OD PSÓW PO KONOPIELKĘ

.

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

SCHODZIMY NA… „PSY 2”?

.

"Psy II. Ostatnia krew", czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego.

„Psy II. Ostatnia krew”, czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego

Pierwsza część „Psów” Władysława Pasikowskiego okazała się być najpopularniejszym filmem polskim pierwszej połowy lat 90-tych. Opowieść traktująca o „ubeckich biesach”, czyli o byłych pracownikach bezpieki przekwalifikowujących się na przemytników, gangsterów i bandziorów, już nie tyle państwowych, ale z własna inicjatywą, znalazła poklask u widzów szukających w kinie mocniejszych wrażeń.
Niezła sprawność warsztatowa, wartka akcja, ostre dialogi, dobre aktorstwo i nerw reżysera rzeczywiście uczyniły z „Psów” widowisko rozrywkowe, nietuzinkowe. Natomiast niczym nieskrepowane czerpanie pełną garścią z bogatych zasobów amerykańskiego kina sensacyjnego, mogło tylko wzmóc plebejski aplauz. Jednak film, mimo że wpisywał się w kontekst ówczesnych zmian politycznych w Polsce, to jednak robił to w sposób cokolwiek kartonowy i naciągany. Płaska psychologia i myślowa infantylność dodatkowo mogła odebrać ochotę na poważniejsze potraktowanie „Psów”. Po wielce obiecującym „Krollu” – debiucie reżysera – było to, moim zdaniem, zejście Pasikowskiego o szczebel niżej w artystycznej hierarchii kina – choć ciągle było to kino takie złe w klasyfikacji czysto rozrywkowej komercji. Niestety, „Psy 2” zaświadczyły, że Pasikowski schodzi jeszcze niżej, zatracając już zupełnie dobry smak, mieszając idee i wartości, gubiąc się w meandrach i niewiarygodności scenariusza.

Nie jestem ślepym przeciwnikiem przemocy w kinie. To, że staje się ona wulgarna, bezmyślna i odpychająca, zależy od fabularnego kontekstu filmu i jego artystycznej klasy. podobnie zresztą rzecz ma się z seksem. W pewnym otoczeniu ten sam akt erotyczny będzie zjawiskiem estetycznym, w innym zaś – pornograficznym. Tak właśnie – jako element sztuki – można potraktować przemoc w filmach, dajmy na to Kubricka, Scorsesego, Peckinpaha… Przypadek Pasikowskiego wymaga już wszak większej rezerwy.
Franz Maurer (Bogusław Linda), były ubek, wychodzi z więzienia, do którego trafił za krwawą jatkę dokonana w części pierwszej. W geście samopokuty zatrudnia się w… hucie, skąd natychmiast zostaje wyrzucony jako… łamistrajk. Zwerbowane jednak przez niejakiego gangstera Wolfa (Rafał Żmijewski)pośredniczy w zakupie polskiej broni przez rosyjską mafię i jej przemycie do ogarniętej wojna Bośni. Do przedsięwzięcia tego dokooptowuje swojego starego przyjaciela Nowego (Radosław Pazura), który na tę okazję urlopuje się z pracy w… policji.

cierpiętnicy od k..ew i bagna

Pasikowski i Linda mówili w wywiadach, że ich filmy nawiązują do obecnej rzeczywistości, a scenariusze ją odzwierciedlają. Linda wyraził się dosadniej: Dla mnie film „Psy” i moja w nim rola, wzięły się z nienawiści i pogardy do tego, co dzieje się w tym kraju.
Zważywszy na charakter roli Franza, stwierdzenie to brzmi – delikatnie pisząc – dość przewrotnie. Można się przy tej okazji spytać: to dlaczego – skoro tak cierpią oni z powodu otaczającej ich mizerii i bagna- z prawdziwą fascynacją i zaangażowaniem rzucają się (masochistycznie?) w najczarniejsze szambo?

Tutaj chciałbym przytoczyć próbkę dialogu z „Psów 2”, absolutnie dla filmu reprezentatywną. Oto trójka „naszych” bohaterów wraca furgonem po spotkaniu z rosyjskimi mafiozo i zainkasowaniu – bagatela! – 21 mln. dolarów. Transakcję przypieczętowała dzika i upojna noc ze śpiewem, trunkami i kobietami. Konwersacja dżentelmenów na miejsce nazajutrz, w samochodzie:

Żmijewski: Zamknij się i przestań mnie podkurwiać!
Pazura: Wolfo, nie krzycz!
Ż: Stul pysk, kurwa! Przynajmniej usiądź, a nie leżysz, jak wydymana kurwa!
P: Czego się czepiasz?!
Ż: Jeszcze się pytasz, gnoju? Miałeś kurwa nie pić! Miałeś kurwa pilnować kapusty! Miałeś kurwa pilnować 21 pierdolonych milionów dolarów! Miałeś ich nie spuścić z oczu, a nie urżnąć się i dymać małolatę.
P: Co się przypierdalasz? Zginęło coś? Podłożyłem torby pod nią, to jak mogły zginąć?
Ż: Miałeś kurwa pilnować tych pieniędzy, a nie się na nich rżnąć! Co ty kurwa jesteś, pierdolca małych dzieci?
P: Weź się! Jakie dzieci! Zwykła dziwka.
Ż: Nie na moich pieniądzach!
P: Ty, co się przypierdalasz? A ta twoja Jugolka to ile ma lat, jedenaście?

"Psy" jako przykład polskiego kina amerykańskiego

Macho, brutal, „prawdziwy mężczyzna”…? („Psy”)

Linda: Ona nie jest jego.
P: Ty się nie wpierdalaj między wódkę a zakąskę, bo coś powiem.
L: To mów!
Ż: Stul pysk, kurwa!
P: Boisz się! Nagle się przestraszyłeś chojraku, że mu coś powiem, co!?
L: Co mi powiesz?
Ż: Co ty mi tu kurwa pierdolisz?! Wytrzeźwiej!! Choć i od tego nie zmądrzejesz, bo to przecież niemożliwe, jak ktoś ma dziedziczny syf zamiast mózgu.
P: Ty nie mów tak do mnie. Zobaczymy czy będziesz taki twardy, jak się Franz dowie.
L: Czego się dowiem?
P: Co ty kurwa myślisz, że co?!
Ż: Że mu zależy? Że jest takim samym głupim gnojem, jak ty?
L: Na czym mi kurwa zależy!?
Ż: Że ją kupiłem od serbskiego kaprala za butelkę mocnej whisky, a sprzedałem mu za karton. To na czym ma mu kurwa zależeć, jeśli sam przepłacił?
L: Kupiłem ją i jest moja.
P: Twoja! Nie rozśmieszaj mnie! Rżnie się z nim, jak ty tylko stoisz za drzwiami. Ta twoja cholerna Nadia, rozumiesz? Gdy my gadamy przed domem, to ona w środku ciągnie mu. Zadowolony jesteś? I ten bydlak zarzuca mi, że się przespałem z 16-letnią kurwą, co sprzedaje dupę na ulicy od siódmego roku życia. No nie?!
Ż: Miałeś matkojebco pilnować pieniędzy!
(…)
itd. itp. (Wkrótce wybucha strzelanina i ogólna jatka, a ekran zalewa posoka.)

prawdziwi, wierni sobie mężczyźni

„Psy II. Ostatnia krew” (taki jest pełny tytuł filmu w sposób jakże subtelny nawiązujący do „Rambo: First Blood”) poparło kilka tzw. „poważnych” polskich periodyków. M.in. w „Polityce” Zdzisław Pietrasik pisał jak najpoważniej: Dlaczego młody, wrażliwy widz tak szalenie polubił Bogusława Lindę, grającego byłego ubeka z komunistyczną przeszłością? Może dlatego, że jest to prawdziwy mężczyzna wierny sobie, nie podobny do obłudnych mięczaków prawiących frazesy o „wartościach niezbywalnych?
I oto – dzięki opiniotwórczej „Polityce” – mamy wykładnię przyczyn tak wielkiego wzięcia „pasikowszczyzny”, szczególnie u widzów „wrażliwych”. (A tak przy okazji i na marginesie: chciałbym się mylić, ale czy przychylność „Polityki” nie wzięła się przypadkiem z faktu, iż jeden z jej prominentnych publicystów napisał nie tak dawno książkę biograficzną o Wojciechu Fibaku, nota bene producencie „Psów 2”?)

No cóż, mnie osobiście Linda wydał się tu karykaturą Brudnego Harry’ego, pamiętnego policjanta z filmu Eastwooda, który stawia siebie (tragicznie) ponad prawem, by „wyrwać chwasty” i uporać się z gangsterską szumowiną. Pietrasik zacytował jeszcze dość enigmatycznie Wajdę, który powiedział ponoć, że Pasikowski wie coś ważnego o polskim widzu. Rzeczywiście, Pasikowski w jednym zw wywiadów wyznał: …widz moich filmów nade wszystko przeraźliwie tęskni do podstawowych wartości: miłości, pokoju, uczciwości, rodziny, sprawiedliwości… Koniec cytatu.
A to dobre! I w tej desperackiej tęsknocie do owych cnót rzuca się, by oglądać „Psy 2”! (Nie wiem, czy Pasikowski zdawał sobie sprawę, że oto właśnie wymienia owe „wartości niezbywalne”, które wyszydził jego apologeta i poplecznik z „Polityki”.)

Co naprawdę miał na myśli Andrzej Wajda, wyrażając się tak oględnie, że dopuścić można każdą wygodną interpretację? Czy aby nie to, że gust masowej widowni w naszym kraju sięgną bruku i na wzbierającej fali ogólnego schamienia raczy się tanią jatką i agresywnym prymitywizmem? W końcu sam Pasikowski przyznaje, że Wajda wyraził się o nim, iż za cenę popularności nie powinien gloryfikować postaci tak wątpliwych, jak Franz Maurer.
Ja jednak chcę być optymistą i wierzyć, że widz potrafi w końcu oddzielić ziarno od plew. Np. w momencie obcinania Pazurze kciuka przy pomocy łopaty, lub wbijania w oko gwoździa, w kinie rozlegał się śmiech. Jedni, zgorszeni, uznali to za reakcję cyniczną publiczności, ja uważam to za przejaw zdrowia. Nikt chyba nie przejął się rzeczywistością filmu, uznając ją – słusznie zresztą – za fikcyjną. Osobiście radziłbym także podejść do filmu humorystycznie i uznać go za taki, jakim jest naprawdę: fantazją wyrośniętych chłopców, wariacją na temat: „Jak mały Władzio wyobraża sobie twardy, brutalny, ostry i ‚męski’ świat postkomunistycznych gangsterów.”

ewentualne atrakcje Pasikowskiego i kolaudacja Piwowarskiego

Władysław Pasikowski był gotów do realizacji następnego, napisanego przez siebie scenariusza pt. „Glok 17”. Komitet Kinematografii projekt odrzucił. Wśród negatywnych opinii ekspertów, znalazła się również reprymenda znanego reżysera („Yesterday”, „Marcowe migdały”, „Kolejność uczuć”…) Radosława Piwowarskiego:

1. Walory artystyczne projektu: brak
Uzasadnienie: Film z gatunku „seks i przemoc”, postawy i charaktery wzorowane na filmach pornograficznych: mężczyźni to samce i brutale; kobiety służą do bicia, ewentualnie kopulacji. Pomiędzy liczeniem forsy, mordowaniem i biciem, bohaterzy często mówią „kocham cię”, co ma tworzyć warstwę liryczną. Ukraińcy i Ruscy jako płatni mordercy, przedstawiciel świata biznesu – kompletna świnia.
2. Walory rozrywkowe: średnie.
Uzasadnienie: 9 trupów + trupy Ruskich i Ukraińców. 5 pieprzeń (aktów miłosnych). Stosunki sadystyczne (bicie dziewczyny sprzączką od pasa, gryzienie). 2 duże wybuchy (stodoła, statek). Męskie dialogi. Dowcipy. Mordobicia, niekonwencjonalne mordowania, sikanie na trupa i tym podobne atrakcje.
3. Przewidywana frekwencja: duża.
Uzasadnienie: Film nie wymaga wysiłku przy oglądaniu. Akcja toczy się sprawnie. „Dobro” zwycięża. Ładne auta.
4. Walory promocyjne: brak (festiwale, imprezy, eksport, itp.)
5. Uznaję projekt za: nadający się do realizacji.
6. Decyzja: nie popieram projektu.

Panie Radosławie, wypada panu podziękować. Nie tyle w imię polskich moralistów, co podatników i zwolenników dobrego kina.

(napisane w lipcu, 1994 roku)

greydot

MIŁOŚĆ, ZACHWYT, LĘK…   (o filmach Witolda Leszczyńskiego)

.

Zadziwienie światem, zachwyt nad cudem istnienia, pomieszany z lękiem przed potęgą natury; miłość i śmierć… „ŻYWOT MATEUSZA”, „KONOPIELKA”, „SIEKIEREZADA”, „KOLOS” – wszystkie te filmy łączy ze sobą wielka wrażliwość reżysera w próbie ogarnięcia rzeczywistości, w której na pewno nie „wszystko jest poezją” i „nie każdy jest poetą”. A jednak Witold Leszczyński widzi świat tak, jak Stachura – w jego filmach poezja jest wszędzie. Od nas zależy, czy to spojrzenie potraktujemy jako próbę ucieczki z tego świata, czy też jego wzbogacenie.

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle ("Żywot Maeusza")

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle („Żywot Mateusza”)

Zaczęło się od „Żywotu Mateusza”, lirycznej przypowieści o wiejskim „pomylonym”, pełnej ciepła i życzliwości do swoich bohaterów… To był pierwszy film Leszczyńskiego, w którym z „całą jaskrawością” wyłożył on nam swoje artystyczno-duchowe credo. „Żywot Mateusza” wyznacza styl, w którym ascetyzm i powściągliwość w doborze środków wyrazu, podkreśla tylko poetycką intensywność obrazu i jego egzystencjalno-humanitarne przesłanie.
Moim zdaniem niepotrzebnie na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu, reżyser zaczął się tłumaczyć z win niepopełnionych – jakby chcąc uprzedzić zarzuty o stylistyczną sztuczność. Nawet zaprzeczenia, jakie padły ze strony publiczności nie mogły go od tego odwieźć.

Filmy, które nastąpiły po „Żywocie Mateusza” można potraktować jako rozwinięcie tego stylu, ewolucje motywów, które w zmieniającej sią formie, stawały się jeszcze bardziej elokwentne. Tak było w „Siekierezadzie” (z 1986 r.), tak jest w najnowszym obrazie Leszczyńskiego „Kolos”.
Wszystkie te tytuły – mimo, że za ich kanwę posłużyły utwory literackie różnych autorów – łączy podobna wrażliwość i sposób przeżywania świata. Wydają się one być wariacją na te same tematy, mówić o samotności człowieka otoczonego ludźmi i przyrodą, o pogoni za fantomem miłości i o fatalizmie umierania. Bohaterowie zarówno „Kolosa”, jak i „Siekierezady”, ogarnięci są obojętną, acz wspaniałą potęga natury i jej majestatem. Przyglądają się w niej, jak w zwierciadle, chcąc dostrzec po drugiej stronie Boga. W „Siekierezadzie” Jan Pradera zatrudnia się w charakterze drwala. Otoczony leśną głuszą, drzewami niemal dotykającymi wierzchołkami nieba i oprószonymi śniegiem, szuka w sobie siły przetrwania i miłości. Tak samo, jak Brage, bohater „Kolosa”. Wiedziony pozostawionym mu przez matkę przesłaniem („Będziesz kiedyś duży i silny. Wtedy spotkasz właściwą dziewczynę, którą pokochasz. Musisz jej dać wszystko i żądać od niej wszystkiego. Bo tylko miłość jest celem i sensem naszego życia.”), chwyta się miłości, jak ostatniej deski ratunku przed absurdem istnienia. Również i on zanurzony jest w dzikim i surowym splendorze natury: góry i jeziora Norwegii, zapierające dech w piersiach swym krystalicznym, chłodnym pięknem.
Lecz jest coś, co różni obu bohaterów w ich głodzie uczucia. Miłość Bragego znajduje swe cielesne spełnienie. Dla Janka Pradery ukochana dziewczyna na zawsze pozostanie Gałązką Jabłoni – jasnowłosą zjawą z jego słów i marzeń.

Jest jednak w „Żywocie Matgeusza”, „Siekierezadzie” i „Kolosie” coś, co może prowokować w nas jakiś instynktowny sprzeciw.
Zarówno Pradera, jak i Brage (również Mateusz) wybierają samobójstwo – z tym, że finał, puenta tych filmów zawiera w sobie irytującą przewrotność. „Siekierezada” i „Kolos” zadają pytanie: „Czy warto żyć?”, po czym uśmiercają swoich bohaterów, a następnie odpowiadają: „Pewnie, że warto!” (Piosenka, jaką na zakończenie „Siekierezady” śpiewa Daniel Olbrychski, swoje „Nie, nie warto!”, zamienia jednak w konkluzję: „Jeszcze jak warto!”) Brage, który jest już „duży i silny”, czyli takie, jakim chciała go widzieć matka, nie może się pogodzić ze śmiercią swej ukochanej. Ciągnie na saniach jej martwe ciało, odchodząc w lodowatą, bezkresną dal. Ale żegnając się z nami, podnosi pięść i wydaje okrzyk, który jest dla nas głosem życia, a nie śmierci.

W „Siekierezadzie”, pod postacią Pradery, Stachura opisał siebie (pojawiający się tam Kątny – Olbrychski stanowi zaś jego alter ego). Znamy tragiczne przypadki tego poety, jego twórczość, dzięki której zrodził się mit, kult niemalże. Sted popełnił taki sam grzech, jak Pradera – sławiąc wolę istnienia, odwagę życia i poezję świata, wybrał śmierć (a może wykreował w sobie świat urojony, w którym śmierć wybrała jego?). Natomiast jeśli chodzi o Brage – to na cóż mu ta siła, skoro świadomie rezygnuje z szukania nowej miłości, a choćby tylko woli przeżycia i zmierzenia się ze swoim nieszczęściem? Czy to czasem nie jest jakaś egzystencjalna ironia i paradoks: moc owych bohaterów służy im w końcu tylko do odnalezienia w sobie tyle odwagi, by odebrać sobie życie?

„Konopielka” umożliwiła Leszczyńskiemu pozostanie w kręgu tematu „wiejskiego” (rozumianego zresztą bardzo powierzchownie), będąc pretekstem do ponownego oczarowania nas realizmem „magicznym”. Czy tekst Redlińskiego daje się przełożyć na język filmowego obrazu i to taki, który na dodatek byłby niejako idiomem Leszczyńskiego? Czy możliwe było to, by gęstość i bogactwo świata „Konopielki” „pisanej”, przenieść na ekran? Reżyser poddał jednak tę literacką materię transformacji, która w jego ujęciu zaczęła żyć własnym życiem, wypowiadać się swoim własnym językiem – zdobywając przy tym artystyczną autonomię.

Zupełnie inaczej oglądało mi się tę ciętą (choć przecież w istocie ciepłą) satyrę na polską wieś (zapadłe gdzieś nad bagnami Taplary) pod wieżowcami chicagowskiego downtown, niż przed laty, w kraju. Ciemnota, zabobony, brud, szpetota… z tego wszystkiego łatwiej śmiać się na własnym podwórku, niż poza jego opłotkami – za Oceanem, w Wielkim Mieście. Jednakże amerykańska publiczność zgromadzona w sali kinowej Art Institute nie była publicznością przypadkową, a przez to łatwiej jej było przyjąć tak umowną konwencję. Poza tym, łatwiej jest odebrać nam to, że śmiejemy się z siebie sami, niż gdy śmieje się z nas ktoś obcy. Bądź co bądź jednak, zarówno Redliński, jak i kroczący jego śladem Leszczyński, z wielką życzliwością traktują mieszkańców Taplar. Różnią się tym zdecydowanie o takiego np. Kosińskiego, który swoich chłopów w „Malowanym ptaku” popchnął ku koślawej grotesce i pornografii okrucieństwa. „Konopielka” też nie szczędzi taplarskich bohaterów, niemniej jednak zawsze zachowuje ich ludzkie oblicze.

Miło zauważyć, że w ślady Witolda Leszczyńskiego idzie w Polsce młody reżyser Jan Jakub Kolski (nawet Franciszek Pieczka dostał mu się w schedzie), który takimi filmami, jak „Pogrzeb Kartofla”, „Pograbek” czy ostatnio „Jancio Wodnik”, wypracowuje swój oryginalny styl, ciepłą liryką owiewając ludowy przekaz i wiejskie krajobrazy.

(napisane w kwietniu 1994 r.)

greydot

"Konopielka" - cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

„Konopielka” – cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

.

Reklamy

Komentarzy 28 to “OD PSÓW PO KONOPIELKĘ”

  1. Onibe Says:

    Opinia Piwowarskiego mnie rozwaliła. Spokojnie można ją dopisać do Psów 2 i jakiejś setki tytułów, które powstały później. I które powstają nadal.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Oczywiście, że można „tłuc” takie pso-podobne kawałki, ale czy nie jest to marnotrawienie potencjału jaki ciągle ma polska kinematografia? Jeśli ma ktoś ochotę wyłożyć na to własne pieniądze (a nie te, przeznaczone z pieniędzy podatników na polską kulturę) to proszę bardzo.
      To nie jest tak, że mnie podobne obrazki „gorszą”, ani nawet tak, że ja w tym widzę jakieś większe zagrożenie, nazwijmy to, kulturowe. Nie, dla mnie to jest taka konfekcja, czasami zaśmiecająca obszar kultury, o której – jeśli mi się nawinie przed oczy – mam prawo wygłosić swoją opinię, zarówno z perspektywy estetycznej, jak i etycznej, choć odżegnując się od tego, że jest to moralizatorstwo (bo jest to przede wszystkim wyrażenie własnego zdania).

  2. Tess Says:

    Żywot Mateusza – film jakże niezwykły. Wymagający skupienia, wyciszenia, wrażliwości… Nie dla wszystkich – i nie zawsze. Jeśli kogoś ten klimat wciągnie – to przepadł…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Obejrzałem ten film po latach. Nadal widzę jego klasę – po niemal półwieczu jakie upłynęło od jego powstania, „Żywot Mateusza” broni się swoim klimatem – poezją obrazu, ujmującą prostotą, formalną ascezą, nienachalną symboliką… Świetny Pieczka w roli głównej, piękna kompozycja kadru, muzyka Corellego – wszystko to sprawia, że obraz ten ogląda się z wielką estetyczną przyjemnością.
      Lecz jeśli ktoś po 10 – 15 minutach będzie się nudził (bo w porównaniu z filmami akcji w „Żywocie Mateusza, niewiele się dzieje – choć wg mnie to tylko pozór, że film jest pusty, bo można tam jednak dostrzec mnóstwo symboli i znaczeń), to wiadomo, że ten film nie został stworzony dla niego. (Z tym, że w tym ostatnim stwierdzeniu nie ma nic pejoratywnego. Ponadto, nie jest to żaden asumpt do tego, by segregować widzów na lepszych i gorszych, bardziej wrażliwych i mniej wrażliwych, bardziej wyrafinowanych, czy mniej wyrafinowanych… etc.)

      • Magda Says:

        Ta nieskomplikowana historia, swą prostotą właśnie chwyciła mnie za serce. Tytułowy bohater urzeka nas wrażliwością. Całą swą miłość ofiarowuje siostrze Oldze oraz otaczającej go przyrodzie. Niespieszne obserwowanie „wielkiego ptaka”, kontemplowanie leśnej ciszy, podglądanie życia ryb w pobliskim jeziorze, w którego tafli co wieczór mienią się promienie zachodzącego słońca, jest jego azylem. Mateusz i Olga mają tylko siebie, a poznanie Jana odmienia ich los. Matis dostrzega, że nie jest już jedynym mężczyzną w życiu siostry i bardzo boi się zmian. Rozbudowana symbolika wywołuje u mnie fascynację, a nawet grozę. Ściekająca ze zranionego drzewa kropla żywicy, jest niemalże ostatnim krzykiem rozpaczy samotnego mężczyzny.

        Żywot Mateusza zadziwia połączeniem kunsztu i prostoty. Dźwięki skrzypiec sprawiają, że wystarczy zamknąć oczy, a już można siedzieć w łódce obok Mateusza i wspólnie z nim podziwiać niezmąconą niczym taflę jeziora, które było ostatnim powiernikiem zmartwień i samotności Mateusza. Cały czas słyszę dramatyczny krzyk Olgi, gdy dostrzegła, że brat ją opuścił. Wybrał ten świat, w którym myślał, że będzie bezpieczny i w końcu spotka się ze swym przyjacielem – „wielkim ptakiem”, który za wcześnie go opuścił…

  3. Torlin Says:

    Pytanie jest – co o tym myślisz?
    Otóż myślę, że wszystkie filmy są potrzebne. Nie można dzielić ludzi na tych, co lubią jatkę, i na tych, którzy oglądają filmy wyciszone, i na tych, co lubią „Kiepskich”. Wszelkie hierarchizowanie uważam za rutynową czynność wtłaczania poszczególnych ludzi w schematy, ten jest domatorem, a ten lubi wychodzić z domu. A co zrobić, jak jest człowiek, który uwielbia z niego wychodzić, i kocha w nim być? Nie pasuje do obrazka?
    Jestem tego najlepszym przykładem, same „Psy” uwielbiam, rolę Lindy przede wszystkim, i uważam, że obok sprawnie nakręconego filmu zadziałało zmęczenie styropianem. Przecież masz mnie od razu na widelcu, gdy powiem, że oglądam namiętnie filmy ze Stallone, Stathamem, Van Dammem, Lundgrenem, Norrisem, Schwarzeneggerem czy Willisem. Z filmów Pasikowskiego nie przepadam za dwójką „Psów”, ale kocham obok „Krolla” trzy inne filmy: „Demony wojny wg Goi”, „Reich”, ale najbardziej „Operację Samum”. Już żeś mnie skreślił?
    A przecież równolegle uwielbiam filmy żądające ode mnie skupienia, jak chociaż ostatnio tutaj wywoływane przeze mnie „Jasminum”, „Zmruż oczy”, przepadam za filmami Hasa, „Pamiętnik…” znam na pamięć, bawię się na „Sanatorium pod Klepsydrą”, cierpię na „Szyfrach” czy „Pętli”. Ale taką moją największą miłością są „Pożegnania”.
    Do dzisiaj oglądam wielkich twórców w rodzaju Felliniego czy Antonioniego, ostatnio oglądałem najlepszy dla mnie film świata czyli „Siódmą pieczęć”. I jednocześnie mam nagrane pierwsze filmy Barei: „Mąż swojej żony” czy „Małżeństwo z rozsądku”, a ostatnio oglądałem „Między słowami”, dawną wersję „Awantury o Basię” i „Dym”.
    Rozumiem, że nie pasuję do obrazka.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Według mnie nie wszystkie filmy są potrzebne (ale też nie zamierzam podchodzić do kina z pozycji utylitarnych, więc ten wątek pominę).
      To nie chodzi o segregowanie ludzi, bo ci lubią to, a tamci tamto, ani wpychanie kogokolwiek w jakieś schematy. Tu chodzi o własne zdanie na temat wartości pewnych tworów kulturowych (to jest przecież normalne, że coś cenimy – w obrębie kultury czy sztuki (kino, literatura, muzyka… etc.) – bardziej, a coś mniej. To jest właśnie dla mnie taki punkt odniesienia, kiedy wyrażam opinię np. w jakimś filmie (choćby prywatnie), czy też piszę recenzję, (którą publikuję). Moim zdaniem bez takiej hierarchizacji niemożliwa byłaby jakakolwiek „krytyka”, czy też raczej wyrażanie opinii o tym co się nam podoba, a co nie – ani też pisanie o kulturze czy sztuce w ogólności.
      Oczywiście jest wielka moda na liberalizm („róbta co chceta”, „oglądajta co chceta”… itp.), ale moim zdaniem to jest postawa cokolwiek utopijna i dość obłudna – bo i tak, to co lubimy i cenimy będziemy uważać za lepsze od czego nie lubimy i nie cenimy (a więc będziemy oczekiwać – czasami domagać się – właśnie tego, a nie czegoś innego; a jeśli mamy wpływ na produkcję czy dystrybucję „dóbr” kulturowych, to będziemy preferować/propagować to, co naszym zdaniem uważamy za bardziej wartościowe).

      To nie jest też tak, że ja chcę się obracać tylko w sferze sztuki „wysokiej”, snobując się na kogoś strasznie wyrafinowanego, gardzącego plebsem, gustem poślednim… etc. Nie, ja jestem także odbiorcą kultury masowej (i nigdy tego w moich tekstach nie ukrywałem). Ale również w obrębie kultury masowej mam swoje preferencje, coś lubię bardziej, coś mniej, coś dla mnie jest bardziej wartościowe (cenne), a coś mniej – i na tej podstawie wygłaszam swoją opinię, do której mam przecież prawo. I tak, tak… to też jest swego rodzaju hierarchizacja (wartościowanie), ale moim zdaniem bez owej hierarchizacji niemożliwa byłaby jakakolwiek dyskusja o kulturze czy sztuce.

      I nikogo nie „skreślam” tylko dlatego, że ogląda (lubi) inne filmy niż ja.
      Zresztą, skoro już mówimy o kinie, to również oglądam filmy, które bardzo się od siebie różnią, jeśli chodzi o temat, klimat czy formę. Jest wśród nich miejsce na Bergmana, jest na Altmana, jest na Spielberga; jest czas na kino sensacyjne, kryminalne, wojenne… jest czas na komedię czy nawet horror, no i jest też czas na wyciszenie, zwolnienie, refleksję czy nawet filmową poezję.

    • dendryt Says:

      O ile jedynka jeszcze mogła się podobać (przede wszystkim dzięki niekwestionowanie interesującemu klimatowi i zapewne dość spektakularnym i przełomowym scenom walki) i dla niektórych być nawet filmem „kultowym” (oczywiście w polskich realiach), o tyle dwójka jest już niestety gniotem niemalże totalnym, poczynając od scenariusza (a więc już samego pomysłu na film, co nie wróży zbyt dobrze) a kończąc na wykonaniu (choćby brutalność tym razem zdecydowanie włożona sztucznie i na siłę). Parę faktycznie nie najgorszych dialogów niewiele może jednak pomóc ogólnemu, zdecydowanie negatywnemu wrażeniu. Podobna słabizna do późniejszej Operacji Samum tegoż reżysera, z tym że tam chociaż miast polskiej scenerii możemy podziwiać (gruba przesada, ale zawsze) iracką (a w zasadzie turecką) egzotykę, co w przypadku tak nudnej produkcji jest niewątpliwym plusem (choć z uwagi na gatunek zdecydowanie niewystarczającym, żeby nawet ocenić go jako przeciętny).

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Przejrzałem sobie ten 10-minutowy skrót „najlepszych scen z filmu” i to mi wystarczy – nie mam żadnej ochoty oglądać całość. Infantylność tego filmu jest powalająca – a ta filmowa brutalność i wulgaryzmy zamiast podnieść mi adrenalinę – nudziły.
        Nigdy nie byłe wielkim fanem Tarantino (choć „Django” mi się podobał), ale jednak Pasikowski ze swoimi „Psami” (myślę o cz. II bo pierwszą na tyle zapomniałem, że nie chcę się to do niej odnosić) nie dorasta jednak do pięt jego „Wściekłym psom”.

  4. filipmosz Says:

    Biorąc na warsztat twórczy dorobek Leszczyńskiego: Żywot Mateusza, Po sezonie, Konopielka, Siekierezada można zauważyć, że reżyser konsekwentnie lobbuje za kontaktem człowieka z naturą. Uważa, że zrozumienie siebie i świata, można odnaleźć tylko w symbiozie z przyrodą. Bohaterowie Leszczyńskiego to konsekwentnie: romantycy, jednostki zagubione, wyalienowane, osaczone przez rzeczywistość.
    Leszczyński z ogromną emfazą podkreśla jak ważne w życiu jest wyciszenie i ten spokój, który Leszczyński widzi wyłącznie w bezpośredniej relacji człowiek-natura. Konfrontując jednak tezy Leszczyńskiego z przesłaniem Kieślowskiego, który również interpretował czym jest „Spokój” (1976), można odczytać , iż w ich definicji „równowaga” znaczy co innego. U Kieślowskiego przeciwwagą do ciężaru życia jest rodzina, zaś u Leszczyńskiego natura. Tak w moim odczuciu można zsyntetyzować twórczy dorobek Leszczyńskiego.

    Leszczyński stał się naukowym dysydentem, podobnie jak Zanussi. Obaj kończyli uczelnie techniczne i obaj zajęli się filmem. Jednak w przeciwieństwie do Zanussiego, który swoją fizykę często w filmach kamuflował: „Struktura kryształu”, „Iluminacja”, „Constans”, Leszczyński słowem nie nawiązuje do technicznych dziedzin. Milczeniem pomija naukę, wyznając prymat tego, co człowiekowi najbliższe, tego co naturalne. Czy Leszczyński przekonał się, że człowiek próbując okiełznać technikę, oddala się od punktu równowagi, który leży gdzieś na granicy człowieka i natury? To wyznanie wiary w naturę u Leszczyńskiego jest bardzo wyraźne również w innych filmach: Siekierezada – las jako enklawa spokoju, Konopielka – Kaziuk, który metaforycznie tłumaczy iż drzewa to nasi bracia.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekawe spostrzeżenia – również w relacji do innych reżyserów (Kieślowski, Zanussi).
      Czy u Leszczyńskiego przeciwwagą do ciężaru życia jest tylko natura? (W przeciwieństwie do Kieślowskiego, u którego tą przeciwwagą jest życie rodzinne?) Nie sadzę. W filmach Leszczyńskiego bardzo ważne są jednak relacje głównych bohaterów z ludźmi (np. mocne przywiązanie Mateusza do swojej siostry). Zresztą natura jest nie tylko jakąś siłą stabilizującą. Jest także źródłem pewnego niepokoju, jak również… stanowi zagadkę, jest przeniknięta jakąś tajemnicą.

      Rzeczywiście, znaczące jest to, że zarówno Zanussi, jak i Leszczyński byli „naukowymi dysydentami”. Co bardziej odbiło się w twórczości Zanussiego („Iluminacja” to wręcz esej o „naukowym” widzeniu świata), a pobrzmiewa tylko echem w filmach Leszczyńskiego, w których cywilizacja jest jakby tylko „wtrętem” do świata natury, zakłócając ją: samoloty na niebie, czy hałaśliwy samochód na polnej drodze w „Żywocie Mateusza”. (Intrygujące jest to, że rozkrzyczanym kierowcą kabrioletu jest sam Leszczyński – czy można w takim razie traktować Mateusza, swoistego „głupca bożego”, jako jego alter ego?)

      • Marcus Says:

        Tadeusz Lubelski o „Żywocie Mateusza”

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wykład, jak to u Lubelskiego, trochę akademicki, ale punktujący najważniejsze cechy charakteru filmu Leszczyńskiego.
          Wskazanie na religijne, czy też raczej metafizyczne odczuwanie świata (natury) przez Mateusza, jego wrażliwość dziecięcą, a właściwie nadwrażliwość. Takich bohaterów w kinie było jednak coraz mniej – mówienie o religijności zaczęło twórców deprymować, naiwność (niewinność) stawała się coraz bardziej wstydliwa – za to na pełne wody wypłynął „bohater” bezwzględny, cyniczny, pozbawiony złudzeń, a przez to przeraźliwie przewidywalny, bo brutalny.

        • Torlin Says:

          To mnie zawsze ciekawi, dlaczego osoba niewierząca nie może tego tak przeżywać. Skąd to wiecie?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wpierw należałoby ustalić, kogo uważamy za osobę niewierzącą.

          Ale załóżmy (tak jak to jest przyjęte powszechnie), że za taką osobę uznamy kogoś, kto jest niereligijny (bo to chyba logiczne: ateista nie jest człowiekiem religijnym) ergo: nie wierzy w żadną metafizykę.
          Tak więc, osoba niewierząca nie doświadcza uczuć religijnych i metafizycznych.
          (Jeśli tego doświadcza, to w tym samym momencie staje się religijna. Przy czym za religijność rozumiem tu zdolność do przeżywania uczuć metafizycznych, a nie identyfikowanie się z religijnością doktrynalną, czy też przynależność do określonej religii, kościoła.)

          Sorry, ale takie są konsekwencje tego, że ktoś jest ateistą, a tym samym materialistą.
          Ateizm wyklucza religijność, materializm – metafizykę.
          (Wyrażę się tutaj niezbyt elegancko: albo rybki, albo pipki… niestety. ;) )

        • alma Says:

          A czy ateiści nie mogą przeżywać momentów lirycznych, poezji, wzruszeń, piękna natury, uniesień?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Oczywiście, że mogą. Ale nigdy by nie nazwali tego doświadczeniem religijnym, ani metafizycznym.
          Tak jak napisałem w poprzednim komentarzu: ateizm wyklucza religijność, materializm – metafizykę.

  5. amorex Says:

    Spotkałem się z opiniami, że od czasów Psów 2 nikt nie nakręcił w naszym kraju lepszego filmu sensacyjnego… Można by na ten temat spekulować, ale jeden fakt mogący przekładać się na taką opinię pozostaje niepodważalny – wspaniała muzyka. Psy 2 były dla Michała Lorenca wielkim przełomem w karierze. Najpierw szeroka publiczność zauważyła i doceniała jego kompozycje z Przyjaciół. Potem przyszedł czas na wyróżnione 300 Mil Do Nieba, czy choćby Krolla i głośne Psy. Jednak dopiero przy muzyce do drugiej części Psów objawił się w pełni niesamowity talent twórcy. Dzięki tej ścieżce dźwiękowej otworzyły się przed kompozytorem szerokie perspektywy, w tym również na rynku zachodnim, i uczyniły go jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich kompozytorów w latach 90.
    (Adam Krysiński)
    http://www.soundtracks.pl/reviews.php?op=show&ID=781

  6. Tess Says:

    Cała Konopielka:

  7. staszek lem lubił krem Says:

    Logosie, odpisz proszę – skąd masz tą opinię Piwowarskiego?
    Werdykty tamtej komisji było upubliczniane czy jak?


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s