IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XIV)

.

zapiski notatki kajet notes.

 

Co poniektórzy twierdzą już dzisiaj, że międzynarodowa bajka o demokracji się skończyła.
Tylko czy ta bajka była kiedykolwiek prawdziwa?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że marzenia o demokracji i sprawiedliwości społecznej, tudzież o poszanowaniu międzynarodowego prawa, okazują się rojeniami typu wishful thinking.
To jest ciekawe, bo dzieje się to w dobie ogólnego dostępu do informacji i bez widocznego ograniczania swobód obywatelskich (przynajmniej jeśli chodzi o państwa zachodnie).
Jak widać obecne struktury władzy tworzącej polityczno-finansowy układ, niewiele sobie z tego wszystkiego robią – ale tak będzie tylko do czasu, kiedy beneficjenci tych układów (np. szerokie rzesze urzędników zarówno UE, jak i poszczególnych państw członkowskich) będą mieli zapewnione swoje benefity. To samo można powiedzieć o tych, którzy korzystają z prosperity wielkiego biznesu, korporacji i systemów bankowych. To może jeszcze działać przez dziesiątki lat, ale w końcu musi się wyczerpać, bo wiele z tych operacji przeprowadzanych jest w przestrzeni wirtualnej (przecież zdecydowana większość środków finansowych/pieniędzy nie ma pokrycia w rzeczywistej wartości) – to wszystko zwekslowane jest niejako w próżni.

Mnie też martwi to, że obecnie świat wydaje się opanowywać pazerna wataha skorumpowanych cyników, którzy tylko drą to sukno, które wpadnie im w łapę, pod siebie, dbając tylko o własny interes. (Casus Janukowycza i spółki grabiącej Ukrainę jest tego jaskrawym, niemal karykaturalnym przykładem.)
Ale czy tak nie było zawsze?
Było.
Lecz nawet w tych czasach ciemności, barbarzyństwa i zarazy byli też ludzie, którzy byli depozytariuszami jakiejś szlachetności, przyzwoitości, klasy, wyższych wartości… Teraz takich ze świecą szukać.
Pochowali się? Wymarli? Wycofali się? Zostali zagłuszeni?
Zamiast tego nastąpił wysyp różnych takich internetowych czy medialnych mądrali – którzy znają całą prawdę i tylko prawdę, którzy mają słuszność (nikt inny jej nie ma), nieomylni, wszechwiedzący, kategoryczni, radykalni… ale skrywający swojego mola za skórą, oddający się jakiejś ekshibicjonistycznej psychoterapii… by tylko przetrwać do następnej awantury i zamieszania, które znowu utopi się w morzu słów.

greydot

Zawsze istniało pasożytnictwo. Tyle, że w ciągu ostatnich stuleci, żywiciele coś jakby bardziej się poruszyli – chcąc się wyemancypować, wyzwolić, ochronić przed wysysaniem ich życia przez pasożytów.
Pasożyt więc – a raczej kolonia pasożytów – musiał się przeobrazić, przeformować (przy okazji część żywicieli wyewoluowała i sama stała się pasożytnicza) – w najlepszym wypadku była to (pozorna zazwyczaj) symbioza.
Zresztą, wydaje mi się, że najgorszym rodzajem pasożytnictwa (bo najbardziej zdradliwym) jest to, które wygląda właśnie na symbiozę – a w rzeczywistości jest kolejną formą niewolenia ludzi.

greydot

To fakt, że Polacy są w awangardzie tych bijących się we własne piersi za grzechy swoich ojców i dziadów. Albo zmuszanych do bicia się w nie przez innych. Z drugiej strony zaś mamy do czynienia ze skłonnością do totalnego wypierania się własnych grzechów, uznania siebie za naród jedynie sprawiedliwy (i najbardziej pokrzywdzony) spośród narodów świata. A pomiędzy tymi skrajnościami miota się nasza narodowa świadomość i tożsamość.
Oczywiście, że nie można zapominać o polskich grzechach i przewinach czasów wojny i okupacji, ale nie można jednak zaburzać proporcji. A przede wszystkim: należy zawsze brać pod uwagę kontekst historyczny i zawsze mieć świadomość tego, że faktycznymi sprawcami tych zbrodni (nawet dokonywanych rękami Polaków czy samych Żydów) byli ci, którzy wojnę wywołali, czyli Niemcy. Okupacja, i to zarówno niemiecka, jak i sowiecka, stworzyła takie a nie inne warunki, w których katalizowały się różne okropieństwa, a w ludziach uaktywniała się ta ciemna strona (jasna zresztą też – bo w sytuacjach ekstremalnych następuje przecież polaryzacja dobra i zła).
„Pokłosie” Pasikowskiego wzbudziło kontrowersje (de facto wywołało burzę), bo dotknęło wrażliwego nerwu – naszego narodowego poczucia winy pomieszanego z zaszłością polskiego anty-semityzmu. Przypomniało o krwi naszych braci i sąsiadów na niektórych polskich rękach. Ale moim zdaniem film ten zrobił to w sposób trącący (niezamierzoną niewątpliwie) groteską, odwołując się do najgorszych stereotypów, wzniecając same negatywne emocje… Zresztą, wg mnie, obraz Pasikowskiego – jako dzieło filmowe per se – też nie jest jednak udany. A zakończenie jest wręcz absurdalne.

Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast. Tak było np. w moim rodzinnym Leżajsku – do którego, nota bene, rokrocznie przyjeżdża dziś tysiące Żydów, nie niepokojonych raczej przez nikogo – przynajmniej mnie nic nie jest wiadomo o jakichś widocznych, znaczących przejawach antysemityzmu wśród moich krajan.
Warto wspomnieć, iż rzeczywiście w woj. lubelskim znalazł się niedawno młody człowiek, który zainteresował się kulturą żydowską, historią Żydów na swoim terenie, zaopiekował się żydowskimi mogiłami i macewami… Ale… był on przez społeczność polską szanowany a nie szykanowany (został chyba nawet starostą czy też wójtem) i raczej nikt nie chciał go ukrzyżować na wrotach stodoły. (Choćby w tym kontekście widać jednak ewidentną niedorzeczność scenariuszowego konceptu w „Pokłosiu”).

 greydot

Akurat w momencie, kiedy wojska rosyjskie opanowywały Krym, Daniel Passent na swoim blogu napisał tekst pt. „Rusofobia jest toksyczna”, którego przewodnim wątkiem było to, co wyraził on w pierwszym zdaniu swojego wpisu: „Widmo krąży po Polsce – widmo rusofobii”.
Zaś w odpowiedzi tym, którzy wyrazili opinię o niestosowności tego rodzaju uwag w takim momencie historycznym, napisał później w komentarzach, parafrazując Stalina: „Putinowie przychodzą i odchodzą, a naród rosyjski pozostaje.”

No tak, ale co z tego (nota bene trywialnego) spostrzeżenia wynika?
To, że – mimo stopniowego zmniejszania się populacji – jakaś tam liczba Rosjan przetrwa?
To, że po jednym „putinie” przyjdzie następny?
To, że wraz z przetrwaniem tego narodu, przetrwają jego cechy i mentalność, która – przez ostatnie stulecia – tak dawała się we znaki swoim sąsiadom (w tym również nam, Polakom)?

Czym się różni „rusofobia” od „putinofobii”?
Jeśli „putinizm” jest utożsamiany z mentalnością, którą charakteryzuje się obecnie większość Rosjan, to właściwie niczym (tak będzie dopóty, dopóki Rosjanie w swojej przeważającej większości, będą popierać rządy autorytarne i ich imperialne zapędy – zauroczeni i poddani polityce siły – akceptujący łamanie praw człowieka, brak wolności słowa – dający się ograbiać wąskiej „elicie” oligarchów, którzy przejęli kontrolę nad lwią częścią rosyjskiej ekonomii i niekoniecznie działają w interesie samego społeczeństwa).
Jeśli zaś myślimy o tych Rosjanach, wśród których przetrwały dobre cechy tego narodu, którzy chcą żyć w społeczeństwie (państwie) otwartym, którzy opowiadają się za wolnością słowa i swobodami obywatelskimi… to przecież o jakiejkolwiek „fobii” nie może być mowy – bo takich ludzi nikt z nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem, nie musi się przecież obawiać.
Tak więc, to są kolejne argumenty przemawiające za tym, że wmawianie nam „rusofobii” (i to w takim momencie, kiedy Rosja narusza europejskie granice) jest swoistym szantażem moralnym i emocjonalnym. I poniekąd antyintelektualnym.

greydot
Aleksandr Dugin, główny ideolog Euroazjatyckiego Związku Młodzieży, w jednej ze swoich uczonych książek stwierdził:

„Europa atlantycka nie jest nam potrzebna w żadnej formie. Dlatego Rosja, w walce o sprawiedliwe granice, żywotnie zainteresowana jest europejską kontynentalną rewolucją. Tak więc uwolnieniem Niemiec od amerykańskiego dyktatu (na miejsce naszych wycofanych żołnierzy, pojawili się jednak amerykańscy) i uwolnieniem od amerykańskiego dyktatu innych, okupowanych przez Atlantystów europejskich terytoriów. Konieczne są, z naszego punktu widzenia, narodowe rewolucje w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, w Danii, w Portugalii. Dopóki ich nie ma, dopóty zbyt wiele zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dlatego Rosja zmuszona jest stać się bastionem rewolucji europejskiej. Dlatego Rosja nie zatrzyma się w swoim wyzwoleńczym marszozrywie na terytorium Krymu, ani na Dnieprze, ani nawet na zachodnich granicach eks-Ukrainy. Naszym celem jest wyzwolenie Europy od atlantyckich okupantów.”

Nierozsądne z naszej strony byłoby puszczanie takich rojeń – które mogą wszak mieć fatalne realne skutki – płazem. Ale problem polega też na tym, że są one odporne na jakąkolwiek rozsądną, racjonalną argumentację.

greydot

Ukraińcy wspierali Niemców w likwidacji Żydów na wschodnich terenach, które przed wojną należały do Polski, a później znalazły się pod okupacją niemiecką i sowiecką – to wszystko prawda. Ale Ukraińcy też walczyli przeciwko Niemcom – chociaż przede wszystkim zależało im na utworzeniu własnego państwa. I pod tym kątem działali. Wprawdzie Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, ale bili się już głównie na własny rachunek – głównie z Polakami.
Jeden z dowódców UPA ogłosił wtedy:

“Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi [ZSRR]. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami.”

Mówiąc o rzezi Polaków na Wołyniu dokonanej przez UPA (wspomaganej oczywiście przez cywilną ludność ukraińską), należy pamiętać o kontekście historycznym, a przede wszystkim o setkach tysięcy Żydów wymordowanych na początku lat 40-tych na tamtych terenach – to kreowało “atmosferę” – niejako “standardy” – tamtej epoki. Ukraińcy zobaczyli, że to działa i postanowili w ten sam sposób pozbyć się Polaków z terenów, na których chcieli zorganizować swoje państwo.

To były straszne czasy – i zagmatwane. Nie można oczywiście o tych wszystkich zbrodniach zapominać, ale głupotą byłoby w naszych czasach się na nie powoływać, obwiniać za nie współczesne pokolenia, pałać jakąś nacjonalną zemstą, propagować rewanżyzm, a tym samym szerzyć nienawiść.

Naturalnie, należy sobie zdawać sprawę z istnienia na Ukrainie sił skrajnych nacjonalistów. Lecz to, istniejące realnie zagrożenie z ich strony należy rozpatrywać w kontekście polityki współczesnej, a nie czystek etnicznych, które miały miejsce podczas II wojny światowej. To jest właśnie rozsądne. Bo przecież wiadomo, że gdy rozum śpi, to budzą się upiory.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że aneksja Krymu przyniesie korzyści tylko samej Rosji (ale i to wcale nie jest takie pewne).
Na razie fakt ten namieszał wyraźnie w ogólnoświatowej polityce międzynarodowej – obnażając jeszcze bardziej coraz mniejszą skuteczność polityki wobec innych powiązań (głównie ekonomicznych).
Co może być zarówno dobrym, jak i złym sygnałem – bo wszystko zależy od tego, jak się będzie rozwijać światowa gospodarka (niestety, jak na razie, więcej faktów wskazuje na to, że rozwój ekonomiczny świata – rozkład siły i bogactwa – nie idzie w dobrym kierunku).

Zawsze, wszyscy i wszędzie, jesteśmy pod czyimś wpływem, Cały świat to teraz taki układ naczyń połączonych. Chodzi jednak o to, by kraje zachowywały – w głównym zrębie – swoją niezależność, nie ulegały cwaniakom, którzy dbają tylko o własny (bynajmniej nie narodowy czy państwowy) interes (i dotyczy to zarówno urzędasów z UE, jak i gangsteryzmu Putina).

greydot

To niesłychanie, jak dalece imponuje nam nadal siła i machiaweliczna przebiegłość (ale czy to są standardy, według których chcielibyśmy uprawiać politykę w XXI wieku?). Świadczy o tym podziw dla Putina nawet wśród tych, którzy nie identyfikują się z jego obozem i interesami. Moim zdaniem jest w tym coś z atawistycznego zauroczenia samcem alfa – a tym samym respekt – i de facto akceptacja – dla uznania „racji” i skuteczności nagiej siły.
Zdumiewa mnie to, że ulegają temu nawet ludzie uważani za intelektualistów (vide: ostatnia gafa Bartoszewskiego, zachwyconego „mądrością i przewidywalnością” Putina), przywiązanych ponoć do idei wolnościowych, demokratycznych i do legalizmu.

I jeszcze jedno: niektórzy wołają i biją na alarm, że oto „barbarzyńcy u bram”!
Według mnie, w równym stopniu należy się obawiać barbarzyńców, którzy zagrażają nam z zewnątrz, co tych, którzy są w nas samych.

greydot

Ameryka jako Imperium Dobra?
To zależy od perspektywy z jakiej patrzymy.
Mimo Oceanu Dobra, jaki ponoć Ameryka rozlewa zarówno na swoim terytorium, jak i w Europie czy w innych rejonach świata, krzewiąc np. niezmordowanie – i wszelkimi sposobami, z destabilizacją i ludobójstwem włącznie – demokrację i idee wolnościowe (tak widzą to bezkrytyczni stronnicy USA, którzy ważą procentowo korzyści amerykańskiego „porządku” implantowanego światu i chcą się – np. w Polsce – chować się za pazuchę amerykańskiej siły ekonomicznej i militarnej, bo to leży w naszym interesie) – tak więc, nawet ci, którzy będą stawać na głowie, nie będą mogli zmienić faktu, że po II wojnie światowej to właśnie Stany Zjednoczone były największym agresorem, wysyłając w zmasowanej ilości wojska w najbardziej odległe rejony świata, powodując największą ilość ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej (używając przy tym tak barbarzyńskich środków, jak np. napalm czy agent orange, paląc, zabijając i kalecząc setki tysięcy ludzi).
(Wyobraźmy sobie tylko, co by to się działo, gdyby tak postępowała Rosja!?)
To są fakty, których żadna ekwilibrystyka eksplanacyjna zmienić nie jest w stanie.
I piszę to jako obywatel Stanów Zjednoczonych, korzystający z wszelkich dóbr, jakie oferuje ten – wspaniały pod wieloma względami – kraj.

Lecz zdaję sobie sobie sprawę z tego, że niektórym nie mieści się to w głowie, że można w takiej sytuacji – i ten sposób – krytykować Amerykę. I że mogą nazwać to np. anty-amerykanizmem. Ale, jeśli ktoś tak myśli, to tak naprawdę nie jest w stanie wniknąć w ideę „amerykańskości”.
Do takich osób powinno dotrzeć to, że ja nie krytykuję „Ameryki” tylko pewne poczynania (militaryzm) i polityką zagraniczną amerykańskiego rządu. I dopóty mogę robić to otwarcie – i bez konsekwencji zastosowania wobec mnie represji – na terenie kraju, w którym mieszkam, dopóty wg mnie Ameryka nie jest jeszcze do końca stracona. A ja nie muszę z tego kraju uciekać, (tak jak np. Snowden – by the way: chwała gościowi!)

Chciałem napisać, abyśmy karmili tylko dobrego wilka, ale w przyrodzie nie ma dobrych ani złych wilków.

greydot
Czy Amerykanie też biją się w piersi i posypują swoje głowy popiołem wobec swoich przewin z przeszłości – jeśli chodzi o własną kinematografię?
Otóż w kinie amerykańskim filmy tzw. „rozliczeniowe” oczywiście są, ale przytłoczone są przez obrazy, które bazują jednak na historycznej propagandzie i patriotycznym, narodowym stereotypie. Warto zwrócić uwagę, że niemal wszystkie westerny przez dziesięciolecia (aż do czasów anty-westernów Penna, Peckinpaha czy Altmana) ukazywały np. Indian jako „dzikusów”, a samych pionierów jako postacie heroiczne. Zaś Frontier to była w nich zona, w której zawsze wygrywało dobro, szlachetność i sprawiedliwość (wbrew krzyczącym wręcz faktom i stanowi rzeczywistemu).

Także w większości amerykańskich filmów akcji pobrzmiewa też głośny ton nacjonalistyczno-propagandowo-szowinistyczny (exemplum: Rambo et consortes…). Takie „Zielone berety” Wayne’a to przecież czysta „patriotyczna” nacjonalistyczna propaganda. Jeśli chodzi o Wietnam, to dopiero po zakończeniu wojny w Indochinach, pokazały się filmy ukazujące jej absurd i nikczemność – wśród nich wyróżniały się obrazy Olivera Stone’a („Urodzony 4 Lipca”, a przede wszystkim pamiętny „Pluton”) także „Full Metal Jacket” Kubricka. „Czas apokalipsy” Coppoli to raczej jedna wielka metafora wojennego szaleństwa (odnosząca się do Conradowskiego „Jądra ciemności”), a nie rozliczenie się z własną niechlubną, a niekiedy i haniebną, historią. Podobnie było z filmem Altmana „M*A*S*H*” – to ukazany uniwersalizm idiotyzmu i absurdu każdej wojny – nie tylko tej w Indochinach.
Filmy tzw. gangsterskie też nie były właściwie rozliczaniem się z własnej skorumpowanej przeszłości, a wręcz przeciwnie – tworzyły nowe mity (jak np. słynny „Ojciec Chrzestny” Coppoli, czy wiele filmów Scorsesego) dość przewrotnie gloryfikując i „uromantyczniając” w pewnym sensie gwałt, przemoc i bandytyzm. W tym kierunku poszło też kino (bardzo ostatnio popularnego) Tarantino.

greydot

Inspirowało mnie kino amerykańskie lat 70-tych, bo – wbrew temu, że ukazywało opresyjną i ciemniejszą stronę amerykańskiej rzeczywistości – miało właśnie w sobie ów kontestacyjny powiew buntu i tęsknoty za wolnością, której nam jednak wówczas w zapyziałym, nudnym i szarawym PRL-u brakowało. Wystarczyło choćby spojrzeć na te bezkresne amerykańskie przestrzenie w filmach drogi, by poczuć ów zew przygody – to był dla nas synonim wolności: wiatr rozwiewający włosy i serce, które rosło w piersiach na myśl, że coś takiego można przeżyć samemu. Nawet ruch hipisowski – cały ten zgiełk Woodstock, naiwność i kolorowość dzieci kwiatów – flower power przeciwstawiona kretyńskiej, nikczemnej i morderczej wojnie w Wietnamie – wszystko to znajdowało w niektórych z nas pozytywny oddźwięk.
Oczywiście wiele z tych młodzieńczych fermentów opierało się na micie – dopiero kiedy człowiek dorastał, stawał się bardziej krytyczny wobec swoich dawnych zauroczeń.
Ale to był jednak paradoks: zauroczenie Ameryką, która kontestuje sama siebie.

Jednakże były jeszcze inne, bardziej realne aspekty tego, co oferowała ludziom Ameryka – i w tej ofercie było wiele dobrego. Były to choćby swobody obywatelskie (abstrahując od problemu istniejącego do lat 60-tych zinstytucjonalizowanego i mentalnego rasizmu), wolność słowa, jak również – last but not the least – względy ekonomiczne (nota bene: ja bym jednak nie wyśmiewał się z tego, że miliony ludzi mogło mieszkać w swoich własnych domkach, jeździć własnymi samochodami, realizować swoje hobby – mogło zaspokajać swoje potrzeby życiowe na dość wysokim (w pewnym momencie – najwyższym w świecie) poziomie. W tym „Hi, honey” męża wracającego z pracy do domu i witającego żonę, była jednak pewna solidność spełniającego się pragmatycznie American Dream.

Nie można jednak skwitować Ameryki w kilku zdaniach.

greydot

To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatycznej i racjonalnej. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyły się te wojny) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które sukcesywnie traciło swój prestiż i nimb wszechmocnego mocarstwa. (Zaś 9/11 uznać można – zresztą nie tylko symbolicznie – za początek końca amerykańskiego mitu.) Zaangażowanie się militarne (nawiasem mówiąc, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

greydot

Ktoś niedawno dość przytomnie zauważył: „Taka już ta Ameryka jest, że nawet najlepszą krytykę USA robią właśnie Amerykanie.”
No właśnie. Skoro jeszcze do tej pory Chomsky’ego nie zamknęli w więzieniu, ani mu nie wysiadły hamulce w Lexusie, to ani mi w głowie ucieczka z tego kraju, zwłaszcza do RFSRR.
Mimo wszystko – gdybym już był zmuszony wybierać – to wolałbym porządek zaprowadzony na świecie przez Amerykanów, niż przez Talibów, Chińczyków czy nawet Rosjan. (Co nie znaczy, że jestem za polityką imperialną i zapominam o zbrodniach popełnianych przez Amerykanów w Laosie, Kambodży, Wietnamie, Iraku, Afganistanie…)
I jeszcze jedna ważna rzecz: przenoszenie niechęci (wrogości) do rządu amerykańskiego (jego polityki zagranicznej) na całe amerykańskie społeczeństwo jest nie tylko nie fair, ale i niemądre. (Podobnie zresztą jak utożsamianie tego z anty-amerykańskością.)

greydot

Tiziano Terzani, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy XX wieku, autor wielu książek, długoletni korespondent „Spiegla”: „Dla mnie spotkanie z prezydentem, ministrem, generałem z ich pompatycznymi minami, kłamstwami, które na siłę wciskają rozmówcy, zawsze napawało mnie wstrętem. Instynktownie trzymałem się od nich z daleka. Właśnie, trzeba trzymać się z daleka.”

Czy zajmując się światem polityki możemy dociec tego, czym jest świat, społeczeństwo, wreszcie sam człowiek? Bynajmniej. Widzimy tylko niektóre z jego aspektów – stąd choćby poczucie tego, że jest to świat darwinowski, domena hien, rekinów i szakali. A kto w tym świecie predatorów nie kieruje się atawistyczną, amoralną zasadą „po trupach do celu” – ten jest nieskuteczny, nie odnosi sukcesów, (więc jest polityczną niezdarą).

Tak więc, kiedy wpatrujemy się jedynie w świat polityki, wypaczone staje się nie tylko nasze widzenie świata – a zwłaszcza tego, co winno stanowić o naszym człowieczeństwie, tworzyć jakieś wyższe rejestry ludzkiej kultury – ale i nas samych. Stąd przestroga Terzaniego, by trzymać się z dala od polityków. Bo korupcja jest zaraźliwa. A w zepsutym świecie psujemy się także i my sami – wystarczy samo wdychanie zepsutego powietrza, karmienie się zepsutą strawą.
Tak dzieje się również wtedy, kiedy świat polityki staje się naszą rozrywką – ucieczką przed nudą i własnym molem.
Kiepski to więc rodzaj autoterapii.

greydot

Pytanie: czy umiejętność samodzielnego myślenia jest w ogóle możliwa?
Nota bene wiąże się to z kwestią bardziej uniwersalną: czy istnieje wolna wola?
Niestety, im bardziej się w to wgłębiamy, tym mocniej się skłaniamy (czujemy się „skłaniani”?) do odpowiedzi: NIE. Lecz jednak nie odpowiadamy jednoznacznie NIE, bo to pozbawiłoby nas podmiotowości, ergo: nie tyle zakwestionowałoby nasze EGO, co pozbawiłoby go (nas) suwerennego sensu.
Natomiast skłanianie się do odpowiedzi TAK, jest przemieszczaniem się w sferę metafizyczną (jeśli wolna wola istnieje, to musi mieć ona w sobie coś z „boskości”).

Do odpowiedzi NIE skłania nas rozum (bo tylko za pomocą rozumu możemy poddawać coś analizie), do odpowiedzi TAK – intuicja (choć pozornie wydaje się nam, że jest na odwrót – ale to dlatego, że racjonalizm i irracjonalizm miesza się w nas samych: to, co chcemy, by było racjonalne, jest często irracjonalne i vice versa).
Tak więc, czy nasze nowoczesne przeświadczenie o tym, że ludzki Rozum jest kompatybilny tylko z materią (bo tylko wobec materii możemy użyć czegoś takiego, jak ratio) nie jest aby naszym kolejnym przesądem?

Niestety, im więcej wiemy, tym większa wydaje się nasza niewiedza.

greydot

Człowiek mówi, wiatr słowa nosi…

greydot

Reklamy

Komentarze 33 to “IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki”

  1. dee4di Says:

    Bardzo prawdziwy tekst, zwłaszcza pierwsza jego cześć do mnie przemawia. Zgadzam się, że nowy układ polityczno-finansowy opanowywuje świat, nie mam pojęcia jak to wyglada w Ameryce ale mieszkam w Anglii i na codzień oglądam co się dzieje. Słabe szkolnictwo, reality shows i benefity zapewniają małej garstce rządzących pełną swobodę. Wystarczy dać masom „chleba i igrzysk ‚ I banki mogą robić co chcą.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W Ameryce niestety wygląda to jeszcze gorzej, niż w Europie. Władza powoli przesuwa się w kierunku coraz węższej grupy ludzi, którzy dysponują coraz większymi środkami, by tę władzę zdobywać (legalnie i nielegalnie) i ją utrzymywać. Ludzi – zajętych konsumpcją i życiem powszednim – wydaje się to zupełnie nie obchodzić. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że w ten sposób dochodzi do stopniowego ubezwłasnowolnienia (uzależniania) coraz większej części społeczeństwa.
      W Stanach Zjednoczonych nadal istnieje wiele możliwości, by się z tych układów zależności wyłamać, ale robią to stosunkowo nieliczni.

  2. Simply Says:

    Kiedyś napisałem kumpeli na zaliczenie coś takiego :
    Postbatalistyka a kino wojenne. Obrazy wojny

    Transmisja działań wojennych zyskuje nową, niespotykaną dotychczas jakość, co ujawniło się w mediach przy okazji trzech najszerzej monitorowanych konfliktów zbrojnych z ostatnich lat: wojny w Zatoce Perskiej 1991, ataku na Afganistan po 11 września 2001 i zdobywania Iraku 2003. Preparowanie wizualnych informacji odbywało się identycznie w każdym przypadku, bez znaczenia pozostawał tu odmienny charakter każdej z amerykańskich interwencji: wyzwoleńczy-Kuwejt, odwetowy-Afganistan, stabilizacyjny(???)-Irak. Celem było stworzenie sterylnego obrazu wojny, pozbawionego nie tylko drastyczności ale i jakichkolwiek kontrowersji, stricte homogenicznego w ocenie wydarzeń. Podczas wojny o Irak amerykańskie serwisy (w odróżnieniu od europejskich) nie korzystały z materiałów katarskiej Al-Dżazira, świadomie rezygnując z informacji alternatywnych.
    Jak prestiżowa dla amerykańskiej administracji była to kwestia i jak skuteczny nacisk wywarł Pentagon na tamtejsze media, świadczyć może przypadek Petera Arnetta. Arnett, gwiazda reportażu NBC z czasu wojny w Zatoce, laureat Pulitzera, w trakcie ataku na Irak udziela bagdadzkiej telewizji krytycznego względem działań alianckich wywiadu, za co mimo maksymalnej oglądalności swoich programów zostaje zwolniony w trybie natychmiastowym.

    Stworzono jednolitą, kompleksową wizję umacniającą publiczną świadomość „słusznej” wojny, innej niż dotychczasowe, będącej pod pełną kontrolą strategów, gdzie nie ma miejsca dla nieprzewidzianych okoliczności. Pochodnej tego, co Alvin Toffler określił mianem „antywojny”: politycznych i gospodarczych posunięć zmierzających do uniknięcia konfliktu o zasięgu światowym, jeśli zachodzi potrzeba, to przy użyciu działań militarnych. Wtedy wojna jest antywojną.
    Kampania medialna miała za cel zminimalizować potencjalne, odśrodkowe działania defetystyczne i nie dopuścić do radykalizacji antywojennych postaw w amerykańskim społeczeństwie. Przestrogą były negatywne doświadczenia z wojny wietnamskiej, gdzie znaczącą rolę odegrały wolne media. Podczas bitwy o miasto Hue w 1968 r. wietnamscy dowódcy postanowili utrzymać teren przez co najmniej tydzień m. in. po to, by dać amerykańskim dziennikarzom możliwość wglądu w prawdziwe oblicze wojny, nie utrudniając im pracy. Wtedy miliony widzów dowiedziały się z ekranów telewizyjnych, czym ona jest. Materiałów nie cenzurowano: zmasakrowane trupy, okaleczeni ludzie, zbliżenia ran, strach, pożoga, a nade wszystko brak jakiejkolwiek logiki i sensu tych wszystkich ofiar wywarły nieodwracalny wpływ na cały naród.
    Od tego momentu ruchy antywojenne w USA i w Europie stały się udziałem wszystkich warstw społecznych. Protest przeciwko wojnie był jedynym prawdziwie integrującym czynnikiem dla światowej kontrkultury, mocno zróżnicowanej pod względem często sprzecznych dążeń i postulatów. Tym posunięciem Wietnamczycy pomimo militarnej klęski pod Hue osiągnęli długofalowy sukces propagandowy. Amerykańscy politycy i wojskowi mieli teraz przeciwko sobie nienawiść własnych podatników.
    Zatem od czasu wojny o Kuwejt uznano, iż medialny przekaz ma być par excellence nie angażujący emocjonalnie odbiorcy prowadzącego ustabilizowane życie, dla którego wojna jest obcym ciałem z kosmosu. Czymś, co budzi niepokój głównie dlatego, że skoro wszystkie dziedziny życia stanowią nierozerwalny i wzajemnie zależny system naczyń połączonych, naruszenie któregoś z nich może spowodować reakcję łańcuchową, zdolną ugodzić przeciętnego człowieka ze strony najmniej spodziewanej. Należało zaszczepić mu pełne zaufanie do prowadzących kampanię, możliwie „oswoić” też samą wojnę. Wymagało to od mediów żelaznej dyscypliny i podporządkowania, kosztem dobrowolnego wyrzeczenia się łask płynących z drugiej poprawki. Wiązało się to z zaangażowaniem wielkich sieci telewizyjnych, jak CNN, mająca wyłączność transmisji z wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. Ta wojna była poligonem dla newsów nowego typu, co zdaniem decydentów spełniło oczekiwania, toteż ponad 10 lat później w Iraku sieć Foxa zachowała co do joty wypracowaną formułę.

    Wizerunek wymienionych wojen zdominowały obrazy nowoczesnego sprzętu bojowego w całej potędze, na ogół w trakcie przejazdów, a jeśli prowadzącego ogień, to do anonimowego, „nieistniejącego” przeciwnika, budujące wypowiedzi żołnierzy wszystkich szczebli oraz sojuszniczo nastawionych tubylców, znikoma obecność strat wroga przy całkowitej nieobecności własnych. Najbardziej charakterystyczne stały się jednak obrazy precyzyjnych, tzw. chirurgicznych ataków lotniczych, ujęcia z noktowizorów, termowizorów, kamer lotniczych, monitorów i laserowych wskaźników celu; pejzaże odrealnione, zatracające informacyjny sens, nie różniące się od wizji z gier komputerowych czy symulatorów pola walki. Pozwalam sobie ukuć termin „postbatalistyka” dla tego typu prezentacji, gdzie na pierwszy, czy nawet na drugi rzut oka nie da się jasno orzec, czy oglądamy wojnę, zwykłe manewry, czy sensu largo symulację. Osąd jest wyznaczany dopiero i wyłącznie przez kontekst.

    Co ciekawe, rola ujawniania tych wszystkich aspektów wojny, które w mediach dostały czerwone światło (ale bez prawa do osądzania samej wojny!) przypadła filmowi fabularnemu. Nastąpiła paradoksalna wymiana dotychczasowych zadań między telewizją informacyjną a kinem, niszcząc ład na linii widz-obraz -kontekst i wprowadzając zadziwiające pomieszanie sensów i funkcji tychże mediów. Kontekst wzmacnia obraz w wypadku newsów wojennych nowego typu – enigmatycznych, często nie linearnie przechodzących w siebie obrazów, które w oderwaniu od tegoż kontekstu (wiem, że oglądam serwis z działań wojennych) i pozostawione same sobie tracą lwią część poznawczego (nie mówiąc o emocjonalnym) potencjału, oscylując w kierunku czystej abstrakcji. Równocześnie walor poznawczy i emocjonalny przejęło kino wojenne, skłaniające się – przeciwnie! – ku skrajnemu naturalizmowi ujęcia koszmaru wojny. Tu kontekst, czyli pozycja widza względem dzieła chcąc nie chcąc działa osłabiająco dla werystycznie prezentowanych scen wojny (świadomość, że jest to fikcja wyprodukowana przez sztab artystów i filmowych rzemieślników – pojęcia często nierozdzielne). Taka wewnętrzna ambiwalencja przeciwstawiająca obraz jego kontekstowi infekuje funkcję poznawczą medialnego opisu wojny odwołując się podświadomie do „wiary i zaufania” odbiorcy względem faktów oraz iście coleridge`owskiego „zawieszenia niewiary” wobec fikcji, by jedno i drugie zyskało sens. Chodzi o odbiorcę bezpośrednio i odczuwalnie (kontekst zbędny) rażonego tylko takimi odpryskami toczącej się „gdzieś tam” wojny, jak wzrost ceny paliwa, czy skoki akcji giełdowych.

    Jako, że wszystko, o czym jest tu mowa stanowi pokłosie Wietnamu, warto zwrócić uwagę jak w dobie reporterskiego leseferyzmu ukazywało wojnę kino. W latach 60-tych dla Hollywood Wietnam stanowił tabu, żadna wytwórnia nie zaryzykowała takiej produkcji. Wyjątkiem były „Zielone berety” z 1968 r., jedyny film fabularny pokazujący amerykańskich marines w akcji. Ta militarystyczna agitka wyreżyserowana i zagrana przez Johna Wayne`a, znanego orędownika wietnamskiej interwencji, została ostro zbojkotowana w Europie i dużych ośrodkach amerykańskich, odnosząc umiarkowany sukces kasowy w kinach Mid-Westu. Film zrobiony jest ciężką ręką, pomimo sporych środków batalistycznie nieporadny, a momentami wręcz chaotyczny. W myśl zasady Siergieja Eisensteina, że ,,film historyczny więcej mówi o czasach w których powstał, niż tych, o których opowiada”, czyniono aluzje do Wietnamu, przypominając niechlubne karty własnej historii, dokładnie: zagładę Indian.
    Indian ,,z ludzką twarzą” ukazywano w westernach już w latach 50-tych, lecz kwestii ludobójstwa skrzętnie unikano, bądź łagodzono na wszelkie sposoby. Dwa filmy z okresu apogeum ruchów protestacyjnych – ,,Niebieski żołnierz” z r. 1970 i ,,Mały Wielki człowiek” z 1971, wzięły za cel przypomnienie głośnych rzezi czerwonoskórych, dokonanych przez kawalerię federalną w świetle prawa: masakry nad Sand Creek w 1865 r. i nad rzeką Washita w 1876. Odbiły się tu echa nagłośnionej w mediach pacyfikacji wietnamskiej wioski My Lai, zakończonej wymordowaniem kilkudziesięciu bezbronnych Wietnamczyków, w tym kobiet i dzieci. Odpowiedzialny za to por. Calley otrzymał paroletni wyrok w zawieszeniu. W obu filmach nie zostawiono suchej nitki na dowódcach – eksterminatorach. Płk. Chivington kierujący akcją nad Sand Creek (w cywilu pastor metodystów) ukazany został jako żądny krwi i skalpów rzeźnik, zaś osławiony gen. Custer, zarządzający atak na obóz Czejenów nad Washita, otrzymał cechy zidiociałego megalomana i kompletnego ignoranta w sprawach wojskowych.
    Za najtrafniejszą alegorię Wietnamu uznano jednogłośnie „Dziką bandę” z 1969 r., naładowany piekielną energią western Sama Peckinpaha; opowieść z czasów rewolucji meksykańskiej ukazującą świat wojny totalnej wszystkich ze wszystkimi, gdzie zabijanie nie jest środkiem prowadzącym do celu, lecz czymś na kształt kategorycznego imperatywu.

    Seria filmów prezentujących Wietnam bezpośrednio, zaczyna się w drugiej połowie lat 70-tych (po zakończeniu wojny) i trwa przez następną dekadę. Najlepsze z nich, będące dziełami wybitnych reżyserów wyznaczają nurt krytyczno – demaskatorski. Powstały one w okresie pokoju.
    Z chwilą wybuchu wojny w Zatoce i kolejnych, przy odgórnym ustaleniu „jedynie słusznego” jej wizerunku skierowanego do mas, zmienia się radykalnie wymowa wojennego kina. Znika oskarżycielski ton, wojna to po prostu robota dla zawodowców. Ten trend najlepiej reprezentuje „Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta. Film jest widowiskowo perfekcyjną rekonstrukcją interwencji jednostek specjalnych Delta i Rangers w Mogadiszu w 1993 r., która przerodziła się w 17-sto godzinną bitwę z rebeliantami w terenie wielkomiejskim, pochłaniając ofiary 18 komandosów i kilkuset Somalijczyków. Widzimy superprofesjonalistów uwikłanych w misję, która przybiera niekorzystny obrót, przerastając ich możliwości. Liczy się tylko zespołowe działanie w skrajnych warunkach i doprowadzenie misji do końca. Do tego są wyszkoleni, zaś sens, kulisy, skutki i przyczyny całej akcji nie mają prawa ich interesować. Żołnierz realizuje określony cel, ostatnią rzeczą, jaka może mu przyjść do głowy, to chęć filozoficznego ogarnięcia i zrozumienia całości – to, co bohater „Czasu apokalipsy” Coppoli czynił nieprzerwanie przez cały film.
    Według miary wyznaczanej przez nowe kino wojenne, w innym świetle jawią się postaci słynnych sierżantów z „Plutonu” Olivera Stone`a, okrutnego Barnesa i szlachetnego Eliasa. Tak naprawdę, pierwszy robi wszystko, by tę wojnę wygrać, drugi – by za wszelką cenę przeżyć i te postawy zaszczepiają swoim podkomendnym. W paradygmacie nowego kina Barnes jest bohaterem pozytywnym, a Elias to postać dwuznaczna, żeby nie powiedzieć podejrzana. O ile „Pluton” w zaistniałym klimacie ma szansę na „reinterpretację”, to coś tak politycznie niepoprawnego, jak „Pocisk pełnopłaszczowy” (Full metal jacket) Stanleya Kubricka budzi grozę, jako rzecz w ogóle nie do pomyślenia. U starego mistrza wojna jest zaprogramowanym szaleństwem, gdzie tylko pół-debil ma szansę zostać autentycznym bohaterem. Zielone światło pali się za to dla agresywnie militarystycznych filmów typu „Regulamin zabijania” Friedkina, czy produkcja Mela Gibsona „Byliśmy żołnierzami”, suto omaszczonych sękatym patriotyzmem w stylu radzieckim.

    Piętno centralnie sterowanej propagandy widać w głośnym obrazie ,,Złoto pustyni” Charlesa O. Russela, pierwszej dużej produkcji o wojnie w Zatoce. Punkt wyjścia przypomina pamiętne ,, Złoto dla zuchwałych”. W schyłkowej fazie działań, już po wypędzeniu Irakijczyków z Kuwejtu kilku amerykańskich żołnierzy zdobywa plany ukrytych rezerw złota Saddama, przechowywanych w bunkrze za linią frontu. Chłopaki wykonując samowolny, pozaregulaminowy rajd po skarb muszą stawić czoła Irakijczykom, jak i wywieść w pole swoich, aby utrzymać akcję w tajemnicy. Z pomocą przychodzi im grupa kurdyjskich opozycjonistów i tylko dzięki nim udaje się przechwycić złoto. Problem zaczyna się wówczas, gdy bohaterowie wraz z liczną grupą Kurdów usiłują przejść do strefy zajętej przez Amerykanów. Na mocy zawartych umów Kurdowie mają być deportowani do Iraku, gdzie ich los jest przesądzony. Wtedy protagoniści rezygnują ze zdobytego skarbu, przeznaczając go na wykupienie nieszczęśników. Z tej kakofonii fanfar na cześć amerykańskiej pomysłowości i wrodzonego poczucia etyki wyziera słabo maskowana, pseudo – demaskatorska manipulacja. Z jednej strony mamy odniesienie do mało znanych, ,,ciemnych stron” konfliktu. Rozpoczynając atak na armię Saddama w Kuwejcie, Amerykanie przeprowadzili intensywną akcję propagandową, adresowaną do opozycyjnych środowisk w Iraku – Szyitów i Kurdów, zachęcając ich do podjęcia walki z reżimem na terenie tego kraju. Obie grupy walkę podjęły. Amerykanie oczyściwszy Kuwejt z sił irackich kończą działania wojenne, pozostawiając walczących w odcięciu opozycjonistów własnemu losowi. Zatem z drugiej strony nieludzkim, interesownym decyzjom rządowym przeciwstawia się tu zdrowy osąd moralny prostych żołnierzy, gotowych poświęcić z trudem zdobyte bogactwa w imię ratowania ludzkiego życia. Ten skalkulowany transfer humanitaryzmu od czynników decydenckich do oddolnych, w ramach jednej instytucji ( armia ), pozwala jej zachować twarz w oczach widza, przepełnionego wiarą w dobro pojedynczych ludzi, tworzących każdy, największy nawet organizm. Twórcy filmu pozujący na niezależnych w osądach liberałów wykpili się reglamentowaną przez cenzurę Pentagonu aluzyjnością, podając tyły o krok przed podjęciem ryzyka prawdziwej bezkompromisowości. Gdyby nasi bohaterowie, grani przez sympatycznych aktorów ,,równi ziomale” po krótkiej walce wewnętrznej zdecydowali się zatrzymać złoto i poświęcić nieszczęsnych Kurdów, film stałby się jadowitą alegorią prawdziwych wydarzeń tej wojny; byłby cynicznym, acz nie zakłamanym wyjaśnieniem strategicznych decyzji, które i tak każdy zna doskonale: po prostu się to nie opłacało i już!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Bardzo ciekawy tekst. Zainteresował mnie, bo tematy wojny, wojennej propagandy, wojny w Wietnamie, militaryzmu i ostatnich wojen prowadzonych przez Stany Zjednoczone (Irak, Afganistan) – jak również kina wojennego – zajmowały mnie przez wiele lat. Poświęciłem im zresztą sporo miejsca na moim blogu.

      Pamiętam Arnetta i jego przypadek w związku z wojną w Iraku, którą relacjonował (podobnie zresztą jak wcześniej Wietnam) niezależnie i po swojemu, ukazując tę prawdziwą stronę wojny, (znaną przez zwykłych ludzi, którzy przez wojnę cierpią najbardziej) – czyli to jej ciemne i obrzydliwe oblicze – co uznano za postawę „niepatriotyczną”. Arnetta usiłowano usunąć już z Wietnamu w latach 60-tych (nota bene angażował się w to sam prezydent Johnson), ale to się amerykańskim „patriotom” nie udało (ponieważ, tak jak piszesz, wojna w Wietnamie relacjonowana była jeszcze przez w miarę niezależne media – w przeciwieństwie do wojen w Afganistanie i Iraku w ubiegłej dekadzie, które to wojny komentowane były już w sposób stronniczy i manipulacyjny, często przypominający propagandę).

      I to jest właśnie bardzo zły trend: media stają się coraz bardziej sprzedajne, służąc pewnym grupom interesu (politycznego, ekonomicznego, finansowego, gospodarczego). Artykuły piszą ludzie, którym płaci się za to, by stosowali się do „dyrektyw” i „wytycznych” narzuconym im z góry (oczywiście dotyczy to także radia i – w jeszcze większym stopniu – telewizji).
      W Polsce takim doskonałym tego przykładem jest „Gazeta Wyborcza”, będąca organem Michnika, jednego z najbardziej pokrętnych ludzi w Polsce (to pewnie przez tę jego „nieugiętość” – hołubioną przez jego apologetów – go tak pokręciło).
      Wszyscy ci usłużni redaktorzy i dziennikarze łudzą się (albo mamią innych), że działają w ramach opiniotwórczej roli swojej gazety czy programu, a w rzeczywistości są po prostu stronniczy, wybiórczy – a często wręcz manipulują faktami i odbiorcą – i de facto przekupieni.

  3. Simply Says:

    … a żeby się lżej czytało – dołączam soundtrack do tekstu :

  4. Simply Says:

    … za krótki ? To jeszcze jeden :

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Posłuchałem i obejrzałem oba klipy. Spodobał mi się zwłaszcza pierwszy – niepokojący, tajemniczy, motoryczny, hipnotyczny – na dodatek znakomicie połączony z obrazem, pełen motywów tybetańskich… Intrygująca mieszanka.
      No i rzeczywiście stanowi dobry podkład dla Twojego tekstu o wojnie.

      • Simply Says:

        Doskonale pamiętam, że Ciebie te kwestie absorbowały i tylko dlatego pozwoliłem sobie takiego ,,słonia” tu zamieścic. Na ogól staram się nie epatowac własnymi elaboratami.

        No to spamujemy, znaczy się, transujemy dalej :D Piękny, akustytczny cover starego numeru Suicide’a w wykonaniu szwajcarskich klasyków industrialu. Na Franza Treichlera nie ma bata:

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie mam nic przeciwko „słoniom”, a nawet je lubię. Ich inteligencja też nie jest mi obojętna ;)

          A za akustyczny cover dzięki – nie ma to jak „Młodzi bogowie” na pobudzenie coraz gęstszej krwi ;)

  5. sarna Says:

    „Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast.”
    Nie tylko oni, bo po wojnie to samo robiła komuna z grobami rdzennej ludności Warmii i Mazur – mam taki widoczek na wiejskim cmentarzu, gdzie odwiedzam groby dziadków. Dziś zdewastowane groby i płyty próbuje się restaurować, stawia się przy nich znicze – i słusznie, bo to nie byli okupanci, a rdzenna ludność, która kochała ziemię w której spoczęła.

    Ostatnio przeczytałam jednym tchem sagę kresową (tytuły: ukraiński kochanek, zdrada, ślepcy idą do nieba – autorstwa Stanisława Srokowskiego) o pięknie i zarazem okrucieństwie człowieka na tle historii kształtowania się wolnego państwa ukraińskiego. Gdy pod zdjęciami z Ukrainy, które umieściłeś w linku przeczytałam opisy sposobów w jaki najprawdopodobniej zostali zamordowani pomyślałam, że 70 lat które minęły od tamtych, brutalnych wydarzeń niczego człowieka nie nauczyły, historia wraca jak bumerang.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Historia wraca jak bumerang, bo człowiek ciągle posiada te same atrybuty, jakie posiadał w paleolicie (innymi słowy: nasza mentalność dogłębna i odruchy nie nadążają za naszym rozwojem cywilizacyjnym). Ten nasz prymitywizm zwierzęcy (coś mi się wydaje, że pisząc to obrażam jednak zwierzęta), odzywa się zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnych, np. w czasie wojny, w momencie walki…
      Może nam się wydawać, że oddaliliśmy się od barbarzyństwa, ale to jest złudzenie. Wystarczy, że zmieni się sytuacja i zaistnieją określone warunki, aby w człowieku odezwała się drzemiąca w nim bestia.

      PS. Moim zdaniem żadnych grobów nie należy dewastować. Nawet tych, w których leżą nasi (byli) wrogowie, czy okupanci. Chociaż, jeśli chodzi o stawianie im zniczy, to nie wiem, czy bym się na to zdecydował (mam na myśli tych, którzy brali bezpośredni udział w zbrodni).

  6. seeker Says:

    Właśnie dzisiaj, bardzo dużo mówi się o tym, jakim złem jest „kapitalizm”. Ale nikt nie zwraca uwagi na to, że my wcale nie żyjemy w systemie kapitalistycznym. Raczej, system który mamy dziś w Stanach Zjednoczonych, i który dominuje w większej części świata, powinno się opisywać jako „korporacjonizm”. Korporacjonizm to system, w którym największe bogactwo oraz władza są skoncentrowane w rękach gigantycznych korporacji, i w którym funkcjonuje rozrośnięty rząd, służący jako narzędzie w rękach tych korporacji, do jeszcze większej konsolidacji bogactwa i władzy. W systemie korporacyjnym, bogactwo i wpływy indywidualnych i małych przedsiębiorstw są obniżane przez zdecydowaną dominację korporacji. Ostatecznych celem jest dojście do sytuacji, w której niemal wszystkie dobra są posiadane przez korporacje i w której kontrolują one niemal każdy aspekt życia społecznego. Jak zobaczycie dalej, jest to bardzo dokładny opis dzisiejszej Ameryki. Korporacjonizm zabija ten kraj i nie jest tym, czego chcieli nasi ojcowie założyciele.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Kapitał, podobnie jak kapitalizm, wydają się pojęciami jakby z innej epoki, przestarzałymi. Korporacjonizm też jeszcze wszystkiego nie mówi – sytuacja ekonomiczna na świecie jest jednak dość skomplikowana, a ma na nią wpływ ogromna ilość czynników. Moim zdaniem przestaje też działać tzw. „wolny rynek” – m.in. właśnie przez coraz większą dominację największych korporacji, które dyktują swoje warunki i „wykaszają” równo swoją konkurencję.
      Tak naprawdę nie wiem do czego to wszystko prowadzi. Podobno wszystko w przyrodzie dąży do równowagi, ale czy tak samo jest z ludzką cywilizacją?
      Może dopiero jej zniknięcie spowoduje równowagę globalnego ekosystemu?

  7. Robert C. Says:

    Jeszcze o manipulacji w imię wojny.
    Gdy w 1914 r. wybuchła I wojna światowa, USA prowadziły politykę izolacjonizmu, czyli unikania zaangażowania w sprawy na półkuli wschodniej. Prezydent Woodrow Wilson chciał jednak włączyć swój kraj w globalny konflikt. Musiał tylko jakoś przekonać opinię publiczną, a także Kongres. Winston Churchill (wówczas brytyjski Pierwszy Lord Admiralicji) znalazł sposób: atak niemieckiego okrętu podwodnego. Pisał w prywatnej korespondencji: „To niezwykle ważne, aby ściągnąć do naszych wybrzeży jakiś neutralny statek. Wówczas może uda się wciągnąć do wojny przeciwko Niemcom Stany Zjednoczone”. Tak się stało: ofiarą niemieckiego u-Boota był liniowiec RMS „Lusitania”, płynący pod brytyjską banderą, ale z Amerykanami na pokładzie. Po tym incydencie Stany Zjednoczone włączyły się do wojny. Przypadek?

    Podobny manewr Amerykanie zastosowali, aby zaognić wojnę wietnamską. W sierpniu 1964 r. poinformowano opinię publiczną o dwóch niesprowokowanych atakach marynarki wojennej Wietnamu Północnego na amerykańskie niszczyciele USS „Maddox” oraz USS „Turner Joy” w Zatoce Tonkińskiej (oba znajdowały się blisko wietnamskiego wybrzeża).
    Donoszono o gwałtownej wymianie ognia. „Załoga »Maddoxa«, po tym jak została zaatakowana, odpowiedziała ogniem. Okręt pędził z maksymalną prędkością, ale nieprzyjaciel miał przewagę. Po kilku godzinach radary wykryły kolejne obce jednostki – pisał magazyn „Life”. – Zarówno »Maddox«, jak i »Turner Joy« znalazły się pod zmasowanym ostrzałem torpedowym. Oba okręty zdołały go uniknąć, a następnie się wycofały”.
    Prezydent Lyndon Johnson przemówił do narodu, informując o „kolejnych wrogich działaniach przeciwko Stanom Zjednoczonym, które wymagają zbrojnej odpowiedzi”. Kongres uprawnił go do użycia siły. Efektem była długoletnia wojna w Wietnamie. Po wielu latach amerykańscy politycy przyznali, że raporty wyolbrzymiały incydenty w Zatoce Tonkińskiej. Szczególnie jeśli chodzi o domniemany najcięższy ostrzał z 4 sierpnia.
    „Nie doszło do żadnego ataku – jasno stwierdzał raport Narodowej Agencji Bezpieczeństwa z 2005 r. – Marynarka Wietnamu Północnego nie była zaangażowana w żadne działania bojowe tamtej nocy”.

    Klasycznego przykładu manipulacji prowadzącej do wojny dostarcza konflikt w Zatoce Perskiej (1990–1991). Misterny plan, którego celem było uzyskanie trwałych przyczółków na Bliskim Wschodzie przez USA, składał się z dwóch połączonych ze sobą elementów. Po pierwsze chodziło o sprowokowanie Saddama Husajna do agresji na niewielki Kuwejt, aby dać Waszyngtonowi casus belli. W tym celu, kilka dni przed wojną, z irackim dyktatorem spotkała się w Bagdadzie amerykańska ambasador April Glaspie.
    Gdy Husajn wyjawił, że planuje atak, nie zaoponowała, lecz stwierdziła: „USA nie mają stanowiska w sprawie arabskich konfliktów”. Strona amerykańska podkreśliła też, że Waszyngton nie podpisał żadnego porozumienia obronnego z Kuwejtem. Husajn połknął haczyk i, uznając, że ma ciche poparcie Białego Domu, rzucił swoją armię na maleńki Kuwejt, który zdobył po kilku godzinach.
    Glaspie nigdy nie przyznała, czy otrzymała zadanie sprowokowania Husajna, czy też źle odczytała jego intencje. Pod ostrzałem pytań dziennikarzy palnęła w swej obronie, że „nie spodziewała się, że Irak zajmie cały Kuwejt”. Prawdy zapewne nigdy nie poznamy. Wiadomo jednak, co wydarzyło się później.
    Waszyngton zaczął przekonywać sąsiednią Arabię Saudyjską, że agresja ze strony Iraku to kwestia czasu. Ponoć pokazywano saudyjskiemu królowi zdjęcia satelitarne mające go przekonać, że Husajn chce zaatakować jego kraj. Efekty były natychmiastowe. Saudowie wyrazili zgodę na rozpoczęcie operacji „Pustynna Tarcza” (sierpień 1990 r.), w której ramach na terytorium tego państwa znalazło się kilkaset tysięcy amerykańskich żołnierzy. Bliskowschodni przyczółek zostały zdobyty i to na lata (co najmniej do 2003 roku, kiedy to Rijad nakazał Amerykanom wyjechać).
    Drugim elementem manipulacji było przekonanie amerykańskiej opinii publicznej, że wojna jest konieczna. Rozpoczęła się ostra kampania propagandowa. Rozgłaszano, że Irakijczycy masowo okradają domy Kuwejtczyków (w praktyce znaczny odsetek przestępstw należało przypisać pracującym tam obcokrajowcom z Azji), a także upubliczniano zeznania świadków. Minister zdrowia Kuwejtu stwierdził, że „iraccy żołnierze ukradli całe wyposażenie szpitala. Przez ich działalność życie straciło 22 niemowląt”.
    Jednym ze świadków była Najira – kuwejcka pielęgniarka, która przed amerykańską komisją kongresową złożyła wstrząsające zeznania. „Do szpitala wpadli iraccy żołnierze – mówiła. – Wbiegli do pomieszczenia z inkubatorami. Wyjęli 15 noworodków, ukradli inkubatory, a niemowlęta zostawili na podłodze, by umarły”. Informacja dotarła do wszystkich Amerykanów. Dziennikarka śledcza Susan Trento kilka lat później wyjawiła dlaczego: „Zajmująca się sprawą firma marketingowa przysłała na przesłuchanie własną ekipę filmową. Później zmontowano film, który rozesłano błyskawicznie do mediów. Około 53 mln Amerykanów obejrzało łzawe zeznania na antenie stacji ABC”.
    Amerykanie byli zszokowani. Politycy również. Kongresman John Porter przyznał, że był porażony „brutalnością, nieludzkością i sadyzmem” agresorów. Kilku polityków odniosło się do słów pielęgniarki, domagając się uderzenia na Irak. Prezydent George H. W. Bush odnosił się do zeznań Najiry dziesięciokrotnie… Kongres przegłosował rezolucję i ruszyła machina wojenna. Koalicja międzynarodowa wypchnęła wojska Husajna z Kuwejtu, a na Irak nałożono potężne i bolesne sankcje gospodarcze.
    Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że Najira nie była pielęgniarką, lecz córką kuwejckiego ambasadora w USA. Cała historia została zmyślona, by sprowokować Amerykanów do wojny. Cel został osiągnięty. Podobnie rzecz się miała podczas drugiej wojny przeciw Irakowi w 2003 r., kiedy to przekonano świat, że Husajn ma broń masowego rażenia, mogącą doprowadzić do zniszczenia europejskiego miasta…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nikczemność pozostaje nikczemnością, nawet jeśli stosowana jest w dobrej sprawie. A wywołanie wojny niemal nigdy nie jest dobrą sprawą.
      To, co się działo w Wietnamie, czy w Iraku, przypomina mi czasem jakąś ponurą i absurdalną groteskę – zakłamaną od każdej możliwej strony. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że niemal nikogo to nie obchodzi, a jeśli już, to w zasadzie wszyscy „łykają” oficjalną propagandę – a stronniczość wyczynia prawdziwe harce, urągając faktom i temu, co się działo naprawdę.
      Ludzie żyją jednak we mgle własnych złudzeń i iluzji – karmieni zniekształconym obrazem świata i rzeczywistości. W tym wszystkim fakty przestają mieć jakieś większe znaczenie – często w ogóle się nie liczą.

  8. Jula :D Says:

    Tak nawiązując do Twojego wpisu znalazłam ciekawy artykuł. Załączone są statystyki, jakże inaczej wyglądają odpowiedzi Polaków na tle średniej światowej. No cóż, każdy ma swoich sąsiadów, z którymi umie współpracować, lub nie . ::D

    Tu — > http://swiat.newsweek.pl/galup-international-pokoj-na-swiecie-konflikt-na-krymie-rosja-stany-zjednoczone-newsweek-pl,artykuly,282170,1.html

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jeśli te wyniki sondy są prawdziwe, to jest to bardzo pouczające. Wygląda na to, że Polacy nie mogą się pozbyć dawnych nawyków myślowych.

      Ja również uważam, że w tej chwili (co najmniej od 9/11) największym zagrożeniem dla światowego pokoju jest zagraniczna polityka Stanów Zjednoczonych. Dlatego tak często piszę krytycznie o amerykańskim militaryzmie i angażowaniu się USA w zbrojne konflikty w różnych rejonach świata. Niestety, dla niektórych wojna nadal jest świetnym interesem (prywatni kontraktorzy – ale też i niektóre korporacje – na wojnach w Iraku i w Afganistanie zarobili krocie).

  9. Onibe Says:

    kilka oderwanych uwag do tekstu:

    piszesz o pasożytach, dobrze. Moim zdaniem największymi pasożytami człowieka i tkanki społecznej są politycy. Tak jak np. kleszcze, nie mają innej możliwości żywienia się (a zatem i przetrwania) niż spijanie gotowego. Jeśli dodamy do tego fakt, że są to najczęściej ludzie, którzy nie splamili się nigdy w życiu pracą, pracować nie potrafią i na niczym się nie znają, mamy ciekawy casus, będący zarazem swego rodzaju wnioskiem na temat demokracji. Demokracja jak żaden inny ustrój sprzyja układowi, w którym ofiary same godzą się na istnienie pasożytów, mało tego: kontemplują istnienie owych. Bowiem polityczni pasożyci, tak jak mszyce, wydzielają słodką spadź, którą ich ofiary się opijają. To chyba dotyczy też innych pasożytów: fakt, że dają w zamian za krew coś mało istotnego, ale przez ofiary uważanego za cenne…

    Rosja, niestety, przetrwa. W tym lub innym kształcie. Na ogół nie życzę źle innym narodom, ale Rosję wolałbym widzieć obudowaną wysokim murem. To jedno z tych państw, które nie akceptują rzeczywistości, są w niej zagubione i chcą kąsać, gryźć i niszczyć w nadziei, że dzięki temu będzie lepiej. Nie wyobrażam sobie Rosji będącej filarem globalnej społeczności, nie wyobrażam sobie Rosji będącej kolebką czy choćby przetrwalnikiem demokracji. Rosję wyobrażam sobie przez pryzmat kolejnych Putinów, silnych despotów, licznych armii, silosów z głowicami atomowymi, ropowych kurków i gazowych magistral…

    Rosji nie można oczywiście oceniać w oderwaniu od Ameryki – to dwa mocarstwa, które – każde po swojemu – starają się narzucić światu swoje porządki. Preferujemy Amerykę, bo wolimy blichtr demokracji fasadowej od – jak to ująłeś – gangsteryzmu putinowskiego. Rosja jest w pewnym sensie uczciwsza, bo od razu krzyczy, że chce dominować, gnieść, niszczyć przeciwników. USA głoszą paradygmat dobroci, sprawiedliwości i mądrości, ale zarówno w polityce wewnętrznej na własnym podwórku, jak i w zagranicznej, stosują siłę, przebiegłość, kłamstwo itd. a efekty są na ogół dalekie od oficjalnie głoszonej propagandy.

    • Jula :D Says:

      Mam wrażenie, ze w dalszej czesci swojego wykładu „Onibe” sam sobie przeczysz. Obydwa te kraje wyrosły w zupełnie innych sytuacjach historycznych. Myślę, że protoplasta USA jest jednak Anglia, stąd i język. Potem ten kraj budowali najlepsi z najlepszych z całego świata. I to różnie wyglądało, był czas bodaj w latach 60-tych, 70-tych, że wyławiali z Europy najlepsze „uczone głowy”. Miało to nawet swoją nazwę – „drenaż mózgów”. ;) Teraz jest tam dziwnie, podobno śr. warstwa ma się gorzej, ku dołowi zmierza, tak to ujmę. Takie czasy – gdy światem zaczęły zarządzać korporacje ponadpaństwowe, które zaczynają mieszać w poszczególnych krajach.

      Rosja to zupełnie inna historia. Właściwie swoją potęgę zbudowała na bazie własnej, a że zaczęła podporządkowywać sobie sąsiadów, to już inna historia, tak maja ci mocniejsi, że siłą lub na lep ściągają ku sobie. ;D
      Ciekawe, że w tym wszystkim Polakom umykają Chiny i Niemcy, choć tych drugich, jak rzep psiego ogona trzymają się Francuzi i Anglicy. :)
      Po tym komentarzu „Onibe”, chyba nie dziwią Ciebie Stanisławie, te tabelki?.. ;)

      To jest, jak to mówią Żydzi ”nienawiść wyssana z mlekiem matki”. Myślę też, że to ta religia kk nas oddziela i w sumie jesteśmy mentalnie na wschodzie – ta nasza słowiańskość i jednocześnie narzucona nam religia, trzyma nas z Zachodem.
      W związku z tym, kraj nasz, jak przysłowiowa hybryda: ni tu ni tam się nie nadaje! (Choć pojedyncze osobniki jak najbardziej sprawdzają się i tu i tam.)
      Możemy się realizować zawodowo, naukowo, tak na wschodzie, pełno tam naukowców i wynalazców polskiego pochodzenia, jak i na zachodzie – tam tez potrafimy awansować społecznie i wgryźć się w te narody, zasymilować. Zaistnieć na polu naukowym, artystycznym, biznesowym i nawet politycznym. :D
      Pa!..

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        @Jula,
        to prawda, że jesteśmy tak trochę rozdarci między Wschodem a Zachodem – wydaje się, że mentalnie jednak bliżej jesteśmy Wschodu, ale aspiracje już mamy zachodnie. Galowie, Anglosasi i Germanie stworzyli jednak inną cywilizację, niż Słowianie, niepokojeni przy tym choćby przez Tatarów (o braniu cięgów od Zachodu nie wspominając).

        PS. Trudno powiedzieć, że kolonizacji Ameryki, a później budowy Stanów Zjednoczonych, dokonywali „najlepsi z najlepszych”. Często byli to banici, awanturnicy, biedota, desperaci, typy spod ciemnej gwiazdy… Choć już tzw. Ojcowie Założyciele reprezentowali pewną polityczną i filozoficzną klasę (światłą, jak na owe czasy). A wspomniany przez Ciebie „drenaż mózgów” miał właściwie miejsce dopiero w XX wieku. Bo to prawda, że zamożna Ameryka, mogła sobie na to pozwolić, kupując po prostu ludzi wyróżniających się – lub wręcz wybitnych – w jakiejś dziedzinie.

        • Jula :D Says:

          „Często byli to banici, awanturnicy, biedota, desperaci, typy spod ciemnej gwiazdy… Choć już tzw. Ojcowie Założyciele reprezentowali pewną polityczną i filozoficzną klasę (światłą, jak na owe czasy).”

          Ci pierwsi to nie do końca tylko klasyczni bandyci, zdecydowanie byli to ludzie, którzy z różnych przyczyn w ówczesnej Anglii i Irlandii nie mogli się odnaleźć i podporządkować, dlatego byli wysyłani do kolonii karnych w Ameryce i Australii . ::D
          Byli to ludzie wykluczeni, nie jestem specjalistką od historii Anglii, ale sądząc choćby po książkach Dickensa, tam i dzieci były karane na równi z dorosłymi za np. włóczęgostwo i osadzane w więzieniach.
          Zabójcy byli zaraz po zasądzeniu wieszani. Pozbywano się też oponentów politycznych tak z Irlandii, jak i Szkocji.

          Pisząc najlepsi z najlepszych miałam na myśli to,że większość z nich nie godziła się na istniejące struktury angielskie klasowe, nie do przeskoczenia. Jak by nie patrzeć byli to ci niepokorni, bardzo odważni i lubiący ryzyko, pomysłowi, czyli akuratni. :) Za nimi byli wysyłani nadzorcy i tworzono struktury na wzór angielski. W Ameryce w wojnie niepodległościowej oderwali się od Anglii a potem pięknie potrafili z nią prowadzić biznes. Potrafili wybrać do zarządzania tych najświatlejszych o szerokich horyzontach, którzy stworzyli nie tylko pierwszą konstytucje na świecie ale wdrożyli ja do życia i z poprawkami funkcjonuje do dziś.
          Polacy (to dla nas charakterystyczne) świętują wolnym dniem coś, co nigdy nie było zrealizowane – konstytucje 3 Maja. (sic!)..
          No i w USA wcale się nie kryją, że ta ich „arystokracja”, ci pierwsi imigranci, to do tych milionów dolarów nielegalnie podochodzili. ;)
          Ich przodkowie w większości na bakier byli z prawem ówczesnym europejskim (w poszczególnych krajach). Także ci niegodzący się z kk, różne odłamy religijne. Podobno rodzina słynnych Kennedych do majątku doszła na kontrabandzie alkoholu w czasie kryzysu, (lata 20-te, 30-te XX wieku) w USA. ;D

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jula, ja nie napisałem bandyci, tylko banici ;)
          (Chociaż i bandytów wśród pierwszych kolonizatorów i osadników nie brakowało.)

          Ale jednak nie można tak uogólniać, że Amerykę kolonizował tylko ten ciemny element. Wśród osadników byli nie tylko ludzie zdesperowani, ale przede wszystkim odważni – także przedsiębiorczy, pomysłowi, zaradni, dążący do wolności…
          Ameryka to była na początku ta terra incognita, później ziemia obiecana – ludzi pchała tam nadzieja na lepsze życie (wielu uciekało z Europy przed biedą i prześladowaniami), wreszcie chęć zdobycia bogactwa.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      @Onibe,

      – Pasożytnictwo a polityka. Ja pisząc o pasożytach miałem głównie na myśli dawne wyższe klasy społeczne, kasty uprzywilejowane, rody monarsze, wysokich hierarchów religijnych, szlachtę, arystokrację… później: wypasionych kapitalistów, partyjnych bonzów… etc. Wszędzie tam, gdzie następuje koncentracja władzy i majątku w rękach wąskiej grupy ludzi, tworzą się warunki sprzyjające pasożytnictwu. Marks miał dużo racji pisząc o niesprawiedliwości społecznej i wyzysku jednej klasy przez drugą. Nie przewidział jednak tego, że uciskani i eksploatowani, sami staną się tymi, którzy uciskają i eksploatują.
      Niestety, wszystko wskazuje na to, że w geny gatunku Homo sapiens jest już wpisane to, by stwarzać swoim genom lepsze warunki rozwoju kosztem tym, którzy posiadają geny inne, konkurencyjne. Chociaż… wydaje się, że w paleolicie, w społeczeństwach zbieracko-łoweckich, istniała większa sprawiedliwość w tym sensie, że – mimo podziału ról – wszyscy działali dla dobra całej społeczności, a nie tylko wybranej kasty; dobra były rozdzielane według potrzeb – plemię stanowiło bardzo spójną całość. Wszystko zaczęło się zmieniać kiedy nastąpił rozwój rolnictwa (można było wtedy kumulować dobra/bogactwo, nad którym sprawowała kontrolę coraz mniejsza liczba ludzi, stając się w ten sposób kastą uprzywilejowaną), a jeszcze bardziej wtedy, kiedy zaczęły powstawać miasta. Bowiem cywilizacja miejska postawiła na głowie dotychczasowy (w miarę egalitarny) porządek, tworząc system społeczny bardzo zhierarchizowany. A wiadomo: hierarchia sama w sobie jest zaprzeczeniem równości i sprzyja wykorzystywaniu jednych ludzi przed drugich.

      Oczywiście z wyzyskiem (a tym samym pasożytnictwem) mamy również do czynienia w naszych czasach (i nie mam tu bynajmniej na myśli satrapowych systemów panujących w tzw. krajach trzeciego świata, a państwa Zachodu), tylko że odbywa się to w sposób bardziej zawoalowany, przebiegły, pośredni.

      – Ja nie tyle chciałbym widzieć Rosję obudowaną wysokim murem, co Rosję, która się zmienia, stając się państwem, w którym funkcjonuje społeczeństwo otwarte, nie poddające się rządom autorytarnym, nie nastawione na rozwiązania siłowe, nie usiłujące narzucić swoją wolę słabszym sąsiadom… etc. Jednakże czy to kiedykolwiek się ziści? Może? Chciałbym w to wierzyć, ale biorąc pod uwagę niedawną historię, będzie to trudne.

      – Im dłużej żyję, tym bardziej dociera do mnie to, jak bardzo paradoksalnym państwem są Stany Zjednoczone. Nie wiem, może to wynika po prostu z hipokryzji tej cywilizacji (mam tu na myśli nie tylko cywilizacją amerykańską, ale i całą cywilizację Zachodu).

      • Onibe Says:

        dla mnie politycy są naturalnymi następcami arystokratów i monarchów. Zajęli zwolniony stołek, ale dzięki mniejszej odpowiedzialności (bo jednak arystokrata czy monarcha musiał od czasu do czasu ruszyć w bój, podczas kiedy politycy zawsze kryją się w bunkrach) kumulują zalety bycia elementami klasy próżniaczej bez wad.

        Oczywiście gdyby Rosja stała się przyjemnym dla ludzkości państwem nie płakałbym z tego powodu. Ale równie dobrze mógłbym oczekiwać że afrykańskie państewka zaczną cenić własnych obywateli. To leży zbyt daleko poza strefą zainteresowania czynników zdolnych wprowadzić takie zmiany a i społeczeństwa nie miałyby chyba pomysłu na znalezienie się w nowych okolicznościach przyrody…

        • Jula :D Says:

          @Onibe: Oczywiście gdyby Rosja stała się przyjemnym dla ludzkości państwem nie płakałbym z tego powodu. Ale równie dobrze mógłbym oczekiwać że afrykańskie państewka zaczną cenić własnych obywateli.
          Typowe spojrzenie z punktu widzenia Polaków.
          Co do Rosji , to wskazane byłoby nawiązać z nimi kontakt, nawet i w Anglii.Tam ci oligarchowie maja swoje własne najlepsze kluby piłkarskie i nie tylko. ;D
          Co do krajów afrykańskich , no cóż, tak jest , kiedy u władzy są osadzani Ci, którzy reprezentują interesy nie swoich krajanów tylko tych , co ich tam osadzili. ;) Oglądałeś?.. już klasyka film pt.”Psy wojny”. Wręcz instruktaż, jak za stosunkowo niewielkie pieniądze robi się „przewrót” w bananowym państewku , zwykle biednych ludzi, gdzie są duże złoża bogactwa wszelakiego w ziemi, gdzie zamieszkują ale nie są jej właścicielami. :(
          Tresc filmu dla tych co nie oglądali. ;)
          Amerykański najemnik Jamie Shannon otrzymuje interesującą, choć niebezpieczną propozycję: ma się udać jako fotograf do afrykańskiego państwa Zangaro i na miejscu zbadać sytuację społeczno-polityczną i militarną. W Zangaro sprawuje dyktatorską władzę półobłąkany sadysta, pułkownik Kimba. Shannon na własnej skórze doświadcza metod stosowanych przez ludzi Kimby, ale udaje mu się ujść z życiem i wywieźć film, na którym utrwalił sytuację w stolicy Zangaro, Clarence. Z jego raportu wynika, że do obalenia dyktatora wystarczy zaatakować i zniszczyć pałac prezydencki mieszczący się w kompleksie koszar gwardii. Po powrocie do USA, Shannon przekazuje raport swemu mocodawcy, Endeanowi, działającemu na polecenie pewnego multimilionera, który usiłuje zawładnąć bogatymi złożami platyny w Zangaro. Ich istnienie okryte jest jednak tajemnicą. Shannon dostaje propozycję zorganizowania wyprawy wojskowej do Clarence, zdobycia koszar i zamordowania pułkownika Kimby. Sterowany przez wielki koncern zamach stanu ma zapewnić konsorcjum pierwszeństwo w eksploatacji bogactw naturalnych państewka. Po krótkim wahaniu Shannon przyjmuje ofertę i kompletuje oddział. Angażuje do niego swych dawnych towarzyszy broni.

        • Onibe Says:

          nie trzeba odwoływać się do fabuł filmowych, sprawa jest dość oczywista ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „….dla mnie politycy są naturalnymi następcami arystokratów i monarchów.”

          Świat jest teraz tak urządzony, że istnienie polityków wydaje się być konieczne. Ale przecież, były też takie czasy, kiedy niezbędne wydawało się być istnienie monarchów.
          Niestety, w tzw. demokracjach liberalnych, rola polityków z bycia reprezentantem szeroko rozumianego społeczeństwa, przesuwa się w kierunku reprezentowania interesów coraz węższej grupy (ludzi zamożnych, właścicieli i zarządców banków i korporacji… etc.). Dlatego też, demokracja ta staje się coraz bardziej fasadowa (tak się dzieje np. w Stanach Zjednoczonych).

          To prawda, w niektórych państwa afrykańskich, niedbałość kasty rządzącej o swoich obywateli jest porażająca. I jest to nie tylko obojętność (ostatni przykład: Nigeria, gdzie bandyci porwali kilkaset dziewcząt, a rząd sobie bimba), ale i pogarda (dla tego kto stoi niżej w hierarchii społecznej i jest biedniejszy).
          No i wiadomo (co najmniej od czasów kolonialnych), że Afrykańczykami stosunkowo łatwo można było manipulować (albo po prostu ich niewolić).

        • Onibe Says:

          technologia umożliwia – lub umożliwi wkrótce – istnienie nowej demokracji bezpośredniej, ale politycy nigdy nie pozwolą aby ona zafunkcjonowała. Niestety, błędne przekonanie o konieczności istnienia polityków prawdopodobnie nie zniknie prędko. No i jak by na to nie spojrzeć, politycy dysponują wszystkimi narzędziami umożliwiającymi nie tylko modyfikację ustroju, ale i określenie co jest dobre a co złe.

        • Jula :D Says:

          @Onibe,
          ” …Wręcz instruktaż, jak za stosunkowo niewielkie pieniądze robi się „przewrót” w bananowym państewku …”

          Tak sobie myślę, że to dotyczy nie tylko krajów afrykańskich. Europy też. :(

        • Onibe Says:

          @Jula – niestety, Europa nie jest ponad takie drobne przypadki losowe…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „… politycy dysponują wszystkimi narzędziami umożliwiającymi nie tylko modyfikację ustroju, ale i określenie co jest dobre a co złe”

          Politycy wmawiają ludziom co jest dla nich (ludzi) dobre, a co złe, a w rzeczywistości biorą pod uwagę tylko to, co jest dobre, a co złe… dla nich samych.

        • Onibe Says:

          no tak, bo dla polityków to być albo nie być…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No tak, dla polityków to jest być albo nie być… w polityce. Dla ludzi zaś, często to jest być albo nie być… w ogóle ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s