„MILCZENIE OWIEC”, „EUROPA, EUROPA”, „FISHER KING”, „PRZYLĄDEK STRACHU”, „MOSKWA NAD RZEKĄ HUDSON”…

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

CZY NAPRAWDĘ „MILCZENIE” JEST ZŁOTEM?

.

The Silence of the Lambs Milczenie owiec recenzja „MILCZENIE OWIEC” (reż. Jonathan Demme)

Tylko trzy filmy w historii kina mogą poszczycić się takim osiągnięciem w wyścigu po Oscary. W 1992 roku aż pięć złotych statuetek – i to w najważniejszych kategoriach – przyznano obrazowi Jonathana Demme „Milczenie owiec”: za najlepszy film, reżyserię, scenariusz (adaptacja); dla najlepszego aktora (Anthony Hopkins) i aktorki (Jodie Foster). Nie dokonał tego żaden epicki fresk ani też radosna monumentalna superprodukcja, a kameralny, ponury czarny kryminał.

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z „Milczeniem owiec”, film wydał mi się całkiem niezły, na pewno absorbujący. Lecz później ukazały się takie obrazy, jak „Thelma i Louise”, „Barton Fink”, „Rambling Rose”, „JFK”, „Bugsy”, które zepchnęły „Milczenie” na dalszy plan. Jednak to, co stało się w Los Angeles, podczas wręczania Oscarów, zmusiło mnie do pewnej rewizji, bliższego przyjrzenia się filmowi i zastanowienia się, czy rzeczywiście jest on dziełem tak wybitnym, jak chce tego amerykańska Akademia Filmowa.

Krawiec ludzkich skór

Próba naszkicowania wątku „Milczenia owiec” może sugerować, że jest to jeden z tych masowych horrorów klasy B, w których bez umiaru epatuje się widza doprowadzonymi do ekstremum i udziwnionymi do potęgi okropieństwami.
Oto tytułowe strony gazet wypełniają od pewnego czasu doniesienia o całej serii potwornych mordów na kobietach, dokonywanych przez osobnika, którego nazwano dość groteskowo Buffalo Bill. Nie tylko zabija on swoje ofiary, ale i ściąga z nich skórę. W jego monstrualnym szaleństwie jest metoda: interesuje go jedynie konkretny rozmiar, gdyż – jak się wkrótce dowiadujemy – szyje on z nich sobie wdzianka, które mają upodobnić go do kobiety. Takie jest jego marzenie. Na razie więc ubiera się w damskie fatałaszki, nakłada makijaż, wpina w sutki kolczyki i obserwuje efekt, stając nago przed lustrem z wtłoczonym między nogi penisem. W przypominającym przedsionek piekieł mieszkaniu wykopał studnię, w której głodzi porwane dziewczyny, by później łatwiej było ściągnąć z nich i wyprawić skórę.
Treścią filmu są wysiłki czynione przez policję śledczą – głównie przez Clarice Starling (Jodie Foster), młodą i niedoświadczoną agentkę FBI – mające na celu schwytanie zboczeńca. Powodzenie całej akcji wydaje się zależeć od tego, czy zdoła się zaangażować w to śledztwo – niejako w charakterze eksperta – Hannibala Lectera, innego seryjnego zabójcę, degenerata obdarzonego mózgiem geniusza zła.

Genialny psychiatra, rozmiłowany w Bachu i poezji - seryjny zabójca i kanibal   (Anthony Hopkins w roli dr. Lectera w filmie "Milczenie owiec")

Genialny psychiatra, rozmiłowany w Bachu i poezji – seryjny zabójca i kanibal (Anthony Hopkins w roli dr. Lectera w filmie „Milczenie owiec”)

Kanibal – esteta

Dr Hannibal Lecter to błyskotliwy psychiatra, którego kariera zeszła na zupełnie nieprzewidziane obszary. Uśmiercił on mianowicie kilkunastu swoich pacjentów, którym następnie wyjadał (na surowo zresztą) upatrzone organy, takie jak np. wątroba, trzustka czy język. Nic więc dziwnego, że wsadzono go dożywotnio za kratki, odgrodzono dodatkowo szybą i zakłada kagańce na okoliczność bezpośredniego z nim kontaktu.
Doktor Lecter wyróżnia się jeszcze innymi nietypowymi cechami. Jest fanem… muzyki klasycznej. Nie tylko więc pożywia się nerką flecisty (à la tatar), ale i słucha przy tym „Wariacji Goldebrgowskich” Bacha… co prawda, robi to w przerwie miedzy obgryzaniem policzków dwóch strażników, których dopiero co uśmiercił. Miłośnik poezji, wybitnie uzdolniony plastycznie, obdarzony fenomenalną pamięcią, oraz… węchem. Niczym pirania potrafi wyczuć na odległość krew na lekkim zadrapaniu skóry.

Takiego oto potwora wymyślono, by zrobić na nas odpowiednie wrażenie. Gdyby więc w roli tej obsadzono aktora niższej klasy, niż Hopkins – który jednak znakomicie potrafił zniwelować tę, narzuconą przez scenariusz, sztuczność – to nie tylko, że nie zdołano by nas przestraszyć, ale wręcz pewnie roześmielibyśmy się mu w nos…. A tak siedzimy lekko oszołomieni i dopiero później dociera do nas, jakie to wszystko jest w rzeczywistości pretensjonalne, manieryczne i efekciarskie. Doprawdy, trudno jest więc przełknąć intelektualnie taką oto interpretację estetycznego „wyrafinowania” ludojada: „… świadczy to o komplikacji charakteru, na który składają się obok potworności, wartości, które mają wagę: wrażliwość, wiedza, uznanie dla spadku kulturowego”.
Wrażliwość, spadek kulturowy? I to pisze Zygmunt Kałużyński, etatowy krytyk filmowy „Polityki”, (skądinąd przeze mnie lubiany i podziwiany). Na tym według Kałużyńskiego polegać ma pionierstwo problematyki „Milczenia owiec”. Otóż o komplikacji charakterów” morderców miał już co nieco do powiedzenia niejaki Fiodor Dostojewski, sto kilkadziesiąt lat wcześniej, przy okazji tworzenia nowoczesnej powieści psychologicznej.

Jodie i bestia

Demoniczny dr Lecter wydaje się najbardziej kompetentny do penetracji psychotycznej psychiki maniakalnego mordercy kobiet. Najprawdopodobniej zna też już prawdziwe nazwisko zabójcy, który rekrutuje się spośród jego byłych pacjentów. Lecz wszelkie próby wyłuskania z niego jakichkolwiek informacji, spalają na panewce. Prowadzący śledztwo chwytają się „ostatniej deski”, którą jest młudziutka Clarice Sterling („gdzie diabeł nie może…”). Posyłają więc bez większych ceregieli na spotkanie z monstrum.
Co za kontrast! Ona przy nim jeszcze bardziej niewinna, on przy niej – jeszcze bardzie potworny! Archetyp „pięknej i bestii” ciągle żywy. Jak możemy przewidzieć, dr Lecter podejmuje grę – głównie po to, by się rozerwać, nie wspominając już o tym, że w nagrodę za schwytanie Billa, obiecuje się mu przeniesienie do innego więzienia, gdzie będzie mógł spacerować po… pobliskiej plaży. Nikogo nie obchodzi to, że biedna dziewczyna zostanie po drodze sterroryzowana, niemal zgwałcona psychicznie przez Lectera, jak również, np. … ochlapana spermą po twarzy przez jednego z jego więziennych sąsiadów-przyjemniaczków.

Ze wzajemnych relacji i charakterologicznych proporcji między wystąpieniami Jodie Foster i Anthony’ego Hopkinsa, wynika mały paradoks. Rola Lectera jest w zasadzie drugoplanowa, jednak swoją intensywnością i osobliwością przytłacza kreację Jodie Foster, która z kolei jest tu raczej zrównoważona, by nie napisać jednostronna. W tym kontekście przyznanie obojgu Oscarów wygląda raczej na zbieg okoliczności, (na który złożyło się zbyt wiele okoliczności, by na ich temat pisać. Dla Foster jest to już drugi Oscar. Pierwszą statuetke otrzymała cztery lata wcześniej za – bez porównania bardziej wielowymiarową – rolę ofiary gwałtu w „The Accused”.

O wyższości Felliniego nad Joanthanem Demme

Wkróce po premierze, „Milczeniu owiec” zaczęto dorabiać ideologię – przypisywać znaczenie głębsze, niż to się zwykło oczekiwać od czarnego kryminału „ożenionego” – jak w tym przypadku – z dreszczowcem. Proces ten oczywiście nasilił się po przyznaniu oscarowej „piątki”. A to – mówiono – „Milczenie owiec” odzwierciedla lęki i frustracje pogrążonego w recesji społeczeństwa; to znów, że rozszerza pojemność gatunkową kryminału i thrillera; że wzbogaca je w „ludzkie prawdy”… etc. A przecież to po prostu tylko (czy też może „aż”?) dobrze zrobiony film rozrywkowy (tak!), w którym większość widzów nie znalazła minuty, która by ich znudziła.
Filozofowanie i snucie teoretycznej nadbudowy zostawmy sobie dla Felliniego, Bergmana, Buñuela, Kubricka… Pięć „pierwszorzędnych” Oscarów dla filmu Demme’a to, moim zdaniem, dyskontowanie prestiżu nagród Akademii Filmowej (o ile takowy prestiż ona w ogóle jeszcze posiada) – instytucji, która bądź co bądź w przeszłości potrafiła dostrzec autentyczne (bez mała) arcydzieła, takie jak np. „Ghandi”, „Ostatni cesarz”, „Amadeusz”, czyli filmy stanowiące niepodrobioną arystokrację kina popularnego. Jak do tego towarzystwa przystaje „Milczenie owiec”?

Od dawna ubolewa się nad kondycją kina amerykańskiego. Zarzuca się hollywoodzkim produkcjom sztampowość, bezideowość, dziwaczne, miałkie artystycznie scenariusze, kurczowe trzymanie się nudnych schematów, które zostawiły po sobie fajerwerkowe i zadowolone z siebie lata 80-te. Trudno doprawdy znaleźć teraz wśród liczącej kilkaset pozycji rocznej produkcji kina, choćby kilka tytułów mających pewną wartość, jeśli chodzi o kulturę nieco wyższego rzędu, niż komercyjno-konsumpcyjna papka. Obawiam się, że „Milczenie owiec” nie jest zapowiedzią odrodzenia się prawdziwego kina, a po prostu symptomem pogłębiającej się depresji.
(PS. Konkluzja tej recenzji odnosi się przede wszystkim do stanu amerykańskiego kina w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku. Chociaż, w pewnym sensie, zachowała swoją aktualność przez następne dekady, do dzisiaj.)

greydot

CZY „EUROPA, EUROPA” JEST NIEMIECKA?

 

Przetrwać Holocaust - tylko za jaką cenę? (Scena z filmu Agnieszki Holland "Europa, Europa")

Przetrwać Holocaust – tylko za jaką cenę? (Scena z filmu Agnieszki Holland „Europa, Europa”)

.

„EUROPA, EUROPA” (reż. Agnieszka Holland)

Nieczęsto zdarza się, by o jakimś filmie zagranicznym mówiło się w Stanach Zjednoczonych wiele. Właściwie zdarza się to bardzo rzadko. Najnowszy obraz Agnieszki Holland należy do tych, potwierdzających regułę, wyjątków. To zainteresowanie zawdzięcza nie tylko temu, że w styczniu tego roku przyznano mu Złoty Globus – nagrodę Foreign Press Association, cieszącą się, obok Oscarów, największym prestiżem w amerykańskim filmowym showbusinessie. To, że jest to film znakomity, też jeszcze mu tej uwagi nie zapewniło. Musiał więc dotknąć szczególnego tematu i wzbudzić kontrowersje.

„Polska mnie opuściła”

Agnieszkę Holland zaliczano w latach 70-tych do najwybitniejszych reżyserów młodego pokolenia w Polsce. Również za granicą zdobyła już wtedy pewne uznanie, a to za sprawą takich filmów, jak „Aktorzy prowincjonalni”, „Niedzielne dzieci” czy „Gorączka”. Stan wojenny zastał ją na Zachodzie („Polska mnie opuściła” – wyznała wtedy) i mimo wewnętrznej konsternacji, postanowiła do kraju nie wracać. „Przez dłuższy czas trwałam w stanie szoku, było mi bardzo trudno otworzyć się na nową sytuację i nową rzeczywistość, moralnie czułam się kiepsko, miałam poczucie zdrady, dezercji…” – powie parę lat później.
Holland wystartowała śmiało, bez polskich kompleksów. Nakręcone w RFN „Gorzkie żniwa” dostały w 1985 roku nominację do Oscara – na najlepszy film zagraniczny. A to się w Europie liczy. Odtąd reżyserce łatwiej było realizować swoje kolejne projekty. Głośnym echem odbił się jej – zrealizowany we Francji – film „Zabić księdza”, nawiązujący do morderstwa dokonanego na Jerzym Popiełuszce. Do odtworzenia głównych ról księdza i jego oprawcy, kapitana Piotrowskiego, zdołała Holland dokooptować znakomitych aktorów światowego formatu: Christophera Lamberta i Eda Harrisa.
Obraz „Zabić księdza” był dla mnie pierwszym i do tej pory jedynym, tak blisko związanym z Polską filmem, jaki udało mi się obejrzeć w kablowej telewizji amerykańskiej. Tym większe było moje zaintrygowanie, gdy w repertuarze najbardziej chyba prestiżowej sali kinowej w Chicago „Music Box”, natrafiłem na kolejne dzieło polskiej reżyserki. To samo spotkało mnie w Miami, gdzie film wyświetlano nawet w „regularnych” kinach. Jednak, naturalnie, nie tylko dobrej dystrybucji „Europa, Europa” (bo o tym tytule tu mowa) zawdzięcza tak wysokie wyróżnienie FPA. Jest to po prostu dobry film, świetnie i zajmująco opowiedziany, z niebanalną historią, doskonale wyreżyserowany i wnoszący do niezliczonych już opowieści wojennych, świeże spojrzenie. Na przekór pozornej fantastyczności głównego wątku, film opowiada autentyczną historię losów żyjącego jeszcze do dziś w Izraelu człowieka.

Zamęt i błądzenie

Film otwiera scena, którą uznać można za rodzaj wizualnego motta, a zarazem wyrazistą metaforę losów jego nastoletniego bohatera. Oto widzimy chłopca zanurzającego się w ciemnej wodnej otchłani, lecz nie jesteśmy pewni, czy postaci, które go otaczają są jego wybawcami, czy też oprawcami, od których chce on uciec.
Przyjrzyjmy sie więc temu, co spotyka młodego Salomona Perela w realnym życiu.
Jest 1939 rok, Europa na skraju wojennej przepaści. Niemcy sięgają szczytów w swym opętaniu złem. Żyjąca w państwie Hitlera żydowska rodzina Perela staje się obiektem zajadłych i morderczych (śmierć siostry Salomona) ataków ze strony ogarniętych antysemickim szaleństwem nazistów. Uciekają więc do Łodzi, gdzie zastaje ich wybuch wojny. Salomon wraz z bratem ucieka jeszcze dalej, na wschód, za Bug. Tu okazuje się, że są już na terytorium Sowietów, którzy podpisali z Hitlerem zdradziecki pakt. (Polacy, dowiadując się o tym, wracają na zachodnią stronę rzeki – wolą Hitlera od Stalina). W całym tym zamieszaniu znika Perelowi brat. Samotnie więc dostaje się do obozu komsomolców, gdzie ulega zaciekłej komunistycznej indoktrynacji i urabianiu na wiernego „ojcu” Stalinowi, syna Kraju Rad.
Niemcy dokonują inwazji na Związek Sowiecki, Salomon dostaje się do niewoli, lecz niezwykły zbieg okoliczności i szczęście (połączone z doskonałą znajomością niemieckiego) ratują mu życie. Zostaje nawet „dzieckiem pułku”, rodzajem maskotki przynoszącej szczęście. Oczywiście bierze udział w walkach frontowych i znów przez przypadek – rzec można, bezwiednie – zostaje uznany za bohatera. Jako taki, cechując się ponadto – zdaniem przełożonych – doskonałymi aryjskimi przymiotami (!) zostaje zaadoptowany przez wysokiego rangą niemieckiego oficera i z racji swego młodego wieku (16 lat) wysłany do Berlina na przeszkolenie w… Hitlerjugend. Powoli jednak zbliża się tragiczny dla Niemców finał wojny.

Konformizm czy instynkt przeżycia?

Poddanie się życiowej fali w czasach dziejowej zawieruchy ("Europa, Europa")

Poddanie się życiowej fali w czasach dziejowej zawieruchy („Europa, Europa”)

Głównym chyba rdzeniem problemowym filmu jest moralna ocena postawy młodego Salomona i konstatacja o relatywizmie etycznym osądu ludzkich zachowań wobec historycznej konieczności przytłaczającej ich życie. Jednak Agnieszka Holland bardzo mądrze i rozsądnie (a może jednak asekurancko?) unika zajmowania w swym utworze pozycji sędziego. Na ekranie widzimy chłopca, który całe swoje postępowanie podporządkowuje pragnieniu fizycznego przetrwania.
Czy instynkt ten usprawiedliwi jego mimikrę?
Świadomie postać Perela ukazana jest w konwencji antybohatera. Antybohater? A kto to taki? Ano właśnie, taki sam człowiek, jak my. Dlatego niewiarygodną zdolność chłopca do przetrwania, skłonni jesteśmy odbierać raczej jako łut szczęścia, adaptację, grę przypadku, aniżeli tchórzostwo, inercję czy pasywność. Stosując jednak bezkompromisowe i bardziej radykalne kryteria, postawę Salomona określić można dość jednoznacznie – jako nieetyczną, może nawet amoralną.

Oscar a kwestia niemiecka

Wspomniałem o kontrowersjach. Podniosły się one, gdy przyszło do rozpatrywania kandydatury filmu „Europa, Europa” na nominację do Oscara, a wybrzmiały najmocniej w czasie przyznawania Golden Globe Awards. Otóż niemieckie jury odmówiło autoryzacji filmu, stwierdzając w specjalnym oświadczeniu, że „istnieją bardziej odpowiednie pozycje niemieckie, z większymi szansami na zwycięstwo”. Jednak, jak się okazało, żaden niemiecki film nie uzyskał akceptacji Amerykańskiej Akademii Filmowej. Agnieszka Holland zaprotestowała, stwierdzając w wywiadzie dla CNN, że obraz ma niemieckiego producenta, aktorów, funkcjonował w amerykańskiej dystrybucji jako „made in Germany”, firmowany przez niemiecką wytwórnię. „Europa, Europa” nie spodobała się także środowisku Niemców amerykańskich, uważających, że obraz stawia rodaków w niewłaściwym świetle. Z kolei reżyserkę poparła grupa niemieckich kolegów po fachu, która w specjalnym apelu zaprotestowała przeciw decyzji niemieckiego jury, ograniczającej ich zdaniem artystyczną wolność twórcy i zalatującą szowinistycznym smrodkiem.

Koniec końców, ja uznaję „Europę, Europę” za film polski. (Nota bene, obraz Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki” również znalazł się w sferze nominacji, ale znów nie wspomniano słowem o jego polskim rodowodzie, uznając go za produkt francuski). Wystarczyło spojrzeć na nazwiska ekipy realizacyjnej filmu „Europa, Europa”: od góry do dołu prawie wszystkie wyglądały swojsko i kończyły się na „-ski” lub”-ak”. Na pewno Polacy stanowili 90% tej załogi. Sama Agnieszka Holland też zawsze podkreślała swoją polskość, a w rytuale dziękczynnym, przez który musi przejść podczas ceremonii rozdania nagród każdy obdarowany Złotym Globem, w pierwszej kolejności podziękowała właśnie ekipie polskiej. A że pieniądze były niemiecki? Cóż mogą mieć z tym wszystkim do czynienia kosmopolityczne bądź co bądź papierki? Film należy do tego, kto włożył weń własne myśli i serce. I czy narodowość twórców w tym wszystkim naprawdę jest taka ważna?

greydot

„FISHER KING” (reż. Terry Gilliam)

Robin Williams i Jeff Bridges tworzą przebojowy duet w "The Fisher King"

Robin Williams i Jeff Bridges tworzą przebojowy duet w „The Fisher King”

Co to się na tym świecie nie wyprawia! Jak wyczytałem z polskich gazet, jeden z największych hitów ekranowych ostatnich tygodni*, „The Fisher King”, wzbudził (obok „Awakenings”) największe zainteresowanie wśród filmów prezentowanych podczas jesiennego Tygodnia Filmowego w Warszawie. W ten sposób stolica naszego kraju stała się, obok Nowego Jorku i Chicago, miejscem, w którym równolegle odbywają się premiery pierwszorzędnych tworów Hollywoodu.
A jednak nie wpadałbym z tego powodu w przesadną euforię, szczególnie po tym, jak napisano mi z domu o zamianie jedynego w moim rodzinnym Leżajsku kina na miejsce, w którym… sprzedaje się maszyny rolnicze! Kupczenie w świątyni magicznej latarni! Zgroza i święty gniew człowieka przeszywa!
Ale do rzeczy, tzn. do „Fisher Kinga”. Jeżeli nie zaczniemy w tym filmie traktować wszystkiego śmiertelnie poważnie, to wyda się on nam wręcz znakomity. Fantastyczny jak zwykle jest Robin Williams („Dead Poet’s Society”, „Good Morning Vietnam”…), również Jeff Bridges bez zarzutu. Pomysł na scenariusz ciekawy – wciągająca fabuła, bardzo dobre kobiece role drugoplanowe, estetyka obrazu przykuwająca wzrok (mimo ewidentnego zamiłowania scenografa do gałganiarstwa i brzydoty – ale przecież brzydota też bywa fotogeniczna). A że czasem pewne wątki nie trzymają się kupy? Cóż, nie ma rzeczy idealnych.
Jack (Jeff Bridges) jest cynicznym spikerem radiowym, którego nieodpowiedzialne uwagi doprowadzają do tragedii – jakiś szaleniec, biorąc na poważnie jego słowa, masakruje ludzi. Akcja skacze w czasie o trzy lata i oto widzimy Jacka zdegradowanego do roli właściciela wypożyczalni kaset video. Po dramatycznych zajściach ląduje on w rynsztoku, gdzie napotyka Perry’ego (Robin Williams), ludzkiego wraka ubranego w dziwaczne łachmany, którego na domiar złego nękają straszne wizje prześladującego go Czerwonego Rycerza. W międzyczasie roi mu się zdobycie Świętego Graala. Okazuje się, że przyczyną jego szaleństwa były owe tragiczne wydarzenia (zmasakrowanie na jego oczach żony) sprzed trzech lat – za które ciągle czuje się winny Jack. Ten, za wszelką cenę, stara się od tego momentu oczyścić swe sumienie i zmyć winę. Pomagając Perry’emu i zaprzyjaźniając się z nim, odkrywa prawdziwą wartość życia, staje się innym, odrodzonym człowiekiem. Zgrabna bajeczka z morałem – nie pozbawiona przy tym filmowego kunsztu.

* Chodzi o rok 1991.

„PRZYLĄDEK STRACHU” (reż. Martin Scorsese)

Robert De Niro sieje zgrozę w Przylądku Strachu

Robert De Niro sieje zgrozę w „Przylądku Strachu”

Ponoć takich reakcji na emanujące z ekranu strachy nie pamiętano w amerykańskich kinach od czasów „Egzorcysty”. (To już prawie 20 lat!) Wydawało się, że słynny thriller „Milczenie owiec” nie będzie miał w tym roku* bardziej przerażającego konkurenta, a tu – parę miesięcy później, człowiek nazwiskiem Dahmer zakasował swoimi wyczynami największych speców od scenariuszowej, czarno-ponurej akcji, udowadniając, że życie „prawdziwe” może przynieść potworności większe, niźli wybujała wyobraźnia filmowców (nota bene, „Milczenie owiec” też było inspirowane istniejącym w rzeczywistości potworem). Jednakże schyłek roku ponownie należał do ekranowej iluzji. Bileterzy w kinach mieli ponoć dodatkowe zajęcie: przywracanie do stanu używalności widzów, którzy w stanie szoku opuszczali salę kinową podczas projekcji „Przylądka Strachu”.
Któż tak straszył i co tak straszyło?
Otóż główni sprawcy to reżyser Martin Scorsese i aktor Robert De Niro. Duet niepowtarzalny – wszem i wobec znany. Gwoli formalności można podać tytuły kilku ich wspólnych produkcji: „Mean Streets”, „Taxi Driver”, „Raging Bull”
W „Przylądku Strachu” pozbierali z postaci, które w tych filmach odtwarzał De Niro, to co najnikczemniejsze, zbrodnicze i wykreowali spektakularnego potwora w ludzkiej skórze (nota bene, wytatuowanego od stóp do głów, niczym jakieś szaletowe graffiti). Potwór nosi imię Cady. Po odsiadce kary za brutalny gwałt na młodziutkiej dziewczynie, przybywa do pewnego południowego miasteczka, owładnięty obsesją zemsty na adwokacie (Nick Nolte), który niegdyś był obrońcą na jego procesie i zataił istnienie (mało istotnego, aczkolwiek działającego na korzyść Cody’ego) dowodu rzeczowego – tak był wstrząśnięty postępkiem swojego „klienta”.

Cady nie nęka Nicka Nolte, jego żony (Jessica Lange) i córki (jak widzimy, zemstę rozszerzył on na całą rodzinę adwokata) jak zwykły rzezimieszek. Stosuje metody bardziej wyrafinowane – wsączając wszystkim swój jad psychopatycznego monstrum, chce wpierw rozsadzić rodzinę adwokata od wewnątrz – psychologicznie, emocjonalnie, mentalnie. Ciężko i powoli film zbliża się do horrendalnego finału. Giną gdzieś psychologiczne niuanse, a zaczyna piekło z plastyczną, obrazową dotykalnością i realizmem. Dopiero kiedy przychodzimy do siebie, uświadamiamy sobie, że Scorsese i De Niro zaaplikowali nam ekstrakt i esencję horroru – dreszczowiec w stanie czystym. Czy to nam jednak do wystarcza do satysfakcji?

* Tekst pochodzi z 1991 r.

„MOSKWA NAD RZEKĄ HUDSON” (reż. Paul Mazursky)

Rosjanin w Nowym Jarku - perypetie, zderzenie cywilizacji   (Robin Williams w "Moskwie nad rzeką Hudson")

Rosjanin w Nowym Jarku – perypetie, zderzenie cywilizacji (Robin Williams w „Moskwie nad rzeką Hudson”)

W Stanach Zjednoczonych – kraju emigrantów – zadziwiająco mało powstaje filmów traktujących o samych emigrantach, a szczególnie o tych współczesnych. Przyczyna? Kino amerykańskie, z zasady swej rozrywkowe, woli się zajmować tematami bardziej neutralnymi, atrakcyjnymi, nie tak prozaicznymi, a w dodatku kontrowersyjnymi społecznie. Paul Mazursky swoją komedią „Moskwa nad rzeką Hudson” udowodnił, że jest to podejście błędne. Nakręcił film zabawny, lekko karykaturalny, satyryczny, ale również nie unikający przy tym poważnych i gorzkawych akcentów. Spożytkował przy tym komediowy geniusz Robina Williamsa, który niezwykle wiarygodnie wcielił się w obywatela USSR, Władimira Iwanowa, Rosjanina w uszatce i z duszą artysty (saksofonista). Będąc na występach w Nowym Jorku, (wraz z cyrkiem, gdzie był zatrudniony), Władimir dezerteruje. Urząd Imigracyjny przyznaje mu status politycznego uchodźcy.

Mazursky ukazuje tego człowieka w zderzeniu z mityczną dla niego kulturą amerykańską, ze wspaniałością, strasznością i szaleństwem miejskiego molocha. Widzimy adaptacyjne wysiłki Władimira, który próbuje znaleźć sobie miejsce (i źródło utrzymania) w tym nowym i obcym mu świecie. Wydaje się nieuniknione to, że Władimir, człowiek sympatyczny, gorący i pełen temperamentu, musi się również zderzyć w Nowym Jorku z płcią przeciwną. Następuje to zresztą już w samym momencie dezercji, która ma miejsce w konsumpcyjnej świątyni Ameryki – sklepie Bloomingdale. Przed goniącymi go agentami KGB, Władimir chowa się pod kontuar ekspedientki, również imigrantki – tym razem Włoszki. Wywiązuje się między nimi romans, który jest nicią przewodnią scenariusza. I choć historyjka to mało oryginalna, liryczno-satyryczne oko Mazursky’ego, jego żyłka ciętego humorysty, nadaje jej komediowej werwy oraz skeczowej widowiskowości. Reżyser nie unika przy tym elementów dla imigrantów wstydliwych, niezbyt wygodnych i chwalebnych. Robi to jednak z wdziękiem i przychylnością, która niezdolna jest nikogo dotknąć. Jak ktoś zauważył, przypomina to wszystko pretensjonalne poklepywanie imigranta po plecach.

Akcja filmu rozpoczyna się i trwa przez pewien czas w Moskwie. I mimo karykaturalno-komediowej „aberracji”, obraz ten jest uderzająco autentyczny. Przypomina nieco orwellowski „Rock 1984” – ale taki „na wesoło”. Wszechobecność KGB, przepełnione, wielopokoleniowe mieszkania, kilometrowe kolejki za papierem toaletowym (ewentualnie za tym „co rzucą”), moskiewska szarość i zabarwiony liryzmem, ruski smętek; zapatrzenie w obcy raj konsumpcjonizmu, tęsknota za „dekadenckim” i „zgniłym” Zachodem; za „mitycznymi” bludżinsami Kevina Cleina… etc. A wszystko to po to, by wyjaskrawić kontrast, jaki pojawia się gdy kamera przenosi się na Manhattan – stanowiący centrum i esencję „amerykanizmu”.

Mimo, że Mazursky nie unika stereotypów, obraz Ameryki postrzeganej oczami Władymira ma wiele wymiarów. Oczywiście, że następuje tu ostra konfrontacja mitu i wyobrażeń z twardą rzeczywistością: niemożność uzyskania dobrze płatnej pracy, odpowiadającej jego kwalifikacjom i ambicji; Nowy Jork jako miasto, którego „wolność i swoboda” bliska jest anarchii; symptomy manii prześladowczej Władimira, paranoja oblężonej twierdzy, społeczne lęki… etc. Niemniej jednak, górę w końcu bierze przekonanie o wyższości wolnościowych ideałów amerykańskich. Władimir, mimo rozłąki z rodziną i żrącej, emigranckiej nostalgii, przedkłada status „obywatela drugiej kategorii”, (od którego nie może się wyzwolić), ponad życie w kontrolowanych totalnie Sowietach.

greydot

Reklamy

komentarzy 36 to “„MILCZENIE OWIEC”, „EUROPA, EUROPA”, „FISHER KING”, „PRZYLĄDEK STRACHU”, „MOSKWA NAD RZEKĄ HUDSON”…”

  1. Stanisław Błaszczyna Says:

    TRAILERS

    „MILCZENIE OWIEC”:

    „EUROPA, EUROPA”:

    „FISHER KING”:

    „PRZYLĄDEK STRACHU”:

    „MOSKWA NAD RZEKĄ HUDOSN”:

  2. Mariusz Says:

    Oscarami rzadko wyróżniano filmy naprawdę wybitne (wyjątkami są dzieła Formana i może jeszcze parę innych), dlatego dla mnie film oscarowy to po prostu film dobry, solidnie nakręcony i dobrze zagrany. „Milczenie owiec” spełnia te warunki. Od wielu lat nie przypominałem go sobie, ale pamiętam że zrobił wrażenie, w czym spora zasługa świetnej kreacji Hopkinsa. Ktoś policzył, że Hopkins miał w tym filmie zaledwie 16 minut czasu ekranowego, więc tak jak piszesz „rola Lectera jest w zasadzie drugoplanowa, jednak swoją intensywnością i osobliwością przytłacza kreację Jodie Foster”.
    Drugi dreszczowiec z 1991 roku, czyli „Przylądek strachu” także mocno wciąga, w czym też spora zasługa aktora (sugestywny Robert De Niro), ale prawdę mówiąc bardziej mi się podobał pierwowzór z 1962 (reż. J. Lee Thompson) – świetnie wykreowano w nim atmosferę zagrożenia i napięcie sięga zenitu. Film Scorsese jest dla mnie tylko udanym rimejkiem, niczym więcej.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Pamiętam, że „Milczenie owiec”, kiedy oglądałem ten film za pierwszym razem, zrobił na mnie spore wrażenie. Ale później uświadomiłem sobie, że to dlatego,iż jest to świetnie zrealizowane (pod wzgledem filmowego kunsztu) kino, a treść, powiedzmy sobie szczerze, jest trochę bzdurna (choć i tak nie tak bzdurna, jak to jest w przypadku sequela „Milczenia” – „Hannibala”… perzynajmniej ja odniosłem take wrażenie.)

      „Przyladek strachu” wydał mi się dobrym kinem (wciągnął mnie ten thriller), ale nie wydaje mi się, aby to było kino na miarę Scorsese’go – bo przecież zwykle robił on filmy większego foramtu. (Ale już kreacja De Niro była pierwszorzędna – nie to, co wyrabiał on później w filmach, które wg mnie były nieporozumieniem, jeśli chodzi o aktorskie emloi De Niro, do jakiego przyzywczaił on nas w swoich pierwszych rolach, dzięki którym można było uznać, że jest aktorem wybitnym.

      Nic nie wspominasz o tych filmach z Robinem Williamsem. Żadnego z nich nie widziałeś.
      Ja mam ochotę odświeżyć sobie zwłaszcza „Fisher Kinga” – i to nie tylko dlatego, że Williams, którego zawsze bardzo lubiłem, dopiero co zniknął z naszego świata.

      • Mariusz Says:

        „Fisher Kinga” oglądałem, ale nie odświeżałem od dawna, więc nie wiem za bardzo co mógłbym o nim powiedzieć. Tak więc konieczny jest ponowny seans. Wprawdzie te thrillery też widziałem dawno, ale więcej z nich zostało w mojej pamięci.
        „Moskwy nad rzeką Hudson” jeszcze nie oglądałem.

  3. Onibe Says:

    Milczenie owiec – przereklamowane. Widziałem dwa razy (dzisiaj mamy już pewną perspektywę czasową wobec tego obrazu) i choć uważam, że jest to porządny, dobrze nakręcony thriller, to nie prezentuje on nic ponadto. No, może tyle, że jest bardziej spójny i konsekwentny niż mnóstwo robionych obecnie dzieł. Wydaje mi się, że Amerykanie (a za nimi całe stado papug, czyli tzw. reszta świata) lubią obrzydliwości, a szczególnie ich fascynuje ludzka destrykcyjność. Za parawanem najbardziej poprawnego politycznie społeczeństwa kryją się chyba ludzie znudzeni grzecznością, łaknący krwi (choćby tylko na ekranie). Czy daleka jest droga od Milczenia owiec do całej subkultury wampirów? Czy Hanibal nie jest odpowiednikiem klasycznego wampira, a więc oprawcy/myśliwego polującego na ludzkie ofiary? A wszystko to w kulturze, która generalnie z zabijania a tym bardziej spożywania człowieka uczyniła tabu.

    Europa, Europa to już kino lepsze. Wspaniale przewrotne, z dystansem stworzone, ale zarazem dotykające wielu ważnych spraw. I chyba jest to jednak film nieprzegadany, zoptymalizowany w kontekście stosunku formy do treści. Mam dobre wspomnienia.

    Przy okazji, nie pamiętam czy o tym rozmawialiśmy, oglądałeś może American History X czyli po polskiemu Więźnia nienawiści? Skojarzył mi się, bo jest na mojej krótkiej liście dobrych filmów o nienawiści.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Widzę, że mamy podobne zdanie – zarówno jeśli chodzi o „Milczenie owiec”, jak i charakter światowego trendu kultury masowej – gdzie ludzi pociąga dziwaczność, wariactwo i makabra – wszystko to, co pozwala im zabić nudę, nieco nimi potrząsnąć pokazując horror – bo być może wtedy łatwiej im wrócić do świata rzeczywistego, nie takiego znów przytulnego, ale i tak o wiele bezpieczniejszego i swojeskiego, niż te, którymi straszy się ich w dreszczowcach.

      Coś jest w tym „wampiryzmie” Hannibala Lectera – i przełamania kanibalistycznego tabu. To jakby dodatkowy asumpt do tego, by widza zaintrygować, może nawet nim wstrząsnąć.

      „Europa, Europa” – nie wiem, jak to jest z tym w naszym kraju, czy się ten film w ogóle przypomina? Jeśli nie, to szkoda, bo – z tego co pamiętam – wart jest on tego, bo do niego wracać. Sam chciałbym go sobie teraz przypomnieć.

      „American Histroy X” nie znam. Ale przy najbliższej okazji, postaram się ten film obejrzeć, bo słyszałem o nim sporo dobrego – a teraz Ty go polecasz. Tym bardziej, że cenię Finchera i lubię jego filmy.

      • Onibe Says:

        American History X – polecam, ale z obawami. Mnie się bardzo podobał, ale byłem zaskoczony kierunkiem, w którym poszedł i pewną jego brutalną szczerością. Niedługo planujemy obejrzeć z Izą, dla niej to będzie pierwszy kontakt z filmem i bardzo jestem ciekaw jej opinii oraz Twojej. A także mojej własnej, bo oglądałem go z dziesięć lat temu ;-P

        Europa, Europa – nie wiem czy go przypominają. Telewizji generalnie nie oglądam. Jestem podprądowcem – filmy oglądam takie jakie chcę, kiedy chcę i nie po drodze mi z tiwi ;-). Pamiętam, że jakiś czas wstecz była dyskusja o Europie, ale wątpię by wracano do tych interpretacji. W Polsce, paradoksalnie, dyskusja o 2WŚ jest raczej martwa, bardzo płaska. Niby to nasz narodowy konik, ale chyba jednak wolimy nie wiedzieć zbyt dużo. A trudne tematy to dodatkowa ranka, której nie lubimy zaogniać…

        Co do wstrząsania widza – stało się to już chyba standardem i jedyne co naprawdę może wstrząsnąć widzem to brak wstrząsu…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          American History X – obejrzę, tym bardziej, że film podejmuje temat, który mnie interesuje – m.in. przemoc wynikająca z ideologicznego zaczadzenia – jak również będąca nieodłącznym (?) składnikiem ludzkiej natury.
          Przy okazji: przypomniał mi się film „The Believer” (z 2001 r.) z młodym Goslingiem w roli głównej (Żyd, który staje się neo-nazistą) – coś podobnego (chyba) w treści i klimacie do „AHX”.

          „Europa, Europa” – powtórzę: film (jak mi się wydaje) niesłusznie zapomniany.
          Dyskusja o II WŚ w Polsce martwa? Nie odniosłem takiego wrażenia, kiedy docierały do mnie spory choćby o Powstanie Warszawskie, żołnierzy „wyklętych”, bohaterów Westerplatte… etc. (Może odniosłeś takie wrażenie, bo Ty na to nie zwracasz uwagi – może Ciebie samego ten temat nie obchodzi?)

          Brak wstrząsów może równie dobrze uśpić widza, nieprawdaż? ;)

  4. Simply Says:

    ,,subkultury wampirów” WTF???!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wprawdzie to „WTF” jest skierowane do Onibe, ale przecież można się domyśleć o co mu chodzi. Z tym, że lepiej tę wampiromanię, (z któą mamy już przecież do czynienia od dawna) nazywać modą, niż subkulturą ;)
      Choć, kiedy trafiłem pod dom Anne Rice w Nowym Orleanie, i spotakałem tam innych „pielgrzymów” – fanów jej twórczości – to też miałem wrażenie, że tworzą oni coś w rodzaju subkultury ;)

  5. Simply Says:

    Proszę Cię, nie bądż adwokatem. To, o czym piszesz, podpada pod fandom, nie subkulturę. A co to niby ma wspólnego z ,,Milczeniem Owiec” ? Pojęcia nie mam, co ma w kontekście tego filmu oznaczać owa ,,subkultura wampirów”, zgadywać nie zamierzam, może autor sam będzie łaskaw wyjaśnić.
    Wampir jako topos kulturowy to istota mityczna, ontologicznie zawieszona między życiem a śmiercią, jego zachłanność jest reperkusją klątwy. Ta figura ma status precyzyjnie określony, nie można tym sobie ot tak, bezmyślnie szafować, idąc za głosem najbardziej powierzchownych, wyrwanych z kontekstu skojarzeń.

    Wyjątkowość Dr. Lectera polega na tym, że jest to nie tylko genialny psychopata, ale też człowiek Kultury Wysokiej, łączący cechy arystokraty ducha z najdzikszym okrucieństwem, najsubtelniejsze dziedzictwo cywilizacji z najskrajniejszym przejawem tego, przeciw czemu od stuleci nasza cywilizacja stoi.
    Lecter jest personifikacją odwetu na upadku współczesnej kultury, na technokracji, seryjności, ujednoliceniu, przeciętności, niszczeniu ducha i kreatywnego indywidualizmu.
    Ps. ,,American History X” nie zrobił Fincher, tylko Tony Kaye ( nie mylić z pierwszym klawiszowcem Yes )
    PS 2. Czekam na relację z koncertu :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To nie chodzi o to, że ja chciałem być adwokatem w tej sprawie, tylko o to, że po prostu zachciało mi się wyrazić swoje zdanie na ten temat (do czego mam chyba prawo na moim własnym blogu).
      Nie zawsze wyrażamy się precyzyjnie, często uogólniamy, mamy co innego na myśli… etc. Co nie znaczy, że od razu mamy na to reagować: „WTF!”
      Oczywiście zażyłeś wszystkich „wampirem jako toposem kulturowym”, więc trudno Ci tutaj podskoczyć, bo masz rację – widać, że na wampirach się znasz, może nawet jesteś z nimi obyty ;)

      Mnie tam dr Lecter niczym nie zaimponował, a skoro jest „człowiekiem Wysokiej Kultury” (jak sam piszesz), a przy tym obgryza żywym ludziom policzki i przyrządza sobie potrawki z ludzkich podrobów (wcześniej mordując w bestialski sposób swoje ofiary), to moim zdaniem tę jego „Wysoką Kulturę” można o kant dupy rozbić.
      Piszesz: „Lecter jest personifikacją odwetu na upadku współczesnej kultury…” – tak więc, wg Ciebie, ten odwet ma polegać na mordowaniu innych ludzi i kanibalizmie? Szkoda, że ten sadystyczny pojeb nie zauważa jakoś upadku swojej własnej „kultury” (jeśli w ogóle takową posiadał).
      „Arystokrata ducha”? – raczysz żartować.

      PS. Oczywiście, że nie Fincher (zwykłe „slip of the tongue„)
      PS2. Trawi się…

      • Simply Says:

        A pewnie, że z wampirami i w ogóle horrorem wszelakim jestem obyty, wielka mi Tajemnica Fatimska :D
        Tak, z tym arystokratą ducha trochę się zagalopowałem. Mamy tu połączenie bardzo wysokiego poziomu estetycznego wyrafinowania, znawstwa i wiedzy z całkowitym pominięciem etyki, gdzie to drugie przybiera formę ekstremalnego permisywizmu. Lecter to szaleniec, on nie jest postacią afirmowaną w tym filmie, czy w powieści Harrisa . Piszesz, że Ci on nie imponuje, a komu imponuje ? Lepiej się zastanówmy, jakiego rodzaju lęki zrodziły tak dychotomiczną postać ?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Lęki?
          Raczej dramaturgiczne wyrachowanie – poszukiwanie (kreacja) monstrum, które by potrząsnęło nudzącym się Jedermanem, gotowym dodatkowo na olanie (teoretycznie i deklaratywne) jakiejkolwiek etyki, która jest przecież tylko dla frajerów.
          Komu imponuje Lecter? Ot, choćby Tobie – nie irytuj się, nie zaprzeczaj, że jest inaczej. Bo czy nie świadczą o tym Twoje własne słowa, w których deklarujesz jego wagę wręcz kulturową i cywilizacyjną, sugerując, że stanowi on coś w rodzaju signum temporis?:

          „Wyjątkowość Dr. Lectera polega na tym, że jest to nie tylko genialny psychopata, ale też człowiek Kultury Wysokiej, łączący cechy arystokraty ducha z najdzikszym okrucieństwem, najsubtelniejsze dziedzictwo cywilizacji z najskrajniejszym przejawem tego, przeciw czemu od stuleci nasza cywilizacja stoi.”

        • Tess Says:

          Jeśli mowa o Lecterze, to warto moim zdaniem przeczytać artykuł „Samotność Hannibala Lectera”:

          Jedno spojrzenie kanibala z „Milczenia owiec” przerażało bardziej niż rwące potoki krwi, obecne dziś na ekranach. Kultura masowa zatraciła zdolność przedstawiania zła, choć makabry w niej więcej niż kiedykolwiek.

          „Prawie jak Hannibal Lecter”. Tytuł ten zobaczyłem całkiem niedawno na pierwszej stronie jakiejś amerykańskiej gazety. Artykuł nie był bynajmniej recenzją filmową. Nie miał nic wspólnego z popkulturą. Opisywał historię ujętego przez FBI seryjnego mordercy. Ten przykład stanowi zaledwie kroplę w morzu, bo imię demonicznego psychiatry kanibala, stworzonego przez Thomasa Harrisa w latach 80. i przeniesionego na ekran przez Jonathana Demme’a w nieśmiertelnym „Milczeniu owiec” (1992), na dobre przeniknęło do mowy potocznej i języka mediów.

          Jednak ta ciemna figura z literatury i ekranu kinowego stała się nie tylko kimś, kogo dziś traktujemy niemal jak równoprawny element otaczającej nas rzeczywistości. Stała się nie tylko wspólnym kodem, którego używamy, kiedy chcemy adekwatnie nazwać bezbrzeżną deprawację czy okrucieństwo. Stała się czymś więcej: punktem odniesienia dla myślenia o złu i rozumienia zła. Doktor Lecter, innymi słowy, jest prawdziwym, żywym mitem – funkcjonuje na pograniczu dwóch obszarów: jawy i snu, fikcji i realności. Pomaga nam pojąć albo przynajmniej umieścić w jakimś moralno-wyobrażeniowym porządku wszystkie potworności tego świata. Lecter jest zatem współczesną figurą szatana. I wygląda na to, że niestety ostatnią. Mam bowiem wrażenie, że kultura masowa zupełnie zatraciła zdolność przedstawiania zła, choć paradoksalnie makabry jest w niej dzisiaj więcej niż kiedykolwiek.

          To tylko początkowy fragment tekstu. Całość tutaj:

          http://kultura.newsweek.pl/samotnosc-hannibala-lectera,31287,1,1.html

          Polecam – dobry wkład do dyskusji.

  6. kristopher Says:

    Rok wcześniej i rok później Williams zdobyłby za rolę w Fisher Kingu Oscara. Niestety traf chciał, że film ten nakręcono w tym samym roku, co Milczenie Owiec, które w moim odczuciu jest sporo gorszym filmem niż Fisher King.

    • antek Says:

      A. Hopkins w milczeniu owiec był równie genialny co Williams w Fisher King.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Może zdobyłby, może nie… Kto to wie? Zresztą, czy rzeczywiście Oscar to takie „micyje” (jak określała moja babcia coś, co było mocno przereklamowane – a czym ludzie się podniecali).

      A tak na marginesie: osobiście wolę (wolałem?) Williamsa od Hopkinsa. Ten ostatni miał w kinie swoje momenty, ale uważam, że jego aktorskie emploi jest mimo wszystko ograniczone.

  7. kadet Says:

    „Milcenie owiec” – film ma zarówno zalety jak i wady, do tych drugich należy bez wątpienia długość, a raczej krótkość, bazowanie na kryminale na poziomie debiutu Camilli Lackberg, mało mroczna sceneria, gwałtowny spadek poziomu przy kolejnych oglądach, trywialny schemat zachowania szwarcchara, którego rozgryzłby pierwszy lepszy student medycyny, a nie zdołało tego dokonać grono doświadczonych śledczych przy wsparciu medyków sądowych oraz niewielki udział scen z szerokim asortymentem mimiki Anthony’ego Hopkinsa.

    Natomiast co się tyczy zalet, to oczywiście gra aktorska, ścieżka dźwiękowa, dialogi, równie znakomita robota JonathanaD co w przypadku „Filadelfii” i „Kandydata”.

  8. Marcus Says:

    Jak już o wilku mowa

    Kto się nie zgadza?

  9. Simply Says:

    Nie wiem co się stało, ale to raczej Ty sprawiasz wrażenie czymś poirytowanego. Wyciągasz z moich wypowiedzi jakieś nonensowne wnioski – moja charakterystyka Lectera jest w każdym punkcie chłodnym opisem, merytorycznie nie odbiegającym za bardzo od Twojego w recenzji, ( tę arystokrację ducha już zostawmy, do przegięcia się przyznałem ) pozbawionym nie tylko pozytywnych, ale jakichkolwiek osobistych osądów wartościujących. Stawianie na tej podstawie wniosku, że mi doktor Lecter imponuje, to już nie jest nawet nadinterpretacja, tylko urojenie. ,,Wyjątkowy” to nie to samo, co ,,wybitny” czy ,,wielki” .

    A pierwszy akapit twojego posta … sorry, ale nie ogarniam : Jederman, gotów po obejrzeniu ,, Milczenia Owiec” na teoretyczne olanie etyki, która jest dla frajerów ??? Albo za dużo Borisa Viana się naczytałeś, brzytwę Ockhama zgubiłeś.

    Tak, poza wszystkim, w tym filmie nie ma relatywizacj Zła, granica między nim, a Dobrem, jest bardzo jasno wytyczona i ani przez moment nie dochodzi do jej zatarcia, czy podważenia. Za to mamy tu gwałt na pewnych ustalonych sensach – interferencję tego, co zwykło się kojarzyć jako wzniosłe i przynależne sferze zdobyczy humanizmu i totalnej destrukcji. To wygląda, jak surrealistyczny obraz integrujący wykluczające się dotąd pola semantyczne. I na tym szwie ukonstytuowana jest cała groza: groza otchłani, utraty oparcia .

    Jak Ci sprawia przyjemność wytykanie infantylizmu mojej fascynacji horrorami, to baw się dobrze. Powiem tylko, że na prawdę mi to w życiu nie przeszkadza ( mojemu otoczeniu też nie ) i nie miewam problemów z pomieszaniem fikcji z realnością. Także nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek miewał napady nienawiści do jakiejś postaci fikcyjnej.
    A Ty przez cały czas jedziesz po tym Lecterze, jakby Ci jakąś krzywdę zrobił.

  10. Simply Says:

    Spoko Orinoko, no butthurt ;)
    Ciekawe, czy nasz kieszonkowy dr Van Helsing się odezwie:-D

  11. Simply Says:

    Czytuję i potwierdzam. Ale ja przecież nie o tym.

  12. Tess Says:

    Coś dla miłośników milczenia owiec:

    https://www.facebook.com/TheSilenceOfTheLambsMovie

    (ponad 2 miliony polubień! ;) )

  13. Marcus Says:

    The Best of Robin:

    Kto by pomyślał, zestawiając ich role, że Robin Williams był bardziej depresyjnym człowiekiem, niż De Niro?

  14. Daga Says:

    Film „Europa, Europa” jakoś wyjątkowo zapadł mi w pamięć, ale oglądałam go już dawno temu – aż naszła mnie ochota na ponowne obejrzenie.

    Wszystkie filmy, o których piszesz to klasyki. Pojawił się też „Przylądek strachu” Martina Scorsese, a akurat nie tak dawno dowiedziałam się, że polskie kino miało spory wpływ na tego reżysera. W tym roku, w ramach „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema” w USA odbył się cykl pokazów prezentujących zaproponowane przez niego perełki polskiej kinematografii. Dzięki temu obejrzałam kilka świetnych, polskich filmów, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Takie „przypominacze” są naprawdę dobrym pomysłem !

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przegląd świetny! Martin o polskim kinie mówi z sensem i ze znawstwem. W zestawie znalazły się naprawdę znakomite pozycje polskiej klasyki filmowej – zaiste jest się czym pochwalić. Wszystkie z tych filmów oglądałem, choć większość z nich – przed wiekami! ;)

      Przegląd był prezentowany w ponad 30 miastach amerykańskich, również w Chicago – w Gene Siskel Film Ceneter, od maja do lipca. Ale z pewnych względów nie wziąłem w nim udziału. (Natomiast już pojutrze będę na otwarciu 50-go Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Z okazji tej przybywa do Wietrznego Miasta sama Liv Ullmann ze swoim najnowszym filmem, adaptacją Strindbergowej „Panny Julii”. Ostrzę już sobie apetyt… zresztą nie tylko na „Pannę Julię” ;) )

      PS. Piszesz, że dzięki tym pokazom obejrzałaś kilka świetnych polskich filmów. Czyżbyś w tym czasie była w Stanach? Czy też może były one z tej okazji pokazywane w Polsce?

      • Daga Says:

        W takim razie mam nadzieję, że po Festiwalu coś polecisz :)

        Niestety nie miałam przyjemności być na przeglądzie w Stanach. Większość filmów oglądałam z filiżanką kawy, na własnej kanapie. W sieci pojawiło się naprawdę sporo polskich filmów sprzed lat po rekonstrukcji cyfrowej. Studio filmowe KADR udostępnia na swoim kanale youtube takie filmy po rekonstrukcji w całości.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s