Z TATR W GÓRY SKALISTE

(zapiski z podróży)

Tatry

Tatry

.

iTatry.
Nie było mnie w tym miejscu 30 lat! Z mojej licealnej wycieczki pamiętam jedynie niewyraźne scenki z domu Tetmajera, cieniutkie nóżki naszego przewodnika i jakieś mgliste obrazki znad Morskiego Oka.
Cały majestat Tatr pozostał dla mnie nieodkryty. Czyżby dopiero dzikość, pejzażowa monumentalność i niezmierzoność amerykańskiego Zachodu obudziły we mnie wyczulenie na otaczający nas spektakl Natury?
Tak więc Tatry objawiły mi się tak, jakbym widział je po raz pierwszy. I zagrało we mnie to uczucie, jakiego doświadczałem często w obliczu nowo poznanych miejsc, które porażały mnie swoją niezwykłością i pięknem.
Nie wydaje mi się abym był zupełnie wolny od plemiennego sentymentalizmu, ale tym razem radość z obecności na ziemi o takiej urodzie była całkowicie wyzbyta jakiejkolwiek patriotycznej konotacji. Góry polskie czy słowackie? Jakież to mogło mieć znaczenie? Niedorzeczna wydała mi się myśl, aby szczycić się czymś, czego posiadanie zawdzięczamy jedynie geograficznemu przypadkowi.

Przeraziły mnie tłumy wdrapujące się po asfaltowej drodze ku Morskiemu Oku. Nie chcę wszak, aby ta niechęć do ludzkiej ciżby została tu źle zrozumiana. Większość z nas, od czasu do czasu lubi być w tłumie, ja również… ale nie w górach, które zawsze uważałem za miejsce gdzie można się wyciszyć, zagłębić w samotności, zajrzeć w siebie… Także zakosztować przyrody, zmierzyć z surowością natury.
Cenię doświadczenie wspólnoty z większą grupą ludzi, ale nie na górskim szlaku.

Zakopane, Krupówki.
Cóż, wydaje mi się, że straciły one swój dawny charakter, a nie wyrobiły sobie jeszcze nowego. Dlatego kosmopolityczne tłumy turystów przewalające się po tym głównym deptaku Zakopanego równie dobrze mogłyby się czuć w jakimkolwiek austriackim, szwajcarskim czy niemieckim górskim miasteczku. Oscypki, kwaśnica czy nawet góralskie u-orkiestry to za mało.
Pizza Hut i Kentucky Fried Chicken gryzą się z wylizanymi, silącymi się na autentyczną góralszczyznę karczmami. Gabinet figur woskowych, sklepy ze szwarcem, mydłem i powidłem, tandetne pamiątkarstwo – cała ta eklektyczna rupieciarnia w nader wątpliwym estetycznie guście wchodzi nam na głowę.
Mimo to wszechobecny luz wakacyjnego lenistwa robi swoje i daje się odczuć owa beztroska atmosfera będąca udziałem ludzi, którzy zostawili za sobą swoje powszednie światy. Zawieszeni w obcym ale jednak przyjaznym miejscu, mogą zapomnieć o swoich harmonogramach. Mogą się stać kimś innym, może nawet… sobą i niewykluczone, że niektórym z nich jest z tym ostatnim wcieleniem dobrze.

Do hotelu Belvedere trafiłem właściwie przez przypadek. Kiedy znalazłem się w jego wnętrzu, przypomniała mi się sarkastyczna opinia Passenta na jego temat, z którą gdzieś niedawno się zetknąłem.
Nie podzielam jego zdania o rozpanoszonym tu „najgorszym guście”, niemniej jednak miałem wrażenie, że jest to obiekt jak najbardziej nie na miejscu – już sama nazwa (podobnie jak sąsiedni „Wersal”) wydała mi się pretensjonalna, przystająca do Zakopanego jak kareta do wołu.
Być może w ogóle luksus nie pasuje z natury rzeczy do takich miejsc jak Zakopane, a już na pewno luksus bezstylowy i kosmopolityczny.

Niestety, moje poszukiwanie kwatery na Kościeliskach spęzło na niczym, nie chciałem też utknąć w jakimś pensjonacie w samym mieście.
Belvedere zaś leżał na uboczu, przy drodze Do Białego, otoczony lasem i spokojem. Za płotem zaczynał się szlak, w ciągu minuty człowiek był wśród drzew, ptasich świergotów i szumu strumienia. Przejście z „miasta” w góry odbywało się niemal natychmiast. A wystarczyło dziesięć minut na szlaku, by przeżyć kilka przygód: pies kąpiący się w potoku, niezwykłe kwiaty i narośle na liściach, kryjące się wśród drzew stare schronisko…
Maleńkie fragmenty świata, składające się, niczym puzzle, w hedone – wielką radość i przyjemność życia.

greydot

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

Granite Park Chalet (Glacier National Park, Montana)

.

ii

Od kilku dni jestem w Montanie.
To ciekawe doświadczenie porównać nasze polskie góry (w których byłem zaledwie dwa tygodnie wcześniej) z amerykańską “dziczą” Gór Skalistych, z którą zderzam się teraz.
Miejsce jest mi znane, gdyż bywałem tu już wielokrotnie: to leżący na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady Park Narodowy Lodowców (Glacier National Park). Nigdy jednak nie miałem aż tyle czasu co teraz, by zapuścić się na dłużej w dzikie górskie ostępy – by wędrować całymi dniami wśród lasów, jezior, skał i lodowców.

Słowa te piszę w miejscowości Saint Mary, leżącej na pograniczu Parku Lodowców i rezerwatu Czarnych Stóp.
O tych stronach powiedzieć można sporo, jednakże chciałbym skupić się na pewnym niezwykłym dla mnie doświadczeniu, jakim było spędzenie nocy w odciętym od świata, położonym w samym sercu gór, schronisku.

Aby dostać się do Granite Park Chalet trzeba pokonać kilkunastokilometrowy szlak: Swiftcurrent Pass Trail lub Highland Trail. Wybrałem ten pierwszy, być może dlatego, że wymagał znacznie większego wysiłku. Trzeba było bowiem wspiąć się kilka kilometrów na wysoką przełęcz, po bardzo stromym zboczu, mając tuż obok kilkusetmetrowe przepaści – a wszystko w towarzystwie śnieżnych kozłów, kolorowych skał, grzmiących kaskad i śniegu.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając złotym blaskiem okoliczne doliny. Wkrótce różowym płomieniem zapaliły się górskie szczyty, przechodząc stopniowo w głęboką purpurę. Na niebie kłębiły się chmury, ciągle zmieniając – niczym w jakimś zaczarowanym kalejdoskopie – swoja barwę i kształty.
Prawie godzinę siedziałem oniemiały na tarasie schroniska przyglądając się temu Wielkiemu Spektaklowi na Niebie.
Wkrótce na niebo wysypały się gwiazdy, wzeszedł księżyc ogarniając srebrną poświatą górskie zbocza, granie i szczyty.
Długo nie moglem zasnąć. Mimo zamkniętych oczu ciągle widziałem te wszystkie obrazy, które otaczały mnie dzisiejszego dnia.

Ja, nieodrodny wspólnik wielkomiejskiej cywilizacji, zdaję sobie doskonale sprawę z namiastkowości podobnych doświadczeń.
Dawno minęły już czasy, kiedy dotarcie do takich miejsc wymagało wielotygodniowej przeprawy – końmi lub pieszo – przez dziewicze puszcze i górskie bezdroża; zdania się tylko na siebie – na własną znajomość elementarnej szkoły przeżycia, na którą składały się obycie z przyrodą, zdolność orientacji w terenie, wytrzymałość, twardość, determinacja…

Czy możliwy jest nasz bezwarunkowy powrót do natury?
Czy możemy otrząsnąć się z naszych cywilizacyjnych naleciałości?
Wydaje mi się, że nie jest to już możliwe, nawet jeśli chcielibyśmy poświęcić temu całe nasze życie.
Zresztą, podobne tęsknoty są chyba wyrazem naszej naiwności. Zaczęliśmy je artykułować jeszcze przed Oświeceniem, a już na dobre rozkwitły one w dobie Romantyzmu.
Najwyraźniej odbiło się to w pismach Jana Jakuba Rousseau, który kreślił wizje Natury jako naszego Raju Utraconego. Jemu też zawdzięczamy rozwinięcie archetypu noble savage – Szlachetnego Dzikusa, istoty prostej, niewinnej, nie zepsutej jeszcze przez cywilizację. Swój wpływ miały również powieści Williama Dafoe (przygody Robinsona Cruzoe na bezludnej wyspie), czy też Jonathana Swifta (podróże Guliwera do różnych bajecznych krain)… etc.

W naszej kulturze zrodziła się utopia szczęśliwej nieskażonej krainy, naturalnego raju.
Utraconego na zawsze?
A może nigdy nie istniejącego?

greydot(zapiski pochodzą z 2008 r.)

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island – Park Narodowy Lodowców w Montanie

Widok na Saint Mary Lake i Wild Goose Island w Parku Narodowym Lodowców w Montanie

© ZDJĘCIA WŁASNE

Powiązane wpisy: „Spotkanie z grizzly” , „Natura – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie”

Zdjęcia z Parku Narodowego Lodowców w Montanie obejrzeć można TUTAJ.

.

Reklamy

Komentarzy 19 to “Z TATR W GÓRY SKALISTE”

  1. Jula :D Says:

    No nie, na mnie zawsze w Zakopanem robiły wrażenie góry, które ze wszystkich stron „górowały” nad miastem. ;)
    Przeważnie spałam u pijanych i głośnych górali, pech?..;) I raz w domu wczasowym też piknie położonym za miastem wkomponowanym architektonicznie w tło chat góralskich, tam pracowali rodzice tych naszych bliźniaczek alpejek, co teraz we Francji są, bo za francuzów się wydały. ::D
    Tam w poprzednim Twoim wpisie, na tym zdjęciu na plantach, to stoisz na tle jakiego budynku?… Czy to jest gmach teatru Słowackiego bokiem ?..
    Ja stwierdzam, że Ty jesteś taki klasyczny „Tramp” z zamiłowania, z wyboru, czy niejako z przypadku ?..
    Zaśmiałam się, gdy przeczytałam, że Torlin odkrył iż się różnicie.
    On ma rodzinę nadal przy sobie i stałe miejsce od zarania, i z niego tylko od czasu do czasu wybywa na krótkie wypady.
    Ty masz w swoim życiu kilka takich punktów zaczepienia bo: dom rodzinny, miejsce związane ze studiami, no i teraz swoje stałe miejsce, punkt zaczepienia w Chicago w USA, a to jest zupełnie inna baza i doświadczenie niż u Torlina. ;)
    Pozdrawiam i informuje, że cały czas czytam z dużą przyjemnością te Twoje wrażenia przy poznawaniu naszej planety. Hahaha.. Pa! ::D ))

    • Torlin Says:

      Hahaha.. Pa! ::D ))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja też wybrałem się do Zakopanego przede wszystkim dla gór. Bardzo żałuję, że nie mogłem w nich zostać dłużej – wybrać się z plecakiem na górski szlak przynajmniej na kilka dni, pochodzić trochę po słowackiej stronie…

      PS. Masz rację, ten budynek na zdjęciu w moim poprzednim wpisie, to oczywiście Teatr Słowackiego.

  2. dragonfly Says:

    Mnie Zakopane mierzi. To jedno z tych miasteczek, które zjadły własny ogon i żywi się teraz swoją legenda sprzed stu lat. Tatry wybieram po słowackiej stronie.
    A wypadu do Montany „zazdroszczam” jak nie wiem co. :-)

  3. maria Says:

    Nie chodziłeś nigdy po Tatrach? Miałam to szczęście, że z grupą znajomych w czasie studiów (lata 80-90) jeździliśmy w miarę regularnie w Tatry – obowiązkowo weekend majowy, czasami jakiś sylwester, czy wrześniowy wypad. Tatry Zachodnie, Wysokie. Już wtedy nigdy nie zatrzymywaliśmy się w Zakopanem, bo obciach :) Na dworcu szybko łapaliśmy autobus najczęściej do Kir – do Doliny Kościeliskiej. 2 godziny piechotą do schroniska na Ornaku, a potem chodzenie po górach, z plecakiem, z jedzeniem, termosem, śpiworem, karimatą. Do tej pory pamiętam zapach krystalicznie czystego powietrza, zawsze mieliśmy szczęście do pogody, słońce, niebieskie niebo i to powietrze, i jeszcze smak herbaty z termosu z cytryną, zawsze za mało dla odwodnionego organizmu, smak kanapek z konserwą. I pamiętam też niesamowite szczęście na szlaku, bo różne rzeczy nam się zdarzały, w maju było jeszcze mnóstwo śniegu i o wypadek nie było trudno. Sylwester w schronisku na Ornaku, gdzie wszyscy w luźnych strojach tańczyli do upadłego prawie zupełnie bez alkoholu, żeby po północy pójść w góry na wschód słońca. To były najlepsze lata mojego życia …
    W ubiegłym roku, w listopadzie po wielu latach wybrałam się na wycieczkę sentymentalną do Zakopanego, żeby w końcu zobaczyć co jest po drugiej stronie dworca :) Przemilczę litościwie Krupówki i ten cały folklor, którego chyba już sami górale nie mogą znieść, wspomnę tylko, że na Krupówkach grał zespół górali (Indian) z Peru :) Cóż znak czasu. Oczywiście wybrałam się też na spacer piękną Doliną Kościeliską i pomimo niezbyt niestety klarownych widoków – listopadowa mgła, pamiętałam jeszcze ten mój zachwyt, kiedy w mroźny grudniowy poranek pierwszy raz tam się znalazłam. Oczywiście jak wtedy, tak i teraz w schronisku na Ornaku wypiłam herbatę z cytryną, kubki takie samy białe, duże, stołówkowe z czasów PRL-u. Teraz mogłam sobie nawet pozwolić na szarlotkę prosto z pieca. Wtedy brało się tylko wrzątek :) To było bardzo wzruszające wrócić po latach do miejsc, gdzie doświadczyłam tyle wspaniałych emocji. Mam nadzieję, że na wiosnę znów się wybiorę w Tatry, ale ominę Zakopane. Ach, oczywiście dworzec też zwiedziłam, bo wtedy przed laty zdarzyło nam się raz spać na drewnianych ławkach w poczekalni… hmm czas tam się zatrzymał. Ławki te same. Ze szczególnymi pozdrowieniami dla mojego towarzystwa z tamtych lat, coś w tych górach było (jest), bo do tej pory mamy ze sobą kontakt.
    Pozdrawiam serdecznie, oczywiście także Ciebie :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Bardzo ładny, nostalgiczny opis. :)
      Tak, to musiał być piękny czas.
      Ja bardzo żałuję tego, że kiedy mieszkałem w Polsce, byłem w Tatrach tylko raz. Częściej jeździłem natomiast w Bieszczady (zarówno na rajdy piesze, jak i w odwiedziny do rodziny, która mieszkała w Ustrzykach Dolnych – uwielbiałem wyjeżdżać tam na wakacje).
      Teraz widzę, żę z tą moją absencją w Tatrach to był mój wielki błąd, który wszak trudno mi jest teraz naprawić.
      Bakcyla chodzenia po górach złapałem dopiero w Stanach (wpierw, niejako zawodowo – przez kilka sezonów w latach 90-tych pracowałem bowiem w turystyce; następnie podczas wypraw prywatnych – miałem to szczęście, że moja żona też bardzo lubi chodzić po górach).
      W Ameryce istnieją tysiące kilometrów szlaków – głównie w parkach narodowych – ma których można odpocząć od naszej kochanej cywilizacji. Przepiękne są zwłaszcza dwa: Park Narodowy Mt. Rainier w stanie Waszyngton i właśnie Park Narodowy Lodowców w Montanie (przechodzący w park Waterton Lakes po stronie kanadyjskiej). Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o góry w Ameryce, bo są przecież jeszcze Sierra Nevada w Kalifornii, czy Apallachy na Wschodzie.
      Naprawdę piękna jest amerykańska ziemia.
      Ale Tatry też przecież są piękne.
      Na całym świecie jest wiele pięknych zakątków.
      Żyć nie umierać ;)

  4. Stanisław Błaszczyna Says:

    Dwa cudowne miejsca do chodzenia w Ameryce po górach:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/02/waterton-glacier1.jpg?w=780
    Na szlaku w Glacier NP

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/02/mt-rainier1.jpg?w=780
    Na szlaku w Mt. Rainier NP

  5. Anka Leszczyńska Says:

    kocham Tatry, mają miejsce w moim sercu, tęsknie tylko za czasami gdy na szlaku było prawie pusto…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Teraz podobno też znaleźć można takie miejsca w Tatrach, gdzie tłoku na szlaku wielkiego nie ma.
      Jeśli o mnie chodzi, to też nie lubię, kiedy jest zbyt dużo ludzi na szlaku, ale zupełnej pustki tez nie lubię.
      Dobrze się czuję, jak spotykam od czasu do czasu jakąś pokrewną duszę górskiego łazęgi ;)

  6. lMdm Says:

    Pięknie opisanie, zilustrowane. O takiej tęsknocie mówi mój film życia – The Rugged Gold. Polecam. Trudno pewnie dostępny, ale… Tam Alaska i niezwykły klimat stwarzany przez człowieka człowieczeństwem właśnie – w kontraście z „savage” odbija się jeszcze lepiej.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie znam tego filmu ale zaciekawiłaś mnie, bo też lubię Alaskę.
      Zresztą, jest kilka dobrych filmów z akcją na Alasce – gdzie człowieczeństwo, jak piszesz, odbija się w kontraście z “savage”. Przypominają mi się tutaj choćby „Runaway Train” Konczałowskiego, „Grizzly Man” Herzoga, „Insomnia” Nolana, „Into the Wild” Penna, „The Grey” Carnahana…

      • lMdm Says:

        Ty zaciekawileś mnie, taak, sprawdziłam i widzę, że w świadomości miałam jeszcze właśnie „The Grey”. Dziękuję serdecznie za namiary i trailer.

  7. maria Says:

    W takim razie załączam jeszcze kawałek pięknej muzyki z amerykańskimi górami na horyzoncie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Kiedy tak oglądałem to video i słuchałem tej odlotowej muzyki, to się zastanawiałem, gdzie to mogło być nakręcone. Na pewno na tzw. Desert Sotuhwest. Najprawdopodobniej w Kalifornii lub Nevadzie – być może gdzieś w okolicach Doliny Śmierci, lub może nawet w samej Dolnie.
      I tak a propos: kiedy lata temu prowadziłem wycieczki w tamtych okolicach, poszczególne krajobrazy „ilustrowałem” specjalna muzyką. W Dolinie Śmierci była to zwykle „Enigma” lub „Era”. Te pustynne pejzaże robiły wtedy jeszcze większe wrażenie.

  8. palanee Says:

    Ja na razie muszę chodzić po polskich/czeskich/słowakich górach. Ale mam nadzieję, że już za rok się to zmieni i ruszę dalej ;) W Polsce ukochałam sobie Pieniny, które w sumie leżą niedaleko Zakopanego. Piękne miejsce, choć i tu coraz więcej gwaru – przez to nie wybieram Szczawnicy, która przeraża właśnie tandetą, straganami, przepychaniem i sznurkiem samochodów jeżdżących wąskimi uliczkami.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No tak, ale to „muszę” nie jest chyba takie nieznośne ;)
      Mnie marzy się jakaś kilkudniowa co najmniej eskapada po polsko-czesko-słowackich górach.
      Ale w Alpy też by się poszło ;)

      • palanee Says:

        Znośne jak najbardziej, choć człowiek po obcowaniu z naturą w górach, ma ochotę na więcej :) Alpy to już wyższa szkoła jazdy, ale jak bym miała tylko taką możliwość… ;)

  9. Twierdza Genueńska w Sudaku - Krym, Ukraina | Hard News Says:

    […] twierdzę znajdująca się w mieście Sudak w południowo-wschodniej części Krymu na skalistych wzniesieniach nadmorskich. […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s