BEZ CLINTONA I SCHWARZENEGGERA

 (ze wspomnień wywiadowcy) .

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w jednej z moich szuflad, postanowiłem powołać do życia na mojej stronie nowy cykl, zatytułowany „Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że „wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, nie musiałem zbyt głęboko grzebać w pamięci). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, znajdzie i dzisiaj zainteresowanie Czytelników. Przynajmniej mam taką nadzieję.

.

Czesław Niemen - wywiad

Wywiad z Czesławem Niemenem

.

CZĘŚĆ I

.

Wywiady. To podobno jedna z trudniejszych form publicystycznych. Nieprawda. To nie nie forma jest trudna, lecz trudni bywają rozmówcy. Nie wszyscy, oczywiście. Niektórzy sypią ciekawą myślą jak z rękawa i wszystko idzie jak z płatka – wywiadowca nie musi się tak pocić. Ale nie brakuje też momentów gorących, kiedy wydaje się, że już nic nie może go uchronić przed wpadką.

.

Ludzie pragną, aby ich obserwować, brać pod uwagę, doceniać, chwalić i podziwiać.
Jest to jedna z najwcześniejszych, najbardziej podstawowych,
jak również najgłębszych skłonności, odkrytych w sercu człowieka.
John Adams

SŁAWA – POŻĄDANE UTRAPIENIE

Już Eurypides dwa i pół tysiąca lat temu zauważył, że świetność i blask słynnych ludzi to tylko pozór, gdyż pod spodem są oni tacy sami, jak wszyscy. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje się być czymś oczywistym, wręcz trywialnym, lecz na drugi – zawierać jednak pewien fałsz. Sławni ludzie nie są tacy sami, jak wszyscy inni, choćby tylko z tego powodu, że są… sławni.
Naturalnie, przyczyny fenomenu sławy leżą głębiej i różnią się w każdym przypadku. Akceptujemy czyjąś sławę, gdy jest ona skutkiem jakiegoś wielkiego dokonania, dzieła mającego znaczenie społeczne, polityczne lub kulturowe; kiedy wynika ona z uznania dla wkładu jednostki w ogólny dorobek ludzkości.
Na drugim biegunie leży infamia – niesława, czyli negatyw sławy. Nazwisko człowieka staje się ogólnie znane, dzięki jego „niesławnym”, niekiedy wręcz haniebnym czynom. Jak pamiętamy, dla takiego np. szewca Herostratesa był to jedyny sposób, dzięki któremu mógł się zapisać w pamięci potomnych: podpalić słynną świątynię Artemidy Efeskiej. Znając te intencje, polecono wymazać jego imię z tablic i manuskryptów. Tym skwapliwiej je zachowano. Nie zapominamy o Hitlerze, Stalinie; głośni stają się zamachowcy, zbrodniarze, i seryjni zabójcy. Lecz ci osobnicy, akurat nie będą nas tu zajmować.

Plebejską odmianą sławy jest popularność. W Stanach Zjednoczonych jest ona ściśle związana z komercjalizmem. Jeśli chodzi zaś o Hollywood, to istnienie tzw. systemu gwiazd (star system), ma głównie na celu ciągnięcie zysku z wylansowanych uprzednio aktorek i aktorów. Lansowanie to odbywa się różnymi sposobami, a publicity, czyli nagłaśnianie w mediach, jest pożądane przez „gwiazdy”, ich producentów, agentów i menedżerów… nawet jeśli ma pejoratywny odcień. Chodzi tu o najczęściej po prostu o plotki, podglądanie prywatności, pewne niedyskrecje… Sława to przecież także szkło powiększające.
Niekiedy negatywna reklama wokół nazwiska, spełnia takie samo zadanie, jak reklama, na którą wydaje się setki tysięcy dolarów. Magazyny zajmujące się życiem „sław” – ludzi wywodzących się głównie ze sfery show-businessu – osiągają na Zachodzie ogromne nakłady („People”, „Vanity Fair”, „Vouge”…). Mowa tu o tzw. „celebrities”, czyli osobach adorowanych (słowo to, jak widzę, na dobre przeniknęło do naszego kraju i rozkwitło w okropnie brzmiącym wg mnie określeniem „celebryci” – przyp. stb) .

Daniel Olbrychski - wywiad

Spotkanie z Danielem Olbrychskim

Oczywiście należy odróżnić to od bezczelnego pchania się „z kopytami” w prywatność i intymność innych, praktykowane nagminnie przez wszelkiej maści brukowce i tabloidy, dla których pomówienie i wyssana z palca sensacja jest głównym instrumentem epatowania publiki. Niestety, pisma takowe, rozchodzą się jeszcze liczniej. Dla bardziej wrażliwych – tak jak było to w przypadku zranionego łabędzia Michaela Jacksona – są źródłem utrapienia, natomiast sądom przysparzają tylko procesów o zniesławienie (a w to graj adwokatom z ich krociową dolą).
Zdarza się więc, że ci, którzy wcześniej uwijali się jak w ukropie, by tylko ściągnąć na siebie ogólna uwagę, później odczuwali wścibską popularność, jako ciężkie brzemię. To dlatego Fred Allen w „Treadmill to Oblivion” zdefiniował postać „celebrity” jako osobę, która przez całe życie pracuje ciężko nad tym, by stać się sławną, a później zakłada czarne okulary, żeby jej nikt nie rozpoznał.

Z tym pragnieniem sławy bywa różnie. Taki Montaigne np. ponad sławę przedkładał życie w spokoju. Inni uważają, że pasja sławy jest instynktem „wielkiej duszy”. Benjamin Franklin radził łaknącym sławy: „Jeśli nie chcesz być zapomniany zaraz po śmierci, to musisz pisać rzeczy, które warto by było czytać lub robić rzeczy, o których warto by było pisać.” Gotową odpowiedź na takowe dictum miał Marcus Mortal: „Jeżeli mam się stać sławny dopiero po śmierci, to mi się wcale do tego nie śpieszy.”
Nikt nie jest skory przyznać się do tego, choć wielu marzy się uczynienie ze swego życia pamiętnego monumentu.
Albert Camus miał zamiar znacznie skromniejszy. Uważał, że żyje tylko po to, by zostawić na ziemi bliznę. Czy była to tylko liryczna retoryka, usiłująca chwycić za serce egzystencjalna metafora? Tak, jak w każdym aspekcie naszej doli człowieczej, także i tu wkrada się w ludzkie serce melancholia: Sława? – pył na wietrze, znikomość, ułuda, puch marny…

PO CO LUDZIOM GWIAZDY ?

Wróćmy jednak do kultury masowej. Sprawa współczesnej publicznej idolatrii, mechanizmów kreowania „bożyszczy” tłumów i preparowania „kultu gwiazd” to temat na całą rozprawę socjologiczno-kulturową. Skądinąd mogłoby to być studium ciekawe i pouczające, odkrywające wiele prawd wręcz cywilizacyjnych. Zjawisko to jest nie tylko rezultatem sprawnego marketingu, komercjalnego robienia „szumu” wokół „gwiazdy”. To raczej w procesie lansowania wykorzystuje się pewne właściwości mas, które wybierają sobie (lub akceptują) idola, gdyż ten… jest im potrzebny.
Potrzebny z wielu względów.
Spróbujmy wymienić kilka. Jeden z nich, wcale nie bagatelny, nazwałbym „potrzebą plotki”. W małej społeczności – wiejskiej lub drobnomieszczańskiej – plotka pełniła (i pełni) rolę czegoś w rodzaju moralnego regulatora (pewne zachowania są ganione, inne aprobowane – to się usprawiedliwia, tamto zaś gani…etc.); dalej: była źródłem informacji (to nie istotne, że skrzywionej, będącej często pomówieniem), wreszcie zabijała ludzką nudę i poczucie jałowości, wypełniała pustkę. A wiadomo, że natura nie znosi próżni. Na dodatek, świat jest już teraz, w dobie zaawansowanej rewolucji informatycznej, jedną globalną wioską. Ma też swoje globalne super-ploty. Przykład: oprócz hollywoodzkiego dworu, brytyjska rodzina królewska i tragi-komiczne wyczyny jej członków, o których rozprawia się szeroko nie tylko w Europie, ale i w Ameryce, Australii, w Polsce czy w Japonii.

Są też powody idolatrii bardziej budujące. Np. prosty podziw dla tych, co na świeczniku (pomijamy na razie zawiść). Podziw dla ich talentu, walorów cielesno-duchowych, dla ich pracowitości i dokonań…
Niektórym imponuje też owo wysforowanie się na czoło „wyścigu szczurów”.
Jakby nie było, aprobata społeczna i akceptacja sukcesu to ważny czynnik wpływający na rozwój całego narodu, społeczeństwa.
Sława rodaka to przecież powód do dumy, jak również afirmacja poczucia własnej (i plemiennej) wartości, nieraz przecież nadwątlonej świadomością własnych braków. To dlatego tak łapczywie rzucamy się my na sukcesy choćby naszych sportowców (Małysz, Kubica, siatkarki… ).

Juliusz Machulski - wywiad

Podczas wywiadu z Juliuszem Machulskim

Istnieje również (zwłaszcza w przypadku młodzieży) potrzeba przykładu – wzoru, do którego nieuformowani jeszcze młodzi ludzie chcą się przypasować (moda, ubiór, sposób bycia, fryzura…); któremu chcą dorównać, także pod innymi względami, już mniej powierzchownymi.

Zawsze jednak dobrze jest pamiętać, iż każda sława ma swoje standardy, które nie sposób naśladowcom przekroczyć. Np. – jak to już ktoś zauważył – jakiś człowiek o wielkim otworze gębowym i grubych wargach, będzie tylko jeszcze jednym człowiekiem o wielkich ustach i grubych wargach, chyba, że… jest Mickiem Jaggerem albo Sammy Davisem Jr.

Nigdzie tak obficie nie plenią się mity, jak w pobliżu sław. Już sam proces osiągania sławy ma w sobie spory element mitotwórstwa. Nazwisko sławy staje się symbolem, zaczyna żyć własnym życiem, często w oderwaniu od osoby fizycznej (innymi słowy, staje się legendą). A już Homer w „Iliadzie” wieścił: „Jakże próżne bez treści jest słowo, jakże puste jest imię bez zasług.”
Podobna myśl przewija się często: „Bywa tak, że podziw dla dzieł sławnego człowieka staje się powszechny wtedy, gdy powszechny staje się podziw dla jego nazwiska.” (Hazlitt).
Panuje przekonanie, że kiepski to naród, który potrzebuje bohaterów. W przypadku amerykańskiej kultury masowej, sprawdza się to tym jaskrawiej, że jakość tutejszych królów masowej wyobraźni pozostawia wiele do życzenia. Przy okazji można strawestować znane powiedzenie: pokażcie mi waszych masowych idoli, a powiem wam, jakie jest wasze społeczeństwo.

OD CHICAGO PO MIAMI

Rozrosły mi się te dygresje do rozmiarów nieplanowanych. A miał to być tylko wstęp do wspomnień o moich „przejściach” z ludźmi, z którymi przeprowadzałem wywiady – do wrażeń i refleksji mniej oficjalnych, do zajrzenia za kulisy, odtworzenia treści, które z różnych względów padły ofiarą redakcyjnych nożyc, albo nie współgrały z meritum wywiadu, bądź też nie przetrwały autoryzacji. Zebrało się tego wszystkiego – przez te cztery lata mojego pobytu w Ameryce – całkiem sporo. Na półce stoi kilkadziesiąt nagranych taśm, z których każda, wsunięta w kieszeń magnetofonu, wywołuje lawinę wspomnień. Tak samo, jak i zdjęcia, materiały przeróżne, pamiątki po moich rozmówcach.

Czy te wszystkie uwagi we wstępie uznać można za adekwatne do tego, o czym chcę pisać? To prawda, że żaden ze mnie Larry King ani tym bardziej Oriana Fallaci i ludzie, z którymi rozmawiałem nie byli ani Husseinami czy Arafatami, ani nawet Clintonami i Schwarzeneggerami, niemniej jednak udało mi się spotkać i porozmawiać z kilkoma osobami, których pozycja w kulturze polskiej jest (była) wysoka i bezdyskusyjna. Czy można jej odmówić np. Krzysztofowi Zanussiemu, Czesławowi Niemenowi czy – ostatnio – Henrykowi Góreckiemu? Czy ktoś zaprzeczy popularności Daniela Olbrychskiego czy Jana Pietrzaka?
Zresztą głośne nazwisko wcale nie gwarantuje dobrego, udanego wywiadu, którego sukces zależy od wielu różnych czynników, w tym i kondycji wywiadowcy. Bardzo interesujących rzeczy można się dowiedzieć od ludzi mniej znanych, a bardziej żywych, dowcipnych, nie znudzonych i nie zepsutych powodzeniem, a przepełnionych jeszcze pasją, dalej gdzieś pędzących.
Chociaż najlepiej się czuję w tematyce filmowo-muzycznej, mój rozrzut „wywiadowczy” był dość szeroki: od ministra obrony narodowej Janusza Onyszkiewicza, po piękną gwiazdkę Kasi Figury. Wywiady przeprowadzane były głównie w Chicago, ale także w takich „egzotycznych” miejscach jak Phoenix w Arizonie, Denver w Kolorado czy wreszcie Miami na Florydzie, gdzie miałem okazję i przyjemność zapoznać się bliżej z działalnością Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej, z jego prezeską i założycielką Blanką Rosenstiel, jak również z innymi przedstawicielami kultury polsko-amerykańskiej na Florydzie: prof. dr Zdzisławem Wesołowskim, kapitanem lotnictwa, wykładowcą aeronautyki, ekonomii i zarządzania na tamtejszym uniwersytecie (ostatnio: kandydatem na prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej); także z tłumaczem literatury polskiej na angielski (m.in. trylogia Henryka Sienkiewicza) – Alexandrem Jordanem, przyjacielem Jerzego Kosińskiego, korespondentem, przedwojennego PAT-a, byłym attaché prasowym przy Ambasadzie Polskiej w Londynie… Z humorem staram się podchodzić do wspomnień z dość niefortunnego spotkania z Lorettą Swift (znaną choćby – jako „Hot Lips” – z popularnego serialu telewizyjnego „M*A*S*H*”).
Wrażeń, barwnych obrazków, ciekawych momentów, nieznanych informacji i pikantnych kąsków nie brakuje. Mam nadzieję, że i Czytelnikom wydadzą się interesujące.

c.d.n.

* * *

Przed wywiadem z Edytą Geppert

Przed wywiadem z Edytą Geppert.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

Reklamy

Komentarzy 15 to “BEZ CLINTONA I SCHWARZENEGGERA”

  1. Jula :D Says:

    Bardzo ciekawy wstęp (to wszystko prawda) myślę , że dowiem się jeszcze czegoś od Ciebie, o czym nie miałam pojęcia :)
    Faktycznie popularność ludzi z „szoł -biznesu” , to swego rodzaju marketing , którego zadaniem jest promowanie produktu , celem zwiększenia zysku !… (Nie wiem jaki tam jest podział z tego zysku) ::D .. .
    Podobnie jest z ludźmi nauki, choć chyba mniej ekshibicjonizmu, ale inne uczucia ludzkie jak ; egoizm, zazdrość , kabotynizm i etc… – też im nie obce. ::D
    Myślę ,że często te popularne osoby kreują swój wizerunek , na potrzeby mediów, wbrew sobie i dopiero potem maja problem . :(
    Byłam na koncercie E.Geppert , teraz Jej gwiazda nieco zbladła , może ten czarny wizerunek sceniczny ,chwilowo minął się z popytem?. ;) ..
    Na niektórych zdjęciach , przyćmiewasz swoją urodą , polskie gwiazdy. ;)
    Niemen , to ma perukę?… ;) ..hihihi…
    Moja mama twierdzi, że On zaszachrował swoja metryką , bo jak była nastolatka to on już śpiewał te swoje piosenki zaraz po przyjeździe do Polski z Białorusi w latach 50-tych ubiegłego wieku, czyli był od niej starszy a potem przy jego śmierci wyszło , że jest młodszy o cała dekadę od niej.
    No tak ciekawi nas , życie prywatne, naszych współczesnych idoli . Kiedyś tak nie było na masowa skalę (poza biografami , historykami) , teraz wszyscy wgłębiamy się w życie prywatne pisarzy, uczonych, polityków i etc… Ta moda na „celebrytów” – jednak ma negatywny wydźwięk , nagle się pojawiła , chyba w latach 60-tych w USA .W Polsce to dopiero od lat 80-tych!…
    Chcemy wiedzieć wszystko włącznie z ich życiem seksualnym. Hahahha… ::D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Coś mi się wydaje Jula, ze podeszłaś do tego wszystkiego zbyt negatywnie ;)

      – Kiedy robiłem te wszystkie wywiady, nie interesowało mnie w zasadzie życie prywatne moich rozmówców, ani nawet ich „celebrycki” image. Starałem się mianowicie skupić na tym, co wg mnie wartościowego wnosi oni do kultury – i to nie tylko tej, uznawanej za „masową”. Nie widziałem w nich też „produktu”, którego przemysł rozrywkowy chciał „sprzedać”. (W czasie kiedy przeprowadzałem wywiady, „celebryci”, zwłaszcza w naszym kraju, byli jednak inni, niż obecnie. Innymi słowy: Niemen czy Zanussi, nie był żadną Dodą, czy Mandaryną, a Edyta Geppert – Lady Gagą…)

      – Edyta Geppert reprezentuje szczególny rodzaj wrażliwości i styl śpiewania, który nigdy nie zdobędzie masowego poklasku na dłuższą metę. Wszyscy widzimy co cieszy się teraz największym wzięciem.

      – Nie rozumiem Twojego podejścia do Niemena – to wygląda tak, jakbyś go chciała trochę poniżyć. Nie, nie wydaje mi się, że miał on wtedy perukę. I nie sądzę żeby (i to aż o dekadę) sfałszował on swoją metrykę urodzenia. (Mówienie o tym przypomina mi plotkarstwo.) Przecież chodził on w latach 40-tych i 50-tych do szkół, gdzie musiał się wykazać prawdziwą metryką (dlaczego miałby ją fałszować, skro nie był wtedy żadną sławą, a tylko małym Czesiem Wydrzyckim ze wschodnich rubieży?)

      – Nie chciałem wiedzieć „wszystkiego” o moich rozmówcach – interesowała mnie ich twórczość, a nie życie seksualne :)

      A… i jeszcze jedno: nie przyszło mi do głowy, żeby porównywać moją „urodę” z urodą moich rozmówców, a zwłaszcza z urodą takich kobiet jak Sophia Loren, Anna Dymna, Grażyna Szapołowska czy Edyta Geppert :)

      • Jula :D Says:

        No widzisz, jak czasy się zmieniają , teraz nasi bożyszcze musza występować w majtkach, nawet wiekowa M.Rodowicz !.. . .;D
        Drzewiej bywało, że od mądrości życiowych byli filozofowie. „Komedianci” tylko umilali życie „gawiedzi” .
        Potem „kultura” była w tej „nadbudowie” potrzebna państwu. Teraz nastąpił powrót do czasów dawnych.
        Szekspir był doradca królowej, czy tylko opisywał czasy , w których mu przyszło żyć ?.. . ;)
        A nadworni pieśniarze, to muzykowali na potrzeby dworu, czy po jarmarkach dla gawiedzi?.. ::D

        PS . Z pewnością stanowisz , dla tych pięknych i zdolnych kobiet , fantastyczne tło. ::D

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ale czy lepiej byłoby, gdyby Maryla Rodowicz wystąpiła bez majtek? ;)

          To prawda, stosunek („gawiedzi” i „możnych”) do „komediantów” się zmieniał na przestrzeni wieków. Podobnie jak i do innych artystów uprawiających różne dziedziny sztuki.

          PS. Prawdę mówiąc, to jako „fantastyczne” tło też niezbyt wyraźnie się czuję :)

  2. Jula :D Says:

    Rodowicz się śniło, że występuje bez majtek (niezbyt komfortowo się czuła) , sama słyszałam te jej zwierzenia w nocy w radio , jednym z tych małych prywatnych , daaawno temu ! ::D Nie wiem czy przypadkiem Majewski te jej zwierzenia nie wyciągnął. ;)
    No jak to niewyraźnie się czujesz ? .. , młody , przystojny facet wówczas byłeś i dobrze ubrany idealny dodatek do pięknej kobiety w postaci tych gwiazd, z którymi przeprowadzałeś wywiady . ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Na tych zdjęciach wyglądam trochę śmiesznie, jak na mój dzisiejszy gust (lecz wstydzić samego siebie raczej się nie trzeba, prawda? ;) )
      Poza tym: żadnym „dodatkiem” – zarówno wtedy, jak i teraz – się nie czułem :)

      Dla mnie najważniejsze jest (pozostalo) to, co mówili ci, z którymi przeprowadzałem wywiad.

      PS. Nie lubię pokazywać swoich zdjęć (czyli zdjęć, na których jestem) na blogu (stosunkowo rzadko to robię) lecz tutaj zrobiłem wyjątek. Człowiek jednak naraża się przez to na rózne takie… ;)

      • Jula :D Says:

        Eeee.., no żadne takie. Dobry dziennikarz, skoro może robić wywiady z tak znanymi kobietami!.. :)
        Ja ten „dodatek” specjalnie napisałam, bo często to jest stosowane do kobiet.
        Zwłaszcza w filmach , piękna kobieta , jako „dodatek” do znanych aktorów ;D
        Starzy aktorzy i młoda aktorka to już klasyka!!!
        Chyba Mary Streep ( jeszcze i kilka nazwisk aktorek , tak na palcach jednej ręki ) która przełamała ten stereotyp i mówi się o niej – świetna aktorka – która może zagrać i piękność , i staruszkę i kogo zechce !!! :D))))

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Przeprowadzałem wywiady nie tylko z kobietami.
          No i sam jestem (bądź co bądź) mężczyzną, wiec tym bardziej nie poczuwałem się do roli „dodatku” (jak sama piszesz, to raczej kobieta jest uważana za ozdobny „dodatek” mężczyzny ; ) )

  3. ulotna_wiecznosc Says:

    Skoro już obudziłeś swoje śpiące snem zapomnienia przepastne szuflady możne przypomnimy sobie muzycznie czy pamiętacie jak to było? :-)

    I jak malował Pan Chagall

    bo przecież ani malarze ani piosenkarki ani poeci nie zjawiają się przypadkiem :-))

  4. salina Says:

    Napisałeś Amicusie: „Ludzie pragną aby ich obserwować, brać pod uwagę, doceniać, chwalić i podziwiać”.
    Taak, to zdanie jest sensowne, bo czy znajdzie się ktoś, kto z pełnym przekonaniem powie: „mnie na tym nie zależy, możecie mnie wszyscy olewać”? :)
    W grucie rzeczy chodzi o to „co ludzie powiedzą” i chęć, żeby mówili dobrze, a jak nie, to żeby chociaż cokolwiek mówili.
    Sęk w tym w jakim stopniu te pragnienia determinują nasze postępki, nasze życie. Najgorzej gdy stają się celem samym w sobie – często skutkują sianiem zamętu wokół własnej osoby, „parciem na szkło”, szaleńczymi, durnymi, szkodliwymi a nawet zbrodniczymi czynami – jednak przynoszącymi „sławę”, nieważne, że wątpliwą. Myślę, że z wiekiem dojrzewamy, tzn dojrzewanie polega na tym, że przestajemy kierować się tym, co ktoś o nas pomyśli i czy w ogóle pomyśli, a nabieramy zaufania do wyznawanych wartości, własnego sumienia, zaczynamy doceniać i kształtować własne zainteresowania i uzdolnienia, jakie by nie były skromne.
    I są gwiazdy prawdziwe, które nie zabiegają o sławę, robią to co lubią najlepiej jak potrafią, wciąż się ucząc, doskonaląc.

    Niezmiennie u Ciebie interesująco Amicusie :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Masz rację, Salino. Najlepiej, jeśli nawet jest się już jakąś gwiazdą, zapomnieć o tym swoim „gwiazdorstwie” i robić to, co się umie najlepiej, co może być wartościowe dla innych – oddać się swojej pasji działania, tworzenia…
      Człowiek bowiem, tak naprawdę wart jest tyle, ile może dać z siebie innym ludziom.

  5. miziol Says:

    Mysle, ze ta potrzeba slawy i bycia kims docenianym, bierze sie z dosyc prostych pobudek i zostala opisana juz dosc dawno przez zamieszkalego w USA Rosjanina o nazwisku Maslow. Wedlug niego kazdy czlowiek ma mniej wiecej ta sama hierarchie potrzeb i po zaspokojeniu podstawowych, zaczyna odczuwac potrzeby wyzszego rzedu, takie jak m.in. potrzeba uznania. Jedni realizuja ja poprzez proby bycia „kims”, a inni poprzez proby zdobycia „czegos”. W roznej skali, stosownie do swoich mozliwosci. W nowoczesnych spoleczenstwach te dwie drogi schodza sie w jednym punkcie. Bycie slawnym oznacza takze sukces finansowy, a najbogatsi sa powszechnie znani i wielu probuje podazac ich sladem. Zastanawiam sie tylko, dlaczego wielu slawnych pisarzy ukrywalo sie pod pseudonimem, chociaz dzisiaj to juz bardzo rzadkie.
    Pozdrawiam

    • SA Says:

      Miziole, w teorii Maslowa o ile dobrze pamiętam, a i Ty o tym wspominasz obowiązuje zasada kolejnego zaspakajanie potrzeb, co w przypadku tzw. gwiazd chyba się nie sprawdza. Czasami nie ma co do garnka włożyć, poczucie bezpieczeństwa zupełnie rozchwiane, ale pędzi w bajecznie drogich obcasach w obłokach odurzających oparów noszących nazwy imion już „uznanych” gwiazd na sesję, bo jak już powiedziałam:choć realnie głodna, to w ostrogach i poczuciem głodu sławy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      miziol: „Zastanawiam sie tylko, dlaczego wielu slawnych pisarzy ukrywalo sie pod pseudonimem, chociaz dzisiaj to juz bardzo rzadkie.”

      Może dlatego, że dla nich identyfikacja z pseudonimem była równoznaczna z identyfikacją z sobą samym? ;)
      To podobnie jak dzisiaj cała masa ludzi prowadzi blogi pod pseudonimem. Mimo, że prawie nikt z czytelników tych blogów nie zna prawdziwego nazwiska autora bloga, to ów autor ma poczucie tego, że coś tworzy, dzieli się czymś ze światem i ewentualnie odczuwa satysfakcję, jeśli to co robi znajduje uznanie u innych ludzi.
      Co ciekawe, ogromna ilość blogów (niemal wszystkie) prowadzona jest przez ludzi, którzy nie mają z tego żadnej gratyfikacji materialnej – co może świadczyć o tym, że potrzeba ekspresji samego siebie, kontaktu i rezonansu z drugim człowiekiem, jak również – last but not the least – bycia docenionym, jest dla nich ważniejsza, niż pieniądze (czyli korzyść psychologiczna przeważa nad materialną).


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s