WYPRAWA NA ZACHÓD (Wielkie Równiny – Góry Skaliste – Łuki Skalne – Dolina Monumentów – Wielki Kanion – Las Vegas – Dolina Śmierci – Zion – Bryce Canyon – Grand Teton – Yellowstone – Czarne Wzgórza)

Poniższy tekst opisuje podróż jaka odbyła się latem 2009 roku. Opisy poszczególnych dni naszej podróży powstawały „na gorąco” i były publikowane sukcesywnie – i oczywiście „na żywo” – niemal każdego dnia naszej eskapady – stąd być może pewne niedociągnięcia stylistyczne, może nawet rzeczowe. Niewykluczone, że ów (swego rodzaju) dziennik podróży może się przydać tym, którzy sami planują podobną przygodę i pragną na własne oczy przekonać się o pięknie i niezwykłości amerykańskiej ziemi.

.

Stany Zjednoczone Wyprawa na Zachód - trasa

*

Zapraszam wszystkich na włóczęgę po Ameryce.
Kilka dni temu przyleciała do Chicago (miasta, w którym aktualnie mieszkam) moja siostra wraz z całą swoją rodziną (mąż i dwie córki). Po częściowej aklimatyzacji porywam ich wszystkich na amerykański Zachód. Nasza podróż będzie trwała ponad dwa tygodnie. Wyruszamy już jutro, tj w sobotę 25 lipca, wcześnie rano. Jeszcze tego samego dnia musimy przejechać Wielkie Równiny – pierwszy nocleg planujemy w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych.
Trasa naszej wycieczki będzie przebiegać przez następujące stany: Illinois, Iowa, Nebraska, Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, Idaho, Wyoming, Montana, Dakota Południowa, Minnesota, Wisconsin… Po drodze zobaczymy m. in. Wielki Kanion Rzeki Kolorado, parki narodowe Utah (Zion, Bryce, Arches), Dolinę Monumentów, Sedonę, Las Vegas, Dolinę Śmierci, Wielkie Słone Pustynie, Grand Teton, Yellowstone, Diabelską Wieżę, Czarne Wzgórza, rzeki Missisipi i Missouri…

Nie muszę chyba pisać o ekscytacji i gorączce podróży jaka właśnie nas ogarnia. Jeśli wszystko będzie przebiegać pomyślnie, to postaram się o zamieszczanie tutaj krótkich wpisów, tak by można było śledzić nasze losy i poczynania (skierowane to będzie nie tylko do naszych rodzin, znajomych i przyjaciół, ale i do wszystkich tych, którzy odwiedzają tego bloga i których to zainteresuje).
Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępem do internetu, jak również ogólną kondycją, samopoczuciem i – naturalnie – czasem.

Cóż… wypada tylko życzyć sobie szerokiej drogi :)
I do usłyszenia!

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

Droga przez Wielkie Równiny (gdzieś na autostradzie I-80 w stanie Nebraska)

*

DZIEŃ 1: WIELKIE RÓWNINY

„Go West Young Man” – pisał Horacy Greeley w połowie XIX wieku, zachęcając do podboju amerykańskiego Zachodu, wówczas jeszcze niemal dziewiczego i pół-dzikiego, będącego ziemią wolnych Indian i nieprzebranych stad bizonów pasących się na preriach.
Były to czasy, kiedy tysiące białych osadników – pionierów – ruszyło po wyboistych bezdrożach wgłąb kontynentu w poszukiwaniu lepszego życia, które zawsze wydawało się być wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie było.
Wędrówka, będąca wszystkim tylko nie romantyczną wyprawą, jaką kreowały amerykańskie mity podboju, trwała kilka miesięcy – w trudzie, znoju i mordędze – dziesiątkując po drodze osadników.

Dzisiaj tę odległość pokonaliśmy w kilkanaście godzin, przemierzając Wielkie Równiny dawnym, biegnącym wzdłuż rzeki North Platte, szlakiem Mormonów, który dzisiaj zwie się po prostu autostradą międzystanową I-80.
Z Wietrznego Miasta wyruszyliśmy skoro świt. Jazda przez stan Illinois trwała niespełna trzy godziny. Po przekroczeniu Missisipi znaleźliśmy się w Iowa, a po minięciu Missouri – w Nebrasce, gdzie czekało nas kolejne 400 mil do przebycia. Pod koniec dnia wjechaliśmy do Kolorado, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg in the Middle of Nowhere, czyli w zabitej sidingiem dziurze, w której – jak tu mówią – kojoty d. wyją.

Większość tej notki piszę jeszcze w czasie jazdy przez Nebraskę. Mijamy jakieś miejscowości o indiańskich, francuskich lub niemieckich nazwach, otoczeni płaskimi jak patelnia terenami, oblani morzem kukurydzianych pól. Rzadko rozsiane farmy, przypominające coś w rodzaju rakietowych wyrzutni silosy, latające „kukuryźniki” opryskujące bezkresne uprawy… no i naturalnie towarzyszące nam na autostradzie tysiące amerykańskich ciężarówek przypominających gigantyczne, lśniące, metaliczne zabawki dla dużych chłopców.

Życie nasze oddałem właśnie w ręce szwagrowi, który zresztą po raz pierwszy w życiu prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów. Maszynę mamy niezłą – wielki, solidny, ale prowadzący się lekko SUV Chevrolet Tahoe. Nasze dziewczyny rozłożone na tylnych siedzeniach coś tam właśnie czytają, z głośnika płynie dość smętne country (no cóż, na wycieczkach staram się być wyrozumiały, tolerancyjny i spolegliwy).

Wielkie Równiny nie należą raczej do tych ekscytujących amerykańskich pejzaży. Wręcz przeciwnie – poraża ich monotonia, nudna powtarzalność, bezbrzeżna rozległość, „nic-nie-dzianie-się”, wielkie a mdłe (zwłaszcza dzisiaj) niebo.
Jednakże, kiedy 17 lat temu jechałem przez nie po raz pierwszy, nie sprawiały na mnie takiego wrażenia. Lecz to były czasy mojej konkwisty i odkrywania kraju, który zwabił mnie wówczas obietnicą wolności i przygody – właśnie tym bezkresem ciągnącej się po horyzont, niekończącej się drogi, ogromem przestrzeni, którą można się było zachłysnąć wydostawszy się ze zgrzebnej i szarej klatki PRL-u.

Dawno już tędy nie jechałem. Ostatni raz – około 9 lat temu. Później tę odległość pokonywałem zwykle samolotem – latając z Chicago do Denver, Phoenix, Los Angeles, Salt Lake City, Las Vegas, Reno, San Francisco, Portland lub Seattle. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Może tylko mniej jest krów, rozwalających się stodół; więcej za to olbrzymich białych wiatraków, czy kilkusetmetrowych konstrukcji do podlewania pól. Tyle samo zaś upraw, pastwisk, topoli, kukurydzy, soi oraz… robót drogowych, które zwalniają nieco nasz pęd (wynoszący zwykle 130 km./godz.) Cała eskapada dopiero się rozpoczyna. Jutro czekają nas scenerie zgoła odmienne. I ta niewiarygodna, dramatyczna wręcz zmienność będzie nam już towarzyszyła właściwie do końca naszej dwutygodniowej podróży.

Licznik: 882 mile

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)

.

DZIEŃ 2: GÓRY SKALISTE

Zmrok zapadł nagle – jak to w górach. Jesteśmy już po zachodniej stronie potężnego pasma Gór Skalistych, w których spędziliśmy większość dnia. Na nocleg do Grand Junction (miasteczko położone jeszcze w stanie Kolorado, tuż przed granicą z Utah), jest jeszcze około godziny jazdy.
Mam teraz chwilę oddechu, więc spróbuję jeszcze coś wykrzesać z mojego lekko umęczonego już mózgu i napisać tych parę słów o naszych dzisiejszych poczynaniach i wrażeniach (chociaż nie będzie to łatwe).

Rocky Mountains National Park to pierwszy park narodowy na naszej trasie (będzie ich jeszcze bodajże siedem.) Kilkadziesiąt tysięcy hektarów wydzielonych z górskiej wilderness, czyli „dziczy” – wraz z fauną i florą, która ostała się w stosunkowo nienaruszonym stanie od XIX wieku, kiedy to biały człowiek dokonał największych spustoszeń na tzw. Dzikim Zachodzie, wybijając wówczas niemal wszystkie drapieżniki, eksterminując wiele innych gatunków, wycinając lasy oraz eksploatując wszelkie możliwe złoża cennych kruszców i minerałów. Opamiętanie (a i to nie u wszystkich), przychodziło później, choćby wraz z rozwojem systemu parków narodowych, który stał się właściwie wzorem dla całego świata, jeśli chodzi o kontrolowaną rządowo ochronę środowiska naturalnego. Wprawdzie na cofnięcie się ekspansji ludzkiej cywilizacji w Naturę nie ma co liczyć, to jednak te (uspakajające nieco nasze sumienie) enklawy przyrody zakonserwowanej w rezerwatach, parkach czy sanktuariach są czymś ze wszech miar godnym poparcia.
Lecz o tym można by pisać długo, a na to raczej nie mogę sobie tutaj pozwolić.

Wspomnę jedynie, że dziś największym dla nas przeżyciem było pokonanie leżącej na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych przełęczy Trail Ridge, która wyniosła nas na niebotyczną (niemalże) wysokość 3723 m. n.p.m. (nota bene rekord naziemnej wysokości dla towarzyszącej mi rodziny). Lecz zanim to się stało, nad ranem musieliśmy przebyć jeszcze zachodnie kresy Wielkich Równin, następnie pełne wąwozów przedgórze, za którym majaczyły już w oddali pokryte wieczną zmarzliną granie i ośnieżone szczyty Gór (jak najbardziej) Skalistych.

Kiedy wjeżdżaliśmy na teren parku narodowego pogoda była jeszcze całkiem znośna, choć pobliskie doliny zaczęły się zapełniać sinymi kłębami mgieł i chmur, które – w miarę jak pokonywaliśmy coraz wyższe górskie strefy – coraz bardziej dobierały się nam do skóry. Na szczęście pogoda nie załamała się jeszcze na tyle, by uniemożliwić nam pokonanie dość krótkich wprawdzie ale położonych za to na dużej wysokości, pieszych szlaków. Była więc okazja by przyjrzeć się roślinności, którą tutaj nazywają alpejską tundrą. Z bliska widzieliśmy świstaki, z daleka zaś – olbrzymie stado łań i jeleni wapiti. Nie zabrakło także łosi, chociaż owce gruborogie (będące zwierzęcym symbolem Gór Skalistych) już gdzieś się pochowały (o czarnych niedźwiedziach – baribalach nie wspominając).

Mały dramat zaczął się kiedy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy – już po zachodniej stronie Wododziału Kontynentalnego. Wokół nas rozpętała się gwałtowna burza, ogarnęły nas ciemności, a z góry lunęła na nasze głowy (a właściwie na dach samochodu) cała masa wody, dzięki czemu jazda zaczęła przypominać jakiś ekstremalny sport. Z wielkim trudem dotarliśmy do autostrady I-70. Wtedy deszcz przestał padać, świat się rozjaśnił i już w niejakim komforcie mogliśmy kontynuować naszą podróż na zachód.

Tak więc siedzę oto teraz w pędzącym przez noc wehikule, sącząca się z głośników Sarah Brightman uśpiła wszystkich… z wyjątkiem oczywiście kierowcy. Mijamy właśnie Grand Junction. Do Fruity (czyli założonej jeszcze przez Mormonów „Owocarni”) gdzie mamy nocleg, zostało nam niecałe 14 mil. Czyli pestka!

Jutro znów czeka nas wielka odmiana: porośnięte lasem ciemno-zielone, rudo-szare zbocza Gór Skalistych pozostaną wspomnieniem, a ogarną nas płomienne żółto-pomarańczowo-czerwone scenerie Płaskowyżu Kolorado, ze swoją niepowtarzalną geologią, niewiarygodnymi formacjami skalnymi, zadziwiającymi tworami przyrody.
(A jeśli ktoś w tej chwili myśli, że ulegam przesadnej egzaltacji, to się myli, o czym zaświadczyć mogą tylko ci, którzy mieli to szczęście, by zetknąć się wcześniej chociażby z Wielkim Kanionem, Doliną Monumentów, czy niezwykłymi parkami narodowymi w Utah. To wszystko przed nami.)

Licznik: 1362 mile

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

Łuk Delkatny w Parku Narodowym Łuków Skalnych (Utah)

.

DZIEŃ 3: ŁUKI SKALNE w UTAH

Pierwszy prawdziwy szok krajobrazowy czekał moich towarzyszy podróży dzisiaj, kiedy wjechaliśmy na Ziemię Kanionów w Utah.
I tutaj chciałbym napisać o moim „odkryciu”, którego dokonałem jeszcze przed laty, kiedy przemierzałem te rejony bawiąc się w pilota prowadzącego wycieczki po amerykańskim Zachodzie. Co ciekawe, nie znalazłem wtedy żadnej o tym miejscu wzmianki w przewodnikach, którymi się wówczas posiłkowałem. A wystarczyło zjechać z autostrady I-70 na lokalną drogę 128 (Exit 214) prowadzącą do Moab wzdłuż kanionu wyżłobionego przez rzekę Kolorado. Wprawdzie nie jest to jeszcze Kanion Wielki (tubylcy nazywają go bodajże Hal Canyon), ale moim zdaniem tworzy on jedną z najbardziej spektakularnych scenerii na kontynencie.
Niestety, żadne zdjęcie, żadne filmy, żadne słowa nie są w stanie oddać wrażenia, jakiego doznać można w bezpośrednim zetknięciu się z tym miejscem: wijąca się wśród stromych, wysokich na kilkaset metrów pomarańczowo-czerwonych klifów kolorowa rzeka, której brzegi porastają żółto-zielone krzewy i zarośla, zaś tło stanowią sterczące w oddali potężne skalne ostańce, przypominające jakieś zamki, wieże, kolumny, amfiteatry, mury obronne, twierdze…

Jednak chciałbym przy tej okazji wspomnieć jeszcze o innym miejscu, które zobaczyliśmy zaraz po zjechaniu z autostrady. Jest to „miasteczko”, które w moim rankingu najdziwniejszych (i najbiedniejszych) amerykańskich miast zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nazywa się dziwowisko Cisco. Trudno je nawet nazwać miastem-widmem, bowiem nagromadzenie w nim przeróżnych złomów, ruin, ruder, wraków i baraków, walących się ścian, padniętych maszyn i urządzeń przywołuje do nas jak najbardziej materialne skojarzenia. Wygląda też na to, że mimo wszystko jest ono jednak zamieszkałe, o czym świadczą widoczne tu i ówdzie… anteny satelitarne i zaparkowane przy drodze samochody, (które chyba jednak są jeszcze na chodzie.)
Dla mojej rodziny to był doprawdy szok – tym razem socjologiczny. (Krajobrazowy miał nastąpić za kilka chwil, bowiem Cisco leży na owej samotnej drodze prowadzącej przez czerwoną pustynię do Kanionu Hala, o którym przed chwilą wspomniałem.)

Tak, tak… te amerykańskie kontrasty to temat godny osobnego (i szczególnego) potraktowania, co jednakże mogłoby rozdąć te notatki do lekko przerażających rozmiarów, a ja tu straszyć nikogo (i stresować) nie zamierzam, choć, jak widzę, to co miało być w tych notatkach tylko dygresją, rozrosło mi się do rozmiarów dłuższego wpisu.

A przecież główny temat dzisiejszego dnia stanowić miały niesamowite łuki skalne, które czekały na nas w Arches National Park. Łuki, o których całe moje towarzystwo już wiedziało wcześniej choćby ze zdjęć, z przewodników, z albumów, a nawet… z tablic rejestracyjnych Utah, na których widoczny jest tzw. Delicate Arch, będący zresztą (niejako) symbolem całego stanu.
W parku Łuków Skalnych spędziliśmy niemal cały dzień, bowiem jazdę zamieniliśmy na piesze wędrówki po licznych szlakach prowadzących do najciekawszych łuków i formacji skalnych. Już same nazwy mówią za siebie: Park Avenue, Windows, Double Arch, Landscape Arch, Pot Hole, Devils Garden, Fiery Furnace, Courthouse Towers, Balanced Rock, Garden of Eden…
Jak przystało na pustynię – było sucho i gorąco, żar lał się na nas z nieba, wypijaliśmy całe hektolitry wody, wsmarowywaliśmy w siebie całe kilogramy kremów przeciwsłonecznych, jednak dość dzielnie dawaliśmy sobie radę z liczącymi po kilka kilometrów szlakami. Najdłuższą i najbardziej chyba jednak wyczerpującą wędrówkę zostawiliśmy sobie na późne popołudnie, kiedy światło słoneczne zmiękło i nie było już tak mocne, dzięki czemu można było w miarę bezboleśnie przejść przez rozległą i otwartą skalną płaszczyznę, która w pełnym południowym słońcu zamienia się w jedną wielką rozgrzaną patelnię.
Był to właśnie szlak prowadzący do Delicate Arch.

Swoją drogą dziwnym mogłoby się wydawać to, by utworzony ze skały łuk – wielki, twardy i ciężki – nazywać „Delikatnym”. Kiedy jednak – pokonawszy dość forsowne podejście i zawieszoną nad przepaścią, prowadzącą po skalnej półce ścieżkę – odsłania się przed nami widok tego najsłynniejszego bez wątpienia skalnego łuku świata, bez mała oniemiejemy zadziwieni jego… wyrafinowanym kształtem i niemalże misterną budową.

Pod łukiem spędziliśmy ponad godzinę, spoczywając wraz z dziesiątkami innych ludzi na skale tworzącej coś w rodzaju skalnego amfiteatru – z Delikatnym Łukiem w miejscu sceny. I mimo że – jak ktoś zauważył – ten łuk tam tylko „siedział” i nic nie robił, to spektakl był zaiste pasjonujący, tym bardziej że światło zachodzącego słońca z minuty na minutę zmieniało kąt padanie i swoje natężenie, pociągając za sobą zmianę barwy samego łuku, jak również otaczającej go scenerii – wraz z majaczącymi daleko na horyzoncie górami La Salle.
Patrząc na ów skalny łuk zastanawiałem się także i nad tym, skąd biorą się te nasze doznania estetyczne w zetknięciu z tworami natury. (Myślałem o tym nie pierwszy raz, zresztą.) Czy to dlatego, iż my, tworząc naszą estetykę, naśladowaliśmy Naturę, w związku z czym może się w niej odbić – niczym w zwierciadle – nasz zachwyt? Czy też Natura sama dokonała niejako „zapisu” w nas pewnego kanonu – poczucia piękna, dzięki czemu możemy w niej owo piękno dostrzegać?
Ale, ale… to przecież temat do niewczesnych rozważań. Może kiedyś…

Wróćmy jednak do naszego itinerary.
Jutro wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Navaho. A to już Arizona. I kolejne nieziemskie widowisko: Dolina Monumentów!

Licznik: 1511 mil

Dolina Monumentów leży na terenie rezerwatu Indian Navaho w Arizonie

Dolina Monumentów – rezerwat Indian Navaho w Arizonie

.

DZIEŃ 4: DOLINA MONUMENTÓW

Grand Mesa, Valley of the Gods, Goose Necks (czyli przełomy rzeki San Juan), burza piaskowa, skalny Meksykański Kapelusz, deszcz i błoto w Dolinie Monumentów, powitanie Arizony, rezerwat Nawahów, pierwsze prawdziwe zetknięcie się z Indianami, zachód słońca nad Navajo Land….
To skrócona wersja historii naszego dzisiejszego dnia.
Niemal cały czas towarzyszyły nam scenerie jakby z innej planety, często też można było odnieść wrażenie, iż bierzemy udział w jakimś filmie, zwłaszcza podczas wycieczki z indiańskim przewodnikiem po Dolinie Monumentów.

Pierwsze mocniejsze emocje zaczęły się dla nas, kiedy przyszło nam zjeżdżać z płaskowyżu zwanego Grand Mesa do Doliny Bogów. Jakimś cudem udało się komuś wykuć drogę na pionowej, liczącej kilkaset metrów wysokości ścianie. Dozwolona prędkość na owej żwirowej drodze to 5 mil na godz. A to mówi samo za siebie. Kobiety zakrywały oczy nad przepaścią, muzyka Pink Floydów przenosiła nas w kosmiczne wymiary, ale w końcu znaleźliśmy się u stóp wielkiej ściany i wjechaliśmy na dno doliny, której niezmierzoną przestrzeń widzieliśmy wcześniej z krawędzi Mesy.

Valley of the Gods (Dolina Bogów) to takie preludium do Monument Valley. Jednak monumenty tu nieco mniej monumentalne, Indian raczej się nie uświadczy, spotkane samochody można policzyć na palcach jednej ręki… ale za to mogliśmy się już przyzwyczajać do czerwonego morza piasków, otaczającego nas – jak okiem sięgnąć – ze wszystkich stron.
Jednak czerwień to nie jedyny kolor, jakim zabarwione są tutejsze skały. Są nimi wszelkie odcienie błękitu, zieleni, fioletu, brązu… A wszystko ułożone we wzory godne prawdziwego malarza abstrakcjonisty.
I te niezwykłe rzeźby wokół!
Oto np. Meksykański Kapelusz (Mexican Hat) – niczym odwrócone do góry rondem wielkie kamienne sombrero spoczywające na szczycie stożkowatej skały. Oto wijące się niczym meander koryto rzeki San Juan, które przypomniało komuś wygięte gęsie szyje (Goose Necks), oto skała do złudzenia przypominająca profil Indianina, wysoką twierdzę, gigantycznego słonia…
Gdzieś po drodze złapała nas piaskowa burza (znowu debiut dla mojej siostry i jej rodziny). Cały kolorowy świat zrobił się nagle ciemny i szaro-niebieski. Byliśmy na szlaku, więc posypały się na nas potężne zwały piachu, wciskając się dosłownie wszędzie. Nasze włosy przybrały rudą barwę, w zębach zaczął zgrzytać piach, a oczy zrobiły się czerwone. Zaraz potem jednak zaczął padać deszcz – i to było nasze pierwsze mycie (z wielu) , mające na celu pozbycie się piachu.

Ta pogoda zmartwiła mnie jednak tylko z jednego powodu: pod znakiem zapytania stawała nasza wizyta w Monument Valley. A to przecież jedno z najwspanialszych miejsc na naszej trasie: leżąca na terenie rezerwatu Indian Navaho Dolina Monumentów jest bowiem bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych i niezwykłych miejsc – nie tylko kontynentu Ameryki Północnej, ale i całego globu.
Jeśli chodzi o mnie, to od dziecka marzyłem o zobaczeniu na własne oczy tego zakątka Dzikiego Zachodu, który znałem jedynie z westernów (był to przede wszystkim „Dyliżans” Johna Forda, ale nie tylko…).

Na szczęście aura nieco się wyklarowała więc można było myśleć o zapuszczeniu się wgłąb Doliny. Byłem tu już wielokrotnie, ostatnim razem wjechałem do Monument Valley samodzielnie, lecz teraz zdecydowałem się, by towarzyszył nam indiański przewodnik. Bowiem tyko z uprawnionym do tego celu tubylcem można odwiedzić dalsze, a przecież niezmiernie ciekawe, zakątki Doliny. Tak też się stało.
I tutaj wielce żałuję, że brakuje mi miejsca i czasu, by dokładniej opowiedzieć o tym, co widzieliśmy (i przeżyliśmy) z naszym Howardem vel Husky’m (tak właśnie zwał się nasz Indianin) na zalanych wodą (sic!) i pogrążonych w błocie bezdrożach Monument Valley, i jak mocnych wrażeń ta eskapada nam dostarczyła. Podobnie jak nie jestem w stanie choćby poruszyć tematu dotyczącego Indian Ameryki Północnej, który mnie w czasach moich szczenięcych mocno zajmował, wręcz pasjonował.
Wspomnę jedynie o przepięknym (jak zwykle tutaj) zachodzie słońca, (który nigdy mnie jeszcze w Dolinie Monumentów nie zawiódł, bez względu na to jak paskudna byłaby pogoda w ciągu dnia.) To właśnie wtedy Dolina Monumentów staje się jednym z najbardziej malowniczych, wręcz mistycznych miejsc, jakie zobaczyć można na naszej planecie.

No cóż. Muszę kończyć, zbliżamy się bowiem do Tuba City – miejscowości, gdzie znajduje się nasz kolejny nocleg.
A jutro?
Najbardziej widowiskowa dziura w ziemi – Wielki Kanion!

Licznik: 1817 mil

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie

.

DZIEŃ 5: WIELKI KANION

Sława Wielkiego Kanionu jest globalna. Kto o nim nie słyszał? Któż nie chciałby – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć na własne oczy ten „cud natury”? Podejrzewam, że pragnieniu temu nie oparliby się nawet ci, którzy są zupełnie niewrażliwi na piękno przyrody – choćby ze zwykłej ciekawości.
Nie jest to teraz takie trudne. Wystarczy tylko przybyć do Arizony, wsiąść do samochodu, autokaru a może nawet do pociągu i w ciągu paru godzin stanąć na krawędzi największego (choć nie najgłębszego) i jednego z najbardziej malowniczych kanionów świata. Dawniej nie było to takie trywialne. Aby się tu dostać, potrzeba było kilku dni jazdy konnej ścieżkami znanymi tylko żyjącym w tych stronach Indianom i traperom.

Kiedy uczestnicy jednej z pierwszych wypraw eksplorujących zachodnie rubieże Ameryki zobaczyli ogrom oraz przestrzenne rozpasanie Kanionu, stwierdzili, że jest on czymś tak odstraszającym, że są pewnie ostatnimi białymi, którzy chcieliby się tu zapuścić. Obecnie Wielki Kanion zwabia każdego roku ponad 4 miliony turystów.
Tak oto zmienia się nasza ludzka perspektywa.
Drzewiej ważne było tylko praktyczne podejście do przyrody, którą trzeba było okiełznać, gdyż było to konieczne do przeżycia. Dziś liczy się zaspokojenie własnej ciekawości, dotarcie do miejsc znanych, zobaczenie ich – co jest w pewnym sensie celem samym w sobie.
Możemy być natomiast pewni tego, że kiedy blisko pół tysiąca lat temu dotarli tu pierwsi Europejczycy (a konkretnie hiszpańscy konkwistadorzy pod wodzą Francisco de Coronado), postrzegli oni Kanion jedynie jako przeszkodę na drodze do legendarnych złotych miast Ciboli, które chcieli złupić.

Dziś Wielki Kanion jest dobrem wręcz bezcennym i bynajmniej nie mam tu na myśli tylko arizońskiej turystycznej komercji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bezcennym tak, jak bezcenne są dzieła sztuki stworzone przez człowieka, bowiem, podobnie jak w nich, zamknięte jest w nim to, co uznajemy za piękno.

Swoje trzy grosze wtrąciłby też geolog, dla którego Wielki Kanion jest pasjonującą księgą z zapisaną w niej historią naszej planety. A sięga ona tutaj niewyobrażalnej dla ludzkiej percepcji czasu wielkości 2 miliardów lat (taki jest wiek najstarszych skał, jakie odsłoniły się na samym dnie Kanionu). Zresztą, nie możemy sobie nawet wyobrazić czasu, w jakim rzeka Kolorado zdołała wyrzeźbić swoje dzieło, choć w skali geologicznej jest to ledwie chwila: cóż bowiem znaczy te marne 5 milionów lat wobec owych miliardów lat istnienia Ziemi?

Kanion w ogóle jest tworem, który trudno jest człowiekowi ogarnąć, przyswoić, „zrozumieć”… Przede wszystkim – jeśli chodzi o ocenę jego kolosalnej wielkości – zawodzą nas nasze zmysły. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich parametrów, brak nam jakiegoś punktu odniesienia, by pojąć te proporcje. Chociaż wrażenie robią już suche liczby: długość kanionu – 450 km., szerokość dochodząca do 16 km., głębokość – 1600 m. Wyobraźmy sobie taki twór np. w Polsce. Ileż to by zajęło województw?

Jak ludzie reagują na widok Kanion?
Otóż różnie.
Podczas wielokrotnych wizyt tutaj zaobserwowałem różnorodne reakcje: od pojawiających się w oczach łez, do zupełnej obojętności (ktoś wolał sobie pójść na lody, niż podejść nad krawędź i rzucić okiem na Kanion.) Dwa ekstrema, każde jednak zawierające w sobie pewną dozę ekscesu. Między nimi rozciąga się spektrum ludzkiej wrażliwości na Kanion.

Niejednokrotnie zastanawiałem się od czego to zależy? Od jakiejś organicznej konstytucji człowieka, od czułości jego zmysłów, od stanu ducha, samopoczucia, od nastawienia, sugestii… ? Jaki to ma związek z inteligencją, a jaki z wiedzą? Bardziej to cecha wrodzona czy nabyta? Czy jest to prosta funkcja ciekawości świata, na stawienia doń, albo też – z drugiej strony – obojętności na estetyczne walory, jakie niewątpliwie posiadać mogą twory przyrody?

Przypomina mi się tutaj pewna anegdota. Pewnego razu gościem stanu Arizona był słynny marszałek francuski Ferdynand Foch. Kiedy zaprowadzono znamienitego gościa nad krawędź i pokazano mu Kanion, wszyscy byli niezmiernie ciekawi jego reakcji. Zapadło milczenie i każdy z towarzyszącej marszałkowi świty nadstawił ucha, oczekując jakichś wiekopomnych słów. Wtedy Foch odwrócił się i powiedział: „Let’s have a cup of tea”.

Nie jestem marszałkiem Fochem. Za każdym razem, kiedy docieram nad kanion, robi on na mnie niezmiennie wielkie wrażenie.
Także i dzisiaj cieszyłem się z tego kolejnego z nim spotkania. Mam nadzieję, że i zadziwienie moich towarzyszy podróży było autentyczne. W końcu spotykali się z Kanionem pierwszy raz w życiu.

Na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu spędziliśmy niemal cały dzień, oglądając go z najciekawszych punktów widokowych: Grand View, Moran, Yavapai, Lipan. Późnym popołudniem zaś wybraliśmy się na Hopi Point, podobnie zresztą jak większość ludzi, gdyż taras ten słynie z najpiękniejszych zachodów słońca nas Kanionem. To właśnie o tej porze kolory wąwozu są najbardziej intensywne, pojawia się głębia i gra cieni… co chciałem (dość chyba jednak nieskutecznie) uchwycić aparatem fotograficznym – czego nieporadną próbkę załączam do mojego dzisiejszego wpisu (lecz to tylko namiastka).

Licznik: 2019

Las Vegas by night

Las Vegas by night

*

DZIEŃ 6: LAS VEGAS

Miasteczko Flagstaff, w którym spędziliśmy noc po odwiedzinach Wielkiego Kanionu, dzieli od Las Vegas kilkusetmilowa droga przez półpustynie Arizony. Zanim jednak tam dotarliśmy, zdecydowałem się zboczyć nieco z utartego szlaku i zajrzeć do położonej wśród sosnowych lasów Sedony, aby nieco otrząsnąć się z piasku pustyń, które pokonaliśmy do tej pory. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka godzin w parku stanowym Slide Rock, gdzie można się było wykąpać w orzeźwiającym strumieniu Oak Creek, którego koryto tworzy wygładzona skała, dzięki czemu w Oak Creek da się nie tylko pływać, ale i ślizgać (stąd nazwa parku), co sprawiło niezłą frajdę naszym dziewczynom.

Jednakże już w pobliskiej Sedonie zakurzyliśmy się ponownie, bowiem wypuściliśmy się naszym SUV-em w jeden z tych dzikich a kamienistych traktów, które prowadzą wśród otaczających miasto stromych, poszarpanych i wysokich czerwonych skał.

Lecz Sedona słynie w Ameryce nie tylko ze swojego malowniczego położenia i z tych wertepów. To właśnie tutaj ostatnimi laty ściągnęli zewsząd wyznawcy New Age, czekając na swój Rok Wodnika i ładując się emanującą ponoć ze skał energią. Miasteczko pełne jest więc artystów, ludzi uduchowionych, a także zwykłych dziwaków. Do tego grona dołączyliśmy także i my. Lecz tylko na chwilę. Zaraz bowiem musieliśmy uderzyć w dalszą drogę na północny zachód – w kierunku Nevady.

* * *
Do Las Vegas najlepiej jest wjeżdżać nocą, kiedy to położone w niecce miasto przypomina migotliwe morze świateł. Iluminacyjne wrażenie potęguje się, kiedy zbliżamy się do tzw. „stripu”, czyli położonego wzdłuż Bulwaru Las Vegas pasma rozświetlonych neonami największych kasyn ogarniętych zupełnie szaloną feerią barw. I bez względu na to, jak byśmy sobie to miejsce nie wyobrażali i co byśmy o nim nie sądzili, to widok ten przyprawia niemal każdego zjawiającego się tu po raz pierwszy człowieka o większy lub mniejszy (nie tylko estetyczny) szok.

Mam swoje dość jednoznaczne i wykrystalizowane zdanie o Las Vegas. Nie jest to mój świat, ani moja estetyka, ani też rodzaj rozrywki, który preferuję, a mimo wszystko uważam, że to jedno z największych dziwowisk świata absolutnie warto – przynajmniej raz w życiu – zobaczyć. Nasze zadziwienie będzie totalne. Nic bowiem nie jest w stanie przygotować nas na zderzenie się z tym fenomenem (a to, że jest to swego rodzaju fenomen nie ulega wątpliwości) – żaden film (a były ich o Las Vegas dziesiątki), żaden opis czy relacja.

Oczywiście, że jest to monstrualny kicz, z którym nic nie może się równać; naturalnie, że jest to apogeum konsumpcyjno-eskapistycznej cywilizacji, która na aksjologicznej – i dosłownej (w sensie geograficznym) – pustyni wybudowała swój Babilon.

Jednakże ta apoteoza kiczu nie jest tandetą ani też totalnie skrojonym na prostackie gusta lunaparkiem. Zbyt dużo w niej wyrachowanego zamysłu, przemyślności, rzec można nawet – wyrafinowanej koncepcji. Niejaki podziw może również wzbudzić doskonałość konstrukcji tej ludyczno-hazardowej machiny – jej skuteczność wydajność, niezawodność i skuteczność.

Ale czego się nie robi dla pieniędzy.

W Las Vegas panuje zaskakujący porządek. Cóż, „Ordnung muss sein!” – jak mawiali starzy mafiozi, którzy pierwsi zainwestowali w kasyna, rozkręcając ów biznes na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

Uderzają lasvegaskie paradoksy, zadziwia historyczna ironia.
Las vegas to po hiszpańsku łąki (po których zresztą nie ma tu ani śladu, chyba że same kasyna uznamy za ośle łączki pasących się i karmiących złudzeniami hazardzistów), a miasto zostało założone przez purytańskich i pobożnych Mormonów. (Teraz jest to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie dozwolona jest prostytucja, choć oficjalnie burdeli w samym Las Vegas nie ma. Amatorzy płatnej „miłości” jadą więc na pustynne peryferia do dziur w rodzaju położonego nieopodal Doliny Śmierci Pahrump lub zamawiają sobie do pokoju hotelowego call girl… ale o tym to ja tylko wiem ze słyszenia).

Las Vegas bawi, tumani, przestrasza – oszałamia, zachwyca, budzi niechęć lub przyciąga… you name it! Jest czymś obliczonym na masowe wzięcie, odwołuje się do najprostszych (ktoś bardziej złośliwy mógłby rzec – najprymitywniejszych) ludzkich potrzeb i skłonności, takich jak np. seks, rozrywka, konsumpcja, rozładowanie, zapomnienie, ucieczka… Daje przy tym średniemu człowiekowi złudzenie uczestnictwa w bajce i luksusie. Stąd te wszystkie Bellagia, Paryże, Wenecje, Miraże, Pałace Cezarów, Excalibury, Wyspy Skarbów, Luxory… Stąd nieprzebrane, uginające się od żarcia bufety, czy widowiska, przy których Moulin Rouge może wyglądać na Kopciuszka.

Tak więc zderzyliśmy się z tym wszystkim już dzisiaj, niemniej jednak nie daliśmy się (jeszcze) porwać przelewającym się po Las Vegas Boulevard tłumom. Przyjechaliśmy dość późno, więc tylko zrobiłem małą rundę po stripie, by pokazać mojej rodzinie największe kasyna – z perspektywy samochodowego okna. Po kolacji w Excaliburze zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli sąsiadujących z Cesar Palace, Bally’s, Flamingo i Bellagio (a więc w samym epicentrum lasvegaskiego tygla) i udaliśmy się na spoczynek przed planowaną na jutro wyprawą do Doliny Śmierci.

Licznik: 2398 mil

Zabriskie Point - pozdrowienia z Doliny Śmierci

Zabriskie Point – pozdrowienie z Doliny Śmierci

.

DZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI

Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi, cali i zdrowi!
Może tylko trochę podpieczeni słońcem, lżejsi o parę kilogramów wypoconej z nas i wyparowanej wody.
Wycieczka trwała prawie cały dzień. Po pustyni arizońskiej będącej częścią krainy zwanej Sonora Desert, poznaliśmy pustynię kolejną, a mianowicie Mohave, która zajmuje nieomal całą Nevadę oraz sporą część południowej Kalifornii, gdzie leży Park Narodowy Doliny Śmierci. Tym sposobem „zaliczyliśmy” również kolejny stan na naszej trasie. (Jednakże na to, by dokładniej poznać Kalifornię potrzeba ciut więcej czasu. Ale to zupełnie inna bajka.)

Dolina Śmierci swą złą (i dobrą) sławę zawdzięcza swojej wyjątkowości, o której decyduje jej położenie geograficzne: jest to bowiem najgorętsze, najniżej położone oraz najbardziej suche miejsce na półkuli zachodniej. A oprócz tego zupełnie niezwykłe, jeśli chodzi o krajobraz.

Etymologicznie, polska „pustynia” przywodzi na myśl jakieś miejsce puste. Jednak, moim zdaniem, lepiej oddaje naturę pustyni angielskie słowo desert, które kojarzy się z czymś opuszczonym, porzuconym. Bowiem pustynia pełna jest niespodzianek, nie wspominając o tym bogactwie ukrytym, niewidocznym na pierwszy rzut oka, niezbyt oczywistym.
Dokładnie tak się sprawy mają ze słynną Doliną Śmierci.

Przede wszystkim zaskakuje jej różnorodność. Każde miejsce gdzie się zatrzymywaliśmy, wyróżniało się czymś swoistym, było na swój sposób wyjątkowe.
Oto Kotlina Badwater: rozległa, biała jak śnieg salina, gdzie znajduje się największa depresja (86 m. poniżej poziomu morza), a na jej obrzeżach – stosunkowo mała sadzawka słonej wody, gdzie żyją gatunki roślin i zwierząt tzw. endemiczne, czyli takie, które spotkać można jedynie w tym bajorku i nigdzie indziej na świecie. Furnace Creek, gdzie zanotowano rekordowo wysoką (dla obu Ameryk) temperaturę (57 st. C) – teraz jest to oaza z przypominającym miraż dużym zagajnikiem palm daktylowych. Sand Dunes – przywodzące na myśl Saharę piaszczyste wydmy. Devil’s Golf Course – rozległe pola porowatych minerałów, które komuś skojarzyły się z golfowiskiem dla diabłów. Artist Drive – wijąca się pośród kolorowych skalnych stożków wąska dróżka prowadząca do bajecznie kolorowej ściany zwanej Paletą Artysty. Scotty’s Castle – „zamek” wybudowany dosłownie na piasku przez pewnego ekscentryka z Chicago… (I bynajmniej nie wymieniłem jeszcze wszystkich ciekawych miejsc Doliny.)
Ale, ale… jakże mógłbym nie wspomnieć o złotych zboczach i wąwozach, które widzi się na Zabriskie Point (czy ktoś przypomina sobie film Antonioniego z muzyką napisaną specjalnie do tego filmu przez „Pink Floydów”?) Nota bene, to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Death Valley.

Dziś przez Dolinę Śmierci podróżować jest nieprzyzwoicie łatwo. Wsiada się do klimatyzowanego samochodu, jedzie z prędkością blisko 100 km. na godzinę, wysiada się na krótko, by z bliska zobaczyć co ciekawsze zakątki, robiąc niezbyt długie spacery, (które i tak pozwoliły nam odczuć na własnej skórze buchające żarem powietrze – na termometrze w Furnace Creek odczytaliśmy temperaturę 45 st. C !)
Służby parkowe kontrolują teren, by nikomu nie stało się nic złego. Są tu hotele, campingi, prawdziwe pola golfowe, stacja benzynowa, sklepy, restauracje a nawet… opera!

Zupełnie inne warunki towarzyszyły tu ogarniętym gorączką złota pionierom, którzy, podążając w połowie XIX wieku do złotonośnych pół Kalifornii, chcąc skrócić sobie drogę, trafili na dno Doliny, w której utknęli na kilka tygodni i tylko jakimś cudem nie zostali w niej na zawsze (niestety, nie udało się to dwójce z nich).
Kiedy przybyto im wreszcie z pomocą wyprowadzając z głębi kotliny, jedna z kobiet odwróciła się za siebie i powiedziała: „Goodbye Death Valley”. Nazwa przylgnęła.

W samej Dolinie Śmierci spędziliśmy ładnych parę godzin, a na koniec zafundowałem mojej grupie niespodziankę: widok Doliny Śmierci z punktu zwanego Dante’s View, położonego na grzbiecie pasma górskiego Amargosa, które ogranicza kotlinę od strony wschodniej. Dopiero stamtąd (z wysokości ponad półtora kilometra nad dnem Doliny) widać jej ogrom (100 km. długości).
No cóż, muszę kończyć, bo i tak się rozpisałem ponad miarę, a tu widać już w oddali Las Vegas, gdzie czeka nas jeszcze jedna noc. Może tylko zatrzymamy się jeszcze przy niezwykłych drzewkach Jozuego?

Jest późne popołudnie. Jaskinia hazardu blisko. Tym razem więc zobaczymy owo rozpasane curiosum w świetle dnia, a jest to widok diametralnie różny od tego, co widzi się w nocy.
A propos nocy… Wygląda jednak na to, że (mimo wszystko) pójdziemy dzisiaj spać bardzo późno.

Licznik: 2698 mil

w Parku Narodowym Zion - Utah

Taniec na skale – Ania i Ula w malowniczym Zion

.

DZIEŃ 8: ZION

Z szalonego Las Vegas wróciliśmy na ziemie Mormonów, czyli do Utah. Tak się złożyło, że to właśnie oni zaczęli w połowie XIX-go wieku zasiedlać ten rejon, który geologowie nazywają Płaskowyżem Kolorado. Moim skromnym zdaniem należy on do najciekawszych krajobrazowo regionów naszego globu – o czym mogliśmy się już przekonać oglądając Łuki Skalne, Dolinę Monumentów i Wielki Kanion.
Teraz czekały nas jeszcze parki narodowe Zion i Bryce Canyon, kolejne miejsca niezwykłe i zadziwiające.

Do Zionu dotarliśmy już po południu, jednakże mieliśmy wystarczająco czasu by zobaczyć najciekawsze miejsca parku, przejść się po kilku szlakach. Mimo że Las Vegas dawało się jeszcze we znaki, nie sposób było nie dostrzec Zionowego piękna, które jest monumentalne, a przez to uderzające.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam z tą egzaltacją, nadużywając przy tym określenia „piękny”, ale Bóg mi świadkiem, że jest się tu czym zachwycać, a moje słowa są jak najbardziej usprawiedliwione. Moja rodzina orzekła, że w Zion jest ładniej niż nad Wielkim Kanionem i ja to rozumiem, zwłaszcza kiedy idziemy pełnym zieleni wąwozem Rzeki Dziewiczej (Virgin River) a po obu naszych stronach wznoszą się wysokie na 700 – 800 metrów strome skalne ściany i to we wszelkich odcieniach brązu, czerwieni, żółci i bieli.
Te monolity mają swoje adekwatne nazwy: Dwór Patriachów (Court of the Patriarchs), Wielki Biały Tron (The Great White Throne), Świątynia Sinawava (Temple of Sinewava), Lądowisko Aniołów (Angels Landing)… Sama nazwa parku sięga tradycji Mormonów, którym kanion kojarzył się z biblijnym Syjonem.

Wpierw podeszliśmy pod Płaczącą Skałę (Weeping Rock). To rodzaj wilgotnej groty przypominającej skalny ogród. Po jej ścianach pną się dzikie bluszcze a z górnej półki zwisają roślinne girlandy, po których spływa woda, tworząc rodzaj kotary z kapiących, skrzących się w słońcu kropel.
Następnie szlak zaprowadził nas do Szmaragdowych Stawów (Emerald Pools). Po przejściu około kilometra, w cieniu olbrzymiej skalnej niszy natrafiliśmy na małe, otoczone głazami i krzewami jeziorko mieniącej się kolorami wody. Po stromym podejściu prowadzącym wśród skalnych uskoków, półek i ścian czekała nas kolejna niespodzianka – następne urokliwe bajorko, a na jeszcze wyższym poziomie – już zupełnie sporych rozmiarów (choć ukryty pod wysoką na kilkaset metrów ścianą) staw.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy można było do tego, liczącego około 16 km. długości kanionu wjechać swoim wehikułem. Na szczęście nie tak dawno zamknięto tu ruch dla prywatnych pojazdów, dzięki czemu Kanion oddano na powrót we władanie naturze: zamiast wycia silników i smrodu spalin, słyszymy jedynie odgłosy przyrody i oddychamy czystym powietrzem.

Lecz nie był to jeszcze koniec naszych dzisiejszych wrażeń.
Zupełnie nieprawdopodobna była droga, którą przejechaliśmy na drugą stronę parku. Najpierw był niezwykle stromy podjazd w kanionie, z którego, jak by się mogło wydawać, nie sposób się wydostać; później – przejazd tunelem przez sam środek „góry”, a następnie drogą, która prowadziła przez krajobraz iście fantastyczny, bo utworzony przez liczącą dziesiątki milionów lat skamieniałą pustynię żółto-czerwonych wydm porośniętych karłowatymi drzewkami.
Chylące się ku zachodowi słońce wydobywało z tego labiryntu skał coraz bardziej intensywne barwy i coraz większą głębię, poddając wszystko grze światła i cienia… Lekko oszołomieni pożegnaliśmy się z Zionem.
Już jutro ma nastąpić spotkanie z jego nie mniej osławionym sąsiadem – Kanionem Bryce’a.

Licznik: 3018 mil

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

Oślepiający koloryt i oszałamiające formy Kanionu Bryce’a

*

DZIEŃ 9: BRYCE CANYON

Na paradoks zakrawa to, że będący w zasadzie pustynią Płaskowyż Kolorado swą niezwykłą rzeźbę terenu zawdzięcza w dużej mierze wodzie. Naturalnie, za powstanie tego przedziwnego kalejdoskopu skalnych tworów są odpowiedzialne wszystkie czynniki atmosferyczne, ale woda jest tu siłą dominującą.

Dlaczego akurat w tym rejonie istnieje takie bogactwo geologicznych form – taka zdumiewająca różnorodność ukształtowania terenu, takie uderzające piękno krajobrazu?
Przyczyn jest kilka lecz najważniejsze to: stosunkowo młody wiek tych ziem (w skali geologicznej, oczywiście) oraz wyjątkowe zróżnicowane skalnych warstw, które zawdzięczamy bogatej historii regionu. Bowiem na przestrzeni setek milionów lat był on kolejno: oceanem, morzem, pustynią, bagnem, ponownie morzem i jeziorem, następnie dorzeczem, sawanną i jeszcze raz pustynią.

Wszystko nabrało dramatycznego przyśpieszenia około 15 milionów lat temu, kiedy płaskowyż zaczął się wypiętrzać. Wtedy siły erozyjne nabrały takiego impetu, że jego powierzchnia zaczęła się zmieniać w gwałtownym (jak na ziemskie warunki) tempie.
I tak jest do chwili obecnej, czego naocznymi świadkami możemy być nawet i my – istoty pojawiające się na powierzchni ziemi dosłownie na mgnienie oka – niczym jednodniowa jętka czy jakaś inna organiczna efemeryda. Gdyż na własne oczy widzieć możemy jak walą się skalne łuki i mosty, rozmywają i pogłębiają kaniony, wietrzeją skały, wysycha roślinność, tworzą się nowe jeziora…
Płaskowyż Kolorado należy więc do najszybciej zmieniających się krajobrazowo regionów na świecie. Dlatego tak bardzo różni się np. od amerykańskiego Wschodu, który ukształtował się na dobre już kilkaset milionów lat temu, kiedy to erozja spowodowała np. zniknięcie (przeminięcie z wiatrem i wodą) aż 7 km. skał osadowych, jakie kiedyś piętrzyły się nad dzisiejszymi Apallachami (czego nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, bo jest to po prostu niemożliwe).

Myślę, że ten przydługi wstęp potrzebny jest jednak do tego, by zrozumieć to, co właśnie rozwinęło się przed naszymi oczami.
A dzisiaj były to dziwy Kanionu Bryce’a.
Mimo, iż leży on właściwie po sąsiedzku Zionu, to różni się od niego diametralnie. Właściwie nie jest to kanion a zerodowana krawędź Płaskowyżu … hm, proszę się przygotować: Paunsaugunt, gdzie doliczyć się można tysięcy małych kanionków „szczelinowych” (jeśli dobrze tłumaczę angielską nazwę slot canyon). Tym sposobem powstało tu kilkanaście „amfiteatrów” wypełnionych całą masą skalnych wieżyczek, szpic, ostańców, okien, mostków, kolumn, łuków… a wszystko w czerwono-różowo-białej tonacji, podkreślającej tylko bajeczny charakter tej krainy.
Indianie nazywali ją Agka-ku-wass-a-wit, co można przetłumaczyć jako „pomalowani na czerwono ludzie”, ponieważ, według legendy są to po prostu zamienieni przez bogów w skałę złoczyńcy. Jeśli tak, to było ich sporo, bo amfiteatry wyglądają tak, jakby stały w niej wielotysięczne, skamieniałe i czerwone od wstydu tłumy.

* * *
Noc spędziliśmy w położonej nieopodal Kanionu Bryce’a osadzie Tropic, dlatego też w parku (używam tego słowa, gdyż Bryce Canyon również ma status parku narodowego) mogliśmy się znaleźć dosłownie w ciągu paru chwil, pozostając w nim do późnego popołudnia.
Nasze spotkanie z Bryce nastąpiło na punkcie widokowym zwanym Inspiration Point, skąd rozciąga się panorama najbardziej chyba widowiskowego amfiteatru. Jednakże nic nie zapowiadało tego, co czekało nas przy zejściu wgłąb kanionu, ponieważ widok z jego krawędzi jest zupełnie czymś innym, niż doświadczenie jego bliskości „od wewnątrz”, czyli na ścieżce prowadzącej na dół.
Szlak ten nosił nazwę Pętla Nawahów (Navaho Loop), a prowadził m.in. przez kanion szczelinowy zwany adekwatnie Ulicą Ścienną (Wall Street), jako że przypominał on dróżkę wciskającą się pomiędzy dwie strome i bardzo wysokie skalne ściany z czerwonego piaskowca. Jakby tego surrealnego wrażenia było mało, u jego wylotu rosły smukłe daglezje (odmiana świerka), które jakimś cudem zdołały tam się nie tylko uchować, ale i rozwinąć w całkiem okazałe drzewa.
Navajo Loop to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych szlaków, na jakie udało mi się w życiu trafić.

Przy okazji warto chyba wspomnieć o moich doświadczeniach z czasów, kiedy bawiłem się w przewodnika, pokazując grupom wycieczkowym najciekawsze zakątki tego regionu. Zauważyłem np., że takie miejsca jak Zion czy Bryce robiły na ludziach większe wrażenie, niż np. osławiony Wielki Kanion.
Dość łatwo było mi to jednak zrozumieć.
Wielki Kanion jest czymś, co przez swoją potęgę wymyka się naszej percepcji – jego skala ma po prostu w sobie coś „nieludzkiego”, w przeciwieństwie do Zionu czy Kanionu Bryce’a, z którymi można nawiązać kontakt niemalże „intymny”, łapiąc ich piękno w bezpośrednim, bliskim zetknięciu. Dzięki temu stają się one czymś swojskim, przykrojonym na naszą miarę.
Przy tym Zion bardziej zwykł był podobać się mężczyznom (ta jego monumentalna wyniosłość i solidność!), natomiast Bryce kobietom (ach ta jego różowo-pomarańczowa delikatność i wręcz koronkowość!) Świadczy to jedynie o tym, jak odmienne w charakterze są te dwa miejsca… no i oczywiście o różnicy w reakcjach wynikających z odmienności płci.

Wśród moich towarzyszy podróży opinie są więc podzielone. Ale to w niczym nam nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – przyjemnie zmęczeni po całym dniu wrażeń, mkniemy w kierunku stolicy Mormonów, a ja spokojnie mogę sobie wypisywać wszystkie te dyrdymały.

Licznik: 3297 mil

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

Świątynia Mormonów w Salt Lake City

.

DZIEŃ 10: SALT LAKE CITY – MORMONI

Znów piszę na kolanie. Mkniemy autostradą I-15 na północ, przed chwilą przekroczyliśmy granicę z Idaho, stanem nie tylko Wielkiego Ziemniaka, ale i słynnej Doliny Słońca – tej samej, gdzie Glenn Miller grał swoją serenadę i gdzie Ernest Hemingway po życiu pełnym przygód strzelił sobie w głowę z dubeltówki.
Godzinę temu opuściliśmy Salt Lake City, jesteśmy więc na świeżo po spotkaniu z Mormonami oraz z ich misjonarzami, którzy pokazali nam Plac Świątyni (Temple Square), stanowiący centrum świata mormońskiej religii. Opowiedzieli też o swoich dziejach, wierzeniach, organizacji, życiu… o historii, która zaiste jest niewiarygodna, choć przecież prawdziwa.
Prześladowana w XIX wieku sekta rozrosła się, przekształcając w kościół o globalnym zasięgu liczący dziś ponad 14 milionów członków, który oprócz tego, że konstytuuje światopogląd swoich wyznawców, to jest także jednocześnie potężną organizacją z ogromnym finansowym potencjałem.
Przywódcy Mormonów byli bowiem zawsze nie tylko przemyślnymi inwentorami dogmatów wiary (jako przywódcy duchowi), ale i również świetnymi biznesmenami (jako organizatorzy życia społecznego bogobojnych a zarazem pracowitych współbraci).

Po Placu Świątyni oprowadzały nas dwie misjonarki: siostra Fellmann ze Szwajcarii oraz siostra Shugart z Kanady, młode dziewczyny woluntariuszki, które półtora roku swojego życia poświęciły pracy misyjnej – służbie ludziom i Bogu, jak same wyznały (kiedy zapytałem o ich imię, powiedziały, że są teraz tylko „siostrami”).
Ciekawił mnie zwłaszcza przypadek siostry Fellmann, która przyznała, że pochodzi z rodziny ateistycznej, jednak w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego (tak brzmi jego pełna nazwa) odnalazła spokój, radość, ukojenie i sens życia. A kiedy to mówiła patrząc mi prosto w oczy, nie sposób było jej nie uwierzyć.

Siostry opowiadały też o cudach, z których zwłaszcza jeden zabrzmiał mi wiarygodnie. Wydaje się bowiem, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych niemożliwe byłoby wybudowanie na pustyni (w czasach, kiedy jeszcze nad Słonym Jeziorem nie było dosłownie nic), tak imponującej konstrukcji, jaką jest Świątynia Mormonów – kosmiczne centrum ich wiary. Jej budowa trwała 40 lat i zakończyła się dopiero w 1893 roku. (Świątynia nie jest zresztą jedynym ciekawym obiektem na Temple Square. Warto wspomnieć jeszcze o Tabernaculum – siedzibie słynnego chóru mormońskiego – istnej perle architektury drewnianej).

Jednakże cudem było chyba także to, że Mormoni zdołali 44 lata wcześniej przedrzeć się przez dzikie bezdroża Wielkich Równin oraz przełęcze Gór Skalistych, zasiedlić niegościnne pustynie i… nie tylko przetrwać, ale i przemienić swoje państwo (w państwie) w pewien rodzaj bogatego imperium, stając się jedną z najlepiej prosperujących społeczności w Stanach.
Mając to na uwadze, łatwiej znieść owe absurdy (absurdy z postronnego punktu widzenia), jakie zakradły się do ich wiary (jak np. „jedynie prawdziwa i objawiona” Księga Mormonów, która została ponoć spisana  – z bożego natchnienia – na kontynencie amerykańskim parę tysięcy lat temu, odnaleziona i przetłumaczona przez Josepha Smith‘a, założyciela sekty, któremu w 1828 roku w stanie Nowy Jork objawił się sam Jan Chrzciciel zdradzając miejsce ukrycia tablic, na których wyryty był tekst Księgi).

Wbrew pozorom wszystko to było bardzo racjonalne, gdyż bez sakralnego usankcjonowania władzy liderów sekty, niemożliwe byłoby przetrwanie Mormonów: przezwyciężenie prześladowań, wytrzymanie nieludzkich trudów przeprawy na Zachód, organizacja pierwszych osiedli, konstytucja i rozkwit Kościoła.
Czymś racjonalnym było też wielożeństwo (aspekt, który wśród odwiedzających mormońskie ziemie budzi niezmiennie żywe zainteresowanie). Bowiem nie było ono bynajmniej jakąś pochodną wybujałej potencji seksualnej Mormonów, ale praktyczną potrzebą zwiększania populacji grupy żyjącej przecież w bardzo specyficznych warunkach. Co bardziej prominentni mężczyźni mogli się poszczycić całkiem pokaźnym haremem liczącym kilkadziesiąt kobiet.
Oficjalnie, od wielożeństwa Mormoni odeszli pod koniec XIX wieku, jednakże jeszcze i dzisiaj zdarza się, że w niektórych rodzinach jest jeden patriarcha, kilka matron i cała czereda „pociech”.

Kiedy opuszczaliśmy Temple Square, a później bogate, schludne i rozbudowujące się w niezwykłym tempie downtown Salt Lake City, przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mormońskiej historii.
Otóż kiedy (po morderczej przeprawie przez Góry Skaliste) Bringham Young i podążający za nim Mormoni stanęli na skraju Słonego Jeziora, ten oddalił się na jakiś czas w ustronne miejsce, a kiedy wrócił, obwieścił swoim umęczonym ludziom: „To jest nasza ziemia obiecana. Tak mi powiedział Bóg”.
I oni mu uwierzyli. I tu zostali.
A to co się działo później potwierdziło jedynie słuszność ich decyzji.

* * *
Jeszcze w Idaho, nad malowniczym przełomem Snake River, przejąłem kierownicę i wjechaliśmy w góry. Piołunowe pustynie i niezmierzone ziemniaczane pola ustąpiły miejsca świerkowym lasom, zielonym polanom, wartkim górskim strumieniom… Po pokonaniu wysokiej na dwa i pół kilometra przełęczy Teton, wjechaliśmy do innego świata, jakim jest bez wątpienia kotlina Jackson Hole. Od Yellowstone dzielił nas już tylko przysłowiowy „rzut beretem”. Lecz wcześniej czekał nas jeszcze potężny górski łańcuch Grand Teton.

Licznik: 3665 mil

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

Jackson Hole – ranczo u podnóża gór Grand Teton

*

DZIEŃ 11: GRAND TETON

Kiedy na początku XIX wieku pierwsi francuscy traperzy zobaczyli z daleka charakterystyczne szczyty gór ograniczających wielką kotlinę, do której właśnie wkroczyli, nieco na ten widok oniemieli, a jako że byli pozbawieni kobiet i seksualnie wygłodniali, skojarzenia mieli jednoznaczne. Nazwali je Grand Teton, co znaczy nic innego, jak Wielkie Piersi.
W rzeczywistości jest to jeden z najpiękniejszych górskich łańcuchów na kontynencie. (Czy jednak, zważywszy na nazwę, można się temu dziwić?)

W kotlinie Jackson Hole (bo o niej tu mowa) mieliśmy dwa noclegi – w dobrze mi znanym, zaprzyjaźnionym niemalże schronisku zwanym po prostu „The Hostel”, leżącym u podnóża gór w małej osadzie Teton Village.
Na zwiedzanie kotliny mieliśmy więc cały dzień, którego większość spędziliśmy na terenie Parku Narodowego Grand Teton. Wpierw przybyliśmy nad Jezioro Jenny i po przeprawieniu się na jego drugą stronę wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Kanionu Kaskadowego, mijając po drodze Ukryte Wodospady (Hidden Falls), wspinając się na Inspiration Point (skąd roztaczała się rozległa panorama całej Jackson Hole z widocznymi w dole jeziorami). Idąc dalej wgłąb kanionu zgubiliśmy na szczęście tłumy kłębiące się na początku szlaku przy wodospadzie i punkcie widokowym na jezioro.
Nasza wędrówka trwała prawie 4 godziny i była prawdziwą rozkoszą delektowania się świeżym górskim powietrzem, tudzież widokami, które objawiały się przed naszymi oczami za każdym skalnym załomem. Na szlaku, oprócz okazjonalnych osobników homo sapiens, spotkaliśmy również pasące się na podmokłej łące, obgryzające młode wierzbowe listki łosie.

Przyjemnie zmęczeni zajechaliśmy jeszcze późnym popołudniem do miasteczka Jackson, będącym niejako sercem cywilizacji, która niestety coraz bardziej panoszy się w tym naturalnym raju, jakim jest kotlina. Kiedyś była to typowa górska osada zasiedlona jedynie przez traperów i ranczerów, teraz jest to mocno skomercjalizowane centrum turystyczne, nie pozbawione wszak pewnego uroku i kolorytu. Ciekawostka: w jednym z tutejszych saloonów zobaczyć można wypchanego niedźwiedzia grizzly zagryzionego przez… zdesperowanego cowboya, którego ów drapieżnik napadł (ponoć jest to historia prawdziwa).
Wieczorem zaś urządziliśmy sobie przy schronisku małą rodzinną imprezę – z ogniskiem, rożnem, kiełbaskami i winem.
Jednym słowem: pełen relaks.

* * *
Wypada mi jeszcze napisać choć parę słów o Jackson Hole i samym Parku Narodowym Grand Teton.
Przed laty, kiedy zjawiłem się w tej okolicy po raz pierwszy, pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że scenerie górskie spodobały mi się tu bardziej, niż w samym Yellowstone, (który nota bene z Grand Teton niemalże graniczy). Później dotarło do mnie to, że unikalność Yellowstone polega na czymś innym… choć przecież i tam znajdują się miejsca, które – jeśli chodzi o wyjątkowość, piękno i malowniczość – nie mają sobie równych na całym świecie (mam tu zwłaszcza na myśli Kanion i Wodospady Yellowstone).

Uroda Grand Teton wynika choćby z tego, że są to góry, które wypiętrzyły się zaledwie 10 mln. lat temu – a więc bardzo młode, jeszcze nie zwietrzałe. Na dodatek w czasie ostatniego zlodowacenia, potężny, gruby na parę kilometrów lodowiec wypełniający całą kotlinę, topiąc się wyrzeźbił granitowe szczyty i zbocza, nadając im ostry, postrzępiony kształt. Zostawił też po sobie piękny łańcuszek jezior u podnóża gór (jednym z nich jest Jezioro Jenny), a w samej kotlinie – płynącą jej środkiem Snake River.

Dno kotliny jest niemal idealnie płaskie. Mocno kontrastuje to z wznoszącą się dramatycznie, wysoką na ponad 2 km. granitową ścianą gór, tworząc ten charakterystyczny, niemalże ikoniczny dla scenerii amerykańskiego Zachodu widok: rozległa, pokryta niebiesko-zielonym kobiercem traw dolina z wijącą się pośrodku rzeką, której brzegi porastają drzewa i krzewy, a w tle – majestatyczne pasmo szaro-niebieskich granitowych olbrzymów z wyraźnie widocznymi białymi plamami lodowców osuwających się po ich zboczach.
Widok, który pozostaje pod naszymi powiekami nawet wtedy, kiedy zamykając oczy układamy się do snu po długim, pełnym wrażeń dniu.

Licznik: 3729 mil

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

Jedno z bajecznie kolorowych gorących źródeł w Yellowstone

*

DZIEŃ 12 i 13: YELLOWSTONE

Na zwiedzanie Yellowstone mieliśmy dwa dni. O jeden tydzień za mało. Przynajmniej o tydzień, bowiem w tym najciekawszym (i najstarszym na świecie) amerykańskim parku narodowym spędzić można znacznie więcej czasu.
Była to moja kolejna wizyta, sam już nie wiem która. W sumie na terenie Yellowstone spędziłem dobrych parę miesięcy swojego życia, a i tak nie zdołałem dotrzeć do wszystkich miejsc wartych eksploracji. Za każdym razem przybywam tu z radością i nigdy nie mam dosyć. Do dziś nie mogę zrozumieć Steinbecka, że zawrócił spod samej bramy parku tylko dlatego, że jego piesek Charley zaczął się wściekać i szczekać, wyczuwszy niedźwiedzia. Na szczęście moja rodzina zareagowała inaczej… chociaż także, tuż przed wjazdem do parku, spotkaliśmy młodego grizzly.

Pierwszego dnia zobaczyliśmy część zachodnią Yellowstone, czyli tę, gdzie znajdują się niemal wszystkie gorące źródła, gejzery, błotne wulkany i fumarole – rozłożone w tzw. kotlinach gejzerów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że w samym Yellowstone można znaleźć ponad połowę wszystkich gejzerów, jakie znajdują się na całej kuli ziemskiej).
Oczywiście musieliśmy być świadkami erupcji najsłynniejszego gejzeru, jakim jest Old Faithful, a spektakl ten oglądaliśmy w towarzystwie… dobrych paru tysięcy innych, spragnionych tego widoku przybyszów, którzy zgromadzili się wokół gejzeru niczym w olbrzymim amfiteatrze.
Nazwa Old Faithful (Stary Wierny) zobowiązuje: gejzer ma erupcję dość regularnie – mniej więcej co półtorej godziny – i strzela wtedy białą fontanną wody i pary na wysokość blisko 60 m. (całkiem niezły wytrysk, jak na sędziwego wiarusa).
Kilkukilometrowy spacer po okolicznej Górnej Kotlinie Gejzerów pozwolił nam na zobaczenie z bliska kilkudziesięciu gorących źródeł o zdumiewającej wprost aparycji: wszystkie  te baśniowe kształty, fantazyjne wzory – nieziemskie, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy twory.

Dzień drugi przeznaczyliśmy na zapoznanie się ze wschodnią częścią parku, gdzie zjawisk hydrotermalnych jest znacznie mniej, ale za to krajobraz bardziej atrakcyjny: z niezwykle malowniczym złotym Kanionem Rzeki Yellowstone oraz z dwoma wodospadami – Górnym i Dolnym, z których ten ostatni jest bez wątpienia jednym z najpiękniej położonych wodospadów na świecie, swoją urodziwą oprawę zawdzięczając kanionowi, do którego wpada z blisko stumetrowej wysokości.
Kanion i wodospady oglądaliśmy z obu krawędzi wąwozu – z kilku punktów obserwacyjnych, jednakże poza konkurencją był widok z tarasu adekwatnie nazwanego po prostu Artist Point.

Zupełnie inna w charakterze jest natomiast rozległa i zielona o tej porze roku Dolina Haydena, po której rzeka Yellowstone płynie raczej leniwie – tutaj nic nie zapowiada jeszcze jej wyczynów w kanionie leżącym parę kilometrów niżej.
To właśnie w tej dolinie pasą się zazwyczaj idące w setki sztuk stada bizonów. Tym razem jednak udało się nam zauważyć zaledwie kilka tych zwierząt, które samotnie pasły się w oddali na zboczach doliny.
Nie widać było także stad wapiti, których w Wielkim Yellowstone są tysiące. Zamiast tego spotkaliśmy kilka jeleni. Zwłaszcza jeden z nich szczycił się imponującym porożem (z którego jednakże prawdziwy użytek zrobi on dopiero za miesiąc, kiedy walczyć będzie z innymi samcami o władzę nad haremem samic.)

Jakiś czas jechaliśmy wzdłuż brzegu Jeziora Yellowstone (największe wysokogórskie jezioro na świecie), a przy wyjeździe z parku spotkaliśmy jeszcze – niejako na pożegnanie – baraszkującego przy samej drodze misia grizzly.

Przed nami była kilkugodzinna przeprawa przez północno-wschodnie Wyoming – na nocleg w jednym z małych miasteczek przy autostradzie I-90, która zresztą miała nas zaprowadzić aż do samego Chicago, odległego teraz od nas o jakieś dwa tysiące kilometrów.
Przedtem jednak czekała na nas jeszcze Diabelska Wieża, Dakota Południowa i leżące na jej terenie Czarne Wzgórza – święte ziemie Siuksów.

Licznik: 4227 mil

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

Devil’s Tower w czasie najazdu amatorów Harley’a-Davidsona na Czarne Wzgórza

.

DZIEŃ 14: DIABELSKA WIEŻA – CZARNE WZGÓRZA – HARLEY’OWCY

Mogłem się tego spodziewać: Czarne Wzgórza zalane były Harley’owcami, którzy corocznie w sierpniu zjeżdżają się z całego świata w liczbie przekraczającej wszelkie wyobrażenia.
Szacuje się, że w tym roku zjawiło się ich tutaj… ok. 500 tysięcy!
Jeśli komuś ta ilość wydawać by się mogła niewiarygodna, to mogę dodać, że w jubileuszowym 2000 roku, do małego miasteczka Sturgis w Dakocie Południowej (stanowiącego epicentrum zjazdu) przyjechało blisko miliona tych „wspaniałych młodzieńców” na swych „szalejących maszynach”.

Harley’owców spotkaliśmy już w Utah, a ich ilość stopniowo zwiększała się w miarę jak byliśmy coraz bliżej Czarnych Wzgórz. Pierwsze poważne zderzenie nastąpiło jednak już w Wyoming, pod Diabelską Wieżą.
Czy pamięta ktoś „Bliskie Spotkania III Stopnia” Spielberga? To właśnie w tym filmie Wieża odegrała jedną z głównych ról – jako miejsce spotkania Ziemian z Kosmitami.
Ja się Spielbergowi nie dziwię, że wybrał to miejsce, bo Diabelska Wieża to dziw nad dziwami i mimo, że jest ona tworem jak najbardziej naturalnym, to przypomina jednak gotową dekorację do filmów science-fiction. A tak naprawdę to jest owo geologiczne curiosum niczym innym, jak rdzeniem wygasłego wulkanu odsłoniętym wskutek erozji pokrywających go warstw skalnych. Wprawdzie Indianie mieli własną wersję powstania Wieży (skamieniały i wyolbrzymiony pień wielkiego drzewa, podrapany pazurami niedźwiedzia-giganta), to jednak ja skłaniałbym się bardziej ku koncepcji geologów.

Inwigilacja Harley’owców, którzy pod Diabelską Wieżą zaczęli się zjawiać całymi setkami, upewniła mnie, że ich zjazd jeszcze się nie zakończył, w związku z czym zdecydowaliśmy się zboczyć nieco z planowanej trasy i zaglądnąć do Sturgis.
I to był strzał w dziesiątkę, bo czegoś podobnego nikt z nas jeszcze w życiu nie widział: tysiące, tysiące lśniących motocykli i taka sama ilość ubranych w czarną skórę motocyklistów obojga płci – a wszystko upakowane na jednej (i właściwie jedynej, choć szumnie nazwanej Main Street) ulicy Sturgis.
Nie mogliśmy być tam długo, jednakże i ta godzina wystarczyła, by utrwalić choć część z tego szaleństwa w obiektywie aparatu, co postaram się za jakiś czas przedstawić na jednej z moich internetowych stron.

Miasteczko Sturgis leży już na skraju Black Hills, więc wkrótce po Harley’owym szoku znaleźliśmy się wśród zalesionych wzgórz, będących ongiś królestwem Siuksów, oczywiście wyrugowanych stąd wkrótce po odkryciu bogatych złóż złota.

Czarne Wzgórza tworzą jakby przedmurze Gór Skalistych łamiące hipnotyczną monotonię prerii Wielkich Równin. Niczym ciemne garby zalesionych wysp, wyłaniają się z morza, które przez tysiąclecia było morzem falujących traw… zaledwie przed chwilą zastąpionych przez pola uprawne i pastwiska. Jedynie od strony wschodniej – jak to było od prawieków – dotykają Czarnych Wzgórz tęczowe poszarpane Badlands.
Mówimy „przed chwilą”, bo te sto kilkadziesiąt lat ludzkich zmian na dzikich preriach i na samych Czarnych Wzgórzach są w skali geologicznej doprawdy ledwie chwilką. Chociaż nawet granit, ten najtrwalszy zdawałoby się szkielet Wzgórz, nie zdołał się oprzeć ludzkiemu impetowi. To właśnie dzięki obecności i ingerencji człowieka Czarne Wzgórza są dziś tak popularnym, dla wielu atrakcyjnym, choć przecież i kontrowersyjnym celem turystycznych pielgrzymek. Tak więc przyrodzona cudowność natury składa się tu na intrygujący, a miejscami i fascynujący konglomerat przyrody z tym, co z różnych intencji uczynili z tego rejonu ludzie.

Czarne Wzgórza – Paha Sapa, tak w języku Siuksów brzmi nazwa tych świętych dla nich ziem, które w historii pionierskiego osadnictwa Dzikiego Zachodu, walk z Indianami i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych stanowiły miejsce szczególne, rzec można – pokazowe. Tak, jakby to górzyste zaburzenie jednostajności i względnej pustki prerii Środkowego Zachodu, powodowało ferment i zamieszanie, dzięki któremu dzieje Paha Sapa obfitują w niezwykłe momenty składające się na jakże bogatą i różnorodną mozaikę epizodów, anegdot i zdarzeń tworzącą historię tzw. Starego Zachodu.

Na Czarnych Wzgórzach spędzić można tydzień cały, tyle tu ciekawych i różnorodnych zakątków.
My trafiliśmy zaledwie do dwóch, ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty zaczął tworzyć nasz rodak Korczak-Ziółkowski. Dużo by o tym pisać, jednak wspomnę tylko, że romantyczna choć megalomańska Korczakowa wizja mimo wszystko przemawia do mnie bardziej, niż monumentalno-patriotyczna i mocno rozdmuchana „Świątynia (amerykańskiej) Demokracji” przypominająca jako żywo patetyczne twory totalitarnego socrealizmu.

Gwoli ścisłości i dokumentaryzmu muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym – niewykluczone, że najmocniejszym – doświadczeniu dzisiejszego dnia, jakim była burza gradowa, która schwytała nas już w nocy, gdzieś w okolicach – nomen omen – Badlands. Nie było się gdzie skryć więc tylko zjechaliśmy na pobocze i zdaliśmy się na zmiłowanie niebios. Dziewczyny przeżyły chwile grozy, my nadrabialiśmy minami – kiedy na dach naszego samochodu sypały się lodowe grudy wielkości przepiórczych jaj. Starając się zachować racjonalnie, zacząłem się zastanawiać, czy aby ubezpieczenie wynajętej przeze mnie terenówki pokrywa zmasakrowaną gradem karoserię. Na szczęście, kiedy burza już ustała i dotarliśmy na miejsce, zorientowałem się, że jednak Chevy Tahoe również i blachę ma solidną – wgięcia były ledwo widoczne, więc istniała szansa, że w ogóle nie zostaną zauważone.

I to właściwie koniec naszych przygód.
Jutro czeka nas już tylko droga przez kilka stanów, ku Wietrznemu Miastu – do domu.

Licznik: 4678 mil

Dowtown Chicago

Dowtown Chicago – wjazd do Wietrznego Miasta pełnego wieżowców

.

DZIEŃ 15: DAKOTA POŁUDNIOWA – MINNESOTA – WISCONSIN – ILLINOIS (CHICAGO)

Ostatni dzień naszej eskapady trudno nawet nazwać epilogiem. To raczej nieunikniony powrót do rzeczywistości Wietrznego Miasta, odzyskanie miarowego oddechu, leniwszego rytmu, spokojniejszych wątków…

Dwunastogodzinna podróż minęła nam w miarę bezboleśnie, choć monotonia Wielkich Równin znów dała się nieco we znaki (podobnie jak pierwszego dnia), niejako zmuszając nas do skupienia się na lekturze lub muzyce (przy okazji przypomniałem sobie antologię J. J. Cale’a, uzupełnioną jego nagraniami z Erikiem Claptonem… cóż bowiem bardziej współgra z pokonywaniem bezkresu amerykańskich dróg, jak motoryczna fuzja bluesa, ballady, country i rocka?)

Wyruszyliśmy rano z miejscowości Chamberlain położonej na zachodnim brzegu Missouri. Jeszcze w samej Południowej Dakocie czekało nas kilkaset mil drogi, które pokonaliśmy w niezłym tempie, jednak po przekroczeniu granicy z Minnesotą musieliśmy nieco zwolnić ze względu na liczne roboty drogowe. Kiedy zaś zobaczyłem Missisipi, (która stanowi granicę między Minnesotą a Wisconsin) poczułem się niemalże jak w domu – bo przecież była to już sąsiednia „parafia”. Wokół zrobiło się zielono, mijaliśmy bogate farmy Wisconsin (to „zagłębie” mleczarskie Ameryki), wypoczynkowe resorty i letniska, lasy, rzeki, jeziora…
W Illinois na autostradzie zrobiło się nieco ciaśniej i tak już było do samego Chicago, w którym zastał nas zachód słońca – widoczny nad drogą, wprost za naszymi plecami. Przed nami zaś zaczynało się rozświetlać chicagowskie downtown.

Teraz pozostaje nam tylko przywołanie i uporządkowanie tych wszystkich niezwykłych obrazów, które niczym miraże jawiły się przed naszymi oczami w ciągu tej nieco szalonej, dwutygodniowej włóczęgi po amerykańskim Zachodzie.

Chciałbym wszak jeszcze podziękować wszystkim tym, którzy śledzili naszą trasę i losy – i to nie tylko z ciekawością, ale i życzliwością.

Licznik: 5396 mil (8634 km.)

K O N I E C

Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach”  (TUTAJ).

.

Rodzinny odpoczynek na szlaku

*

POST SCRIPTUM

Podróżne gorące emocje opadły, czas na chłodniejsze podsumowanie – poczynienie paru końcowych uwag.

Myślę, że dopiero po powrocie do powszedniej rutyny możliwe jest właściwe ogarnięcie perspektywy tych wszystkich obrazów, które oglądaliśmy podczas naszej wycieczki na amerykański Zachód. A była ich taka obfitość i różnorodność, że zachodzi podejrzenie, iż wszystkiego i tak nie można było zasymilować, przyswoić i przetrawić w tak stosunkowo krótkim czasie. Pozostają zdjęcia, wspomnienia, kolekcja wrażeń i słowa tej relacji, które – mam nadzieję – pomogą w utrwalić to, co widzieliśmy i przeżyliśmy. Starałem się owe zapiski robić na bieżąco – co mniej więcej mi się udawało, mimo, że wpisów właściwie zmuszony byłem dokonywać „w biegu” ad hoc, przez co była to jedna wielka improwizacja… z wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami.

Była to podróż specyficzna z wielu względów.
Przede wszystkim była ona imprezą rodzinną, z udziałem mojej siostry i szwagra, (którzy odwiedzili mnie w Stanach po raz pierwszy) oraz dwóch ich córek, będących akurat w wieku… gdzieś na pograniczu dzieciństwa, podlotkowatości i kobiecości (no to mi się za to teraz oberwie).
Pod takim kątem więc popełniałem swoje kolejne teksty, które miały być głównie dość rzeczową dokumentacją przebiegu naszej wyprawy – rejestracji, odnotowania i krótkiego opisu miejsc, które udało nam się zobaczyć. Dzięki temu mogli też śledzić nasze poczynania nasi bliscy, znajomi i przyjaciele, jak również – bardziej lub mniej przypadkowi – blogowi goście, jeśli tylko spotkało się to z ich zainteresowaniem (przy okazji dziękuję wszystkim jeszcze raz za ciekawe i przychylne komentarze).
To wszystko wymuszało więc niejako popularną, wyzbytą pretensji formę tych zapisków. Zupełnie inaczej pisałbym, gdybym po tym kraju poniewierał się sam, a jeszcze inaczej – w towarzystwie… misia maskotki, pieska czy też żony. Pisałbym w inny sposób, choćby z tego względu, że trasa, przebieg i charakter podróży byłby całkiem inny – a doprawdy można robić to na tysiące różnych sposobów.

To, co uskuteczniliśmy podczas tej piętnastodniowej eskapady było bez wątpienia dość szaloną i prowadzącą przez niezwykłe miejsca wycieczką krajoznawczo-turystyczną. Było swego rodzaju rekonesansem po wielu fantastycznych zakątkach, które ma do zaoferowania amerykański kraj. A zaprawdę jest to oferta wspaniała – i mówię to z pełną świadomością i wyzbyty lokalnego „patriotyzmu”: wątpię, czy jakikolwiek inny region świata mógłby konkurować z amerykańskim Zachodem, jeśli chodzi np. o krajobrazowe piękno, topograficzno-geologiczne zróżnicowanie, unikalność i wyjątkowość natury – z tymi wszystkimi „cudami” przyrody, skondensowanymi i nagromadzonymi przecież na stosunkowo niewielkim obszarze.

Byliśmy więc w zasadzie tylko „łowcami” pięknych obrazów, kolekcjonerami ciekawych a niekiedy i fascynujących miejsc, omijając właściwie całą cywilizacyjną złożoność amerykańskiego kraju. Docierały do nas jedynie jakieś socjologiczno-historyczne „odpryski” – czy to w „kultowym” (jeśli chodzi o kulturę masową) Las Vegas, tudzież w stworzonym przez Mormonów (z niczego na pustyni) Salt Lake City, czy też na zalanych przez Harleyowców (z tą ich niesamowitą subkulturą) Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej.
Naturalnie, ważne były również dla nas owe „minizderzenia”, których doświadczaliśmy podczas naszej podróży, czyli krótkie i przypadkowe, ale za to pamiętne i niekiedy znaczące spotkania z innymi ludźmi – i to nie tylko z Amerykanami, ale i przygodnymi przybyszami z różnych stron całego świata.

*  *  *

Wielka przygoda się skończyła. Mam nadzieję, że dobrze zapisze się również w pamięci Mariolki, Wieśka, Ani i Uli. Chciałem im pokazać piękno amerykańskiej ziemi… Czy mi się to udało? Czy zdolni byli go dostrzec? Czy zaraziłem ich choć trochę entuzjazmem poszukiwacza nowych i nieodkrytych jeszcze przez nas samych miejsc?

Przypominam sobie moje pierwsze eskapady na Zachód – to zachłyśnięcie się wolnością „swobodnego jeźdźca”, zauroczenie bezkresną, pełną kuszących obietnic, przestrzenią. Mimo, że jestem już teraz innym człowiekiem i żyję już w innych czasach, to miałem niekiedy wrażenie, iż na tych starych i przetartych dawno temu szlakach, ciągle udaje mi się jeszcze odnaleźć jakąś cząstkę samego siebie, którą przed laty tu zostawiłem – kogoś, kim wtedy byłem.

Z Anią i Ulą pod rzeźbą Szalonego Konia w Dakocie Południowej

.

.
Advertisements

komentarzy 80 to “WYPRAWA NA ZACHÓD (Wielkie Równiny – Góry Skaliste – Łuki Skalne – Dolina Monumentów – Wielki Kanion – Las Vegas – Dolina Śmierci – Zion – Bryce Canyon – Grand Teton – Yellowstone – Czarne Wzgórza)”

  1. Stanisław Błaszczyna Says:

    PRZEDSTAWIAM PONIŻEJ KOMENTARZE JAKIE POJAWIAŁY SIĘ W TRAKCIE TRWANIA NASZEJ PODRÓŻY, z której zapiski publikowane były na bieżąco na moim pierwszym blogu TUTAJ.
    Oto ich wybór:


    25 lipca, 2009:

    alElla: No to szerokiej drogi. Serdecznie pozdrawiam :)

    Jula: Ja też życzę szerokości, jak mawia mój bratanek i czekam na ciekawe relacje z podróży.
    Czyli to będzie taki dziennik podróży z ciekawymi zdjęciami?…

    Magamara: Szerokiej drogi! Bawcie się dobrze! Z wielką przyjemnością będę czytać dzienniki z podróży.
    Serdeczne pozdrowienia

    27 lipca, 2009:

    Logos Amicus: Moi Drodzy, „dziennik podróży” to chyba jednak określenie przesadne i na wyrost – zważywszy na intensywność naszej trasy.
    Będą to raczej krótkie, luźne i niezbyt absorbujące relacje, nie pozbawione pewnie błędów, wad i pewnych wpadek – co, mam nadzieję, ze względu na okoliczności i warunki powstawania, będzie mi wybaczone :)

    Jula: Relacje są długie i dosyć absorbujące. Prosiłabym jeszcze, jeżeli to możliwe – o więcej zdjęć.!!! Bo tutaj opisujesz faunę i florę a brak mi zdjęć, do całości.;D
    Myślę,że te twoje Twoje relacje, to również będzie cudowne wspomnienie dla Twojej rodziny i nie tylko, bo My też z przyjemnością będziemy zaglądać.
    Ps. Rodzina może sobie po powrocie do Polski wydrukować i książka z podróży życia będzie gotowa !

    Grycela: Witam Podróżnika z całą Rodziną. To fascynujące na bieżąco śledzić Waszą podróż. Cieszę się więc, że zajrzałam.
    Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za relacje.

    Logos Amicus: @Jula, czy Ty aby nie masz zbyt dużych wymagań? :)) A kiedyż ja mam mieć czas na obróbkę i „wrzutkę” zdjęć na bloga? Zrobię to, kiedy wrócimy do domu. Na razie cieszę się, że udaje mi się jakoś zamieszczać te notki. Jak dotychczas pokonujemy olbrzymie odległości a dostęp do internetu mam mocno ograniczony. A tak w ogóle, to dzięki za Twoje zainteresowanie i miłe słowa :)
    @Elu, dziękujemy za pozdrowienia. Uważam, że ta relacja może się również przydać tym, którzy będą będą chcieli wybrać się kiedyś naszymi śladami. W końcu, przed laty, zajmowałem się przez kilka lat pilotowaniem wycieczek po tych terenach.

    Sarna: Witaj. Jula ubiegła mnie z uwagą, że te zapiski będą piękną pamiątką z podróży szczególnie dla Twojej siostry i Jej rodziny. Wrażenia obronią się same, a pamięć jest ulotna. Mam nadzieję, że Twoje siostrzenice oczarowane wujkiem, urodą i perspektywami wielkiego świata, nigdy już nie poprzestaną na tym co mają. Że będą chciały się uczyć i zdobywać, że rozbudzisz w nich ciekawość świata, apetyt na życie.
    Sześć dorosłych osób, non stop 24 godziny na dobę, przez kolejnych 15 dni. Widzę, że zafundowałeś sobie prywatny Dom Wielkiego Brata :)
    Oczywiście będę z niekłamaną przyjemnością śledziła Waszą wielką przygodę. Nie szarżuj tylko na motorach i nie kuś misia wodą toaletową. Bestia zna się na markach:)
    szerokiej drogi

    Chihiro: Mnie się przez dwa miesiące podróży nie udało tyle napisać, co Tobie już na samym początku wyprawy! Podziwiam :)
    Mnie to „nic-nie-dzianie-się” sprawiało wielką frajdę, tak poddać się rytmowi drogi i jechać, jechać, byle dalej… Wspaniałe uczucie, chętnie bym powtórzyła. Od razu po powrocie miałam już dość, ale teraz już znów zaczyna mnie nosić. Połknęłam bakcyla :)
    Góry Skaliste są piękne, chętnie bym je na żywo zobaczyła. I w ogóle – wspaniałą macie trasę, i imponująco szybko będziecie ją pokonywać!
    Szerokiej drogi :)

    Kadarka: Choć podróż już się zaczęła nie pozostaje nic tylko życzyć pięknych widoków i szerokiej drogi! Będę śledziła Wasze zmagania z wrażeniami. I pokątnie zazdrościła ;).
    Wszystkiego dobrego i owocnych łowów!
    P.S. Jednak blog jest dla Ciebie ważny (i my, i my) skoro znajdujesz czas na wpisy :)).

    28 lipca, 2009:

    Larix: Ogrom i bezkres przestrzeni jaką macie przejechać i szlaki do pokonania pieszo to fascynująca przygoda,której muszę się przyznać bardzo zazdroszczę. Z wielką uwagą śledzę Twój dziennik podróży.
    Trzymam kciuki i życzę szczęścia.

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/09/ania-i-ula-w-dolinie-monumentc3b3w.jpg?w=780
    Ania i Ula w Dolinie Monumentów

    Logos Amicus: @Sarno, dzisiaj zamierzam przeczytać moim siostrzenicom Twoje słowa. Niech się uczą od mądrej kobiety :)
    PS. Widzę, że mi pamiętasz moje przygody na motocyklu w Nikaragui i z misiami w Montanie :)
    Jednak na naszej trasie damy sobie chyba spokój z motorami, a misie (mam nadzieje) spotkamy dopiero w Yellowstone – i to z daleka ;)
    @Kadarko, powodów dla których piszę te relacje jest kilka. Oprócz tego, że utrzymują bloga przy życiu, znajdując zainteresowanie moich stałych gości, to jeszcze mobilizują mnie do dokumentacji naszej podróży. Bowiem, jak napisała Sarna, pamięć się zaciera a wrażenia są ulotne, a tym sposobem mogą być one utrwalone, stanowiąc – mam nadzieję – cenną pamiątkę. Poza tym wiem, że nasze poczynania śledzą nasze rodziny, nasi znajomi i przyjaciele – dzięki czemu mogą oni mieć bezpośredni wgląd w to, co się aktualnie z nami dzieje.
    I jeszcze coś: zmuszają mnie samego do niejakiego myślowego wysiłku, co przy takim tempie i rodzaju wrażeń jest dość wskazane :)
    @Chihiro, na podróżowanie przez dwa miesiące po Ameryce nie możemy sobie raczej pozwolić… choć nie miałbym nic przeciwko temu. (…) Tak, mamy sporo do przejechania, niemniej jednak co jakiś czas myślę zwalniać tempo – aby nieco odsapnąć i bardziej delektować się odwiedzanymi stronami. (No i zaangażować nieco bardziej nasze nogi .)

    Kadarka: Gratuluję zacięcia i charyzmy, Zapewne ja, po wielogodzinnej tułaczce, nie zasiadłabym nad klawiaturą. Wrażenia na żywo są tak realistyczne, że czytając je za parę lat będziesz przypominał sobie to, co pamięć schowała :). Choć Ameryka jest tak daleko, może kiedyś postawie stopę na tym lądzie, a Twoje zapiski będą drogowskazem…
    Samych miłych chwil i pięknej pogody!

    29 lipca, 2009:

    Jula: Pięknie opisujesz! A przed moimi oczami przewijają się wszystkie westerny, jakie tam nakręcili amerykanie. Szkoda, że teraz nie ma na nie mody!!! Takie czasy, ale piękno przyrody, jeszcze się o siebie upomni!!!
    Ta, ostatnio w modzie, cybernetyczna rzeczywistość jeszcze się przeje niejednemu, zwłaszcza, że za oknem mieszkania coraz więcej betonu i innych sztuczności łącznie z modnym ostatnio w Polsce plastikiem (okna) i styropianem (wylansowanym przez Mazowieckiego w Stoczni Gdańskiej, której już chyba nie ma;) a ostatnio służącym do ocieplania budynków. Brrrrr… Okropność!!!
    Ten bezpośredni kontakt człowieka z przyrodą, to jest to!!!
    Pozdrawiam i życzę kolejnych ciekawych wrażeń po drodze.
    Ps. Może już nie będę wpisywała komentarzy, ale cały czas będę się starała czytać na bieżąco.

    miziol: Green napisał „Podróże z ciotką”, Baranowski „Hobbita”, a może Ty Amicusie napiszesz „Podróże z siostrą”? Tamte dwie czytałem z zainteresowaniem i twoja relacja jest bardzo ciekawa. Naprawdę można by z tego zrobić jakiś „osobisty przewodnik po Ameryce” i opublikować. Ekstra się czyta. Nie mogę się doczekać kolejnych odcinków.
    Pozdrawiam z chłodnej Zielonej Wyspy.

    30 lipca, 2009:

    Logos Amicus: @Kadarko, nie wiem czy to jest zacięcie, czy może raczej praktyczna chęć utrwalenia wrażeń z naszej podróży? Tak, jak napisałaś, zapiski „na żywo” mają tę przewagę, że chwytają myśli i uczucia doznawane „na gorąco”… Coś, co trudno jest uchwycić, kiedy wraca się do codziennej rutyny. Bowiem, kiedy jesteśmy już w domu, zaczyna nas absorbować cała masa innych spraw i często nie ma po prostu czasu na spisanie swoich wrażeń. A ten dziennik jest dla mnie ważny także z tego względu, że będzie trwałą pamiątką dla nas i dla naszych rodzin.
    A jak udaje mi się dokonywać moich wpisów na bieżąco?
    Zwykle przez ostatni odcinek naszej codziennej trasy samochód prowadzi mąż mojej siostry i wtedy mogę zredagować tekst, wybrać jakieś zdjęcie, a później, już w hotelu, wystarczy tylko to „wrzucić” do sieci. Ot i całe „zacięcie” :)
    @miziole, były jeszcze świetne „Podróże z Charleyem” Johna Steinbecka.
    Cieszę się, że tu zaglądasz. Pozdrawiam!
    Trzymaj się ciepło na tej Twojej „chłodnej” a Zielonej Wyspie, która przecież piękna jest, co widać choćby na Twoich zdjęciach :)
    @Jula, ostatnio nie tylko westerny nie są w modzie, ale tak w ogóle to cała Ameryka nie jest już trendy. Niestety, dość często miłość czy przyjaźń zamienia się w swoje przeciwieństwo. Ta fala niechęci do Stanów Zjednoczonych ma kilka przyczyn, którymi jednak nie chcę się tu teraz zajmować, bo nie mam na to ani czasu, ani też ochoty. (Wspomnę tylko ostatni kryzys ekonomiczny, czy politykę zagraniczną USA ostatniej dekady.) Nie wiem tylko dlaczego ta niechęć przenosi się na amerykańskie społeczeństwo, a już absurdem jest wg mnie awersja do kraju jako takiego – do wszystkiego, co amerykańskie. A to naprawdę jest kraj piękny w wielu swoich aspektach, choćby pod względem bogactwa krajobrazowego, przyrodniczego (chodzi mi o Naturę). Poza tym, podróżowanie po Ameryce jest przyjemnością również ze względu na ludzi – w zasadzie wszędzie człowiek spotyka się z przychylnością, zainteresowaniem i miłym uśmiechem (na co od razu zwrócili uwagę moi goście z Polski.)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/09/wiielki-kanion.jpg?w=780
    Nad Wielkim Kanionem

    Sarna: Pisałeś już o tych miejscach, tyle że rzeczowo i chłodno. Nie było w Tobie tych rozedrganych emocji. Być może teraz jest inaczej bo udziela Ci się radość dziewiczych współtowarzyszy z kraju pomieszana z Twoją frajdą z dawania im czegoś o czym nawet nie śnili.
    Twój szwagier nie okazuje żadnych emocji?, bardzo opanowany gość :) Nic o nim nie piszesz, czyżby nie podwijały mu się w budach palce gdy samochód leci w dół na tzw. łeb, albo nie ponosi go chłopięca fantazja gdy tak pierwszy raz w życiu powozi SUV-em z automatyczną skrzynią biegów?
    Fajnie się Ciebie czyta, człowiek zapomina, że to kronika i pyszczydło samo się uśmiecha na wzmiankę o dziewczynach zasłaniających oczy nad przepaścią.
    PS Na twoim blogu jest obrazek z napisem, że świat nie przestaje Cię zadziwiać, czemu zresztą nieustannie dajesz wyraz. Już dawno chciałam Cię zapytać o ten obraz, bo gdzieś już go widziałam, tylko moja pokrętna pamięć mówi mi, że to jest obraz z niewidomą dziewczyną, która nie potrafi trafić do domu mimo, że jest od niego o krok. Nie będę się upierać przy swojej wersji bo zupełnie nie potrafię nazwać obrazu ani z autora, ani z tematu. Proszę o pomoc w rozwiązaniu zagadki.
    pozdrawiam

    Jula: Nie zdawałam sobie sprawy, że ten Wielki Kanion to takie wielkie liczby (taka wielkość! ;) Niektórzy przylatują nad Kanion helikopterami, chyba z Las Vegas?… Czytałam, że mieli wybudować tunel, czy raczej most szklany, widokowy – przechodzący nad „dziurą”, jak to sam określasz w jednym z bardziej widokowych miejsc. Czy to „kaczka” dziennikarska, czy coś było faktycznie na „nosie”?…
    Miałam nie pisać, tylko czytać, ale się nie da?… Chyba po powrocie uzupełnisz zdjęcia?…
    Pozdrawiam wszystkich uczestników tej arcy ciekawej wycieczki ;) !!!

    31 lipca, 2009:

    Logos Amicus
    : @Jula, rzeczywiście parę lat temu skonstruowano coś w rodzaju podestu o przezroczystym dnie, przez który widzi się Kanion pod swoimi stopami i podobno ma się wrażenie, jakby człowiek chodził nad przepaścią – w powietrzu. Ale myśmy tam nie byli, bo nie było nam to po drodze.
    @Sarno, oczywiście, że wszyscy okazujemy tu emocje, ale ja tu o nich raczej nie piszę… po części dlatego, że nie ma na to ani czasu, ani miejsca. A Wiesiek (szwagier) rzeczywiście jest człowiekiem spokojnym i opanowanym (w sam raz dla nieco szalonych dziewczyn, które ma na głowie :)) Widzimy tak różne miejsca, jest tyle wrażeń, że trudno to skwitować w kilku zdaniach. Ja myślę, że jeszcze to wszystko do nich za bardzo nie dociera i mogą mieć poczucie, że nagle znaleźli się „na żywo” w jakimś filmie. To wszystko przetrawią pewnie dopiero wtedy, kiedy wrócą do domu. I dlatego będą mieli jak znalazł, czytając te zapiski.
    PS. A co do tego obrazu, o którym wspominasz, to może jeszcze do niego wrócimy. Nawiasem mówiąc Twoje spostrzeżenie jest ciekawe :)

    Sadoq: No to piękna wycieczka :-)

    Maria (bkm)
    : A ja zafundowałam sobie podróż do Ameryki w Krakowie na wystawę z okazji 90 lecia stosunków dyplomatycznych Polski i USA i jako uzupełnienie moich skromnych przeżyć z fascynacją będę śledzić Państwa podróż w realu.

    1 sierpnia, 2009:

    Logos Amicus: Ano piękna, @Sadoqu :-)
    @Mario, będzie nam miło.

    2 sierpnia, 2009:

    Jula: Chyba wyjechaliście z „doliny śmierci”, co?… Pozdrawiam!

    Bastek: Zazdroszczę… Wielki Kanion jest nr 2 na mojej liście marzeń :) pozdrawiam serdecznie :)

    rysberlin: imponujący licznik gospodarzu!!!!
    ja właśnie po urlopie wracam do żywego życia zamiast byczenia się z czymś do czytania w ręce
    licznikujcie dalej!!! :D

    Logos Amicus: @Jula, przecież napisałem wyraźnie: „Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi i cali.” :)
    @Bastek, a czy można wiedzieć jaki jest ten Twój „Number 1”?
    @rysberlinie, „byczenie się z książką w ręku” to inny rodzaj wakacji, (który, zresztą, też może mieć swój urok). PS. Myślałem, że Ci bardziej zaimponuje nasz program, niż licznik :) PS2. Tutaj w Stanach odległości pokonuje się jednak w znacznie szybszym tempie. W tych przestrzeniach 300 – 400 mil dziennie to pestka – w porównaniu choćby z ciasną Europą.

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/09/w-hotelu-w-moab.jpg?w=780
    W hotelu w Moab

    4 sierpnia, 2009:

    Sarna: Program eskapady imponujący, niemniej Wasza kondycja również. Przyznaję, że podziwiam dziewczyny, bo nie cierpię piasku w butach, nie wspominając o włosach czy zębach :), ale przy okazji zazdroszczę Im tego czego doświadczają, możliwości bycia ” w tych” miejscach, opalenizny i zapewne smuklejszej sylwetki. Opisy pozwalają co prawda pracować niedoskonalej wyobraźni ale ja jednak pokornie czekam na zdjęcia (oczywiście już po powrocie w domowe pielesze). Bazując tylko na Twoich zdjęciach z bloga muszę przyznać, że Wielki Kanion w promieniach zachodzącego słońca sprawia wrażenie małego piekiełka, a Dolina Śmierci przytłacza monotonią. Podoba mi się jednak Bryce Canyon.
    Pozdrawiam

    miziol: Jako postronny obserwator (codziennie) muszę stwierdzić, że gnacie w imponującym tempie. Nie wiem czy od środka to też tak wygląda, ale ja już bym się czuł trochę zmęczony nadmiarem wrażań. Twoje Amicusie wpisy czytam z wielkim zainteresowaniem i wielkim niedosytem szczegółów i różnych smaczków. Zwolnijcie! If possible. Jeśli powstanie z tej wyprawy jakaś książka (oby!) to ja się już ustawiam w kolejce. Drugi! Pozdrawiam

    5 sierpnia, 2009:

    Logos Amicus: @Sarno, rodzina mojej siostry dosyć często podróżuje po Europie, więc o ich przystosowanie się do rodzaju i tempa naszej wyprawy byłem spokojny. Naszym młodym dziewczynom piasek w butach nie przeszkadza – mają chyba wystarczająco dużo czasu, by zadbać o siebie… a wtedy wyglądają jak modelki :)) – wszędzie przyciągając uwagę amerykańskich (i nie tylko) chłopaków :) Ja wiem, że trudno sobie wyrobić zdanie o miejscach, które zwiedzamy tylko na podstawie mojego opisu, czy tych obrazków, które zamieszczam dla ilustracji wpisów. Aby takie wyobrażenie było adekwatne, trzeba jednak to wszystko zobaczyć i przeżyć samemu. PS. A zdjęcia, oczywiście, będą :)
    @miziole, ja z tą książką to bym nie przesadzał :) Widzę jedynie, że to co miało być tylko zaznaczeniem miejsc, które odwiedzamy, rozrasta mi się każdego dnia do nieco większych rozmiarów. A i tak muszę się ograniczać, bo właściwie o każdym z odwiedzanych przez nas miejsc można napisać książkę. A moja rodzinka znosi to wszystko całkiem nieźle. Nasze tempo zresztą nie jest takie zabójcze, jak by się to mogło wydawać. Mamy wystarczająco dużo czasu, by się wyspać, poranki są dość relaksowe, te kilkaset mil, które pokonujemy codziennie, zlatuje nie wiadomo kiedy… Poza tym, zawsze coś się dzieje ciekawego – czy to za oknem, czy wtedy, kiedy coś zwiedzamy. Wrażeń jest mnóstwo, ale chyba nie ma jakiegoś przesytu, czy znużenia. Chciałbym, aby dla mojej siostry i jej rodziny ta podróż jest w pewnym sensie podróżą życia.

    11 sierpnia, 2009:

    miziol: No nareszcie! Myślałem, że zdarzyła się wam jakaś awaria, albo wypaliliście z Siuoxami za dużo „fajek pokoju”. Długo zwlekałeś Amicusie z tym ostatnim wpisem z podróży. Szkoda, że już wracacie. To był przez chwilę najdynamiczniejszy blog ze wszystkich mi znanych. Zatem GO BACK EAST and GOOD LUCK!

    Logos Amicus: @miziole, dotarliśmy do domu szczęśliwie. Teraz tylko mam do napisania parę słów na temat ostatniego dnia, no i może jeszcze jakieś podsumowujące wszystko post scriptum.
    Dynamiczny blog, powiadasz… Cóż, pewnie gdybym nie dokonywał wpisów na bieżąco, byłoby mi teraz trudno odtworzyć to wszystko w domu. A tak, mam już gotowy tekst… to nic, że z wszystkimi jego słabościami, wadami i uchybieniami. Ma on przynajmniej tę zaletę, że pisany był na gorąco i raczej spontanicznie (co jest warunkiem autentyzmu i życia, które w ten sposób się – w pewnym sensie – utrwala). Dziękuję – zarówno Tobie, jak i wszystkim, którzy tu zaglądali i dobrze nam życzyli.

    15 sierpnia, 2009:

    Sarna: U Ciebie wszystko w porządku czy nie przeżyłeś najazdu rodzinki?
    Pozdrawiam

    Logos Amicus: Przeżyłem, przeżyłem… teraz tylko muszą jakoś wrócić „do siebie” ;)

    kuzynka: Toście się wyszlajali, huncwoty :) No pięknie!

    3 września, 2009:

    Sarna: Widziałam Wasze zdjęcia. Twój „wybiórczo” kędzierzawy szwagier ma ładny uśmiech )) Fajną masz rodzinę.
    Pozdrawiam

    Jula: To wycieczka życia zakończona, lecz zdjęcia i Twoja relacja na długo będzie przypominać nie tylko Twojej rodzinie – przeuroczym siostrzenicom ale i Tobie, prawda?…
    Pozdrawiam!

    Tania: No proszę, swego czasu żałowałam, że nie mam rodziny w Stanach :). A teraz wystarczy poczytać blog znajomego z sieci i już się tam jakby było. ;) A podróż w towarzystwie misia-maskotki wydaje się kusząca…
    Macham

    Magamara: Przeczytałam na razie połową z Twoich zapisów z podróży i jestem zachwycona! Świetnie oddajesz emocje, tempo podróży. Znakomicie jest czytać relacje pisane na żywo. Muszę się pochwalić – właśnie dostałam amerykańską wizę i nie mogę się doczekać naszej krótkiej wyprawy w listopadzie. Skomentuję dłużej, jak przeczytam całą relację.
    Serdeczności :)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/09/ania-i-ula-w-zion.jpg?w=780
    Ania i Ula w Zion

    Sarna: @Magamaro, tylko Ci pozazdrościć szczęściaro :) Amicusie, obiecanki cacanki. Kiedy ja w końcu zmądrzeję? tj. gdzie są te wszystkie obiecane zdjęcia? bo nie sądzisz chyba, że tym co nieco już na blogu się wykręcisz? PS 1. Twoje bratanice faktycznie są w nieokreślonym momencie swojej kobiecości i chyba rzeczywiście Ci się od nich oberwie :) Uroczy niewinny uśmiech dziecka, czy już modliszka? Tak czy siak są piękne i już się cieszę na myśl ile złamią serc :)) Ale Wy dziewczyny (bratanice oczywiście) się tak nie cieszcie, bo już nowy rok szkolny przed Wami ( ha ha ) i jeszcze wiele, wiele uroczych lat budy:) Ten, co Was zdobędzie w nieskończoność powtarzał będzie, że lepszy wróbel w garści…. :) i że na to nie zasłużył. I o dziwo, OSIOŁ będzie miał rację: )
    PS 2. Rozsadza mnie energia, życie jest piękne i takie tam :) wiec może skończę, bo nie każdy wie o czym mówię:)
    Pozdrawiam

    Larix: Chyba także po to pojechałeś-aby sobie siebie przypomnieć… Zawsze w codzienności życia wiele umyka i myślę, że po to też są właśnie takie podróże… w przestrzeń kraju, w którym żyjesz i zarazem do wnętrza siebie.

    Iwona: Ameryka rzeczywiście niesie wiele piękna dla każdego, i nawet emigrant odnajdzie siebie. Podobną podróż odbyłam 10 lat temu, była to nieprawdopodobna przygoda w każdym calu i detalu. Może kiedyś moją rodzinę zabiorę na podobną podróż, szlakiem zdobywców Zachodu. Taka podróż daje poczucie wolności. Odczuwałam to w czasie tej mojej. Wolność i przynależność do tego świata. Piękne zdjęcia, zaraz sięgnę po swoje albumy :)

    Hagen: Nie pozostaje nic innego, niż tylko wyruszyć w podróż… choćby palcem po mapie.
    Pozdrawiam

    Krystyna: Przeczytałam większą część zapisów z Twojej podróży i muszę przyznać, że są bardzo ciekawe – gdy je czytam, to odnoszę takie wrażenie jak bym tam była…. (a wiem, że nigdy tam nie będę )… Umiesz przekazywać to co widzisz i spotykasz w czasie podróży. Zdjęcia są przepiękne tak jak i Ameryka, a ten Pan Kędzierzawy z pięknym uśmiechem dodaje uroku tej całej wyprawie :)) Jak widać podróż ŁOWCY pięknych obrazów udała się bardzo. Zaglądałam, zaglądam i będę tu wciąż zaglądać i zerkać nie tylko na to co udało Ci się udokumentować i utrwalić.
    Serdecznie pozdrawiam

    4 września, 2009:

    Bogdan: Drogi Staszku,
    Żałuję tu oficjalnie, że nie udało nam się spotkać podczas tej Waszej wycieczki… wszak byliśmy dość blisko siebie… To byłaby jednak zupełnie inna sceneria i chwila niż nasze spotkania w Chicago…
    Po przeczytaniu Twojego dziennika, utożsamiam się zwłaszcza z Twoim ostatnim akapitem i jego ostatnim zdaniem, ze są miejsca na ziemi, gdzie udaje nam się spotkać samych siebie! To przykra i smutna prawda… w innych miejscach zmieniamy się całkowicie… może stopniowo, ale jednak nieuchronnie…
    Podzielam wiele innych Twoich obserwacji poczynionych z chyba nie mniej i dla mnie znajomej przestrzeni…
    Gratuluję udanego RODZINNEGO wyjazdu… to jednak zupełnie inna sytuacja niż przy wyjazdach turystycznych organizowanych przez biuro… Sam staję przed takim tematem, by latem 2011 zabrać rodzinę za Wielką Wodę, ale chyba dla dzieci byłoby to jeszcze za wcześnie… Najmłodszy za miesiąc kończy 6 lat… Ale pomysł wyrażony w jakimś miejscu, by rodzinnie objąć sekwoję (najlepiej Grizzly Giant) jest cały czas aktualny…
    Serdeczności!
    Bogdan

    ———————————————————————————————————————————————————————————–
    I CENNY LIŚCIK OD MOJEJ SIOSTRY:


    5 września, 2009:

    Mariola: Chcielibyśmy jeszcze raz serdecznie Ci podziękować za tak wspaniałą, niezapomnianą wycieczkę. Wszyscy będziemy mieli co opowiadać. Teraz, kiedy jestem już w domu, to wydaje mi się jakby to był sen, że mogliśmy zobaczyć tyle wspaniałych miejsc. No ale pozostały nam jeszcze zdjęcia i niezapomniane wspomnienia, do których będziemy powracać.
    Trudno jest teraz wrócić do rzeczywistości, bo była to dla nas wycieczka życia i zdajemy sobie sprawę, że gdyby nie Ty, to nie bylibyśmy jej w stanie przeżyć. Rozbudziłeś w nas instynkt podróżowania zabierając nas w te piękne miejsca. Tak, że już zaczynam za nimi tęsknić. Codziennie oglądam te albumy i Twoje zdjęcia i muszę stwierdzić, że teraz – po tym już, jak tam byłam – to wszystko widzę inaczej. Nawet najlepsze zdjęcie nie zastąpi jednak obrazu widzianego na żywo.
    Dlatego jesteśmy Ci niezmiernie wdzięczni, że nas zabrałeś na taką wspaniałą wycieczkę.
    Ja wydrukowałam już rodzicom Twoje codzienne relacje z tej wyprawy i są zafascynowani. Dobre masz też komentarze do tych opisów. Widzisz, nawet Ci piszą, że masz fajną rodzinkę, więc tej wersji się trzymaj… ha,ha!
    Jeszcze raz dzięki za wszystko. Pozdrowienia od nas wszystkich.
    Do zobaczenia w Polsce.

    * * *

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/09/grand-teton1.jpg?w=780
    Na szlaku w górach Grand Teton

  2. Stanisław Błaszczyna Says:

    Mój dziennik podróży doczekał się także kilku komentarzy w trzecią rocznicę naszej eskapady:

    7 września, 2012:

    @sarna: To już okrągłe trzy lata temu? Dziwne, jakby wczoraj …
    Fajne klimaty, ulubione przeze mnie grono stałych komentatorów – gdzie Oni się podziali?
    Widziałam niedawno aktualne zdjęcie Uli – jest piękna!
    Kraszewski nazywany jest tytanem pracy, Ty chyba jesteś zaraz po Nim w kolejce do tego tytułu:)
    Ciągle mnie fascynujesz.
    pozdrawiam

    @Stanisław Błaszczyna: Eeee tam – zaraz Kraszewski!
    Ja ciągle mam wrażenie, że nie za bardzo się wysilam, tudzież zbyt mało robię (piszę) i tylko czas mi tak przelatuje przez palce ;)
    Muszę to jakoś zmienić.

    PS. Wspomniałaś Ulę. Muszę przyznać że udały mi się siostrzenice. I pomyśleć, że w międzyczasie Ania skończyła już drugi rok studiów (jest na architekturze) – i świetnie jej idzie (podobno ze zdolnościami wdała się w wujka ;) – choć w odróżnieniu ode mnie jest bardzo pilna ;) )

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/09/ania-crazy-horse.jpg?w=780
    Ania na Czarnych Wzgórzach.
    W tle, po lewej: dzieło Korczaka Ziółkowskiego – rzeźba Szalonego Konia.

    8 września, 2012:

    @sarna: Co tak naprawdę jest w tych maszynach, że nas do siebie ciągną? Ogłupijące, pierwotne poczucie wolności – jak galop na koniu z wiatrem we włosach? Wczoraj były tak silne porywy wiatru, że z trudem wróciliśmy na swoich rączych rumakach do domów. Próby przezywciężenia własnej słabości, wiatr we włosach kradnący fragmenty rozmów, śmiech, satysfakcja, że przekroczyło się wyznaczone własnymi ograniczeniami granice, prysznic po, lampka wina i znajome, bezpieczne kąty – niewiele nam potrzeba do pczucia szczęścia :)

    @Stanisław Błaszczyna: „…ulubione przeze mnie grono stałych komentatorów – gdzie Oni się podziali?”
    Zniknęli, „zmyli się”, niektórzy przepadli jak kamień w wodę…
    Tak właśnie przemija większość blogowych znajomości czy nawet przyjaźni Bo naprawdę liczą się tylko te – sprawdzone realnie. Reszta to zwykle ułuda – rozwiewa się niczym mgła.

    9 września, 2012:

    @sarna: Kiedyś Defendo popełniła na ten temat bardzo mądry wpis, może kiedyś odszukam go w jej archiwach…

    @Remigiusz: Niesamowita sprawa!!

    @Stanisław Błaszczyna: Pod wpisem o Wielkim Kanionie (tutaj), Miriam zamieściła ciekawy fragment z bloga Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego („Chlip-hop, czyli jak trwoga to do blooga”), odnoszący się właśnie do podróży po Ameryce:

    Andrzej Poniedzielski:

    „Imagine,
    (…)
    Piszę do Ciebie, że moja Ameryka przebiegła przeze mnie jak ja przez nią. Przez nią – jakże niecałą, jakże ledwo dotkniętą, jakże ledwie spostrzeżoną.

    I do dziś wyświetlają się w mojej głowie co najmniej dwa „amerykańskie filmy”. Pierwszy jest przyrodniczy. Oj! ta przyroda. Ta Przyroda – to przygoda. Dobrze jest choćby po to tam pojechać żeby zobaczyć że tyle Jej jeszcze zostało. Jej ogrom i rozległość, za nic mająca europejskie proporcje, pewnie częściowo sprzyja samoochronie. Taki bowiem ogrom i rozległość trudno zadeptać. Ale i kaktus tam ochroną zdecydowaną obejmą mimo że jest ich miliony. I domek, jeśli już, nad Wielkim Kanionem postawią to z drewna i jedyne co kolorystycznie się zeń wybija to tabliczka nieduża z jego numerem. Oj, dali by tam porządzić naszym zakopiańskim władcom – zobaczyli by jak można miasteczko jak rozpyrgnięty słup ogłoszeniowy – wybudować. A podobno w szkołach to uczą dzieci, że Człowiek to nie jest częścią Przyrody ale że jest tej Przyrody gościem. I podobno wcale nie najważniejszym. Do tego doszło. Takie herezje. Z samego rana. Dziecku.

    To i patrzyłem. Widziałem jak płaska pustynia niedostrzegalnie się unosi i nagle ziemia przerywa się. Uskakuje na ogromną głębokość. Mgliście majaczy przeciwległa, oddalona o kilometry, krawędź tej rozpadliny. A wewnątrz tej rozpadliny – góry. Szczyty – z jakich dumny byłby niejeden kraj, sławiłby je w pieśniach, zdobywał, łamał sobie nogi a nawet i podstawy czaszki – z ogromną, narodową przyjemnością. A tutaj One rosną sobie na dnie. Na dnie Wielkiego Kanionu. Z wysokości krawędzi widać jeszcze jak miedzy tymi „dennymi” górami płynie strumyk żółtawy. Tak widać z tej wysokości. Kiedy się wie, że w rzeczywistości jest to poważna rzeka, taka, że w Europie mogłaby być nawet granicą państwa – czuje się respekt i powagę sytuacji. Czuje się, że wyznaniowe różnice odpowiedzi na pytanie – Kto To Zrobił? – zakrawają na bezwiedne uwagi rzucane dla paddierżania razgawora. Wobec. Wobec talentu i wielkości Tego Kto To Zrobił. Bo jeszcze barwy. Kolory. Jakie? – A wszystkie. Dominują wszystkie kolory brązu. Ale tylko w skałach. Tylko. Tylko wszędzie. Takie to jest „tylko”. Ale żeby jakiś kolor mógł dominować to musi mieć nad czym. To i szarość się pod ten brąz, raz ceglasty, raz brunatny, raz beżowy podłoży. A to znowu jaka aż fioletowa kamienność. A to, widać że może i licha, bo wapienna ale aż jadowicie biała – biel. Zażółci się gdzieś. To znów zapomarańczeje. Zielonością pochodzenia roślinnego to wszystko przyprószone. Niebem, różano-niebieskim przykryte. I tak się stoi. I tak się patrzy. Zatraca się pojęcie „punktu widzenia”. Wystarczy widzieć. Widzi się całym sobą. Tym co w nas było, co jest, co będzie. Siły się jakiejś nabiera bezczelnej. Że niby tak jak On – Wielki Kanion – byłem, jestem. I pobędę sobie ile będę chciał. Niechby i krótka, ale to dobra siła. Przyrodnicza.

    Choćbym nie wiem jak długo próbował To opisywać – nie opiszę. Są bowiem na świecie rzeczy i zjawiska nieopisywalne. Na szczęście.

    Imagine, być może i ja uległem jakiemuś złudzeniu ale wydawało mi się że widziałem tam, na krawędzi Wielkiego Kanionu osobę podobną do Ciebie z dwoma aparatami fotograficznymi. Gdyby któryś z tych aparatów wykonał jakieś, choćby w części „oddające” zdjęcie – to proszę Cię wyślij mi je. A ja wyślę je Tobie jako nieśmiałą ilustrację moich słów.

    Pozdrawiam Cię.”

    Magda Umer:

    „Andryou!
    Szkoda że Wielki Kanion nie jest w stanie przeczytać tego, co o Nim napisałeś. Byłoby mu miło, to nie ma to tamto. A swoją drogą, co On ma z tego życia?
    – Czy coś Go przejmuje, czy ma się jak i czym cieszyć, martwić, zachwycać?
    – „Nie mam drzwi”- odpowiadał kamień indagowany przez panią Wisławę. Może właśnie niedostępność tej Potęgi jest najbardziej fascynująca. Ja także uważam, że nawet najpiękniejsza fotografia nie jest w stanie oddać Jego niezwykłości. Tam się obcuje z Absolutem. Nad Oceanem także. (…)”

    Całość przeczytać można tutaj:

    http://chlip-hop.bloog.pl/id,3081555,title,Imagine,index.html

    @Ulotna_wieczność: Blog chlip – hop czytałam kilka lat. Cudowny sposób wrażliwości.

  3. Stanisław Błaszczyna Says:

    PONIŻSZE KOMENTARZE POJAWIŁY SIĘ W PIĄTĄ ROCZNICĘ NASZEJ PODRÓŻY, PO OPUBLIKOWANIU ZAPISKÓW NA STRONIE WIZJI LOKALNEJ:
    (w lipcu, 2014 r.)

  4. Bibliomisiek Says:

    Zazdroszczę. Taka wyprawa po Stanach to marzenie mojego życia.
    A propos wypraw – znasz „Lonesome Dove” Larry’ego McMurtry’ego? Ja ubóstwiam tę powieść jak, co tu ukrywać, żadną inną. Znaczna część akcji toczy się właśnie nad North Platte…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Marzenia czasem się spełniają, tylko trzeba im pomóc się zrealizować – dążąc do czegoś.

      O „Lonesome Dove” słyszałem. To miał być film reżyserowany przez Petera Bogdanovicha z Johnem Wayne, Jamesem Stewartem i Henrym Fordem w rolach głównych, ale projekt się rozsypał i po jakimś czasie autor scenariusza – Larry McMurty właśnie – zrobił z tego powieść (Pulitzer), na podstawie której zrealizowano później telewizyjny serial. Jedna z bohaterek mieszkała w Ogallala nad North Platte River – w miasteczku, w którym zazwyczaj zatrzymywałem się na nocleg wracając z grupą do Chicago, w czasach, kiedy prowadziłem wycieczki na Zachód (a były to lata 90-te ubiegłego wieku).

  5. torlin Says:

    Życzę pięknej wyprawy. Ale jeszcze dwie sprawy:
    1. „Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępem do internetu” – w Stanach? Nie ma dostępu do Internetu?
    2. „Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych w stanie Kolorado. Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)” – tej przełęczy Ci strasznie zazdroszczę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „W Stanach? Nie ma dostępu do Internetu?”

      Torlinie, w Stanach są takie ogromne obszary „dzikiej” i niezagospodarowanej ziemi, że nie wszędzie jest zasięg komunikacyjny – jeśli nie ma się łączności satelitarnej z internetem. Poza tym, w czasie takiej intensywnej wycieczki, zwykle nie ma czasu – albo po prostu szkoda tego czasu – na internet.

      „tej przełęczy Ci strasznie zazdroszczę…”

      Rzeczywiście jest czego zazdrościć. Ale jeszcze większy powód byłby w przypadku takich innych przełęczy amerykańskich, jak np. Tioga Pass (na terenie Parku Narodowego Yosemite, w górach Sierra Nevada w Kalifornii) lub Logan Pass (na terenie Parku Narodowego Lodowców w Górach Skalistych w Montanie).
      Poza tym, żeby Cię jeszcze bardziej pogrążyć ;), muszę wspomnieć, że w Kolorado zdarzyło mi się wyjeżdżać samochodem (nie mówimy tu o zdobywaniu gór na piechotę) na wysokość ponad 4 km. n.p.m.: Mt. Evans (4346 m n.p.m.) oraz Pikes Peak (4300 m n.p.m.).

  6. joan Says:

    Ciekawa wyprawa i oczywiście interesujące opisy. Dobrze się czyta. Czekam na Wielki Kanion i mam nadzieję, że po wyprawie pojawi się więcej zdjęć. Pozdrawiam Joanna :)

  7. janusz k. z majowej wycieczki do Nashville Says:

    Super wyprawa. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też zdobędę zachód.

  8. Małgorzata Says:

    Plan wycieczki tożsamy z naszą wycieczką. To była najbardziej niesamowita podróż w moim życiu Staszku. Najlepsze jest to, że pamiętam z niej najdrobniejsze szczegóły, nawet to co czytałam jadąc przez wielką równinę.
    No i to niesamowite dobranie muzyki do krajobrazu :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Miło mi, Małgosiu :) Ja również wspominam naszą szaloną eskapadę z przyjemnością, tym bardziej że grupa była super :) I też pamiętam detale – jak np. chóralne śpiewanie „We Are the Champions” Queen, kiedy wyjeżdżaliśmy do Salt Lake City ;) , albo Eminema Madzi ;) A jednak nasza trasa nie była tożsama z tą, jaką opisuję teraz (tzn. do tej pory jest niemal taka sama, zmieni się dopiero po Las Vegas: my pojechaliśmy jeszcze do Los Angeles i San Francisca, z moja siostrą, po Dolinie Śmierci, wróciliśmy do LV a następnie jechaliśmy już na północ, przez Zion, Bryce, SLC w kierunku Grand Teton i Yellowstone.)
      Dzięki za przypomnienie wspaniałych chwil i pozdrawiam Was wszystkich.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      @Małgośka, zapewne pamiętasz również to (zdjęcie z San Francisco – most Golden Gate widać niezbyt dobrze, ale za to nas – całkiem nieźle ;)
      Ty, Madzia i Kamila zupełnie się nie zmieniłyście… podobnie jak ja ;)
      Natomiast najbardziej zmienił się Tomek :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/us-in-san-francisco-wl.jpg?w=780

      • Małgorzata Says:

        Oj pamiętam, pamiętam :) Jest jeszcze takie jedno, jak siedzimy na balustradzie i wszyscy się śmieją po jakimś dowcipie:) Patrząc na to zdjęcie muszę powiedzieć, że dobrze, iż człowiek z wiekiem jednak się zmienia ;) SF to jedno z moich ulubionych miast, bez drapaczy chmur i smogu, z wieżą w kształcie końcówki od węża strażackiego i pagórkowatymi drogami.
        Fajnie byłoby kiedyś powtórzyć taką wyprawę, tym razem z ciocią i moim mężem, żeby im smutno nie było :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No i jeszcze dlatego, żeby nie było żadnych niedomówień ;)

          PS. Że też zapamiętałaś tę końcówkę od węża strażackiego ;)

        • Małgorzata Says:

          No tak Staszku, Ty w taki sposób opowiadałeś o tych miejscach, po których jeździliśmy, że do tej pory pamiętam wiele takich drobiazgów :)

          Co do Wielkiego Kanionu, to przypomniało mi się jedno, choć niekonwencjonalne zdarzenie – zaraz po nas dojechała wycieczka, wyszedł Pan z busa, który w momencie zobaczenia kanionu krzyknął na cały głos ze zdziwieniem i zachwytem w głosie „o k…..” – no i od razu było wiadomo skąd jest ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          O tak, ten rodzaj „swojskiego” zachwytu słyszałem kilkakrotnie. Były również inne wyrazy wyrażające uczucia w zetknięciu się z naturalnym pięknem, jak np.: „ja pier…ę!”. :)
          Ale to równie dobrze mogła być wycieczka złożona z polskich prominentnych polityków ;)

        • Kamila Says:

          To prawda, Tomek zmienił się przez ten czas od tamtej wycieczki najbardziej ;)

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/08/tomek-e14069890345621.jpg?w=780

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No tak, z blondyna zrobił się brunet ;)

      • Małgorzata Says:

        Przy tej wycieczce każde słowo „piękne” nie może być nadużyciem. Dziś wyciągnęłam swój album i jedyne czego mogę żałować to tego, że w tamtym czasie nie miałam „cyfrówki”. Epoka kliszy jednak nas trochę ograniczała. Z obecnymi aparatami zrobiłabym pewnie tyle zdjęć, że pozwoliłyby na zapełnienie kilku albumów :)

        Chyba wyświetliło się nieprawidłowe zdjęcie na FB (odcinek z Zion), ale Dolinę Monumentów też uwielbiam :) tak jak Bon Jovi i z pewnością wiesz, o czym mówię, bo wiem to od Ciebie ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja robiłem wtedy zdjęcia na slajdach, ale w porównaniu z cyfrówką to była jednak słabsza jakość, nie mówiąc o wygodzie (i właśnie możliwości zrobienia wielu zdjęć, z których później można by wybrać te najlepsze).
          Ale cyfówki mają też swoje gorsze striony – jak np. zalew zdjęć na blogach, czy facebooku ;)

          A Bon Jovi śpiewa nadal (choć mogli by tu pokaząć więcej krajobrazu, a mniej samej gwiazdy rocka):

        • Małgorzata Says:

          Dzięki za przypomnienie bo nie pamiętałam, który to klip był.
          Ze zdjęciami to prawda. Po ostatniej wyprawie mam ich ponad 800 i ogarnia mnie przerażenie, że muszę dokonać selekcji przed ich wywołaniem.
          Z dwojga złego, to wolę mieć jednak wybór i nie ograniczać się tylko do 36 klatek na kliszy. :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Albo jeszcze gorzej: do 24 klatek na kliszy ;)

  9. Torlin Says:

    Ja bym wjechał do Las Vegas, ale aby zobaczyć Salmę Hayek z filmu „Fools Rush In”. Stasiu, co oznacza w rzeczywistości ten tytuł, bo jak wiesz nie posiadam angielskiego. Polski tytuł „Polubić czy poślubić” – bardzo ten film lubię.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dosłownie znaczy to „głupcy się śpieszą”, ale ma to oczywiście szersze znaczenie (tutaj przypomina się piosenka Presley’a ze słowami: „Wise men say only fools rush in / But I can’t help falling in love with you”, czyli (mniej więcej): „Mądrzy ludzie powiadają, że tylko głupcy się śpieszą, ale ja i tak nie mogę nic poradzić na to, że się w tobie zakochuję.”
      Jednak w tym „Fools rush in” jest więcej niuansów, ale to trzeba by wyjaśniać znaczenie znanego w ang. literaturze wersu „And fools rush in where angels fear to tread”, co jednak przekroczyłoby ramy tego komentarza. :)

      • Torlin Says:

        Bardzo dziękuję i pozdrawiam

      • Jula :D Says:

        Jeżeli chodzi o Las Vegas, to naszej aktorce Izie Miko, udało się wygrać casting i dostała role Alexxy w „step Up: All in”. – kolejnej , czwartej już odsłonie znanego i lubianego cyklu „Step Up”. (premiera była 18 lipca) Podobno bardzo pięknie tam wygląda. Akcja filmu właśnie jest w Las Vegas. Iza Miko,mówi, że nie lubi tego miasta bo , czuć w nim , jak się dłużej przebywa , w powietrzu unosząca się desperację. Ludzie przyjeżdżają nie tyle grać , co wygrywać. Jest sporo niedobrej energii. Miko w tym filmie gra gwiazdę popu, która zna cały świat!..- prowadzi konkurs w las Vegas, którego główną nagroda jest kontrakt dla grupy tanecznej w luksusowym hotelu. ;)
        wystrojona jest w niesamowite stroje , niczym Lagy Gaga!.. Niesamowita ilość strojów, zaraz przypomniała mi się nasza Violetta Willas , miała tam chyba 4 -letni kontrakt , którego nie przedłużyła ze względu na chorobę matki.:D
        Stworzyli Ją tam na nowo. ;D
        chyba na youtube , można Ją zobaczyć w tym filmie. Pa! ;D)))

  10. HaEjs Says:

    Wielki Kanion i Las Vegas to ogromne przeżycie. Byłam tam kilkanaście lat temu, za co jestem wdzięczna losowi.
    Z ogromna przyjemnością oglądam zdjęcia, dziękuję, to sentymentalny powrót do wspomnień.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Miło mi, że ta relacja przyczyniła się do tych sentymentalnych wspomnień.
      Zresztą, jeśli ktoś zetknął się z naturalnym pięknem i niezwykłością krajobrazową amwrykańskiego Zachodu, to zapamiętuje się to do końca życia.

  11. Jula :D Says:

    Wspaniałe kolejne przeżycia, z kolejnej podróży opisujesz. :)
    Czytałam, że większość Amerykanów tak lubi, przemieszczać na duże odległości. I to nie tylko w poszukiwaniu pracy, czy ucieczką od czegoś. ;) ..
    Tym bardziej ja jestem pełna podziwu dla podróżników, którzy na przykład podobno rowerem jadą naokoło świata. Oczywiście ten rower ładują na statek lub samolot, podejrzewam. No ale i tak trochę tych km nabijają po tych różnych kontynentach. Ciekawa byłaby taka przełajowa wycieczka w Azji. Podobno niektórym to się udaje. Podobną wyprawę tylko przez Kanadę zrobiła sobie moja koleżanka z mężem, jak wracali z Alaski do domu w pobliżu wodospadu Niagary, ale po drugiej stronie. ;) (mam na myśli nabite km.. )
    Czy w Australii byłoby równie ciekawie?… Są tam te autostrady przecinające kontynent, chyba?..
    Teraz nie dziwię się, że wśród Amerykanów są popularne wycieczki pt. „w siedem dni Europę”. W końcu co to za km można nabić, na tak małym obszarze. Można każdy kraj przejechać w 1 dzień. Pozdrawiam! ::D)))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W porównaniu z odległościami w Ameryce, odległości w Europie wydają się śmiesznie małe. No, ale zagęszczenie – nie tylko demograficzne, ale i kulturalne – jest znacznie większe, więc nie ma sensu porównywać sposobów zwiedzania, jakiego wymaga Ameryka i umożliwia Europa ;)
      To są jednak dwa zupełnie różne światy.

      Na pewno spora część Amerykanów lubi się przemieszczać na duże odległości (jak piszesz), ale też wielu z nich jest do tego zmuszona – właśnie ze względu na olbrzymie odległości jakie tu dzielą jedno miejsce od drugiego.

      Najbardziej rzucającym się w oczy elementem amerykańskiego pejzażu jest przestrzeń – to ona definiuje niejako doświadczanie tego kontynentu przez człowieka, który chce go przemierzyć i poznać.

      • Torlin Says:

        Najbardziej rzucającym się w oczy elementem (…) pejzażu jest przestrzeń – to jest rzecz podkreślana przez ludzi znających Rosję, nieprawdopodobne odległości, przenoszące się na mentalność mieszkańców.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To prawda, Rosja też jest wielka jak kontynent, przestrzenie tam są też olbrzymie, jednak mentalność Rosjan jest zupełnie inna, niż Amerykanów.

          Amerykanie Amerykę Północną podbili, Rosjanie niejako trzymają Azję Północną (Syberia) cywilizacyjnie „niepodbitą”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Warto obejrzeć ten montaż. Można poczuć Dolinę Śmierci na swojej skórze – zwłaszcza w takim mijescu jak Zabriskie Point – w tym suchym morzu złotego piasku i pyłu.
      No i jeszcze ta muzyka. Wprawdzie nie w wykonaniu zespołu „Pin Floyd” (który nagrał ścieżkę dźwiękową do filmu Antonioniego), ale równie sugestywna i adekwatna do tego co się dzieje na ekranie – i do samej scenerii, która jest nieziemska.

      A to już Pink Floydzi:

  12. Beata Says:

    Temple Square to jedno z moich ulubionych miejsc w Salt Lake City. To urocze dla mnie miejsce to nie tylko widok na przepiękną budowle lecz również cudowne ogrody w których można usiąść na ławce i kontemplować!
    Ciekawy jak zawsze artykuł.

  13. Małgorzata Says:

    Grand Teton i Jackson Hole!
    Ooo, pamiętam opowieść o wyposzczonych wędrowcach ;) Nie wiem, czy w tekście jest mowa o tym samym schronisku, w którym spaliśmy, ale to było miejsce, w którym prawie wszyscy chcieli zostać na jeszcze jedną noc. Niestety nie udało się, gdyż jeden z uczestników musiał terminowo wrócić do Chicago.
    Zadziwiające jest to, że ze wszystkich noclegów, ten był chyba najmniej komfortowy, jednak najbardziej urzekający, z uwagi na położenie. Pamiętam tę skrzypiącą podłogę :) No i oczywiście ognisko z przyprawionym przez Ciebie mięsiwem oraz winkiem, którego oficjalnie nie piłam, z uwagi na fakt, iż nie miałam ukończonych 21 lat (co za kraj, ile się człowiek z tego względu musiał nakombinować w różnych miejscach publicznych) ;)
    Widoki były tam cudowne i na samą myśl przeniosłabym się tam teraz choć na chwilę. Czyste jeziora i rześkie powietrze.
    Z Jackson Hole pamiętam takie bramy wykonane z rogów. Pamiętam też, że razem z Kamilą wykonałyśmy sobie tam sesję zdjęciową z innej epoki u tamtejszego fotografa. Jakie było nasze zdziwienie, gdy pół wycieczki wparowało do fotografa i zobaczyło nas w tych dziwnych strojach :)
    W tej okolicy miał też ranczo jeden z aktorów (chyba Harrison Ford).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Właściwie to nie wiem, dlaczego ja w Twojej obecności opowiadałem legendą o „wyposzczonych wędrowcach”, skoro nawet nie mogłaś jeszcze wtedy pić (legalnie) alkoholu ;)

      Tak, to jest oczywiście to samo schronisko, które nazywało się… The Hostel. Bardzo lubiłem to miejsce. Zatrzymywałem się w nim także wtedy, kiedy wyjeżdżałem prywatnie w tamte rejony.

      A propos komfortu. Rzeczywiście panowały tam z lekka spartańskie warunki (choć prześcieradła, ręczniki i koce były zawsze czyściutkie ;) ) ściany nie były dźwiękochłonne, więc słyszało się to i owo zza ściany ;) Ale nie wiem, czy ja wtedy Wam mówiłem, że pokój w którym zwykle spałem nie miał (tak jak Wasze) czterech (piętrowych) prycz, tylko jedno wielkie wygodne łoże KingSize ;)

      Widzę, że pamiętasz wszystko bardzo dobrze – nawet ranczo Harrisona Forda ;)
      Muszę Ci powiedzieć, że niestety miejsce to teraz wygląda zupełnie inaczej – dookoła Hostelu wybudowano całą masę luksusowych kondominiów, które zasłaniają widok na góry i stłamsiły naturalne piękno Teton Village – „wioski”, w której znajduje się Hostel.

      A przy okazji, dla przypomnienia, parę migawek z naszego rodzinnego grilla w The Hostel, jaki urządziliśmy sobie w 11 dniu naszej eskapady:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/dsc_6103a.jpg?w=780
      Przygotowania do grilla (moja sesja internetowa jeszcze nie zakończona ;) )
      Ana i Ula grzecznie pozują ;)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/dsc_6082a.jpg?w=780
      Grillowa akcja Wieśka – mojego szwagra.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/dsc_6075a.jpg?w=780
      Wreszcie i ja zabieram się za robotę, (która dosłownie pali mi się w rękach ;) ).

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/dsc_6100a.jpg?w=780
      Do konsumpcji coraz bliżej – a czekają nas same pyszności :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/dsc_6133a.jpg?w=780
      Ania i Ula po imprezie na pryczach w Hostelu.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/dsc_6137a.jpg?w=780
      The Hostel nazajutrz – jak widać cały i nie spalony ;)

      • Małgorzata Says:

        Co do alkoholu, to na szczęście miałam pełnoletnich kompanów, którzy mogli kupić to i owo :) Schronisko było rewelacyjne, choć przez ściany było wszystko słychać. Porównując hotel Barbary Coast w Las Vegas, w którym spaliśmy, to rzeczywiście warunki były spartańskie, ale jednak bliżej mi jest do tego schroniska, z uwagi na klimat, jaki tam panował. Prycze nie były takie złe, choć z pewnością nie dorównywały łożu KingSize :) No, ale szef wycieczki musiał się godnie wyspać, żeby ogarnąć to całe towarzystwo.

        Ze zdjęć dodanych przez Ciebie wynika, iż uczestniczki Waszej wycieczki również dobrze tam spały Szkoda, że kolejny raz ludzkość zabiła niepowtarzalny klimat tego miejsca dokonując zabudowań. Niestety nie pierwsze i nie ostatnie takie miejsce zepsute przez człowieka. Na szczęście w mojej pamięci istnieje obraz, w którym człowiek nie dokonał tak dużej ingerencji. Z tej wycieczki pamiętam też niesamowite śniadania. Jedliśmy normalne rzeczy, ale śniadania na świeżym powietrzu i przy pięknych widokach powodowały, iż były one niezwykłe i smakowały niesamowicie :)

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Ja również, gdybym miał wybierać, to wolałbym Hostel w Jackson Hole, niż Barbary Coast w Las Vegas (choć, musisz przyznać, tamten hotel w LV też był „cute”). Nawet bym się nie zastanawiał ;)

        Co do śniadań na świeżym powietrzu. Miałem kilka takich miejsc na trasie, gdzie można było zjeść (także lunch) w przepięknej scenerii. Jednym z nich było cudowny zakątek w górach Big Horn, w stanie Wyoming, na drodze z Yellowstone na Czarne Wzgórza w Dakocie południowej. Mam gdzieś zdjęcia stamtąd, ale doprawdy nie mam pojęcia, w jakim pudle leżą ;)

        Zamiast tego poszukałem fotki, na której widać wspomnianą przez Ciebie bramę z poroży (nie z rogów! ;) ) jeleni wapiti w miasteczku Jackson:

        https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/jackson-antlers1.jpg?w=780

        • Małgorzata Says:

          No fakt – poroża, córka lekarza weterynarii powinna to wiedzieć :)
          Hotel Barbary Coast był świetny. Tam zresztą piłam pierwszy raz drinka Sex on the beach ;) Do tej pory jak gdzieś go piję, to przypomina mi się Las Vegas i straszy kolega Tomek, który nam go przyniósł do pokoju :)
          Pamiętam, że był tam dziwny prysznic i nie wiedziałyśmy z Kamilą jak go uruchomić. Różnica pomiędzy tymi dwoma noclegami była ogromna, ale otoczenie Hostelu było niesamowite. Las Vegas to miasto, w którym można zatrzymać się na chwilę bo jest niewątpliwą atrakcją (m.in. tańczące fontanny, które pamiętam do dziś), jednak na dłużej wolałabym pozostać w Grand Teton.
          Las Vegas to miasto, w którym nie mogłabym mieszkać, gdyż na dłuższą metę jest trochę przytłaczające.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Pamiętam, że był tam dziwny prysznic i nie wiedziałyśmy z Kamilą jak go uruchomić…”

          Teraz już wiem, dlaczego następnego dnia musieliśmy jechać z otwartymi oknami ;)

          Tak możemy sobie wybrzydzać na Las Vegas, ale naprawdę to dziwowisko warto zobaczyć, bo robi wrażenie. Ja już tam byłem tyle razy, że po pewnym czasie zacząłem pobyt w LV wykorzystywać do tego, żeby się porządnie wyspać, zwłaszcza że będąc z grupą autokarową, wyjeżdżaliśmy dopiero w południe następnego dnia.
          A Barbary Coast lubiłem. Miał ciekawy wystrój (coś jakby wiktoriański?), nie było molochem, no i – co ważne, miał świetną lokalizację w samym centrum stripu, przy skrzyżowaniu Bally’s, Cesar Palace i Bellagio (to ten z fontannami ;) ).
          Na opisywanej teraz wyciecze także zatrzymaliśmy się w tym hotelu, ale chyba nazywał się on już inaczej.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Jeszcze o tym hotelu w Las Vegas.
        Kiedy my tam spaliśmy, to nazywał się on Barbary Coast, kiedy spałem tam z moja rodziną, to był Bill’s Gambling Hall. później zmienili go na… Gansevoort Las Vegas (co za nazwa!), a teraz nazywa się ono ponoć The Cromwell (choć to nie jest takie pewne):

        http://www.reviewjournal.com/business/cromwell-latest-name-former-barbary-coast-las-vegas-strip

        Mnie jednak najbardziej się podobał pod starą oryginalną nazwą Barbarzyńskiego Wybrzeża ;)

        https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/vegas-strip-barbary-coast.jpg?w=780

        • Małgorzata Says:

          :) W końcu dałyśmy radę z tym prysznicem, choć jak mówisz o otwartych oknach, to może jednak zbyt mało się starałyśmy :)
          To był bardzo przyjemny hotel. Rozumiem, że za zmianą nazwy poszła również zmiana wystroju. Jak dla mnie, to stara nazwa była najlepsza. Co by nie mówić, to Las Vegas warto zobaczyć.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ten mój dowcip o oknach był chyba trochę naciągany, bo w pierwszej chwili nie załapałem o czym piszesz ;)

          Widziałem zdjęcia z tego remontu – ze starego hotelu został tylko szkielet konstrukcji. Podejrzewam więc, że wystrój w środku zmienił się bardzo.
          Ale lokalizacja pozostała ta sama – a to wielki atut tego hotelu, który się nie zmienia mimo zmieniających się nazw i dekoracji ;)

  14. Małgorzata Says:

    Głowy Prezydentów (choć jak je zobaczyliśmy to były to zalane łby, gdyż wcześniej padał deszcz ;).
    Z tego co mówiłeś, również zostały trochę zniszczone przez ludzką twórczość. Kiedyś ponoć szło się lasem, który kończył się główną atrakcją. Obecnie musieli zrobić wybetonowane podejście (z tego co pamiętam). Czekałam na te głowy bardzo długo, gdyż kiedyś dostaliśmy od Was pocztówkę z tym widokiem. Nie przypuszczałam jednak, że zaraz czeka mnie atrakcja, która zrobi na mnie jeszcze większe wrażenie, czyli Crazy Horse. To nieprawdopodobne, że Korczak w ogóle wpadł na tak szalony pomysł, który kosztował go tyle zdrowia. Mam plan pojechać tam za powiedzmy 10-20 lat i zobaczyć postęp, jaki został zrobiony od czasu, gdy tam byliśmy. Ciekawa jestem, czy żona Korczaka Ruth jeszcze żyje.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Może same głowy nie zostały zniszczone przez „ludzką twórczość” ;) ale moim zdaniem niepotrzebnie zniszczono naturalne otoczenie tej rzeźby. Dawniej szło się do niej leśnym szlakiem, z czsem jednak wybudowano potężny betonowy kompleks (parking i centrum turystyczne, jak również aleję z flagami, dzięki czemu Mt. Rushmore Memorial zaczął przypominać jakieś megalomańskie komunistyczne mauzoleum ;)

      Oto moja rodzinka tamże:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/08/mt-rushmore-gc582owy-prezydentc3b3w-rodzinka1.jpg?w=780
      Na tarasie widokowym przed Mt. Rushmore

      • Małgorzata Says:

        Chodziło mi właśnie o to otoczenie głów. Szkoda, że nie udało nam się tam przybyć przed tą „megalomańską komunistyczną” zabudową.
        Fotki super. Widać, że trafiliście na lepszą pogodę niż my, bo nasze głowy były zalane od deszczu :)

  15. MOJA PRZYGODA Z KONTYNENTEM Says:

    […] Powiązane wpisy: „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”,   „WYPRAWA NA ZACHÓD”. […]

  16. Małgorzata Says:

    Ale jak??? To już koniec wycieczki ??? :(

  17. Watra Says:

    Bardzo, bardzo dziękuję za kolejną wspaniałą podróż.

  18. Ula Says:

    Już pięć lat, jak ten czas szybko leci :)
    Wspaniałe wspomnienia :))

  19. Małgorzata Says:

    Staszku dziękuję za tą sentymentalną podróż. Mam wrażenie, jakbym odbyła tą wycieczkę rok temu, choć minęło już od niej tak duuuuużo czasu. Żadnej wyprawy nie pamiętam tak dokładnie jak tej, którą nam zorganizowałeś. Wszystko było idealne i chyba jeszcze nigdy nie miałam takiej sytuacji, aby co chwilę mnie coś tak zachwycało podczas podróży. Mówiąc kolokwialnie przez cały czas było wielkie WOW :)
    Książki „Ogniem i Mieczem” chyba wtedy nie dokończyłam, bo żal mi było czytać podczas jazdy, gdy za oknem miałam takie widoki (czytałam jadąc jedynie przez Wielką Równinę) ;)

    Powiem szczerze, że od dwóch tygodni czekałam na każdy twój wpis opisujący poszczególne dni wycieczki. Te wakacje były niesamowite. Na myśl przychodzą mi też nasze nocne przesiadywania przy koncertach, które miałeś w swoich zasobach. I to niesamowite, koncertowe wykonanie piosenki „Fire” Bruce’a Sprinsteena, które przewijałam bez końca :)
    Niestety Bruce nie powtórzył już takiego wykonania :) na są mą myśl przechodzą mnie ciary.
    Ostatnio, podczas podróży, mój mąż był zmuszony wysłuchać kilku jego płyt i nie narzekał :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To jest dla mnie największa satysfakcja – najmilsze podziękowanie: kiedy piszesz jak bardzo ta nasza wspólna wyprawa zapadła Ci w pamięć i że zachwyciło Cię piękno odwiedzanych przez nas stron.
      No i jeszcze ten Springsteen :)
      Ja również uwielbiałem ten koncertowy clip z „Fire” – mimo, że zdecydowanie bardziej pociągały mnie zawsze kobiety, to jednak sex-appeal Bruce’a robił na mnie w tym kawałku niezmiennie wielkie wrażenie ;))
      Cieszę się, że Cię zdołałem tym zarazić – i to skutecznie, ba jak widzę ten sentyment trwa do dzisiaj ;)
      (Dla obopólnej radości – Twojej i Twojego męża, zresztą ;) )

      • Małgorzata Says:

        No i to jest właśnie TO wykonanie, którego nie zdołał już na żadnym nagraniu powtórzyć. Dawno go nie słyszałam. To już wiem czego będę słuchać jutro w pracy :) Oj nie oderwę się teraz długo od tej piosenki. I znowu wróciły wspomnienia :)

        Mój mąż aż takiej jak ja miłości do Bruca nie wykazuje, ale muszę mu serwować czasem coś innego bo w innym przypadku słuchałby tylko jazzu i muzyki lat 80-tych :) (bez Springsteena Podczas naszych podróży słuchamy tak różnych klimatów, że trudno to sobie wyobrazić ;)
        Co by nie mówić Bruce wielkim muzykiem jest, wpisanym na trwałe w historię muzyki i to niezależnie od różnych kontekstów społeczno-politycznych, które przypisuje się jego utworom, a które wspominasz w artykule. Za TO wykonanie „Fire” kocham go bezgranicznie :)

  20. Małgorzata Says:

    Tak na marginesie, to muszę przyznać, że za rzadko czytałam twój blog i postanowiłam to zmienić:)
    Pamiętam te sterty gazet, w których znajdowały się twoje artykuły. Bardzo lubiłam je czytać.

  21. OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD | WIZJA LOKALNA Says:

    […] podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH – TUTAJ[…]

  22. AMERYKAŃSKI ZACHÓD | ŚWIAT W OBRAZACH Says:

    […] wybór zdjęć stanowi ilustrację do wpisu pt. „Wyprawa na Zachód” opublikowanego na blogu Wizja Lokalna TUTAJ, będącego dziennikiem podróży do najciekawszych […]

  23. Ania W. Says:

    Cóż, niezapomniana wyprawa, pozostały wspomnienia i mnóstwo zdjęć.

    Kolejna rocznica – jak ten czas leci :)

  24. Rosomak W.S. Says:

    Piękne te córeczki. Są wolne? :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s