PTASIOR JORDANA

ze wspomnień wywiadowcy

Alexander Jordan twierdzi, że napisał Kosińskiemu "Malowanego ptaka" po angielsku   (zdjęcie własne)

Alexander Jordan twierdzi, że napisał Kosińskiemu „Malowanego ptaka” po angielsku (zdjęcie własne)

TŁUMACZYŁEM KOSIŃSKIEMU „MALOWANEGO PTAKA” – TWIERDZI ALEKSANDER JORDAN: taki tytuł miał wywiad (opublikowany w jednym z polonijnych tygodników) jaki przeprowadziłem z Alexandrem Jordanem-Lutosławskim na Florydzie w dwa lata po śmierci Jerzego Kosińskiego. Miało to swoje reperkusje, które zresztą docierają do mnie do dziś. Moja wina. Po pierwsze – mogłem mocniej przyprzeć Jordana do muru; po drugie – wyraźniej zaznaczyć swoje wątpliwości; po trzecie wreszcie – bliżej zapoznać się wcześniej z biografią Kosińskiego. Przedstawmy jednak wszystko po kolei.

.

Mieszkając jakiś czas w Miami na Florydzie, szukałem materiałów do reportaży, kontaktów z ciekawymi ludźmi. I tak trafiłem do Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej, gdzie poznałem kilka osobistości znaczących (m.in. Blankę Rosenstiel), nie tylko w środowisku Polonii, ale i w szerszych kręgach amerykańskich. Jedną z nich był Alexander Jordan-Lutosławski, człowiek o bogatej biografii i ciekawych doświadczeniach życiowych: dziennikarz, korespondent przedwojennej Polskiej Agencji Telegraficznej, w czasie II wojny światowej attache prasowy przy ambasadzie polskiej w Londynie; wieloletni komentator Radia Wolna Europa, tłumacz, pisarz, autor wielu publikacji w prasie amerykańskiej. Kiedy go poznałem, kończył właśnie tłumaczenie kompletnej „Historii Polski” Pawła Jasienicy (wcześniej przełożył całą „Trylogię” Henryka Sienkiewicza). W dwóch słowach – dorobek poważny. Nie było więc powodów, by do stwierdzeń Jordana podchodzić podejrzliwie.
Spotkaliśmy się wiele razy. Przy naszych rozmowach nagrało się kilka kaset magnetofonowych. Miło przyjmowała mnie australijska żona Jordana, choć tematy konwersacji były jej raczej obce, gdyż – widziałem to gołym okiem – dotyczyły czasów, kiedy nie było jej jeszcze na świecie (mnie zresztą również).

Przyznam, że najbardziej poczułem się zbulwersowany, kiedy Alexander Jordan zaczął wspominać o swojej przyjaźni z Jerzym Kosińskim. Los zetknął ich ze sobą tuż po przyjeździe tego ostatniego do Ameryki. Razem zastanawiali się, jak zrobić fortunę. Snuli różne plany: a to wyrób plastikowych obrusów; a to kupno zamku we Francji i zamienienie go w coś w rodzaju klubu dla artystów i ludzi sztuki; a to jakieś specjalne samochody dla rolnictwa… itp. Stanęło w końcu na piórze i Kosiński zdecydowany był za jego pomocą robić pieniądze na czymś chwytliwym, sensacyjnym. I tak zaczął pisać „Malowanego ptaka”.
Oto jak Alexander Jordan wspomina te początki i literackie intencje przyjaciela:
– Kosiński wychodził z założenia, że ludzi przyciągnie sensacja i te wszystkie okropieństwa. Wyszło na to, że miał rację. Proszę zwrócić uwagę, że gdyby ktoś na ulicy zaczął deklamować Słowackiego, to zaledwie parę osób zwróciłoby na niego uwagę… jak na dziwaka, zresztą. Natomiast, kiedy tramwaj uciąłby komuś nogę, to zbiegłby się cały tłum. Kosiński więc rozmyślnie poszedł w tym kierunku. Bardzo zależało mu na tym, by wszyscy myśleli, że on to pisał po angielsku. Ale czy może pan sobie wyobrazić, że ktoś, kto wcześniej nie znał języka, niedługo jest w obcym kraju, może pisać książki w obcym języku? I to takie książki, które otrzymują literackie nagrody? No, przecież to zupełnie niewiarygodne. Ale on chciał zostać pisarzem amerykańskim. Dał mi to więc do przetłumaczenia, za skromniutkie honorarium. Prosił mnie ponadto, żebym zachował wszystko w tajemnicy. Dałem mu na to słowo. Nie przewidywałem wtedy, że będzie to taki bestseller. Kiedy to przeczytałem tak, jak napisał Kosiński – po polsku – to naprawdę nie było to nic nadzwyczajnego. Gdyby to chciał opublikować w Polsce, na pewno nie wywołałby swoim stylem entuzjazmu. A jeżeli chodzi o treść, to przecież była to pornografia, tyle że pornografia sadyzmu, a nie seksu. Seks tam również jest, ale nie wyeksponowany tak, jak okrucieństwo.

"The Painted Bord" - literackie arcydzieło czy paszkwil na Polaków?

Literackie arcydzieło czy paszkwil na Polaków?

Tutaj zdradziłem, że brzmi to dla mnie bez mała sensacyjnie, bowiem podziwiałem wcześniej Kosińskiego – abstrahując od wartości literackiej „Malowanego ptaka” – jako kogoś, kto odnosi sukces pisarski w języku, który właśnie od niedawna poznawał. Wydawało mi się, że aby tworzyć w obcym języku – i aby styl miał literacką wartość – trzeba tym językiem przesiąknąć za młodu, poznać jego podłoże kulturowe. Nabokov np., który przybył ze Związku Sowieckiego i pisząc po angielsku odniósł oszałamiający sukces, miał od dziecka guwernantkę Angielkę. Józef Conrad-Korzeniowski był pod tym względem ewenementem (angielskiego zaczął uczyć się dopiero mając 20 lat, i mimo że francuskim posługiwał się od dziecka jak rodowity Francuz, to zdecydował się pisać po angielsku, stając się jednym z najbardziej znanych pisarzy anglojęzycznych).
Dałem jednak już wtedy wyraz swoim wątpliwościom, mówiąc: „by twierdzić coś takiego, musi pan posiadać jakieś dowody; dajmy na to – maszynopisy, notatki… Inaczej rzeczywiście można posądzić pana o oszczerstwo”.
Na co Jordan odparł:
– Ja przecież tego nie ewidencjonowałem. Zresztą, nigdy nie myślałem o tym w takich kategoriach śledczych. W końcu był to dla mnie epizod. Dowody? Jest pewna pani, której w czasie tłumaczenia dawałem po parę stron do przeczytania. Naprawdę nie mam powodów, by się usprawdiedliwiać. Ja wiem, że to jest prawda i to mi wystarcza. A że ktoś sobie coś pomyśli, to mnie to zupełnie nie obchodzi. Ale, by sprawę tę już zakończyć, chcę powiedzieć, że zachowaniem Kosińskiego wobec mnie nie było takie wzorowe. Zarobił na tej książce setki tysięcy dolarów, mnie za tłumaczenie płacąc kilkaset. Nie chcę się teraz użalać z tego powodu, ale mógłby się zdobyć bodaj na parę tysięcy gratyfikacji dla mnie. Byliśmy przyjaciółmi i byłoby przyzwoicie, gdyby się jednak w jakiś sposób odwdzięczył.

Nie znałem jeszcze wtedy dokładnie biografii Kosińskiego, brakło mi więc argumentów w polemice z Jordanem. Teraz wiem, że już w okresie powstawania „Malowanego ptaka”, Kosiński władał na tyle biegle językiem angielskim (również w piśmie), że był w stanie sam napisać tę książkę. Wydał już przecież wcześniej, napisane przez niego po angielsku, socjo-polityczne studium „The Future is Us, Camerade” – rzecz o komunistycznym totalitaryzmie sowieckim. Książka ukazała się w trzy lata po tym, jak Kosiński, z kapsułą cyjanku pod językiem, opuścił Polskę i przybył do Nowego Jorku.

Co by nie sądzić o pisarstwie Kosińskiego, nie można zaprzeczyć jego wybitnej inteligencji, wrażliwości i wszechstronności uzdolnień; determinacji, wiedzy, wielkiej wyobraźnie i artystycznej ruchliwości… Przyznam, że niektóre fragmenty „Pustelnika z 69 Ulicy”, czy zbioru dygresji „Przechodząc obok”, wzbudziły we mnie respekt dla tego pisarza, choć jego beletrystyka, a szczególnie „Malowany ptak” w ogóle nie trafiła mi do przekonania i uważam, że legenda „Farbowanego” jest rozdmuchana. „Ptasior”, moim zdaniem, zupełnie nie nadaje się na przedmiot kultu i nie wart jest mitu, który wokół niego powstał. A jednak, zawsze z niesmakiem odbierałem niewybredne ataki na Kosińskiego, szczególnie te, które miały miejsce tuż po jego śmierci. Posunięto się wtedy do jak najohydniejszych pomówień. I nie mam tu bynajmniej na myśli oskarżeń pisarza o antypolskość. Twierdzono np., że został on zamordowany i podejrzewano o to nawet bliskie mu osoby. Jakiś kretyn napisał, że Kosiński udusił się uprawiając onanizm, a worek plastikowy założył sobie na głowę w celu zwiększenia doznań erotycznych… I takie rzeczy publikowały „poważne” skądinąd periodyki. Papier zniesie wszystko. W ubiegłym roku pewna reporterka z Polski wyskoczyła z „rewelacjami”, które dotyczyły okupacyjnych przypadków rodziny Kosińskiego, donosząc np. o kolaboracji ojca pisarza z Niemcami. Książka nosiła tytuł „Czarny ptasior” i wznieciła w kraju spore zamieszanie. Jeśli jednak zawierała fakty, to nie było powodów, by jej nie wydawać. Jednakże, jak było naprawdę, Bóg jeden raczy wiedzieć.

***

Po opublikowaniu przeze mnie rewelacji Jordana, nastał czas odzewu czytelniczego. Opinie były podzielone – nie mogłoby zresztą być inaczej. Pewien człowiek z Toronto napisał, że to dobrze, że ktoś wreszcie zdemaskował Kosińskiego, którego nie wiadomo jakim prawem niektórzy uważają za autorytet. A toż to przecież Żyd i szarlatan. Inni pisali o tym, że za oskarżaniami Kosińskiego o antypolonizm stoi nic innego, jak antysemityzm.

Jeśli zaś chodzi o moje zdanie, to do tej pory nie mogę być pewny, jak to było rzeczywiście z tym „Malowanym ptakiem”. Może po prostu Kosiński konsultował się u Jordana? Może Jordan dokonał jakichś poprawek? Może przetłumaczył fragment? Może wszystko zmyślił? Nie wiem, nie było mnie przy tym. Po moim powrocie do Chicago Aleksander Jordan dał o sobie znać raz jeszcze, przesyłając do naszej redakcji… artykuł Tadeusza Mazowieckiego (napisany przez Mazowieckiego jeszcze w latach 50-tych), w którym były premier i obecny zadeklarowany katolik-antykomunista, usprawiedliwia stalinowską polityką PZPR wobec Kościoła. Ale to już temat do innych rozważań.

***

Jak skomentować całe to zawirowanie z „Malowanym ptakiem”? Motywy? Może znajdziemy je we własnych słowach Jordana?:
– Jakieś dwa, trzy lata temu wybuchła w Nowym Jorku afera. Jest tam mianowicie takie pismo „Village Voice” i stamtąd paru Amerykanów, którzy zresztą z Polską nie mieli nic wspólnego – widocznie zazdroszcząc Kosińskiemu jego sukcesów – opublikowało całą serię artykułów, w których udowadniali, że Kosiński sam „Malowanego ptaka” nie był w stanie napisać. Po prostu szlag ich trafiał, że jakiś przybłęda, który ledwie tu przyjechał z jakiejś tam Polski, odnosi wielkie sukcesy, staje się sławny, zostaje nawet prezesem Pen Clubu. Oskarżali go więc o to, że sam tego nie napisał, tylko posługiwał się tzw. „ghost writers”, tzn. stworzył jedynie konspekt książki i wynajął kogoś, kto dobrze pisze – i w ten sposób powstawała książka. Jednak było to już chyba oszczerstwo. Najprawdopodobniej wyrastało ze zwykłej zawiści.

Ot, właśnie!

greydot

Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 31 marca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Reklamy

Komentarze 44 to “PTASIOR JORDANA”

  1. miziol Says:

    Nie czytalem nic, co napisal Kosinski i chyba nie przeczytam. Ogladalem dosc dawno film nakrecony na podstawie „Po prostu byc” i jest to ewidentnie plagiat z Dolegi – Mostowicza. Teraz grzebiac w Wikipedii znalazlem potwierdzenie swoich obserwacji. Ksiazek typu „Malowany ptak” nie czytam, chociaz raz przeczytalem „Ptaska”. Tez mi sie nie podobal, w odroznieniu od n.p. „Spoznionych Kochankow” tego samego autora. Ksiazki obliczone na epatowanie dziwnym seksem, szalenstwami, kalectwem itp. sa zwykle marne literacko i zwyczajnie nudne.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że „Wystarczy być” jest ewidentnym plagiatem z Dołęgi – Mostowicza (żeby tak twierdzić, musiałbyś przeczytać nie tylko „Karierę Nikodema Dyzmy”, ale i „Malowanego ptaka”). Motyw prostaczka, który robi karierę jest wspólny dla obu książek, ale jednak wszystko inne te książki dzieli (poczynając od zdecydowanej różnicy między Dyzmą a Gardnerem: ten pierwszy jest sprytnym i inteligentnym cwaniaczkiem, ten drugi – niezbyt rozgarniętym prostaczkiem).

      Nie wiem czy cokolwiek łączy książkę Kosińskiego z powieścią Whartona oprócz motywu ptaka w tytule. Nawiasem mówiąc „Ptasiek” podobał mi się o wiele bardziej od „Malowanego ptaka”. Z tego co pamiętam, również film Parkera (ekranizacja „Birdy’ego”) oglądało mi się nieźle, ale niestety zatarł mi się on już w pamięci.

      Sorry, ale myślę, że dość często zdarza się, że książki które epatują seksem, szaleństwem czy kalectwem, budzą zainteresowanie czytelników (podobnie jak horrory i filmy erotyczne ;) ) – i wtedy nie są dla swoich odbiorców nudne. I zdarza się (choć rzeczywiście rzadko), że są dobre literacko (exemplum: Henry Miller).

  2. Onibe Says:

    a mnie się Malowany ptak podobał. Nie zawsze pisanie o okrucieństwie jest tożsame z epatowaniem okrucieństwem. Rolą literatury jest ukazywać scenariusze, które dzięki fabularnej zabawie na papierze może zostaną nam oszczędzone w realu.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, to jest właściwie kwestia konwencji – pewnej umowności. Z tym, że ktoś może się poddać tej konwencji (umowności), a ktoś inny już nie (w tym ostatnim przypadku fikcję traktując jak rzeczywistość). To dlatego były pretensje do Kosińskiego, że zniekształcił obraz wojny i okupacji (przedstawiając Polaków jako zboczeńców, okrutników i zwierzęta), „załgał” swoje losy (w rzeczywistości całą okupację przeżył pod ochroną polskiej katolickiej rodziny). Nie wszyscy chcę się „bawić” w takie klocki ;)

      Poza tym jest to także kwestia smaku – ktoś może się literacką przemocą i koszmarem napawać, może nawet delektować; ktoś inny zaś – odrzucić ją z niesmakiem, może nawet ze wstrętem.
      Istnieją przecież różnice w percepcji, a jeszcze większe w interpretacji.

      • Onibe Says:

        ja akurat lubię literaturę eksplorującą te rejony. Uważam, że nie jest łatwo naszkicować bardzo brutalny obraz świata. Wbrew pozorom. Bo epatowanie okrucieństwem wcale nie jest jednoznaczne z opisaniem świata według paradygmatu zła.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Należałoby uściślić, co znaczy „opisywanie świata według paradygmatu zła”.
          Domyślam się, że chodzi Ci o to, iż epatowanie okrucieństwem nie jest jednoznaczne z apologią, ani nawet ze zgodą na zło. Czy tak?

        • Onibe Says:

          chodzi mi o to, że poznanie i zrozumienie opiera się na dwóch biegunach. Poznanie zła jest w pewnym sensie konieczne do czynienia dobra. Oczywiście można czynić dobro nic o źle nie wiedząc – co mi pewnie zaraz i tak byś wypomniał ;-) – ale wszystko sprowadza się do poziomu. Przenoszenie ślimaków przez drogę jest dobrem, ale prostym, nie podlegającym wielu zawirowaniom etycznym. Gdzieś dalej/wyżej, pojawiają się zawirowania ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Przenoszenie ślimaków przez drogę jest dobrem…”
          To zależy. Jeśli byś przenosił te ślimaki przez drogę i wypuszczał na działce kogoś, kto uprawia tam coś, co by mu te ślimaki następnie zżarły, to czy uważasz, że właściciel tej uprawy uznał by to za dobro? ;)
          Ot, relatywizacja dobra i zła ;)
          Czy już ten prosty przykład nie podlega etycznemu zawirowaniu?

        • Onibe Says:

          podlega, ale nie wymaga jeszcze poznania głębszych pokładów zła. Nie jest to potrzebne do ratowania ślimaków. Do ratowania ludzi już owszem tak ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak więc dobro i zło nie tylko są relatywne, ale i wymagają ludzkiej instancji ;)
          Ja od dawna skłaniam się do przypuszczenia, że nie tylko nie ma zła (a tym samym dobra) absolutnego, ale że dobro i zło w ogóle nie istnieją poza naszym, ludzkim światem. To tylko kategorie (moim zdaniem niezbędne) stworzone przez gatunek Homo sapiens dla organizacji jego życia w grupie.

        • Onibe Says:

          ach, oczywista to rzecz. W przyrodzie nie masz dobra i zła, chyba że poprzez dobro zdefiniujemy przetrwanie własne a jako zło rozumieć będziemy śmierć własną. Być może zauważyłeś, że interesuję się makrofotografią (trzeci z blogów) i fascynuje mnie świat owadów. A o wielu ich zachowaniach ludzie nie zaangażowani w temat nie mają pojęcia. Ta wiedza, paradoksalnie, też przydaje się do rozważań o naturze dobra i zła, choć wstępnie definiując zło i dobro jako przymioty ludzkiego świata, jest to oczywiście pomoc nieco wirtualna ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wydaje mi się, że dobro i zło muszą być nazwane (określone, a wcześniej uświadomione), by nabrały sensu. Ludzka kultura wyodrębnia człowieka z natury, dzięki czemu może on tworzyć systemy etyczne (nazywać dobo i zło, odróżniać je od siebie…) Zwierzęta, a tym bardziej natura (o tzw. „materii nieożywionej” nie wspominając), nie są w stanie tego czynić. Dlatego istnieją poza dobrem i złem.

        • Onibe Says:

          zwierzęta nie są w stanie lub nie potrzebują. Być może rozróżnianie dobra i zła w taki sposób w jaki my to czynimy jest aberracją. Raz jeszcze odniosę się do owadów, które w swoich procesach życiowych mają czynności, które nas przerażają i które zahaczają o strefę najgorszego zła. Czyli albo dobro i zło nie są jednak absolutne, albo są/nie są absolutne tylko w strefie człowieka. Faktem jednak pozostaje, że uświadomienie sobie nieuniwersalności przestrzeni zła i dobra nieco utrudnia zabawę w etykę. To trochę jak z Bogiem: niby staramy się wierzyć, że on jest, ale zarazem na co dzień akceptujemy dowody naukowe, które w odpowiednim zestawieniu mogłyby nasza wiarę storpedować.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie wiem czy odróżnianie dobra (tak jak my to czynimy) jest aberracją.
          Być może samo życie – w skali całego Kosmosu – jest aberracją? A może czymś zupełnie przeciwnym: celowym efektem działania jakiejś Siły Wyższej, najwyższą organizacją, kulminacją bytu i sensem całego tego zamieszania związanego z powstaniem i istnieniem Wszechświata?
          Któż to wie?

          Myślę jednak, że nic nie jest absolutne (w „sferze człowieka”). Człowiek próbuje dotknąć Absolutu, poznać i doświadczyć tego, co metafizyczne (służą temu wszystkie religie), ale czy mu się to udaje? Czy może tylko się łudzi, że dotyka i poznaje?
          Nie wiem.

          Wiara w Boga wcale nie musi kolidować z wiedzą i ustaleniami nauki. Wydaje mi się, że jest to tylko kwestia odpowiedniego poziomu świadomości, zarówno tej naukowej, jak i religijnej.

        • Onibe Says:

          życie jest w pewnym sensie aberracją – z jednej strony dowiadujemy się, że statystycznie rzecz ujmując życie powinno być względnie obfite we wszechświecie, z drugiej zaś, także statystyka informuje jak wiele przypadków i zbiegów okoliczności musi nastąpić by faktycznie zaistniało. A nie wiadomo, czy wystarczą tylko odpowiednie warunki…

          Wiara w Boga może mieć różny charakter – nie chcę o tym dyskutować, bo to jeden z tych tematów, w których co najwyżej można się pokłócić, a nikt i tak swoich zapatrywań nie zmieni ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mimo tego, że nam się wydaje, iż nauka jest daleko posunięta ( a nasza wiedza zaawansowana), nadal nie wiadomo jak powstało życie. Mnie osobiście trudno uwierzyć w przypadek (gdyż nawet jeśli ktoś twierdzi, że to był przypadek, to jest to WIARA, a nie WIEDZA – bowiem, jak na razie przynajmniej, nie mamy wystarczająco informacji, by to wiedzieć).

          Mimo wszystko (vide: zacietrzewienie w tego typu dyskusjach) wierzę, że wcale nie trzeba (musi) się kłócić, by dyskutować o Bogu. Myślę także, że zapatrywania tego samego człowieka mogą się – co do wiary w Boga – zmieniać, choć nie koniecznie wskutek dyskusji (zwykle to jest jakaś własna ewolucja – lub duchowo-intelektualna fluktuacja wewnętrzna).
          Ale też mam opory, by dyskutować (mówić) o Bogu. Choćby dlatego, że uważam, iż – nawet jeśli Bóg istnieje – to wszystko co dotyczy Jego istoty, leży poza naszym zasięgiem pojmowania i artykulacji (nazywania). Innymi słowy (taki jest mój wniosek): ludzie dyskutują o swoich wyobrażeniach o Bogu, a nie o Nim samym.

        • Onibe Says:

          Odpowiednio zaawansowana nauka jest właściwie nieodróżnialna od magii. Czemuż zatem nie moglibyśmy sobie wyobrazić miejsca, w którym teologia i empirium nauki stają się tym samym? To kwestia nazewnictwa…

          Z drugiej strony, pięćset lat temu poziom nauki zostawiał Bogu bardzo dużą przestrzeń. Dzisiaj możemy minimalizować osiągnięcia współczesnej nauki jednak nabraliśmy przekonania, że kiedyś nauka wytłumaczy wszystko. Może za tysiąc lat, może po przekroczeniu punktu osobliwości, kto to wie?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ten naukowy pozytywizm (i optymizm), że nauka odpowie na wszystkie nasze pytania (wytłumaczy wszystko) – że jest tylko kwestia czasu i zaawansowania – jest moim zdaniem zbyt daleko posunięty. Ale on wynika z samej istoty naszego pojmowania nauki. Ciekawe, czy czas skoryguje te nasze zapatrywania?
          Ja skłaniam się do stwierdzenia, że zawsze coś pozostanie poza zasięgiem naszego pojęcia, zrozumienia, wytłumaczenia, poznania… przynajmniej w tym świecie, który postrzegamy, w naszej życiu doczesnym.

        • Onibe Says:

          kwestia rozumienia słów „kiedyś”, „zawsze” i „nigdy”. To naprawdę pojemne pojęcia. Myślę, że obecne rozumienie słowa „nauka” również będzie musiało ulec zmianie. Rozszerzyć się.

  3. miziol Says:

    Ja bym sie jednak upieral przy tym, ze „Wystarczy byc” jest plagiatem. Ja to ogladalem jak totalna „tabula rasa”, bo sie Kosinskim nie interesowalem i nie czytalem nic z jego tworczosci, a jednak bylem zdecydowanie przekonany, ze ogladam podrobke Nikodema Dyzmy, ktorego z kolei czytalem chyba z pietnascie razy. Nie wiem dlaczego uwazasz, ze powinienem przeczytac „Malowanego Ptaka”, zeby wypowiadac sie o „Wystarczy byc”. Jak czytam tu i tam, tworczosc Kosinskiego jest bardzo eklektyczna, co zreszta doprowadzalo do oskarzen o plagiaty i wykorzystywanie ghost writerow. To tak jak bym mial oceniac np. „Sluby panienskie” Fredry na podstawie swoich wrazen po przestudiowaniu XIII ksiegi „Pana Tadeusza” :-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zwykła pomyłka. Oczywiście chodziło mi o „Wystarczy być”.
      Czyli zdanie powinno być następujące:

      Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że „Wystarczy być” jest ewidentnym plagiatem z Dołęgi – Mostowicza (żeby tak twierdzić, musiałbyś przeczytać nie tylko „Karierę Nikodema Dyzmy”, ale i „Wystarczy być”).

      Ale nawet porównując oba filmy („Karierę” i „Being There”), trudno moim zdaniem doszukać się plagiatu. Te filmy mają tylko wspólny motyw (prostaczka, który robi karierę), wszystko inne je dzieli. To, co napisałem o bohaterach książkowych, w zasadzie można również odnieść i do filmowych: Dyzma to inteligentny i przebiegły cwaniak, Gardner to naiwna i nierozgarnięta kukła.

  4. miziol Says:

    Fakt. Nie czytalem „Wystarczy byc”. A ty czytales „Kariere Nikodema Dyzmy?” czy moze ogladales tylko film? Tzn serial. Takie mam dziwne wrazenie. Ja bym Dyzmy nie nazwal inteligentnym i przebieglym cwaniakiem. A wracajac do tematu wpisu: Nie wydaje mi sie, zeby Jordan – Lutoslawski klamal, stojac juz nad grobem, bo zmarl dwa czy trzy lata po twoim wywiadzie. Po co mialby to robic?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Karierę” czytałem kiedy miałem kilkanaście lat, serial o Dyzmie też oglądałem dawno, więc za wspomnienie moich wrażeń nie ręczę, tudzież za prawdziwość stwierdzenia, że Dyzma był inteligentnym i przebiegłym cwaniakiem. Tzn. cwaniakiem był na pewno, ale czy tak znowu inteligentnym i przebiegłym? ;)
      No ale zostawmy już dyzmów i (domniemane) plagiaty.

      Gwoli ścisłości – ja z Jordanem Lutosławskim spotykałem się w latach 1991-92, więc nie stał on jeszcze wtedy tak blisko nad grobem (zmarł bodajże w 1998 r.) A choćby nawet – to czy uważasz, że ludzie stojąc nad grobem nie mogą kłamać? Wszak siła przyzwyczajenia jest wielka i zazwyczaj dozgonna ;)

      Ja sam nie mogę mieć pewności jaka jest prawda z tym tłumaczeniem i pisarzami „duchami”. Jedno wyklucza przecież drugie: tzn. albo Kosiński napisał „Ptaka” po polsku a Jordan mu go przetłumaczył/pomógł tłumaczyć; albo Kosiński zatrudnił ghostwriterów, by mu książkę napisali/pomogli napisać po angielsku. Być może jednak była to mieszanka wszystkich tych możliwości. Ale… czy to takie w końcu ważne? Ot, ciekawostka – zagwostka.
      Swoją drogą Kosiński był niezłym konfabulatorem (może nawet mitomanem?), co przyznają nawet najbardziej przychylni mu biografowie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      1. Niezły dokument o Kosińskim, choć moim zdaniem powinien być bardziej dociekliwy i krytyczny, bo zbytnio zbliża się wg mnie do hagiografii.

      2. Ciekawa sprawa z tą „pomocą” dla Kosińskiego ze strony CIA. Może kiedyś poznamy prawdę?

  5. Simply Says:

    Odnośnie Dyzmy ;
    Powieści nie czytałem, za to serial, który uwielbiam, oglądałem iks razy ( siłą rzeczy ). Z tego, co wiem, jest to wierna adaptacja ( nie licząc pominięcia paru mniej znaczących wątków ), zwłaszcza w ujęciu osoby głównego bohatera i jego relacji z otoczeniem. Dyzma wcale nie jest szczególnie bystry ani cwany, tylko cale to towarzystwo które mu karierę funduje, jest bezdennie durne i tępe i na każdym dosłownie kroku opacznie interpretuje jego widoczne gołym okiem buractwo, zagubienie i ignorancję. Rozpracował go tylko Żorż Ponimirski, ale on nie miał nic do gadania, jako ubezwłasnowolniony.
    Także Zyzio Krzepicki ( jedyny prawdziwy cwaniak w tej historii, niebieski ptaszek mianowany przez Nikodema osobistym sekretarzem ) wyczuwa, że z prezesem Dyzmą jest coś nie teges, ale nie opłaca mu się robić z tego użytku ani drążyć sprawy, gdyż sto razy większe korzyści odniesie trzymając jego stronę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Skoro piszesz, że znasz ten serial na wylot i że : „Dyzma wcale nie jest szczególnie bystry ani cwany, tylko cale to towarzystwo które mu karierę funduje, jest bezdennie durne i tępe i na każdym dosłownie kroku opacznie interpretuje jego widoczne gołym okiem buractwo, zagubienie i ignorancję”, to nie mam powodów, by Ci zaprzeczyć. To zresztą działa na korzyść zasadności wyznania miziola (powyżej) że „Wystarczy być” i „Kariera” bardzo mu się ze sobą kojarzyły, bo dokładnie tak samo można scharakteryzować towarzystwo, które otaczało i zachwycało się Gardnerem/Sellersem windując go do pozycji kogoś, kim nie był.
      Lecz mnie nadal się wydaje, że inteligencja i cwaniactwo Dyzmy przewyższało – i to znacznie – inteligencję i przebiegłość Ogrodnika (jego inteligencja równała się chyba inteligencji 10-letniego dziecka, natomiast jego przebiegłość była zerowa).

      To odnośnie Dyzmy.
      A co byś napisał odnośnie Kosińskiego albo „Malowanego ptaka”?

      • miziol Says:

        Ja bym chcial sprostowac, ze mi sie nic nie kojarzylo. Ja mialem jasne przekonanie, bliskie pewnosci, ze „Wystarczy byc” jest zerzniete z Dyzmy tylko dopasowane do realiow amerykanskich. Simply wyciaga sluszne wnioski po obejrzeniu serialu, chociaz Wilchelmi zagral troche innego Dyzme niz ten w ksiazce. W ksiazce Dolega – Mostowicz kilka razy doslownie pisze, ze to wlasnie ta „societa” pcha Dyzme do przodu, pomimo jego ewidentnej glupoty, braku wyksztalcenia i oglady.

        A wracajac do polskich emigrantow robiacych kariere literacka za oceanem – ogladalem jakis czas temu film dokumentalny o Glowackim, w ktorym opisywal on jak doszlo do napisania „Antygony w Nowym Jorku” i jak to sie stalo, ze odniosla ona taki sukces. Mowil miedzy innymi, ze nie znal angielskiego na tyle, zeby napisac sztuke dla widza amerykanskiego, z uzyciem wszystkich tych jezykowych smaczkow, ktorych nie ucza na zadnych kursach lngwistycznych. Zaprosil do wspolpracy amerykanska dziennikarke, ktora pomogla mu zrobic z jego oryginalu „Antygony” sztuke, ktora nadawala sie do wystawienia na Broadway’u. Glowacki mowi o tym otwarcie, bo niby czego mialby sie wstydzic. Raczej trzeba pochylic czola nad jego rozsadkiem i brakiem pychy. Jeli dobrze pamietam, ta dziennikarka uczestniczyla w tantiemach z rynku amerykanskiego i wszystko bylo ok.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Koncept bohatera w „Wystarczy być” jest podobny do tego, jaki zastosował Dołęga-Mostowicz w swojej książce o Dyzmie, ale to nie usprawiedliwia, moim zdaniem, oskarżenia o „zerżnięcie” całości. Cała struktura powieści – realia, postacie, wątki, dialogi – inter-reakcie między bohaterami… etc. – to wszystko trzeba było stworzyć „from the scratch”, nie opierając się na Dyzmie.

          O tyle analogia „Malowanego ptaka” i „Antygony” jest nietrafiona, że od początku było wiadomo, iż Głowacki napisał swoją sztukę sam, po polsku. Później zaś potrzebował kogoś, kto by mu pomógł to przetłumaczyć – no i nie było przecież potrzeby, by utrzymywać to w tajemnicy.
          Być może Kosiński chciał „robić” za geniusza i dlatego puszczono w świat informację, że napisał „Ptaka” sam, po angielsku.

  6. Simply Says:

    O tych domniemaniach, co do autorstwa ,,Malowanego Ptaka” nie będę się wypowiadał, prawdy raczej nigdy nie poznamy.
    O kulisach samobójstwa Kosińskiego, swego czasu czytałem pewne rewelacje z dość wiarygodnego źródła; wypowiedzi Urszuli Dudziak, z którą łączyła go bardzo bliska zażyłość ( nie tylko romans, ale i prawdziwa przyjaźń ). Według niej, u Kosińskiego pojawiły początki Alzheimera. Postępowało to dosyć szybko, pisarz wyraźnie tracił pamięć – jeszcze nie było aż tak jaskrawie widoczne na zewnątrz, ale przed osobami mającymi z nim bliski kontakt nie dało się tego ukryć. Zdaniem Dudziak, Kosiński był w pełni świadom tego, co go czeka i dla tego postanowił odebrać sobie życie.

    ,,Malowany Ptak”? Jak się słusznie domyślasz, two thumbs up ! :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Może to przekorne, co napiszę, ale – nawet jeśli ktoś mu pomagał w pisaniu tej książki – to jest mimo wszystko zasługa Kosińskiego, że ona powstała. On był jej ojcem duchowym – to bez wątpienia spiritus movens „Malowanego ptaka” (tak mi się przynajmniej wydaje).

      Masz rację z tą Dudziak (kiedyś się z nią spotkałem, ale nie było mowy o Kosińskim – a szkoda). To była przyjaciółka Jerzego, chyba nawet bardziej, niż kochanka. I z tego co pamiętam, była blisko niego w ostatnich miesiącach jego życia.
      Nie wiem ile w tym prawdy, ale ponoć jeszcze na kilka godzin przed śmiercią brylował na jakimś party, był „duszą” towarzystwa – wyglądało na to, że dopisuje mu humor… A tu… ciach! Plastikowy worek na głowę i nie ma człowieka.
      Ponoć na krótko przed samobójczą śmiercią Kosiński chodził do szpitala, gdzie ludziom chorym terminalnie czytał książki (don’t know if this is true or maybe just an urban legend?)
      Kosiński przybierał różne maski, grał różne postacie, rozsnuwał wokół siebie mityczną mgiełkę… Na pewno był nietuzinkowym człowiekiem.

      A pamiętasz co Cię tak ruszyło, że skaczą Ci oba kciuki do góry na wspomnienie „Farbowanego”?

  7. Tess Says:

    Ciekawie (i kontrowersyjnie) o Kosińskim mówi Joanna Siedlecka, autorka biografii pisarza „Czarny ptasior”:

    I jeden z komentarzy pod filmem:
    Sprawa pisarstwa Kosińskiego jest prosta. Nie pisał on swych książek sam, ale pomysły były wszystkie jego. Jeśli uznamy, że Kosiński to dupa a nie pisarz, bo nie tylko on siedział przy maszynie to w takim razie musimy z historii literatury wywalić Stendhala i masę innym osobistości korzystających z pomocy korektorów i redaktorów. Zresztą wystarczy przejrzeć książki Kosińskiego by zauważyć jak one są do siebie podobne. A jeden redaktor mu tego nie pisał.

    • Tess Says:

      I może jeszcze Głowa o Dżerzim:

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Jedno jest pewne: wokół postaci Kosińskiego narosło wiele mitów (do czego wydatnie przyczynił się on sam), no i dochodzą do tego sprawy żydowskiego pochodzenia pisarza, zderzenia się antysemityzmu z antypolskością, porównywania fikcji i rzeczywistości, drażliwość tematu okupacji i Holocaustu, kompleksy zarówno z jednej, jak i z drugiej strony… etc. – to wszystko sprawia, że podejście do Kosińskiego i jego twórczości (zakładając, że jest to jego twórczość) są pełne kontrowersji – i pewnie tego, jak było naprawdę, nie poznamy do końca nigdy.

  8. Torlin Says:

    Straciliśmy trochę kontakt ze sobą. Zamieściłem u siebie malutki konkurs filmowy, zresztą wydaje mi się – bardzo łatwy. Ciekaw byłbym Twoich propozycji.
    Kosińskiego czytałem tylko tę jedną rzecz i mi się nie podobała.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Widzę, że konkurs rozstrzygnięty, więc mój komentarz to trochę taka musztarda po obiedzie ;)
      Wszystkie filmy które obsadziłeś w charakterze zwycięzców w poszczególnych kategoriach są bardzo dobre, pamiętne – wiele z nich to pozycje wybitne w historii kina polskiego i zagranicznego…
      Nie mówiąc już o sentymencie, jaki można do nich czuć – i który to sentyment wpływa oczywiście na arbitralność i subiektywność wyboru.

  9. Stanisław Błaszczyna Says:

    I może jeszcze pamiątka ze spotkań z Aleksandrem Jordanem-Lutosławkim:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/11/spotkanie-z-aleksandrem-jordanem-lutosc582awskim-miami-1991-rok.jpg?w=780
    Miami, 1991 r.

  10. Simply Says:

    ,,…Ja od dawna skłaniam się do przypuszczenia, że nie tylko nie ma zła (a tym samym dobra) absolutnego, ale że dobro i zło w ogóle nie istnieją poza naszym, ludzkim światem. To tylko kategorie (moim zdaniem niezbędne) stworzone przez gatunek Homo sapiens dla organizacji jego życia w grupie…”

    Już dawno nie spotkałem się z tak zgrabnie wyrażonym aktem niewiary w Boga. Zanussi mógłby pozazdrościć.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A na jakiej podstawie wysnułeś wniosek, że moje wyrażenie jest „aktem niewiary w Boga”?

      Z tego co wiem, Zanussi jest człowiekiem wierzącym. Dlaczego więc miałby zazdrościć czegoś, co sam nazwałeś „zgrabnie wyrażonym aktem niewiary w Boga”?
      Nie rozumiem.

      PS. Nie wiem czy Boga można utożsamiać z dobrem absolutnym (piszę to na wypadek gdybyś moją niewiarę w istnienie dobra absolutnego brał za niewiarę w Boga).

  11. Simply Says:

    Myślę, że można. Sądzę, że tylko wtedy wiara ma sens. Sprowadziłeś dobro i zło do kategorii pewnej umowy społecznej zawartej na czas doczesny, celem przetrwania.
    Zanussi powiedział, że nie wierzy w człowieka (a przez kogo Bóg się objawia, może przez krzaki gorejące? Diabeł zresztą też, każdy ma szanse na świętość, jak i na upadek) i że mimo wiary jest przerażony widmem śmierci (czyżby myślał podobnie, jak Ty?)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę, że lęk przed śmiercią to jest primary fear – lęk pierwotny, który człowiekowi trudno pokonać, nawet za pomocą wiary (dlatego nie zarzucam Zanussiemu tego, że się boi śmierci, a nawet – że jest nią przerażony).

      Wiara w człowieka to wg mnie nie jest ta sama kategoria, co wiara w Boga. Dlatego trudno jest te wiary ze sobą zestawiać.
      Nie wiem czy Zanussi myśli podobnie jak ja. Mnie w każdym razie nie stać na takie kategoryczne stwierdzenia, jakie usłyszeliśmy od niego (wierzy w Boga, nie wierzy w człowieka).

      Jeśli chodzi o mnie to ja wierzę (a jest to wiara, bo przecież wiedzieć tego nie można), że istnieje jakiś Wyższy Sens, Instancja, Siła (którą można nazwać Bogiem)…
      Jednakże całe moje życie duchowe to takie wahanie się między agnostycyzmem a wiarą w Boga.
      Nigdy wszak nie uważałem się za ateistę.

  12. Simply Says:

    Prawda, to nie to samo. Ale bezwzględnie wybiorę tego, co wierzy w człowieka, nie wierząc w Boga, niż tego, co na odwrót.Ten drugi to niebezpieczny skurwysyn.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Także uważam, że czynienie dobra drugiemu człowiekowi jest ważniejsze od (abstrakcyjnej w zasadzie) wiary w Boga.
      Ateista wg mnie może być dobrym człowiekiem. Takiego oczywiście cenię o niebo wyżej niż wierzącego sukinsyna.

      Trudno mi mówić o wierze w człowieka. Bo o jakiego człowieka tu chodzi? O gatunek Homo sapiens?
      Ale oczywiście wierzę w to, że człowiek może być dobry (być może to jest równoznaczne z wiarą w człowieka?)

      Zresztą, trudno jest mówić o dobrych czy złych ludziach, bo w każdym człowieku (jego działaniu) dobro i zło zazwyczaj się ze sobą miesza (w różnych jednak proporcjach – tak więc można chyba powiedzieć, że jeśli przeważa zdecydowanie dobro, to można mówić o dobrym człowieku, jeżeli zło – to o złym).

  13. Akcja "Czytaj to, co dobre" - Oko na kulturę Says:

    […] nutkę literackiej kontrowersji, koniecznie zajrzyjcie na Wizję Lokalną, gdzie przeczytacie artykuł o (nie)prawdziwych zwierzeniach Aleksandra Jordana dotyczących kultowego pisarza Kosińskiego i jego „Malowanego ptaka”. Jak było naprawdę? […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s