USTA LIV ULLMANN I SZAMPAN POD DINOZAUREM

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych., jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

.

Nicole Kidman

Nicole Kidman (zdjęcie własne)

Kibicuję chicagowskiemu Międzynarodowemu Festiwalowi Filmowemu od 5 lat, jednak dopiero w ostatnich dwóch latach mogłem się przyjrzeć bliżej jego repertuarowi, zajrzeć za kulisy, do kuchni.
Bez wątpienia jest jedną z największych tego typu imprez na świecie. Było tak, że w ciągu kilkunastu dni prezentowano 150 filmów, później zestaw tytułów zmalał do bardziej rozsądnej liczby i obecnie utrzymuje się na poziomie około 100 filmów. Jednakże, obejrzenie wszystkich w ciągu niespełna 3 tygodni trwania przeglądu jest rzeczą wręcz niewykonalną. Jest dobrze, jeśli kinomaniak zdoła „zaliczyć” ich trzecią część. Ale cóż mają powiedzieć w takim np. Toronto, gdzie w ciągu 10 dni pokazuje się… 250 filmów!? Festiwal kanadyjski przerasta chicagowski, który i tak wydaje się imprezą mamucią. Ale tam pieniądze w organizację pompuje rząd (3.5 mln. dolarów rocznie) a festiwal jest oczkiem w głowie miasta i pupilkiem prowincji. Zupełnie przeciwnie jak w Chicago, gdzie założyciel i dyrektor programowy Festiwalu, Michael Kutza jest – dzięki swej rogatej duszy – na bakier z miejscowymi władzami (choć zawsze w dobrych stosunkach z burmistrzem Daley, a wcześniej – z jego ojcem, gospodarzem miasta jeszcze większego formatu, który świadczył narodzinom Festiwalu przed 30 laty!)
W jednym z wywiadów Kutza się skarży: „(Tutaj) ani miasto ani stan nie mają pieniędzy dla nas ani dla jakiejkolwiek innej liczącej się działalności artystycznej. Oni trzymają się swojej własnej linii: wydają ogromne pieniądze na orgie pseudo-kulturalne typu Taste of Chicago i na wydarzenia sportowe, takie jak World Cup. Wszystko to polega na pieniądzach. Tysiące ludzi przyjeżdża z przedmieść na Taste of Chicago i wydaje miliony dolarów. Puchar Świata także przyniósł milionowe dochody. A kiedy politycy sprowadzają milionowy biznes do Chicago, otrzymują w zamian o wiele większe poparcie polityczne. Natomiast większość festiwalowej publiczności filmowej to mieszkańcy Chicago i okolic, choć przybywają tu ludzie z całego świata, ale to są głównie twórcy kina. I ta publiczność nie przynosi miastu zbyt wielkich dochodów. Wszystko, co dzieje się w sztuce w Chicago, opiera się na prywatnych funduszach: opera, filharmonia, teatry, kina, festiwale filmowe – absolutnie wszystko. I wie o tym Richard Daley. Kiedy go odwiedzam, powtarza mi: nie ma na to pieniędzy.”

greydot

Cudem było to, że festiwal w ogóle wystartował; cudem jest to, że przetrwał 30 lat, wrastając w pejzaż kulturalny Wietrznego Miasta. Miałem to szczęście, że po raz pierwszy zetknąłem się z nim w roku, w którym świecił pełnym blaskiem, prowadzony był z rozmachem i uświetniony obecnością gwiazdy rzeczywiście wielkiego formatu, prawdziwej legendy kina – Sophii Loren. W poprzednim odcinku opisałem wrażenia wyniesione z uroczystego otwarcia Festiwalu, w którym brała ona udział.
W następnych latach mniej było blichtru i wystawności, co oczywiście nie musi mieć pejoratywnej wymowy. Lecz Ameryka jest tego rodzaju krajem, że bez Wielkich Nazwisk, popularność i prestiż wydarzeń upada, co pociąga też za sobą mniejsze poparcie finansowe. Tak więc, następnego roku Julii Roberts, Kim Basinger, Dustina Hoffmana ani Roberta Redforda nie spotkałem. Nie spotkałem też Barbry Streisand, która miała się wtedy w Chicago pojawić, lecz w ostatniej chwili swój przyjazd odwołała. I tak oto, jedynym jaśniejszym obiektem na „Black-Tie Dinner” w olbrzymiej sali Field Museum of Natural History, okazał się wtedy burmistrz miasta Richard Daley, a największe zainteresowanie wzbudzały… olbrzymie butle szampana spoczywające u stóp szkieletu dinozaura.

greydot
W roku następnym, pod względem obecności nań celebrytów, Festiwal wyraźnie się poprawił. Otwarcie odbyło się z pełną pompa w hotelu Hilton & Towers. Zjawił się na nim Jack Lemmon (pamiętany choćby z brawurowej roli w „Pół żartem, pół serio”, jak również z wielu innych filmów, a ostatnio z rewelacyjnego „Glengary Glenn Rose”). Nie tylko świetny aktor, ale i – jak się okazało – człowiek niezwykle sympatyczny. Kiedy przedzierał się w hallu przez tłum hotelowych gości, ci, zaskoczeni jego obecnością, pozdrawiali go słowami: Good bless you, Jack!. W powszechnej uwadze był główną postacią wieczoru, odbierając nagrodę „za wybitne osiągnięcia w sztuce aktorskiej”.

Jednakże dla mnie największym przeżyciem było wówczas zetknięcie się z legendą kina, ale już europejskiego – Liv Ullmann. Wyznam tu nieopatrznie, że w młodości uwiodły mnie filmy Ingmara Bergmana, a np. takie pierwsze zetknięcie się z „Personą” było dla mnie czymś bez mała szokującym. Oczywiście, jako dziecko, z samego filmu niewiele zrozumiałem pod względem logicznym czy racjonalnym, lecz jeśli chodzi o podświadomość i intuicję, obraz podziałał na mnie bardzo mocno. To właśnie od tamtego czasu mogę chyba liczyć początek mojej fascynacji i pewnego rodzaju uzależnienia od dzieł szwedzkiego reżysera, a co za tym idzie – głębsze zainteresowanie kinem. Później, już podczas studiów w Krakowie, zająłem się bliżej twórczością Bergmana, pisząc o jej związkach z różnymi prądami w sztuce, m.in. z XIX-wiecznym symbolizmem, egzystencjalizmem i dramaturgią skandynawską (Ibsen, Strindberg). Rezultaty tych poszukiwań opublikował m.in. miesięcznik „KINO” (vide: „Bergman i symbole”).
Dlaczego o tym piszę? Otóż Liv Ullmann była główną aktorką Bergmana, zagrała w jego najbardziej liczących się filmach. Stała mi więc przed oczami jak żywa – z tamtych kadrów. I miałem też na względzie to, co o jej twarzy powiedział kiedyś sam reżyser: „Gdy widzi się twarz Liv można zauważyć jak stopniowo nabrzmiewa. To fascynujące – jej wargi stają się większe, oczy ciemnieją coraz bardziej, cała przemienia się w coś w rodzaju żądzy. Albo widzimy jej twarz przeobrażającą się w pewien rodzaj chłodnej a zmysłowej maski. (…) Powiedziałem Liv, aby skoncentrowała całe swoje uczucie w wargach.” (W tej wrażliwości w widzeniu ludzkiej twarzy rzadko kto mógł Bergmanowi dorównać.)

Najpopularniejszy amerykański krytyk filmowy Roger Ebert (1942-2013) z żoną

Najpopularniejszy amerykański krytyk filmowy Roger Ebert (1942-2013) z żoną

Oczekiwałem więc szczególnie na spotkanie z Liv Ullmann. Zobaczyłem kobietę o prezencji bardzo skromnej – bez cienia pretensji, jakie czasami przejawiają hollywoodzkie bożyszcza – bez wielkogwiazdorskich manier; naturalną, o twarzy jasnej, pozbawionej niemal zupełnie makijażu, ale ciągle młodej, rzec można… dziewczęcej. Śmiało mogłem przypuszczać, że niewielu uczestników bankietu było świadomych jej obecności. Cała uwaga skupiała się na Lemmonie, a także na innych, obecnych wówczas osobistościach kina, bardziej w Ameryce popularnych: Tonym Curtisie, Walterze Matthau, Robercie Altmanie, Gene Siskelu i Rogerze Ebercie, (który jest zresztą starym przyjacielem Festiwalu). Miałem więc okazję podejść do Liv i złożyć jej pełen podziwu hołd, także za jej ostatnie osiągnięcia teatralne.

Najwięcej jednak zamieszania było rok później, kiedy to zjawił się w Chicago Tom Cruise („Rain Man”, „Urodzony 4 Lipca”, „Top Gun”) z nieodłączna swą małżonka Nicole Kidman. Na cocktail party w sali bankietowej hotelu Hyatt Regency zwaliły się setki ludzi. Armia goryli nie mogła się opędzić od nachalnych ciekawskich i wielbicielek (popowa idolatria mas w najjaskrawszym swym wydaniu).
Byłem świadkiem sceny, kiedy jedna z reporterek (nota bene z kraju środkowoeuropejskiego) usiłowała przedrzeć się przez kordon ochroniarzy i robiła to na tyle agresywnie, że wywiązała się z tego powodu mała awantura, która ściągnęła nawet samego dyrektora biura prasowego Festiwalu.
Oto przebieg rozmowy:
Reporterka: – Przyjeżdżam tu z Europy co roku i nigdy nie miałam takich problemów!
Dyrektor: – Bo też nigdy nie mieliśmy jeszcze tutaj Toma Cruise’a.
R: – A kto to jest Tom Cruise? Papież?
D: – Jak to kto?! Dzisiaj próbowało się do niego dodzwonić prawie 5 tysięcy ludzi!
R: – To nie moja wina, że macie takie społeczeństwo!

greydot

Program Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago zawsze budził we mnie mieszane uczucia. Nie mogło być inaczej, skoro zawierał zwykle około setki filmów z 30-40 krajów świata. Wiadomo, że filmowe maratony wyczynowe nie sprzyjają raczej głębszej percepcji sztuki kina, ani tym bardziej refleksji nad nią. To jest chyba dość poważny zarzut jaki można postawić Kutzy i jego współpracownikom programowym: niezbyt uważna i radykalna selekcja filmów, dopuszczająca do przeglądu zupełne niewypały. Trochę mija się to z deklaracjami organizatorów, którzy twierdzą, że starają się prezentować najciekawsze zjawiska jakie pojawiają się w światowych kinematografiach; że programowo rezygnują z komercji, kładąc nacisk na poziom artystyczny, niezależność, oryginalność, śmiałość, jak również na młodych, nieznanych jeszcze twórców. (To prawda, że zadebiutowali tu reżyserzy, którzy zostali później  tuzami współczesnego kina wyższego rzędu, jak np. Martin Scorsese czy Rainer Werner Fassbinder.) W praktyce jednak dopuszcza się wiele obrazów, których poziom jest nie tylko amatorski, ale i wręcz tragiczny – buble, które nigdy nie powinny były opuścić montażowni w tym stanie; na dodatek – wszystkie w barwach ciemnych i o tematyce zdecydowanie dołującej, wręcz potworkowatej.
Ale czy właśnie to nie świadczy o tym, że kino światowe zbłądziło? Bowiem coraz częściej mówi się o kryzysie tego kina  tak samo, jak o kryzysie moralności, racjonalizmu, literatury, sztuki, demokracji… etc. Mówi się o wszelkiej maści kryzysach, jakbyśmy czuli się zobligowani tym, że zbliża się nie tylko koniec wieku, ale i tysiąclecia – jakby schyłkowość była konsekwencją nie tyle cywilizacyjno-kulturowej ewolucji, co wyznaczoną kalendarzem – niejako kronikarską – koniecznością. Jednym słowem: świat przeżywa kryzys. Koło się zamyka – a skoro film jest odbiciem tego świata…

Ze zrozumiałych względów zawsze zwracałem na Festiwalu uwagę na filmy wyprodukowane przez kraje byłych “demoludów”, czyli “wyburzonego” bloku wschodniego. Jak pamiętamy, przez dłuższy czas zalegał tam komunistyczny gruz. Co było robić z “czerwonym” gruzem? Pokusa ponownego wykorzystania go jako budulca była duża, wydawało się jednak, że nikt nie ma zielonego pojęcia, jak skreślić plany nowej konstrukcji. Społeczeństwa były zdezorientowane, chybotały się z prawa na lewo – i na odwrót.
Równie bezsilne czuły się tamtejsze kinematografie. Nie mogąc atakować (z braku wroga, siły lub finansowego uwiądu) rzuciły się do ucieczki lub – porażone własną niemocą – wpadały w ekstrema, skłaniając się ku grotesce, karykaturze, pastiszowi… Nawet na to, by małpować amerykański wzór, nie było pieniędzy. Dlatego też często próbowały go parodiować, tworząc jakieś dziwolągi, posiłkujące się amerykańską mitologią i oddane hollywoodzkiej estetyce i mentalności.
Częściową winę (jeśli chodzi o ówczesny kryzys kina światowego) ponosił także post-modernizm, który rozluźnił wszelkie normy, nadpsuł smaki, wypaczył gusta, wprowadził na ekrany estetyczny chaos, usankcjonował różne ekscesy i dziwactwa. Namieszał zresztą nie tylko w kinie – ktoś określił go nawet wtedy jako “artystyczny szamanizm naszych czasów”.
Skoro mówimy o kinie, to warto zwrócić uwagę, że jako alternatywę dla tego rozbuchanego szaleństwa, obrano sobie na Zachodzie Krzysztofa Kieślowskiego i jego filmy – z ich małomównością, powściągliwością, szlachetnością, unikalnością klimatu, eleganckim stylem i pięknem formy. Na Festiwalu chicagowskim hołubi się polskiego reżysera od samego początku. Trzy lata temu, Nagrodę Specjalną Jury przyznano „Podwójnemu życiu Weroniki”, rok temu „Niebieskiemu”) obwieszczonemu wówczas jako „Best of the Fest”). Na ostatnim zaś, jubileuszowym (XXX!) w ramach specjalnej prezentacji, pokazano słynną w całym świecie filmowym trylogię „Trzy kolory: Niebieski, Biały, Czerwony”, co uznano za największe wydarzenie artystyczne Festiwalu.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 24 lutego, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Walter Matthau, Liv Ullmann, Jack Lemmon (zdjęcie własne)

Walter Matthau, Liv Ullmann, Jack Lemmon

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Advertisements

komentarzy 16 to “USTA LIV ULLMANN I SZAMPAN POD DINOZAUREM”

  1. Jula :D Says:

    Nicole Kidman – jeszcze naturalna. To dopiero był jej początek. ;)
    Walter Matthau, Liv Ullmann, Jack Lemmon. Z tej wielkiej trójki, to tylko Liv jeszcze żyje.
    Opisujesz Ją, jako przeciwieństwo gwiazd z Hollywood. Bo Ona była gwiazdą europejskiego kina, (które wtedy było znane w świecie), muzą Strindberga – Szwedki tak mają, blogerka, która tam wyjechała z Polski, właśnie tak je opisuje. :D
    Bardzo żywotne, bardzo naturalne, kompletnie nie przejmują się modą. Zero makijażu!… Za to wysportowane, jeżdżą na rowerze, zima na nartach. W ogródkach swoich pracują nawet i 90-latki !!!… Zero botoksu i etc.. Szkoda, że u nas nie naśladujemy kobiet z Szwecji, tylko gwiazdy z Hollywood. :D

    Ps: Myślę, że te Twoje wspomnienia są fantastyczne, ale potem po ochłonięciu, sam zauważyłeś, że to wszystko jest jednak takie powierzchowne, takie pozorne i kiczowate. (Może dlatego tak dużo „gwiazd” nie wytrzymuje i ulega destrukcji, czyta się o tych licznych samobójstwach po przedawkowaniu narkotyków. Taka magia złudzenia. I chyba dlatego uciekałeś w druga stronę, do natury i jej prawdy. Sprytnie to Ci się ułożyło w życiu. Pozdrawiam! ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, aktorki europejskie różniły się jednak znacznie od amerykańskich – to przez specyfikę Stanów Zjednoczonych i nieco innego podejścia do kultury. Chociaż były też kobiety, które właśnie na tej „europejskości” zrobiły karierę (czy też raczej stały się sławne) w Ameryce (Dietrich, Garbo, Loren…)

      Jula, ja pisałem ten tekst prawie 20 lat temu, ale zauważ, że już wtedy podchodziłem z rezerwą do całego tego hollywoodzkiego blichtru i gwiazdorstwa – co chyba w moim wpisie widać.

      A Natura… to był już zupełnie inny odlot ;)

  2. kasjeusz Says:

    „Ale cóż mają powiedzieć w takim np. Toronto, gdzie w ciągu 10 dni pokazuje się… 250 filmów!?” – W takiej sytuacji to już nawet notatki (które nieustanie robię, żeby uporządkować swoje wrażenia) chyba nie pomogą, wszystko zlałoby mi się w jeden niekończący się film. ;) Z drugiej strony jednak – czasem kontekst tego rodzaju w interesujący sposób wpływa na nasz odbiór.
    „Nie spotkałem też Barbary Straisand” – Chodzi o Barbrę Streisand? Zawsze zwracam na to uwagę, bo a) historia tej zmiany (czy też, jeśli mogę tak powiedzieć, indywidualizacji imienia) jest mi bliska (w pewnym momencie też zaczęłam ulepszać swoje imię, szukać nieznanego nikomu zdrobnienia; myślę, że nie tylko posiadacze najpopularniejszych imion w kraju tak robią) i ciekawa, b) imiona – co zresztą wynika z poprzedniego punktu – są niezwykle istotne (nie tylko dla artystów).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Hello Bluebird,
      miło Cię tu gościć :)

      Oczywiście, że chodzi o Barbrę Streisand (moja wina, przekręciłem jej nazwisko przez moją nieuwagę – zaraz swój błąd naprawię).
      Nie powinno się tego robić, bo rzeczywiście imiona są ważne (choć gdybyś Ty zobaczyła jak anglojęzyczni przekręcają moje ;) )

  3. Torlin Says:

    Piszesz: „To właśnie od tamtego czasu mogę chyba liczyć początek mojej fascynacji i pewnego rodzaju uzależnienia od dzieł szwedzkiego reżysera, a co za tym idzie – głębsze zainteresowanie kinem”.
    Ze mną było to samo, ale chyba zupełnie inaczej niż u Ciebie. Ja u wielu reżyserów wolę o wiele bardziej filmy dawniejsze niż późniejsze.
    Bergman, dla mnie reżyser chyba największego filmu świata „Siódma pieczęć”, przepadałem za Kuglarzami z poziomkami na wakacjach z Moniką przy źródle, nie znosiłem milczenia person, ich szeptów i krzyków
    Wajda – kochałem popioły na ziemi obiecanej, wesele, a przede wszystkim „Wszystko na sprzedaż”. Po 1977 roku Wajda dla mnie się skończył, lubię jedynie „Pana Tadeusza”, i też tylko pierwszą połowę.
    Identycznie jest z Bareją, kocham męża swojej żony, Australijczyka, kapitana Sowę, a przede wszystkim „Małżeństwo z rozsądku”. Nie trawię alternatywy zmienników, róży bez ognia, że nie wspomnę o łapaniu misia.
    Kurosawa – dla mnie Rashomon, tron unurzany we krwi w ukrytej fortecy z rudobrodą strażą przy boku. Dalej nie trawię.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Ze mną było to samo, ale chyba zupełnie inaczej niż u Ciebie”
      Torlinie, ależ Ty potrafisz mnie rozbroić! Jak nikt inny! ;)
      „…kocham męża swojej żony” – no proszę, znowu :)

      Zresztą, tak naprawdę, to podobają mi się nawet te Twoje zbitki z tytułów.

      Ale już poważniej: na jakiej podstawie sądzisz, że ja (jeśli chodzi o filmy danego reżysera) wolę filmy „późniejsze” od „dawniejszych” (używając Twoich określeń)?
      Na pewno zgadzamy się w jednym: mnie również podobał się „Pan Tadeusz” Wajdy. Zresztą „Wesele” też. A jego dawniejsze filmy – no, z tym to już różnie bywało (chociaż, generalnie, wg mnie lepsze są dawne filmy Wajdy, niż te które robił on w drugiej połowie swojego życia).

      Są jednak reżyserzy, którzy trzymają równy poziom (np. Kubrick, Frears, Scorsese i Stone chyba też), albo robią na przemian filmy dobre i złe (jak np. Altman, Polański i właśnie Wajda.).

      • Torlin Says:

        Bo napisałeś: „pierwsze zetknięcie się z “Personą” było dla mnie czymś bez mała szokującym”. Dla mnie też było „szokującym”, jak reżyser, który nakręcił „Siódmą pieczęć” mógł nakręcić taki film jak „Persona”.
        Ale ja się domyślam, dlaczego tak jest, nie lubię konkretnego stylu i tematyki w filmach, takie obrazy kręcą najrozmaitsi wielcy. U Wajdy nigdy nie lubiłem „Brzeziny”, nie do oglądania dla mnie są „Panny z wilka”, prawie cała twórczość Zanussiego (w tym cyklu jest najbardziej przeze mnie znienawidzony film „Za ścianą”, takiego zażenowania nie czułem już nigdy na żadnym filmie).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja zetknąłem się z „Personą”, kiedy miałem 11-12 lat i był to pierwszy film Bergmana, jaki oglądałem. Może z tym szokiem przesadziłem, ale obraz ten zrobił na mnie wielkie wrażenie – zaintrygował mnie do tego stopnia, że zacząłem się bliżej interesować kinem.
          Później poznałem inne filmy Bergmana i zobaczyłem, jak jednak bardzo się one od siebie różnią (mimo, że wszystkie zachowywały ten specyficzny bergmanowski klimat i tę samą pulę egzystencjalnych wątków, wokół których krążył Bergman – jako reżyser i scenarzysta – przez całe swoje życie).
          Ja również uważam „Siódmą pieczęć” i „Tam, gdzie rosną poziomki” za arcydzieła. Podobnie jak „Personę” i „Szepty i krzyki”.
          Zresztą, Bergman w późniejszym swoim życiu nakręcił… kto wie, może najlepszy swój film, a mianowicie „Fanny i Alexander”.

          Cenię większość filmów Zanussiego.
          „Panny z wilka” Wajdy również, moim zdaniem, nie są złym filmem (bardzo podobały się Iwaszkiewiczowi – jak wyczytałem to z jego dzienników).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Bardzo ciekawy dokument. Tym ciekawszy, że powstał 48 lat po nakręceniu „Persony” i składa się głównie z wypowiedzi Liv Ullmann i Bibi Andersson – aktorek, które zagrały w nim główne role. To, że opowiadają one tak szczegółowo o pracy nad tym filmem (zarówno o pracy ze sobą, jak i z Bergmanem), świadczy o tym, jak ważny to był dla nich film – i jak bardzo ważny był to okres w ich życiu – czego sprawcą był nikt inny, jak sam Bergman.

      Poemat w obrazach – to jest świetne określenie „Persony”. Obraz Bergmana dokonał w kinie małej rewolucji. Cała masa tzw. „ambitnych” reżyserów naśladowała później ten styl. Zrobił to choćby Zanussi w swojej „Iluminacji”.

  4. Simply Says:

    Bibi Andersson i Liv Ullmann zagrały w westernach !
    ,Personę” tez widziałem w bardzo młodym wieku i bardzo ten film przeżyłem. Powtórka jak najbardziej wskazana.

    Filmów Zanussiego organicznie wręcz nienawidzę ( ,,Barwy Ochronne” idzie od biedy obejrzeć, może jeszcze ,,Życie Rodzinne” – ze względu na aktorstwo ). Ci wszyscy kopiści Bergmana, to była wyjątkowo ohydna zmora w swoim czasie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Rzeczywiście, Bibi Andersson i Liv Ullmann zagrały w westernach: pierwsza w „Duel at Diabolo” (z tego samego roku co „Persona”, czyli z 1966), zaś druga w bardzo dobrym „The New Land” i nieco gorszym „Zandy’s Bride” (oba filmy z pierwszej połowy lat 70-tych).
      Pewnie potraktowały to jako swego rodzaju eksperyment.

      Mnie większość filmów Zanussiego się nawet podobała, choć do niektórych z nich miałem trochę zastrzeżeń (niedługo postaram się przypomnieć tutaj swój wywiad z Zanussim, gdzie mu to i owo wypominam ;) )

      Zazwyczaj kopie filmowe wychodzą słabo. Jeśli ktoś jest złym reżyserem, to zwykle nic mu nie daje naśladowanie Mistrza.

  5. Simply Says:

    Tak, na coś takiego, to trzeba byc faktycznie dobrym ( De Palma vs Hitchcock )
    A Ingrid Thullin zagrała w giallo ! (bo Maksiu, to wiadomo , w czym zagrał :))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ci najlepsi nie kopiują tylko się inspirują ;)

      Przez Ingrid Thullin nie mogłem kiedyś, jako nastolatek, zasnąć ;)
      Piękna kobieta.

      Max ze swoją nordycką gębą, zawsze był bardzo fotogeniczny – więc pojawiał się na ekranach kin całego świata dość często. Zresztą, jest kilku Skandynawów, których surowa twarz przyciąga uwagę widzów i reżyserów – ot choćby Mads Mikkelsen czy Alexander Skarsgård. Jest coś w tej twarzy, co może fascynować… i to nie tylko kobiety ;)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/03/mads-mikkelsen-mads-mikkelsen.jpg?w=780
      Mads Mikkelsen

  6. Tess Says:

    A czy Państwo znają to arcydzieło?:

  7. NIE TYLKO LIV ULLMANN | WIZJA LOKALNA Says:

    […] jeden dzień. W 1992 r. po raz pierwszy spotkałem „na żywo” Liv Ullmann (wspomnienie TUTAJ), która przywiozła wówczas do Chicago swój debiut reżyserski – film „Sofie”. […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s