WOJNA I RÓŻE

(zapiski XI)

Paradoksy można nie tylko polubić – one fascynują. Mogą mieć nawet czasem moc małego objawienia, po którym rzeczywistość – pozostająca przecież tą samą – wydaje się być jaskrawsza, wyrazistsza, świeższa… bardziej naga wreszcie. Mimo, że w logice za paradoks uważa się rozumowanie, które dzięki ukrytym błędom logicznym, nieprecyzyjności, dwuznaczności i niejasności sformułowań, prowadzi do jawnie sprzecznych ze sobą wniosków, to bardziej odpowiada mi ten rodzaj paradoksu, który określa się jako twierdzenie uderzające trafnością, lecz stawiane niejako „pod włos” utartym, obiegowym opiniom, zdecydowanie z nimi sprzeczne –  przekorne wobec oczywistości, która też bywa przecież pozorna i złudna.

.

Siła i delikatność - czy mogą być po tej samej stronie?

Siła i delikatność – czy mogą być po tej samej stronie?

Dzięki zestawieniu ze sobą tych dwóch definicji, można odnieść wrażenie, jakoby logika była po stronie vox populi… I oto mamy kolejny paradoks, gdyż głos ludu nazbyt często kłóci się z logiką, również wtedy – a może nawet zwłaszcza wtedy – kiedy wydaje się być głosem Boga.
Jestem po stronie Dürrenmatta, który uważał, że właśnie człowiek konfrontujący się z paradoksem, bardziej wystawiony jest na działanie rzeczywistości – nagle znajdując się bliżej niej samej, doświadcza jej ponad swoimi uprzedzeniami, dotyka jej sedna.

greydot

Choć wojny nie znam z autopsji – los jak do tej pory oszczędził mi tego doświadczenia – to zawsze była ona w mojej świadomości czymś niezwykle ważnym w ponawianych przeze mnie próbach rozumienia świata i człowieka. Dość szybko odseparowałem sztuczną wizję wojny  –  jaką serwowano nam, dzieciom PRL-u, w postaci rozrywkowych filmów typu „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies” – od prawdziwego jej obrazu utrwalonego w dokumentach, wspomnieniach, faktach – przedstawieniach nie zdeformowanych popularną fikcją ani oficjalną propagandą. Takim momentem przełomowym dla mnie była konkretna chwila podczas oglądania jednej z filmowych kronik wojennych, kiedy to zobaczyłem upadającego, trafionego kulą, żołnierza. Od tamtego momentu na ową kronikę przestałem patrzeć jak na film. Ogarnęło mnie wówczas wszechmocne poczucie realności. Wojna przestała być dla mnie zbiorem dat, suchą statystyką ofiar, papierową planszą frontów, ruchów abstrakcyjnych wojsk, podręcznikowym zbiorem bitew. Czymś szokującym niemal było dla mnie uświadomienie sobie, że przecież to wszystko działo się NAPRAWDĘ, i to zaledwie kilkanaście lat przed moim  urodzeniem się.

Nazajutrz poszedłem na miejsce, gdzie Niemcy rozstrzelali podczas okupacji kilkudziesięciu zakładników, mieszkańców mojego miasteczka. Dotknąłem zachowanego w murze wgłębienia po kuli i poczułem się jak Tomasz wkładający palec do rany w boku Chrystusa. Czy można to nazwać obsesją?
Starałem się poznać mechanizmy rządzące wojnami. Ich irracjonalność, morze głupoty, zaślepienia i nienawiści, jakie rozlewało się wraz z krwią w każdej wojnie, spowodowały, że skłoniłem się zrazu ku pacyfizmowi. Jednak tego idealizmu (i może jednak utopii – jak to sobie później uświadomiłem) nie dawało się utrzymać dłużej. Wydaje się bowiem, że wojna jest zrośnięta z człowiekiem jak pazury z drapieżnikiem. Ciągle też pamiętałem to podniecające męskie poczucie siły, kiedy sam trzymałem karabin w rękach.

greydot

Moja pierwsza wizyta w Arizonie. Zatrzymaliśmy się u pewnej rodziny w Paradise Valley, koło Phoenix, w niezwykłym architektonicznie domu zaprojektowanym w pracowni Franka Lloyda Wrighta. Nasza gospodyni zaproponowała nam następnego dnia wzięcie udziału w wyprawie jeepem za miasto, na pustynię Sonora, po tzw. Szlaku Apaczów – a więc Geronimo, Koczis, Winnetou… czyli pełen romantyczny wypas. Naszym przewodnikiem miał być rasowy cowboy w skórzanym kapeluszu, w butach z cholewami  (choć bez ostróg), no i oczywiście z imponującymi coltami po bokach. Towarzyszyła nam również Barbara, starsza przyjaciółka naszej gospodyni. Przejażdżka była szalona: pustynnym traktem, wśród olbrzymich kaktusów saguaro, po żwirze i kamieniach, korytem wyschniętej rzeki… jednak jej końca nikt nie przewidział.
Cowboy na finał chciał nam zafundować frajdę, zrobić „wystrzałową” przyjemność. Wyciągnął więc pistolety i zaczął strzelać do kaktusów. Wreszcie jedną z tych zabawek wcisnął do ręki Barbary. I dopiero wtedy zauważyliśmy, że dzieje się z nią coś niedobrego. Nagle zaczęła się trząść, wypuściła broń z ręki i zaniosła się płaczem. Wróciliśmy do domu, nikt z nikim nie zamienił ani słowa. Później dowiedziałem się, że rodzice Barbary zginęli zastrzeleni z pistoletu na ulicy warszawskiego getta.

greydot
Rzecz uderzająca: niezwykła zdolność człowieka do wyłączenia się z dominującej aktualnie rzeczywistości, by na przekór istniejących wokół warunków tworzyć lepszy świat, niekoniecznie idealny – świat będący często pozytywnym odbiciem koszmarnego negatywu. W celi śmierci powstaje poemat o słońcu, radości życia, błękitnym niebie i ptakach; w obozie koncentracyjnym orkiestra gra Schuberta i Mozarta; w okopie strzeleckim maluje ktoś akwarelkę…
Podobne przykłady można mnożyć, lecz błędem byłoby traktować to li tylko jako ucieczkę. Nie jest też owa zdolność jakimś artystowskim żałowaniem kwiatów, kiedy płoną lasy. Ani to więc eskapizm, ani kwietyzm, ani nawet sentymentalizm. Bardziej sprawiedliwie byłoby nazwać tę wspaniałą ludzką przekorę heroiczną niezgodą człowieka na narzucony mu przez los, czy tzw. „siły wyższe” (Boga, Fortunę, Przypadek…?) rozpaczliwy dryl.

Czy przejmująca liryka Baczyńskiego miałaby tę pełnię, czystość i głębię, gdyby nie otaczające ją piekło wojny, dławiącej okupacji i krwi powstańców? Strącony płatek róży na gruzach zabitego miasta. Dziś już tych ruin, zgliszczy i popiołów nie ma, ale siła poezji Kamila przetrwała.
Kiedy poznałem sztukę Karola Wojtyły „Brat naszego Boga” (za pierwszym razem był to spektakl w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, ostatnio film Krzysztofa Zanussiego), byłem wielce zaskoczony, że nie można spotkać w nim ani śladu wojny, która dopiero co przewaliła się morderczo przez świat. A przecież dwudziestoparoletni Wojtyła pisał ją właśnie na pobojowisku Europy. Etyczno-filozoficzna rozprawa o różnych powołaniach człowieka, wiele słów o malarstwie i sztuce, o konieczności dokonywania moralnych wyborów – a wszystko odbywa się na tak wysokich i wysublimowanych poziomach, że aż trąci abstrakcją. My już dzisiaj wiemy, że właśnie to bliskie szaleństwu roztrząsanie owych – wydawałoby się: oderwanych od życia – konfliktów i problemów było wyrazem procesu kształtowania się osobowości i umysłu jednej z najwybitniejszych postaci współczesnego świata.

greydot
„Małego księcia”, jedną z najmądrzejszych, najbardziej uroczych, tęskno-melancholijnych baśni dla dorosłych (choć nie tylko dla nich) napisał Antoine de Saint-Exupéry, francuski lotnik, który zginął zestrzelony podczas zwiadowczego lotu nad Morzem Śródziemnym w 1944 roku.
Artysta i wojownik, na wojnę i wyzywające niebezpieczeństwo patrzył oczami marzyciela i poety. To dzięki niemu Mały Książę wrócił na swoją planetę, do tej jedynej ukochanej róży, mimo że na Ziemi były ich miliony i to piękniejszych od tamtej. Sentymentalizm, który tutaj nie śmieszy, ani nie niecierpliwi. Rzadkość, za którą kryje się często głębokie cierpienie i tęsknota.

greydot

Proust na „nieludzkiej ziemi”. W poszukiwaniu straconego czasu, subtelności i arystokratyzmu ducha wśród baraków Starobielska i Griazowca. Utrwalić kruchy artyzm i ulotną kulturę na katordze, wśród tumanów komunizmu; gdzie zimno, szarość, głód i nędza stały się normą, wypełniły świat.
Józef Czapski, pisarz, malarz, współredaktor paryskiej „Kultury”, zesłany został w 1940 roku przez Sowietów na Wschód. Najpierw do obozu w Starobielsku, później w Griazowcu, gdzie ulokowano około 330 Polaków, głównie oficerów. (Na marginesie: to właśnie z Czapskim, który nie żył już od kilku lat, chciał się niedawno umówić na spotkanie były minister kultury w Polsce.)
I tam, na głuchym zesłaniu, zaczął Czapski swoje odczyty o francuskiej literaturze, mówiąc głównie o Prouście. W „niskiej i czerniawej izbie starej chaty” zbierało się zwykle 40 osób: „przychodzili o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz” – pisał Czapski.

Proust, mistrz intelektualnego i estetycznego wyrafinowania, kot salonowy, przenikliwy znawca paryskiej arystokracji, nadczuły i nadwrażliwy artystowski dandys, geniusz przenikający na wskroś ludzkie dusze i rzeczywistość, stał się w Rosji pocieszycielem zgnębionych, wdeptanych w błoto i rzuconych na mróz niewolników. „Zawdzięczaliśmy Proustowi – wspominał Czapski – godziny czyste radości i myśli.”
Co za ironiczny paradoks: człowiek, który stopniowo odsuwał się od świata, a w końcu całkiem się od niego odizolował i to w sposób dosłowny, obijając swój pokój dźwiękochłonnym korkiem – otóż ten właśnie odludek został przez jeńców obozu uznany za przyjaciela w tym strasznym miejscu odosobnienia.
Ulotność, subtelność, wyrafinowanie, nadwrażliwość, wysublimowana w sposób najwyższy kultura… Baraki, prycze, smród, wszy i pluskwy, mróz, tępota i bezduszność stalinowskiej machiny i obsługujących ją chamów… Kontrast to niesamowity i niewiarygodny tak, że aż wydaje się sztuczny.
Wykłady, które Czapski robił oczywiście z pamięci, zostały spisane w obozie przez jego przyjaciół i do dziś stanowią jedną z najbardziej wnikliwych analiz Prousta w Polsce.

greydot
Nie można się oprzeć wrażeniu, że człowieka na największą wzniosłość, głębię, szlachetność, stać tylko w obliczu sytuacji ekstremalnych. Tutaj paradoksem jest z kolei to, że w tych samych warunkach wyłazi też z niego to, co najgorsze: największa podłość, prymitywizm, agresja, bydlęctwo…
Czy istnieje tu jeden uniwersalny probierz dla wszystkich ludzi? Czy zawsze wiadomo, że konkretny człowiek zachowa się w danych okolicznościach tak, a nie inaczej? Jedno jest pewne: w warunkach nieludzkich bardziej prawdopodobne jest to, że człowiek zachowa się nieludzko.
Czy jednak można wyciągać z tego wnioski ogólne rozciągając je na cały gatunek Homo sapiens – głosząc, że człowiek to najgorsze bydle jakie kiedykolwiek pojawiło się pod słońcem?

greydot
Wreszcie paradoks bodaj największy: wartości tradycyjne i szlachetne, takie jak honor, lojalność, patriotyzm, poświęcenie, śmiałość, szczerość, prostolinijność, wierność własnym przekonaniom, postępowanie zgodnie z przyjętym przez siebie kodem etycznym były wśród pewnych ludzi wartościami praktykowanymi i żywymi w czasach światowej katastrofy wojennej, która z drugiej strony przyniosła przecież największe upodlenie ludzi, jak również pogardę (bo jednak nie kompromitację i nie bankructwo – jak to się mylnie sądzi) wspomnianych przeze mnie wartości.

Dzisiaj, kiedy nowe pokolenia nie doświadczyły żadnej globalnej śmiercionośnej zawieruchy, wszystkie te wartości wydają się przeżywać kryzys. Jednak ściślej byłoby stwierdzić, że kryzys, tak naprawdę, przeżywają ludzie, którzy przestali owe wartości respektować – nieważne: z pogardy dla nich, czy wskutek uświadomienia sobie ich nieskuteczności wobec nagiej bezwzględnej siły, agresji i barbarzyństwa. Wrażenie to utrzymuje się wbrew temu, że właśnie po szaleństwach zachodniej cywilizacji w XX wieku, obwieszczono totalny kryzys kultury i wręcz bankructwo bądź co bądź „chrześcijańskiej” Europy. Tak, jak pisał w 1945 roku późniejszy laureat Nagrody Nobla, Elias Canetti: „Naszemu pokoleniu przypadło w udziale doświadczenie, że wszelkie szlachetne usiłowania ludzkości są daremne.”
A jednak właściwymi zwycięzcami byli według mnie ci, którzy nie dali w sobie zabić swojej ludzkiej duszy i przekonania, czy też wiary w jej szlachetny potencjał.

greydot

Post-wojenna kultura człowieka Zachodu postawiła na rozwój techniczny, gospodarczy i społeczny, budując większą lub mniejszą stabilizację, mnożąc dobra konsumpcyjne. Te ostatnie uznano za podstawę dobrobytu, jaki utożsamiano z dobrym samopoczuciem człowieka, który powinien być według tej doktryny przede wszystkim konsumentem. Wytwarzanie, wydajność i konsumpcja – wraz z ekonomiczną konkurencją i wyścigiem technologii – stały się swoistą religią, za którą trudno było dostrzec jakąkolwiek metafizykę, nadającą temu wszystkiemu jakiś wyższy sens. W związku z tym kultura, a i sama egzystencja ludzi uległa w tych warunkach  spłyceniu, spłaszczeniu i wyjałowieniu. Na domiar złego, rozwój mediów, zwiększanie się zasięgu, ilości i szybkości wymiany informacji, spowodowało dalszą relatywizację kulturową, przenikanie się zgoła obcych sobie kręgów cywilizacyjnych, dotychczas dość szczelnie od siebie odizolowanych. Lecz zamiast wzbogacenia i wzajemnej komplementacji, powodowało to w ludzkich głowach większy zamęt, dość chaotyczne przerzucanie się z jednych wartości na drugie, jak również ich stopniową dewaluację. Innymi słowy: ludzie przestawali wierzyć w to, co wierzyli dotychczas, zaczynali natomiast wierzyć w byle co i cokolwiek. Doszło do tego, że metafizykę najpoważniej traktuje się dzisiaj w dziwacznych eklektycznych sektach, a to oznacza zwykle tej metafizyki degradację.

Nowoczesny człowiek zachwycił się możliwościami techniki, z nauki uczynił coś w rodzaju obowiązującej wszystkich religii; kultem otacza tzw. „samodoskonalenie się” rozumiane jako ciągłe podnoszenie własnych kwalifikacji profesjonalnych i coraz większą dyspozycyjność, tudzież „multitaskową” gotowość wobec głównych trendów korporacyjnego zarządzania. Shopping mall stał się centrum konsumerskiej religii, w której własne ciało traktowane jest jak świątynia hedonizmu, gdzie obowiązuje kult nieprzemijającej urody i wiecznej młodości. To co dawniej nazywano „duchowością” przeszło do lamusa – zresztą większość ludzi jest teraz przeświadczona, że coś takiego jak „duchowość” w ogóle nie istnieje, będąc wymysłem naiwnych idealistów.
Nowoczesny człowiek stara się oczywiście bawić, żyć na tzw. „luzie”, stale wymyślając coraz to nowe zabawki. Wie, że rekreacja i rozrywka są niezbędne, więc dzielnie wyjeżdża na wakacje, choć zaawansowany pracoholizm nie pozwala mu zwykle na odprężenie i relaks. Nie dopuszcza jednak, by z twarzy – przynajmniej publicznie – schodził mu wyraz zadowolenia z samego siebie i z życia („keep smiling!„). Innymi słowy: robi dobrą minę do niepewnej gry. Pytanie tylko, jak długo zdoła on utrzymać tę sztuczną fasadę – kiedy mu się znudzą te wszystkie nowe zabawki i ogarnie go dojmujące poczucie pustki?
Napisałem o człowieku nowoczesnym, mając na myśli takiego, który odniósł sukces. A co z tymi, którzy ponieśli klęskę?

greydot

Szaleństwem i głupotą, a może nawet nikczemnością byłby nostalgia za czasami pożogi tylko dlatego, że prawem kontrastu wyłoniły one wyższe wartości, reprezentowane niemal wyłącznie przez tych, którzy (w czasie rozprzestrzeniania się agresywnej zarazy) byli najczęściej po stronie ofiar. Nie można przy tym zapomnieć, że to uszlachetnienie pewnych ludzi brało się w dużej mierze z cierpienia jakie odczuwali patrząc jak wszystko przytłacza lawina zła. Było też często rozpaczliwą walką o nadzieję w obliczu upadku moralnego ludzkości – tragedii, za którą odsłaniała się już tylko czarna otchłań nihilizmu.
A jednak mnie samego nawiedzało czasem poczucie, iż przez fakt, że nie przeżyłem tamtego okrutnego czasu na własnej skórze, moja egzystencja jest płytsza. Poczucie nie tylko dziwne, ale zgoła absurdalne, gdyż to, że naszemu pokoleniu oszczędzone zostało piekło wojny, można poczytać tylko za szczęście. Niemniej, kryje się w tym jakiś mój głód i niedosyt doświadczenia – coś w rodzaju poczucia niższości wobec ludzi, którzy mierzyli się z tamtą rzeczywistością o własnych siłach. Ale jest to zagadnienie znacznie szersze.
Żyjąc w Ameryce, zaliczając się w dodatki do tzw. Polonii amerykańskiej, bez przerwy mam wrażenie, że jakikolwiek świat bardziej szlachetny nie ma tu większej racji bytu. Rzeczywistość bowiem zdominowana jest przez pośledniość, tandetę, tymczasowość, pozory, bezideowość, plebejskość, płyciznę, kicz… Nie wiem, czy przebywając w Polsce odczuwałbym to samo. Niestety, obawiam się, że tak. Wskazywać to może tylko na uniwersalizm i powszechność zjawiska – że jest to po prostu signum temporis, czyli znak naszego miałkiego czasu.
Jak się przed tym bronić? Jak postępować i myśleć, by mimo wszystko nie przysłoniło to nam urody świata, ani nie zgasiło powabu życia, które skądinąd jest (może być) fascynujące i piękne?

Zapewne nie byłoby dobrze, gdybyśmy w poszukiwaniu tego „lepszego” świata, zwracali się tylko ku przeszłości. Czy tylko z tego, co było, mamy czerpać wiedzę i wiarę w szlachetność i lepszą przyszłość człowieka? Byłaby w tym jakaś dziwna i gorzka przewrotność. Lepiej więc nie narzekać tak, jak kiedyś to zrobił Gogol: „Dzisiaj w Rosji nie ma już miejsca dla pięknych dusz. Na powierzchni utrzymują się tylko świnie.”

Niemal każdy człowiek, który nie jest zadowolony ze stanu otaczającej go rzeczywistości, szuka dla siebie azylu. Dla jednych jest „chodzenie” na ryby, dla drugich sport, dla innych jeszcze uczestnictwo w kulturze w różnych jej odmianach; także religia. Kiedy próg niezadowolenia zostaje przekroczony i zaczyna się cierpienie, ucieka się jeszcze dalej – w alkohol, seks i narkotyki… Ten rodzaj eskapizmu najczęściej okazuje się być destrukcyjny. Natomiast ucieczka „w sztukę” może być twórcza. Religia pozwala przetrwać, jak również łagodzi umieranie.

greydot

Fascynuje mnie świat moich ojców i dziadków. Nie tylko dlatego, że widzę w nim zarówno to, co w ludzkiej naturze jest najlepsze, jak i to co najgorsze – i to często w ekstremalnym wydaniu. Wydaje mi się, że życie było wówczas jakby bliżej krwi i kości człowieka. Z jednej strony odarte z pozorów, z drugiej jednak – pogłębione egzystencjalnie. Wiem, że osią tego świata była dla nich wojna, a więc zarówno faszyzm, jak i komunizm – straszne doświadczenie totalitaryzmów. Dla tych, którzy te zawirowania przeżyli, nadal świat wydaje się kręcić wokół tej samej osi. Co charakterystyczne, młode pokolenia nie są wcale tym zniecierpliwione – one są wobec tego… doskonale obojętne. Myślę jednak, że mimo owych fiksacji i zapatrzeniu w przeszłość, wiele się od starszych pokoleń możemy nauczyć.

Nigdzie indziej nie mogę znaleźć tej specyficznej aury chroniącej pewne wartości, jak wokół ludzi pamiętających niepodległą Polskę, powstanie, czasy stalinowskie… czy wreszcie miejsca i strony, w których dorastali. Wydaje się, jakby przywiązanie do tych miejsc nadawało im dodatkowo pewnych szlachetnych rysów: Wilno, Kraków, Lwów… cała ta nostalgia związana ze wspomnieniem stron rodzinnych, czy choćby tylko czasu swego dorastania. Tradycja, która już zatarła się w widocznej dziś rzeczywistości, a która jeszcze ciągle z nimi – i w nich – żyje.

greydot

Pisarstwo Herlinga-Grudzińskiego, Alberta Camusa… nawet Miłosza, mimo jego filozoficzno-politycznych perypetii i amerykańskich uwikłań. Towarzystwo od kultury polskiej, którego frakcję zdołała pod swoimi skrzydłami zgromadzić w Paryżu instytucja Jerzego Giedroycia. Tam odnalazłem próby odpowiedzi na pytania i problemy, które zawsze były – i nadal są – dla mnie ważne. Zwłaszcza „Dziennik pisany nocą” Herlinga okazał się dla mnie lekturą wręcz katarktyczną – sferą, gdzie mogłem się przenieść w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie kwestie, także w poszukiwaniu humanistycznych wartości, intelektualnej klasy i szlachetności – większej niż ta, którą oferuje nam na co dzień społeczeństwo konsumpcyjne, zadowalające się bylejakością płytkiej egzystencji. Choć przecież „Dziennik pisany nocą” nie mógł być jasny. Wprost przeciwnie – w jego mrokach czuje się często bojaźń i drżenie – lęk przed tą ciemną stroną naszej natury. I może właśnie dlatego mocniej akcentuje się tam ludzki heroizm, bardziej afirmuje wiarę w możliwość wielkości człowieka – silniej pragnie się nadziei na moralny ład świata, na przekór chłodnej obojętności niebios.

greydot

Widziałem gdzieś niedawno takie piękne zdjęcie, na którym postawny żołnierz odbiera z rąk małej dziewczynki hełm przybrany kwiatami. Czy potrzebne nam lepsze przedstawienie paradoksu „wojny i róż”, jak ten ukwiecony hełm wręczany ufnie wojownikowi przez bezbronne dziecko?

greydot.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 28 listopada, 1997 r. (Na zdjęciu: Lee Marvin, kadr z filmu „The Big Red One”)

  Powiązane wpisy: „CZAS PRZEMOCY”, „WOJENNA SCHIZOFRENIA”, „SZKLANE KLOSZE”

.

Reklamy

Komentarzy 51 to “WOJNA I RÓŻE”

  1. Kamila Says:

    Tylko ucieczka w sztukę może być twórcza, reszta to destrukcja…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niestety, czasami ucieczka w sztukę też jest destrukcyjna.

      • Kamila Says:

        Zawsze trafiasz w sedno z wpisami. Jakoś bardziej myślałam o sztuce jak o ratunku dla duszy i nawet mi nie przeszła przez głowę jej destrukcja strona.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Więcej jest racji w Twoim pierwszym komentarzu, niż w mojej odpowiedzi Tobie.
          Sztuka sama w sobie nie jest destrukcyjna, sam człowiek bywa destrukcyjny.
          Zwykle, ucieczka w sztukę jest destrukcyjna wtedy, kiedy człowiek ulega przy tym swoim autodestrukcyjnym instynktom (takim, jak np. nałogi), ewentualnie swoją sztuka tworzy świat, który w końcu zabija jego samego albo niszczy jego psychikę (np. obłęd).

        • Kamila Says:

          Tak właśnie myślałam, ze obłęd albo nałogi. Bardzo trudno jest „uciec” właśnie w sztukę, bo nałogi są łatwiejszą odskocznią a sztuka wymaga talentu – jakiegokolwiek, samodyscypliny i narzędzi – pisze to z własnego doświadczenia ale nie jestem w żaden sposób kreatywną osobą w sensie sztuki dosłownie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wszystko, co jest konstruktywne wymaga wysiłku :)
          Autodestrukcji zwykle po prostu się ulega. (Zbudować coś jest trudniej, niż zburzyć.}

  2. Megi Says:

    Stanisławie, u mnie spokój na ulicy, tylko niepewnie patrzę na boki, czy aby jaki to szaleniec z chorą ideologią nie wyskoczy zza rogu, nie porwie mas do bratobójczej walki.
    U mnie spokój, a że za morzem walki się toczą, to uszy mało co słyszą. Kolejny to paradoks na tle zdarzeń w rzeczywistości.
    Trudno jest nie potępiać wojennej machiny, ale ………

    Wyskoki Sądzie, Kain jest bez winy,
    Czyn haniebny nie znał praw porządku.
    Jemu podobnym, po historii zdarzeń
    bez człowieczej godności, właściwości,
    zasądzić wyrok największej miary.

    Za upodobanie zła, zadane cierpienia,
    za brak istotnej busoli – sumienia,
    za to, że zarazili dżumą, trądem
    na oko światłe postacie, wdrożyli w swoje szeregi.

    Wysoki Sądzie, wybiegając w czasie
    ja, o łagodny wyrok proszę.
    Bo gdyby co, to nie wiem,
    czy w wojennej zawierusze
    zachowałabym etyczny kod grupy.

    Godność, honor, to słowa wielkie,
    ale czarcia zaraza miesza szyki.
    Rozumy plącze po swojemu,
    rodzi czarne kruki, gawrony,
    a od zarodka ułomny każdy ptak.

    Pozdrawiam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak to pisał Stanisław Jerzy Lec? „Szkoda, że Abel i Kain nie byli braćmi syjamskimi.”?
      A może jednak w jakimś sensie byli? I równie dobrze (czy też raczej źle) Abel mógł zamordować Kaina? Tyle że jakieś fatum zadecydowało inaczej?
      Lecz jeśli istnieje przeznaczenie, to czy można mówić o czyjejś winie?
      Niestety, nawet jeśli wolna wola jest złudzenie, to i tak wymaga się od nas zwykle odpowiedzialności – a więc kary za popełnione (chcący czy niechcący) winy.

      PS. Dziękuję za wiersz o wymownym przesłaniu :)

  3. Tess Says:

    Polecam

    Ostatnia minuta nagrania to jakby podsumowanie tego teksu.

  4. Jula :D Says:

    Powiem trywialnie – dobro i zło to sprawa czysto umowna. Wszyscy jesteśmy śmiertelnikami i żeby przeżyć czerpiemy garściami z jednego i drugiego. Należymy do rodziny ssaków i pomimo najwyższego stopnia rozwoju cywilizacji jaki osiągnęliśmy dotychczas, mentalnie wcale się od nich nie różnimy. Dlatego się mówi o miejskiej dżungli etc…
    Tak samo się rozmnażamy, dbamy o potomstwo, własny byt a niektórzy o swoją hierarchie w grupie. ;)
    Myślimy, że potrafimy więcej, ale my tylko bardziej lub mniej umiejętnie z tą naszą filozoficzną otoczka, bardziej lub mniej umiejętnie naśladujemy otaczająca nas przyrodę. Tak konstruktorzy inżynierowie, jak i poeci, malarze, czy muzycy.
    To co tworzymy to tylko „atrapa” otaczającego nas świata. I to my nadal dostosujemy się do otoczenia a nie odwrotnie, wystarczy uważnie popatrzeć. To tylko nasz „mikrokosmos”… w kosmosie!
    Ps. Ten tytuł „Wojna i róża”, to moje pierwsze skojarzenie z zespołem ” Guns N’ Roses ”
    No to jedna z wielu piosenek tego zespołu — >Welcome To The Jungle –>

    Ps. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, już 2014 !.. ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No, Jula, to śmiałe stwierdzenie, że wcale się nie różnimy mentalnie od myszy ;)

      My rzeczywiście potrafimy więcej, niż inne zwierzęta – kultura, którą tworzymy jednak emancypuje nas w jakimś stopniu (nie do końca, oczywiście) ze świata zwierząt i samej Natury.
      I jednak przystosowujemy środowisko do naszych potrzeb (na dobre i złe), choć oczywiście samej Natury zupełnie przeskoczyć nie możemy i cały czas pozostajemy jej częścią.

      Rzeczywiście, jak na razie nasza technologia nie może w niektórych przypadkach konkurować z naturą, która miała setki milionów lat na ewolucję – i nie wykluczone, że stał za tym (stoi) jakiś kosmiczny super program ;)

      To prawda, nasza (fizyczna) znikomość wobec ogromu Wszechświata, może się czasami wydawać przytłaczająca.

      PS. Dzięki za “pistolety”, a zwłaszcza za “róże” ;)

  5. Torlin Says:

    Przeczytałem bardzo dokładnie cały wpis, co do wojny się zgadzam, ale z resztą? Nie bardzo.
    Nostalgia za starymi czasy. Wilno, Lwów, dawny Kraków, „życie było wówczas jakby bliżej krwi i kości człowieka”. Tymczasem to był czas nieprawdopodobnej obłudy, prostytucji i burdeli, do których chodzili stateczni panowie, mężowie znudzeni mieszczańską atmosferą. To był czas wykorzystywania seksualnego pokojówek, pomocy domowych. Chorób, na które nie znano lekarstw. Podziałów społecznych nawet w obrębie jednej klasy, wyrzucanie z niej ludzi inaczej myślących, względnie niechcących się podporządkować przedziwnym prawom tam obowiązującym.
    Wartości. To właśnie PiS doprowadził do sytuacji, że ja na dźwięk słowa „wartości” drętwieję. Dla mnie słowo „wartości” ma sens wtedy, kiedy nie wiadomo, że o to chodzi. Coś w rodzaju reżyserii filmowej, im mniej widoczna, tym lepsza. Jak zaczynamy mówić na temat „wartości”, to mnie to śmierdzi na odległość obłudą i próbą narzucenia swojego widzenia świata innym osobom. Bo co myślimy, kiedy używamy tego słowa? Nie zabijaj? Mów prawdę? Patriotyzm? Co rozumiemy teraz pod tym terminem? Niechęć do Niemców i Rosjan? Pracę w polskiej firmie? Czy jeżeli ja się czuję Europejczykiem i Polska dla mnie może być częścią jakiegoś większego tworu państwowego, to ja jestem patriotą, czy nie?
    Plebejskość. Taki świat był od początku istnienia, zawsze było 5 % społeczeństwa, które wiedziało troszeczkę więcej od innych, i interesowało się innymi sprawami. I to się nie zmieniło od czasów jaskiniowych, rzymskich, Konstantynopola czy Królowej Wiktorii. Nie można mówić o dzisiejszej bezideowości i plebejskości, a dawać przykłady z historii z tych 5 %. W 1889 roku 41 % mieszkań w Warszawie to były klitki na strychach i w piwnicach. Poczytaj im Prousta. Dzisiejsze czasy są cudowne, moim zdaniem nie można w ogóle porównywać z dawnymi. Właśnie dzisiaj, dzięki przepływowi informacji, jeżeli tylko młody człowiek chce dostać jakąkolwiek informację, względnie zainteresować się jakimś tematem, to ma cudowne możliwości spełnienia swoich zachcianek. Pracuję z młodzieżą, często z małych miasteczek, i widzę, jak korzystają z tego, w Youtube oglądają filmy poświęcone zatopienia „Bismarcka”, sondzie MAVEN lecącej w kierunku Marsa, wyjeżdżają za granicę, oglądają zabytki.
    Dla mnie jest wręcz na odwrót. To teraz ciasnota umysłowa dawnych czasów została rozerwana, nikt nie jest skazany na pobyt w swojej klasie społecznej, w swojej jednoizbowej izdebce lub czworakach, bez jakiejkolwiek możliwości poprawienia swojego losu.
    I dla mnie takim wspaniałym filmem pod tym względem było „O północy w Paryżu”, a jedna ze scen wywarła na mnie niesamowite wrażenie, ponieważ bohater mówi to, co ja bez przerwy powtarzam – Gil mówi do Adriannie, jak ona chce zostać w czasach impresjonistów: „To są tylko twoje wyobrażenia tych czasów, że były lepsze, mądrzejsze, że żyli wspanialsi ludzie. A to była epoka z takimi samymi ludźmi, z chorobami, bez lekarstw” (cytuję oczywiście z pamięci, nie gniewaj się, że nie są dokładne, zapewne jest to tylko moja interpretacja). Bo przeszłość idealizujemy, tak jak i czasy młodości. Tymczasem tak naprawdę zawsze najwspanialsze są właśnie czasy rzeczywiste, dziejące się tu i teraz.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Torlinie, zważ że ja ten tekst pisałem gdzieś w połowie lat 90-tych ubiegłego wieku, i to pod wpływem pewnych impulsów… zgoda, idealizujących dawne czasy, ale nawet dzisiaj potrafię tę nostalgię zrozumieć. Nie bez znaczenia było także to, że w tamtym okresie czytałem też sporo literatury odnoszącej się do polskiej przeszłości, opisującej świat, który przeminął. Ponadto, zawsze miałem respekt do intelektualistów (pisarzy), wprawdzie „starej daty”, ale jakże przecież wyrazistych, solidnych i ciekawych: Kołakowski, Miłosz, Giedroyć, Herling-Grudziński, Wańkowicz…

      Zważ, że wtedy nie było jeszcze występów PiSu, wojny smoleńskiej – a więc ostrej walki między frakcjami tzw. „lieberalnymi” i „konserwatywnymi”, dramatycznego podziału Polski, przebiegającego m.in. wzdłuż obrony tzw. „wartości” przed cynizmem i szyderstwem naszych czasów.

      Kiedy czytałem teraz ten tekst, to również sobie uświadomiłem to, że mówienie obecnie o „wartościach” może wzbudzić pewne… zniecierpliwienie, niechęć… coś w tym rodzaju. Moim zdaniem obie strony tego sporu są za to odpowiedzialne: pierwsza za nadużywanie retoryki „wartości”, powtarzanie pewnych słów (związanych z tymi wartościami), jak mantry, przez co pojęcia te się spłaszczają, wyświechtują, dewaluują, przestają cokolwiek znaczyć…; druga za bezpardonowy i szyderczy atak na „konserwatystów” i tradycjonalistów, wyśmiewanie pewnych rytuałów i zachowań nie przystających ich zdaniem do współczesności, oskarżanie o mentalne zacofanie, wstecznictwo, „mohery” i „kruchtę”… Ekstremiści obu stron są siebie warci. Najgorsze jest to, że, moim zdaniem, wylewa się przy tym dziecko z kąpielą, bo w zgiełku tej wojny ginie to, co jest rzeczywiście ważne – warte uwagi i wyważonego, mądrego społecznego dyskursu. Wszyscy na tym tracimy.

      Ponadto, nawiązując do dawnych „wyższych” wartości – pewnej szlachetności a nawet „wzniosłości” doświadczanej i obecnej w dawnych pokoleniach – miałem właściwie na myśli ową szlachetniejszą „elitę”, pewien arystokratyzm ducha, który – zdaję sobie z tego sprawę – nie był wcale taki powszechny, zwłaszcza wtedy kiedy szalała wojna i gnębiła nas okupacja, wyzwalając też w ludziach najgorsze instynkty. Piszę zresztą o tym w moim tekście: „Szaleństwem i głupotą, a może nawet nikczemnością byłby nostalgia za czasami pożogi tylko dlatego, że prawem kontrastu wyłoniły one wyższe wartości, reprezentowane niemal wyłącznie przez tych, którzy (w czasie rozprzestrzeniania się agresywnej zarazy) byli najczęściej po stronie ofiar”.
      To są te paradoksy, które powstają na zderzeniu pewnego idealizmu i realizmu, delikatności i brutalności, wzniosłości i chamstwa, wysublimowania i buty… I o tym tak naprawdę jest mój wpis.
      To nie znaczy, że zapominam o całej mizerii i potworności tamtych czasów – ja jestem tego jak najbardziej świadomy – i poświęciłem temu wiele miejsca w tym co pisałem i publikowałem w prasie czy na moim blogu.

      Piszesz: „Dzisiejsze czasy są cudowne”.
      No nie wiem, czy mogę z Tobą podzielić ten entuzjazm. Powiedz to tym milionom ludzi w Polsce, którzy żyją w biedzie, nękani przeróżnymi zagrożeniami; powiedz to tym, którzy pracują w służbie zdrowia (i próbują leczyć się w naszych szpitalach), którzy okradani są ze swoich oszczędności (także przez państwo)… etc. Ty masz w miarę stabilną pracę, cieszysz się dobrym zdrowiem, więc dość łatwo Ci zapomnieć o ludziach, którzy muszą borykać się z życiem w innych okolicznościach.
      (O setkach milionów ludzi na całym świecie, którzy żyją – w tych naszych „dzisiejszych cudownych czasach” – w strasznych warunkach i cierpią, nie mając żadnej nadziei na poprawę własnego losu, nawet nie wspominam.)

      To prawda, technologicznie dokonaliśmy wielkiego skoku, także jeśli chodzi o poprawę standardu życia, który trudno porównywać z czasami sprzed kilkudziesięciu lat. Ale to nie tylko na tym polega postęp. To jest materializm, ale jest jeszcze przecież tzw. sfera „duchowa”, komfort psychologiczny, wynikający z poczucia sensu własnej egzystencji – z naszego stosunku do świata i innych ludzi.

      No i jeszcze na koniec zacytuję Ciebie samego (napisałeś to kiedyś na swoim blogu): „Ale co ja zrobię, że od czasu do czasu prawie puszczę łezkę za dawnymi czasami. Jakieś wydają mi się teraz sympatyczniejsze. Chyba jednak to nie jest wszystko sprawą wieku, ale ludzie rzeczywiście byli inni.”
      Widzisz, kiedy zachodzisz do tego z innej strony, to (niechcący) przyznajesz mi rację ;)

    • herr Says:

      @Torlin: „Dla mnie słowo “wartości” ma sens wtedy, kiedy nie wiadomo, że o to chodzi.”

      Dziwne

  6. ulotna_wiecznosc Says:

    W tym wpisie zawarłeś bardzo dużo różnych wątków które można rozwijać jak kłębuszki wełny.
    Ale wybiorę sobie ten:
    „Fascynuje mnie świat moich ojców i dziadków.”

    I pradziadków, bo akurat miałam to szczęście że gdy umarł mój pradziadek (94) miałam 5 lat i ten świat mam na zdjęciach. A prababcia poświęcała mi dużo czasu. Pradziadek był eleganckim starszym panem zawsze schludnie ubranym i zwykle przesiadującym w swojej pasiece. Prababcia (druga żona dziadka) zabierała mnie na długie spacery do lasu, w pole czy nad rzeczkę. Pradziadek był wielkim zwolennikiem Piłsudskiego i swoje poglądy rzutował na swojego jedynego potomka płci męskiej, czyli na mojego dziadka. (Była jeszcze ciocia.)
    Dziadek nie wybrał kariery w wojsku, choć mam zdjęcia dziadka i babci, na których dziadek jest w mundurze.
    (Są też zdjecia dziadka z manewrów wojskowych.)
    Babcia pięknie wyglada w skromnej sukience z pięknym koronkowym kołnierzem i bucikach po kolana (prawie tak, jak śpiewają Skaldowie). Na tych zdjęchach sprzed stu prawie lat bardziej zwracją uwagę jej pięknie ulożone ciemnoblad włosy, smukłe dłonie i delikatne rysy twarzy.
    Dziadek uczestniczył w kampanii wrześniowej a w czasie wojny ukrywał ludzi w lesie. Oboje z ciocią byli w AK.
    Poza tym zapamiętałam go jako pogodnego staruszka grającego wieczorami na harmonii i zwykle zajmujacego się swoimi końmi.
    Brat babci zginął na Majdanku.
    Drugiego dziadka w czasie wojny zabili Niemcy.

    Dla naszego pokolenia wojna to opowieści dziadków, z ich losami jest nierozerwalnie splątana.
    Co nie znaczy, że to nie rzutowalo na naszą tożsamość.

  7. sarna Says:

    Paradoksy są nieodłącznymi towarzyszami naszego życia. Paradoksem jest, że lektura książki po którą sięgnęłam bez większego przekonania wywarła na mnie tak ogromne wrażenie – na każdym kroku mojego realnego jestestwa odnajduję jej echo. Paradoksem jest to, że Twoje ostatnie cztery posty zawierają tematy, które były treścią „Wysp bezludnych” Łysiaka – Jan Paweł II, Bonaparte, Dalajlama, Sylwia Plath, problem samotności w tłumie, paradoks syndromu Adamsa – nostalgia, która zżera i jak judasz szepcze, by wyrwać się z ramion anielskiej vahine i wrócić do domu złego „człowiek może pokochać swoje ziemskie piekło, gdy trafi do raju, albowiem szczęście jest Moby Dickiem zwyciężającym tych, którzy je dogonili” :(
    W wyspie, która jest opowieścią o Sylwii Plath, Łysiak pisze coś, co paradoksalnie pasuje do dyskusji w tutejszych komentarzach o lepszych, bo minionych czasach: „Ludzka to rzecz uważać swoją rzeczywistość za gorszą od przeszłości, od owych strych dobrych czasów, kiedy małżeństwa były trwałe, wojny rycerskie, maszyny niezawodne, a robotnicy pracowali nim wymyślono stresy. Lecz zapytajcie tamtych, którzy żyli wtedy, a teraz stoją na półce, czy to prawda … Przekonacie się, że wcale nie jest gorzej i że nie wszystkie cnoty utonęły w zalewie plastikowych towarów, trzeciorzędnych myśli i bełkotu TV. Jest wiele doskonałych rzeczy.” (Kto ciekaw niech przeczyta w oryginale sam ;)

    Czy paradoksem jest to, że książka Łysiaka i Twoje teksty pochodzą z tego samego okresu?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, to prawda: wszystkim pokoleniom znany jest syndrom „starych dobrych czasów”. Ludzka to rzecz – jak pisze Łysiak. W każdej epoce znajdą się ludzie, którzy będą uważali, że cały świat przeżywa kryzys, że młode pokolenie jest mniej wart od starego, że dawniej respektowano wartości, którymi dzisiaj się szarga… etc. I po części będą mieli rację – tak, jak po części mają rację wszyscy ci, którzy biorą udział w dyskusji na ten temat. Bo to wszystko jest sprawą perspektywy spojrzenia, koncentracji, zapatrywania, przeświadczenia, subiektywizmu, uprzedzeń, światopoglądu, zachowania właściwych proporcji…
      Sporo racji ma Torlin twierdząc, że nasze czasy mimo wszystko nie są takie złe, może nawet – pod pewnymi względami – najlepsze (choć z tą ich „cudownością” chyba jednak przesadził ;) ) Bo rzeczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom i standard życia w społeczeństwach zachodnich (ale też i w Azji), to nigdy do tej pory tak wielka ilość ludzi nie żyła w miarę ustabilizowanej rzeczywistości, w warunkach pewnego komfortu, zapewniającego podstawowe potrzeby człowieka (wyżywienie, higiena, dostęp do opieki zdrowotnej), nie nękana wojnami czy też większymi wstrząsami społecznymi. I tak, tak… w dzisiejszym świecie też można znaleźć wiele doskonałych, wspaniałych, może nawet „cudownych” rzeczy. Sam świat i życie w nim są w sumie fascynujące.
      Ale z drugiej strony są to czasy miałkie, bo im większa stabilizacja, tym większa nuda – ludzie zajmują się bzdetami, wierzą w byle co, dają sobie robić wodę z mózgu (są manipulowani – np. przez rynek/reklamę, czy też przemysł rozrywkowy). Jeśli jednak ma to być cena spokoju, poczucia bezpieczeństwa… to ja niekoniecznie muszę mieć coś przeciw temu – let it be.
      Chociaż osobiście nie mam tego poczucia, że żyjemy w nudnych czasach, wręcz przeciwnie: mam wrażenie, że żyję w bardzo ciekawych czasach – i też na to nie narzekam, mimo iż powiedzenie: „obyś żył w ciekawych czasach” uważane jest za przekleństwo ;)
      Nie wiem, może to moje złudzenie, ale mam przeczucie, że ta epoka względnego spokoju może się jednak niedługo skończyć i ludzkość znów dokona jakiejś dramatycznej wolty (obym się mylił).

      „Wyspy bezludne” to książka znakomita. Pytasz się, czy to paradoks, że książka Łysiaka i moje teksty pochodzą z tego samego okresu. Łysiak „Wyspy bezludne” napisał dziesięć lat wcześniej, a to, że piszemy o tych samych ludziach to chyba przypadek. Zresztą nie musi się to wydawać dziwne, bo tacy ludzie jak Napoleon, Jan Paweł II, Dalajlama… a nawet Sylvia Plath czy Hess do dzisiaj zaprzątają uwagę i świadomość tych, którzy chcą poznać i zgłębić naturę tego, co dzieje się w ludzkiej kulturze współczesnej nam epoki.

      PS. Polecam przy okazji inną książkę Łysiaka, a mianowicie „MW”. Napisaną z podobną pasją i traktującą o podobnych tematach, choć punktem wyjścia – do snucia opowieści o człowieku i cywilizacji – jest tam malarstwo.

      • sarna Says:

        Malarstwo to niekoniecznie moja bajka, ale zaufam Twojej rekomendacji i może Pan Łysiak zaserwuje mi kolejny paradoks ;)

        Po tylu latach pamiętasz nawet „wyspę” Hessa? – jakim cudem?

        Wiesz co mnie oprócz samych przemyśleń zafascynowało w tej lekturze? – dobór historii. Zastanawiałam się nad tym jakie historie wybrałabym ja osobiście, gdybym miała do obsadzenia 21 wysp. W pierwszej chwili spanikowałam, bo to tylko 21 wysp, a dzieje i ich bohaterowie nieprzebrani, ale gdy zaczęłam ważyć, co chciałabym opowiedzieć, to „tylko 21” zamieniło się w „aż”. Chyba masz rację pisząc, że wszystko wydaje się być miałkie, a powiedzenie, że im więcej człowiek się uczy tym większe ma wrażenie, że wie mniej jest bardzo prawdziwe. Zatem nie wytypowałam jeszcze wszystkich z 21 wysp, ale wiem o czym byłaby 22 :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Każdy człowiek wybitny jest samotną wyspą – i w pewnym sensie bezludną, mimo że mogą go otaczać całe tłumy ludzi. A co jest (kolejnym) paradoksem? Otóż to, że mogą to być tłumy ludzi kochających go albo nienawidzących.

          Jeśli ja miałbym opisać 21 takich wysp, sam dobierając ich mieszkańców, na pewno znaleźliby się tam jedynie ludzie, których kocham i podziwiam. (Dlatego, nie byłoby wśród nich Napoleona, ale Van Gogh… jak najbardziej ;) )

          PS. „MW” jest jednak trochę inna, niż „WB”, ale za to Łysiak jest ten sam.
          Musisz jednak sama to sprawdzić, czy lektura „MW” Cię wciągnie.

  8. sarna Says:

    I coś jeszcze, a propos starych, dobrych czasów :)
    – Babcia koleżanki żyła długo i wiele doświadczyła. Zwykła mawiać, że wszystko, co najlepsze wydarzyło się za jej życia, bo woda w kranie i prund w ścianie :) Tylko ktoś, kto nie zaznał prozy życia bez wody i prądu w mieszkaniu nie wie jaki to luksus – czyli paradoksalnie prawie wszyscy z nas przed kompem.
    – lektura wyspy z lampą Alladyna uświadomiła mi jak daleko odbiegłam od czasów dzieciństwa, w których jednym z życzeń do złotej rybki była owa lampa o niezwykłej mocy. Dziś, z perspektywy lat ta moc jawi mi się przekleństwem, a nie cudownym darem – ot kolejny paradoks :)

  9. sarna Says:

    To „podglądanie” dotyczyło mojej postawy wynikającej z mocy danej lampy, dzięki której można było „podglądać żywych i umarłych” i było rozwinięciem mojego ostatniego komentarza. Ty o nim nie pisałeś wprost, ale Twój komentarz również dotyczył owej cudownej mocy, która niewłaściwie użyta (a tak czynił z nią wezyr) może być źródłem zła.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Będę musiał sobie przypomnieć o co chodziło z tą lampa Alladyna i jej związkiem z „podglądaniem żywych i umarłych”. Bo straciłem jakoś wątek.

      • sarna Says:

        „Bo straciłem jakoś wątek” – i tak, przyznając się szczerze, wybroniłeś się z opresji o wiele lepiej niż przygłucha złota rybka, która wysłuchała życzenia pewnego jegomościa. Rano jegomość podciągnął rolety w oknach i przetarł zdumione widokiem oczy. Wypielęgnowany trawnik, wypasiony basen i ogromny kort tenisowy. Dumna z siebie rybka piała: nie spodziewałeś się, że będę aż tak gorliwa w spełnieniu twojego życzenia? Czyś ty oszalała wrzasnął jegomość, naprawdę sadzisz, że prosiłem o wielkiego tenisa? ;)

  10. Cane Says:

    Patrząc na zachowania ludzkie we współczesnym świecie, na to jak ludzie traktują się nawzajem, odnoszę wrażenie, że nie tylko II wojna światowa zebrała potworne żniwo w Polsce, ale że wojna trwa nadal.

    • Torlin Says:

      Absolutna przesada.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Może przesada, ale nie absolutna ;)

      • Jula :D Says:

        @Torlin, mam wrażenie, że żyjesz w jakimś odosobnieniu (sic) ! ..
        Przyjrzyj Ty się uważnie sobie i swoim znajomym! ..

        Zgadzam się z odważna tezą Cana. :)
        Może Polska wreszcie przestała być tą główna areną starć zbrojnych. W Europie względny spokój, choć w końcówce XX wieku, jednak była rzeź w byłej Jugosławii. :(

        Natomiast w świecie nadal trwa wojna o łupy, w której uczestniczą i Polacy. (Nie wiem co ma kraj z tego, choć poszczególni uczestnicy, myślę, że coś tam załapią.)

        To nie jest wojna obronna, to wojna zaborcza, niesłuszna, zła – choćby nie wiem jak by się ją kłamliwie usprawiedliwiało.

        Tam giną niewinni ludzie !!!! …

        Irak, Syria, państwa w Afryce, państwa ameryki Łacińskiej, te syndykaty śmierci tolerowane w imie „złotego cielca” .
        No a na co dzień i w Polsce wiele niewyjaśnionych dziwnych zabójstw ?..

        Świat mam wrażenie już teraz został opanowany przez jedynego bożka – mamonę !
        KK, w swojej mafijnej strukturze też głównie jemu oddany.

        Pozdrawiam ! i cieszę się, że ludzie jednak widzą, że coś nie tak w tym współczesnym świecie jest, pomimo rozwoju i postępu.. ;)

  11. Simply Says:

    Zdzisław Podkański – tak się nazywał ten minister kultury, co to montował spotkanie z nieboszczykiem Czapskim. Pamiętam, jaką nieludzką bekę mieliśmy wtedy wszyscy; to był obciach podniesiony do rangi sztuki wysokiej.
    Artysta Podkański zostanie na zawsze zapamiętany, zwłaszcza że poszedł za ciosem i niedługo póżniej w jakimś przemówieniu wymieniał najwybitniejszych Polaków w historii, gdzie obok Kościuszki i Piłsudzkiego załapał się też Piotr Czajkowski ( sic !! )
    A Herling Grudziński nie załapał się na listę najbardziej ujaranych nazwisk ( Konopnicka, Staff, etc ), a powinien był, bo tylko on wnosi ,,dwa w jednym” – herę i grudę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Podkański jest z wykształcenia historykiem, więc wydawałoby się, że powinien znać również historię polskiej emigracji powojennej. No, ale na studiach w PRL-u raczej nie było w programie omawiania wolnej działalności paryskiej „Kultury”, której Czapski był – po Giedroyciu chyba najważniejszym – twórcą i współpracownikiem. Ponadto, po 1989 r. w Polsce można już było o Czapskim mówić – i się mówiło, publikując jego teksty, robiąc wystawy jego malarstwa. Dziwi więc trochę ignorancja pana ministra Podkańskiego pod tym względem.

      Herling- Grudziński był człowiekiem niepokornym, naraził się wielu osobom, czego w Polsce raczej się nie wybacza – bo „kto nie z nami, to przeciw nam”.
      A to jest jednak pisarz ważny. Dla kogoś, kto chce np. zrozumieć XX wiek i Europę, „Dziennik pisany nocą” powinien być moim zdaniem lekturą obowiązkową.

      • sarna Says:

        Jestem w trakcie lektury dziennika. Grudziński cytując w nim włoskiego komunistę Silone napisał „zobaczysz, że ostateczna walka rozegra się między komunistami i ex-komunistami”. Najwyraźniej zabrakło mu wyobraźni, bo komuniści mają się dobrze, a walka rozgrywa się między działaczami ruchów zwalczających komunizm (np solidarność) i ex z tych ruchów. Może dobrze, że nie dożył …
        Poza tym zauważ, że bycie człowiekiem niepokornym będąc bezpiecznym na obczyźnie to nie było aż tak wielkie bohaterstwo. Znał łagry, bał się powtórki z przeszłości, zwyczajnie uciekł – co nawet jest zrozumiałe, bo jak sam pisze „Przystanie na Tybrze w powojennym Rzymie, muzyka ze starych gramofonów, potańcówki na deskach pokładu, …. kwaśne wino z beczki, odtajanie, szczęście. Tak szczęście. Wiedzieliśmy już, że nie wrócimy”. Ciekawe jak wyglądałoby jego morale gdyby żył w czasach totalitarnych w PL. Ciekawe czy miałby wówczas odwagę i powody by szczerze o sobie pisać?
        Wiem, że napiszesz że nie mam prawa go oceniać, bo w zasadzie niewiele o nim wiem, ale on chyba też nie miał prawa oceniać wybierając „wygodniejsze” życie …

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie wiem, czy ci, którzy po II wojnie światowej (i dojściu w Polsce „komunistów” do władzy) wyemigrowali albo też nie wrócili do kraju, wybrali „wygodniejsze” życie. Nie wydaje mi się. Czytałem niedawno (nota bene świetną) biografię Miłosza (autorstwa A. Franaszka), gdzie opisane jest to, jak Miłosz dramatycznie przeżywał swoją decyzję nie-powrotu do kraju – bliski był nawet samobójstwa.
          Ja nie oceniam tych ich decyzji (z kilku względów). Powiem tylko tyle, że wg mnie mieli prawo do tego, aby tak postąpić – zwłaszcza, że Polska nie była przecież wtedy państwem suwerennym. I teraz: czy mieli się „zamknąć” i niczego, co krajowe nie komentować? Nie sądzę. Pozostawali Polakami, i mieli prawo wyrażać swoje opinie dotyczące kraju, w którym czuliby się jak persona non grata – zmuszeni do współpracy z reżimowym rządem, zmuszani do kompromisów i wchodzenia w układy, a jeśli tego by nie chcieli robić i staraliby się zachować niezależność, to poddani byliby represjom i skazani na ostracyzm.

          Nie wiem, czy komuniści mają się dobrze. Po pierwsze: prawdziwych komunistów dzisiaj już prawie nie ma (a jeśli są, to są to jacyś dziwacy hołdujący utopii – bo przecież komunizm jest utopią); po drugie: ci, którzy teraz kojarzeni są z tzw. „lewicą”, a którzy są obecnie u władzy, nie są (albo przestali być) ideologami, a tym bardziej idealistami, a (stali się) zwykłymi oportunistami i ludźmi, którzy chcą za wszelka cenę utrzymać władzę (wystarczy bliżej przyjrzeć się temu, co dzieje się teraz w UE).
          Tak więc; jeśli mamy dzisiaj do czynienia z konfliktami, to nie są one raczej natury ideologicznej (wyjąwszy tzw. „zderzenie cywilizacji”), co ekonomicznej i „układowej” (czyli są po prostu zwykłą walką o władzę – nie tylko między bardziej lub mniej formalnymi „układami”, ale np. miedzy biedniejszą częścią społeczeństwa a establishmentem.)

        • sarna Says:

          Odnosząc się do Twoich konkluzji, nie pozostaje mi nic innego jak napisać nihil novi. Przecież to zawsze była walka biedniejszych z bogatszymi i na tym osadzały się ideologie kolejnych rewolucji i przewrotów. Łysiak pisząc o ruchach wyzwoleńczych w Afryce napisał, że wystarczyło oddać władzę w ręce „rewolucjonistów”, a wypaczali całą ideologię tak skutecznie, że pławili się w niewyobrażalnych luksusach i byli tyranami o niebo okrutniejszymi od obalonych dyktatorów.

          A nawiązując do Twoich słów: „a jeśli tego by nie chcieli robić i staraliby się zachować niezależność, to poddani byliby represjom i skazani na ostracyzm” – ja to wiem, a nawet rozumiem, tylko co możesz w kontekście tych słów powiedzieć tym, którzy tu jednak tu pozostali i wiedli właśnie taki los? Że powinni byli wszyscy stąd wyjechać by zachować swoją nieskalaną polskość?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Przecież to zawsze była walka biedniejszych z bogatszymi…”

          Właśnie. Chodzi więc o to, aby w społeczeństwach nie było dużego rozwarstwienia miedzy bogatymi a biednymi. Nie ma nic złego w tym, że jedni ludzie są bogatsi od innych (zwłaszcza jeśli zawdzięczają to swojej pracowitości, uporowi, wykorzystanym talentom…), jednakże problem zaczyna się wtedy, kiedy robi się z tego przepaść – bogatsi stają się coraz bardziej bogaci, a biedni coraz bardziej biednymi; kiedy klasa posiadająca staje się coraz bardziej uprzywilejowana, a ludzie biedni coraz bardziej wykorzystywani… To, prędzej czy później, zawsze prowadzi do rewolucji, (która nota bene rzadko kiedy kończy się dobrze – i bynajmniej nie mam tu na myśli klasę „utrąconą” przez rewolucjonistów).
          Innymi słowy: im społeczeństwo mniej zróżnicowane, jeśli chodzi o posiadanie tzw. „dóbr”, tym lepiej. I co ważne: lepiej też dla tych, którzy są bogatsi. W takich krajach jest spokojniej, ludzie są mniej zestresowani i poddani presji, jest mniejsza zawiść i nie tak zacięta walka o władzę… i wszyscy na tym korzystają, wliczając w to ludzi bogatych.

          Nie, wszyscy nie mogli wyjechać. I to dla wielu było wielką tragedią, że musieli żyć w zakłamanych czasach w kraju, który nie był niepodległy. Jednak wychodzi na to, że zdecydowana większość polskiego społeczeństwa się z tym pogodziła (wbrew temu, co teraz chcielibyśmy o sobie myśleć).
          Sowiecka kuratela nad Polską i narzucony nam ustrój były jednak dla naszego kraju nieszczęściem, z którym wszyscy Polacy musieli się – bardziej lub mniej boleśnie – borykać. Wobec tego, że ktoś został w kraju nie można rozważać w kategoriach zasług, tak samo jak tego, że ktoś wyjechał, w kategoriach winy.

        • sarna Says:

          Napisałam, zżarło, może to i lepiej, bo mówimy w różnych językach. Może ten rozdźwięk jest efektem różnicy czasu;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Może nie tyle mówimy w innych językach, co patrzymy na inne wycinki rzeczywistości i może jeszcze w różnych regionach świata.
          Gdzie widzisz rozdźwięk? Z czym co napisałem się nie możesz się zgodzić?

          PS. Różnica czasu miedzy nami w tej chwili nie jest chyba jeszcze taka dramatyczna: u mnie popołudnie, u Ciebie nie taka jeszcze późna noc ;)

        • sarna Says:

          Staszku, mój czas jest widziany z perspektywy lat, i to niekoniecznie naszych :)

          A w czym się różnimy? Wprost boję się szczerze o tym napisać :( Otóż piszesz np. o (nie)postrzeganiu win i zasług. Zadam Ci złośliwe, ale nie pozbawione podstaw pytanie: Jak odebrałby Twoją wypowiedź Twój Tato, gdybyś mu powiedział, że nie może sobie poczytywać za zasługę tego, że tu żył i pracował na Twoje wychowanie i wykształcenie, bo to że tego dokonał świadczy o jego sprzeniewierzeniu się suwerennej Polsce?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pisząc o tym, że nie możemy tego rozpatrywać w kategoriach win czy zasług, miałem na myśli tylko i wyłącznie decyzję o wyjeździe, albo o pozostaniu w kraju. Zresztą, to ostatnie dla niemal wszystkich ludzi nie wiązało się tak naprawdę z podejmowaniem żadnej decyzji – bo to był w dalszym ciągu kraj – ziemia Polaków, więc naród pozostał tam, gdzie jego miejsce, czyli na swojej ziemi.
          Podobnie, to, że mój Tato zarabiał (wraz z Mamą) na utrzymanie naszej rodziny, nie ma nic wspólnego z „sprzeniewierzeniem się suwerennej Polsce”. Tak by było, gdyby moi rodzice aktywnie wspierali polityczne dążenia partii i uległość wobec Rosji, a tak nie było.

        • sarna Says:

          „Jednak wychodzi na to, że zdecydowana większość polskiego społeczeństwa się z tym pogodziła (wbrew temu, co teraz chcielibyśmy o sobie myśleć)”.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Czy ten cytat oznacza, że się zgadzasz z tym, co napisałem, czy też wręcz przeciwnie – uważasz, że było inaczej?

          PS. Może rzeczywiście nie powinienem był napisać „zdecydowana większość” polskiego społeczeństwa, ale po prostu „większość” – bo uznała, że w takiej sytuacji geo-politycznej, w jakiej wówczas się znalazł nasz kraj, nie było żadnych szans na stanie się państwem niepodległym. (To miałem na myśli, pisząc o „pogodzeniu się”. Oczywiste jest zaś to, że rzadko który Polak – o ile tacy w ogóle byli – był z takiego stanu rzeczy zadowolony)

  12. Simply Says:

    W takim razie tym bardziej go to nie usprawiedliwia. Zresztą na taki stanowisku powinien miec jakichś doradców, spin doctorów, nie wiem…
    Grudzińskiego lata temu poczytywałem, ale niezbyt uważnie, niewiele z tego wyniosłem, widać inne mnie prowadziły znaki. Kiedyś na pewno sięgnę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A ja się cieszę, że udało mi się przeczytać niemal całego Herlinga-Grudzińskiego kilkanaście lat temu, bo nie wiem, czy teraz byłoby mnie stać na taki wysiłek ;)
      Lecz jego książki, nawet teraz, cały czas mam na wyciągnięcie ręki – i czasem do nich zaglądam, kiedy szukam czegoś konkretnego i chciałbym się zapoznać z opinią H-G na dany temat.

      PS. Każdy z nas ma swoje czytelnicze preferencje, zainteresowania i przygody – tudzież inne prowadzące nas „znaki” – i wcale się z tego nie musimy tłumaczyć ;)

  13. Onibe Says:

    Ja miałem zawsze jakiegoś pecha do śmierci – sam jej co prawda póki co unikam (to akurat jest przejawem szczęścia), natomiast częściej niż przeciętny Kowalski ocierałem się o śmierć innych. Zdarzyło mi się znaleźć martwą własną dziewczynę, innym razem umarł przy mnie pracownik… i na tym właściwie nie koniec. Śmierć przestała dawno temu być dla mnie abstrakcją. Choć nie potrafię jej ogarnąć ani zrozumieć. Przeraża mnie, choć zarazem – paradoks – rozumiem co czują żołnierze wzruszający ramionami na widok kolejnych ginących wokół ludzi.

    Zdarzyło mi się widzieć parę razy śmierć – prawdziwą – na filmach. W internecie takie rzeczy można znaleźć łatwo. O dziwo, sfilmowana śmierć przeraża mnie bardziej nawet niż taka widziana obok. Jest w niej coś podwójnie złego: może możliwość cofnięcia filmu i przyjrzenia się twarzy człowieka, który jeszcze nie wie, że zaraz zginie? Tak, chyba o to chodzi. Perwersja niemal boskiej (domniemanej) władzy nad losem tego człowieka. Świadomość, że się wie więcej od niego. I że to nie scenariusz filmowy, ale prawda.

    Śmierć jest obecna w kulturze bardzo szeroko. Pomijam filmy akcji w których trupy ścielą się setkami (śmierć w barokowym wydaniu jest śmieszna, banalna). Doceniam obrazy, w których ktoś musi zginąć ze względów fabularnych, ale jest to uzasadnione. Nie cierpię nadmiarowości śmierci, wycierania nią kadru. Przeraża mnie, że łatwiej jest pisać książki o zabijaniu niż życiu. Czasami uderza mnie myśl, że czytam powieść faceta, który pewnie krew widuje przy goleniu i to nie na co dzień, a jest zarazem papierowym ekspertem w zabijaniu: wie jak jego bohater powinien władać mieczem, strzelać z karabinu czy obsługiwać czołg. Skąd w nas taka wiedza?

    Zarazem, w przeciwieństwie do Ciebie (co już wiesz), mam minimalnie większą tolerancję wobec wojny – jakkolwiek nie podpisałbym się nigdy pod zabijaniem kogoś myślącego, czującego inaczej.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Problem w tym, że KAŻDA wojna wiąże się z „zabijaniem kogoś myślącego, czującego inaczej.” Ale my własne atawizmy potrafimy tak omotać kulturową przędzą, że wielu rzeczy nie zauważamy – albo raczej: nie chcemy zauważać. Wyobraźnię niby mamy bujną, ale i ona często nas w takich sytuacjach zawodzi.

      Paradoks śmierci polega i na tym, że jest ona wszędzie i nigdzie. Jest nieuchwytna, a kiedy już jest uchwytna, to dla nas już jest za późno, by zrozumieć jej doświadczenie.
      Wszyscy śmierć sprawdzają – prędzej czy później – na swojej skórze, ale jak dotąd, nikt się jeszcze nie podzielił z nami tym doświadczeniem ;)

      • Onibe Says:

        wojna to zabijanie a zabijanie jest złe. Ale czy bezwzględnie? A może tylko względnie? Bo bezwzględność zła zabijania oznacza, że wojna obronna jest równie zła jak ofensywna. Czyli ktoś, kto zabija aby się obronić jest zrównany z napastnikiem. Co by było, gdyby Chamberlain zamiast „wygrywać pokój dla naszych czasów” wypowiedział szybką wojnę Hitlerowi? Ile by wtedy osób zginęło? Sto tysięcy? Dwieście? A ile zginęło dzięki jego zwycięstwu? Dwadzieścia milionów? Trzydzieści? Czasami jedna wojna chroni przed inną.

        Mam nadzieję, że nieprędko dowiem się co jest po drugiej stronie śmierci. Ale, ale… przypomniała mi się przy tej okazji pewna, dawno temu recenzowana przeze mnie książka ;-)

        http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/bernard_werber/tanatonauci/recenzja

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        „Wojna oznacza zawsze klęskę pokoju, jest zawsze porażką dla ludzkości” – trudno mi się nie zgodzić z tym, wypowiedzianym nie tak dawno stwierdzeniem papieża Franciszka. Oczywiście, odnosi sie to także do tzw. wojny „sprawiedliwej”, obronnej. Moim zdaniem to, że w czasie ostatniej wojny światowej musieliśmy zabijać Niemców, naszych „wrogów”, było jednocześnie naszą „ludzką” przegraną. Może brzmi to jak sofistyka, ale dla mnie sofistyka nie jest. Nie ma „dobrego” zabijania, nawet jeśli zabijamy w obronie własnej, „wroga” w wojnie obronnej, czy wykonujemy wyrok na mordercy. Tak to widzę i odczuwam.

        Twoją recenzję z „Tanatonautów” przeczytałem. Ciekawa, a treść książki intrygująca, tym bardziej, że nie zdradziłeś jej konkluzji ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s