INDIANIE TAŃCZĄ POLONEZA W MIAMI

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

 

Floryda nie taka znów kolorowa, jak ją malują. A wiadomo, że folder reklamowy zniesie każde egzotyczne kłamstwo. Dobry fotograf i piekło na raj przerobi: wybiórczość kadru, podretuszowane kolorki, papier kredowy i bajer sloganowy potrafią czynić cuda. Obrazki znane nam z reklam telewizyjnych czy prasowych – to słońce, palmy, złoty piasek i laski nieziemskie w bikini – to ledwie cząstka florydzkiej rzeczywistości. Cała reszta to skwar, wilgoć i bagna.* To, co się nam kojarzy z egzotyczną Florydą, to zaledwie wąski pas wybrzeża wzdłuż Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej. Tam rzeczywiście możemy trafić na miejsca, które robią wrażenie i mogą przypominać bajkę; są też niewątpliwie warte zwiedzenia (Key West, St. Augustine, Cape Canaveral, wyspa Sanibel…) ale klimat, zwłaszcza latem, jest fatalny – jeszcze bardziej zwariowany, niż w Chicago. Najbardziej daje w kość wilgoć, częste zmiany ciśnienia i wiatry. Pogoda zmienia się błyskawicznie – w ciągu jednego dnia przeżyć możemy ulewę, huragan, duchotę i rozpalona patelnię. Niekiedy wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, żeby podobnej zmiany doświadczyć. Wysoką temperaturę można by jeszcze znieść, gdyby nie ta cholerna humidity. To pod tym względem można mówić o bezdyskusyjnej wyższości ciepłego, ale suchego klimatu Kalifornii nad subtropikalnym, lepkim piekiełkiem Florydy.
To zdumiewające, co potrafi zrobić sprawna mitotwórcza kampania reklamowa i handel ludzkimi marzeniami. Bowiem, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty Floryda była niemal pusta. Wielu entrepreneurs dostrzegło w tym możliwość fantastycznego zarobku. Rozkręcono więc wielką machinę naganiającą do osiedlenia się we florydzkim raju. Głównym targetem, czyli – mówiąc już po ludzku – celem agentów realnościowych, stali się ludzie starsi, będący już na emeryturze, często zamożni, dysponujący oszczędnościami całego życia. To nic, że klimat Florydy przystawał do zdrowotnych wymogów seniorów jak pięść do nosa: fatalny dla niedomagającego już serca, niewydolnego układu oddechowego, zwiędłej skóry… Wykreowano więc mit Florydy jako sielskiej, ostatniej przystani na zimę życia. A wszystko po to, by dokopać się do żyły złota. Naturalnie, to co teraz tutaj piszę to są uogólnienia – gdyż spotkałem tam również szczęśliwych rezydentów, którzy przenieśli się z chłodnej północy. Ale ogólnie, jeśli już gdzieś uciekać, to lepiej jest wyjechać do Kalifornii (tym bardziej, że nie są to już czasy „Gron gniewu” Steinbecka).

greydot

Głównym powodem, dla którego zacząłem pisać o Florydzie, jest chęć przelania na papier wspomnień związanych z moim kontaktem z Amerykańskim Instytutem Kultury Polskiej w Miami. Warto więc zacząć od wystawnych imprez zwanych balami „Polonaise”, będących w Ameryce prawdziwym ewenementem, jeśli chodzi o kulturalną polsko-amerykańską symbiozę. Rok rocznie wydarzenie to organizuje Blanka Rosenstiel, założycielka Instytutu, inicjatorka Fundacji im. Chopina, milionerka i filantropka, od kilkudziesięciu już lat propagując kulturę polską wśród Amerykanów. Bal „Polonaise” to jej oczko w głowie i perła w koronie – uważa go za jedną ze swoich spektakularnych wizytówek.
Pamiętam pierwszy bal, którego byłem świadkiem. Gdybym miał opowiedzieć o nim językiem tanich reportaży wydawanych w formie paper-back, zacząłbym następująco:
Sobotni wieczór, trzeci tydzień karnawału. Pogoda, jak to w styczniu: osiemdziesiąt kilka stopni, powietrze lepi się od wilgoci, wiatr nie daje ochłody, a tu jeszcze trzeba przedzierać się sposobem bumper-to-bumper w korku samochodów zalewających miamskie downtown. Prawdziwa florydzka zima. Nabrzeżną, wysadzaną strzelistymi palmami arterią, docieram do hotelu Inter-Continental. Szum Atlantyku miesza się z gwarem przybywających gości. Pytam się hotelowego boy‚a o drogę do sali, w której ma się odbyć całe wydarzenie „Oh! I know! Polynesian Ball!” – mówi łamaną angielszczyzną, wskazując nam kierunek. Mogliśmy być pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Pomylić poloneza z Polinezją? Nie będzie to wyglądać tak absurdalnie, jeśli uprzytomnimy sobie, jak egzotycznie dla hotelowych gości z całego świata musiała wyglądać np. niezwykle malownicza postać jegomościa z sarmackimi wąsami, przebranego w efektowny szlachecki strój sprzed kilku stuleci. A tu jeszcze te poczty honorowe, surmy, prezentacje, insygnia, sztandary… Nie wspominając już o tłumie pań w wytwornych sukniach jak nie z tej epoki, panów we frakach i smokingach… „It must be a real big party” – dotarło do moich uszu stwierdzenie ze strony przyglądającej się temu wszystkiemu z ubocza – a będącej pod wielkim wrażeniem – pary Australijczyków.

W podobnym tonie można by ten opis ciągnąć dłużej, tym bardziej, że specyfika fety obfitowała w kurioza i wcale nie wymagała ubarwień. Tak jest zresztą co roku, choć każdy bal ma inny akcent i tematykę, przybierając inne barwy. Wtedy akurat poświęcony był dwusetnej rocznicy ustanowienia przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Orderu Virtuti Militari. Z tej to racji całość trzymał w garści prof. dr Zdzisław Wesołowski, który był głównym inicjatorem obchodów, jako wybitny znawca historii orderu, jak i falerystyki ogólnej. To wówczas miałem okazję zawrzeć z nim znajomość, podobnie jak z Alexandrem Jordanem – Lutosławskim, kończącym wtedy tłumaczenie „Historii Polski” Pawła Jasienicy na język angielski. Znajomości te miały zresztą swoje konsekwencje, ale o nich może wspomnę następnym razem.

Na balu był także obecny Janusz Onyszkiewicz z małżonką Joanną (nawiasem mówiąc: wnuczką marszałka Piłsudskiego), wówczas jeszcze wiceminister obrony narodowej. Złoty Medal „za wybitne osiągnięcia na polu kultury i polityki” odebrał pisarz Stanisław Kuniczak (przetłumaczył na język angielski m.in. trylogię Henryka Sienkiewicza). W poprzednich latach wyróżniono w ten sposób m.in. Krzysztofa Pendereckiego i znanego pisarza amerykańskiego Jamesa Michenera. Była również aktorka Loretta Swit, kilku generałów US Army, państwo Burzyńscy z Teksasu, kawalerowie Virtuti Militari. Odczytano depesze: Busha i Wałęsy, a nawet… generała Schwarzkopfa. No i oczywiście nie zabrakło przeróżnych księżnych i książąt, hrabiów i hrabianek, baronów i baronowych – z Danii, Finlandii, Jugosławii, Francji, Rosji, Anglii… Nie omieszkał też zawitać jakiś król (bliżej mi nie znany). Świat, który – jak widać – jeszcze nie zaginął. I – jak się dowiedziałem – nie tylko, że nie zamierza ginąć, ale i wydaje w Europie własny magazyn for Royalties and Aristocracies zatytułowany „Point De Vue – Images Du Monde”.

greydot

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) - młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) – młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Równie egzotycznie było na balu następnym. Może nawet bardziej egzotycznie, jako że z dźwiękiem poloneza mieszały się melodie indiańskie. Bowiem z okazji 500-nej rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, bal „Polonaise” odbywał się w hołdzie… pierwszym (rdzennym) Amerykanom, czyli Indianom. W wielkiej sali balowej hotelu Fontainbleau w Miami Beach doszło więc do zderzenia dwóch – wydawałoby się odległych o antypody – kultur. „La Grande Polonaise” poprowadziła idąca w pierwszej parze z senatorem Enochem Kelly Haney, Lady Blanka Rosenstiel. Należy zaznaczyć, że senator Haney z Oklahomy jest nikim innym, jak czystej krwi Indianinem ze szczepu Seminoli, oprócz polityki zajmującym się – z równym powodzeniem – malarstwem i działalnością biznesową. Nie brakło też wodzów ze szczepów Cherokee i Mohawków: Jonathana Taylora i Normana Tarbella spotkać można było w towarzystwie Marii Józefy i Marii Christiny, księżnych saksońskich.
Gazeta „Miami Herald” obwieszczając bal, za wzmiankę najbardziej godną uwagi uznała fakt obecności na nim Loretty Swit, znanej powszechnie z roli Hot Lips w serialu „M*A*S*H”. Przyjaciółka Blanki Rosenstiel, aktorka polskiego pochodzenia, której rodzice nosili nazwisko Świt. Chciałem skorzystać z okazji i przeprowadzić z nią wywiad, w czym obiecała pomóc mi Gospodyni balu, przedstawiając mnie aktorce. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że będzie to jeden z największych niewypałów w mojej karierze wywiadowcy. Może dlatego, że było to już późną porą, po paru toastach? A wszystko zaczęło się tak obiecująco. Dowiedziałem się więcej o polskich korzeniach Loretty, zanim rozmowa nie zeszła na nieszczęsny „M*A*S*H”. Wpierw, nieopatrznie wyraziłem zdziwienie, że pani Swit nie widziała filmu Roberta Altmana „M*A*S*H” (nota bene uznanego przez Amerykańską Akademię Filmową najlepszym obrazem 1971 r.), który, bądź co bądź, stanowił pierwowzór dla serialu telewizyjnego. Następnie pogrążyłem się jeszcze bardziej zdradzając, że widziałem tylko jeden odcinek tej mydlanej opery, która przyniosła sławę Lorettcie. Na to artystka odpowiedziała, że z serialem nie ma już nic wspólnego od 20 lat i chciałaby porozmawiać o innych swoich aktorskich osiągnięciach. Na co ja… ani be ani me, jako że nie spotkałem nazwiska pani Swit nawet w drugorzędnych produkcjach kina amerykańskiego, nie mówiąc już o produkcjach pierwszorzędnych. Delikatnie więc poprosiłem o przybliżenie mi tych osiągnięć. Tutaj artystka, (która na balu występowała przecież w charakterze Wielkiej Gwiazdy) zrobiła uwagę, że byłoby lepiej gdybym sam wcześniej zaznajomił się z jej wyczynami. Ja z poruszoną ambicją sumiennego wywiadowcy (gdyż zazwyczaj dość rzetelnie staram się przygotowywać do tego typu spotkań) odparłem, że przed naszą rozmową poszedłem do biblioteki i przewertowałem wszelkie możliwe źródła wiadomości o ludziach estrady, sceny i filmu… i niestety… nawet w najbardziej opasłych księgach, kompendiach wiedzy i przewodnikach typu „Who is Who?” żadnych informacji o Lorettcie Swit nie znalazłem. W tym momencie nastąpił raptowny koniec naszej rozmowy. Może dlatego, że było to już późna porą, po paru toastach?…**

greydot

Kiedy dziś wspominam te bale, doznaję mieszanych uczuć. Z jednej strony imponować mógł rozmach i wystawność tych imprez, z drugiej – można było wyczuć na nim sztuczność i napuszenie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji przejętego własną pozycją i geologicznym drzewem. A przecież żadnego wrażenia nie powinien na nas robić tytuł barona czy hrabiny, dopóki się nie przekonamy co ci ludzie sobą reprezentują, czy przypadkiem nie są nadmuchanym balonem zarozumialstwa i jedyną ich zasługą nie jest aby tytuł odziedziczony po przodkach. Trochę niewyraźnie się więc poczułem, kiedy, rozmawiając o organizacyjnych kulisach balu, usłyszałem od pani Blanki: „Jestem pewna, że wielu ludzi gotowych jest zapłacić nawet kilkaset dolarów, byle tylko doznać tego zaszczytu, by zasiąść przy jednym stole z naszą arystokracją.” A odnosząc się do balu jubileuszowego, który akurat wtedy się zakończył, dodała: „Nasze bale – a było ich już dwadzieścia – mają swoją specyfikę i ulegają po drodze pewnej ewolucji. Ostatnimi laty np. przyjeżdżała na niego głównie arystokracja europejska. Zazwyczaj więcej jest Amerykanów. To nic, że nie przyjechała księżna Bernadotte, państwo Sapiehowie, ani książę Alexander, który zazwyczaj tutaj bywał (prawdopodobnie zostanie teraz królem Serbii). Przysłali nam piękne życzenia i telegramy.”

To jest znakomite, że miamski Instytut usiłuje sprzęgać to, co polskie z tym, co amerykańskie. Ta zasobna w fundusze (zmarły przed kilkudziesięcioma laty mąż Blanki zostawił jej fortunę, dzięki której mogła ona rozwinąć swoją działalność) organizacja, aktywna dzięki energii i wyobraźni Prezeski, tworzy i przechowuje wartości, których brak zubożyłby nie tylko środowisko florydzkie, ale i całej Polonii amerykańskiej. Choć z drugiej strony, Polacy na Florydzie skarżą się na odsunięcie się od ich środowiska pani Blanki, dzięki czemu działalność Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej jest im obca. Skąd my znamy te animozje? Może wynika to właśnie z tego, że Blanka Rosenstiel założyła sobie, iż ma to być przede wszystkim instytucja amerykańska i w zasadzie elitarna? Jedno jest pewne – w oczach Amerykanów przydaje nam chluby i prestiżu, budując obraz Polski i Polaków na jakim powinno nam zależeć.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 3 marca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

* Nieco przesadziłem tutaj z tym opisem Florydy. Zawsze lubiłem ten stan i nawet po przeprowadzce do Chicago wracałem na Florydę z przyjemnością. Dlatego wkrótce postaram się opublikować tekst, który lepiej oddaje sprawiedliwość temu, czym – i jaka naprawdę – jest Floryda.
** To prawda, nie zachowałem się wówczas jak dżentelmen i do dzisiaj jest mi z tego powodu wstyd (nie można przecież wszystkiego zwalać na alkohol). Zresztą Loretta Swit kilka lat później przyjechała do Chicago ze swoim monodramem („Shirley Valentie”), który zaoprezentowała na najbardziej chyba renomowanej scenie Wietrznego Miasta – Chicago Theatre. Kto wie, może nawet przyczyniła się do tego jej ambicja urażona przez moje zachowanie i ignorancję?

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Advertisements

komentarzy 40 to “INDIANIE TAŃCZĄ POLONEZA W MIAMI”

  1. Torlin Says:

    I od dawna wiem, że nam nie po drodze ze wspólnymi opiniami. Piszesz ” tej mydlanej opery” – dla mnie to jest najlepszy serial świata. Bardzo inteligentny, interesujący, satyra jak skalpel, jak to można porównywać zum Beispiel z „Dynastią” czy „Zbuntowanym aniołem”. Ale jeżeli piszemy o Natalii Oreiro, to zawsze lubiłem motyw przewodni z tego serialu

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No dobrze, dwadzieścia lat temu – kiedy to pisałem – nie znałem tego serialu, który jest dla Ciebie „najlepszym serialem świata”. A i pewnie teraz za taki bym go nie uznał.
      PS. Ja nie pisałem o Natalii Oreiro (skąd Ci ona w ogóle przyszła do głowy, to nie wiem.)

      PS2. Nie oglądałem „Dynastii”, nie znam „Zbuntowanego anioła” – jakoś nigdy mnie nie brały mydlane opery.
      Zresztą od lat bardzo rzadko oglądam telewizję – tylko jakieś wybrane programy i wiadomości.

      • Torlin Says:

        Nie gniewaj się, ale to wszystko się kupy nie trzyma. Najpierw oskarżasz serial, że jest operą mydlaną, później piszesz, że tych oper nie oglądasz. To skąd wiesz, jak one wyglądają? Dałem Ci przykłady najpopularniejszych w Polsce oper mydlanych, moglem dać jeszcze Izaurę, biły rekordy popularności. A Ty się mnie pytasz, skąd wziąłem Natalię? Nic z tego nie rozumiem.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ależ to jest proste. Ja nie znałem serialu „M*A*S*H*”, ale jak się dowiedziałem, że nakręcono tego kilkaset odcinków, to nazwałem to „soap operą”, bo wszystkie telewizyjne tasiemce były wtedy określane takim mianem.

        • Torlin Says:

          Może Cię to zaskoczy, ale serial jest jeszcze lepszy niż film. Jest dla mnie piekielnie inteligentną satyrą i dawniej, jak powtarzano w telewizji odcinki, to zawsze sobie oglądałem. A film mam nagrany w swoich zbiorach.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Torlinie, rzeczywiście serial ma dobre notowania, ale Richard Hooker (właściwe nazwisko: H. Richard Hornberger), autor książki na podstawie której nakręcono zarówno film kinowy, jak i serial telewizyjny, stwierdził, że wersja Altmana jest bliższa tego, co on chciał przekazać w swoijej powieści. (Warto to mieć na uwadze, bo Hooker opisuje swoje własne doświadczenia z szaleństwem wojny koreańskiej, której był świadkiem jako lekarz.)
          Dawno widziałem film Altmana (jakieś 30 lat temu w krakowskim kinie „Wanda”) i z tego co pamiętam bardzo mi się podobał – to była woda na młyn moich własnych zapatrywań na wojenny absurd i militarystyczną głupotę.

  2. Simply Says:

    ,,… nie spotkałem nazwiska pani Swit nawet w drugorzędnych produkcjach kina amerykańskiego, nie mówiąc już o produkcjach pierwszorzędnych ..”
    Bez jaj, zagrała dużą rolę w ,,Race with the Devil” Jacka Starretta z 1975 , u boku Petera Fondy i Warrena Oatesa.
    Bardzo fajna hybryda road movie z kinem satanicznym, spod ręki mistrza kina motocyklowego i ogólnie ambitnego thrashu Nawet ostatnio sobie odpalilem jego ,, Nam Angels” z Antonio Falconettim w roli głównej :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To może dlatego „bez jaj”, że nie jestem jakimś wielkim fanem (a tym bardziej znawcą) kina satanistycznego.
      Nie znam tego filmu i z tego co wiem, nie ma jakichś wielkich notowań w historii kina.
      Poza tym, w czasie kiedy to pisałem, nie było jeszcze internetu, żeby można było sobie wszystko wyguglać, tak jak teraz.

  3. Simply Says:

    ,…Poza tym, w czasie kiedy to pisałem, nie było jeszcze internetu, żeby można było sobie wszystko wyguglać, tak jak teraz…”
    oczywiście, ma się rozumiec. Ale jakiegoś Grindhouse’a to tam chyba mieliście w Windy City ? :)

    Tacy telewizyjni aktorzy, to raczej rzadko trafiają do głośnych produkcji kinowych (Willisowi się udało), zazwyczaj grywają w B klasówkach, czy ogólnie skromniejszych przedsięwzięciach.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie tylko Willisowi się udało… Michael J. Fox, Charlie Sheen, Sarah Jessica Parker, Danny DeVito… oni też brylowali w serialach (a gdyby się tak bliżej przyjrzeć, to i inni by się znaleźli).

      PS. W tamtym czasie nie mieszkałem w Windy City, tylko w Miami. No i grindhousów tam raczej nie szukałem. Moje filmowe szaleństwo ograniczało się wówczas do zwykłych kin i wypożyczalni Blockbuster :)

  4. Flora Says:

    Wyobraź sobie atmosferę tropiku, błękit nieba, magiczny kolor oceanu, złotą plażę i Ciebie popijającego chłodnego drinka…
    Co roku Floryda przyciąga polskich turystów spragnionych niezapomnianych wakacji i Ty możesz być jednym z nich !
    I to za całkiem niewielkie pieniądze.
    Jak to zrobić? Nie trzeba być milionerem albo politykiem (!) aby skosztować piękna florydzkich plaż lub zagrać partyjkę golfa na najwspanialszych na świecie polach golfowych.
    Na naszych stronach znajdziesz wszystkie niezbędne informacje i porady. Nie musisz nawet mówić po angielsku gdyż wiele biznesów turystycznych prowadzą Polacy.

    http://www.floryda.com/

    • sarna Says:

      Wyobraź również sobie:
      – wiosenne promyczki słońca w gałązkach wierzbiny w potopie bazi,
      – szalony świergot wróbli podczas kąpieli w piasku,
      – morze przebiśniegów i pierwiosnków w przydomowym ogródku,
      – klangor kluczy gęsi i żurawi powracających z wiosną „do domu”,
      – nostalgię dymu z wiosennych ognisk palonych w sadach,
      – smak jajka od kury, która zna wszystko co powyżej,
      – czy możesz sam przed sobą przyznać, że jesteś szczęśliwszy od niej ;)?

      • Torlin Says:

        Sarno!
        Ja sobie raczej wyobrażam szalony świergot wróbli podczas kąpieli w kałuży (z tym, że wróbli jest strasznie mało). Nostalgia dymu kojarzy mi się raczej z jesienią, jak palę liście w ogrodzie, to mi się kojarzy to ze Słowiańszczyzną, z tą dawną, sprzed stuleci. Zastanawiam się, czy kura to wszystko zna. Dla mnie to jest wyjątkowo głupi ptak. Więc przyznaję, że jestem szczęśliwszy od niej (z wyjątkiem ostatnich dni, w których nawiedziła mnie chandra, o czym piszę w ostatniej notce u siebie w blogu).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Flora – ładna reklama :)

      Sarna – jeszcze ładniejsza… i bliższa sercu :)

  5. Bogdan Says:

    Mam chyba zaproszenie na ten bal… Razem z dwoma późniejszymi… Co prawda darowane post factum – jako swego rodzaju memorabilia…
    W ubiegłym roku (albo to juz 2 lata temu) minęło 40 lat AIKP vel AIoPC… Miałem pare „przygód”/relacji z Instytutem..

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Domyślam się, że AIKP vel AIoPC to Alaskański Instytut Kultury Polskiej vel Alascan Institute of Polish Culture.
      Prawda? ;)

      • Bogdan Says:

        Skrót, który jakoś nie zapadł w zbiorowej pamięci… Nie tak jak AOL, KFC czy CIA

        Na marginesie… Na Alasce tez jest kultura polska, bo są Polacy… Nawet cały 1% ludności stanu… Czyli podobnie jak w Chicago… Senatorowie AK stałe popierają Polskę i polskie dążenia np do zniesienia wiz. Władze stanu (od Krzyzanowskiego do Murkowskiej) Polske maja w tle i „na horyzoncie”… Być może nie ma na Alasce instytutu polskiej kultury… Ale osoba Honorowego Konsula RP Pana Stanisława Boruckiego jest jak najbardziej na miejscu…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No to już nie wiem, Bogdanie: jest ten Instytut Kultury Polskiej na Alasce, czy go nie ma? ;)
          Jednak dziwnym trafem ten skrót jest taki sam, jak Amerykańki Instytut Kultury Polskiej vel. American Institute of Polish Culture ;)

        • Bogdan Says:

          Jest i nie jest… Jest kultura, ale nie ma (najprawdopodobniej!) Instytutu… Ale dobrze, ze prowokujesz… Czas założyć :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A co do tego 1%. W Chicago Polaków (i Amerykanów polskiego pochodzenia) jest znacznie więcej. Oto informacja: „Według US Census Bureau wśród białej ludności miasta w roku 2000 najwięcej było osób pochodzenia niemieckiego, irlandzkiego i polskiego. 11 procent mieszkańców jest urodzonych w Polsce.”

        • Bogdan Says:

          Pamietam z rozmowy z lady Blanka, ze zakładając swoj Instytut dokładnie brała pod uwagę, by sie zaczynał na A… Choć mógł sie zacząć na P, na I a nawet na F…
          Ty pisałeś dla „Dz. Ch.”, a miałem zamówienie na tekst od Mr Fijora, który wydawał wtedy miesięcznik „Kobieta”… Coś mu jednak nie pasowało (chyba zdjęcia i tekst wszedł do Panoramy, z która miałem bardziej „po drodze”
          A był to bodaj rok 1994. Swoją droga ja do instytutu wszedłem trochę przez przypadek, bo wlasnie szukałem organizacji polonijnej na Florydzie, gdzie chciałem sprawdzić, czy „Panorama” już drukuje moje teksty, co dawało mi asumpt i $ do jazdy i pisania…

          1% – miałem na myśli ilośc ludności polskiej w stanie IL, której największym skupiskiem jest Chicago,gdzie myślałem, ze naszych jest jakieś 20-30%.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nic nie wiedziałem o Twoim kontakcie z Blanką. A tu się okazuje, że rozmawiałeś z nią mniej więcej w czasach, do których wraca mój tekst. Fijora znałem osobiście, bo on mieszkał w Chicago (nasze poglądy się rozmijały, ale to nic dziwnego, bo on był np. zachwycony Pinochetem – z którym nota bene przeprowadził kiedyś wywiad – a ja raczej nie pałam miłością do dyktatorów, nawet tych „z jajami”, którymi tak się podniecają co poniektórzy teraz, zwłaszcza w kontekście posunięć Putina).
          PS. Asumpt do jazdy i pisania zawsze jest dobry :) No i oczywiście $ też się przydają ;)

        • Bogdan Says:

          U red. Fijora byłem w domu w Chicago… Faktycznie chyba Twoje okolice… Cucumberland ;)
          Z Lady byłem zawsze per Lady, nawet wtedy gdy jako członek Rady Społecznej Fundacji Millennium, która miała budować na górze św. Marcina w Tarnowie Centrum Polonii Swiata, proponowałem jej udział w projekcie :)
          Jako przedstawicielka Polonii… florydzkiej, uprzejmie podziękowała…

          Staszku (Stan), przy okazji dwa pytania quizzowe o stany w Stanach, z wątków polonijnych…
          1/ w jakim stanie jest najstarsza permanentne zamieszkała polska osada?
          2/ co lady Blanka miała wspólnego z pierwszymi Polakami w Ameryce?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Bogdanie, pierwsza zagadka jest rozbrajająco łatwa: chodzi oczywiście o Pannę Marię w Teksasie. Co do drugiej to… nie wiem.

        • Bogdan Says:

          Byłem pewien, ze na obie odpowiesz celujaco…
          1/ Mam tu wsród fb znajomych Janice z Moczygembow z Teksasu

          A w drugiej kwestii: Lady Blanka albo jej Instytut wydał książkę Arthura Waldo… I teraz liczę na Twoja pomoc z tytułem… I moze nawet z sama ksiazka… Co prawda Arthur Waldo chyba jednak konfabulowal (tak uważa środowisko historyków) niemniej pobudzil tym ciekawa dyskusje i świadomość Polaków w czasach przed Papiezem Polakiem…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Chodzi o „Bohaterów z Jamestown”?
          Niestety, książki nie czytałem. Są tam jakieś rewelacje (inne, niż te znane?), co do Polaków biorących udział w zakładaniu Jamestown?

        • Bogdan Says:

          Tak, właśnie, chodzi o „True Heroes of Jamestown”… Wydane w 1977 przez AIPC.
          Ale rownież o ten tekst zrodlowy…
          http://www.amazon.com/gp/aw/d/B0006CURLY

          Książka owa miała być wznowieniem „Pamiętnika handlowca” napisanego po łacinie przez Jana Sadowskiego… Jednego z Pierwszej Piątki Polaków… Która jakoby A. Waldo znalazł i przetlumaczyl… Ja znalazłem w sieci pare stron, co czyta sie jak „Pana Tadeusza”… Jednak przypomina to nieco historie Josepha Smitha i tłumaczenia Księgi Mormona… Oryginału nikt – poza tlumaczem – nie widział…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dziękuję, przeczytam.
          A przy okazji wspomnę o moim znajomym Andrzeju Dudzińskim, który też napisał i wydał książkę zajmującą się osadnikami z Jamestown:

          http://lubimyczytac.pl/ksiazka/196920/jamestown-nowa-polska

          Jest on też autorem ciekawej (jak przypuszczam) książki nawiązującej do jeszcze wcześniejszych związków Polaków z Ameryką (chodzi o Jana z Kolna):

          http://lubimyczytac.pl/ksiazka/141506/manuskrypt-jana-zeglarza

    • Torlin Says:

      Obejrzałem z przyjemnością i odcinek poświęcony Disneyowi, jak i Przylądkowi Canaveral. Tylko z Janem z Kolna dałbym spokój, to jest polski mit, i nic więcej.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        „Tylko z Janem z Kolna dałbym spokój, to jest polski mit, i nic więcej”

        Ej, Torlinie, nie jesteś konsekwentny. Przecież sam – i to dzisiaj! – napisałeś coś takiego na swoim blogu: „Mity są koniecznością, bez nich świat byłby zbyt rzeczywisty.”
        :)

  6. Onibe Says:

    jedna literówka: chodziło Ci o drzewo genealogiczne, prawda? Geologiczne też ma sens, skoro odnosisz się, nomen omen, do swego rodzaju kopalin, ale… ;-)

    Interesujące, że przyznałeś się do wpadki. A błędów nie popełnia ten, kto nic nie robi.

    Nie wiem natomiast co haute couturowy bal polonaise, z niebieskokrwistymi darmozjadami, ma wspólnego z Polską, w której za arystokracją nie tęskni nikt. Nawet konserwatyści. Z wyjątkiem może tych, którym widzi się „powrót” do Rzeczypospolitej Obojga Narodów… Akcent oczywiście fajny, a w Ameryce lepiej jest mówić o czymś/kimś jakkolwiek niż nie mówić wcale, ale…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Oczywiście, że chodziło o genealogię, a nie geologię (już poprawiam). Ale właśnie, właśnie… może to była taka freudowska pomyłka (bo w podświadomości majaczyły mi jakieś kopaliny? ;)

      Może nie tyle była to wpadka, co niegrzeczne zachowanie (już na drugi dzień miałem kaca – i to głównie kaca moralnego ;) )

      Nie wszyscy niebieskokrwiści są darmozjadami. Choć rzeczywiście ten świat wydał mi się cokolwiek kuriozalny, i jednak archaiczny. Ale Blanka Rosenstiel właśnie w takim odrealnionym nieco, tudzież hermetycznym świecie żyła – no i miała takie swoje osobliwe zapatrywania (jak np. zachwyt niejakim Stanem Tymińskim, swego czasu kandydatem na Prezydenta Polski.)
      Ale mnie osobiście – mimo wszystko – wydawała się sympatyczną kobietą i w gruncie rzeczy taką… „down-to-earth” :)
      Tak czy owak, robiła/robi dla Polski i Polaków więcej dobrego, niż złego.

      No i dała się zauroczyć sobą samemu… Lechowi Wałęsie, (który, nota bene, już po prezydenturze, bywał częstym gościem Blanki, i to nie tylko na balach). Ale tu akurat zdjęcie z balu Polonaise:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/03/lech-wac582c499sa-i-blanka-rosenstiel1.jpg?w=780

      • Onibe Says:

        ze wstydem przyznaję, że moje zapatrywania na arystokrację są bardzo zbieżne z zapatrywaniami komunistów. Czego się wstydzę, bo nie mam skłonności tego typu. Zapewne jednak jest tak, że w każdej grupie są przypadki charakterystyczne (większość) i ekstrema (mniejszość). Nie chciałbym ująć chwały tym, którzy mimo niebieskiej krwi potrafili zrobić coś użytecznego – to nawet świadczy o nich bardzo dobrze, bo w pewnym sensie wybili się ponad genetyczne i materialne obciążenie. O tym się nie mówi, ale bagaż tego typu dotyczy nie tylko dołów społecznych, niestety… W każdym razie, brawa dla Blanki za całe dobro i samo dobro ;-)

        A w drugiej parze Krzaku? ;-D

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Z rządami arystokratycznymi daliśmy sobie już spokój – i dobrze. To jest przeżytek. Moim zdaniem władzy nie powinno się dziedziczyć. Powinna być ona domeną wiedzy, inteligencji, zaangażowania i kompetencji. A także pewnej uczciwości.
          Ale to jest wynalazek stosunkowo młody, jeśli chodzi o cywilizację Zachodu.

          Z drugiej strony zagraża nam plutokracja, co też nie jest dobre, bo o tym, kto dostaje się do władzy, decydują bogactwo i pieniądze.

          To ciekawe, że uprzywilejowaną pozycję arystokracji nazywasz genetycznym i materialnym „obciążeniem” ;)
          W pewnym sensie tak jest, bo wiele dynastii i rodów upadło wskutek genetycznego zdegenerowania („utopili” się we własnej puli genów?). Ale czy dużą ilość pieniędzy na koncie i spory majątek też można nazwać „obciążeniem”? Podobno od przybytku głowa nie boli ;)

          PS. Wygląda mi na Krzaklewskiego (zdjęcie nie jest moje, więc pewności nie mam).

  7. Simply Says:

    Mały off top, ale kostucha też wcina się w temat.
    14 marca odszedł Gary Burger ( g, voc ) – rak trzustki , 72 lata.
    Wielu nagrywa dziesiątki płyt w swoim życiu i niewiele z tego tak na prawdę wynika.
    Bywa, że ktoś nagra tylko jedną. Taką, która przez te wszystkie lata niezmiennie ścina limfę w węzłach chłonnych.
    Chociaż przez chwilę wszyscy bądżmy Mnichami.
    RIP & Cry

  8. VIRTUTI MILITARI I MINISTER OBRONY Z WNUCZKĄ PIŁSUDSKIEGO | WIZJA LOKALNA Says:

    […] że wsparcia odmówiłam mu także Blanka Rosenstiel i że ledwie zdołał ją przekonać, by swój bal „Polonaise” poświęciła obchodom 200-lecia i Kawalerom Orderu, a nie – jak zamierzała – […]

  9. KaPa Says:

    Każdego roku, polonijna elita urządza głośną imprezę za zaproszeniami, o które zabiega, wielokroć bezskutecznie, cała lokalna śmietanka, przy czym należy nadmienić, że za takie zaproszenie, zależnie od lokalizacji stolika, trzeba wybecalować od kilkuset do kilku tysięcy zielonych papierów.

    Jest to spęd zbierających się dorocznie na merkantylnym tarle największych polonosnobów na półkuli północnoamerykańskiej, czyli „Międzynarodowy Bal Polonaise w Miami Beach na Florydzie”.

    Co roku organizatorzy tej bombastycznej gali wybierają, cytuję: „inny motyw przewodni – kraj lub kulturę danego państwa, która jest prezentowana w różnych aspektach, ze szczególnym uwzględnieniem jej związków z kulturą bądź historią Polski. Zaś lady Blanka Rosenstiel, założycielka i prezes AIPC, uważa, że zapraszanie do udziału w tej celebrze innych nacji i pokazanie, w jaki sposób Polacy przyczynili się do rozwoju ich narodów, jednoczy kultury i ludzi”, koniec cytatu.

    Ponieważ, co bardziej kumaci biznesmeni wiedzą, że zdjęcie w Wałęsą bankowo otwiera drogę do sukcesu praktycznie w każdym geszefcie, więc nie dziwota, że w tym roku na rzeczonym balu reprezentantem kultury i historii Polski był ulubiony i że tak powiem etatowy salonowy pluszak objazdowy, czyli Jego ekscelencja prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Wałęsa vel Bolek. A jeśli ktoś myśli, że kryptonim „Bolek” może szkodzić w interesach to zaręczam Państwa, że w rzeczonych sferach biznesowych rzecz się ma dokładnie odwrotnie.

    Nie wiem, jak nas reprezentował pan Prezydent, bo na balu w Miami nie byłem. Udało mi się wszakże znaleźć w Internecie dwie fotki przedstawiające wersje; „galową” oraz „treningową” rozpoczynającego bal poloneza prowadzonego przez rzeczonego pluszaka w pierwszej parze z Pierwszą Damą polonijnych elit biznesowych lady Blanką Rosenstiel i myślę, że będzie dla mnie najbezpieczniej, jak w tym miejscu moją notkę skończę.

    Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki)

    Post Scriptum
    A teraz proszę się czegoś złapać, by nie paść ze śmiechu, bo pozwolę sobie Państwu zacytować, że na zaproszenie Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej w rzeczonym balu uczestniczył były prezydent Polski Lech Wałęsa, a wśród znakomitych gości, którzy pojawili się na balu byli m.in.: król Rwandy Kigeli V, sułtan Muedzul Lail Tan Kiram, książę Ermias Sahle-Selassie Haile z Etiopii, książę David Bagrationi z Gruzji, markiz Alberto D’ Ornellase de Vasconcellos Jardim, hrabia Antonio De Deus Ramos Ponces De Carvalho. Przybyli także członkowie poszczególnych komitetów organizacyjnych z innych miast na czele z księżną Barbarą Pagowską-Cooper oraz wielu gości z Polski i innych państw świata, gdzie Bal Polonaise zasłynął swoją wyjątkowo udaną formułą vide: ( http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/43.-bal-polonaise-w-miami )…”, koniec cytatu

    CAŁOŚĆ:
    http://naszeblogi.pl/60591-ulubiony-pluszak-polonijnych-centrow-kultury-wysokiej


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s