OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD

.

Oto mała próbka zdjęć zrobionych podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH”, gdzie zamieściłem wybór ponad 70 zdjęć (TUTAJ) ilustrujących naszą szaloną eskapadę po preriach, górach, kanionach i pustyniach amerykańskiego Zachodu. Wprawdzie utrwalony w kadrze obrazek nie jest w stanie oddać całego piękna i niezwykłości miejsc, które udało się nam odwiedzić, to jednak, bez wątpienia, ich naturalna fotogeniczność rzuca się w oczy. By przybliżyć okoliczności i kontekst, każde zdjęcie opatrzyłem krótkim komentarzem.

(Klikając na obrazy, można zobaczyć je w pełnym wymiarze.)

 .

Idaho country - burza nadchodzi (pejzaż jak z malarskiego płótna)

Idaho country – burza nadchodzi

.

FARMA W IDAHO

W drodze z Salt Lake City w Utah do Jackson Hole w Wyoming zahaczyliśmy o „ziemniaczany” stan Idaho. Zostawiwszy w tyle wielką pustynną kotlinę Słonego Jeziora, wjechaliśmy na bardziej żyzną ziemię – mijane farmy zaczęły topić się w zieleni – nie tylko ziemniaczanych upraw. Tuż przed spotkaniem z meandrami Snake River, jeszcze przed ścianą gór Teton majaczących na horyzoncie, natrafiliśmy na burzę, która wprawdzie nie dotknęła nas bezpośrednio, ale dokonała atmosferycznej rewolucji obserwowanej przez nas z pewnego oddalenia, choć z wyczuciem aury przynoszącej chłód i chromatykę jakże różną od szaro-białej aparycji salin i brudno-żółtych piaszczystych równin porośniętych suchorostami i karłowatą krzewiną, jaka towarzyszyła nam w północnym Utah. Na niebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chmury kłębiły się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, sklepienie zrobiło się niebiesko-popielate, jednak promienie słońca znalazły jeszcze ujście pomiędzy kłębami chmur, oświetlając budynki mijanej przez nas farmy i rozjaśniając falujące morze traw i zbóż, które ją otaczało. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by lepiej widzieć ten niespodziewany spektakl na niebie, który właśnie zaczął odgrywać się przed naszymi oczami. Również i po to, by utrwalić z tego, co się da, na fotografii.

Lubię to zdjęcie ze względu na harmonijne połączenie rzadko jednak spotykanej kolorystyki nieba i złamanej zieleni, która pokrywa ziemię  – obraz wydaje się niemal monochromatyczny i stanowi pewien kontrast z barwną krzykliwością, jaka charakteryzuje w wielu rejonach krajobraz amerykańskiego Zachodu. Ma on coś z urody malarskiego płótna – stonowanie i łagodność flamandzkich pejzażystów; przypomina mi też niektóre malunki na porcelanie lub pokrytych emalią metalowych płytkach – pewną ich „gładkość”, swoistą skromność pastoralnej scenerii.

greydot.

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

 .

GÓRY SKALISTE

Także i tutaj niebo jest głównym malarzem pejzażu, z tym że jesteśmy już teraz wysoko w górach. A właściwie – nie tyle niebo maluje ten obraz, co znowu burza.  Góry są to oczywiście Skaliste, co doskonale widoczne jest na pierwszym planie, który wypełnia ruda kamienność zwietrzałego gołoborza, ze skąpą roślinnością alpejskiej tundry, (którą tak się tu nazywa, mimo że daleko stąd zarówno do Syberii, jak i Alp). No i podobny jest efekt z dziurą w chmurach, przez którą przebija się słońce, oświetlające zielone stoki gór na horyzoncie, co stanowi kontrast dla ciemnych zboczy, nad którymi wiszą już ciężkie burzowe chmury. Najważniejszy dla całej kompozycji tej naturalnej sceny jest jednak pierwszy plan – mocna chromatyka granitowego tarasu, który wydaje się prowadzić w przepaść, a jednak daje poczucie solidnego oparcia mimo erozji, będącej skutkiem lejącej się nań wody, smagającego wiatru i próbującego go rozsadzić zimą lodu. W centrum kadru zbiegają się perspektywicznie linie trapezowego występu skalnej tundry i sąsiednich zboczy z jasną smugą światła przecinającego obraz w poprzek – to ta mglista atmosfera wypełniająca bezkres górskiej scenerii. Właśnie w takich momentach czuje się potęgę żywiołów.

greydot.

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

 .

DROGA POD SEDONĄ

Już dzięki temu, że jest to widok przez samochodową szybę, obraz ten nie jest statyczny – nabiera dynamiki, którą podkreśla wijąca się żwirowa droga i czerwone skały, tworzące dziki kanion, którego nie jest w stanie ujarzmić cywilizacyjny wtręt traktu, po jakim jedziemy terenowym SUVem z napędem na cztery koła. Właściwie tylko takim pojazdem można zapuszczać się w dzikie ostępy naturalnego labiryntu, jaki tworzą otaczające Sedonę kaniony, pustynie i skały. Mekka dzieci epoki Wodnika i para-psychologicznych odjazdów filozofii New Age ma godny siebie naturalny entourage – coś jakby przedsionek kosmicznych podróży łączący Ziemię z ekstraterestrialnym Nieznanym – krajobrazową fantazję naszego globu z pozaziemską fantastyką przepastnego Kosmosu i mentalnej fikcji. Żółto-pomarańczowy piasek i żwir (ledwie) utwardzonej drogi, zieleń krzewów i drzew korzystających ze skąpych zasobów wody chwytanej przez kanion, czerwony piaskowiec skalnych ścian i ostańców, niebieskie niebo i białe chmury – to niemal krajobrazowa klasyka północnej Arizony, stanowionej przez płaskowyż, który dwieście kilometrów na północ został wyżłobiony przez rzekę Kolorado, dzięki czemu powstała najbardziej chyba spektakularna i najsłynniejsza dziura w Ziemi – Wielki Kanion.

Zdjęcie nabiera szczególnego charakteru przez to, że obramowane jest okienną konstrukcją, która nie tylko ujmuje w kadr widok, wyłaniający się przed nami w czasie jazdy, ale i umieszcza nas w konkretnej przestrzeni – nadając jej walor nie tylko postrzeganej naoczności, ale i dotykalnej niemal konkretności.

greydot.

Ścieżki w Kanionie Bryce'a (Utah)

Ścieżki w Kanionie Bryce’a (Utah)

.

BRYCE CANYON

Widok ten ma w sobie jakąś ażurowa świetlistość – głównie dzięki biało-różowym wapienno-piaskowym skalnym ostańcom, tak charakterystycznym dla tego przyrodniczego tworu, który bez wątpienia należy do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków na naszej planecie. Nazwa tego miejsca to Bryce Canyon – czyli Kanion Bryce’a – pochodzi od nazwiska mormona, który jako jeden z pierwszych pionierów osiedlił się w tym rejonie. Jednakże to, co dla niego było utrapieniem (w skalnym, kolorowym labiryncie gubiły się mu krowy, wiec po jakimś czasie Bryce miejsce to opuścił), dla zwiedzających obecnie ludzi jest przedmiotem niekłamanej admiracji, a niekiedy i zachwytu – który można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu stanie się na krawędzi owego „kanionu” (piszę „kanion” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę to, co nazywamy kanionem, jest zerodowaną krawędzią płaskowyżu) lub – jeszcze lepiej! – kiedy zejdzie się wgłąb „kanionu” i uderzy w jeden ze szlaków, które prowadzą wśród jaskrawo-kolorowych skalnych ostańców, wież, szpic i pnących się dziesiątki metrów w górę stromych ścian z czerwonego piaskowca, okraszonego tu i ówdzie wapienną bielą.

Na zdjęciu możemy dostrzec jasną nitkę – to jest właśnie jeden ze szlaków na terenie Parku Narodowego Kanionu Bryce’a (bo taki jest status ochronny tego miejsca). W oddali widzimy zieloną (bo nawodnioną przez farmerów) dolinę, a po prawej stronie krawędź płaskowyżu, (z której nota bene robione jest to zdjęcie) – jeszcze nie zerodowaną… ale to tylko kwestia następnych setek i tysięcy lat. W skali geologicznej naszego globu – bagatela!

greydot.

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów - rezerwat Indian Navaho w Arizonie

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów – Ziemia Nawahów w Arizonie

 .

DOLINA MONUMENTÓW

A to kawałek amerykańskiego Zachodu, który wydaje się być jeszcze bardziej „nieziemski” i odrealniony. Lecz jednak prawdziwy jest on jak najbardziej – a na dodatek: widok ów jest tak dobrze znany z przeróżnych zdjęć i filmów, że stał się on niemal synonimem „westernowej” scenerii – taką ikoną osobliwości krajobrazowych „Dzikiego” Zachodu. I znów ta ceglasta czerwień piaskowców, dominująca pustynny teren, którego wszak krajobrazową determinantą jest szereg „mes”, czyli przypominających olbrzymie pniaki formacji skalnych, które – dzięki chroniącym je przed erozją twardym, bardziej odpornym na erozję czapom – ostały się nieco dłużej i górują teraz nad terenem, nadając mu owej nieziemskiej aparycji.

Oprócz tego, że formy spotykane w Dolinie Monumentów są osobliwe, to jeszcze bardziej ich niezwykłość podkreślona jest – i wydobywana – przez światło, które zmienia się wraz z porą dnia niebywale i wzmaga nie tylko efekt malowniczości Monument Valley, ale i powoduje, że obrazy w Dolinie zmieniają się jak w kalejdoskopie – nie tyle przez zmianę jej materialnych elementów, co chromatycznej wokół nich „aury”.

Po dnie doliny wije się żwirowa droga. Widoczne na niej są samochody – przypominają tu dziecięce zabawki, ale w rzeczywistości przydają się one naszej wyobraźni, bo można wedle nich ocenić ogrom sąsiednich skalnych (po)tworów – uświadamiają nam to, jakie są w tym naturalnym spektaklu proporcje. I właśnie to może zawrócić nam w głowie.

greydot.

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Łuków Skalnych w Utah

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Arches w Utah

 .

ŁUKI SKALNE

No cóż – kolejny „odlot” krajobrazowy: Łuk Podwójny w Parku Narodowym Arches (nota bene „arches” to nic innego, jak po angielsku „łuki” – dobrze więc byłoby nazywać to miejsce Parkiem Narodowym Łuków dodając ewentualnie: „Skalnych”, ale jak widzę w naszym kraju obowiązuje inna nomenklatura). Jak to dobrze, że na zdjęciu tym widać także ludzi, choć – zważywszy na proporcje – łacniej byłoby tu mówić o ludzikach – takimi bowiem mrówkami wydają się turyści, których ciekawość zagnała pod ten gigantyczny amfiteatr skalny – wnękę łukową w Utah. Mnie to przypominało cielsko jakiegoś olbrzymiego dinozaura (zwłaszcza jak patrzyłem na łuki od spodu). Lecz sceneria ta jest nie tyle jak z innej epoki, co z innej zgoła planety, więc aż się prosi, by użyć jej jako scenografii do filmu science-fiction. I tak się zresztą stało – choć akurat w tym przypadku więcej w tym filmie było fiction, niż science. Chodzi oczywiście o jeden z odcinków przygód Indiany Jonesa, a mianowicie o „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, który rozpoczyna się sceną rozgrywającą się właśnie pod naszymi łukami.

Wbrew pozorom trudno jest fotografować łuki skalne w tym parku (wyjątkiem jest gwiazda łukowa parku znana jako Delicate Arch – tak fotogeniczna, że dobre zdjęcia robią się pod tym łukiem niemalże same). Po pierwsze: niełatwo jest objąć całe gabaryty łuków; po drugie: natrafiamy na zbyt duże kontrasty świetlne; po trzecie: ceglasty kolor skał stanowi pewną dysharmonię kolorystyczną z błękitnym (zazwyczaj tam) niebem; wreszcie po czwarte: jeśli w pobliżu nie ma ludzi, czy też obiektów, których wymiary znamy, wtedy trudno jest uchwycić prawdziwe proporcje, a tm samym wykazać na zdjęciu potęgę naturalna łuków. Na powyższym zdjęciu to się chyba udało – są ludziki, kontrast świetlny nie jest tak dramatyczny, a na nieba widać kontury łuków, dzięki czemu ujawnia się przed nami ich forma.

greydot.

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejace maszyny - zjazd Harley'owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejące maszyny – zjazd Harley’owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

 .

HARLEY’E W STURGIS

Wyjątek w serwowanej tu próbce zdjęć naszej podróży po Dzikim Zachodzie: zamiast naturalnego pejzażu – lokomocyjny behemot. Choć też jest to swego rodzaju przejaw pewnego żywiołu, reprezentowanego głównie przez samczych osobników gatunku Homo sapiens. Na zlot harley’owców, który każdego roku odbywa się w małym miasteczku Sturgis, położonym na Czarnych Wzgórzach w Dakocie Południowej, trafiliśmy przypadkiem. Trudno zresztą było zignorować to motocyklowe mrowie, które zalało Black Hills – zwłaszcza, że przyjechało tam w tym samym czasie, co my, ponad pół miliona jeźdźców dosiadających swoje dwukołowe błyszczące metaliczne cacka. Przechadzając się ulicami Sturgis, przeciskając między sporymi zazwyczaj wanciołami, ubranych w skórę motocyklistów, wśród huku i warkotu rozryczanych maszyn i zapachu pitego bez umiaru piwa… zrobiłem całą serie zdjęć temu panopticum, lecz mogę tu na razie pokazać tylko jedno; ogólny plan głównej ulicy w Sturgis obstawionej ciasno motocyklami, zaparkowanymi nie tylko na poboczu, ale i na środku Main Street – z olbrzymim, wiszącym nad tym wszystkim bannerem „WELCOME RIDERS!”, ozdobionym po obu stronach Harley-Davidsonowym logo – jakby ktoś miał wątpliwości co do tego, kto (a właściwie co) tu rządzi.

Aby zrobić to zdjęcie musiałem wdrapać się (odpłatnie, of course) na rodzaj podniesienia, które wzniesiono – nota bene specjalnie do tego celu – na środku ulicy. I rzeczywiście, dopiero stamtąd można było uchwycić w odpowiedniej perspektywie to niebywałe skupisko maszyn, które w równym stopniu służyły do jazdy, co i szpanerstwa lubiących się bawić zarośniętych oraz wyrośniętych (także i wszerz) chłopców.

greydot.

Skalna panorama - Zion o zachodzie słonca

Skalna panorama – Zion o zachodzie słońca

.

PANORAMICZNY ZION

To zdjęcie, aby docenić jego walory, koniecznie musi być oglądane w wersji pełnej panoramicznej (kliknij). Kiedy opuszczaliśmy Park Narodowy Zion, dzień chylił się ku końcowi, cienie się wydłużały, światło słoneczne robiło się coraz bardziej „miękkie” – co jest zresztą dobrze widoczne na zdjęciu w jego ciepłej tonacji barw, w jakiej skąpane jest skalne urwisko wraz z porastającymi je drzewami i lekko siniejącymi i różowiejącymi chmurkami na niebie. Jak na moje oko, równie ważny, jak kolorystyka, jest na tym zdjęciu profil tego urwiska, który wzbogacają wydatnie rosnące na nim sosenki – to nic, że karłowate. W tę sekwencje drzewek wpisują się także chmury – nadając tej naturalnej kompozycji pewną, miłą oku, płynność. Przyjemny obrazek i rodzący we mnie tęsknotę za ponowna wizytą w Zion – tam, gdzie skamieniała pustynia raduje nasz wzrok swoją bajeczną malowniczością.

greydot.

Powyższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do dziennika z „Wyprawy na Zachód”, który przeczytać można TUTAJ. Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach” (TUTAJ).

 

© ZDJĘCIA WŁASNE

Reklamy

komentarze 22 to “OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD”

  1. AMERYKAŃSKI ZACHÓD | ŚWIAT W OBRAZACH Says:

    […] Poniższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do wpisu pt. „Wyprawa na Zachód” opublikowanego na blogu Wizja Lokalna TUTAJ, będącego dziennikiem podróży do najciekawszych zakątków amerykańskiego Zachodu. Część z tych zdjęć opatrzona została komentarzami, które przeczytać można w innym wpisie TUTAJ. […]

  2. majka Says:

    Monument Valley to niezwykłe miejsce, jedyne w swoim rodzaju. Zupełnie płaska pustynna powierzchnia usłana jest wyrastającymi z ziemi, znienacka, nie wiadomo skąd, kamiennymi monolitami liczącymi nawet do 300m wysokości. Krajobraz jest bajkowy. Trudno uwierzyć, że jest to kolejne arcydzieło natury – milionów lat, wody, wiatru, zmiennych temperatur. Tu przenosimy się do innego świata. My zawitaliśmy do Monument Valley o poranku, kiedy miejsce to było prawie puste. Zdążyliśmy jeszcze przed nalotem turystów. Nawet Indian zaskoczyliśmy – rozkładali się dopiero ze swoimi straganami z własnoręcznie wykonanymi pamiątkami. Czuliśmy się tam więc nieco osamotnieni, mieliśmy spokój, któremu towarzyszyło wrażenie, jakbyśmy dotarli na koniec świata, z dala od ludzi, cywilizacji, wielkomiejskiego zabiegania. Tylko pustynia i my, wśród wyrastających znikąd pomników i przemykających gdzieniegdzie Indian…

    Więcej o podróży po Stanach Zjednoczonych przeczytać można tutaj:

    http://kamtraveller.blogspot.com/search/label/USA

    Wiele praktycznych porad – doskonały przewodnik dla tych, którzy chcą zwiedzić Stany.
    Dla niezdecydowanych zaś, a ciekawych świata – ciekawe przygody, opisy wrażeń, piękne zdjęcia…
    Polecam

  3. Marcus Says:

    Great American West:

    Warto chyba polecić – jak najbardziej na temat :)

  4. Beata Says:

    Piekne zdjecia, p. Staszku!

  5. Torlin Says:

    Strasznie lubię oglądać Twoje zdjęcia, są przepiękne.
    Zajrzyj do mnie, mam nieoczekiwane zdjęcia ze Stanów Zjednoczonych, a może nawet nie wiedziałeś, że coś takiego jeździ po amerykańskich torach?

  6. Małgorzata Says:

    Dolina Monumentów. Nie da się ukryć, że to jedno z moich ulubionych miejsc.
    Pamiętam, że było nas tak dużo. że nie zmieściliśmy się do jednego auta. Wy jechaliście „wycieczkowcem”, a Tomek, Magda, Kamila i ja jeep’em, wraz z młodym przewodnikiem, który za dużo nie mówił, ale za to przewiózł nas tak, że do tej pory pamiętam :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie mówił dużo, bo był wstydliwy, a ponadto onieśmielony tyloma młodymi dziewczynami w jego jeepie ;) No, ale mimo wszystko zdołał was przewieźć – i to jak! ;)

      Moja rodzinka miała natomiast tego Pana za przewodnika (też małomówny, ale za to śpiewający ;) )

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/08/mon-vall.jpg?w=780

  7. Tess Says:

    Fantastyczne zdjęcia, świetny opis – wszystko to wzmaga apetyt na podróż po Ameryce, odwiedzenie tych miejsc.

  8. Daga Says:

    Właśnie wróciłam z podróży do Włoch – w kraju przywitał mnie deszcz i ta przytłaczająca szarość, którą z radością zostawiłam za plecami wyjeżdżając. I tak szczerze mówiąc, jedyne na co mam od wczoraj ochotę, to znowu wyruszyć w drogę. No i masz ! Wchodzę na tego bloga i chęć wyjazdu staje się jeszcze większa ! Co za piękne miejsca! Zanim będę miała szansę tam dotrzeć pewnie minie jeszcze sporo czasu, ale póki co pozostaje mi tylko pozazdrościć.
    No i cieszę się oczywiście, że mogę chociaż obejrzeć Twoje zdjęcia.

    Obrazy z Ameryki, które z Ameryką kojarzą mi się najmniej! Hasło Ameryka niestety przywodzi na myśl stereotypowe fast-foody, neony, wielkie miasta itd ;)

    Pozdrawiam serdecznie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tym, co uderza na Zachodzie Ameryki to przede wszystkim przestrzeń – i to przestrzeń zwykle skąpana w słońcu, które świeci na wielkim niebie ;) Na a kiedy są burze – to na tym niebie odprawiają się często spektakle – tyle potrafiące budzić grozę, co fascynujące, no i fotogeniczne. Lecz kiedy słońce świeci to jest jasno i przestrzennie – to rzeczywiście może stanowić uderzający kontrast z szarością, jaka rzuca się w oczy pod naszą (polską) szerokością geograficzną, zwłaszcza w porze jesiennej lub zimowej (choć przecież u nas w kraju też można oglądać cudowne pejzaże jesienne czy zimowe – ale tylko wtedy, kiedy zlituje się nad nami aura i siły wyższe nie poskąpią nam światła).

      Warto dotrzeć na amerykański Zachód. I nie powinny nas zniechęcać stereotypy kulturowe, jakie funkcjonują zwłaszcza w Europie od czasu, kiedy „Ameryka” przestała być modna i godna pożądania :)

      PS. Ciekaw jestem Twojej podróży do Włoch (czy napiszesz coś o niej na swoim blogu?)
      Skoro o Włoszech mowa – może zainteresuje Cię to, co napisałem kiedyś pod wrażeniem mojej włoskiej podróży (głównie po Toskanii):

      https://wizjalokalna.wordpress.com/2010/08/18/toskania-w-drodze-do-krain-z-mitow-i-snow/

      Pozdrawiam

      • Daga Says:

        Przeczytałam Twoje zapiski z Włoch już dawno – kiedy trafiłam na tego bloga, ale sierpień jest dla mnie takim miesiącem, w którym tyle się dzieje, że wciąż nie miałam czasu, żeby tu coś więcej napisać. Na szczęście, po dłuższej nieobecności w blogosferze – w pisaniu, i czytaniu, wracam.
        Twoje spostrzeżenia – na przykład a propos celu podróży, były podobne do moich. Fajnie było też przeczytać relacje Dostojewskiego czy Stendhala ze spotkania z Toskanią – dzięki, że je zamieściłeś!
        Zresztą, w zeszłym roku byłam właśnie w Toskanii i tam chyba wszyscy mamy podobne odczucia. Toskania niewątpliwie uwodzi. Tegoroczna podróż przyniosła wiele nowych wrażeń, choć i tym razem wybrałam się na północ Włoch, to jednak tym razem było bardziej miejsko. Niebawem coś opublikuję :)

        Pozdrawiam serdecznie :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          W Toskanii byłem ładnych parę lat temu, słyszałem jednak, że i ona robi się coraz bardziej turystyczna.
          Choć w samej turystyce nie należy się dopatrywać samego zła, to jednak obyczaje (i wymogi) zwłaszcza turystyki masowej, mogą czasami bardzo niekorzystnie wpłynąć na to, co w danym rejonie świata jest unikalne, nieskażone obcymi wpływami, nieskomercjalizowane… (Przykłady tego można znaleźć chociażby w Azji, gdzie turystyka masowa przeobraziła bardzo Tajlandię, a teraz to samo dzieje się teraz z Birmą – i często, niestety, nie są to przeobrażenia pożądane z kulturowego punktu widzenia, ulegając komercji i zachodniemu konsumpcjonizmowi.

          A jeśli coś opublikujesz o Toskanii, to chętnie przeczytam.
          Pozdrawiam,
          S.

  9. Onibe Says:

    wzruszyła mnie ta płatna platforma dla fotografów ;-). Ameryka w pigułce: ułatwią życie zawsze jeśli tylko się to opłaca ;-D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No, to ułatwianie życia w Ameryce nie zawsze jest jednak związane z tym, że ktoś chce zrobić na tym interes. Czasami chodzi po prostu o… ułatwienie życia ludziom ;)
      Amerykanie bywają jednak praktyczni i pomysłowi.

      A jeśli chodzi o tę platformę dla fotografów?
      Ktoś przecież wydał na to pieniądze, poświęcił czas żeby ją z budować – to dlaczego nie miałby oczekiwać, że ci, którzy z niej korzystają, zwrócą mu koszty?
      Trudno to zresztą uznać za intratny biznes – wielkich pieniędzy z tej platformy nie było, opłata była niewielka (już nawet nie pamiętam ile to kosztowało – gdyby było drogo, to pewnie bym to sobie (po)pamiętał.

      PS. Sprawdzę, czy nie mam zdjęć tej platformy. Ale chyba jednak nie mam – widocznie uznałem, że nie warto ją fotografować ;)
      PS2. Tylko ta płatna platforma Cię w tych zdjęciach – i w ich opisie – poruszyła?

      • Onibe Says:

        nie, nie tylko platforma przykuła moją uwagę, ją jednak doceniłem w wymiarze symbolicznym ;-). Amerykanie są przedsiębiorczy i nikt im tej przedsiębiorczości nie ma za złe. W Polsce gdybyś wybudował most przez rzeczkę płynąca po Twoim gruncie, to Cię by zaraz lud bogobojny zjadł, gdybyś pobierał myto za transfer ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          :)
          Ja podejrzewam, że tę platformę wybudowały po prostu władze Sturgis (bo platforma znajdowała się przecież na ulicy, która jest własnością miasta) i że ewentualny zysk (choć wątpię, czy było to przedsięwzięcie zyskowne – i nastawione na zysk) zasiliły kasę miejską.

        • Onibe Says:

          może i tak być. Rzecz w sumie drugorzędna ;-)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s