KALIFORNIA

krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

.

Most Golden Gate w San Francisco

Most Golden Gate w San Francisco

Czy wie ktoś skąd się wzięła nazwa Kalifornia? Otóż w 1510 roku pewien hiszpański literat spłodził książkę, w której dał opis niezwykłej wyspy, leżącej na prawo od Indii, blisko Ziemskiego Raju. Mieszkają na niej czarne kobiety, bez mężczyzn – na podobieństwo Amazonek. Kobiety mocnej budowy, niezwykłej odwagi i wielkiej siły. Ich wyspa ze stromymi urwiskami i skalistym wybrzeżem jest najsilniejszym królestwem na Ziemi. Ich ramiona są całe ze złota, i cała ze złota jest także uprząż dzikich bestii, które te kobiety ujarzmiają i ujeżdżają. Gdyż na całej wyspie nie ma innego metalu, jak złoto. Wyspa ta zwie się California, a włada nią królowa Calafia.
W 25 lat po ukazaniu sie tych fantastycznych rojeń – które zresztą przez wielu ówczesnych żeglarzy traktowane były zupełnie serio – Hernando Cortés, słynny hiszpański konkwistador, który wcześniej podbił Meksyk, płynąc na północ, wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki, natknął się na półwysep (zwany dzisiaj Baja California), który uznał za ową bajeczną wyspę. Nazwał więc te nowo odkryte przez siebie ziemie Kalifornią.

i

Jednakże sława właściwego odkrywcy Kalifornii, czyli obszarów, które uznawane są dziś za terytorium stanu Kalifornia, przypada oficjalnie w udziale Portugalczykowi Juanowi Rodrigezowi Cabrillo, który zawinął do portu zwanego dziś San Diego, we wrześniu 1542 roku. W 1602 roku zjawił się w tamtych rejonach Sebastian Vizcaino, któremu zawdzięczamy wiele z obowiązujących do dzisiaj nazw, jak np. San Diego. Wcześniej jednak, bo w 1579 roku, do wybrzeży kalifornijskich dotarł ze swoją potężną flotyllą, najsłynniejszy żeglarz epoki elżbietańskiej, Sir Francis Drake, który po opłynięciu Ameryki Południowej wylądował niedaleko miejsca, gdzie zbudowano później San Francisco. Oczywiście Drake ogłosił cały ten obszar własnością królowej Elżbiety I, która finansowała jego ekspedycję.
Mimo tych wszystkich odkryć, eksploracji i deklaracji, Kalifornia przez następne dwa stulecia pozostawała w rękach tubylczych plemion. A trzeba podkreślić, że w tamtym czasie zamieszkiwało te ziemie blisko pół miliona Indian. Tak na dobre, hiszpańska okupacja zaczęła się jednak dopiero w 1769 roku, wraz z ekspedycją Gaspara de Portola. Król hiszpański zaniepokoił się bowiem ekspansyjnymi poczynaniami Anglików, a jeszcze bardziej Rosjan i postanowił uprzedzić ich w kolonizacji Kalifornii.
Hiszpanie mieli już do perfekcji opanowany sposób zawłaszczania nowych terytoriów, szybko więc mieczem wprowadzano nowy porządek. Kiedy ziemie były już podbite, misjonarze zaczynali przedstawiać pogańskim Indianom dobrodziejstwa Chrześcijaństwa. Ta strategia doskonale sprawdziła się w Meksyku. Na ziemiach, gdzie natrafiano na zazwyczaj pokojowo nastawionych Indian, nawracającym tubylców misjonarzom towarzyszyła niewielka grupa żołnierzy. Następnym krokiem miało być właśnie zajęcie Kalifornii a zadanie jej skolonizowania spoczęło na Gasparze de Portola. W skład jego ekspedycji wchodził także Franciszkanin, ojciec Junipero Serra, któremu jego późniejsza działalność misyjna przydała miano Apostoła Kalifornii. Dokonał on bowiem rzeczy ważnej: w latach 1769 – 1776 założył 6 misji – począwszy od San Diego, a na San Francisco skończywszy. Liczbę misji stale powiększano i w roku 1823 było ich już 21 – każda w odległości jednego dnia drogi od sąsiedniej. To właśnie wokół tych misji rozwijały się samowystarczalne osady, a niektóre z nich przekształciły się z czasem w olbrzymie metropolie.

Meksyk uzyskał niepodległość w 1821 roku i tym samym Kalifornia przestała być poddana koronie hiszpańskiej. Misjonarze powrócili do Europy, a na ich posiadłościach powstawały rancza, którymi rząd meksykański obdarowywał swoich bohaterów. W tym samym czasie, na zachodnie wybrzeże przybywało coraz więcej amerykańskich osadników (podróż pionierskimi wozami, ze środkowych stanów, trwała około dwóch miesięcy) i Stany Zjednoczone coraz bardziej stawały się zainteresowane Kalifornią – tą ziemią mlekiem i miodem płynącą.
Amerykanie próbowali wykupić Kalifornię od Meksyku za pół miliona dolarów (negocjował to, będący już wówczas prezydentem, Andrew Jackson, znany choćby z podboju Florydy i wojen z Seminolami). Próby te okazały się nieskuteczne. Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem doprowadziło w końcu do wybuchu wojny między tymi państwami w 1846 roku. Walki toczyły się głównie na obszarze Nowego Meksyku, choć i w Kalifornii doszło do kilku potyczek. Po dwóch latach działań wojennych, szala zwycięstwa wyraźnie przechyliła się na stronę Amerykanów i w 1848 roku doszło do podpisania traktatu pokojowego, na mocy którego całą Kalifornię włączono do terytorium Stanów Zjednoczonych. Gorące negocjacje toczyły się np. w sprawie San Diego, które to miasto – mało brakowało – znalazłoby się po południowej, czyli meksykańskiej stronie nowej granicy. Dwa lata później, czyli w 1850 roku, Kalifornia oficjalnie stała się 31 stanem Unii.
Jednak wcześniej miało jeszcze miejsce zamieszanie, o którym do dzisiaj pamiętają nie tylko w Kalifornii, ale i na całym świecie: gorączka złota! W 1848 roku natrafiono w Sierra Nevada na złoty kruszec. Rozpoczął się masowy exodus osadników i poszukiwaczy spragnionych złota. Fala ta największe swoje nasilenie miała w 1849 roku (stąd popularna w Kalifornii nazwa „Forty-Niners”). Do złotonośnych pól próbowano przebijać się – kto szybciej! – na skróty, nawet przez Dolinę Śmierci, co zazwyczaj kończyło się tragicznie. Jednakże działki dość szybko zostały wyeksploatowane i już po 15 latach były tylko jałową, kamienistą ziemią, a osady zamieniały się w miasta widma (ghost towns). Jak na ironię, w ostatecznym rozrachunku, najlepiej na całej gorączce złota wyszli nie sami poszukiwacze (choć i wśród nich zdarzały się milionowe fortuny), ale ci, którzy cały ten zgiełk obsługiwali, czyli handlarze wszelkim towarem, dostarczyciele narzędzi i żywności.
Gorączka złota szybko wygasła, jednak nie mogło to powstrzymać Kalifornii przed rozwojem i coraz większym napływem nowych osadników. Kiedy w 1869 roku zakończono budowę transkontynentalnej linii kolejowej – która wielomiesięczną tułaczkę w osadniczym wozie skracała do kilku dni w komfortowych, jak na owe czasy, warunkach (za cenę 1 dolara można było w pięć dni przejechać do Kalifornii z Nowego Jorku) – wiadomo, że lata prawdziwego rozkwitu ma Kalifornia jeszcze przed sobą.

ii

Prawie 140 lat temu, pewien młody wydawca nazwiskiem Horacy Greeley, rzucił wyzwanie jakże młodemu wówczas narodowi amerykańskiemu: GO WEST YOUNG MAN! Podjęło je wówczas tysiące ludzi, którzy ze wschodnich stanów parli na zachód – czy to szlakiem Santa Fe na południu, czy też szlakiem oregońskim na północy – przez Góry Skaliste, gęsto zalesione rzeczne doliny, rozległe prerie, czy wreszcie przez spalone słońcem pustynie – aż do wybrzeży Pacyfiku. Głównym celem była Kalifornia – ziemia wielkich oczekiwań, na której miały się spełnić wszystkie marzenia o bogactwie (w czasie gorączki złota), czy też spokojnym a pełnym dostatku życiu farmera.
Co ciekawe, ten mit Kalifornii jako ziemskiego raju przetrwał do dzisiaj i jest udziałem nie tylko Ameryki, ale i niemalże całego świata. A jeszcze ciekawsze jest to, że mitu tego nie są w stanie obalić same fakty znane wszem i wobec: o kalifornijskim przeludnieniu i przeraźliwym tłoku na autostradach, o klęskach żywiołowych: pożarach, trzęsieniach ziemi, suszach; o murzyńskich gangach, niepokojach w kolorowych gettach, zamieszkach; o wiecznym smogu nad Los Angeles, czy wreszcie opinia (moralistów), że Miasto Aniołów stało się dzisiaj skazanym na zagładę, zdeprawowanym obyczajowo, Babilonem.

pod sekwojami

pod sekwojami

Na szczęście jednak, opowieści o tej słonecznej stronie Kalifornii, czyli o jej jasnych stronach i uroczych zakątkach, nie są zbytnio przesadzone i czynią z tego amerykańskiego stanu jedno z najciekawszych, najbardziej atrakcyjnych miejsc świata. Złowrogie kiedyś, jałowe pustynie, zamienione zostały w żyzne zielone ogrody, z których owoców korzysta cała Ameryka. Odizolowane, kamienne plaże stały się miejscem rekreacji dla milionów wakacjuszy. Mała hiszpańska misja el Pueblo de Los Angeles, założona w drugiej połowie XVIII wieku, stała się w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat, jednym z największych miast świata (w obrębie samego miasta Los Angeles żyje ponad 3,5 mln. mieszkańców, natomiast w całym powiecie Los Angeles – około 9 mln. ludzi.).
Kiedy więc mowa o Kalifornii, nie sposób nie wspomnieć o Los Angeles; z kolei, kiedy mowa o Los Angeles, nie sposób nie wspomnieć o Hollywood – stolicy potężnego przemysłu filmowego i nagraniowego, która na całym świecie stała się znana jako synonim zbytku, blichtru, blasku gwiazd… gdzie obowiązuje high-life królów życia i wybrańcy losu spijają nektar swoich ziemskich rozkoszy.

Cała Kalifornia, podobnie jak cała Ameryka, jest ziemią kontrastów – i to kontrastów zarówno socjalnych, jak i kulturowych, przyrodniczych, czy geograficznych. Obok wystawnych rezydencji – pałaców, z których każdy wart jest dziesiątki milionów dolarów – rozsianych w Beverly Hills, Bel Air, czy też wzdłuż zachodniego wybrzeża (Malibu, Santa Barbara, Santa Cruz) – natrafić można na slumsy biedoty, choćby na południowych wybrzeżach Los Angeles, czy czarnych miastach, jak np. Oakland (nota bene kolebka Czarnych Panter).
Kalifornijska góra Mount Whitney (wysoka na 4,400 m. nad poziomem morza) jest najwyższym punktem na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, zaś nieopodal niej – bo zaledwie w odległości 60 mil – znajduje się najniżej położony punkt na całej Półkuli Zachodniej (Bad Water w Dolinie Śmierci – 86 m. poniżej poziomu morza).

Kalifornia ma swoją historię, która odcisnęła ślady na całym terytorium Złotego Stanu: to liczące kilkanaście tysięcy lat dzieje pobytu na tej ziemi pierwotnych mieszkańców Ameryki, czyli plemion myśliwskich i zbierackich, które w epoce lodowcowej przebyły Cieśninę Beringa i rozprzestrzeniły się po całym kontynencie Ameryki Północnej; i wreszcie 450-letnia historia budowania przez europejskich kolonistów amerykańskiej cywilizacji Zachodu.
Pierwsi przybyli tu Hiszpanie w połowie XVI wieku – a więc już kilkadziesiąt lat po wyprawie Kolumba – i kontrolowali ten obszar przez najbliższe dwa i pół stulecia. Nic więc dziwnego, że ślady kultury hiszpańskiej spotykamy – szczególnie w południowej Kalifornii – na każdym kroku.

Oczywiście, Kalifornia jest także miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów. Dla lepszego wyobrażenia sobie tego fenomenu można podać, że np. tylko w samym Los Angeles turystykę obsługuje ponad 100 tysięcy ludzi, co przynosi miastu ok. 5,5 miliarda dolarów rocznego dochodu. (Dla porównania: w przemyśle filmowym, z którego tak zasłynęło na całym świecie Los Angeles, zatrudnionych jest ok. 60 tys. osób, które wypracowują dochód ok. 4 miliardów dolarów.
Kalifornia rzeczywiście oferuje przybyszom sporo atrakcji. Wśród nich są nie tylko takie miasta, jak np. San Diego, Los Angeles, San Francisco, Santa Barbara, Palm Springs, Sacramento, ale i uderzająco piękne, robiące wielkie wrażenie parki narodowe: Yosemite, Redwood, Sequoia & Kings Canyon czy nawet sama Dolina Śmierci. Zupełnie innych przeżyć może więc nam dostarczyć to, co stworzył – i to nie tylko dla rozrywki – człowiek: Disneyland, Studia Filmowe Universal, górskie lub nabrzeżne kurorty wypoczynkowe, słynny most Golden Gate, więzienie Alcatraz, pamiętające gorączkę złota miasta widma, malownicze San Francisco, rozległe Los Angeles… Z kolei innych zupełnie wrażeń dostarczają cuda przyrody: wodospady i polodowcowe doliny Yosemite, potężne sekwoje i lasy redwoods, pustynia Mojave czy wspomniana już Dolina Śmierci.

Z Kalifornią, w powszechnej opinii, wiąże się jeszcze jedna sprawa – trzęsienie ziemi. Nie tylko nawiedzeni katastrofiści mówią o tzw. Big One, czyli potężnym trzęsieniu ziemi, które w każdym momencie może sprawić, że w ciągu kilku minut stan ten zsunie się do Pacyfiku. Sami Kalifornijczycy próbują nawet z tego żartować, mówiąc np., że ci bardziej zapobiegliwi inwestują już w nadmorskie posiadłości plażowe w… stanie Nevada.

Co jest powodem tego, że mieszkańcy Kalifornii czują się tak, jakby siedzieli na beczce prochu? (Wstrząsy zdarzają się tutaj każdego dnia, tyle że nie są silne i nie wyrządzają dużych szkód.) Co jest przyczyną tak wielkiej aktywności sejsmicznej w tym rejonie?
Otóż teren ten jest w skali geologicznej tworem bardzo młodym, bo liczącym około 15 – 20 mln. lat, który ciągle się kształtuje. Leży on na styku dwóch potężnych płyt kontynentalnych – płyty pacyficznej i płyty północno-amerykańskiej, które cały czas się ze sobą ścierają. Właśnie te tarcia powodują, że ziemia od czasu do czasu drży. Ciekawostką jest to, że San Francisco i Los Angeles leżą na przeciwległych do siebie płytach, co powoduje, że jedna z nich prze na północ, zaś druga na południe, więc oba te miasta zbliżają się każdego roku do siebie o około 5 cm.
Ostatnie potężne trzęsienia ziemi miały miejsce w 1855 i 1857 roku. W późniejszych latach zdarzały się oczywiście silne wstrząsy sejsmiczne, które pochłaniały setki ofiar i wyrządzały olbrzymie szkody materialne (lata: 1906, 1933, 1971…) jednakże nie tak silne, jak te w połowie ubiegłego stulecia i nie powodujące klęski żywiołowej. Obliczono, że te najsilniejsze zdarzają się średnio co 160 lat, a więc następnego możemy się spodziewać gdzieś na początku przyszłego wieku.
Naturalnie, ze względu na dzisiejszą gęstość zaludnienia, byłby to największy kataklizm w historii Stanów Zjednoczonych. Czyni się do tego pewne przygotowania, choć przecież nie ma takiej ludzkiej siły, która mogłaby się przeciwstawić tym potężnym żywiołom i zapobiec klęsce.

Na razie jednak w Kalifornii świeci słońce, w południowej Kalifornii ponoć nigdy nie pada deszcz, piasek na plażach Pacyfiku jest gorący, Los Angeles i San Francisco zapraszają; w kalifornijskich górach czekają na wszystkich wodospady, lasy, rzeki i jeziora… W Kalifornii więc, zanim zdarzy się ten fatalny Big One, można jeszcze przeżyć niejedną przygodę.

greydot

Los Angeles Union Station

Los Angeles Union Station

 .

NOTA: Powyższy artykuł jest jednym z tekstów cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”, popularyzującego wiedzę o Ameryce Północnej i ukazującego się na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych. („Kalifornia – Złoty Stan”: tygodnik „Relax”, 20 lipca, 1996 r.)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

Reklamy

Komentarzy 40 to “KALIFORNIA”

  1. Ona & On Says:

    Ona i On zapraszają:

    „Ja&On czyli Sylwia i Kuba – nasze życie w Dolinie Krzemowej. Do Kalifornii przenieśliśmy się pod koniec 2012r. W Polsce posiadamy własne studio filmowo-fotograficzne Studio Sensi i firmę zajmującą się produkcją filmów reklamowych i marketingowych – SensiMedia. W Dolinie Krzemowej założyliśmy drugie studio – Splendid Studio i agencję realizującą filmy – MarketMe Agency.

    Mieszkanie w Dolinie San Francisco to piękne krajobrazy, codziennie nowe doświadczenia i poznawanie czasem egzotycznych, amerykańskich zwyczajów. Mnóstwo myśli kłębiących się w głowie. Gigabajty wysokiej jakości zdjęć i filmów, od czasu do czasu dalsze podróże. O tym właśnie jest nasz blog – Zapraszamy!”

    Bardzo ciekawy blog o Kalifornii.

    http://www.jaion.pl/

    Polecamy
    Ona & On

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To jednak z najsłynniejszych piosenek o Kalifornii (a właściwie o Hotelu California). Szkoda tylko, że ilustracją do filmu są krajobrazy Utah i Arizony ;)

      Dzięki temu filmikowi na you tube można sobie przypomnieć wiele innych piosenek „kalifornijskich”, (których też jest sporo):

  2. Marcus Says:

    To są chyba te najsłynniejsze:

  3. Simply Says:

    Eeee taką masówką właśnie starano się spacyfikować to co w kalifornijskim brzmieniu najwartościowsze .
    1965 – ci goście wprowadzają trip kwasowy do muzycznego głównego obiegu :

    1969 – ci z kolei odkrywają piękno folkowych harmonii :

    1979 – a ten es jużual krawaty wiąże i przerywa ciążę ( a Adrian Belew robi Dylana )

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Moim zdaniem masówka też może być genialna (ale to trzeba odwagi i odporności na snobizm, żeby to przyznać).
      Beatlesi (czy też Presley) byli masówką par excellence, ale przecież byli genialni. Hotel California to kawałek genialny.
      Zappa też był genialny, choć daleko mu było do masówki.
      CSN&Y też wydawali mi się kiedyś genialni – i chyba tacy byli na początku, przynajmniej (Déjà vu). Wczoraj widziałem dokument o nich… 40 lat (or so) później – to już nie to samo… ale to inna historia).

      Kalifornia to był jednak ferment.
      To jest wg mnie ciekawe:

      Ale je też chyba teraz odpływam, czy też raczej odlatuję…

  4. Simply Says:

    ,,.. masówka też może być genialna..”
    Czemu nie, ale raczej nie w tym w tym wypadku . Masówka masowce nierówna. Odwaga ani snobizm nie mają tu nic do rzeczy.
    Ja nigdy nie przepadałem za ,, Hotelem California” ani w ogóle za The Eagles , dla mnie to jest taka częściowa zwała z ,,Angie ” Stonesów .
    Świetny dokument , drobiazgowo i po kolei pokazano tu, jak to wszystko się się przez lata rozmyło i rozmydliło : na początku masz eksplozję świeżości , talentów, łączenia tradycji z nowoczesnością w ciekawe konfiguracje czy patenty i idealistę Neila Younga, a końcu zostaje tylko kasa, koks i The Eagles , którzy choć pobili rekord sprzedaży swoją składanką , niedługo potem przecież rozpadli się, nie mogąc ustalić komu się ile należy za autorstwo ,, Hotelu California” ( czterech albo pięciu gości uzurpowało sobie autorstwo )

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To ja mam troche inaczej, bo kiedys, pacholeciem jeszcze bedac, dostalem ze Stanow kilka „goracych” plyt – m.in. „Rumours” „Fleetwood Mac” i „Greatest Hits” „The Eagles” – no i przyznaje sie bez bicia, ze mi to sie wtedy spodobalo. Ale i do dzisiaj nie wypieram sie tych zespolow – i kawalkow – uwazam, ze jest to bardzo dobry pop: zarowno jeden jak i drugi zespol nagrali sporo bardzo zgrabnych piosenek. To jest jednak pop na nezlym poziomie – a ja nie mysle udawac, ze nie jestem czasami konsumentem popu – choc przeciez slucham wielu innych rodzajow muzyki, (do ktorych juz latwiej przyznawac sie snobistycznie… i nie tylko).
      Nawiasem mowiac, ogladalem niedawno dokument o „The Eagles” i rzeczywiscie uderzylo mnie straszne ukierunkowanie komercyjne tej kapeli – tak, jakby bez wielkich pieniedzy nie mogli zyc. No ale kiedy bylo sie mlodym, to sie nie zwracalo uwagi na takie rzeczy.

      PS. Ciesze sie, ze sie film podobal. Oczywiscie trafilem na niego przypadkiem choc ostatnio ogladalem sporo dokumentow (via Netflix).
      PS2. Nigdy mi sie nie kojarzyl „Hotel California” z „Angie” (nota bene uwielbiam ten kawalek Stonesow). To zreszta nic dziqwnego, bo chyba jednak inne troche mamy ucho ;)

      • Simply Says:

        Początek ,, Hotelu..” jest zbudowany na tych samych funtach , co ,Angie” , zwała ewidentna . Puść sobie jedno i drugie.
        A tak about – z amerykańskiego pop rocka, to wole zdecydowanie Steely Dan ( i solowego Donalda Fagena ) i niektóre rzeczy Supertramp,

        Ale prawdziwym highlightem kalifornijskiego psychedelicznego popu jest płyta ,, Pet Sounds” The Beach Boys z 1966 ( na rok przed ,, Sierzantem Pepperem”, to jest niesamowite ) legendarne wydawnictwo , które nadal brzmi po prostu uroczo i kryje w sobie nieprzebrane bogactwo studyjnych smaczków

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Steely Dan” to jest juz bardziej wyrafinowane niz The Eagles i Fleetwood Mac – ze tak powiem: o jeden stopien artystyczny wyzej. Ale ja nie zawsze – jesli juz to robie – wartosciuje muzyke, zwlaszcza pop, biorac pod uwage kryterium artystyczne. Nie ukrywam, ze robie to subiektywnie, a czasami biore pod uwage cos zupelnie innego.
          Ale to wszystko nie jest takie wazne.
          „Super Tramp” – jeszcze jeden moj ulubiony zespol, jesli chodzi o lata 80-te.
          Zgadzam sie z „Pet Sounds”. Zreszta, druga polowa lat 60-tych to byl dla rocka niesamowity okres – chyba najlepszy w historii tej muzyki.

          Sorry za niezbornosc tych moich ostatnich komentarzy, ale warunki jakos nie pozwalaja za bardzo mi sie skupic ;)

  5. Onibe Says:

    ciekawy tekst, przyjemna podróż po Kalifornii…

  6. ramona Says:

    California Dreaming…

  7. miziol Says:

    Widze, ze Kalifornia kojarzy sie wiekszosci z muzyka. Mnie samemu najbardziej kojarzy sie z Hollywood i Mulholland Drive w Los Angeles, gdzie zginela Sharon Tate, a wspolczesnie z Michaelem Connely’m, ktorego ksiazki czytam „pasjamy”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Mnie Kalifornia kojarzy się głównie z Oceanem, pustynią i górami – klimatem, który jest niepowtarzalny w żadnym innym stanie.
      Nawiasem mówiąc, gdyby moje warunki życiowe mi na to pozwoliły, to chętnie zamieszkałbym właśnie w Kalifornii… gdzieś na granicy pomiędzy północą a południem, i między Oceanem a Sierra Nevada (ale chyba jednak bliżej chłodniejszej północy i zalesionych gór – może w okolicy jeziora Tahoe, albo gdzieś pod San Francisco? ;)

  8. Simply Says:

    Trochę zwyrodniałych dżwięków na poprawę samopoczucia :

    • sarna Says:

      sipmly, miej litość – to orgazm czy konanie? – tego się nie da słuchać bez chęci dorżnięcia śpiewającego

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Coś tu jest na rzeczy… nie bez racji Francuzi (i nie tylko) nazywają orgazm la petite mort ;)

        • Simply Says:

          Zapomniałeś o najważniejszym : U FACETÓW

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To ciekawe… Kobieta też przecież często wydaje dżwięki, jakby ją zarzynano (właśnie: „rżnięto”) – czy nie przypomina to konania? ;)
          Z tym, że (fakt): mężczyzna się eksploatuje jak samiec modliszki (woman is a maneater), kobieta zaś niby umiera, ale w zasadzie po to, by w niej narodziło się życie. Może dlatego facet jest jak (idiota?) przykuty łańcuchem do swojego libido (żeby trudniej było mu dać dyla?), natomiast za kobietą stoi instynkt macierzyński – sojusz serca/zmysłowości i macicy/łożyska (czyli coś bardzo autonomicznie kobiecego – coś co definiuje jej kobiecość, jest jej kreatywnym (reprodukcyjnym) żywiołem, a przy tym nie jest tak destrukcyjne, jak u mężczyzny?)

  9. Simply Says:

    Oo, Doktor Livingstone, jak się nie mylę :D
    ,Dorżnięcia’ w sensie tego pierwszego, czy tego drugiego ?

  10. sarna Says:

    ,Dorżnięcia’ w sensie tego pierwszego, czy tego drugiego ?

    wybór pozostawiam tobie :D

  11. Simply Says:

    Ja nie mam takich dylematów. To za karę coś bardziej sielankowego

  12. sarna Says:

    Simply, pozostawienie Tobie wyboru to był błąd, nie jestem masochistą, poproszę jednak o orgazm – znajdziesz coś w swoich zbiorach ?

  13. Simply Says:

    Vamos muchachita !

  14. sarna Says:

    Moja sympatia w tym pojedynku jest po stronie Tess – sorry Simply.
    Dostałam zaproszenie na deski, będzie boski Amadeusz, więc gwoli przygotowania nieco się obsłuchałam i jeśli chodzi o orgazm to bezapelacyjnie aria Królowej Nocy z II aktu opery Czarodziejski Flet

  15. miziol Says:

    Widze, ze dyskusja zeszla na tematy orgazmu, wiec spiesze zabrac glos :-) To jest absolutny wzorzec dla pozostalych:

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No tak, jak widać (a raczej słychać) orgazm można przeżywać na wiele różnych sposobów – w przeróżnym rytmie, tempie i dźwiękach, od operowego zaśpiewu po disco ;)

      PS. Twój clip przypomniał mi inny hit z tamtego czasu:

      …i płytę, którą dostałem kiedyś w podarku od mojej kuzynki ze Stanów. Pamiętam, że jako nastolatek (usprawiedliwienie?) zakochałem się w dziewczynie, która wąchała różę na okładce (tak oto uwodził mnie pop ;) )
      Ale to disco udające Animalsów i flamecno niesamowicie (drapieżnie, z nerwem, szarpliwie…) brzmiało na moim sprzęcie (Elisabeth, Fonomaster + altusy) – co też może być pewnym usprawiedliwieniem dla zachwytu czymś, co kokietowało erotycznie, melodyjnie, rytmicznie, zmysłowo, libidycznie… ale bliskie było jednak kiczu ;)

      Ale, ale… czy sam orgazm w swoim ekspresyjnym przerysowaniu emocji i zmysłowości (czy też raczej przedstawienie orgazmu) nie zbliża się w pewnym sensie do kiczu? ;)

  16. rolka Says:

    przyjemny tekscik :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Taki sobie.
      To trochę taka moja publicystyczna konfekcja z czasów współpracy z prasą polonijną. Sam cykl „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia” traktowałem też po części jako sposób na dokształcenie siebie samego w pracy pilota wycieczek po Ameryce, która przez kilka lat była moim głównym zajęciem i źródłem utrzymania.
      Wiem, że tego typu wpisy nie spełniają standardów (kryteriów) jakie sobie poniekąd narzuciłem tworząc moją stronę… ale cóż… czy ja muszę się trzymać wszystkich rygorów… zwłaszcza jeśli one same są autorskie? ;)

  17. SAN FRANCISCO, albo o misjach, złocie, pożarach i trzęsieniu ziemi | WIZJA LOKALNA Says:

    […] rozkwitu San Francisco. Jednak w międzyczasie wiele innych czynników i wydarzeń kształtowało Kalifornię. Tak naprawdę – podobnie jak w przypadku każdego innego miejsca w Ameryce – na […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s