwszy westernowy soundtrack w historii ludzkości . Becherovka Joe goes West .

    .

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Not too far West – najdalej Dvořák na zachód dotarł do Iowa ;)

      Nie każdy zresztą wie, że symfonia „Z Nowego Świata” została napisana przez Dvořáka na… Manhattanie. On sam mówił, że posiłkował się wpływami muzyki indiańskiej i murzyńskiej, ale tego za bardzo w tej symfonii nie słychać, zwłaszcza tej domniemanej „indianskości” (przynajmniej moje ucho tego nie wyławia – może z wyjątkiem jakichś folkowych aplikacji i pewnej melodyki z czarnych spirituals, ale potraktowanej zupełnie po europejsku).

      Skądinąd, należy się chwała Dvořákowi za takie postawienie sprawy (przypominam – mówi on to pod koniec XIX-go wieku): „I am convinced that the future music of this country must be founded on what are called Negro melodies. These can be the foundation of a serious and original school of composition, to be developed in the United States. These beautiful and varied themes are the product of the soil. They are the folk songs of America and your composers must turn to them.”

      Po symfonii „Z Nowego Świata” Dvořák (z rozpędu niejako) stworzył kolejne swoje arcydzieło – przepiękny kwartet smyczkowy „Amerykański” (nota bene napisał go właśnie w czasie wakacji u swoich krewnych w Iowa):

      Przy odrobinie dobrej chęci można się także i tutaj doszukać wpływu spirituals (to dlatego dawniej nazywano ten kwartet „niggerskim”, ale dzisiaj to już nie uchodzi ;) )
      Ale początek jest wyraźnie na folkową nutę.
      Zresztą, sporo takich nut jest wg mnie również w symfonii „Z Nowego Świata”.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        PS. Przed chwilą dowiedziałem się, że ten kwartet „Amerykański” miał swoją premierę 1 stycznia (1894 roku) w Bostonie. tak więc dokładnie dzisiaj przypada rocznica tej premiery. Przypadek? Nie wiem… ponoć nic nie zdarza się przypadkiem. ;)

      • Simply Says:

        A gdzie tam indiańskiej, to jest zdecydowanie kowbojskie, jeśli już. Też o tych ,,indiańskościach” coś tam czytałem, ale wolę słuchać, niż się sugerować – to jest western. Taki z lat 50′ ; z Jamesem Stewartem i Maureen O’Hara .

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No niech Ci będzie, że to western, może nawet kowbojski.
          Często słyszymy to, co chcemy usłyszeć ;)
          I czy to nie jest właśnie (auto)sugestia :)

        • Simply Says:

          A ten ,Kwartet Amerykański’ jest bardziej europejski, niż ,Symfonia’ .
          Ale powiem Ci tak w zaufaniu, że jego druga część ma moc. To jest cygańska pieśń. Wbija się w serce.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Czy aby na pewno cygańska?
          To fakt, Dvořák pochodził z Bohemii, ale to nie ma nic wspólnego z bohemą ;)

          Moje wrażenie jest inne: właśnie druga część (to fakt: cholernie przejmująca) przywodzi mi na myśl jakiś zaśpiew znad Mississippi.

          A symfonia „Z Nowego Świata” wydaje mi się jak najbardziej europejska.

  7. Jula :D Says:

    Ja natomiast muszę co roku obejrzeć w 1 dzień Nowego Roku w TV transmisje filharmoników wiedeńskich ze złotej sali oczywiście utwory Straussów, walce ale nie tylko ;)
    To taki mój noworoczny, świecki rytuał. Do opery od czasu do czasu też staram się chodzić, bo wprowadza mnie w inny świat. Tyle, że muzyka tam jest podparta pięknym szkolonym śpiewem i baletem. Pa!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wyobraź sobie Jula, że w tym samym momencie, kiedy czytałem Twój komentarz, moja żona (oczywiście nie wiedząc co czytam) powiedziała mi, że chciałaby dzisiaj wieczorem obejrzeć transmisję tego koncertu z Wiednia.
      Kolejny przypadek? ;)

      • Jula :D Says:

        Możecie tam być. Chyba od dzisiaj w internecie można się wpisywać na listę chętnych na kolejny rok. :)
        Bilety w zależności od miejsca, podobno od 100 do 5000 euro ? .. Tych koncertów jest podobno 3 !.. , 30, 31 grudnia i 1 stycznia. :D
        Pozdrawiam! (Transmitowany, chyba ten z 1 stycznia. )

        • Jula :D Says:

          Zapomniałam dodać, że z tej listy jest losowanie. I poza VIP-ami, wylosowani szczęśliwcy mogą uczestniczyć naocznie, tak tłumaczyła pani z TVP. Pierwszy raz, w tym roku, nie komentował Bogusław Kaczyński i to tez od razu się poczuło.
          I pomyśleć, że jeden ze Straussów miał koncert w ówczesnej Warszawie, po którym zresztą umarł na zapalenie płuc. Ot życie!..
          Był swego czasu ciekawy serial w austriacki o tej muzykalnej rodzinie. ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ci szczęśliwcy, którym udało się dostać bilety, mogą w nim uczestniczyć nie tylko naocznie, ale i – co chyba ważniejsze – nausznie ;)

          A serial o Straussach pamiętam i dobrze go wspominam.

  8. tamaryszek Says:

    Rozpacz na Nowy Rok? ;)
    Cóż, no tak. Twój wpis uruchamia bardzo wiele tropów, osadzonych w lejtmotywie przemijania. Jest trochę gorzki, ale szlachetnie przyprawiony paradoksami. Dlatego smutek, melancholia czy nostalgia idą w parze z pochwałą tego, co je wywołuje. Myślę o świadomości piękna i dobra, ich kruchości, ich oddalania się, znikania. Nie tak w ogóle znikania (bo świat i dziś ma swą urodę), raczej przypomina mi to obraz zanurzonego w wodę kamienia i coraz słabszych kręgów drgań, które się od centrum zanurzenia rozchodzą.

    Najbardziej trafia do mnie to sprzężenie: rozpaczy i nadziei. To, że żadna z tych tonacji nie jest wieczna. Zmęczona rozpacz rozpogadza się, nadszarpnięta nadzieja matowieje i blednie.
    Użyłeś słowa „szczęście”, ja wracam (za Tischnerem) do nadziei jako przeciwwagi rozpaczy. Szczęście jest (chyba) na przegranej pozycji, nadzieja ma solidniejszą konstrukcję. I jest możliwa „pomimo”: znikających śladów, ulotności naszych światów i relacji, granic, do których nieustannie docieramy.

    Myślę, że nadzieja jest silniejsza w tym, kto posmakował rozpaczy. I odwrotnie: rozpacz może odczuć ten, kto wcześniej miał nadzieję. I całe sedno w tym splątaniu.

    Na Nowy Rok życzę Ci pięknej, odradzającej się jak trawa, czupurnej (wbrew wszystkiemu) nadziei. :)
    Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja bym rozpaczy przeciwstawił (to też swego rodzaju „sprzężenie”) nie tyle nadzieję, co właśnie zachwyt, uniesienie… może nawet (w wersji hard-corowej ; ) ) ekstazę (i tak, tak – to jest niemal tożsame ze szczęściem).
      Myślę, że doświadczenie rozpaczy niejako „podkręca” moją zdolność do zachwytu (a może nawet ją umożliwia?)

      Nie wiem, czy ta rozpacz jest na Nowy Rok szczególnie nastawiona. Chociaż, muszę się przyznać, że ten akapit o rozpaczy napisałem niemal dokładnie rok temu, tuż przed Nowym Rokiem. Tak więc, jeśli ktoś pomyślał, że ja właśnie teraz, na Sylwestra, rozpaczam – to jest niezupełnie tak ;)

      Najważniejsze, że – mimo wszystko! – jestem przekonany o cudowności życia i samego Świata.
      Mieliśmy jednak niewiarygodne szczęście, że się tutaj pojawiliśmy ;)

      A noworocznie życzę Ci jak najczęstszego doświadczania szczęścia – we wszelkich możliwych jego przejawach :)

  9. miziol Says:

    Budda powiedzial, ze odrodzenie sie jako czlowiek jest prawdziwym cudem i w tym sensie masz absolutnie racje Staszku. A nowy rok bedzie taki, na jaki zapracowalismy w starym i w poprzednich latach. Pozdrawiam i zycze dobrego roku 2015.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie zawsze dostajemy to, na co zapracowaliśmy (nie zawsze mamy do czynienia ze sprawiedliwością na tym świecie), ale oczywiście, generalnie, masz rację – a przynajmniej… powinieneś mieć rację ;)

      Dzięki za życzenia,
      Dobrego Roku!

  10. ulotna_wiecznosc Says:

    W związku z tematem mam kilka skojarzeń, tak się składa że związane są z pewna książka i wierszem:-)

    Niebo
    Od tego trzeba było zacząć: niebo.
    Okno bez parapetu, bez futryn, bez szyb.
    Otwór i nic poza nim,
    Ale otwarty szeroko.
    …………
    Podział na ziemię i niebo
    to nie jest właściwy sposób
    myślenia o tej całości.
    Pozwala tylko przeżyć
    pod dokładniejszym adresem,
    szybszym do znalezienia do znalezienia,
    jeślibym była szukana.
    Moje znaki szczególne
    to zachwyt i rozpacz

    Wisława Szymborska

    http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=20&u=432

    Książka
    ,,Muzykofilia”
    W „Muzykofilii” Oliver Sacks bada potęgę muzyki, analizując doświadczenia pacjentów, muzyków i zwykłych ludzi, a znajdą się między nimi: chirurg, który po porażeniu piorunem dostaje obsesji na punkcie muzyki Chopina, osoby z amuzją, dla których symfonia brzmi jak brzęk rondli i pokrywek, oraz człowiek, którego pamięć nie obejmuje więcej niż siedem sekund – chyba że chodzi o muzykę. Doktor Sacks opisuje, jak muzyka potrafi ożywić zastygłych w bezruchu parkinsonistów, pozwala przemówić niemym ludziom po zawale, a także uspokaja i organizuje życie chorych na Alzheimera czy schizofreników. Muzyka potrafi inspirować, porywać na szczyty emocji i rzucać w ich głębie, bywa też czasami najlepszym lekarstwem. Gatunek ludzki jest pod tym względem absolutnie unikalny. W „Muzykofilii” Oliver Sacks tłumaczy, dlaczego. (Opis z okładki)
    Jestem w trakcie lektury :-)

    Dobrego Nowego 2015 Roku :-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Moje znaki szczególne
      to zachwyt i rozpacz

      Tak, pod tym ja również mógłbym się podpisać ;)
      Nawiasem mówiąc: zauważmy, że napisała to pani, która sprawiała wrażenie pani miłej i sympatycznej, a nawet pogodnej ;)

      Dobrego Roku

  11. Simply Says:

    , Nie miałem na myśli formy :Amerykańska’ w tym sensie,że jest naszpikowana motywami wywiedzionymi z amerykańskiego folku ( nie Indian, czy czarnych, a właśnie białego człowieka – tam są proto-country’owe linie melodyczne )
    Przesłuchałem, jeszcze raz ten kwartet ( part II ) – tam jest i jedno i drugie, sama melodia jest bardzo proteusowa, że się tak wyrażę – strój skrzypiec , brzmienie i charkterystyczna pełna żalu fraza ewidentnie przywołują mi na myśl muzykę Cyganów ( siedmiogrodzkich? może i trochę węgierskich ?) ale to są krótkie momenty , które nieoczekiwanie przechodzą w wyrażne ,americana ‚ , by równie nieoczekiwanie dopowiedzieć wątek na środkowoeuropejską nutę. Piękny utwór.

    ,,…To fakt, Dvořák pochodził z Bohemii, ale to nie ma nic wspólnego z bohemą ;) ..”

    A nie z Kobierzyny Dolnej ?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A czy to takie ważne skąd się wywodzą te motywy? Najważniejsze, że to jest naprawdę piękne – i cały ten eklektyzm jest znakomicie zgrany, zintegrowany – mimo zmian tempa i melodycznej różnorodności.
      Dzięki Twojemu odniesieniu do Dvořáka, ten kwartet europejsko-amerykański stał się przebojem moich ostatnich kilku dni ;) – dawno go bowiem nie słyszałem a teraz odtworzyłem sobie ładnych kilka razy.

      PS. Nie wiedziałem, że czeski Nelahozeves to po polsku Kobierzyna Dolna ;)

  12. Simply Says:

    Just a comic relief ;)
    Ważne, nie ważne, gdy słuchałem tego pierwszy raz nie myślałem o żadnym analizowaniu – ta dzika melancholia przesłoniła wszystko, musiałem to jakoś ( instynktownie! ) nazwać – i nazwałem ,cygańską pieśnią’ , tak bardziej na swój użytek.
    Dopiero za drugim razem, już ,,na chłodno” zacząłem się bawić w wyszukiwanie motywów.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W tym kwartecie to też jest fajne, że „dzika melancholia” (właściwie to tylko druga część jest w niej umoczona) sąsiaduje z pogodną skocznością (może nawet frywolnością) całości.
      Parę motywów rzeczywiście mogłaby zagrać jakaś kapela country podczas potańcówki w stodole na wsi. Zresztą, to samo mogłaby zagrać jakaś „banda” Cyganów – i też zabrzmiałoby to bez dysonansu. Bo te motywy mają w sobie jakąś uniwersalność – wynikającą najprawdopodobniej z pokrewieństwa ludzkich dusz.

  13. Stanisław Błaszczyna Says:

    Tak à propos muzycznych zachwytów – jedna z moich cygańskich miłości (sprzed lat):

    … w westernowych sceneriach, zresztą ;)

  14. Torlin Says:

    A skąd wiesz, że istnieje wieczność? Jakieś dowody?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ktoś za­pytał Lichtenberga:
      – Czy mógłby mi pan wy­jaśnić różnicę między cza­sem a wiecznością?
      – Nies­te­ty, to niemożli­we. Wpraw­dzie ja mam dość cza­su na wy­jaśnienie, ale pa­nu nie star­czyłoby wie­czności na zrozumienie.

      • Torlin Says:

        Stasiu, oczywiście możesz się chować za intelektualnymi wygibasami, ja Ci sam podpowiem następne: „Prosi student profesora, aby ten mu wytłumaczył na przykładzie, co to jest czasoprzestrzeń. Nie będę miał z tym najmniejszego problemu – rzecze profesor. Do robotnika kopiącego rów przychodzi majster i mówi – masz kopać ten rów od tego drzewa do w pół do piątej. Wieczność nie istnieje, ani rozum nie jest wieczny, ani myśl, ani czas, ani materia, ani człowiek, ani siła. Skoro czyste istnienie jest poza naszą świadomością, to skąd wiesz, że istnieje?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Czyli wg Ciebie, istnieć może tylko to, co jest w Twojej świadomości? A nie przyszło Ci nigdy do głowy to, że Twoja świadomość nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego? Zwłaszcza tego, co jest poza nią – np. wieczności?

        • Torlin Says:

          Ależ oczywiście, że nie. Mogą istnieć najróżniejsze byty, których postaci nawet możemy nie rozumieć, jak końcówka”Facetów w czerni”. I wiadomo świetnie, że ja tego nie ogarnę. Ale ja mam zrozumienie dla niewiadomej i wiem, że coś może istnieć, a może nie istnieć, a na to miejsce pojawić się zupełnie coś innego. Tymczasem Ty piszesz:
          „Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem”.
          JEST wiecznością, JEST bezczasowa, JEST czystym istnieniem. Nie ma „może być”, „chyba jest”, „mnie się wydaje” – piszesz JEST, jakby to była potwierdzona prawda. O tym jest mój komentarz.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Potwierdzoną prawdą jest to, że czas powstał w momencie powstania Wszechświata. To, co było przedtem – i co jest poza naszym światem – jest wieczne (inaczej mówiąc: jest wiecznością) – nawet jeśli to była nicość. Ale, jak wyraźnie napisałem, nasz język – i nasze pojmowanie – nie jest w stanie tego ogarnąć ani nawet nazwać. Wynika z tego, że wszystko, co o tym piszę, jest siłą rzeczy hipotetyczne, jest domysłem, intuicją, próbą zrozumienia… A Ty mi zarzucasz, że ja piszę jakbym to wszystko wiedział. Otóż nie wiem. I wiem, że nic nie wiem, a jeśli coś wiem, to niewiele w stosunku do tego, co można wiedzieć (o tym, czego nie można wiedzieć, nawet nie wspominam). Usatysfakcjonowany?

        • Torlin Says:

          Nie gniewaj się Staszku, lubię z Tobą podyskutować. Bo przecież pojmowanie rzeczywistości przez nas obu, nazwijmy to, realnej lub nierealnej, wynika ze światopoglądu. Jesteś człowiekiem wierzącym, a ja jestem wolnomyślicielem stojącym twardo na nogach. Dlatego tak trudno jest nam się porozumieć. Serdecznie Cię pozdrawiam, Jacek.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wszystko Jacku – wolnomyślicielu stojący twardo na nogach – pomieszałeś, ot choćby nazywając mnie człowiekiem „wierzącym” (w domyśle: zniewolonym myślowo, ledwie trzymającym się na nogach – czyli będącym dokładnym przeciwieństwem Twojej wolnomyślicielskiej, pewnej i nieugiętej postawy ;) )
          Pozdrawiam

        • rolka Says:

          Piszesz Torlinie, że jesteś wolnomyślicielem, ale czy próbowałeś kiedyś pomyśleć coś szybciej? ;)

    • ulotna_wiecznosc Says:

      Chłopaki a ja?
      Przecież istnieję:-)

  15. Obieżyświatka Says:

    Brodski w „Znaku wodnym” pisze (w odniesieniu do Wenecji), że piękno to cecha, która odróżnia czas od przestrzeni. Przestrzeń ją posiada, czas nie. Tak mi się skojarzyło po przeczytaniu wpisu.
    O.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekawe spostrzeżenie.
      Pewnie jest tak dlatego, że przestrzeń postrzegamy, czasu zaś nie.
      To jest zresztą paradoks, bo przecież czas odczuwamy, choć tylko ten teraźniejszy, który przemija.
      Ale,ale… przecież piękne są chwile – i tylko chwile ;)

  16. Monika Says:

    Piękny krajobraz z pięknymi słowami … .
    Wiele pięknych pejzaży i pięknych słów od ludzi w Nowym Roku życzę.

  17. Simply Says:

    … a tymczasem narodził się polski Seasick Steve :

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Świetnie to wyszło Organkowi – udało mu się zaprząc j. polski do bluesowego zaśpiewu w wersji surowej, której by się chyba nie powstydził żaden czarny z delty Mississippi. Poza tym: świetny filmik i niezła opowiastka.

      Nie znałem tego młodzieńca, posłuchałem jego kawałków, ale ten co zapodałeś podoba mi się najbardziej – właśnie ze względu na swoją stylizację bluesa delty. Reszta jest bardziej piosenkowa, a przez to zbyt konwencjonalna i bardziej trąci popem.

  18. Simply Says:

    Robuś ma trochę inne podejście do kobiet :

    I’m gonna to beat my woman
    until i get satisfied

    A oto rzeczony Seasick na kiju od miotły z Johnem Paulem Jonesem , który teraz wygląda prawie jak Henry Silva

  19. Simply Says:

    I na odwrót: Hartman śpiewa, jak Dean Martin. Jak nie lubię takiego salonowego jazzu, to ten duet zawsze wprawia mnie w dobry nastrój. To brzmi tak, jakby Hartman z Coltrane’m rywalizowali o względy jakiejś wyniosłej i posągowej blond-princessy, która siedzi na przeciwko i słucha, by potem wyjść z jednym z nich.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Od rzemyczka do koniczka…
      Dzisiaj miałem sporo jeżdżenia po mieście. Na szczęście stacja, której często słucham (NPR), pół dnia poświęciła na przypomnienie czarnych chicagowskich zespołów z lat 70-tych, zupełnie już zapomnianych, a szkoda, bo niektóre brzmią do dzisiaj świetnie. W osobnej audycji przypomniano też śpiewającą rodzinkę „The Staples Singers” (może w związku z biograficzną „Selmą” o MLKingu, która właśnie wchodzi na ekrany?). Dowiedziałem się z niej m.in., że „Staplesów” słuchał namiętnie (dorastając w północnej Minnesocie) młody Dylan, a kiedy zetknął się z nimi osobiście to zakochał się w najmłodszej Staplesównie, Mavis, tak namiętnie, że się jej oświadczył. Ne wiem co z tego wyszło (może tylko tyle, że repertuar Boba przeplatał się w kilku miejscach z tym, co śpiewał stary Pops Staple ze swoimi córkami), ale dzięki temu trafiłem na kilka świetnych kawałków zaśpiewanych przez Mavis – zarówno samą, jak i ze swoją familią.
      To było najpierw (wykonane 10 lat po romansie z Dylanem):

      Tutaj Mavis straciła trochę na urodzie, jednakże nic nie straciła na wokalu (trochę kiepskie nagranie, ale jednak słychać, jak to jest niesamowicie zaśpiewane):

      Staplesi śpiewali też gładkie kawałki, ale nie stronili od mocnych akordów. To jest też przejmujące (zwłaszcza w zestawieniu z dokumentalnym footagem – widać tam, że słynne komunistyczne „A u was biją murzynów” wcale nie było takim sobie sloganem, wystarczy się tylko bliżej przyjrzeć i odświeżyć pamięć społeczeństwa „najwspanialszego kraju na świecie”):

      No i na koniec może jeszcze to:

      Prawdziwe czarne perły moim zdaniem.

  20. Simply Says:

    Znam.Ten pierwszy , to był ich duży hit , a ten trzeci najbardziej mi zapadł w wersji Springsteena ; fajna ta gitara , a materiał filmowy urywa dupę , chyba ktoś opierdolił filmotekę KejKejKej . A propos, pierwszy raz ich usłyszałem na filmie ,, The Klansman” 75′ z Lee Marvinem i O.J. Simpsonem – jeden , czy dwa numery były w soundtracku ( kiedyś , przed wiekami leciał w kinach , podobnie jak inny ostry blacksploit ,, Mandingo” z Susan George i pogromcą Alego , Kenem Nortonem – tu były bluesy Muddy’ego Watersa ) No to podkręcamy temperaturę ;

  21. Stanisław Błaszczyna Says:

    Dobry jesteś, żeś te wszystkie koligacje zaczaił :)

    BTW: Boss ożeniony z „The Staples” – cóż więcej potrzeba! :

    Trochę to bardziej barowo-balladowe (w pewnym momencie dixielandowe?;)), ale nadal świetne!
    Swoją drogą: zgroza! – takie cudo ma tylko 35 tys. odsłon na Jutjubie!

  22. Simply Says:

    Cały ten koncert to jest miazga miazg , a najlepszy jest ,, Jesse James”.
    Ja się ostatnio namiętnie zasłuchuję w tym panu i tej płycie :


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s