RAGU SOPHII LOREN I TRUP BUGAJSKIEGO

(ze wspomnień wywiadowcy)

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w szufladzie, postanowiłem powołać tutaj do życia nowy cykl zatytułowany “Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach prasy polonijnej. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że “wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, daleko w przeszłość pamięcią nie musiałem sięgać). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, jeszcze i dzisiaj spotkać się może z zainteresowaniem tych, którzy odwiedzają moją stronę.

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Do Stanów Zjednoczonych jechałem „w ciemno”. Wyjazd z Polski wydał mi się jedyną szansą wyrwania się z zaklętego kręgu, w jakim znalazłem się w kraju. Góra komplikacji osobistych, bolesne przejścia, kiepskie perspektywy ekonomiczne… Wcześniejsze wypady do Niemiec dodawały mi odwagi.
Jak na każdym prowincjuszu, Ameryka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, choć oczywiście nie obyło się bez rozczarowań, rozwiewania mitów i konfrontacji rzeczywistości z wcześniejszymi wyobrażeniami. Lecz na to byłem niejako przygotowany, przewalając przed wyjazdem stosy makulatury, dzięki którym mogłem się zapoznać z odczuciami i wspomnieniami innych bywalców Ameryki. Jednak wiadomo – setka pornosów nie zastąpi prawdziwego obcowania z konkretną kobietą. Wpadłem wiec po uszy w objęcia Ameryki i zrazu nadziwić się nie mogłem różnym jej przejawom. Ale to już temat do innych rozważań.

Po pierwszym zachłyśnięciu się oryginałem, dała znać imigrancka, znana nam wszystkim, proza. Przede wszystkim – poszukiwanie pracy, uwieńczone, na szczęście sukcesem. Możliwość nie tylko zarobku, co głównie odrobienia długów i odbicia się od dna. Tylko że jakim kosztem? Dwanaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, przez pół roku – świątek, piątek, bez jednego dnia wolnego. Ciągłe obcowanie z ludzkim cierpieniem, z przewlekłą agonią. Potrzeba odskoczni, by nie zwariować. Zastępujący mnie na nocnej zmianie Rysiek, lekarz anestezjolog z Białegostoku, wspomina o swoich kontaktach z prasą polonijną. Ja mówię, że pisałem w Polsce do „KINA”, „Filmu na świecie”, „Powiększenia”, że miałem swoje publikacje w „Tygodniku Solidarność”, w „Sanie”… na co on: „To napisz coś, cokolwiek”. No i za tydzień miałem swój debiut w „Dzienniku Chicagowskim” w postaci dwóch artykułów: jeden traktował o przyczynach upadku PZPR i charakterologicznym podziale jej członków (czyli o ludziach partii), natomiast o temacie drugiego chciałbym już dzisiaj litościwie zapomnieć. I tak oto zaczęła się moja przygoda literacko-wywiadowcza z Chemigraphem (czyli z wydawcą trzech polonijnych tytułów prasowych: „Dziennika Chicagowskiego”, „Gazety Polskiej” i tygodnika „Relax” – przyp. stb).

greydot

Już z okazji pierwszego reportażu udało mi się trafić na salony, gdzie spotkałem samą… Sophię Loren. To nic, że musiałem tam dojechać dysponując jedynie 10-letnim, rozsypującym się junkiem, który kupiłem za moją pierwszą „tygodniówkę”. Jadąc do downtown po zatłoczonej don granic niemożliwości autostradzie, mój relikt motoryzacji jakoś przetrzymał, mimo że pędziłem nim z zawrotną dla niego prędkością 50 mil na godzinę. Zaczął mi dopiero rzęzić przy zjeździe na Jackson Blvd., gdzie rozkraczył się już na dobre, na samym środku ulicy. W chłodnicy nie było kropelki wody. Interesująco musiałem wyglądać przy tej zżartej przez rdzę kupie złomu, w moim wytwornym (a tak!) fraku pingwina i muszce (stroju wypożyczonym, of course), pochylony nad silnikiem, który pokrywały całkowicie kłęby dymu. To, że ruszyłem (na wszelki wypadek miałem przy sobie kilka galonów wody) i znalazłem wreszcie jakiś parking, zakrawało na cud. Z pierwszego zrezygnowałem, gdy jacyś kręcący się tam kolesie pokazali mi charakterystyczny znak obrazujący proces skracania człowieka o głowę. Był za daleko.

greydot

Premiera inaugurującego XXVI Międzynarodowy Festiwal Filmowy – bo o tej imprezie tu mowa – filmu w reżyserii Liny Wertmüller i z Sophią Loren w roli głównej, miała się odbyć w przypominającej ubiegłowieczną operę sali widowiskowej Fine Arts Theatre. Po przybyciu na miejsce, zastałem tam tłum przedziwny i … błyskotliwy – głównie dzięki damom w imponujących kreacjach, obwieszonych kilogramami biżuterii. Uroda pań oscylowała między uderzającą pięknością, a pięknością, której uderzenie było już nieco słabsze. Te ostatnie, to seniorki trudne do zidentyfikowania pod kilkoma warstwami pudru i smarowideł. Wreszcie weszła ONA – Sophia Loren, w pięknej czerwonej sukni ozdobionej olśniewającymi brylantami. Towarzyszył jej małżonek, znany włoski producent filmowy, Carlo Ponti.
Po projekcji filmu, (którego recenzję zamieszczę przy innej okazji) odbyła się odświętna Night Opening Gala wraz z wystawnym benefitowym obiadem w nowopowstałym wieżowcu przy 515 North State Street: „… zdumiewającej geometrycznej fantazji światła i szkła, zaprojektowanej przez wybitnego japońskiego architekta Konzo Tange” – jak obwieszczono w programie imprezy. Wszystkich nas przewieziono tam specjalnymi autobusami.
W konsumpcji obiadu (o 11 w nocy!) uczestniczyła, oprócz wymienionych wcześniej celebrities, cała śmietanka tubylczego (i nie tylko) światka artystycznego i administracyjnego, jak również zwykli zjadacze hamburgerów, których stać było na zafundowanie sobie za $150 wspólnego posiłku z Sophią Loren. Inna sprawa, ze oddalonej o kilkadziesiąt stolików w ogromnej, przypominającej halę, sali bankietowej. W menu znalazła się też potrawka Wielkiej Gwiazdy pod nazwą Pasta Ragu. Dzięki niespotykanie fotogenicznej i nieprzemijającej urodzie Sophii, mam pamiątkę po tamtym wieczorze – serię slajdów, na których udało mi się jej podobiznę utrwalić. Jeden z nich trafił nawet na okładkę tygodnika „Relax”, dzięki któremu zdobyłem akredytację na Festiwal. Wyglądałem w tłumie zapowiadanych gości z Polski: reżysera Ryszarda Bugajskiego („Przesłuchanie”) i Macieja Dejczera („300 mil do nieba”), autorów filmów w tamtym czasie głośnych. „Przesłuchanie”, traktujące o stalinizmie w Polsce lat 50-tych, wyróżnione nagrodą Grand Prix na festiwalu w Cannes, to 8-letni „generał” wśród polskich „półkowników”, czyli filmów, które latami straszyły – nie tylko decydentów od rozpowszechniania, ale i wysokich luminarzy partii – leżąc na półkach przepastnych magazynów, zionących niemalże kafkowskim absurdem. Mimo to – a może właśnie dzięki temu – o „Przesłuchaniu” słyszał każdy. Film znalazł się w konkursie chicagowskiego festiwalu.
Natomiast Maciej Dejczer już 6 lat wcześniej przeniósł się na Zachód: „Wyjeżdżając nie zabrałem ze sobą z kraju postawy roszczeniowej, jak robi wielu Polaków. Wybór rysował się jasno: albo będę żył w ZOO, albo w dżungli. W ZOO gwarantują ochłap mięsa i miskę wody; machając ogonem można zyskać poklask gapiów, ale wybieg zamyka krata. W dżungli o wszystko trzeba walczyć, mogą zagryźć, ale samemu można też upolować więcej, niż w ZOO przyniesie dozorca. Prawa dżungli są okrutne, ale dżungla jest nieskończona, wolna… W Polsce ludzie wolą uciekać od odpowiedzialności – to się nie zmieniło. System amerykański nie gwarantuje niczego, stwarza tylko możliwości. Jeżeli komuś się nie powiedzie – ląduje na chodniku Piątej Avenue z zawiniątkiem pod głową, jako jedynym dobytkiem; jeśli mu się uda – mija tego nędzarza, jadąc limuzyną za pół miliona dolarów. ja jestem zwierzęciem, które w dżungli czuje się dobrze. Dżungla mnie fascynuje, mimo że jestem bliżej tego na chodniku, niż w limuzynie.” (Z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Film”.)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Zależało mi na spotkaniu z Bugajskim. Zamiast tego trafiłem na Jana Nowickiego, popularnego krakowskiego aktora, oraz na jego żonę, Węgierkę Mártę Mészáros, bez wątpienia jedną z najwybitniejszych reżyserek filmowych na świecie. Nowicki i Mészáros znaleźli się w gronie siedmiu jurorów Festiwalu (a więc i oni mieli oceniać film Bugajskiego). Ja w zasadzie na takich przyjęciach nie bywam – powiedział Jan Nowicki – ale ponieważ jesteśmy tutaj z żoną w jury, to uważałem trochę za swój obowiązek przyjść, mimo że jesteśmy zmęczeni, bośmy dwie godziny temu przylecieli. I bardzo się cieszę, że tu przyszedłem. Bo to jest coś tak osobliwego – takie… amerykańskie miejsce. Ogromnie to zabawne! Strasznie dużo śmiesznych starszych pań, bardzo dziwnie ubranych. Ogromnie śmieszne. Nieliche panoptikum.
Na moje pytanie, czy obecni są tutaj także zaproszeni reżyserzy: Wajda, Dejczer i Bugajski, usłyszałem: O rany boskie! Jakie wielkie auto przejechało za oknem! Taki jamnik długi. Coś obrzydliwego – taki karawan dla koszykarza. No, przegapił pan!… Strasznie mi ten kraj przypomina Związek Radziecki. Okropnie. Jak Boga kocham! Tyle, że bogaci. No, zobacz na te rzeźby (tu Nowicki wskazał na gipsową Wenus z Milo) – no przecież zesrać się można. Jak w jakimś pałacu kultury i nauki… Ale podoba mi się to, że oni tacy uśmiechnięci, cholera… No bo człowiek, jak się tak długo uśmiecha – i nawet sztucznie – to w końcu zacznie się uśmiechać szczerze.
Jednak, gdy znowu zagadnąłem o innych gości z Polski, Nowicki się poddał: No, Dejczer ma być… A Bugajski? To co – on dalej ciągnie tego starego trupa?… To swoje… jak to się nazywa? Kiedyś ktoś mnie zapytał, co ja sądzę o tym filmie, więc ja powiedziałem, zgodnie z prawdą, że go nie widziałem. Natomiast – ponieważ to była pani – ja jej mówię: słuchaj, to jest tak, jakbym ci zaproponował czy wolałabyś się przespać ze starym Płatonowem, którego gram teraz, czy z młodym Stawroginem, którego grałem 15 lat temu… Przecież to absurd! Nie można bez końca pokazywać filmu, który się zrobiło 10 lat temu!

Widząc, że zaniedbujemy trochę panią Mészáros, zacząłem ją przepraszać za zabranie jej męża.
Ależ nic nie szkodzi – odparła z lekkim akcentem (za to określenie powinna mi być wdzięczna) – gadajcie sobie, gadajcie.
No ale jak pani się czuje tutaj w Chicago? Pierwszy raz w tym mieście? – zapytałem
21 filmów trzeba zobaczyć (i tu z ust Nowickiego wyrwało się niecenzuralne słowo, zaczynające się na taką samą literę, jak słowo „kreacja”). Ja byłam już tutaj wcześniej. Dwa moje filmy zdobyły nagrodę na tym Festiwalu. A co ja sądzę o tej otoczce? Ja to lubię. Mnie zawsze zachwycały takie duże miasta, tłumy ludzi… Tak, jak to lubię.

greydot

To był mój pierwszy festiwal w Chicago i choć odtąd co roku miałem nań akredytację, to dopiero po trzech latach mogłem pełniej uczestniczyć w filmowych seansach i bliżej śledzić jego repertuar, pisząc przy tym sprawozdania do polonijnej prasy. Wtedy, na XXVI chicagowskim przeglądzie kina światowego, zainteresowanie mass-mediów było duże. Fama Sophii Loren zrobiła swoje. Nie bez znaczenia było również to, że w przeszłości związane z nim były także takie sławy kina, jak np. Bette Davis, Harold Lloyd, Pier Paolo Pasolini, Mel Brooks, Orson Welles, Gloria Swanson, Arthur Penn, Sydney Pollack, Alan Parker, Martin Scorsese, Rainer Werner Fassbinder… Oprócz Sophii Loren do Chicago przybyli jeszcze wtedy: Robert Altman, Claude Lelouche, Jiří Menzel, István Szabó a nawet sam… Dennis Hopper, notoryczny „Bad Boy” Hollywoodu, którego możemy pamiętać choćby z filmu „Easy Rider”.
Niestety, chicagowski Festiwal z roku na rok jakby spuszczał nieco z tonu (chodziło głównie o względy finansowe), zmieniało się jego oblicze… cokolwiek blednąc.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 17 lutego, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Reklamy

komentarzy 29 to “RAGU SOPHII LOREN I TRUP BUGAJSKIEGO”

  1. dragonfly Says:

    No nie no, kurka wodna, Zośkę Loren widziałeś na żywo! Bardzo ją lubię i zazdraszczam po cichu.
    Ach, no i cóż za fascynująca historia – uwielbiam taki background. Że nie tylko gala, stroje, błyskotki, ale ten samochód i garnitur wypożyczony. To jest to, co stwarza świetną anegdotę. :-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Młody byłem, głupi… ale do dzisiaj rozgrzeszam się za tę moją ówczesną ekscytację z okazji bliskiego spotkania z Wielka Gwiazdą.
      W końcu – jak często spotyka się Sophię Loren? ;)

      • Torlin Says:

        Stasiu, nie obrażaj się na mnie, bo nie miałem w ogóle na myśli obrażenie Cię.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie ma sprawy. Nie mam w zwyczaju się obrażać, nawet jak ktoś celowo próbuje to zrobić (zmieniają się tylko moje stosunki z tą osobą – choć nigdy nikogo nie przekreślam ;) ) To byłaby zresztą dziecinada.
          A Ciebie znam na tyle, że nie posądzam Cię o złośliwość i chęć obrażania kogokolwiek.

  2. torlin Says:

    A mnie z trójki największych gwiazd włoskiego kina, doceniając oczywiście ich kunszt aktorski, to nie bardzo podobały się Sophia Loren i Gina Lollobrigida, a uwielbiałem urodę Claudii
    http://ricci.pinger.pl/m/3549149

  3. Jula :D Says:

    No tak, te wszystkie Włoszki to piękne kobiety, nawet i dzisiaj pomimo swoich lat. To pokolenie mojej mamy. :D
    Ty chyba widziałeś „słynną Zośkę”, kiedy Ona była i w Polsce. Ja oglądałam wywiad w TVP, to był pierwszy Tok-show, rozmawiał z Nią M. Szczygieł. Chyba nie przekręciłam Jego nazwiska. Na galowo była ubrana w tę samą czerwona suknie, co na Twoim zdjęciu i na spotkaniu (rozmowie) z Kwaśniewska w czerwonym kostiumie. ;)
    W latach 70-tych brała udział w jakieś komedii wówczas radzieckiej i z tej okazji tez była w Polsce. Były Jej zdjęcia w gazetach i w kronice. Młodsza wówczas była. Wtedy była jakaś taka rywalizacja miedzy Nią a B.B., tą słynną francuską. To znaczy, chodziło o typ urody, jedni preferowali ZL a inni BB. :D))))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wydaje mi się, że czas, kiedy takie kobiety wręcz ubóstwiano, minął – bo przeminęła pewna epoka kina, której były one ikonami.
      Dziś świecą gwiazdy jakby mniejszego formatu – ale to nie dlatego, że mamy gorsze aktorki, które na dodatek nie są już tak piękne. Mam wrażenie, że zmienił się stosunek tzw. „masowej” publiczności do popularnych aktorek – prysła jakaś magiczna aura, która wydawała się je dawniej otaczać.

    • Miriam Says:

      Jak już mowa o pojedynku SL z BB:

  4. Jula :D Says:

    Ps. A co sądzisz o tegorocznej gali oskarowej. Bez niespodzianek?..

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niespodzianką było to, że ani jednego Oscara nie dostały ani „American Hustle”, ani „Wilk z Wall Street” (filmy, moim zdaniem, bardzo dobre) – zwłaszcza dziwi to w przypadku tego pierwszego, który miał przecież aż 10 nominacji.

      Oscar dla „Zniewolonego”, uznanego za najlepszy film, to wg mnie przesada.

      Żałuję, że znowu pominięto Leonarda DiCaprio (nie ma on do tej pory żadnego Oscara, co wydaje mi się co najmniej dziwne) chociaż Matthew McConaughey, który dostał Oscara dla najlepszego aktora w roli pierwszoplanowej (za wystąpienie w „Dallas Buyers Club”) stworzył naprawdę świetną kreację, niewątpliwie oscarową.
      Cieszy mnie Oscar dla Kate Blanchet, bo filmie Woody’ego Allena „Blue Jasmine” zagrała naprawdę rewelacyjnie.

      Ogólnie więc: bez większego szaleństwa, impreza trochę nudnawa (nie dorastająca do pięt takiej choćby Grammy Awards), ale spodobało mi się to, że większość filmów nominowanych w kategorii Best Picture, to nie były obrazy stricte komercyjne – z tej puli szerokiego rozpowszechniania w multipleksach – a przy tym naprawdę dobre, na dość wysokim poziomie artystycznym.

  5. Simply Says:

    No właśnie, wszyscy naokoło tego ,, American Hustle’a” jadą w ciul, a Ty i jeszcze jeden mój kumpel ( któremu dosyc ufam w kwestii filmowej ) zachwalacie. Ergo- muszę to koniecznie obadac.
    Ja praktycznie nic nie widziałem z tego oscarowego miotu – nie ma włoskich horrorów,to niech się bujają na szczaw :D
    Ale miło, ze Mcconaughey paucził priemiu – nigdy go nie lubiłem, ale odkąd oglądam ,,True Detective” stałem się jego fanem ; on tu nie tyle przeszedł samego siebie, co nowego siebie zbudował.
    No i Cate Blanchett… ja tam wolę brunetki, ale w obliczu takiego zjawiska podziały nie istnieją. To jest arystokracja. To jest rozgrywająca w tej może najważniejszej alegorii – Królowa Śniegu Andersena.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W takim razie przekonaj się sam. „American Hustle” to może nie jest arcydzieło par excellence, choć to już blisko, blisko… Mnie ten film zaskoczył – pozytywnie. No i mnie się podoba taka trochę altmanowska formuła: dużo wątków, wielość postaci, narracyjna płynność, (a)moralne szelmostwo – i to wszystko pod włos masowym gustom. W pewnym momencie mnie ten film zachwycił (nie bez znaczenia jest w tym wszystkim muzyka, no i oczywiście świetne aktorstwo) – no ale z Tobą może być inaczej ;)

      „Dallas Buyers Club” zobacz koniecznie – Mcconaughey przszedł tam samego siebie, podobnie jak partnerujący mu Jared Leto, (któremu zresztą też dali Oscara). Chłopaki są w tym filmie niesamowite.
      „Wilk” też nie jest zły (chodzi mi o filmową robotę Scorsesego i aktorstwo DiCaprio), podobnie jak „Gravity”… Podbał mi się „Kapitan Phillips”, a nawet „Her” (to pewnie przez to, że czasem robię się sentymentalny ;) )
      Co do „12 Yeras a Slave” – nie mogłem uwierzyć, że ten film zrobił MacQueen (ten sam od „Głodu” i „Wstydu”). Nie jest to wprawdzie jakaś katastrofa, ale czego innego się spodziewałem.

      Przeraziły mnie natomiast Goldie Hawn i Kim Novak :(

  6. Simply Says:

    No to zapodamy. ,,Her” jestem ciekaw, też czasem bywam sentymentalny ( chociaż się nie przyznaję :D ) – drugą i trzecią część Linklatera tez muszę w końcu zaliczyc, bo już zapomniałem, że uwielbiam ,,Przed Wschodem Słońca”. No i przede wszystkim ,,Inside Llewelyn Davis” – most wanted.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Mnie tam teraz wszystko jedno, co kto sobie pomyśli, więc się do napadów sentymentalizmu przyznaję ;)

      „Przed północą” też dobre (Delpy i Hawke się nagadali, ale wypadło im to moim zdaniem znakomicie – nie nudziłem się na tym filmie ani minuty). Podobno ostatni film Linklatera („Boyhood”) też mu nieźle wyszedł.

      „Inside Llewelyn Davis” to jedyny film – z tych ostatnich, wartych uwagi – którego nie widziałem. Ale mnie to oczywiście obchodzi (wszystkich „coenów” oglądam „jak leci”) – więc obejrzę, jak tylko pojawi się na DVD.

      • Torlin Says:

        Tak jak oczarowany byłem „Przed wschodem słońca” i „Przed zachodem słońca”, tak „Przed północą” znudzić mnie nie znudził, ale nie miał magii tamtych filmów. To dokładnie tak, jak z nowym „Wiedźminem” Sapkowskiego, niby to samo, ale to nie to.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Może miały magię, bo para Delpy – Hawke nie była jeszcze w tych dwóch pierwszych filmach małżeństwem, tak jak to jest w „Przed północą”, gdzie cały film, to właściwie jedna długa małżeńska kłótnia?
          Żartuję ;)
          Prawdziwa miłość w małżeństwie dojrzewa i najgłębsza potrafi być nawet w starości.

  7. margo Says:

    A ja o Sophii Loren chcę coś powiedzieć. Zostawiając na boku opinie („zdradziła czy nie zdradziła Europy?”- bo taki problem niektórych trapi) pewne jest to, że to Carlo Ponti ‚stworzył’ Sophię Loren i nikt inny, tylko właśnie on, kierował jej karierą. Nadawał jej kierunek i tempo. Skoro uznał, że jego protegowana gotowa jest na podbój Hollywood, to wysłał ją do USA. Akceptował kontrakty, w których zobowiązana była do zagrania w określonym czasie, w określonej liczbie filmów (a że najczęściej liczba ta wynosiła 3-4 na rok, niemożliwe było, aby pojawiała się jeszcze w europejskich produkcjach). Takie są fakty a teraz moja opinia.
    Jako, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością (primo), Ponti jako producent wciąż potrzebował pieniędzy na nowe produkcje (secundo) i sam nie miał, najwyraźniej, sprecyzowanej wizji dotyczącej Sophii jako aktorki (tertio) – wyszło więc jak wyszło. Praktycznie wszystkie filmy (z wyjątkiem „Domu na łodzi”, „Zaczęło się w Neapolu” czy „Cyda”) okazały się w USA klapą. Natomiast sama Loren wielokrotnie natomiast podkreślała, że klęska w Hollywood – paradoksalnie – pozwoliła jej zrobić międzynarodową karierę. Mogła bowiem wrócić do rodzimej Italii i – wspólnie z Vittorio De Sicą – nakręcić swoje najlepsze filmy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekawe spostrzeżenia.
      Niewielu europejskich aktorów zrobiło karierę w Hollywood. Nie da się ukryć, że jednym z powodów była bariera językowa, chociaż Brytyjczyków też nie było za dużo.
      Poza tym, rzeczywiście kino amerykańskie zawsze różniło się od europejskiego – co też nie było bez znaczenia w podejmowaniu decyzji o tym, czy wyjechać do Hollywood, czy zostać w Europie.

      Nieco inaczej jednak sprawy miały się z reżyserami i operatorami (tu można wspomnieć choćby o „naszym” Romanie Polańskim, czy kamerzystach, których jest cała plejada: Janusz Kamiński, Sławomir Idziak, Andrzej Bartkowiak, Dariusz Wolski, Andrzej Sekuła…)

  8. Simply Says:

    ,,…Niewielu europejskich aktorów zrobiło karierę w Hollywood…”
    Ee, nie było tak żle – chocby Marlena Dietrich i von Stroheim z przedwojennych. A Anglików i Irlandczyków to było całkiem sporo ( O’Toole, Burton, Mason, Lee, Harris, Caine, McDowell, Roth, Hopkins, Oldman, Day Lewis….) Trafiali się Szwedzi ( von Sydow, Skarsgard ) , Francuzi ( Reno ), Holendrzy ( Hauer ) Chorwaci ( Serbedzija ) i od groma ludzi z Antypodów… Osobna kategoria międzynarodowych gwiazd, to mistrzowie sztuk walki.
    Gorzej miały aktorki – nasza Pacuła nie wybiła się ponad thrashowe B klasowówki ( ale u mnie szacun, lubię takie kino ) , Isabelle Adjani zagrała tylko w ,,Driverze” Hilla, a Isabelle Huppert w ,, Wrotach Niebios” ( imo genialny film, ale jako trampolina do dalszej kariery, to chyba ostatni z możliwych :(
    Za to Julie Christie się udało.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No tak, jak ich tak do kupy zebrać, to jest tego sporo (mówię o Anglikach i Irlandczykach).
      Można jeszcze tu dorzucić – z tych współczesnych – choćby Schwarzeneggera, Banderasa, Fassbendera…

      Na pewno wiesz, że nawet nasza Kasia Figura pojawiła się w paru filmach Altmana.
      Ale już taka Binoche się opierała i zamiast w „Parku Jurajskim” u Spielberga wolała zagrać w „Niebieskim” u Kieślowskiego.

  9. Simply Says:

    Pamiętam, mignęła w „Pret A Porter” ( Sophia Loren i Mastroianni zresztą też )
    Swoje 5 minut miała utalentowana Portugalka Maria De Medeiros ( ,,Henry & June” , Pulp Fiction” ) i bardzo ale to bardzo ponętna i nie mniej uzdolniona Szwedka Lena Olin.
    Amerykańskim filmem, gdzie błyszczał kwiat euro-aktorstwa była ,,Nieznośna Lekkość Bytu”, ale kręconym w Europie.
    Natomiast jak chodzi o reżyserów, to zdarzały się też ciekawe transfery w drugą stronę ( Losey, Kubrick )
    No i dwa spośród swoich arcydzieł stworzył w Europie Sam Peckinpah: ,,Nędzne Psy” ( Anglia ) i ,,Żelazny Krzyż” ( Anglia-RFN- Jugosławia ).

  10. Stanisław Błaszczyna Says:

    Tak jeszcze a propos ostatnich Oscarów :)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/03/nice.jpg?w=780
    People can be nice


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s