ŚLADY NA BRUKU, ŚLADY NA PIASKACH…

(z zapisków rozproszonych XII)


.

Cudowny dzień w Krakowie. Rynek cały w słońcu i kolorach, podobnie sam Wawel.
Atmosfera turystycznej sielanki, lecz autentyzm jakby wyparował – duchy historii ulotniły się gdzieś, może zeszły do podziemi?
Rozkopano Rynek, wymieniono bruk na Floriańskiej… Ta nowa kamienna kostka nie podoba mi się wcale. Bardziej przypomina beton niż dawne kocie łby, które nosiły jeszcze ślady końskich podków, dorożek i karocy. Miliony śladów pozostawionych przez wieki na ulicach miasta. Nagle to wszystko znika – powstaje obiekt dla turystów.

Kraków po wojnie ocalał ale teraz obawiam się, że może się stać podobny tym sztucznym niemieckim miastom bez duszy, które legły w gruzach i zostały później odbudowane, tyle że od tamtego czasu przypominają już tylko budowle z klocków lego. (Takie wrażenie zrobiła na mnie np. Norymberga.)

Jakim sposobem zdołali zachować autentyzm swoich miast np. Włosi? Tam, wkraczając do Kortony, San Gimignano czy nawet do Asyżu, człowiek ma wrażenie iż cofa się w czasie. Autentyczny jest Rzym, autentyczna jest – mimo pewnego zaniedbania (a może właśnie dzięki niemu) – Florencja, dzielnie trzyma się Piza, a zwłaszcza jej krzywa wieża…

Przewodnik na Wawelu mówi, że po śmierci Jana Pawła II Kraków ma więcej zwiedzających niż Rzym. Ale jest to chyba jakaś nasza zaściankowa przesada. Pod tym względem bije na pewno Kraków Praga, gdzie – obiektywnie rzecz ujmując – jest znacznie więcej interesujących dla cudzoziemskiego turysty zabytków.

Nawiasem mówiąc, to miasto naszych południowych sąsiadów jest chyba najbardziej malowniczą ze wszystkich europejskich stolic, więc konkurencję mamy godną.

greydot
Kiedy myślę o krakowskich plantach, to mam w głowie zielono, ale także biało i szaro. Takie zmieniające się w rytm pór roku planty zapamiętałem z czasów, kiedy tu mieszkałem.
Klony, akacje, lipy, wiązy i oczywiście kasztany – drzewa uginające się od śniegu w zimie, rozczapierzone szaro-czarnymi gałęziami jesienią, ogarnięte zielonym żywiołem liści wiosną i latem.

Dzisiaj wtopiłem się w atmosferę tego miejsca, chcąc go przeniknąć… przesiąknąć tym wszystkim, co go tworzy.
Obszedłem planty dookoła. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, ale prawie w ogóle go nie używałem, chłonąc otaczające mnie zewsząd obrazy bez pomocy obiektywu.
Tak czasami jest lepiej.

Patrzę na ludzi. Mnóstwo ludzi. Jakież to miriady światów! (Bo przecież każdy człowiek to świat sam w sobie.) Każdy z nich zajęty jest jednak sobą albo własnym towarzystwem.

Czy ktoś zwraca uwagę na to bogactwo?
Świadomie – chyba nikt.

Przyglądając się tej tętniącej polskiej rzeczywistości, która wylała się na krakowskie planty, zwracam się ku źródłom. Stąd wypłynęła rzeka mojego czasu – upływającego życia.
Jednak czy jest to rzeka mojego dzieciństwa? Czy to jeszcze ten gwałtowny nurt mojej młodości? Czy to głębokie, mocno zarysowane koryto wieku dojrzałego, którym wody płyną pewnie i bez większych wirów?
A może gdzieś tam, za następnym przełomem, znajduje się już cicha toń starości?

Teraz widzę te różne ludzkie światy i każdy z nich, mimo że obcy, w jakiś sposób odbija się echem w mojej duszy. Ci wszyscy ludzie gdzieś we mnie są obecni, każdy z nich jest cząstką mnie samego. I ja sam, gdyby oni uświadomili sobie moją obecność, stałbym się cząstką ich samych.

Oto stara żebraczka klęczy na czarnym asfalcie, pochyla głowę do ziemi, wyciągając przed siebie starą, drżąca rękę… Młoda kobieta podchodzi do mnie z prośba o “złotówkę na mleko dla dziecka”. Dwóch błogo uśmiechniętych meneli siedzi na krawężniku i karmi gołębie. Elegancki pan z laseczką i binoklem, poruszający się nie pozbawionym wdzięku truchtem. Madame w kapelusiku z kolorowym piórkiem. Robotnik w brudnym ubraniu prowadzący rower. Studentka z przyklejoną do ucha komórka. Pijak sikający pod murem. Pani prowadząca za rękę małą  dziewczynkę. Mężczyzna wyjaśniający coś swojemu synowi. Młody chłopak z psem podobnym do pudla ale wielkości bernardyna…
Zwykli niezwykli ludzie… A są ich tłumy!
Setki różnych – setki podobnych do siebie – żywych światów.

I ta zakochana para na ławce. Piękni i młodzi. Ona siedzi na jego kolanach, obejmuje go za szyję, głaszcze mu włosy, uśmiecha się… ze spojrzeniem utopionym w jego oczach.
Czułe, „banalne” con amore zdolne roztkliwić (bez wstydu posądzenia o tkliwość) nasze serce.

Piszę to wszystko w miejscu o wdzięcznej nazwie “Bunkier café”, które jednakże bunkra nie przypomina w niczym. To pełna młodych ludzi i ich ożywionego gwaru kawiarenka na świeżym powietrzu.
Stoliki na drewnianej podłodze, przeszklony dach, a nad nim… rozpostarty na płótnie wielki napis: OK! WYSPIANSKI.

Ach… jeszcze te kobiety, kobiety, kobiety! Po ulicach (i parkach) polskich miast chodzą najpiękniejsze kobiety świata! W żadnym europejskim mieście nie widziałem tak wielu kobiet o tak wielkiej urodzie. Co tam Włoszki, Hiszpanki, Francuski, Angielki… Polki i jeszcze raz Polki! Boże… tylko one mogą mnie odciągnąć od takiego tematu jak Wyspiański.

greydot
Prawdę mówiąc to nie mam nic przeciwko temu, aby zostawiać pewne sekcje miast tak, jakby były one “zawieszone w czasie” (to nie chodzi jednak o jakiś skansen). Dzięki temu możemy mieć wrażenie historycznej ciągłości, wgląd w dawne epoki i architektoniczne klimaty, o zachowaniu zabytków nie wspominając. Ale wiadomo, że miasto musi się rozwijać – i tu trzeba jednak iść na kompromis, projektując i budując tak, aby to wszystko się ze sobą nie “gryzło”, aby sprawiało wrażenie jakiejś harmonii. To właśnie powinno być w gestii dobrych architektów od zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że ekipy (i projekty) się zmieniają i każdy chce wrzucić swoje trzy grosze. No i rezultatem tego bywa niekiedy bałagan.
Mnie np. przykro było nie tak dawno patrzeć na centrum Warszawy – te hangary i bazary wokół Pałacu Kultury, chociażby. Przypominało mi to jakąś architektoniczną katastrofę.
Kraków próbuje się jakoś trzymać, ale te wszystkie restauracje stylizowane architektonicznie, zabijają jednak autentycznego “staromiejskiego” ducha i zakłócają historyczny klimat.

Bardzo mi się podoba chicagowskie downtown (moim zdaniem najładniejsze z wszystkich nowoczesnych śródmieść amerykańskich miast) – mimo zastosowania wielu ciekawych, odważnych, a może i ekscentrycznych pomysłów.
W Ameryce wieżowce mnie nie rażą, ale do Europy mi trochę nie pasują (może jest to jakiś mój percepcyjny błąd, uprzedzenie?) Nie wiem co np. myśleć o paryskim La Défense. Znam kontrowersje, jakie wokół tej sekcji Paryża się podniosły – i całe te perypetie z budową tych wszystkich futurystycznych brył. Dla mnie to było ciekawe, ale ja patrzyłem na to jako przybysz z zewnątrz, który przyjedzie na chwilę, popatrzy sobie, porobi trochę fajnych zdjęć i pojedzie. Natomiast inaczej to wszystko mogą odczuwać ci, którzy tam mieszkają lub muszą pracować. Wtedy ta cała futurystyka może nieco człowieka alienować, bo rzeczywiście wygląda to trochę jak twór z innej planety.
Ogólnie rzecz biorąc, nie mam jakiejś szczególnej awersji do współczesnej architektury. Są przecież projekty, które robią na mnie spore wrażenie.

greydot
Codziennie przemierzam dziesiątki mil po chicagowskich drogach i autostradach. Setki tysięcy metalowych pudeł na kółkach, zdążających we wszelkich możliwych kierunkach – a w środku każdego pudła człowiek, niczym kosmita z krwi i kości odgrodzony od sztucznej cywilizacji, która go pochłonęła. Czy jednak ktoś zdaje sobie sprawę z owej sztuczności, obcości, wyalienowania… „postępu”, którego stał się ofiarą?
Nasz cywilizacyjny obłęd nie wydaje się nam czymś nienormalnym, dzięki temu, że prawie wszyscy go akceptują, nie wyobrażają już sobie innej rzeczywistości – po prostu wszyscy jesteśmy w tym zatopieni po uszy.
To dlatego, kiedy zdołam jakoś uciec poza wielkie miasto – w góry, lasy, wśród kaniony czy na pustynię – opanowuje mnie zdziwienie i wyłania dylemat: który z tych światów jest bardziej prawdziwy: ten, który stworzyliśmy, czy ten, który stworzył nas?
A może to są jednak te same światy?
greydot
Wyobraźmy sobie, że człowiek żyjący kilkaset lat temu, zostaje przeniesiony w nasze czasy. Jeśliby natychmiast nie postradał rozumu, to na pewno stwierdziłby, że znalazł się w obłędnym świecie. Oto dowód na to, jak wielkim gwałtem na naszej mentalności (chodzi mi oczywiście o mentalność gatunku Homo sapiens) może się wydać współczesna cywilizacja.
Zdumienie mnie ogarnia, kiedy przypomnę sobie, jak wrażliwi skądinąd ludzie, piali peany i płodzili wzniosłe poemata na cześć maszyny.

greydot
Natychmiast po spisaniu tych myśli spojrzałem jednak na drugą stronę medalu. Czy jednak dzięki rozwojowi cywilizacji nie czujemy się bardziej bezpieczni?
Co by się stało z nami, gdybyśmy tak z czasów nam współczesnych przenieśli się nagle o kilka wieków wstecz?

Nasza cywilizacja pociąga nas i odpycha zarazem. Jesteśmy w związku z nią rozdarci, ambiwalentni. Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas ocalić; to co nas ratuje, może też nas zabić. Być może właśnie stąd wyrasta owa dwoistość i cała ta dialektyka w naszych relacjach między przyrodą a cywilizacją.

greydot
Napisałem z przekąsem o naszych samochodach jako o pudłach, w których zamknięci jesteśmy my, kosmici z planety Ziemia.
A przecież uwielbiam jazdę dobrym szybkim samochodem po amerykańskiej autostradzie, kiedy rozpościera się przede mną przestrzeń ogromna, aż po bezkresny horyzont. To jedna z moich wielkich przyjemności życia (choć nie jest to przyjemność naturalna – ta bowiem może być rozkoszą).

greydot

Lot samolotem.
Człowiek zamknięty w stalowym kadłubie, który zdaje się wisieć w niebieskiej przestrzeni. Czasem maszyna przedziera się przez kaniony z obłoków, to znów płynie nad białym morzem z chmur.
Podróż ludzkiej mrówki nad kontynentami, oceanem…
Jakże łatwo przemieszczać się dziś z jednego świata do drugiego – w inny czas, do innych ludzi, w inna rzeczywistość.
Kilkaset lat temu takie doświadczenie równałoby się jakiejś metafizycznej rewelacji, dziś jest udziałem milionów, a przez to trywialne niczym Cola wypita na lotnisku.

greydot

Spacer po plaży w Miami Beach. Obok, ciągnące się wzdłuż wybrzeża kondominia. Sprawiają wrażenie wymarłych. Ostre słonce odbija się od szklanych tafli okien, puste balkony, znieruchomienie…
Jakie życie skrywa się za tym wszystkim, we wnętrzu tych widmowych blokowisk?

Ostatnie chwile swojego życia spędził tu Isaak Singer. Jakże dziwnie musiała się tu czuć jego świadomość pełna obrazów zaginionego świata młodości, przywiezionych z Polski. Całe Universum gasnące wraz z nim, wpatrzonym w powtarzające się na przekór wszystkiemu wschody Słońca nad Atlantykiem. Ocean, który powoli staje się symbolem narodzin, trwania, przemijania…
Wszystko i nic – oto co pozostaje.

greydot
Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – ton ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słonce sprawia, ze zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.

Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuje się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

greydot

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…

greydot

Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.

greydot

Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.

greydot
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.

greydot

Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.

greydot
Chodzi mi po głowie taka myśl, że im większy (wybitniejszy) pisarz, tym trudniej się doszukać jego samego w dziele, które stworzył – i tym bardziej jego dzieło może być autonomiczne.
Podobnie chyba rzecz się ma z aktorami: ci naprawdę wielcy mogą zagrać dosłownie wszystko i wszystkich. I trudno wtedy przeniknąć, którą częścią wykreowanej postaci są oni sami.

greydot
Narcyzm (czy też raczej pewna jego doza) nie jest obcy żadnemu człowiekowi. Jestem nawet skłonny uznać, że występuje on wręcz jako siła ewolucyjna.
Narcyzm jest bez wątpienia jednym ze składników duszy każdego człowieka – ma też wiele niuansów.
Większość z nas zgodzi się z tym, że nie lubi się narcyzów. A jednak można się pokusić o stwierdzenie, że są oni solą ludzkiego uwielbienia (chodzi mi o tzw. osoby publiczne, gwiazdy, bohaterów, twórców, artystów…); z tym, że zazwyczaj owi „celebryci” nie są postrzegani, jako narcyze, gdyż albo ten ich narcyzm nie rzuca się w oczy, bo jest skrywany, albo też ich rzeczywiste, bardziej oczywiste przymioty i dokonania ów narcyzm przysłaniają.
(Nie lubimy narcyzów, którzy według nas nie mają żadnych podstaw do swojego narcyzmu. Również tych, którzy są ewidentnymi samolubami albo takich, których miłość własna nabiera już cech patologicznych.)
Wydaje się jednak, że jakaś domieszka narcyzmu leży u źródła każdej ludzkiej kreatywności.

greydot

W odpowiednich dawkach jest nam potrzebna zarówno miłość własna, jak i niechęć do samego siebie (działa tutaj pewien samoregulujący się mechanizm psychologiczny).
Pierwsze wzmacnia to, co uważamy w sobie za pozytywne, dobre i pożądane; drugie zaś zwraca nam uwagę na to, czego w sobie nie akceptujemy, co chcielibyśmy zmienić, poprawić, z czym czujemy się źle i niewygodnie.
Ważna jest zarówno akceptacja samego siebie (to, by dobrze się mieć, będąc ze sobą sam na sam – przypomina się tu stara śpiewka zespołu “Homo Homini”), jak i samokrytycyzm, który zapobiega przerostowi własnego “Ego” właśnie – nieznośnemu zarozumialstwu, nadmiernemu samolubstwu i popadnięciu w kliniczny już stan narcyzmu.

Nota bene, uderzające jest to, że zdecydowanie częściej problemy psychiczne występują wtedy, gdy człowiek przestaje znosić samego siebie, niż wtedy, kiedy siebie uwielbia. Wówczas terapia polega głównie na tym, by ktoś polubił samego siebie – czyli, innymi słowy, by zaczął dbać o siebie i o swoje życie.

greydot
Choć niektóre nasze zachowania wyrastają wprost z pewnych mechanizmów ewolucyjnych (występujących np. w świecie zwierząt), to jednak nasze człowieczeństwo (i tworzona przez nas kultura) pozwala je w pewnym stopniu (niekiedy nawet całkowicie) przełamywać. Nawet więc wtedy, kiedy pewne nasze zachowanie wynika z narcyzmu, to jesteśmy w stanie je po ludzku wysublimować (podobnie jak sublimujemy nasz popęd seksualny), czyli niejako kulturowo “uszlachetnić”, dzięki czemu pozbawiamy go niejako atrybutów zwierzęcości (o ślepym instynkcie i popędach nie wspominając).
Piszę to dlatego, że – mimo iż uznaję trafność teorii ewolucji – to jednak nie zgadzam się, by wszystkie nasze zachowania (chodzi mi o człowieka) wywodzić tylko li ze ślepych mechanizmów ewolucyjnych (tak jak robią to np. neodarwiniści z niejakim Dawkinsem na czele – redukując człowieka do jakiejś bezwolnej maszyny służącej do – też ślepej i bezcelowej – reprodukcji “samolubnych” genów). Uważam, że człowieczeństwo nie da się opisać atrybutami materii. Jako ludzie, stworzyliśmy przecież kulturę, która zaczęła nas odróżniać ze świata zwierzęcego, i która jednak pozwala nam przeciwstawić się pewnym mechanizmom ewolucyjnym – np. “samolubności” genów. Innymi słowy, człowiek (mimo swoich ograniczeń i niedoskonałości) osiągnął już taki poziom cywilizacyjny, że sam – za pomocą stworzonej przez siebie kultury – potrafi wpływać na ewolucję (może więc nawet nabrał dzięki temu pewnych atrybutów boskości?)

greydot
Wróciłem niedawno do “Mitu Syzyfa” Alberta Camusa.
I znalazłem tam coś, co koresponduje z podjętym tu tematem narcyzmu.
Oto co Camus pisze o tzw. “wielkiej miłości”, w której ktoś się “zatraca”, rezygnując tym samym z całego życia osobistego:
“Jedno uczucie, jedna istota, jedna twarz – i nic nie zostaje”.
Tak więc, owa “wielka miłość”, ma wiele wspólnego z miłością Narcyza, tyle że jest zwrócona ku innej osobie. Czy jednak wówczas kocha się tę konkretną osobę, czy też raczej tylko wyobrażenie o niej, (które nazwać można zwierciadlanym odbiciem naszej świadomości)?
Camus, tej miłości monogamicznej, przeciwstawia repetycyjną miłość Don Juana, w której cały czas zmienia się jej obiekt: “Don Juan zna inne uczucie i jest ono wyzwolicielskie. Ta miłość przynosi ze sobą wszystkie twarze świata; jest pełna niepokoju, bo wie, że przemija.”
Oczywiście, że są to skrajności. Ale to one wyznaczają granice.

greydot
„Pies” Goi w Prado. Zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, mimo że jest to obraz, rzec można, minimalistyczny: mała głowa psa (plamka właściwie) a wokół niej ogromna płacheć żółci, ochry i brązu.
Jakże ważny dla naszej interpretacji jest kontekst, warunki w jakich obraz oglądamy, wreszcie samo jego sąsiedztwo: w Prado są to pozostałe “Czarne malowidła” z domu Goi – niepokojące, mroczne, pesymistyczne… Trudno przy nich inaczej patrzeć na “Psa” jak z poczuciem tego fatalizmu zagłady, która wisi gdzieś tam nad nim w tej brudno-żółtej pustce i ciemnej hałdzie horyzontu.
Goya był zawsze w moich oczach takim “potworem” tworzenia (piszę to oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa): on wszystkie swoje cierpienia, lęki, choroby, strachy i koszmary (a nawet fizyczną niemoc czy kalectwo) potrafił przetransformować w swoje obrazy – tak jakby “wypluwał” te zakały z siebie, dzięki czemu potrafił się w pewnym sensie oczyścić, pozbyć ciężaru – wszystkich tych egzystencjalnych bakterii i zarazków, które zatruwały mu życie, wpędzały go w chorobę.
Poza tym, miał on w sobie ogrom sił witalnych, które – właśnie poprzez twórczość – mógł przeciwstawić nękającym go nieszczęściom.
Prawie każdy (łącznie ze mną) interpretuje tego “Psa” w tonacji melancholijnej i pesymistycznej.
A może jednak Goya by nas za to wyśmiał? Ponieważ malował tego psa w jakimś błysku nadziei? (Bo przecież był na progu nowej podróży – do Francji, do kobiety, którą kochał, do dzieci…)
Może w pysku tego psa jest jednak spokój i po prostu wpatruje się on z ciekawością w coś, co się jeszcze może zdarzyć dobrego?

Ktoś mi kiedyś powiedział: „To pies metafizyczny. Nie można go przywołać do nogi. On wie, ale nie chce i nie może powiedzieć.”
A ja pomyślałem: co on takiego może wiedzieć? Lecz jest to także pytanie metafizyczne. (Ach ta metafizyka, psia jej mać!)
Swoją drogą, w jednej z religii orientalnych można znaleźć stwierdzenie, że “świat istnieje dzięki rozumowi psa”. Hm… To dopiero musiałby być rozum metafizyczny.

greydot
Jaką wartość może mieć słowo?
To zależy od tego, jaką ma ono treść, kto i w jakim momencie je wypowiada.
Słowa wiec mogą ulatywać na wietrze, potrafią też zabić (nie tylko te, które są wyrokiem śmierci); słowo może uleczyć albo wpędzić w chorobę. Niektórzy pisarze sądzą, iż słowami mogą uderzać w ludzi.
Wierzymy, że na początku było słowo i słowo ciałem się stało.

Czym jest słowo pisane w bezmiarze wydrukowanych słów? Kroplą w morzu, ziarnkiem piasku na pustyni, monadą we Wszechświecie? Ale przysłowie mówi, że słów nie powinno się liczyć a tylko ważyć.

greydot
Wynalazek Gutenberga z czasem doprowadził do wydawniczej orgii. Miliony opublikowanych książek, miliardy gazetowych wydań, ulotki, broszury, skrypty, nasze blogi wreszcie… Słowa się dewaluują. Czy tracą również wartość złożone z tych słów myśli?
Niejeden literat chciałby mimo wszystko, by niektóre z jego słów miały ciężar sacrum. Ale co może uświęcić słowo? Pragnienie, pasja i wiara autora? I czy dla wszystkich będzie ono święte?

Najbardziej celebruje się słowa w poezji. Wynika to z pragnienia, by słowo miało moc zaklęcia, by mogło tworzyć światy równie realne jak istniejąca już rzeczywistość; by utrwaliło sen poety. Lecz wyznawców tego kultu liryzmu jest niewielu. Zwycięża pragmatyczny realizm, pospolitość, gdzie słowo jest ledwie informacją.

Z drugiej strony słowo może być kłamstwem, skrywać nikczemność, fałszować świat, pogłębiać iluzje… To ostatnie zapewne miał na myśli Joseph Conrad kiedy pisał, że największym wrogiem rzeczywistości jest właśnie słowo.

greydot
Są dwa bieguny percepcji słowa, dwie skrajności w sposobie w jaki ludzie reagują na nie: z jednej strony absolutna obojętność, zaprawiona niekiedy lekceważeniem, z drugiej – głębokie przejęcie się nim, nacechowane często uwielbieniem. Między tymi przeciwległymi brzegami rozlewa się zapisany ocean, po którym dryfuje łódka naszej uwagi (albo też nieuwagi).

Człowiek, który operuje słowem ma do wyboru kilka możliwości: szanować wartość słowa, znać jego wagę, wierzyć, że z jego pomocą może przekazać innym coś ważnego; albo też bawić się znaczeniami, grać, symulować, udawać, zwodzić… rezygnując z powagi słów, nie wierząc, że słowa mają jakiś wymierny i znaczący wpływ na ludzi i rzeczywistość.
To pierwsze pociąga za sobą ryzyko patosu i nadęcia, drugie – cynizmu i zobojętnienia. A w obu przypadkach grozi nam jeszcze wszystkim coś strasznego: nuda. Mądrością byłoby zachowanie złotego środka.

Nikt nigdy nie napisze niczego nośnego, jeśli nie wierzy w moc słów, ani w sens pisania.

Mimo wszystko warto szanować słowa, i to zarówno cudze, jak i własne. Nigdy bowiem nie wiadomo, jak mogą zmienić nasze życie, a nawet świat.

greydot

Na krakowskich plantach

Na krakowskich plantach

.

Reklamy

komentarze 52 to “ŚLADY NA BRUKU, ŚLADY NA PIASKACH…”

  1. Torlin Says:

    Naprawdę Stasiu, nie można w jednej notce zawrzeć tak rozmaitych tematów, i o Krakowie, i o „Psie”. Właściwie w komentarzu nie bardzo wiadomo, o czym pisać.
    I tak jak nie pisałem w poprzedniej notce, że nigdy w życiu nie zastanawiałem się, dlaczego żyjemy i po co, i nigdy w życiu nie stawiałem sobie egzystencjalnych pytań, bo dla mnie to jest związane z religią i się nawzajem nie zrozumiemy, tak teraz też widzę kolosalną różnicę między nami. Mnie jest dobrze wszędzie, i na pokładzie samolotu, w tłoku na ścieżce górskiej i w samotni leśniczówki. Wędruję z grupą ludzi, i wyjeżdżam samotnie. Uwielbiam wychodzić z domu, i uwielbiam siedzieć w nim. Kiedy się chcę odgrodzić od ludzi, to potrafię to zrobić w tłoku.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      …nie można w jednej notce zawrzeć tak rozmaitych tematów, i o Krakowie, i o “Psie”.

      Ależ oczywiście Torlinie, że można: dowód powyżej ;) Poza tym to nie jest „notka”, tylko zbiór zapisków na różne tematy.

      Stwierdzasz, że: „teraz też widzę kolosalną różnicę między nami”, by następnie napisać: „Mnie jest dobrze wszędzie…”
      No to szczęściarz z Ciebie, że zawsze i wszędzie Ci dobrze. (Ale czy chcesz przez to powiedzieć, że różnica między nami jest „kolosalna”, bo mnie nigdzie nie jest dobrze? ;) Poza tym: czy ja w tym moim wpisie narzekam, że jest mi źle? Zaczyna się ona nawet słowami: „Cudowny dzień w Krakowie” a i dalej trudno mi dostrzec jakąś martyrologię (może jednak przeczytałbyś ten wpis jeszcze raz – tym razem jednak ze zrozumieniem? ;) )

      „…w komentarzu nie bardzo wiadomo, o czym pisać”

      A to jest już Twój problem ;)

      To prawda, nie wszędzie i nie zawsze mi jest dobrze (ale to jest przecież takie ludzkie i nie wyobrażam sobie, żeby istniał człowiek, któremu zawsze byłoby dobrze i to na dodatek wszędzie – tak, więc nie wierzę Ci tutaj, coś się chyba zapędziłeś z tymi swoimi deklaracjami permanentnej i wszechobecnej szczęśliwości swojej. ;) )

      Ale czy ja tu muszę pisać coś takiego, że są/były miejsca, gdzie czułem się bardzo dobrze i że bywają/bywały czasy, kiedy czułem się/czuję szczęśliwy?
      Zaglądasz na moją stronę – i (podobno ;) ) czytasz to, co piszę – a nigdy tego nie zauważyłeś? Czy mam Cię odesłać do moich wpisów (ot, choćby do przedostatniego o mojej „przygodzie z kontynentem”?).

      Oj, Jacuś, Jacuś… czasami potrafisz mnie rozbroić ;)
      No i dlaczego zmuszasz mnie do piania takich rzeczy? :)

      • Torlin Says:

        ” Poza tym: czy ja w tym moim wpisie narzekam, że jest mi źle?”
        ———————-
        Przykłady:
        „Atmosfera turystycznej sielanki, lecz autentyzm jakby wyparował – duchy historii ulotniły się gdzieś, może zeszły do podziemi”,
        ” Kraków ma więcej zwiedzających niż Rzym. Ale jest to chyba jakaś nasza zaściankowa przesada. Pod tym względem bije na pewno Kraków Praga”,
        „te wszystkie restauracje stylizowane architektonicznie, zabijają jednak autentycznego “staromiejskiego” ducha i zakłócają historyczny klimat”,
        „w środku każdego pudła człowiek, niczym kosmita z krwi i kości odgrodzony od sztucznej cywilizacji, która go pochłonęła. Czy jednak ktoś zdaje sobie sprawę z owej sztuczności, obcości, wyalienowania… “postępu”, którego stał się ofiarą”,

        ——————–
        A poza tym:
        „Jako ludzie, stworzyliśmy przecież kulturę, która zaczęła nas odróżniać ze świata zwierzęcego” – skąd pewność, że zwierzęta nie odczuwają kultury w swoim zrozumieniu? Gdyby znaleźli się kosmici mający inteligencję milion razy większą od nasze, też mogliby o nas tak napisać.
        —————-
        Moja szczęśliwość. Jest to chyba umiejętność dopasowywania się do warunków, ja nie narzekam na tłok, na samotność, na złe budowle, najwyżej komentuję. Tak jak Ci pisałem, uwielbiam siedzieć w domu i z niego wychodzić. Mogę jechać samochodem, autobusem, na wrotkach czy kajakiem. Może to być w zimie, i w lecie. Mogę pojechać do Czarnogóry, Mongolii czy Peru. Czy do Supraśla. Ja się zawsze dopasuję. Do Tunezji pojechałem w środę rano, późno wieczorem we wtorek kupując skierowanie. Jakby było do Bangladeszu, też bym pojechał.
        ——————-
        Kiedy mi jest źle? W spelunkach, mając wokół złych ludzi, nienawistników, na odrapanych dworcach, na przedmieściach po zmroku (nie mówię oczywiście o chorobach, utracie pracy, mieszkania itp.).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jacku, przeczytaj jeszcze raz proszę Twoje „przykłady” moich cytatów i znajdź tam choć jedno słowo, w którym narzekam, że jest mi źle.
          Ja tam poddaję krytyce (i to wcale nie tak radykalnej) pewne aspekty naszego współczesnego świata. W ogóle nie mówię tam o sobie.

          Tobie naprawdę zawsze i wszystko się podoba? Jeśli tak, to jesteś jakimś (nie)ludzkim ewenementem ;)

          Natomiast są miejsca w moim tekście, które wskazują na to, że się cieszę :)
          Przykłady:
          – „Cudowny dzień w Krakowie. Rynek cały w słońcu i kolorach, podobnie sam Wawel.”
          – „I ta zakochana para na ławce. Piękni i młodzi. Ona siedzi na jego kolanach, obejmuje go za szyję, głaszcze mu włosy, uśmiecha się… ze spojrzeniem utopionym w jego oczach. Czułe, “banalne” con amore zdolne roztkliwić (bez wstydu posądzenia o tkliwość) nasze serce.”
          – „Bardzo mi się podoba chicagowskie downtown.”
          – „A przecież uwielbiam jazdę dobrym szybkim samochodem po amerykańskiej autostradzie, kiedy rozpościera się przede mną przestrzeń ogromna, aż po bezkresny horyzont. To jedna z moich wielkich przyjemności życia (choć nie jest to przyjemność naturalna – te bowiem mogą być rozkoszą).”
          – „Zbyt mocno jednak czuje się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.”
          – „Radość, która żyje i pulsuje wokół nas.”

          Kultura jest tworem ludzkim. Tym, co wyróżnia człowieka od zwierząt jest właśnie kompleksowa, złożona kultura, jaką tworzy (język,l sztuka, religia, mit, nauka, przemysł…etc. – to wszystko, co konstytuuje ludzką cywilizację).

          Czym innym jest szczęśliwość, a czym innym umiejętność dopasowywania się do warunków, a jeszcze czym innym brak skłonności do narzekania.

          Jak by było do Bangladeszu, to też bym pojechał ;)

  2. ulotna_wiecznosc Says:

    Torlinie, jak nie można zawrzeć tak rożnych tematów jak powyżej – widać ze można :-)
    Chcesz powiedzieć ze w Krakowie psów nie ma? Czyli co, wszystkie powiesili? :-)

    L.A. Może trudno pogodzić się z tym, że miejsca, z którymi jesteśmy związani emocjonalnie, nie są wyjęte spod działania czasu?
    ,,Nie bądź pewien że czas masz bo pewność niepewna …” – jak pisał J. Twardowski
    A za A.Asnykiem
    ,,Przeszłość nie wraca jak żywe zjawisko,
    W dawnej postaci — jednak nie umiera:
    Odmienia tylko miejsce, czas, nazwisko,
    I świeże kształty dla siebie przybiera.

    Zmarłych pokoleń idealna sfera
    W żywej ludzkości wieczne ma siedlisko,
    A grób proroka, mędrca, bohatera
    Jasnych żywotów staje się kołyską….”

    • Torlin Says:

      I dwa cytaty z tego samego wiersza naszego Wieszcza pt. „Przeszłość”:
      1. „Nie Bóg stworzył przeszłość”
      2. „Przeszłość – jest to dziś, tylko cokolwiek dalej”.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Trzy słowa najdziwniejsze:

        Kiedy wy­mawiam słowo Przyszłość,
        pier­wsza sy­laba od­chodzi już do przeszłości.

        Kiedy wy­mawiam słowo Cisza,
        niszczę ją.

        Kiedy wy­mawiam słowo Nic,
        stwarzam coś, co nie mieści się w żad­nym niebycie.

        Wisława Szymborska

        • J. Says:

          „na początku było słowo rzucone na pustynię, wystarczy je usłyszeć i podzielić się nim jak chlebem…”

          Wierzę, pewna jestem, że słowa mają moc kreacji..

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przeszłość ucieka, choć próbujemy ją pochwycić. Podobnie zresztą, jak teraźniejszość. Jednakże o przyszłości nie możemy już tak powiedzieć.
      Jedno jest pewne: nie możemy zatrzymać upływającego czasu.

      Zresztą, nie możemy sobie wyobrazić żadnej „rzeczywistości” bez czasu.
      Taki atrybut (właściwość, cechę) mógłby mieć tylko Absolut, Bóg, idealna Pustka… Ale nic mi na ten temat nie wiadomo.

      Wreszcie, warto pamiętać, co o przeszłości, teraźniejszości i i przyszłości powiedział kiedyś Einstein:
      „Ludzie ta­cy jak my, wierzący w fi­zykę, wiedzą, że różni­ca między przeszłością, te­raźniej­szością i przyszłością jest tyl­ko upar­cie obecną iluzją.”
      Ale czy z tego nie wynika to, że wszystko dla nas jest iluzją? ;)

  3. Dragonfly Says:

    Tak, tak, ja też się zagubiłam, bo chciałam coś o Pradze i o paryskich wieżowcach, ale teraz to nie wiem. :-)) Pozdrawiam serdecznie!

  4. Bogumiła Jęcek Says:

    I co ja mogę napisać, jak zwykle świetnie mi się czytało, cudna proza :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dziękuję.
      (Nie miałem świadomości tego, że piszę prozą – a tym bardziej, że „cudną” ;) Ale to prawda: niektóre z tych słów pisałem w momencie, kiedy to, co mnie otaczało, wydawało mi się cudowne.)

  5. Megi Says:

    Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest, nie przez to, co ma, lecz przez to czym się dzieli z innymi.– Karol Wojtyła
    Stanisławie, dziękuję Ci, że jesteś wśród nas, a przy Tobie jest widniej w dobie żelaznego wieku.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Poczułem się trochę niezręcznie, czytając Twój komentarz (to przez tę „widność” ;) )

      A Wojtyła ma rację: człowiek wart jest tyle, ile daje z siebie innym ludziom.
      I być może dzięki temu może osiągnąć „wielkość”?

      • Megi Says:

        O jejku, czyżbym znowu narozrabiała?
        Dopowiem, aby przed czasem nie wpaść po pas do kałuży, że w różnorodności blogowej, gdzie wiele jest bylejakości, ten blog jest godny uwagi.
        Tu można więcej zobaczyć, poznać, tu warto jest przystanąć, aby zwolnić kroki na swojej drodze i dojrzeć więcej światła na swojej czasoprzestrzeni w dobie rozproszonych oczu.
        Powtórzę, że doceniam trud i czas wolny, który daruje nam, Gospodarz tego domu, nam obserwatorom tego bloga, i dzieli się z nami ciekawymi spostrzeżeniami z czterech stron świata, od wewnątrz i na zewnątrz.
        I kiedy przeczytałam kolejny interesujacy wpis, a pod nim komentarz, który szukał dziur na Słońcu, to nie bez kozery swój komentarz napisałam tak, a nie inaczej.:):):)

        • Torlin Says:

          Komentarz jak komentarz, ale dlaczego „żelaznego wieku”? Ja bym nazwał tak raczej wiek XIX.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dlaczego znowu, i dlaczego narozrabiała? ;)
          Zawsze jest miło czytać coś dobrego o tym, co się robi. Dziękuję.

          „Doba rozproszonych oczu”… niestety, to prawda.
          Dlatego tak ważna jest chwila uwagi, refleksji, skupienia…

  6. Onibe Says:

    Piszesz: „Słowa się dewaluują.”

    Masz niestety rację. Przez większość swojego życia chciałem być pisarzem. Teraz uświadomiłem sobie, że nawet gdybym osiągnął ten cel, nie byłbym szczęśliwy. Bo słowa pisanego jest zbyt dużo i ma ono zbyt małą moc. Nakłady książek są małe, liczy się różnorodność. Tytuły wyprzedane nie są dodrukowywane. Tytuły, które się kiepsko sprzedają są mielone. Na ich miejscu pojawiają się nowe. Bardzo dobre książki – z popularnych gatunków – otacza cisza, hałas się dzieje wokół wydawniczych machin. Szczerze? Słowo pisane umiera. Niestety.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ech, a od kiedy to zostaje się pisarzem po to, żeby być szczęśliwym? ;)

      To, czy słowo ma moc, zależy w dużym stopniu od nas samych (np. od naszego skupienia, chęci zrozumienia, poznania…)

      Zresztą: mnie nie interesuje pisarstwo od strony komercyjnej (co nie oznacza wcale, że ja takim pisaniem na sprzedaż gardzę).

      Nie wiem, czy słowo umiera. Ale na pewno umrze wraz z człowiekiem (chodzi mi oczywiście o gatunek, a nie o jednostkę – bo akurat po śmierci niektórych pisarzy ich słowo „żyje” nadal).
      Z tym, że jednak pozostanie inny sposób porozumiewania się – ot, choćby między szczurami, czy nawet owadami ;) )

      • Onibe Says:

        mnie właściwie też nie interesuje w znaczeniu komercyjnym (gdyby interesowało, kierowałbym się w stronę copywritingu, hehe) ale jest pewien poziom braku zainteresowania, który zaprzecza sensowi pisania ;-). Bo pisanie to w pewnym sensie dyskusja – nie jest dobrze, kiedy staje się monologiem wygłaszanym do ściany. Słowa aby kiełkowały muszą trafiać na jakiś grunt, bez tego dziczeją.

        Słowo umiera. Zastępuje je obraz. Nasza kultura jest kulturą obrazu.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To prawda, słowa ożywają tylko w naszej głowie. Jeśli nie trafią tam na podatny grunt, to nawet nie zakiełkują. Lecz, niestety, sporo jest jednak umysłów jałowych (leniwych) – i właśnie przez to słowa pozostają martwe.

          Może właśnie dlatego nasza kultura staje się kulturą obrazu? Zrozumienie słowa wymaga bowiem pewnej aktywnej inter-reakcji (myślenia), obrazy zaś przyjmujemy biernie – one jak gdyby zwalniają nas od myślenia, nie wymagając już takiej uwagi. Obrazem więc można obecnie jeszcze bardziej (skuteczniej) indoktrynować ludzi (manipulować nimi), niż słowem. Propaganda też nam się „zobrazkowała”.

        • Onibe Says:

          masz rację. Obraz to gotowy całokształt – wszystko, co trzeba wiedzieć i widzieć. Tekst / słowo to zaledwie fundament dla wyobraźni. Odkąd efekty cyfrowe stały się powszechne jak płatki owsiane, twórcy wręcz nie mogą ich wykluczyć. Stąd w obrazach ruchomych paradygmat „napuszonej” wizualności: współczesne kino nie zezwala na surowość i pole popisu dla wyobraźni.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Rozumiem, że masz na myśli współczesne kino „masowe” – ono rzeczywiście odwołuje się (jak na jego nazwę przystało) do wyobraźni „masowej”, która – niejako „z natury” – jest stereotypowa, uproszczona, schematyczna i na dodatek bezrefleksyjna.
          Są jednak filmy, które mimo operowania obrazem, są tego wszystkiego przeciwieństwem – z czego wynika, że nie każdy obraz musi karmić nasze umysłowe lenistwo – skłonność do wulgaryzmu, bezmyślności i prostactwa. W końcu malarstwo też odwołuje się do naszej wyobraźni, intelektu i wrażliwości za pomocą obrazu.
          Coś mi się wydaje, że to co złe (dobre) nie musi być w samym obrazie, tylko „rodzi się” w ludzkich głowach ;)

        • Onibe Says:

          no tak, zszedłem jakoś tak automatycznie na filmy masowe, które rzeczywiście nie zamykają tematu ;-). Ale są ilustracją trendów ;-)

        • Tess Says:

          Zastanawiacie się nad wyższością słowa nad obrazem – czy może odwrotnie?
          A ja przypadkowo trafiłam niedawno na taki fragment tekstu, którego autorem jest A. Szostkiewicz: „Ale ja wierzę, że słowo jest mocniejsze niż obraz. Kiedyś, jeszcze na studiach, czytałem różnych mistyków, chrześcijańskich i orientalnych. Jana od Krzyża o ciemnej nocy duszy i mistrzów buddyzmu zen, którzy wracali do słynnego kazania Buddy, który zamiast mówić podniósł tylko palec… z tajemniczym uśmiechem. Uderzyło mnie, że w tym geście – ale i w tylu słowach – wyrażali niezdolność do przekazania słowami tego, co dla nich najważniejsze – osobistego doświadczenia boskości, świętości, wewnętrznego wyzwolenia i harmonii. Blogi są jakimś współczesnym echem tej samej tęsknoty za wyrażeniem tego, czego i tak nie da się wyrazić, za porozumieniem, którego i tak nie da się w pełni nawiązać. Ale nie ma subtelniejszego narzędzia niż właśnie słowo do przekazania tego komunikatu: JESTEM. Tak cudowną rzecz, jak ludzkie języki, trzeba nie tylko szanować, ale i pielęgnować chronić. Kto niszczy język jako narzędzie porozumiewania się, rozbija najważniejszą więź między ludźmi.”
          Tak więc – niech żyje słowo! Dzięki niemu JESTEŚMY :)

        • Onibe Says:

          no tak, pisanie do siebie to też pisanie ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Każde pisanie to pisanie. ;)
          Pisanie do (czy też dla) siebie też może mieć sens.
          Największy jednak ma wtedy, kiedy pisanie zostanie odczytane przez drugiego człowieka i wzbudzi w nim pewien rezonans (emocjonalny, intelektualny, poznawczy…)
          A odbiorcą nie musi to być tłum czytelników – czasami wystarcza jeden, ale uważny ;)

        • Torlin Says:

          Mimo wszystko bronię pisania do szuflady. Popełniam takie drobiazgi, kilka razy usiłowałem z tym wyjść do ludzi, spotkałem się ze wzruszeniem ramion. A one są cudowne dla mnie. I będą tylko dla mnie, inni mi są niepotrzebni.

        • Onibe Says:

          jasna sprawa, Torlinie. Trzeba być swoim pierwszym i najważniejszym odbiorcą: tego w pewnym sensie wymaga sztuka pisania. Ja napisałem trzy książki do szuflady. I jakieś pięćdziesiąt opowiadań ;-). Każdy popełnia coś, z czego nie ma nic konkretnego. Ale jest jakiś próg owej „bezużyteczności” twórczej… oczywiście nie ma go jeśli piszemy wyłącznie dla siebie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Ja napisałem trzy książki do szuflady. I jakieś pięćdziesiąt opowiadań…”

          No ładnie :)
          A próbowałeś coś z tego wydać?
          Czy ktoś to czytał?
          Jeśli tak, to jaką usłyszałeś opinię?

          Zawsze tzw. „pisanie do szuflady” można potraktować jako ćwiczenie (umysłu lub pióra), szkicowanie słowem, rozrywkę, poszukiwanie… Ma to swoją wartość.

        • Onibe Says:

          raz, bez większego zdecydowania próbowałem. Ale było na to jeszcze zbyt wcześnie. Teraz piszę lepiej, ale jestem nazbyt krytyczny wobec własnej pisaniny, więc nie próbuję ;-). Bo jednak piszę nie dość dobrze. Nie mam parcia na bycie kolejnym przeciętnym pisarzem, a do bycia dobrym brakuje mi sam nie wiem jak wiele…

          Czyta moja Iza… czasami się jej podoba ;-). Jako ćwiczenie stosuję pisanie recenzji dla Gildii – gdyby nie to, dawno bym się przestał kłopotać całą sprawą. Ale jednak jest to jakiś miecz, który przymusza mnie do utrzymania względnej formy… ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Z chęcią sięgnę po Twoją książkę, kiedy ją wydasz.

        • Onibe Says:

          Dzięki za miłe słowa, ale to co napisałem do tej pory nie jest zbyt mądre, więc nawet nie będę się starał wydawać… a czy napiszę coś lepszego w przyszłości? Ciężko powiedzieć, bo czasu mocno brak ;-(

  7. Alicja Says:

    Dziękuję za kolejny ciekawy i głęboki tekst. Miło tu za każdym razem wracać. Pozdrawiam bardzo serdecznie.

  8. S. Says:

    Znam krakowskie planty z okresu wielu letnich i zimowych wakacji (brakuje mi jesiennej i wiosennej palety barw).
    Błąkaliśmy się tam całymi dniami. Ostatni raz widziałam je 4 lata temu i wydały mi się takie maleńkie. Cały „mój” Kraków zrobił jakiś mikroskopijny. To na co brakowało mi zawsze całego przed lub popołudnia zajęło spacerkiem zaledwie godzinkę. Gdzieś zagubiłam moją dziecięcą ciekawość? Wolałam wygodnie rozsiąść się w kawiarence zamiast w upale karmić gołębie, przemykać się wśród dorożek i mrowia kawiarnianych stolików, które zatarasowały starówkę.
    Podoba mi się nowe, Stare Miasto, ale brakuje mi tych zapamiętanych z dzieciństwa, trudnych do określenia klimatów. Nawet obwarzanki smakują jakoś tak nijak, jak wszędzie. Wiem, że życie ma swoje prawa i musi przeć do przodu (nawet mi się to podoba), ale, ech ale…
    Za tydzień znowu tam będę. Ciekawe jak tym razem zobaczę”mój” Kraków, z jego Sukiennicami i nową nawierzchnią Sukiennic, którą wymieniano podczas mojej ostatniej wizyty, z malutkim zakolem Wisły przy Wawelu. Obowiązkowo wpadnę na wylot Siennej przywitać się z Adasiem i pospaceruję plantami. Sentymentalna wizyta. Lubię ten rytuał. Na długo ładuje moje akumulatory.
    Buduję więzi z „tą” ziemią, która coraz bardziej – choć jest moją ojczyzną – to jest mi… może nie tyle obca, co zaczyna być obojętna. Przestaję się z nią utożsamiać, czuć się dumna z tego, że stąd są moje korzenie. Już czuję jakie się z tego tytułu posypią na mnie gromy, ale tak czuje i trudno.
    Może niczego w życiu nie utraciłam więc nie potrafię cenić tego, że mieszkam i pracuję w ojczyźnie, otoczona rodziną. Zawsze mam ich na wyciągnięcie dłoni, w chwilach smutku i radości, wszędzie mam blisko, nie jestem anonimowa.
    Czasami boję się swojego szczęścia, bo gdy widzę jak żyją ludzie dookoła mnie (jak kalejdoskop postaci przez Ciebie dostrzeżonych na plantach), to myślę, że nie możliwe jest by to co doświadczam, co jest moim udziałem od tylu lat mogło być realne. I choć to z pozoru nic takiego: spokój, bezpieczeństwo, ugruntowana pozycja zawodowa, harmonia, miłość, czasami tak pewne i wszechobecne, że nazywam to nudą to czuję się szczęśliwa.
    Ciekawe jak Ty, po bezkresie takiej aglomeracji jak Chicago postrzegasz swój Kraków?
    pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Podoba mi się ten opis.
      Zawsze od ziemi ważniejsi są ludzie. Dobrze, jeśli to co kochamy (co lubimy, do czego czujemy się przywiązani) ma swoją oprawę – ot, choćby w postaci miasta, natury…

      PS. Jak postrzegam Kraków po „bezkresie takiej aglomeracji, jak Chicago”?
      Część odpowiedzi znajduje się właśnie w powyższych zapiskach.
      Za każdym razem kiedy odwiedzałem Polskę, rodzinne strony, starałem się choć na kilka dni „wpaść” do Krakowa. Bardzo dobrze się tam czułem – nadal mieszka w tym mieście sporo moich znajomych, rodzina… więc mogłem się z nimi spotykać (jak również nawiązać nowe znajomości ;)
      Ale też lubiłem powłóczyć się po tym mieście sam – po plantach właśnie, nad Wisłą, wśród kamieniczek Starego Miasta – wpaść do teatru, poszperać wśród książek w licznych (ongiś przynajmniej) antykwariatach i księgarniach (zawsze więc wywoziłem stamtąd tony książek).
      Te wizyty zaliczam do jednych z najlepszych chwil w moim życiu.

  9. Marcus Says:

    Magiczny Kraków

  10. UlaLa Says:

    A ja lubię Kraków, i żadna wymieniona kostka na Floriańskiej mi nie przeszkadza.
    Z daleka widocznie nie dostrzegasz jakie to magiczne miasto

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja także bardzo lubię Kraków – stad ta moja troska o jego autentyzm. Tak odebrałem te różne turystyczne awanse i przeróbki, nic na to nie poradzę.
      A jednak Kraków, mimo wszystko, pozostanie moim najbardziej ulubionym miastem, które z wielka przyjemnością odwiedzam prawie każdego roku.

      • ann Says:

        Kraków trzeba odbierać sercem, nie oczami. Wtedy wszystko jest najpiękniejsze, bez znaczenia ma kostka brukowa. Byłam w wielu miejscach na świecie, sporo widziałam, ale Kraków już zawsze pozostanie dla mnie najważniejszy.

  11. S. Says:

    Czytając Twoją myśl o tym, że to co nas zabija może nas też uratować, bezwiednie pomyślałam o Partenonie. Świątynia ku czci Ateny, symbol imperialnej wielkości miasta został zniszczony w czasach swojej największej świetności przez wulkan. Praktycznie pogrzebany żywcem. Dziś po 2000 lat, milimetr po milimetrze archeolodzy zeskrobują warstwę skamieniałego błota i odkrywają niesamowite rzeczy. Zatrzymany czas, zatrzymane w ruchu postacie, zachowane żywe barwy, bogactwo dzieł sztuki i przedmiotów codziennego użytku. O ironio! wulkan, który miał unicestwić to wielkie dzieło zachował je w idealnym stanie dla nas.
    Gdyby cofnąć czas, sprawić że wulkan oszczędzi Ateny i spróbować się zastanowić w jakim stanie przetrwał by Partenon 2000 lat? Czy niszczycielskie siły przyrody i najgorszego z wrogów cywilizacji człowieka pozwoliłyby mu zachować do dzisiaj swoją świetność?

  12. Justyna Says:

    Prawda jest, że nasze myśli powinny się zamykać w podstawowych słowach „tak” ma znaczyć „tak”, a „nie” ma znaczyć i „nie.” Co to znaczy w praktyce? Na pewno nie znaczy to, że mamy się posługiwać tylko tymi dwoma słowami, ale nasze słowa powinny być czyste i dalekie od „bujania” pomiędzy dwuznacznością, niejasnością i zakłamaniem. Tylko „bezszmerne”(czyt. nie pokryte bezsensowną pianą wielu znaczeń) słowa maja możliwość przebicia i dotarcia do drugiego człowieka, a także do samego siebie. Tak, również do samego siebie. Nieczystość słowa wypowiadanego do drugiego człowieka, w nas samych również prowadzi do niejasności myśli, a co za tym idzie – do zubożenia naszego prawdziwego „ja.”
    Z drugiej strony prawda jest, że w bardzo trudnych sytuacjach (np. gdy chcemy kogoś pocieszyć, a za bardzo nie jesteśmy w stanie tego zrobić), słowo nie musi mieć bardzo dużej wartości i samo (banalne przecież) „będzie dobrze”, poparte obecnością drugiego człowieka z gestem przytulenia, lub podania ciepłej dłoni, mogą czynić cuda.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Będąc blisko drugiego człowieka, zwykle wyczuwamy, czy jego słowa płyną z serca.
      Masz rację, czasem słowa są zbędne. Wystarczy gest, czyjaś dłoń, spojrzenie – poczucie czyjejś bliskości.
      Ta mowa ciała i duszy.

  13. bestes Says:

    słowa w szponach człowieka są niszczone, rozrywane na strzępy… te niszczą, rozrywają jego duszę…
    są też słowa, które mają moc sprawczą…
    słowa…
    są podobnie jak broń, zależy kto ją dzierży…
    a pomiędzy (lub poza) jest jeszcze zamilknięcie…

  14. LadyV. Says:

    Na Ziemi jest tyle niezbadanych i nieodkrytych miejsc. Kiedyś natrafiłam na artykuł traktujący o dziwnych stworach wyrzucanych na brzegi całego świata przez oceany i morza.
    Było kilka zdjęć.
    Tak na prawdę nikt nie wie co kryją oceany.
    Co kryje ziemia i nieodgadnięte miejsca dżungli czy gór.

    Człowiek jest malutki. Jak mróweczka. Tylko rzadko o tym sobie przypomina…
    Nie lubię samolotów. Są toporne, a mimo to swą topornością zakłócają spokój na Niebie. Żelazne, kilkutonowe machiny unoszące się w powietrzu, wbrew logice. A jednak wsiadam do nich czasem.
    W poczekalni po odprawie przyglądam się ludziom. Przed odprawą też. Ileż zbieżności i dziwów można wyłuskać z rzekomo szarego tłumu.

    Kiedyś, gdy siedziałam po odprawie czekając na samolot, podbiegł do mnie nieporadnie mały chłopczyk – może miał 2 lata. Może nie. Wyciągnął malutkie rączki i patrząc mi w oczy powiedział „Mamo”. Ukrywając łzy wzruszenia wzięłam go na ręce, potem na kolana i zaczęłam do niego mówić.
    Podbiegł jego ojciec, który słyszał malucha i widział jego reakcję. Przepraszał mnie dobrą chwilę za syna (wg mnie bez powodu), po czym popatrzył na mnie.
    – Dawno nie widział matki. Jedziemy ją odwiedzić. Pracuje na wyspie. Pewnie wziął Panią za mamę, bo ma Pani takie ładne kręcone ciemne włosy. Jak ona. – powiedział…

  15. palanee Says:

    I jak się okazuje tak różnorodna notka, wywołuje tyle różnych komentarzy – przewijam się przez nie, czytam i stanowią świetne uzupełnienie Twojego tekstu. Pomimo zarzutu wobec tej różnorodności i pomieszania tematów, okazuje się, że przynosi to bardzo ciekawe reakcje i tyle intrygujących myśli :)

    Wspominasz o Krakowie i zmianach, które zastałeś. A ja wspomnę o Łodzi, która tak przez wielu jest odpychana… Ostatnio byłam w okolicach Księżego Młyna i podoba mi się, jak wykorzystywana jest przestrzeń – fabryki wracają do życia, choć może nie do końca z ich pierwotnym przeznaczeniem. Nie są burzone na rzecz nowoczesnego budownictwa. Wraca do życia to, co na jakiś czas zamarło. Czuć w tym pewien szacunek do tego, co było i tworzyło historię miasta. I mam nadzieję, że w tym kierunku podąży Łódź i nie pogrzebie swojej historii na rzecz wieżowców i nowoczesnej architektury, bo to nijak pasuje do tego miasta. Podobno mają odnawiać osiedle mieszkaniowe, a i sam Księży Młyn ma stać się centrum artystycznym Łodzi. Mam nadzieję, że się uda :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Również mam nadzieję, że się uda.
      Tak przy okazji: wiele dobrego, jeśli chodzi o rozwój miasta, słyszałem np. o Wrocławiu i chyba też o Poznaniu. Gdańsk także zrobił na mnie wrażenie (moim zdaniem, jeśli chodzi o starówkę, to Gdańsk wcale nie ustępuje urodzie takiego np. Amsterdamu – oba miasta odwiedziłem, po raz pierwszy zresztą, w ubiegłym roku), choć przecież też musiał być odbudowany po wojnie niemal w całości, bo był jedną wielką ruiną.
      A i z czasem, ta restauracyjna sztuczność w Krakowie, (na którą narzekałem 6 lat temu) też przestała mi jakoś przeszkadzać ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s