„SPIS CUDZOŁOŻNIC”, czyli z Jerzym Stuhrem rozmowa o męskiej menopauzie

(ze wspomnień wywiadowcy)

Jerzy Stuhr: "Zrozummy się - ja jestem w tym wszystkim mężczyzną".  (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Zrozummy się – ja jestem w tym wszystkim mężczyzną” (zdjęcie własne)

.

Gościł niedawno w Chicago Jerzy Stuhr.* Przez kilka tygodni mieliśmy prawdziwy festiwal Jego Magnificencji Rektora Stuhra: najpierw „Szwejk” ze Stuhrem w roli głównej, później słynny „Kontrabasista” – monodram Stuhra, no i wreszcie „Spis cudzołożnic” – debiut reżyserski Stuhra. Obecność artysty wśród Polonii prosiła się więc o wywiad. I doszedł takowy do skutku. „Dziennik Chicagowski” opublikował obszerną rozmowę, której za tytuł posłużyły słowa Jerzego Stuhra: „CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW”**. A jednak był to tylko jej fragment. Druga część była bardziej pikantna, mniej „poprawna” politycznie, prowadzona bez ogródek… Może dlatego, że dotyczyła głównie „Spisu cudzołożnic” – filmu, który w kraju spotkał się ponoć z pochwalnymi recenzjami i dość szerokim wzięciem u publiczności, a sam Stuhr napomknął nawet coś o filmie „kultowym”.

Nie wiem, może to zaoceaniczna perspektywa sprawiła, że „Spis cudzołożnic” w Chicago mógł wzbudzić bardziej mieszane uczucia. A już zupełnie można było zwątpić w „kultowość” tego produktu.
Zależało mi na tym, by porozmawiać z Jerzym Stuhrem na ten temat, tym bardziej że wystąpił on w „Spisie” w potrójnej roli: reżysera, współscenarzysty oraz wykonawcy roli głównej. Najpierw spytałem się pana Stuhra czy gotów jest na „męską” rozmowę, a później przeczytałem mu własne refleksje jakie wyniosłem ze spotkania z tym filmem. Recenzja (opublikowana wcześniej w prasie polonijnej) miała tytuł:

„ZWIĘDŁY NARCYZ, NIEDOPIESZCZONY DON JUAN, ZBANKRUTOWANY POLSKI INTELIGENT”

i zawierała, co następuje:
„Między czterdziestką a pięćdziesiątką mężczyzna jest albo stoikiem, albo satyrem” – pisał Arthur Pinero. Jerzy Stuhr zrobił film, w którym bohater zdecydowanie objawił się nam jako satyr zblazowany. A więc osobnik raczej żałosny, który pretensjami don Juana chce zagłuszyć własne niedostatki – i to nie tylko uczuciowe, ale i seksualne. Nimfy już jakby mniej ochocze do figlów z sapiącym Panem – brzuchatym i łysawym. A nie ma chyba nic bardziej żałosnego, niż oklapły satyr. Wyblakł mu już nawet atrament na kartach notesu, w którym zachował listą swoich dawnych kochanek – bardziej lub mniej wyimaginowanych.
Razem z filmem dotarła do nas fama jego sukcesu na ostatnim Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie „Spis cudzołożnic” zdobył nagrodę specjalną jury.

Za co? – można by się jednak zapytać.
Miała to być bowiem „spowiedź dziecięcia” w wieku lat czterdziestu paru – credo współczesnego polskiego inteligenta. W rezultacie otrzymaliśmy coś w rodzaju testamentu bankruta, obraz moralnej ruiny… Na dodatek mdły, pretensjonalny i nudny – a to już są grzechy ciężkie w kinie.

Jakie były intencje Stuhra, któremu wpadła w oko książka Jerzego Pilcha „Spis cudzołożnic. Proza podróżna.”? Oto one: „Chciałem opowiedzieć o człowieku z mojego pokolenia. Jak się starzeje, jak przemija historia. Pragnąłem opowiedzieć o bolesnym upływie czasu, przekazać coś bardzo intymnego (…) o człowieku, który w wieku czterdziestu kilku lat podsumowuje swoje przeżyte już lata. Powraca nie tylko do dawnych wartości, miejsc, dat, ale także do pięknych kobiet, które gdzieś po drodze zmarnował, przegapił, nie rozumiejąc ich (…) Motyw przemijania: to mnie trapi najbardziej. Coś się kończy – epoka, wartości, które ceniliśmy.”
Wszystko pięknie! Szkoda tylko, że owe „pokoleniowe wartości” sprowadziły się w filmie do przysłowiowej – Excuse My French – „dupy Maryny”.

Jaka jest treść „Spisu cudzołożnic”?
Otóż, na zaproszenie Uniwersytetu Jagiellońskiego przyjeżdża ze Szwecji „humanista”, który wieczorem chce się zabawić z kobietami. Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic złego, a tym bardziej niezrozumiałego. Białogłowy zorganizować ma Stuhr. Krążą więc ci dwaj amatorzy Erosa po Krakowie. Niestety, wszystko to przemienia się w odyseję podtatusiałych playboyów. Nie jest to wszak „kino drogi” – raczej „bezdroża”. Stuhr wydzwania do kolejnych „kobiet swojego życia”. Najczęściej bezskutecznie.

Wcale się nie dziwię Stuhrowi, że miał tremę przed premierą i obawy o to, jak film zostanie przyjęty. Ten aktor – reżyser, będąc człowiekiem inteligentnym, nie pozbawionym rozsądku i krytycyzmu, musiał jednak podejrzewać głęboko w duchu, że być może przyłożył rękę do niewypału. No i okazało się, że koledzy nie chcieli zrobić mu przykrości. Stąd nagroda w Gdyni, stąd Juliusz Machulski powiedział mu, że stworzył „piękny film”, a Feliks Falk uznał „Spis cudzołożnic” za „jeden z najpiękniejszych filmów ostatnich lat”. Dyplomatycznie, ale i dwuznacznie z problemu wybrnął Krzysztof Kieślowski stwierdzając, że Stuhr zrobił film „z czegoś”, z czego nic nie można było zrobić”. Otóż to! Kieślowski – chcąc nie chcąc – wskazał na jałowość i pustkę „Spisu cudzołożnic”.

Jerzy Stuhr: "..." (kadr z filmu "Spis cudzołożnic")

Jerzy Stuhr: „Tylko że ta ‚dupa Maryny’ jest dla mnie piękna. Jest czymś… jakby… sensem życia!” (Kadr z filmu „Spis cudzołożnic”)

Gustaw, bohater filmu, reprezentuje polskie środowisko akademickie Krakowa. Jest więc – bądź co bądź – „inteligentem”, a nawet „humanistą”. Jerzy Stuhr w jednym z ostatnich wywiadów wyznał, że oprowadzając Szweda po Krakowie, szedł po śladach, które sam kiedyś wydeptał – opowiadając gościowi, musiał jednocześnie opowiadać sobie „co oznaczając pewne znaki, symbole” – czy to jest jeszcze „świat wartości żywych”. Z tego, co mówi Gustaw – jak reaguje, jak rozkłada akcenty, co ma w głowie – wynika dość jednoznacznie, że owe symbole już niewiele znaczą, a wartości dogorywają (znudzenie historią, tradycją, ironiczne aluzje wobec dawnych solidarnościowych zrywów… etc.) „Żeby ktoś wreszcie tak zapytał mnie o Szapołowską, o Figurę” – wzdycha Gustaw poirytowany i znudzony akademickimi pytaniami Szweda. (Takie westchnienie niespełnionego Casanovy.)

Uważam „Spis cudzołożnic” za film ważny. Daje on bowiem świadectwo temu, co dzieje się we współczesnej świadomości Polaków – a szczególnie wśród ludzi kultury, nauki – wobec zachodzących obecnie zmian i przewartościowań. Pauperyzacja inteligencji, środowisk akademickich, bezsilność wartości „duchowych” konfrontowanych z agresywną, pragmatyczną i bezwzględną presją komercji, merkantylizmu i sfery biznesowej. Nie wspominając już o mafii, machlojkach, koteriach, „układach zamkniętych” i „rzeczpospolitej kolesiów”.
Zresztą, jak mi się wydaje, nie tylko tzw. inteligencja, ale i całe społeczeństwo polskie przeżywa kryzys tożsamości. Jakże może być inaczej w zbiorowości, która niemalże en bloc uważa się za katolicką, a zachłystuje się „kultem pieniądza” i tęskni do całkiem materialistycznych uciech? Z jednej strony chce wolnego rynku, biznesowych swobód, a z drugiej – rości sobie wiele od państwa, chcąc się zdać na jego opiekuńczość. Stąd prawicowe deklaracje, a lewicowe wybory. Stąd dziwaczne, pokrętne efemerydy: były ministrant – najpierw kościelny, później partyjny – chce teraz prowadzić Polskę do kapitalizmu. Pomieszanie z poplątaniem – kameleonizm pierwszego sortu!

A film Stuhra miejscami po prostu nudził. Temat mógł rodzić nadzieję na obraz jędrny, treściwy i dowcipny – a tu nawet pięknych kobiet zabrakło (przepraszam aktorki występujące w tym filmie, które zapewne wiedzą, że uroda to nie wszystko). Bulwersował w zasadzie tylko tytuł – irytowała miałkość i błądzenie bohaterów.
Nie jestem świętoszkiem, daleko mi do pruderii i lubię filmy śmiałe erotycznie, ale pod warunkiem, że nie pozbawione są artystycznej klasy, smaku, wyczucia, ale także i myśli, czyli mózgu – tego ponoć najważniejszego organu seksualnego człowieka. „Spis cudzołożnic” natomiast, nie tylko że nie był śmiały, ale i splajtował myślowo. W stosunku do bohaterów można się więc było zdobyć jedynie na politowanie. Na przykład wtedy, kiedy Gustaw – Stuhr, obarczony tzw. „kulturowym dziedzictwem” – bardziej przypominającym tu jałową i bezużyteczna erudycję – wykrzykuje swoje rozczarowanie i dekadencję na środku krakowskiego Rynku: „in the heart of Roman-Catholic Poland”.

O SENSIE ŻYCIA

Wiedziałem, że – odczytując taką recenzję filmu jego reżyserowi – ryzykuję znacznie szybszym zakończeniem wywiadu, jednak Jerzy Stuhr wcale nie wyglądał na obrażonego (może tylko trochę zaskoczonego) i nie zmierzył mnie piorunującym wzrokiem, pod brzemieniem którego zapadłbym się pod ziemię. Zamiast tego powiedział: „Ale tych dobrych recenzji to pan nie cytuje. A większość recenzji była bardzo dobra. Ja jeszcze nigdy nie dostałem tak dobrych recenzji.”

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Cieszy mnie to. Lecz pisząc o pana filmie chciałem być szczery i wyrazić to, co rzeczywiście odczułem oglądając „Spis cudzołożnic” i co o tym filmie naprawdę pomyślałem. Czy jednak mógłby się pan odnieść do tego, co przed chwilą przeczytałem?

JERZY STUHR: Po pierwsze, musi pan wyjaśnić, co rozumie przez „dupę Maryny”.

– To, że wałęsacie się po tym Krakowie i najbardziej zależy wam na tym, żeby znaleźć tylko tę „Marynę” i dobrać się do pewnej jej części. A mówiąc już poważniej: czy nie wstyd wam – ludziom wykształconym, „humanistom” – tym, którzy chcą reprezentować sobą pewne wartości „wyższe” – że ta „dupa Maryny”, wyłaniając się na pierwszy plan, przysłania wam to wszystko?

– Tak jest w książce Jerzego Pilcha, a więc to jemu się tu dostaje.

– Jednak sam pan podkreślił, że utożsamia się z bohaterem filmu.

– Ale czy nie jest prawdą, że mężczyzna całe życie poszukuje tej wymarzonej kobiety?

– Oczywiście, ale poza nią szuka jeszcze wielu innych rzeczy.

– Toteż on tam tej kobiety nie znajduje. Cóż, ja się pod tym podpisuję: no tak! Dupa Maryny! Tylko że ta „dupa Maryny” jest dla mnie piękna. Jest czymś… jakby… sensem życia! Którego nie mogę dostać. Chodzę, piję wódkę, rozważam, patrzę co przegapiłem…

– Proszę mi wierzyć, że mnie również ta część Maryny wydaje się piękna i bardzo mnie pociąga, tyle że mi nie wystarcza. Poza tym, bohater reprezentuje środowisko akademickie, wartości humanistyczne, jest obeznany z historią, kulturą, tradycją… Obcował z tym całe życie. A pan tu mówi, że „dupa Maryny” jest dla niego sensem życia.

– Zrozummy się: ja jestem w tym wszystkim mężczyzną!

Jerzy Stuhr: „Motyw przemijania: to mnie trapi najbardziej. Coś się kończy – epoka, wartości, które ceniliśmy.”  (Zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Motyw przemijania: to mnie trapi najbardziej” (zdjęcie własne)

– Mężczyzną, ale i człowiekiem kultury, naukowcem, intelektualistą!

– To nie ma nic ze sobą wspólnego. Dlaczego więc najwięksi malarze malowali akty kobiece?

– Właśnie dlatego, że nie wystarczała im ta fizyczność, to czysto seksualne spełnienie, ta przysłowiowa „dupa”… Poszukiwali w kobiecie ideału, inspiracji… W ten sposób sublimowali swój popęd, swoją chuć…

– Toteż ja jej nie znalazłem, tylko uleciałem – na lotni. To jest scena dodana przeze mnie – tym chciałbym się tutaj tłumaczyć. Bohater dalej czegoś szuka.

– A co on miał jeszcze do szukania z tą lotnią? Przecież posiadał rozległą wiedzę, erudytą był wielkim…

– No nie tak wielkim. Na adiunkcie się zatrzymał. Drugi stopień habilitacji robić w 48-ym roku życia, to już nie jest kariera wielka. Prawdę mówiąc on jest człowiekiem strasznie przegranym. Tak, jak moje pokolenie – jest kimś takim odstawionym na bok. Oprowadza Szweda po swoim Krakowie, po jakichś „bramach Pyjasa”, po „Włosikach”… To są te nasze zadry historyczne, to jest nasz kompleks wielki.

– Jak by pan skomentował stwierdzenie Kieślowskiego, który pośrednio wskazał jednak na jałowość „Spisu cudzołożnic”?

– Kieślowski to mówił o książce Pilcha, natomiast jemu sam film się podobał…
Wie pan! Trudno mi na ten temat mówić. Ja też tam widzę wiele wad. W końcu to jest mój pierwszy film. No proszę spojrzeć na mnie, jak na debiutanta. Jest jeszcze jedno: mój film od czterech miesięcy jest w kinach i ludzie na niego chodzą. Jeżeli więc jest on taki jałowy, bez oblicza i o „dupie Maryny”, to dlaczego ci Polacy ciągle na niego chodzą? Przecież oni mówią, że to jest ich bohater. Wstała kobieta na spotkaniu ze mną i powiedziała: „Panie, to jest film o mnie”. Wstała dziewczyna 14-letnia i mówi: „Pan zrobił czadowy film! O nas, o Polakach!”.

– No właśnie! Co oni takiego tam zobaczyli?

– Swoje kompleksy! No i jeszcze przemijanie. Czu pan uważa, że nie warto pisać książek, czy też robić filmów o przemijaniu? Dlaczego scenę z Celińska uznano za jedną z najpiękniejszych scen miłosnych w kinie polskim ostatnich lat? Dlaczego jury pod przewodnictwem Żuławskiego: Piesiewicz, Komar, Sobolewski, Piwowarski – ludzie, których ja bardzo cenię – dali temu filmowi tyle nagród? No dlaczego?! Też zdezorientowani?! Ci faceci zdezorientowani?!

– Niewykluczone. Może większość z nich to też erotomani?

– No, nie rozumiem!

– Czy film rzeczywiście opowiada o tym świecie „wartości żywych”? Czy symbole coś jeszcze znaczą?

– Proszą pana! W tym filmie ja nie opowiadam o tych symbolach, a o tym, że my te symbole podtykamy całemu światu pod nos. Ja Szwedowi opowiadam: „To jest brama Pyjasa, tu zginął student” – i to jest dla mnie bardzo ważne. A Szwed czyści buty w tym czasie. Co go to obchodzi? Wałęsa przyjeżdża i mówi: „Bo ja, proszę panów, przez płot skakałem!” No i co z tego!? Świat się zapyta: „No i co z tego!?”

– Gdyż to jest potrzebne nam, a nie światu.

– No i właśnie o tym jest film. Ileż razy ja łapałem się na tym, że opowiadałem komuś o „solidarnościowym etosie”, a on się na mnie patrzy i myśli: „Jaki solidarnościowy etos? Co pan reprezentuje sobą dzisiaj?” To się teraz liczy. I ja właśnie o tym kompleksie odpowiadam. O niczym więcej. Czyli nie o Pyjasie, nie o Włosiku… tylko o moim frymarczeniu tym! O polskim frymarczeniu własną historią! No o tym opowiadam!

– Tu dotknął pan sedna. Jest to w pewnym sensie przyznanie się do winy, a może nawet do pewnego bankructwa.

– Czy nie warto więc o tym mówić? A pan mówi, że społeczeństwo polskie jest zbałamucone, bo chodzi na ten film. A Pasikowskiemu też by pan tak powiedział? Na „Psy” poszło 800 tys. widzów!

– Powiedziałbym. Czy jednak diagnoza o utracie tożsamości przez polskie społeczeństwo nie jest trafna?

– Trafna.

– I pański film to pokazuje.

– No, nie aż tak!

– Ale prowokuje takie pytania, budzi refleksje…

– Z tego powodu akurat bym się nie obraził. Niech prowokuje! Jednak film nie obejmuje tego tak szeroko. Szkoda, że mało kto ze mną rozmawia na temat tego filmu od innej strony. Ktoś powiedział, że jest to film o męskiej menopauzie. O! To by mnie bardziej interesowało! A tu, zamiast tego, ciągle ten temat społeczny się pojawia, inteligencji, symboli… A przecież, tak naprawdę, jest to film o facecie, któremu już życie ucieka. I te kobiety… Gdzieś tak spartaczone, pominięte, niedostrzeżone… Ja właśnie o tym chciałem bardziej porozmawiać. Ale trudno. Już to, że tak dużo o tym filmie mówimy, jest jego sukcesem. On prowokuje, drażni… I właściwie takie było moje zamierzenie, kiedy ten film robiłem.

– Wiem, że pisze pan następny scenariusz. Czy mógłby pan zdradzić o czym będzie?

– Nie, jeszcze nie. Mogę powiedzieć tylko, że będzie to film współczesny, dziejący się w Polsce.

– Kiedy więc będzie można spodziewać się go na ekranach?

– Nie wiem, to jest długa droga. Ja sobie mogę scenariusz napisać, ale kto da pieniądze? To już osobna sprawa – chodzenie, żebranina…

– Życzę więc, aby jak najszybciej trafił on na ekrany. I abyśmy mogli o nim porozmawiać.

– Ja również chciałbym sobie tego życzyć.

* * *

PS. Kilka słów gwoli uniknięcia nieporozumień. Przede wszystkim chciałbym przeprosić wszystkie panie za określenie, które padło kilkakrotnie w tekście, a które do zbyt eleganckich nie należy i może być uznane za obraźliwe. Nie było to moją intencją, by kogokolwiek obrażać. Chodziło mi jedyne o zobrazowanie pewnego problemu… z całym szacunkiem dla pań (i ich anatomii). Muszę też podkreślić, że Jerzego Stuhra nie tylko cenię, jako aktora, ale i lubię – zawsze chętnie oglądałem filmy z jego udziałem. A jednak, przy całym uznaniu dla jego sztuki, nie mogłem się nie zdradzić ze swoja opinią na temat „Spisu cudzołożnic”, z którego wyniosłem mieszane uczucia (recenzje filmu napisałem wcześniej, nie wiedząc, że będzie mi dane rozmawiać z jego twórcą). Myślę więc, że podejście to bardziej uczciwe, niż złośliwe. Poza tym, w wywiadzie właściwym, opublikowanym przez „Dziennik Chicagowski” (TUTAJ), pan Jerzy Stuhr wyraził kilka opinii znaczących, jeśli chodzi o polską kulturę i zachodzące w Polsce zmiany – reprezentując przy tym polskie środowisko artystyczne i intelektualne – jako ktoś, kto ma w tym środowisku pozycję ustaloną i niekwestionowaną. (Ten wątek wydał mi się wówczas ważniejszy i dlatego niemal w całości wypełnił treść poprzedniego wywiadu.) Co nie znaczy, że do pewnych posunięć artystycznych nie można podejść krytycznie i z ową krytyką otwarcie się nie zdradzić… i to w obecności samego sprawcy.

greydot

* Rozmowa z Jerzym Stuhrem miała miejsce w 1995 r.

** Wywiad z Jerzym Stuhrem pt. „CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW”  przeczytać można TUTAJ.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Reklamy

Komentarze 22 to “„SPIS CUDZOŁOŻNIC”, czyli z Jerzym Stuhrem rozmowa o męskiej menopauzie”

  1. Jula :D Says:

    „Ktoś powiedział, że jest to film o męskiej menopauzie. O! ” – Ja tak to właśnie widziałam. ;)
    Faktycznie nudnawy – zapamiętałam tylko ich spacer na kopiec Kościuszki, ponieważ sama chciałam tam pójść, ale akurat coś tam robili i nie mogłam wejść. :D
    Oglądałam i inny film Stuhra, może ten o współczesności? – pt. „Pogoda na jutro” z 2003 r. i się ubawiłam, zresztą i teraz, jak robią powtórki, to z przyjemnością oglądam.

    • Malwina Says:

      Zdecydowanie „Pogoda na jutro” jest jednym z najprawdziwszych filmów będących satyrą na nasze, polskie społeczeństwo, ale właściwie także na całą współczesną obyczajowość, normy społeczne, na to w jaki sposób żyją dziś ludzie chyba na całym świecie. Nie tyle chodzi o pokazanie jak zmienił się świat przez kilkanaście lat, gdy nasz bohater ostatni raz żył na wolności, a nie w zamkniętym klasztorze, ale mam wrażenie, że jest to przede wszystkim trochę wyraz tęsknoty reżysera za poprzednim ustrojem, w którym nie było kapitalizmu, marketingu, reality show, Internetu i tak szerokiej dostępności narkotyków i innych używek. Ten dzisiejszy świat, ta „nowa” Polska jest zepsuta do szpiku kości. I po prostu trzeba się dostosować do panujących w niej zasad, co dobitnie sugeruje zakończenie filmu. To bardzo smutny (choć generalnie utrzymany w można by powiedzieć komediowej konwencji) i gorzki obraz. Śmiech podczas jego oglądania to śmiech przez łzy. Nie dziwię się już tym, którzy nazywają go najlepszym polskim filmem, ale sama nie wiem, czy chciałabym go obejrzeć ponownie, bo jest naprawdę przejmujący (a nie wiedzieć czemu – chociaż nie, wiem, to przez piosenkę Myslovitz, którzy gościnnie pojawiają się w filmie i śpiewają ze Stuhrem – byłam przekonana, że ten film to lekka komedia). Trudno nie współczuć głównemu bohaterowi, zwłaszcza że Jerzy Stuhr gra go bardzo przekonywająco.

  2. Stanisław Błaszczyna Says:

    Obejrzałem teraz – niemal po 20 latach – „Spis cudzołożnic” i jednak odebrałem ten film inaczej, niż wtedy. Przede wszystkim – widzę teraz wyraźnie tę „męską menopauzę” i to, że to właściwie nie była wina Gustawa, że oni tak smęcą się bez celu po tym Krakowie, ale Szweda. Bo to był Szweda pomysł, by „zorganizować” wieczór z kobietami. A że przy okazji wyszły wszystkie zmarnowane okazje, jeśli chodzi o przeszłe „związki” Gustawa? Ich płytkość, okazjonalność i niedorobienie? Poza tym, wychodziło na to, że ci dwaj „intelektualiści”, ludzie ponoć kulturalnie (choć wcale tego po nich nie widać – zwłaszcza po postaci Szweda, która nota bene jest nudna, sztywna, nieciekawa, bez wyrazu… to właściwie taki statysta) wydawali się być nie tylko bankrutami jako intelektualiści, ale również jako mężczyźni i mężowie (obaj zdradzani przez swoje młode żony, które robiły to z jeszcze młodszymi facetami).
    W sumie – wszystko to było żałosne, do czego walnie przyczyniało się także i to, że obaj „bohaterowie” byli niemal przez cały czas trwania filmu pijani. Niewątpliwie na filmie odcisnęło się specyficzne postrzeganie świata przez Pilcha, (który to autor „wychodzi” zarówno z postaci Szweda, jak i Gustawa – nie wspominając już o tym sfatygowanym kajecie ze spisem cudzołożnic). Rację miał chyba Kieślowski wskazując na to, że pisarstwo Pilcha nie nadaje się zbyt dobrze do filmowej adaptacji. (Swoją drogą, cieka jestem jak wyszło to Smarzowskiemu, który sfilmował niedawno Pilchowego „Mocnego Anioła”.)
    Koniec końców, także po latach mogę stwierdzić, że „Spis cudzołożnic” nie był udanym debiutem reżyserskim Stuhra (jego następne filmy były jednak lepsze). Tego filmu nie mogło jednak uratować kabaretowe „otrzaskanie” aktorskie Stuhra.

    A wracając do „dupy Maryny”. Trochę przeholowałem wówczas z tym określeniem. Bo tam rzeczywiście nie chodziło konkretnie o tę część anatomiczną Marii, tylko o jej mgliste wspomnienie starzejących się facetów. Ich krakowskie występy przypominały bowiem błąkanie się pijanego dziecka we mgle.

  3. pilar Says:

    Nawet Stuhr, którego normalnie bardzo lubię, był w tym „dziele” nie do zniesienia. Przez cały film wypowiedział zaledwie kilka normalnych zdań, reszta to jakiś nadęty, pseudointelektualny bełkot, od którego zbierało się na wymioty nie tylko mnie, ale nawet jednej z byłych kochanek głównego bohatera, która musiała regularnie przerywać jego wywody krótkim, stanowczym „nie pierdol”.
    Druga postać to Szwed, który w czasie wizyty u wspomnianej niegdyś fajnej laski, a obecnie odpychającej starszej baby stwierdził, że „ma dość”. Dokładnie w tym samym czasie ja też miałem już dość tego filmu i na całe szczęście niedługo potem rzeczywiście się skończył. Swoją drogą szczerze się dziwię, że jakiemuś obcokrajowcowi chciało się lecieć za granicę, żeby wystąpić w takiej chale.

    Co prawda nie można tu zwalać całej winy na Stuhra, ponieważ film jest oparty na książce Pilcha, (której nie czytałem), ale jeśli stanowi ona arcydzieło literatury w równym stopniu co ten film stanowi arcydzieło kinematografii (a mam podejrzenia, że tak jest), to może lepiej było w ogóle nie kręcić filmu na jej podstawie.

    • Jula :D Says:

      Eh, pilar dożyjesz odpowiedniego wieku, to zrozumiesz. ;)

      Choć mnie też dziwi, że Stuhr, który tak mówił, że nawiązywał do tej tradycji, w końcu do niej nie nawiązał, bo zacytuje :
      – Jeśli idzie o obyczajność, to nie sądzę, żeby w Sodomie i Gomorze większa była swoboda niż w Krakowie. Gdzie spojrzysz, ujrzysz bez liku wszeteczności. Gdzie skierujesz kroki, w ślad za tobą sunie cały poczet rozpustnic – pisał węgierski podróżnik Marton Csombor, który w 1618 roku odwiedził gród Kraka.
      Podobno w XIX wieku to można było się spotkać z opinią, że Kraków to „miasto księży, żołnierzy i prostytutek” (cyt. za: Micińska, Zdrada, s. 87).
      – I tak już zostało – przynajmniej do wybuchu II wojny światowej. Po wojnie do czasów obecnych też podobno jest nieźle, bo ktoś tak napisał – epidemia burdeli, która nawiedza Krakow od kilku lat (i chyba zupełnie nie przeszkadza władzom) to tylko kontynuacja tradycji… bedę spać spokojniej. ::D)))

      Llink tu dla zainteresowanych ewentualnie. ::D –> http://ciekawostkihistoryczne.pl/2014/02/13/burdele-nierzad-i-prostytutki-rozpustna-strona-dawnego-krakowa/

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        No tak Jula, ale istnieje subtelna różnica między cudzołożnicą a prostytutką. ;)
        Gustw i Szwed nie szukają prostytutek, (które, nota bene – nawiązując do podanego przez Ciebie linku – spotykają w Krakowie na każdym niemal kroku), ale kobiecego towarzystwa…
        (W sumie nie rozumiem Szweda, dlaczego akurat w Krakowie nie chciał iść do burdelu (choć przecież w innych miastach Europy przed tym przybytkiem nie stronił). Wygląda na to, że Gustaw uniósł się honorem i postanowił zaangażować do tego swoje „cudzołożnice”.

        Teraz, po ponownym obejrzeniu „Spisu cudzołożnic”, uświadomiłem sobie to, że ten film jest tak naprawdę a-seksualny. Szczerze mówiąc, erotyzmu w nim tyle, co kot napłakał (chodzi mi o tzw. „chemię” między występującymi tam kobietami i mężczyznami).
        To jest jednak obraz nędzy i rozpaczy – przestroga przed tym, by nie poddawać się męskiej menopauzie w tak żałosnym stylu.

        • Simply Says:

          Ten film, to tragiczny syf. Nie rozumiem, po co w ogóle coś tak zbytecznego po latach odkurzac ? Jakby nie było nic innego do oglądania.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie wiem, czy zbyteczne. Bo jednak ten film, jaki by nie było, porusza tematy dość istotne i – rzec można – uniwersalne: męskiej menopauzy (a przy tym to, jak hormony – i alkohol – mogą ogłupić dojrzałego mężczyznę – zresztą nie tylko dojrzałego); śmieszność i jałowość narodowej symboliki, tradycji, historii strywializowanej, spłyconej, okazjonalnej; to, że mimo nabytej wiedzy – i ponoć kultury – słoma z butów nam czasami wyłazi… etc.

          Poza tym, Jerzy Stuhr i Jerzy Pilch nadal są dość prominentnymi (a już na pewno znanymi) postaciami polskiej kultury (filmu, literatury).

          Myślę, że to wszystko usprawiedliwia obecność tego wpisu na mojej stronie (chociaż, przecież, nie muszę się chyba usprawiedliwiać z tematyki, jaką podejmuję w moich tekstach ;) )

          PS. W pewnym sensie większość z tego co czytamy i oglądamy jest „zbyteczna”.

        • sarna Says:

          Kusisz Staszku do komentowania wplatając pomiędzy wiersze szpileczki ;)

        • sarna Says:

          szkoda łez, z uśmiechem Ci do twarzy :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeśli już są to łzy (skąd w ogóle takie przypuszczenie?), to są to łzy śmiechu :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No i może jeszcze nostalgii za młodością:

          :)

    • pink Says:

      @pilar,
      chcę zaświadczyć, że istnieją na świecie ludzie, do których gustu ten film trafił. Jak dla mnie był on po prostu absurdalny, w tak delikatny sposób, że działał na najmniejsze części mojego skromnego mniemania. Abstrahując od faktu, że samemu mi się zdarzyło włóczyć się nocą po Krakowie, w niemal równie absurdalnych okolicznościach.

  4. Stanisław Błaszczyna Says:

    Jedna z niezapomnianych ról Stuhra:

  5. moonman Says:

    Bardzo cenie Stuhra za takie filmy jak ‚Amator’, ‚Wodzirej’, ‚Sexmisja’ ale od pewnego czasu wydaje mi się że Jerzy Stuhr zrobił już wszystko co był w stanie zrobić i niczym nowym nie potrafi nas, widzów zaskoczyć… powiela stare pomysły.. kreacje.. są wyjątki.. takim wyjątkiem jest ‚Waiser’… ale ‚Tydzień z życia mężczyzny’… czy ‚Historie miłosne’… ‚Duże zwierzę’… wszystkie jego kreacje są do siebie podobne… Dobra była też „Pogoda na jutro”.
    Niestety, mam wrażenie, że Jerzy Stuhr powoli zsuwa się ze sceny ustępując miejsca Maciejowi Stuhrowi.. może to i lepiej.. przynajmniej troszczy się o syna.. drażni mnie to że czasami występuje w filmach tylko po to by się ‚pokazać’, powiedzieć coś zabawnego itd.. np. Uprowadzenie Agaty.. Kiler i Kilerow dwóch… czym on się różni w takich filmach od takiego Rewińskiego.. który IMVHO: jest beznadziejny i nudny jak dowcipy Tadeusza Drozdy…
    podsumowując.. nadal Stuhra lubię.. jednak wolę go oglądać jak był trochę młodszy…chociaż dubbingiem osła w Shreku zwalił mnie z nóg :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jerzy Stuhr to aktor w dużej mierze charakterystyczny. To prawda, że miał kilka niewypałów w swojej karierze (np. Mistyfikacja, gdzie w sposób mim zdaniem zupełnie chybiony zagrał Witkacego), ale ale większość jego ról się sprawdziła, zwłaszcza w tej konwencji komediowej.

      Muszę powiedzieć, że Stuhr jest w mojej świadomości od bardzo dawna – a konkretnie od czasów niezapomnianego „Spotkania z balladą”, czyli gdzieś tak od połowy lat 70-tych. Zawsze uważałem go za bardzo dobrego aktora komediowego (choć z tą „dramatycznością” było już gorzej).

      Małe przypomnienie (trochę nietypowe „Spotkanie z balladą”, bo nie w Krakowie ale w Opolu):

      No cóż… szokująco młode gwiazdy polskiej estrady :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s